Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wieża koronna. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lipca 2026
48,90
4890 pkt
punktów Virtualo

Wieża koronna. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 1 - ebook

Dwóch mężczyzn, którzy się nienawidzą. Jedna niewykonalna misja. Narodziny legendy. Hadrian Blackwater, wojownik, który nie ma o co walczyć, zostaje zmuszony do współpracy z Royce’em Melbornem, złodziejem i zabójcą, który nie ma nic do stracenia. Wynajęci przez starego czarodzieja wspólnie muszą ukraść skarb, którego nikt inny nie zdoła dosięgnąć. Wieża Koronna to niezdobyta budowla, pozostałość z największej fortecy, jaką kiedykolwiek wzniesiono i skarbiec najcenniejszych przedmiotów w królestwie. Jednak nie o złoto czy klejnoty chodzi czarodziejowi i jeśli tylko sprawi, że dwaj bohaterowie nie pozabijają się, to być może zdołają zdobyć dla niego upragniony skarb.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-75-0
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Od autora

Oto „Kro­niki Riy­rii”.

Jeśli jesteś nowy w świe­cie Elanu, to pew­nie zechcesz zaj­rzeć naj­pierw do wstępu, żeby zde­cy­do­wać, od czego zacząć lek­turę. Moż­liwe bowiem, że zde­cy­du­jesz, by nie zaczy­nać od tej książki. Nawet wete­rani „Odkryć Riy­rii” mogą chcieć prze­czy­tać ten wstęp, żeby dowie­dzieć się nieco na temat tego, jak ta seria powstała i czego mogą się spo­dzie­wać.

„Kro­niki Riy­rii” poprze­dzają wyda­rze­nia z mojego debiu­tanc­kiego cyklu „Odkry­cia Riy­rii” (wyda­nego przez wydaw­nic­two Orbit poczy­na­jąc od „Kró­lew­skiej krwi” w listo­pa­dzie 2011 roku_,_ koń­cząc na „Pra­daw­nej sto­lic_y”_ w stycz­niu 2012). Jeśli woli­cie pozna­wać histo­rię w chro­no­lo­gicz­nym porządku, zacznij­cie od tej książki, ponie­waż bar­dzo się sta­ra­łem, żeby „Kro­niki” nie zdra­dziły niczego z „Odkryć”. Ponadto lek­tura nie wymaga zna­jo­mo­ści wyda­rzeń z „Odkryć”. Chcia­łem uwzględ­nić inte­resy czy­tel­ni­ków z obu obo­zów (tych czy­ta­ją­cych w porządku chro­no­lo­gicz­nym i tych trzy­ma­ją­cych się porządku wydaw­ni­czego). To powie­dziaw­szy, dodam, że „Kro­niki” zostały pomy­ślane tak, by czy­tać je po „Odkry­ciach Riy­rii”, i fani cyklu natra­fią na ukryte nie­spo­dzianki, które można doce­nić, zna­jąc całość histo­rii. To nie są żadne klu­czowe zwroty w akcji, ale drobne dodatki dla zorien­to­wa­nych. Pod­su­mo­wu­jąc, lek­turę można zacząć zarówno od „Wieży Koron­nej”, jak i „Kró­lew­skiej krwi”.

Chciał­bym poświę­cić chwilę róż­ni­com w struk­tu­rze obu cyklów. Dla nie­zo­rien­to­wa­nych przy­po­mnę, że napi­sa­łem wszyst­kie sześć powie­ści „Odkryć Riy­rii”, zanim któ­rą­kol­wiek opu­bli­ko­wa­łem. To było abso­lut­nie nie­zbędne w przy­padku tego cyklu. Cho­ciaż każda zawiera osobny kon­flikt i roz­wią­za­nie, ist­niało wiele wąt­ków, które poja­wiały się w cało­ści. Suge­ro­wano pewne tajem­nice, boha­te­ro­wie byli wpusz­czani w maliny, a wszystko to miało dopro­wa­dzić do wiel­kiego finału, w któ­rym wszyst­kie sekrety były… cóż… ujaw­nia­nie. Ponie­waż to była pierw­sza moja praca, mogłem sobie pozwo­lić na taki luk­sus. W końcu nikt nie cze­kał na następną część.

Zupeł­nie ina­czej pod­sze­dłem do „Kro­nik Riy­rii”. Nie mam poję­cia, ile czę­ści powsta­nie, więc obmy­śli­łem ten cykl jako otwartą histo­rię, a nie poje­dyn­czą opo­wieść podzie­loną na odcinki. Każdy tom to raczej osobna powieść, mniej powią­zana z następ­nymi. Dzięki temu będę mógł prze­rwać pisa­nie o Riy­rii w dowol­nym momen­cie, nie zosta­wia­jąc pytań bez odpo­wie­dzi i nie­roz­wią­za­nych kon­flik­tów. Ist­nieje kilka powo­dów takiego podej­ścia. Przede wszyst­kim bar­dzo chcę chro­nić Riy­rię. Jestem naprawdę dumny z tego doko­na­nia, a wszy­scy widzie­li­śmy serie, które kie­dyś były świetne, a potem cią­gnęły się dłu­żej, niż powinny. Po dru­gie, nie mam poję­cia, czy ludzie na­dal chcą kolej­nych histo­rii z tymi boha­te­rami. Dla­tego napi­sa­łem i opu­bli­ko­wa­łem osiem powie­ści i moż­liwe, że tyle wystar­czy.

