Więź - ebook
Mina nie zdejmuje rękawiczek nawet w największe upały. Kiedy miała siedem lat, zaprosiła na powierzchnię demona i magia Mroku spaliła jej dłonie. Dziś jako magini zaklina zioła i przedmioty w małej pracowni. Żyje ostrożnie. Cicho. Stara się być niewidzialna. W Imperium, które opuściła nawet Bogini, tyle wystarczy, żeby przetrwać. Wystarczało. Gdy w jej warsztacie pojawia się nieznajomy i robi coś, czego nie powinien, dwie dekady ostrożności rozpadają się w jednej chwili. W świecie, w którym wrażliwość uchodzi za słabość, a zaufanie kosztuje życie, magiczna Więź może połączyć Minę z kimś, kto dostrzeże to, co ona wolałaby ukryć. A taka magia potrafi obudzić smoki i przywrócić światu Boginię… O ile wcześniej nie zniszczy Miny jednym precyzyjnym cięciem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Więź jest powieścią dla dorosłych. To opowieść o opresji i przemocy, traumie i odnajdywaniu własnej siły. Niektóre wątki mogą być trudne. Wymieniam je, żeby dać Ci wybór. Żebyś mogła/mógł zdecydować, czy to odpowiedni moment dla tej historii.
wulgaryzmy
przemoc i przymus
śmierć i strata
krew, choroby
krzywdzenie dziecka
uzależnienie
trauma i myśli samobójcze
ataki paniki
manipulacja i zdrada
intymność i pożądanie
Jeśli któryś z tych tematów jest dla Ciebie teraz zbyt trudny, wróć do tej historii później. Więź to między innymi opowieść o mroku, ale została napisana po to, by pokazać, że nawet w mroku można odnaleźć światło i nadzieję.
I jeśli w powyższej liście coś Cię porusza, to w pierwszej kolejności zadbaj o siebie. Ta historia może poczekać.PROLOG
– Czy oni umarli?
Adam schronił się w małej ziemiance, w której jego ojciec zwykle przechowywał rzepę, brukiew, cebulę i inne warzywa lubiące ciemność. Zapach ziemi mieszał się z wonią składowanych plonów. Uchylona klapa przy suficie zapewniała dostęp świeżego powietrza, a Adam miał przez nią dobry widok na okolicę. Położenie na lekkim wzniesieniu pozwalało zobaczyć niemal całą wioskę. Widział ciała leżące wokół, ale nie był w stanie prawie nikogo rozpoznać. Za daleko.
Wszystko stało się bardzo szybko. Panował ruch typowy dla sobotniego poranka. Ludzie wybierali się do pobliskiej kapliczki Bogini, słońce świeciło przyjemnie, las okalający wioskę szumiał cicho. Wszędzie czuło się wiosnę, która nadeszła po długiej i stosunkowo srogiej zimie.
Adam skradał się w kierunku domu sołtysa. Zamierzał spotkać się po kryjomu z jego córką – Jagną. Zawsze mu się podobała, ale miał wrażenie, że przez zimę się zmieniła. Jej piękno stało się intrygujące, prawie bolesne. Długie jasne włosy dziewczyny pachniały płatkami róż, a rumiane policzki przypominały mu dojrzałe jabłka. Dlatego pomimo wyraźnego sprzeciwu jej rodziców ryzykował spotkania. Gdy potwory pojawiły się na polanie, on przemykał blisko krzewów dzikiej róży. Zauważywszy niebezpieczeństwo, ostrożnie przekradł się do komórki i tam schował. Najprawdopodobniej w ostatniej chwili, bo zaraz usłyszał pierwsze krzyki. Krzyki, które mroziły krew w żyłach i odbierały chęć ruchu. Chciałby wyjść i walczyć, pokazać, że jest mężczyzną, wojownikiem, lecz bał się jak nigdy w życiu i nie potrafił pokonać tego strachu. Mógł tylko bezsilnie patrzeć przez szparę na umierających sąsiadów.
Kiedy krzyki ucichły, potwory zaczęły krążyć po osadzie i zaglądać do domów. Węszyły, wydając przy tym złowrogie syczenie.
„Nie powinno ich tu być”, pomyślał Adam. „Jest środek dnia”.
Jeśli już się budziły, to zwykle po zmroku. Nocami, bez kapłanów, lepiej było nie opuszczać wioski. Kapłani radzili sobie z tymi bestiami bez problemów. Potrafili odesłać je tam, gdzie ich miejsce, czyli do Mroku. Bogini przecież czuwała. Ale teraz? Adam nawet stąd widział kapłana Jana leżącego na brzuchu. Wcześniej jeden z potworów długo się nad nim pochylał.
Nie wiedział, co się dzieje, był za daleko, słyszał za to szczękanie własnych zębów. Bał się, że i one je usłyszą.
I faktycznie, jeden ze stworów – czarny, futrzasty, z wielkimi kłami – zatrzymał się bardzo blisko komórki i zaczął wąchać. Miał postrzępiony ciemny płaszcz i nieludzką, szarą, bezwłosą twarz, a jego oczy płonęły czerwienią. Adam nigdy nie widział istot, które wydostały się z Mroku, lecz nie miał najmniejszych wątpliwości, że to właśnie jedna z nich. Bestia odwróciła się w jego kierunku i Adam pomyślał, że ona wie… Wie, że on tam jest. Zimny pot spłynął mu po czole, a gardło stało się nieznośnie suche.
Nagle coś zadudniło. Potwór spojrzał w górę i wrzasnął przeraźliwie, po czym rzucił się do ucieczki. Jego panika udzieliła się pozostałym, gdyż natychmiast pognały w stronę wioski. Nie biegły – raczej sunęły po ziemi – i prędko pochowały się w domach. Dudnienie stawało się coraz głośniejsze. Adam podniósł głowę i na moment zapomniał o strachu. Zachwycony obserwował niebo. Po chwili tuż obok leżącego kapłana wylądował biały smok z jeźdźcem na grzbiecie. Potężny podmuch wywołany przez ogromne skrzydła poderwał tumany kurzu. Adam poczuł ulgę. To Smocza Para. Zostali uratowani. O ile jeszcze ktoś przeżył…
Chłopak patrzył zafascynowany. Na masywny kark bestii opadała długa grzywa, jedwabista i pofalowana, a gdy smok złożył skrzydła, Adam dostrzegł, że mają odcień pożółkłej kości słoniowej. Smok wydawał się olbrzymi, ale wzbudził zaufanie. Może to za sprawą historii, które znał? Wiedział bowiem, że Smocze Pary bronią ludzi przed niebezpieczeństwami Mroku.