Zatem czym dokład­nie są „Kro­niki Riy­rii”? Dla­czego zde­cy­do­wa­łem się pisać o wyda­rze­niach poprze­dza­ją­cych „Odkry­cia Riy­rii” zamiast nastę­pu­ją­cych póź­niej? Cóż, wielu ludzi już wie, że „Riy­ria” to elfic­kie okre­śle­nie „dwóch”. To także imię, jakie przy­brali Hadrian Blac­kwa­ter i Royce Mel­born jako zło­dzieje do wyna­ję­cia. Nic dziw­nego więc, że w „Kro­ni­kach Riy­rii” będą wystę­po­wali przede wszyst­kim ci dwaj. Jako pre­cy­zyj­nie prze­my­ślany cykl „Odkry­cia Riy­rii” zamy­kają się wraz z koń­cem ery i ogrom­nie podoba mi się spo­sób, w jaki wyda­rza­nia znaj­dują swój finał. Ciężko pra­co­wa­łem nad ide­al­nym zakoń­cze­niem i oba­wia­łem się, że wszelka kon­ty­nu­acja wyda się doło­żona na siłę i może znisz­czyć wszystko, co było mi dro­gie. Zatem oczy­wi­stym pomy­słem było zba­da­nie dru­giego końca.

„Kro­niki” to zasad­ni­czo początki Riy­rii. W pierw­szych sce­nach „Odkryć” Royce i Hadrian są już naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Prze­pra­co­wali wspól­nie dwa­na­ście lat i połą­czyła ich więź, dzięki któ­rej zjed­nali sobie wielu czy­tel­ni­ków. Dla mnie jako pisa­rza naj­cie­kaw­sze było zgłę­bie­nie, w jaki spo­sób ci dwaj tak różni męż­czyźni wpły­wali na sie­bie i jak roz­wi­nęli tak nie­za­chwiane wza­jemne zaufa­nie, jakim się darzą. Dotarło do mnie, że przy pierw­szym spo­tka­niu by­naj­mniej nie polu­bi­liby się, a naj­pew­niej ser­decz­nie by się znie­na­wi­dzili. Wyzwa­niem dla mnie było reali­styczne uka­za­nie, jak ukształ­to­wał się ich zwią­zek, a niczego tak nie lubię przy pisa­niu jak praw­dziwe wyzwa­nia.

Nie­któ­rzy suge­ro­wali, że „Kro­nik Riy­rii” powstały, ponie­waż wydawca nale­gał, bym powró­cił do towaru, który już wyro­bił sobie markę. To nie­prawda. Każdy, kto mnie zna, wie, że za żadne pie­nią­dze nie skło­niłby mnie do napi­sa­nia cze­goś, co mnie nie cie­kawi. Zatem jeśli nie Orbit odpo­wiada za powsta­nie „Kro­nik Riy­rii”, to kto? W więk­szo­ści czy­tel­nicy, któ­rzy obsta­wali w sze­ściu­set osiem­dzie­się­ciu pię­ciu tysią­cach słów, że „Odkry­cia Riy­rii” to za mało. To dzięki waszemu wspar­ciu moja rodzina ma dach nad głową i nie przy­miera gło­dem. Pod wie­loma wzglę­dami czuję się jak rene­san­sowy arty­sta, a wy jeste­ście moim mece­na­sem. Jest jed­nak jesz­cze jedna osoba, zapewne jedyna, która może mnie do cze­go­kol­wiek prze­ko­nać. To dzięki tej oso­bie powstały „Kro­niki Riy­rii”. Dałem się zwieść temu pod­stęp­nemu geniu­szowi, a chy­tre mani­pu­la­cje, do jakich się uciekł, sta­no­wią opo­wieść samą w sobie.

To kla­syczna opo­wieść o mężu, któ­rego żona zako­chuje się w innym, bar­dziej olśnie­wa­ją­cym i cza­ru­ją­cym dżen­tel­me­nie. To brzmi tra­gicz­nie, ale ta opo­wieść jest nieco inna, ponie­waż romans doty­czy praw­dzi­wej kobiety i fik­cyj­nego męż­czy­zny. Moja żona – nazwijmy ją Robin (ponie­waż tak brzmi jej praw­dziwe imię) – zadu­rzyła się w Hadria­nie Blac­kwa­te­rze. Nie jestem pewien, co czuję, umoż­li­wia­jąc wła­snej żonie zwią­zek z innym męż­czy­zną, ale wiem przy­naj­mniej, że ten gość jest godny zaufa­nia. Po skoń­cze­niu cyklu „Odkryć Riy­rii” Robin popa­dła w depre­sję, bo musiała się poże­gnać z Ela­nem, a w szcze­gól­no­ści z Hadria­nem… Dopóki nie zdała sobie sprawy, że mogę przy­wo­łać ponow­nie jego i Royce’a, opo­wia­da­jąc o zda­rze­niach poprze­dza­ją­cych cykl. Kiedy to zro­zu­miała, roz­po­częła reali­za­cję dia­bo­licz­nego planu mają­cego na celu wskrze­sze­nie pary boha­te­rów.

Zaczęło się, kiedy prze­ko­nała mnie, żebym napi­sał opo­wia­da­nie. Dzięki temu miał­bym coś dla czy­tel­ni­ków w cza­sie prze­sta­wia­nia się z samo­dziel­nego publi­ko­wa­nia na tra­dy­cyjną dzia­łal­ność wydaw­ni­czą. Zamó­wione wcze­śniej strony do wydań „Odkryć Riy­rii” w Orbit już wysła­łem (ale książki jesz­cze się nie uka­zały), a moje wcze­śniejsze pomy­sły zostały zepchnięte na bok. Po raz pierw­szy od lat nie mia­łem niczego w zana­drzu, a ponie­waż kon­trakt pozwa­lał mi na pisa­nie tek­stów krót­szych niż powieść, a opo­wia­da­nia są, cóż, krót­kie, Robin popro­siła mnie, żebym stwo­rzył histo­rię o począt­kach Royce’a i Hadriana.

Rzecz w tym, że nie jestem dobry w pisa­niu opo­wia­dań. Posta­no­wi­łem podejść więc do tego tak, jakby to był roz­dział – pierw­szy roz­dział powie­ści. Cof­ną­łem się w cza­sie i napi­sa­łem pro­stą opo­wieść o spo­tka­niu Royce’a i Hadriana z wiceh­ra­bią Alber­tem Win­slo­wem. To się stało jakiś rok po tym, jak duet się poznał. Opu­bli­ko­wa­łem to opo­wia­da­nie dar­mowo pod tytu­łem „The Visco­unt and the Witch” i czy­tel­ni­kom naj­wy­raź­niej się spodo­bało. Kiedy już napi­sa­łem ten tekst, ziarno zostało posiane, a gdy zają­łem się innymi pro­jek­tami, ono powoli kieł­ko­wało. Gdy stało się oczy­wi­ste, że „Odkry­cia Riy­rii” uzy­skały wła­ściwy roz­pęd, zaczą­łem pracę nad tym, co miało stać się „Różą i Cier­niem”.

Tuż przy końcu powie­ści zda­łem sobie sprawę, że mam pro­blem. Jak mógł­bym opu­bli­ko­wać powieść o dru­gim roku współ­pracy Royce’a i Hadriana. Co ja sobie myśla­łem? Cofa­nie się w cza­sie pociąga za sobą pyta­nie, jak to się wszystko zaczęło. Na co zda się legenda bez począt­ków? Im wię­cej o tym myśla­łem, tym bar­dziej docie­rało do mnie, że muszę napi­sać naj­pierw, jak Royce i Hadrian się poznali. Kiedy powie­dzia­łem o tym żonie, udała, że mnie tylko wspiera, mówiąc: „Jak uwa­żasz, kocha­nie”. Kiedy wysze­dłem z pokoju, usły­sza­łem stłu­mione „Udało się!” i wyobra­zi­łem sobie, jak trium­fal­nie potrząsa pię­ścią, jakby wła­śnie zdo­była decy­du­jący punkt w roz­grywce. I tak naro­dziła się „Wieża Koronna”.

Napi­saw­szy przy­pad­kiem książki, któ­rych akcja toczy się w odstę­pie roku w świe­cie Elanu, wyobra­zi­łem sobie teraz moż­li­wość dwu­na­sto­czę­ścio­wego cyklu, po jed­nym tomie na rok poprze­dza­jący wyda­rze­nia w „Odkry­ciach Riy­rii”. Czy te histo­rie powstaną? Nie spo­sób powie­dzieć, dopóki nie prze­ko­nam się, jak pój­dzie mi z tymi dwiema. Jed­nak jak w przy­padku wszyst­kiego, co wiąże się z pisar­stwem, zosta­wiam otwarte drzwi i niech pomy­sły przy­cho­dzą. Jak na razie zbie­ram je jak ładne muszelki, pra­cu­jąc nad innymi rze­czami.

Zatem tak to było. Szczę­śliwy wypa­dek, który naro­dził się dzięki miło­ści prze­bie­głej żony do fik­cyj­nego boha­tera i legio­nowi czy­tel­ni­ków, któ­rzy chcieli prze­czy­tać coś wię­cej. Jeśli zna­cie „Odkry­cia Riy­rii”, mam nadzieję, że będzie­cie bawili się przy „Kro­ni­kach Riy­rii” rów­nie dobrze, jak przy poprzed­nich powie­ściach. Jeśli dopiero pozna­je­cie moje pisar­stwo, moż­liwe, że za chwilę zdobędzie­cie nowych przy­ja­ciół, i jeżeli tak się sta­nie, czeka na was jesz­cze sześć innych tomów.

Na koniec roz­waż­cie po lek­tu­rze, czy nie napi­sać do mnie kilku słów na adres michael.sul­li­[email protected] i podzie­lić się wra­że­niami. To wła­śnie dzięki takim infor­ma­cjom zwrot­nym „Kro­niki Riy­rii” w ogóle powstały. Jeśli więc cze­ka­cie na wię­cej, powiedz­cie mi – to naj­lep­szy spo­sób, żeby do tego dopro­wa­dzić.

_Porzą­dek chro­no­lo­giczny – Porzą­dek wydaw­ni­czy_

_Wieża Koronna – Kró­lew­ska krew. Wieża elfów_

_Róża i Cierń – Nowe impe­rium. Szma­rag­dowy sztorm_

_Kró­lew­ska krew. Wieża elfów – Zdra­dziecki plan_

_Nowe impe­rium. – Pra­dawna sto­lica Szma­rag­dowy sztorm_

_Zdra­dziecki plan – Wieża Koronna_

_Pra­dawna sto­lica – Róża i Cierń_ROZDZIAŁ 1. KORNISZON

Roz­dział 1

_Kor­ni­szon_

Hadrian Blac­kwa­ter prze­szedł nie wię­cej niż pięć kro­ków po zej­ściu na ląd, kiedy go okra­dziono.

Torbę, jego jedyną torbę, wyrwano mu z ręki. Nawet nie zauwa­żył zło­dzieja. Hadrian w ogóle nie­wiele widział w oświe­tlo­nym latar­niami cha­osie, jaki ota­czał nabrzeże, jedy­nie mul­tum twa­rzy, ludzi prze­py­cha­ją­cych się, żeby odsu­nąć się od trapu albo podejść do statku. Przy­zwy­cza­jony do rytmu roz­ko­ły­sa­nego pokładu z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę na nie­ru­cho­mej przy­stani wśród prze­py­cha­nek i sza­mo­ta­niny. Nowo przy­byli poru­szali się z waha­niem, powo­du­jąc zatory. Wielu miej­sco­wych szu­kało przy­ja­ciół i krew­nych, wrzesz­cząc, pod­ska­ku­jąc i wyma­chu­jąc rękami, żeby zwró­cić ich uwagę. Inni zacho­wy­wali się bar­dziej jak zawo­dowcy – trzy­mali pochod­nie i wykrzy­ki­wali oferty zakwa­te­ro­wa­nia lub pracy. Pewien łysy męż­czy­zna o gło­sie jak trąbka sygna­łowa stał na skrzynce i zapew­niał, że tawerna „Czarny Kot” ofe­ruje naj­moc­niej­sze piwo za naj­niż­szą cenę. Dwa­dzie­ścia stóp dalej jego kon­ku­ren­cja balan­so­wała na chwie­ją­cej się beczce i gło­siła, że łysy kła­mie, upo­rczy­wie powta­rza­jąc, że „Far­towny Kape­lusz” to jedyna miej­scowa tawerna, która nie ser­wuje psiego ścierwa pod nazwą bara­niny. Hadrian miał to wszystko w nosie. Chciał wydo­stać się z tłumu i zna­leźć zło­dzieja, który ukradł mu torbę. Już po paru minu­tach zdał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Sku­pił się więc na pil­no­wa­niu sakiewki i uznał, że miał szczę­ście. Przy­naj­mniej nie stra­cił niczego cen­nego, tylko ubra­nia. Jed­nak bio­rąc pod uwagę, jak zimno było w Avry­nie jesie­nią, utrata gar­de­roby mogła sta­no­wić pewien pro­blem.