Wyprostowana smukła jeźdźczyni siedziała przez chwilę w bezruchu. Powoli ściągnęła kaptur, odsłaniając burzę czarnych włosów. Kiedy dotąd oplatająca ją smocza grzywa opadła na szyję smoka, kobieta sprawnie zsunęła się po skrzydle. Adam zapomniał o strachu. Ten widok go zachwycił, aż w jego sercu zakiełkowała jakaś dziwna tęsknota za przygodami, za beztroskim lotem na smoczym grzbiecie. Smok nagle jakby zebrał wszystkie cienie z okolicy – zawirowały wokół niego, a gdy się rozstąpiły, już go nie było na polanie. Zamiast niego obok jeźdźczyni znajdował się teraz ubrany w biel mężczyzna. Stali ramię w ramię i nic nie mówili.
Kobieta wskazała ciała, a jej towarzysz pokręcił głową.
„Oni używają telepatii”, pomyślał Adam. Przypomniało mu się, jak opowiadała o tym jego matka. Smocze Pary nie potrzebowały słów, aby się porozumieć.
Mężczyzna rozglądał się uważnie. Na moment zatrzymał wzrok na ziemiance, lecz szybko się odwrócił i wyciągnął rękę ku jednemu z domów. Kobieta wyjęła miecz, po czym ruszyła we wskazanym kierunku, a jej kompan podążył za nią. Nie wyciągnął miecza, ale trzymał się blisko jeźdźczyni, więc Adam miał pewność, że jest bezpieczna.
Jeden z potworów ukryty dotąd w cieniu wyszedł i uniósł rękę, a z jego dłoni wystrzeliła intensywnie zielona wiązka mocy. Adam zasłonił sobie usta, żeby nie krzyknąć. Kobieta stworzyła wokół siebie i mężczyzny magiczną tarczę. Wroga energia uderzyła w barierę i rozpadła się z hukiem na setki zielonych iskier, które zgasły tuż nad ziemią. Bestie zaczęły błyskawicznie sunąć w stronę Smoczej Pary. Zapora powiększyła się i wzmocniła.
Mężczyzna dotknął tarczy i zanurzył w niej rękę. Magiczna sfera zafalowała.
– Saaz, co robisz?! – zawołała kobieta. – Biesy się przebiją! Nie widzisz?! Zaraz zginiemy!
Nagle wszystko zamarło. Jeźdźczyni zamarła w bezruchu, potwory zamarły. Jakby czas się dla nich zatrzymał.
Ubrany w biel mężczyzna poruszył się powoli i włożył do bariery drugą dłoń.
– Ach – powiedział na tyle głośno, że Adam go usłyszał. – Jak dobrze to poczuć…
Tarcza zadrżała niczym płomień świecy stojącej w przeciągu. Adamowi wydawało się, że nieznajomy wciąga energię. Zapora stopniowo bladła i malała, aż w końcu całkiem zniknęła. Mężczyzna dotknął stojącej bez ruchu towarzyszki, a wtedy ona zaczęła się kurczyć, jej skóra stała się nienaturalnie pomarszczona i wysuszona. Za to on wydawał się trochę większy, bardziej świetlisty i jaśniejszy.
Potwory nazwane przez kobietę biesami zaprzestały ataku. Tkwiły wpatrzone w mężczyznę, podczas gdy wysuszone ciało jeźdźczyni upadło. Adamowi znów zaczęły dzwonić zęby. Mężczyzna odwrócił głowę i wskazał ręką w jego kierunku. Potwory jak na komendę spojrzały w stronę ziemianki. Adamowi drżały kolana, zrobiło mu się niedobrze. Wiedział, że musi uciekać, ale nie mógł się ruszyć. Stał i obserwował, jak nieznajomy wyciąga dłoń ku ziemi, a ona z cichym trzaskiem pęka. Szczelina wypluła złowrogie zielone płomienie.
„Mrok”, pomyślał chłopak w ostatnim przebłysku zrozumienia, nim pierwsze potwory znalazły się przy wejściu do ziemianki. „Otworzył przejście do Mroku”.ROZDZIAŁ 1
Mgła otulała plac główny Akademii Sztuk Magicznych cuchnącym brunatnym kożuchem. Chociaż było jeszcze wcześnie, ciężkie chmury zasłaniały słońce i na zewnątrz panowały szarości właściwe dla popołudnia. Mina niechętnie wyszła z domu. Zawiało od pobliskiej manufaktury. Zapachy, które do niej docierały każdego ranka, dusiły swą intensywnością. Mimo że już dawno powinna się przyzwyczaić, miejski zaduch wciąż przyprawiał ją o mdłości.
Skierowała się ku południowej części głównego placu gildii, gdzie pod biurem rektora znajdował się czakram – jedno z ostatnich miejsc mocy w stolicy pozwalające magom czerpać energię do rzucania zaklęć. Mina rzadko z niego korzystała, nie musiała ani nie lubiła magazynować w sobie mocy.
Tymczasem jej śladowe zapasy już się kończyły, a miała dzisiaj spotkanie z klientem. Spotkanie, które zaaranżowała uczelnia. Akurat ona rzadko dostawała takie zlecenia, ale może brakowało rąk do pracy? Manufaktur w całym Imperium przybywało, magowie mieli co robić. Pomagali tam często, wspierając produkcję swoimi mocami.
Z zamyślenia wyrwał ją zimny dreszcz. Mijała właśnie górujący nad placem pomnik Imperatora Saaza. Naturalnej wielkości posąg z białego marmuru lśnił na cokole. Codzienne czyszczenie zapewniało mu nieskazitelny wygląd. Na kamiennej twarzy władcy widniał lekki uśmiech – w zasadzie było to tylko subtelne, niemal niezauważalne wykrzywienie kącika ust. Oczy, mimo że puste i pozbawione źrenic, zdawały się patrzeć z zimną pogardą przenikającą Minę do szpiku kości. Za każdym razem, gdy spoglądała na pomnik, miała wrażenie, że Imperator wpatruje się w nią z nienawiścią, choć wiedziała, że to jedynie złudzenie lub efekt kunsztu rzeźbiarza.
Jako magini zrzeszona w gildii miała obowiązek co jakiś czas uczestniczyć w egzekucjach. Nie wiedziała, dlaczego to dla Imperatora takie ważne, ale chciał mieć magów na widowni swojego pałacu. Raz na dwa tygodnie musiała się stawić na dziedzińcu z pręgierzem i oglądać, jak umierają ludzie. Sam władca nie pokazywał się na każdej egzekucji, lecz bywał na tych ważniejszych i wówczas przemawiał. Widziała go zwykle z daleka, ubranego w białe szaty. Dla niej był to pełen grozy widok – nie znosiła patrzeć na tego przerażającego starca z pergaminową, pomarszczoną skórą, ze szklistymi oczami i z koroną, która wydawała się go przygniatać. Zwykle mówił spokojnie, używał mądrych słów jak najlepiej wykształcony mistrz jakiejś gildii lub skryba, ale po tym wszystkim, co przeżywała w trakcie obserwowania egzekucji, Mina słyszała w jego głosie tylko śmierć.
Coś poruszyło się na czarnej koronie Imperatora. Mina drgnęła przestraszona. Na jednym z wierzchołków siedział kruk i wpatrywał się w nią uważnie, łypiąc to jednym, to drugim okiem. Zdziwiła się, widząc tu ptaka. Zwierząt było coraz mniej, zwłaszcza dzikich, ukrywających się daleko od stolicy – w lasach i w resztkach prastarych puszcz, które jeszcze pozostały na kontynencie. Powietrze w stolicy zdecydowanie im nie służyło, dlatego nawet ptaki stanowiły tu rzadkość. Ten wydawał się jednak silny i zdrowy, jakby miał pod dostatkiem jedzenia.
Niespodziewanie zatrzepotał skrzydłami i zniknął w brudnej mgle. Mina zastanawiała się, czy nie było to złudzenie spowodowane brakiem snu. Przyspieszyła kroku. Chciała jak najszybciej mieć czerpanie za sobą.
Dawniej czakram był znacznie grubszy; przy ziemi rozdzielał się na kilka żył, z których każda zasilała jeden z wydziałów Akademii Sztuk Magicznych. Teraz został z niego jedynie wąski strumień, ledwie na szerokość pięści dorosłego człowieka. Mina westchnęła cicho i stanęła na końcu kolejki, starając się nie zwracać na siebie uwagi. W brunatnej mgle postaci przed czakramem wyglądały jak rząd szarych zjaw. W Imperium ludzie dbali o to, by nie rzucać się w oczy; zresztą większość ubrań, jakie można było teraz kupić, była szara, bezbarwna i szybko się niszczyła. Dlatego nawet najlepiej sytuowani nie wyróżniali się specjalnie.
Była to pora przeznaczona dla zwykłych magów zrzeszonych w gildii – profesorowie mogli czerpać energię wieczorami i popołudniami, a także mieli prawo do gromadzenia znacznie większych ilości mocy.
Przed Miną stały dwie młode czarodziejki. Obydwie od kilku lat były już dyplomowanymi maginiami; ich białe, jasno świecące aury poprzetykane licznymi złotymi nićmi mocy wskazywały na spory talent magiczny. Nic dziwnego, osoby z większymi umiejętnościami zazwyczaj zostawały w akademii dłużej, a te mniej uzdolnione przenosiły się do innych części Imperium. Mina stanowiła wyjątek – mimo że nie była utalentowana, pozostała na uczelni, ale nie pracowała na jej rzecz. Prowadziła własną praktykę, a możliwość mieszkania w murach instytucji zawdzięczała macosze. Była to jedna z nielicznych korzyści, jakie jej przyniosło życie z profesor Irmą Tauber.
Wyższa z czarodziejek skryła długie ciemne włosy pod kapturem, tak że wystawały tylko nieliczne kosmyki. Tak jak Mina nasunęła szalik na twarz, by nie wdychać niezdrowych oparów. Jej towarzyszka, chorobliwie blada, przygarbiona blondynka, wyglądała na zmęczoną. Mina znała obie z widzenia – chodziły kiedyś na wspólne wykłady z historii magii. Naciągnęła kaptur głębiej, by nie zostać rozpoznaną.
– Jak myślisz, kiedy zgaśnie? – usłyszała pytanie wyższej czarodziejki.
– Podobno mają jeszcze bardziej ograniczyć czerpanie, przynajmniej zrzeszonym – szepnęła blondynka.
– Zdechniemy z głodu, już teraz ledwo jestem w stanie zrobić to, czego oczekują w świątyni – westchnęła wyższa.
– Zdechniemy z głodu, jak nie będzie gdzie zaczerpnąć. Co wtedy? Do manufaktury? Burdelu? Co innego możemy robić, jeśli nie będzie skąd czerpać?
– Może potomkom wielkich rodów nie będą kazali…
– Głupia jesteś, Ida – mruknęła blondynka. – Wielkie rody czy nie, wszyscy jesteśmy równi w oczach naszego pana, Imperatora.
– Oby mu gwiazdy oświetlały drogę – dodała wyższa. Mina nie mogła się oprzeć wrażeniu, że słyszy przekąs w jej głosie. No cóż, może i magowie byli postrzegani jako gorliwi wyznawcy Imperatora, ale sami się za takich nie uważali.
Kolejka przesuwała się dość sprawnie, magowie podchodzili do czakramu i z łatwością czerpali z niego moc. Mina obserwowała ich z zazdrością. Mimo wielu lat spędzonych na uczelni i nieustannego kontaktu z magią wciąż miała ogromne problemy z jej kontrolowaniem.
– Nieee! Nie!
Ciszę rozdarł tak donośny krzyk rozpaczy i bólu, że Mina poczuła go fizycznie, wibrował w niej boleśnie. Jakby coś zimnego dotknęło jej głowy, wstrzymała oddech przejęta grozą. Nagle zrobiło się szarzej i straszniej.
– NIEEE! Ja nie kolaborowałam, gdzież ja bym mogła! Ja mam dzieci… To pomyłka!
Mina miała ochotę zasłonić uszy i przestać słyszeć, zamiast tego jednak się rozejrzała. Krzyk dobiegał ze schodów prowadzących do gabinetu rektora.
– Nie! Nie! Nie! Zostawcie mnie, jestem niewinna! Nie pójdę z wami!