Hadrian ruszył razem z poto­kiem ciał – zresztą i tak nie miał dużego wyboru. Porwany przez silny prąd uno­sił się z głową tuż nad powierzch­nią. Pirs trzesz­czał i jęczał pod cię­ża­rem ucie­ka­ją­cych pasa­że­rów, któ­rzy pośpiesz­nie odda­lali się od tego, co było ich cia­snym domem przez ponad mie­siąc. Gry­zące zapa­chy ryb, dymu i smoły zastą­piły teraz tygo­dnie oddy­cha­nia czy­stym sło­nym powie­trzem. Uno­szące się daleko ponad słabo oświe­tlo­nym nabrze­żem świa­tła mia­sta sta­no­wiły jaśniej­sze punkty wśród roz­gwież­dżo­nego wie­czoru.

Hadrian szedł za czte­rema ciem­no­skó­rymi cali­skimi męż­czy­znami cią­gną­cymi skrzy­nie wypeł­nione barw­nymi pta­kami, które skrze­czały i trze­po­tały skrzy­dłami w swo­ich klat­kach. Za nim szli ubogo ubrani męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna niósł dwie torby, jedną prze­rzu­coną przez ramię, a drugą wci­śniętą pod pachę. Naj­wy­raź­niej ich rze­czami nikt nie był zain­te­re­so­wany. Hadrian zdał sobie sprawę, że powi­nien był ina­czej się ubrać. Jego wschodni strój nie dość, że był nie­prak­tycz­nie cienki, to jesz­cze w kra­inie skóry i wełny dża­la­bija z bie­lo­nego płótna i obszyta zło­tem pele­ryna aż biły w oczy bogac­twem.

– Tu! Tutaj! – Led­wie sły­szalny głos był jesz­cze jed­nym dźwię­kiem w zgiełku krzy­ków, skrzy­pie­nia kół wozów, dzwon­ków i gwiz­dów. – Tędy. Tak, pan, pro­szę podejść. Pro­szę podejść!

Dotarł­szy na koniec rampy i nie­mal wyrwaw­szy się tłumu, Hadrian dostrzegł wyrostka. Ubrany w obszar­pane ubra­nia cze­kał pod pło­mien­nym bla­skiem koły­szą­cej się latarni. Żyla­sty mło­dzie­niec trzy­mał torbę Hadriana. Roz­pro­mie­nił się w nad­zwy­czaj sze­ro­kim uśmie­chu.

– Tak, tak, pan wła­śnie. Pro­szę podejść. O, tutaj! – wołał, wyma­chu­jąc wolną ręką.

– To moja torba! – krzyk­nął Hadrian, prze­py­cha­jąc się do chło­paka i nie mogąc do niego dotrzeć z powodu tłumu, który na­dal tara­so­wał wąski pirs.

– Tak! Tak! – Chło­pak uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Oczy błysz­czały mu entu­zja­stycz­nie. – Ma pan ogromne szczę­ście, że ją panu zabra­łem, bo z pew­no­ścią ktoś by ją panu ukradł.

– Ty ją ukra­dłeś!

– Nie, nie! Skądże znowu! Ofiar­nie chro­ni­łem pań­ską naj­cen­niej­szą wła­sność. – Mło­dzie­niec wypro­sto­wał chude plecy tak, że Hadrian spo­dzie­wał się, że zaraz zasa­lu­tuje. – Ktoś taki jak pan nie powi­nien sam nosić torby.

Hadrian prze­ci­snął się obok trzech kobiet, które przy­sta­nęły, żeby uko­ły­sać pła­czące dziecko, ale zaraz zatrzy­mał go star­szy męż­czy­zna cią­gnący nie­wia­ry­god­nie wielki kufer. Chudy jak widmo sta­ru­szek, o wło­sach bia­łych jak mleko, zata­ra­so­wał wąski prze­smyk już zawa­lony górą toreb zrzu­ca­nych lek­ko­myśl­nie ze statku na pirs.

– Co masz na myśli, mówiąc „ktoś taki jak ja”?! – krzyk­nął Hadrian ponad kufrem, pod­czas gdy sta­rzec przed nim siło­wał się z cię­ża­rem.

– Jest pan wiel­kim ryce­rzem, prawda?

– Nie, nie jestem.

Chło­pak wska­zał go pal­cem.

– Musi pan być. Pro­szę samemu spoj­rzeć: jest pan wielki i nosi pan mie­cze… Trzy mie­cze! A ten prze­wie­szony przez plecy jest naprawdę ogromny. Tylko rycerz nosi takie rze­czy.

Hadrian wes­tchnął, kiedy kufer starca zakli­no­wał się w szcze­li­nie mię­dzy ode­sko­wa­niem pomo­stu a pochyl­nią. Pochy­lił się i uniósł kufer, za co usły­szał kilka przy­siąg dozgon­nej wdzięcz­no­ści w nie­zna­nym języku.

– Sam pan widzi – powie­dział chło­piec – tylko rycerz pomógłby nie­zna­jo­memu w potrze­bie.