Dwóch strażników wyprowadzało szamoczącą się postać. To była Anastazja, asystentka rektora. Mina poczuła zimny pot na czole. Odruchowo schowała w kieszeni paczkę ze wzmocnionym rumiankiem dla dwóch malutkich synków Anastazji. Miała jej przekazać zioła podczas wizyty u rektora. W drugiej kieszeni miała trochę wzmocnionej melisy przygotowanej specjalnie dla męża Anastazji. Męża, którego harówka w manufakturze tak zniszczyła, że teraz nie był w stanie utrzymać się na nogach, a co dopiero pracować. Anastazja dźwigała na barkach cały ciężar utrzymania rodziny.
– Nie! Nie! To błąd, błąd! Błagam! Zostawcie mnie, przysięgam, to nie ja!
Mina odruchowo się skuliła. Strach i rozpacz kobiety ją przenikały. Poczuła jej strach, desperację i przerażenie. Pomyślała, że to musi być pomyłka. Co takiego mogła zrobić Anastazja? Była przecież jedną z najłagodniejszych osób na uczelni. Minie nie mieściło się w głowie, by ktoś taki stanowił zagrożenie dla Imperium.
Musiała zmrużyć oczy, gdyż niespodziewanie zrobiło się dużo jaśniej i cieplej, jakby zima w jednym momencie się skończyła zastąpiona letnim dniem. Ifryt sunął przez główną bramę, pozostawiając za sobą smugi żaru. Pomimo ciepła Mina poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Już wiedziała, że nie ma nadziei dla Anastazji. Od ifrytów lepiej się trzymać z daleka; ich uwaga oznaczała śmiertelne zagrożenie. Na powierzchni doliczono się dziesięciu ognistych demonów, a miały one siłę równą całej armii. Ich obecność dawała Imperatorowi przewagę, o której inni władcy mogli tylko marzyć.
Ifryt z początku przypominał ognisty pocisk, lecz gdy dotarł na plac, przybrał kształt zbliżony do ludzkiej sylwetki. Mina się wzdrygnęła. Zdecydowanie wolała jego naturalną formę, ifryty w ludzkiej postaci przerażały ją jeszcze bardziej. Skóra demona miała niepokojącą, głęboko czerwoną barwę, a on sam był prawie nagi – nosił jedynie krótkie spodnie i przecinający plecy ciemny pas z mieczem.
Ifryt przez chwilę unosił się nad ziemią, po czym zbliżył się do Anastazji. Ta przestała się wyrywać, prawie zawisła w ramionach strażników. Najwyraźniej dotarło do niej, że oto nastał kres nadziei. Nikt, kto zniknął w towarzystwie ifryta, nie pojawiał się więcej wśród żywych. Strażnicy ruszyli w stronę wyjścia z kampusu, prawie ciągnąc Anastazję, a ifryt sunął powoli za nimi. Skoro przybył, nie mogło chodzić o zwykłe przestępstwo. To musiało być coś związanego bezpośrednio z Imperatorem… Ale jakim cudem Anastazja tak mu zalazła za skórę? Może to faktycznie pomyłka… Nie pierwsza i nie ostatnia. Imperator i jego ludzie byli znani z tego, że najpierw aresztowali, a potem pytali, przy czym nie zawsze dochodziło do pytań. Jeśli to nieporozumienie, będzie tragiczne dla całej rodziny Anastazji.
Plac ogarnęła martwa, ciężka cisza. Mina rozejrzała się i dostrzegła rektora stojącego w drzwiach. Odprowadzał Anastazję wzrokiem, a kiedy ta zniknęła za bramą, spojrzał na zgromadzonych ludzi.
– No, drodzy państwo, koniec widowiska! – krzyknął. – Czerpać!
W jego głosie brzmiało rozdrażnienie. Pewnie nie był zadowolony z utraty asystentki. Poza tym aresztowanie tak bliskiej współpracowniczki musiało się wiązać z nieprzyjemnym przesłuchaniem.
Mina obserwowała, jak rektor rozgląda się po tłumie, który posłusznie ustawił się z powrotem w kolejce.
– Pani Tauber! – zawołał w jej kierunku. – Spóźnię się kilka minut, ale proszę na mnie czekać!
Drgnęła, lecz kiwnęła głową. Teraz wszyscy odwrócili się i popatrzyli w jej stronę, aż miała ochotę zapaść się pod ziemię. Czarodziejki przed nią wymieniły wymowne spojrzenia. Zapewne właśnie się zastanawiały, czy nie powiedziały za dużo.
Nastroje zebranych wyraźnie się pogorszyły. Zrobiło się bardzo cicho, skończyły się rozmowy i szepty. W Imperium aresztowania zdarzały się często, ale aresztowania angażujące ifryta albo wymierzone w osoby dobrze znane na uczelni? To dość wyjątkowe. Mina oddychała powoli, próbując się uspokoić. Przejmująca rozpacz Anastazji ciągle powracała w jej myślach.
Czarodziejki przed nią stały już na początku rzędu. Pierwsza i druga zaczerpnęły bez wahania, zanurzając dłonie w mocy.
– Pani Tauber… teraz pani kolej – rozległ się głos maga nadzorującego kolejkę.
Mina znów przełączyła się na Wzrok i dostrzegła pulsujący, złocisty strumień energii. Wirował powoli, błyskając światłem, które mogli zobaczyć tylko magowie. Zaciskając wargi, podeszła powoli do czakramu. Wyciągnęła ramię i zobaczyła, że lekko drży jej dłoń. Westchnęła. Powinna zdjąć rękawiczkę, byłoby łatwiej złapać moc, ale nie lubiła szeptów, które słyszała, kiedy to robiła. Jej blizny rzucały się w oczy i nic na to nie mogła poradzić. Z tyłu zdążyło się ustawić już więcej osób. Mag pilnujący czakramu patrzył na nią uważnie. Znał ją i jej możliwości. Mina była prawie pewna, że mężczyzna się zastanawia, czy wszystko pójdzie dobrze. Spięła się i niemalże zmusiła do wyprostowania ręki. Pociągnęła nieco mocy, ale energia zaczęła płynąć szybciej, niż zakładała – wręcz w nią uderzyła. Świat wokół zawirował.
„Gorąco!”, pomyślała. „Za gorąco!”
Syknęła, próbując powstrzymać błyskawicznie płynącą moc. Znowu traciła kontrolę i wszyscy mogli zobaczyć jej niekompetencję. Lęk i desperacja przydały się tym razem, pomogły nie zwracać uwagi na ból. Dobrze wiedziała, że jeśli się podda, później będzie cierpiała dużo, dużo mocniej. Zdołała zamknąć strumień i odetchnęła z ulgą. Przez moment stała z opuszczonymi ramionami, przed oczami pojawiły się jej mroczki, ale ból powoli znikał.
– No, pani Tauber… no… – mruknął mag. – Wie pani, że właśnie przekroczyła limit? Co mam wpisać w rejestrze? Pierwszy raz pani czerpie czy jak?
– Przepraszam – szepnęła zawstydzona.
Spuściła wzrok, odwróciła się i nie patrząc na nikogo, ruszyła w stronę dziekanatu. Odruchowo wyłączyła Wzrok – nie był jej już potrzebny. Zaklęcie magicznego widzenia nie sprawiało trudności nawet jej, ale oszczędności stanowiły konieczność. Z przyzwyczajenia dbała o swoje zasoby energii i zwykle trzymała magiczny Wzrok wyłączony. Idąc, próbowała rozmasować dłoń. Bolało strasznie. Podejrzewała, że skóra na palcach będzie przez kilka dni zaczerwieniona.
– Bogini, dopomóż – mruknęła. – Oby reszta tego dnia okazała się spokojniejsza.
Wkrótce przekroczyła próg gabinetu rektora Akademii Sztuk Magicznych i jednocześnie Wielkiego Mistrza Gildii Magów, Aleksandra Durowa. Rektor od zawsze budził w Minie niepokój. Kiedy macocha żyła, traktował ją, łagodnie mówiąc, chłodno. Nie dziwiła się mu. Nikt nie wiedział, że nie była biologiczną córką Irmy Tauber. Jej macocha pracowała w Ministerstwie Kontroli nad Magią jako łączniczka pomiędzy urzędnikami, światem Wielkiego Imperatora Saaza i Akademią Sztuk Magicznych. Dbała o to, by uczono tego, czego życzył sobie Imperator. Nadzorowała niszczenie ksiąg zakazanych, donosiła na tych mniej chętnie współpracujących profesorów i uczniów. I choć kobieta nie żyła już od dwóch lat, do Miny przylgnęła etykieta córki Irmy Tauber. Stąd się wzięła reakcja magów w kolejce – większość uczących się pamiętała Irmę i jej nienawidziła. Magowie na uczelni myśleli, że Mina jest taka sama jak matka. Jakby miała jakikolwiek wpływ na to, kto ją adoptował.
Mina mimo wszystko uważała, że rektor potrafił dobrze zarządzać akademią. Uczelnia i gildia od wielu lat współpracowały z władzami Imperium. Durow starał się dostosować do rosnących wymagań. Mina jako jedna z nielicznych dostrzegała fakt, że naprawdę walczył. Pamiętała dyskusje i kłótnie między nim a macochą. Stawiał opór każdej niekorzystnej decyzji urzędników, usiłował zniwelować nakładane ograniczenia. Często były to beznadziejne, skazane na porażkę batalie, mimo to próbował. I Mina za to go ceniła.
Rektor stał przy oknie, odwrócony plecami. Nie odzywał się i Mina przez chwilę stała niepewna, co zrobić.
– Wzywał mnie…
– Myślę, że pani dobrze wie, co to znaczy, gdy Imperator się kimś zainteresuje – przerwał jej.
Zamarła. Nie spodziewała się takiej bezpośredniości z jego strony.
Durow odwrócił się powoli. Trzymał w rękach drewnianą figurkę smoka. Mina przełknęła ślinę, czując na sobie jego badawcze spojrzenie.
– Ja… – zaczęła ponownie, ale głos uwiązł jej w gardle.
– Proszę usiąść – mruknął mężczyzna i wskazał krzesło. Zupełnie niepotrzebnie. W pomieszczeniu nie było więcej krzeseł.
W niedużej sali przy ścianie stała półka uginająca się pod ciężarem książek, a większość przestrzeni wypełniało wielkie drewniane biurko z papierami rozrzuconymi na nim w nieładzie. Mina już dawno zauważyła, że ten nieład jest pozorny, a jeśli Durow chciał coś znaleźć, robił to błyskawicznie. Rektor odłożył smoka na biurko. To jedyna rzecz na całej uczelni – poza książkami – przypominająca czasy, gdy smoki latały po niebie Immalirienu.
Profesor patrzył na nią uważnie zza ogromnych okularów. Spojrzenie miał groźne; ten efekt wzmacniały krzaczaste czarne brwi i orli nos. Mina pogratulowała sobie decyzji o nałożeniu grubszej warstwy kremu usuwającego rumieniec. Opracowanie tej receptury kosztowało ją trochę wysiłku, lecz specyfik potrafił pomóc w wielu sytuacjach.
– Miałem plan – powiedział rektor – żeby zmniejszyć o połowę pani prawo do czerpania mocy. Ze względu na wyniki osiągnięte na akademii i fakt, że zajmuje się pani głównie ziołami, jest pani pierwsza na liście do takich cięć.
„Aż o połowę!”, jęknęła w duchu. „Przecież już w ogóle nic nie zarobię!”
To bardzo zła wiadomość. Sama widziała, że czakram jest coraz słabszy i cieńszy, ale czy sytuacja wyglądała aż tak dramatycznie? Czy takie cięcia były naprawdę konieczne? Spróbowała coś powiedzieć, Durow jednak podniósł palec wskazujący.
– Proszę mi nie przerywać! Dodatkowo miałem potwierdzić zakończenie pani współpracy z Wojskową Szkołą Jeździecką. Nie zaliczyła pani wczorajszego egzaminu.
Spuściła wzrok z rezygnacją. Po co się oszukiwać? On nawet nie pozwoli jej się wypowiedzieć…
– Ale… – Tu rektor zawiesił głos, podrapał się po brodzie i zaraz kontynuował: – Dostała pani ostatnio jakieś… zaproszenia? Coś nieoczekiwanego? Coś od Imperatora?
Mina podziękowała w myślach Bogini za swój krem. Teraz jej policzki byłyby już krwistoczerwone. Ostatnie, czego by chciała, to żeby Durow podejrzewał ją o szpiegowanie na rzecz Imperatora.