Kolejne torby wylą­do­wały z hukiem na sto­sie obok Hadriana. Jedna stur­lała się i z plu­skiem wpa­dła do ciem­nych wód portu. Hadrian parł przed sie­bie, żeby nie zostać tra­fio­nym zrzu­caną torbą i odzy­skać skra­dzioną wła­sność.

– Nie jestem ryce­rzem. A teraz oddaj mi torbę.

– Poniosę ją dla pana. Nazy­wam się Kor­ni­szon… Ale musimy już iść. Szybko. – Chło­piec przy­tu­lił torbę Hadriana i odbiegł.

– Ejże!

– Szybko, szybko! Lepiej się nie ocią­gać.

– Skąd ten pośpiech? Co ty wyga­du­jesz? I wra­caj tu z moją torbą!

– Ma pan wiel­kie szczę­ście, że pan na mnie tra­fił. Jestem dosko­na­łym prze­wod­ni­kiem. Nie­ważne, czego pan zechce, ja wiem, gdzie tego szu­kać. Przy mnie dosta­nie pan tylko to co naj­lep­sze i za naj­niż­szą cenę.

Hadrian wresz­cie dogo­nił chło­paka i zła­pał swoją torbę. Pocią­gnął i razem z nią uniósł urwisa, który na­dal zaci­skał ręce wokół płótna.

– Ha! Widzi pan? – Chło­pak wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. – Nikt nie wyrwie torby z moich rąk!

– Słu­chaj… – Hadrian potrze­bo­wał chwili, żeby zła­pać oddech. – Nie potrze­buję prze­wod­nika. Nie zatrzy­mam się w tym mie­ście.

– A dokąd się pan wybiera?

– Na pół­noc. Daleko na pół­noc. Do miej­sca zwa­nego She­ri­dan.

– Ach! Na uni­wer­sy­tet.

To zasko­czyło Hadriana. Kor­ni­szon nie robił wra­że­nia świa­towca. Dzie­ciak przy­po­mi­nał porzu­co­nego psa. Takiego, co to kie­dyś mógł nosić obrożę, ale teraz miał tylko pchły, odsta­jące żebra i nad­mier­nie roz­wi­nięty instynkt samo­za­cho­waw­czy.

– Stu­diuje pan, by zostać uczo­nym? Powi­nie­nem był się domy­ślić. Pro­szę wyba­czyć, jeśli pana obra­zi­łem. Jest pan nad­zwy­czaj bystry, więc to oczy­wi­ste, że będzie pan wiel­kim uczo­nym. Pro­szę nie dawać mi napiwku za popeł­nie­nie takiej gafy. Ale to jesz­cze lepiej. Dosko­nale wiem, dokąd powin­ni­śmy się udać. W górę rzeki Ber­num można popły­nąć barką. Tak, barka to dosko­nałe roz­wią­za­nie, a jedna rusza aku­rat tego wie­czoru. Nie będzie następ­nej przez kilka dni, a pan nie chciałby zosta­wać w takim okrop­nym mie­ście jak to. W oka­mgnie­niu znaj­dziemy się w She­ri­da­nie.

– My? – Hadrian uśmiech­nął się zna­cząco.

– Chyba zechce pan zabrać mnie ze sobą, prawda? Znam nie tylko Ver­nes. Jestem znawcą całego Avrynu. Odby­łem dale­kie podróże. Mogę panu pomóc, będę pachoł­kiem, który zadba o wszel­kie pana potrzeby i będzie pil­no­wał pań­skiej wła­sno­ści, by uchro­nić ją przed zło­dzie­jami, gdy pan będzie stu­dio­wał. To robota, w któ­rej jestem naj­lep­szy.

– Nie stu­diuję i nie zamie­rzam zaczy­nać. Po pro­stu odwie­dzam kogoś i nie potrze­buję pachołka.

– Oczy­wi­ście, że nie potrze­buje pan pachołka, skoro nie zamie­rza pan zostać uczo­nym, ale jako szla­chet­nie uro­dzony syn lorda, który dopiero co wró­cił ze wschodu, bez wąt­pie­nia potrze­buje pan famu­lusa, a ze mnie będzie dosko­nały famu­lus. Dopil­nuję, żeby pań­ski noc­nik był zawsze pusty, ogień porząd­nie roz­pa­lony zimą, a latem będę pana wachlo­wać, żeby odpę­dzić muchy.

– Kor­ni­szo­nie – oznaj­mił sta­now­czo Hadrian – nie jestem synem lorda i nie potrze­buję słu­żą­cego. Ja tylko… – Urwał, widząc, że coś odcią­gnęło uwagę chłopca. Na jego rado­snym obli­czu nagle poja­wił się strach. – Co się stało?

– Mówi­łem, że trzeba się pośpie­szyć. Musimy natych­miast wynieść się z portu!

Hadrian odwró­cił się i zoba­czył męż­czyzn z pał­kami masze­ru­ją­cych przy­sta­nią. Pod ich cięż­kimi sto­pami deski aż pod­ska­ki­wały.

– Przy­mu­sowe mustro­wa­nie – powie­dział Kor­ni­szon. – Ci goście zawsze są w pobliżu, kiedy przy­pływa sta­tek. Nowo przy­byli tacy jak pan mogą dać się zła­pać, a potem budzą się w trze­wiach statku, który już wyszedł w morze. O, nie! – Kor­ni­szon zdu­sił okrzyk, kiedy zauwa­żył ich jeden z opry­chów.

Po krót­kim gwizd­nię­ciu i popu­ka­niu w ramię czte­rech męż­czyzn ruszyło w ich kie­runku. Kor­ni­szon się wzdry­gnął. Napiął mię­śnie nóg, prze­niósł cię­żar ciała, jakby zamie­rzał czmych­nąć, ale spoj­rzał na Hadriana, zagryzł usta i nie drgnął.