– N… nie od Imperatora – zaprzeczyła szybko. – Kapłani poprosili mnie o pomoc, ale to chyba nic istotnego.
Faktycznie otrzymała propozycję współpracy nad zaklinaniem lamp magicznych. Miała się stawić za dwa dni na rozmowę w pałacu. Zbagatelizowała sprawę, myśląc, że może to forma cięcia kosztów. Sprzedawała swoje usługi tanio, a Imperium od niedawna szukało wszędzie oszczędności. Potrzebowała pieniędzy, wszystko drożało w zastraszającym tempie, dlatego nawet ucieszyła się z tego zaproszenia. Ale jeśli Durow o tym mówił, to znaczyło, że dowiedział się o tym zaproszeniu i z jakiegoś powodu go zaniepokoiło. Czyli może chodziło o coś poważniejszego? Złe przeczucie zaczęło kiełkować w jej sercu.
– Hmm. – Zamyślony rektor znów podrapał się po brodzie. – Może tak, może to nic znaczącego. Ale… na wszelki wypadek nie ograniczymy pani dostępu do zasobów magicznych. Jeśli to zlecenie będzie wymagało więcej mocy, to my oczywiście nie chcemy przeszkadzać.
Uśmiechnął się nieco krzywo i pokręcił głową, jakby chciał podkreślić niechęć do przeszkadzania.
– Wszystko ku chwale naszego Pana Imperatora Saaza – dodał po chwili.
Mina już otwierała usta, żeby podziękować, lecz znów nie dał jej dojść do słowa.
– Zdążyłem porozumieć się z rektorem uczelni wojskowej. Będzie pani miała zaliczony egzamin. Warunkowo. Uznaliśmy, że i tutaj nie chcemy przeszkadzać. Tak że będzie pani mogła kontynuować naukę jazdy konnej.
Teraz już zaczęła się bać. Zaproszenie z dworu Imperatora miało wyraźnie daleko idące konsekwencje. O co tu chodziło?
– Pani Mino… – Rektor zrobił pauzę, a potem kontynuował z wahaniem: – Imperator szuka czasem… nietypowych talentów.
– Nietypowych talentów? – powtórzyła z niedowierzaniem. Zastanawiała się, o co chodzi. Przecież ona ledwo panowała nad tymi typowymi.
Rektor zmrużył oczy, jakby pomyślał o tym samym.
– No tak… Może martwię się na wyrost – powiedział z namysłem. – Muszę się przygotować do wykładu, więc jeśli nie ma pani pytań, zakończmy naszą rozmowę.
– Ja… – odezwała się, ale spojrzał na nią takim wzrokiem, że pokiwała tylko głową, wstała i ruszyła w kierunku drzwi.
– I proszę pamiętać o dzisiejszym kliencie! To też ważna sprawa, chciałbym, żeby potraktowała ją pani priorytetowo, tak jak zaklinanie lamp w pałacu Imperatora – dodał profesor. – I jeśli cokolwiek się wydarzy, proszę dać znać. Ja mogę… pomóc.
Popatrzyła na niego kompletnie zbita z tropu, lecz on już zamykał za nią drzwi. Nie dał jej szans na odpowiedź.
Mina opuściła kampus Akademii i skierowała się w stronę warsztatu, gdzie miała zaplanowane spotkanie z klientem uczelni. Zauważyła kątem oka nowe napisy na murach gildii.
„MAG TO SZMATA, ZDRADZI BRATA!”, przeczytała.
Widziała też znak rebeliantów – otoczoną promieniami koronę z literą E w środku. Symbol ostatniej królowej. Dwóch robotników pracowało nad zmyciem napisu, najwyraźniej jednak użyto mocnej farby. Mina nie rozumiała nieufności mieszkańców Immalirienu wobec magów. Fakt, że ci drudzy współpracowali z Imperatorem, był powszechnie znany. Mimo wszystko przecież nie oni decydowali, co Imperator zamierza zrobić… Zdawała sobie sprawę, że są magowie, którzy mu donoszą, ale miała wrażenie, że to raczej wyjątki. Wydawało jej się niesprawiedliwe, że nawet ci robotnicy, którzy przychodzili kupować u niej wzmocnione zioła, patrzyli na nią podejrzliwie. W głębi duszy sprzyjała rebelii, choć wiedziała, że każdy otwarty sprzeciw wobec Imperatora mógł się skończyć na pręgierzu.
Przed spotkaniem z klientem miała jeszcze jeden zaplanowany przystanek. Chciała odwiedzić mieszkającą po drodze znajomą, panią Józefinę, do której nie zaglądała od dwóch dni. Staruszka była na tyle niedołężna, że Mina obawiała się przedłużać swoją nieobecność.
Dotarła do rogatek miasta. Weszła na most i odruchowo spojrzała na mury miejskie. Tym razem świeciły pustkami; żadne zwłoki nie kołysały się na długim sznurze.
To właśnie tutaj pięć lat temu poznała panią Józefinę.
Tamtego dnia stała jak skamieniała, wpatrzona w wisielców. Na linach przy murze zawiśli jej przyjaciele – jedyni, jakich miała w akademii – a nad ich głowami widniało czerwone płótno z napisem: „Tak kończą głupcy, którzy próbowali bawić się z Imperatorem w dziecinne gierki”.
Ogłoszono, że byli rebeliantami. Mina wlepiała wzrok w ciała i czuła taką grozę, że aż brakowało jej powietrza w płucach, a w oczach pojawiły się łzy.
– Dziecinko – usłyszała wtedy ledwo słyszalny szept staruszki. – Dziecinko, nie wolno płakać, kiedy Ogniści Panowie patrzą.
Dwa ifryty rzeczywiście patrzyły prosto na nią. Opanowała się z trudem i odwróciła; zobaczyła za sobą zgarbioną staruszkę.
Ta uśmiechnęła się ciepło.
– Chodź, dziecinko – powiedziała. – Tutaj nie jest bezpiecznie.
Mina skinęła głową, czując, jak kolana się pod nią uginają. Ruszyły razem w stronę bocznej uliczki.
– Jestem Józefina Thalarys – przedstawiła się staruszka. Co chwila spoglądała na nią z zainteresowaniem. – Nie mogłam oderwać od ciebie wzroku… tak bardzo przypominasz mi kogoś, kogo znałam dawno temu. Kogoś ze szlacheckiego rodu. Pozwolisz, że zaproszę cię na herbatę?
Mina, ogarnięta strachem i smutkiem, bez wahania ruszyła za nią. Byle dalej od wisielców, byle dalej od ifrytów. Niedługo później znalazły się w małej lepiance, już wtedy bardzo skromnej, choć schludnie utrzymanej.
Od tamtego dnia Mina odwiedzała Józefinę najczęściej, jak mogła. Niestety staruszka coraz rzadziej ją poznawała, a coraz częściej traciła kontakt z rzeczywistością.
Mina otrząsnęła się z zamyślenia i przekroczyła próg lepianki Józefiny.
– Z tego będzie jakieś nieszczęście – usłyszała zdenerwowany kobiecy głos i zatrzymała się odruchowo.
– Wiem. – Drugi głos znała, należał do Dagny. Pracowała w warsztacie nieopodal i często odwiedzała staruszkę.
– Józefina coraz mniej rozumie, co się dzieje. W końcu uzna ją za jedną z nas i to nas zgubi, zobaczysz! Na Boginię, to przecież magini! Mieszka w tej swojej gildii! Wiesz dobrze, kim była jej matka!
– Anastazja kazała czekać – odpowiedziała Dagna. – Góra ma się tym zająć. Wiesz, że gdyby nie ona, Józefina by już nie żyła. Sama widzisz, że po tych ziołach da się jeszcze z babcią pogadać i czegoś dowiedzieć…
– Wszystkie wylądujemy na pręgierzu! – rzuciła nieznajoma ze strachem.
Mina poruszyła się mimowolnie. Stare deski w podłodze zaskrzypiały. Robotnice podskoczyły przerażone i odwróciły w jej kierunku głowy. Gdyby Mina się nie domyśliła, że mówią o niej, to te dwie pary wystraszonych oczu wystarczyłyby za dowód.
– Dzień dobry – przywitała się.
– Och… Dzień dobry, pani Tauber. – Dagna ukłoniła się nisko. – My musimy już iść. – Pociągnęła towarzyszkę.
– Matka nauczyła cię podsłuchiwać, co, wiedźmo? – syknęła nieznajoma, gdy mijała Minę w progu.
W tym zdaniu tkwiło tyle nienawiści i złości, że Mina zamarła sparaliżowana. Kiedy opanowała się na tyle, by odpowiedzieć, obie kobiety były już daleko. Spodziewała się odzyskać równowagę u pani Józefiny, ale zamiast tego poczuła jeszcze większy niepokój. Obecność robotnic w lepiance nie była niczym niezwykłym – pomagały staruszce i sprzątały. Jednak to, co mówiły, było szalenie podejrzane. Czy rozmawiały o tej samej Anastazji, która została aresztowana? Chyba nie. Mina wątpiła, żeby Anastazja miała powiązania z robotnikami. Mimo wszystko… Na domiar złego podczas ostatniej wizyty znalazła na stole ulotkę z nagłówkiem „Wolny Immalirien!”. Szybko spaliła ją w piecu, sądząc, że ktoś zostawił to przez nieuwagę, zapomniał zniszczyć. Czyżby próbowano się bawić w rebelię w domu pani Józefiny?
Weszła do małego pomieszczenia służącego za kuchnię i rozpakowała zioła: wyhodowaną przez siebie szałwię i miłorząb kapłański. Wzmocniona odpowiednio szałwia pomagała Józefinie na bóle stawów. Wzmocniony miłorząb trochę ją rozbudzał, pozwalał myśleć jaśniej. Był trudno dostępny, lecz Mina uważała, że warto włożyć nieco wysiłku w jego zdobycie. Brakowało jej ciepłych i mądrych słów staruszki.
Rozpaliła ogień i zaczęła przygotowywać miłorząb do zaparzenia. Wyglądało na to, że nie używano paleniska od kilku dni. Takie okresy bezruchu zdarzały się u pani Józefiny ostatnio często.
Przy stoliku leżało trochę czosnku oraz fachowo zwiniętej suszonej mięty. Mina miała z robotnicami niepisany układ: one dostarczały zioła, a ona sprzedawała im tanio gotowe mieszanki; najbardziej potrzebującym oferowała czasami pomoc zupełnie za darmo. Ucieszyła się, bo znalazła też kozłek imperialny. Wzmocniony w odpowiedni sposób świetnie uspokajał i usypiał. Wiedziała, że środki uspokajające są niebywale potrzebne robotnikom. Zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób podpadli swoim nadzorcom. Kary stosowane przez Imperium często nie zostawiały ran na ciele. Ale w duszy… Po czymś takim wszystko, co koiło lęk, było na wagę złota. Zresztą nawet najposłuszniejsi robotnicy żyli w ciągłym poczuciu zagrożenia.
Kiedyś, w szczęśliwych czasach, Imperium było krajem rolniczym. Nikt nie używał wtedy obecnej nazwy; krainę zwano Immalirienem. Gdy nastały rządy Imperatora, a mieszkańcy zostali zmuszeni do robót w manufakturach i zakazano uprawy roślin, coś zostało ludziom wydarte. Mina miała wrażenie, że zmuszanie rolników do pracy w takich miejscach stanowiło gwałt na ich naturze. Szybko stali się apatyczni, ospali, a życie nie sprawiało im radości. Wzmocnienia powodowały, że zioła działały trochę lepiej. Mina nieraz się zastanawiała, kiedy ktoś z otoczenia Imperatora – może jakiś urzędnik – uzna jej działania za zakazane. Na razie, dopóki mogła, nie przestawała pomagać. Oto jej osobista, cicha rebelia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie było w tym nic spektakularnego. Robiła tyle, na ile pozwalał jej strach.
Józefina siedziała na fotelu, wpatrując się mętnym wzrokiem w brudne okno. Delikatnym, pieszczotliwym gestem dłoni gładziła suknię. Znów tkwiła w świecie, w którym trzyma swoją kotkę na kolanach, zanim jeszcze Imperator odebrał poddanym wszystkie zwierzęta domowe. Staruszce trudno było się z tym pogodzić. Zdarzało jej się zapomnieć, że kota od wielu lat nie ma. Mina poczuła wzruszenie. Przyłożyła Józefinie do ust gliniany kubek pełen herbaty z miłorzębu. Staruszka musiała być spragniona, bo wypiła duszkiem całą porcję ziół. Ponieważ na efekt naparu trzeba było chwilę poczekać, Mina uprzątnęła w tym czasie pomieszczenie.