Męż­czyźni z pał­kami nad­bie­gli, ale pod koniec zwol­nili i wresz­cie przy­sta­nęli na widok mie­czy Hadriana. Cała czwórka mogłaby być braćmi. Wszyst­kim dopiero co syp­nęła się broda, mieli prze­tłusz­czone włosy, spie­czoną słoń­cem skórę i wście­kłe twa­rze. Taka mina musiała cie­szyć się u nich popu­lar­no­ścią, bo zosta­wiła im trwałe zmarszczki na czo­łach.

Przez chwilę przy­glą­dali się zain­try­go­wani Hadria­nowi. Potem sto­jący na prze­dzie oprych w popla­mio­nej tunice z jed­nym ode­rwa­nym ręka­wem zapy­tał:

– Jesteś ryce­rzem?

– Nie, nie jestem ryce­rzem. – Hadrian prze­wró­cił oczami.

Drugi roze­śmiał się i szturch­nął bru­tal­nie tego z obe­rwa­nym ręka­wem.

– Durny jeło­pie, nie jest dużo star­szy od tego chło­paka obok niego.

– Do dia­bła, nie sztur­chaj mnie na tym ośli­zgłym pomo­ście, tępy sukin­synu. – Męż­czy­zna znowu spoj­rzał na Hadriana. – Nie jest aż tak młody.

– Wszystko moż­liwe – wtrą­cił się jeden z pozo­sta­łych. – Kró­lo­wie robią różne głu­poty. Sły­sza­łem, że jeden kie­dyś paso­wał na ryce­rza psa. Nazy­wali go sir Cia­pek.

Czwórka par­sk­nęła śmie­chem. Hadriana kusiło, żeby zaśmiać się razem z nimi, ale otrzeź­wił go wyraz prze­ra­że­nia na twa­rzy Kor­ni­szona.

Ten z obe­rwa­nym ręka­wem pod­szedł bli­żej.

– Musi być przy­naj­mniej gierm­kiem. Na miłość Mari­bora, popa­trz­cie na to żela­stwo. Gdzie twój pan, dzie­ciaku? Jest gdzieś w pobliżu?

– Gierm­kiem też nie jestem – odpo­wie­dział Hadrian.

– Nie? To po co ci to żela­stwo?

– Nie twój inte­res.

Męż­czyźni się roze­śmiali.

– O, taki z cie­bie twar­dziel, co?

Roz­pro­szyli się, moc­niej zaci­ska­jąc dło­nie na pał­kach. Jeden miał skó­rzany pasek prze­wle­czony przez uchwyt i owi­nięty wokół nad­garstka. Pew­nie uznał to za dobry pomysł, pomy­ślał Hadrian.

– Lepiej zostaw­cie nas w spo­koju – ode­zwał się drżą­cym gło­sem Kor­ni­szon. – Nie wie­cie, kto to jest? – Wska­zał Hadriana. – To słynny wojow­nik. Uro­dzony mor­derca.

Śmiech.

– Czyżby? – zakpił naj­bli­żej sto­jący oprych i splu­nął przez pożół­kłe zęby.

– Wła­śnie, że tak! – upie­rał się Kor­ni­szon. – Jest bez­względny! Wcie­lone zwie­rzę! I jest bar­dzo draż­liwy. I bar­dzo nie­bez­pieczny.

– Taki mło­dzik jak on, hę? – Męż­czy­zna spoj­rzał na Hadriana i wydął wargi w zamy­śle­niu. – Duży jest, to fakt, ale mnie się widzi, że ma jesz­cze mleko pod nosem. – Sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. – A ty nie jesteś bez­względ­nym zabójcą, co, mały? Jesteś brud­nym ulicz­ni­kiem, któ­rego wczo­raj widzia­łem pod piwiar­nią, jak pró­bo­wał zgar­nąć jakieś okru­chy. Cie­bie, chłop­ta­siu, czeka nowa kariera, na morzu. To dla cie­bie naj­lep­sze roz­wią­za­nie, jak pra­gnę zdro­wia. Dosta­niesz jedze­nie i nauczysz się pra­co­wać, pra­co­wać naprawdę ciężko. To zrobi z cie­bie męż­czy­znę.

Kor­ni­szon pró­bo­wał usko­czyć, ale oprych zła­pał go za włosy.

– Puść go – powie­dział Hadrian.

– Jak­żeś to rzekł? – Drab trzy­ma­jący Kor­ni­szona zare­cho­tał. – „Nie twój inte­res”?

– To mój gier­mek – oznaj­mił Hadrian.

Męż­czyźni znowu się roze­śmiali.

– Powie­dzia­łeś, że nie jesteś ryce­rzem, zapo­mnia­łeś?

– Pra­cuje dla mnie, to wystar­czy.

– Nie wystar­czy, bo ten pędrak pra­cuje teraz w żeglu­dze mor­skiej.

Objął Kor­ni­szona za szyję umię­śnio­nym ramie­niem i zgiął go wpół, a drugi drab pod­szedł z kawał­kiem sznura, który nosił wcze­śniej prze­wią­zany w pasie.

– Powie­dzia­łem: puść go – powtó­rzył pod­nie­sio­nym gło­sem Hadrian.

– Ej! – wark­nął męż­czy­zna z obe­rwa­nym ręka­wem. – Nie roz­ka­zuj nam, chłop­ta­siu. Nie bie­rzemy cie­bie, bo do kogoś nale­żysz. Kogoś, kto kazał ci dźwi­gać trzy mie­cze, kogoś, kto może zauwa­żyć twoje znik­nię­cie. Takich kło­po­tów nie potrze­bu­jemy, jasne? Ale nie zadzie­raj z nami. Zadrzyj, a poła­miemy ci kości. Zadrzyj bar­dziej, a mimo wszystko wrzu­cimy cię na sta­tek. Zadrzyj jesz­cze bar­dziej, a nie trafi ci się nawet sta­tek.