– O, jesteś, moje dziecko. Chyba przysnęłam.
– Tak, pani Józefino. Przyniosłam trochę jedzenia. Proszę zjeść.
Mina rozpakowała chleb i masło. Nalała też Józefinie do miski trochę rzadkiej owsianki.
– Rozpieszczasz mnie. – Staruszka się uśmiechnęła. – A ty chyba płakałaś?
Mina drgnęła zawstydzona.
– Źle spałam – powiedziała cicho. Lubiła Józefinę, ale trudno jej było rozmawiać o sobie, nawet z tą ciepłą kobietą. – A tu woda – zmieniła temat. – Proszę dziś pić tylko z tego dzbanka.
Woda w mieście pogarszała się z każdym dniem. Ta z Akademii Sztuk Magicznych wciąż miała znośny smak. Z pewnością zawierała mniej zanieczyszczeń niż ta z miejskich ujęć.
– Dziękuję, Mino.
– Jak się pani dzisiaj czuje?
– Źle, jak zwykle ostatnio. Myślę, że ta zima będzie moją ostatnią.
– Oj…
– Nie, nie… – przerwała jej starsza pani. – Ja się cieszę. Byłam szlachcianką, potem zostałam robotnicą… na końcu żebraczką. Mam nadzieję, że śmierć nie będzie gorsza. Przeżyłam piekło na ziemi, chyba należy mi się trochę spokoju…
Mina przygryzła wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Pani Józefina popatrzyła na nią uważnie i przytomnie.
– Ale ty, Mino Tauber, dałaś mi trochę radości na tym świecie…
Mina pokręciła głową nieco zmieszana.
– Cieszę się, że mogłam cię poznać. I… – Staruszka chwyciła jej rękę. – Jak umrę…
Mina znów chciała coś powiedzieć, ale rozmówczyni ścisnęła jej dłoń trochę mocniej. Rozejrzała się, jakby coś ją nagle zaniepokoiło.
– Nie przerywaj, słoneczko, dopóki myśli mi się jeszcze nie plączą – wtrąciła szybko, nie zwalniając uścisku. Mina powstrzymała odruch odsunięcia się. Nie lubiła, gdy ktoś dotykał jej rąk, nawet przez rękawiczki. – Jak umrę – kontynuowała staruszka – weź, proszę, książkę… Dałabym ci dwie książki tak naprawdę, ale nie chcę, żebyś trzymała coś, przez co możesz mieć problemy.
Staruszka na moment zamilkła, zbierając myśli. Mówienie przychodziło jej z widocznym trudem. Miłorząb przestawał działać.
– Gdyby to było bezpieczne, dałabym ci… – Józefina szeptała tak cicho, że Mina musiała się pochylić, żeby coś usłyszeć. – Dałabym ci ją, pracę Amelii Calderon, tę o Smoczych Parach. Jak umrę… – Głos kobiety zadrżał, załamał się. – Zniszcz ją. Natychmiast. Spal. Już dawno powinnam to zrobić. Ale nie mogę, nie mogę się na to zdobyć… Nie pozwól, by wpadła w niepowołane ręce.
Staruszka zaczęła się trząść. Z trudem wyciągnęła drżącą rękę i wskazała na skrzynię stojącą pod olbrzymim portretem Imperatora. Mina pierwszy raz zwróciła na nią uwagę. Kufer był zakurzony i wyglądał zwyczajnie, nie przyciągał wzroku.
– J… ja nie rozumiem – zająknęła się Mina. Niepokój Józefiny był zaraźliwy. Co to za księga? W co się wpakowała staruszka?
– Tam jest drugie dno, w tej skrzyni – wyszeptała Józefina. – Tam są moje najcenniejsze książki, weź dla siebie historię wielkich rodów. To nie jest zakazana pozycja. Może odnajdziesz tam swoje dziedzictwo. Jestem pewna, że musisz być szlachcianką. Zachowujesz się jak dawna, dobra szlachta, ta, którą znam z moich czasów. Stare, szlachetne rody… Ten twój zadarty nosek, idealnie brązowe włosy… nawet twoje bystre spojrzenie… Uwierz mi, ja znam się na szlachcie…
Mina poczuła nagły, bolesny ucisk w gardle, jakby niewidzialna dłoń zacisnęła się na jej krtani. Musiała kilkakrotnie zamrugać, bo kontury pokoju niebezpiecznie się rozmyły.
– Pani Józefino, jestem tylko córką nauczycielki – odpowiedziała, nie patrząc na staruszkę.
– Chciałabym, żeby świat wrócił do swoich starych, pięknych dni – rozmarzyła się kobieta. Jej spojrzenie stało się zamglone, odległe. Znów zaczęła głaskać swoją suknię.
Mina westchnęła cicho i wstała. Staruszka wracała do swojego świata, czas na rozmowę się kończył.
„Mina Calharys”, pomyślała, patrząc na Józefinę. „Nazywam się Mina Calharys, a nie Tauber. Ale to nie jest rzecz, którą warto się chwalić. Nie w tym świecie”.
– Oooch… to mroczny omen – jęknęła Józefina, a jej spokojna, zamyślona twarz zmieniła wyraz. Miała szeroko otwarte oczy, utkwione w czymś za oknem i wyglądała na przerażoną. – Moje chwile są policzone!
W jej głosie zabrzmiało coś takiego, że ten strach natychmiast udzielił się Minie. Serce podskoczyło jej do gardła. Odruchowo podążyła za spojrzeniem staruszki. Na spękanym szarym dachu sąsiedniej lepianki siedział kruk. Nagle ptak obrócił łeb. Przysięgłaby, że zanim rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, jego oczy błysnęły nienaturalną, głęboką czerwienią jak dwa rozżarzone węgle.
Przebiegł jej po kręgosłupie lodowaty dreszcz. Pomyślała o aresztowaniu Anastazji, zaniepokojeniu rektora związanym z zaproszeniem i nietypowym zachowaniu Józefiny. Co się dzieje? Czy to naprawdę mroczny omen?
„Nie”, pocieszyła się w duchu. „Na pewno nic się nie dzieje, po prostu w Imperium każdy boi się własnego cienia”.