– Naprawdę nie cier­pię takich ludzi jak wy – powie­dział Hadrian. – Dopiero co tu przy­by­łem. Spę­dzi­łem na morzu mie­siąc. Mie­siąc! Tak daleko podró­żo­wa­łem, żeby uciec wła­śnie od takich rze­czy. – Pokrę­cił głową z nie­sma­kiem. – A tu pro­szę, spo­ty­kam was… I jesz­cze cie­bie. – Hadrian wska­zał Kor­ni­szona, któ­remu wią­zano wła­śnie nad­garstki za ple­cami. – Nie pro­si­łem cię o pomoc. Nie pro­si­łem o prze­wod­nika, pachołka czy słu­żą­cego. Sam sobie dobrze radzi­łem. Ale nie, ty musia­łeś zabrać mi torbę i obno­sić się z tą swoją pogodą ducha. A naj­gor­sze ze wszyst­kiego jest to, że nie ucie­kłeś. Może jesteś głupi, nie wiem. Jed­nak nie mogę opę­dzić się od myśli, że zosta­łeś, żeby mi pomóc.

– Prze­pra­szam, że się nie wyka­za­łem. – Kor­ni­szon posłał mu smutne spoj­rze­nie.

Hadrian wes­tchnął.

– Psia­kość, a ty znowu swoje.

Spoj­rzał na opry­chów, już wie­dząc, jak to się skoń­czy, jak to się zawsze koń­czyło. Musiał jed­nak spró­bo­wać.

– Słu­chaj­cie, nie jestem ryce­rzem, nie jestem też gierm­kiem, ale te mie­cze należą do mnie i cho­ciaż Kor­ni­szon myślał, że ble­fuje, rze­czy­wi­ście…

– Stul już pysk!

Drab bez rękawa zro­bił krok i zamach­nął się pałką, żeby ode­pchnąć Hadriana. Na śli­skim pomo­ście nie­wiele trzeba było, żeby Hadrian pozba­wił go rów­no­wagi. Zła­pał go za rękę, wykrę­cił mu nad­gar­stek i łokieć. Kość pękła. Roz­legł się trzask, jakby ktoś roz­bił sko­rupkę orze­cha. Hadrian ode­pchnął wrzesz­czą­cego opry­cha i roz­legł się plusk, kiedy męż­czy­zna wpadł do wody.

Hadrian mógł wtedy wycią­gnąć mie­cze, i omal nie zro­bił tego odru­chowo, ale obie­cał sobie, że odtąd będzie ina­czej. Poza tym zabrał prze­ciw­ni­kowi pałkę, zanim go zrzu­cił z pomo­stu – solidny kawał hikory, mający jakiś cal śred­nicy i nieco dłuż­szy niż stopa. Uchwyt był ide­al­nie wypo­le­ro­wany przez lata uży­wa­nia, a drugi koniec popla­miony na brą­zowo krwią, którą drewno nasią­kło.

Pozo­stali męż­czyźni prze­stali pró­bo­wać zwią­zać Kor­ni­szona. Jeden na­dal go przy­du­szał chwy­tem za szyję, a dwaj rzu­cili się na Hadriana. Przyj­rzał się pracy ich stóp, oce­nił cię­żar i roz­pęd. Uchy­lił się przed zama­chem pierw­szego prze­ciw­nika, dru­giego zaś pod­ciął i ude­rzył w poty­licę, kiedy tam­ten padał. Pałka ude­rzyła w czaszkę z głu­chym łosko­tem, jakby wal­nął w dynię. Męż­czy­zna padł na pomost i już się nie pod­niósł. Drugi znowu się zamach­nął. Hadrian zablo­ko­wał cios pałką z hikory, ude­rza­jąc prze­ciw­nika w palce. Opry­szek wrza­snął i wypu­ścił broń, pałka zawi­sła mu na rze­mie­niu przy nad­garstku. Hadrian zła­pał ją, obró­cił, solid­nie zaci­ska­jąc skó­rzany pasek, wygiął rękę męż­czy­zny do tyłu i mocno pocią­gnął. Kość nie pękła, ale ramię wysko­czyło ze stawu. Dygo­cące nogi opryszka sygna­li­zo­wały, że opu­ściła go wola walki, więc Hadrian zepchnął go z pomo­stu w ślad za jego przy­ja­cie­lem.

Kiedy odwró­cił się do ostat­niego z czwórki, Kor­ni­szon stał już sam i maso­wał szyję. Jego nie­do­szły pory­wacz uciekł w siną dal.

– Jak myślisz, wróci z kum­plami? – zapy­tał Hadrian.

Kor­ni­szon nie ode­zwał się sło­wem. Patrzył tylko na Hadriana z roz­dzia­wio­nymi ustami.

– Chyba nie ma sensu zosta­wać tu dłu­żej, żeby się prze­ko­nać – odpo­wie­dział sobie Hadrian. – To gdzie jest ta barka, o któ­rej mówi­łeś?

* * *

Z dala od nabrzeża powie­trze w mie­ście Ver­nes na­dal było duszne i dła­wiące. Wąskie ceglane uliczki two­rzyły labi­rynt zacie­niony przez bal­kony, które nie­mal się sty­kały. Latar­nie i księ­ży­cowe świa­tło były rów­nie skąpe, a nie­któ­rych samot­nych dró­żek w ogóle nie oświe­tlono. Hadrian cie­szył się, że ma Kor­ni­szona. Kiedy już otrzą­snął się z prze­ra­że­nia, ten „szczur z zaułka” zacho­wy­wał się bar­dziej jak pies myśliw­ski. Pędził kory­ta­rzami mia­sta, prze­ska­ku­jąc z wielką wprawą nad kału­żami, które cuch­nęły jak nie­czy­sto­ści, i uchy­la­jąc się przed sznu­rami z pra­niem i rusz­to­wa­niami.

– To kwa­tery więk­szo­ści cie­śli okrę­to­wych, a tam dormi­to­rium dla doke­rów. – Kor­ni­szon wska­zał ponury dwu­pię­trowy budy­nek bli­sko kei z jed­nymi drzwiami i paroma oknami. – Więk­szość męż­czyzn z tej oko­licy mieszka tu albo w sio­strza­nym budynku przy połu­dnio­wym krańcu. Tyle rze­czy kręci się tu wokół żeglugi. A tam, w górze, wysoko na wzgó­rzu, widzi pan? To jest cyta­dela.

Hadrian uniósł głowę i dostrzegł ciemny zarys twier­dzy oświe­tlo­nej pochod­niami.

– To nie tyle zamek, ile rachuba dla han­dla­rzy i kup­ców. Mury muszą być wyso­kie i grube, bo upy­chają tam całe złoto. Tam wędrują pie­nią­dze z morza. Wszystko inne spływa w dół, ale złoto pły­nie w górę.

Kor­ni­szon omi­nął prze­wró­cone wia­dro i wystra­szył dwa szczury roz­mia­rów kota, który czmych­nęły w głęb­sze cie­nie. Kiedy w poło­wie minął drzwi, Hadrian zdał sobie sprawę, że stos rzu­co­nych szmat to tak naprawdę sie­dzący na ganku męż­czy­zna, który wyglą­dał na starca przez wystrzę­pioną siwą brodę i głę­boko pobruż­dżoną twarz. Sie­dzący nawet nie drgnął, nie mru­gnął powieką. Hadrian zauwa­żył go tylko dla­tego, że główka fajki, którą sta­rzec palił, roz­ja­rzyła się poma­rań­czowo.

– To brudne mia­sto! – zawo­łał do niego Kor­ni­szon. – Cie­szę się, że wyjeż­dżamy. Za dużo tu cudzo­ziem­ców, przy­by­szy ze wschodu. Pew­nie wielu przy­pły­nęło z panem. Dziwni ludzie, ci przy­by­sze z Calisu. Ich kobiety rzu­cają czary i prze­po­wia­dają przy­szłość, ale moim zda­niem naj­le­piej nie wie­dzieć za dużo o wła­snej przy­szło­ści. Nie będziemy musieli mar­twić się takimi rze­czami na pół­nocy. W War­ric palą cza­row­nice zimą, żeby się ogrzać. A przy­naj­mniej tak sły­sza­łem. – Kor­ni­szon przy­sta­nął gwał­tow­nie i obró­cił się. – Jak się pan nazywa?

– Wresz­cie posta­no­wi­łeś zapy­tać, co? – Hadrian się zaśmiał.

– Muszę wie­dzieć, jeśli mam nam zare­zer­wo­wać prze­wóz.

– Sam mogę się tym zająć. Zakła­da­jąc, rzecz jasna, że rze­czy­wi­ście pro­wa­dzisz mnie na barkę, a nie w jakiś ciemny zaułek, gdzie gruch­niesz mnie w łeb i grun­tow­nie okrad­niesz.

Kor­ni­szon spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego.

– Nie zro­bił­bym cze­goś takiego. Uważa mnie pan za głupca? Po pierw­sze, widzia­łem, co pan robi z ludźmi, któ­rzy pró­bują pana gruch­nąć w łeb. Po dru­gie, już minę­li­śmy kil­ka­na­ście dosko­na­łych ciem­nych zauł­ków.

Twarz Kor­ni­szona roz­pro­mie­nił sze­roki uśmiech, który według Hadriana w jed­nej czę­ści skła­dał się z szel­mo­stwa, w jed­nej z dumy i w dwóch z czy­stej rado­ści w rodzaju „po pro­stu cie­szę się, że żyję”. Nie mógł ode­przeć takiej argu­men­ta­cji. I nie pamię­tał też, kiedy ostat­nim razem czuł się tak, jak Kor­ni­szon wyglą­dał.

Przy­wódca opry­chów miał rację. Kor­ni­szon był nie wię­cej niż cztery, może pięć lat młod­szy od Hadriana. Pięć, uznał. Jest pięć lat młod­szy ode mnie. Jest mną, zanim odsze­dłem z domu. Czy wtedy też się uśmie­cha­łem tak jak on? Zasta­na­wiał się, od jak dawna Kor­ni­szon sam radzi sobie w świe­cie i czy za pięć lat na­dal będzie się tak uśmie­chał.

– Hadrian. Hadrian Blac­kwa­ter. – Wycią­gnął dłoń.

Chło­piec ski­nął głową.

– Dobre imię. Bar­dzo dobre. Lep­sze niż Kor­ni­szon. Cho­ciaż z dru­giej strony każde imię jest lep­sze od mojego.

– Matka cię tak nazwała?

– Och, z całą pew­no­ścią. Wieść gminna nie­sie, że zosta­łem poczęty i wydany na świat na tej samej skrzynce z kor­ni­szo­nami. Jak można odrzu­cić taką legendę? Nawet jeśli nie jest praw­dziwa, to moim zda­niem powinna być.

Wynu­rzyli się z labi­ryntu i zna­leźli się na szer­szej alei. Wspięli się już nieco i Hadrian dostrzegł w dole nabrzeże i maszty statku, któ­rym przy­pły­nął. Na­dal kłę­bił się tam spory tłum – ludzie szu­kali miej­sca na noc­leg albo swo­ich rze­czy. Hadrian przy­po­mniał sobie torbę, która stur­lała się do wody. Ilu ludzi wylą­duje w nowym mie­ście, pra­wie nic nie mając?

Szcze­ka­nie psa spra­wiło, że Hadrian się odwró­cił. Spoj­rzał w wąską uliczkę i wydało mu się, że dostrzegł jakiś ruch, ale nie miał pew­no­ści. W krę­tym zaułku była rap­tem jedna latar­nia. Resztę oświe­tlał księ­życ, rzu­ca­jąc nie­bie­sko-szare łaty świa­tła. Tu kwa­dra­tową, tam pro­sto­kątną, za mało, żeby coś w tym świe­tle dostrzec, i led­wie dość, by oce­nić odle­głość. Czyżby następny szczur? To coś wydało mu się więk­sze. Pocze­kał, wytę­ża­jąc wzrok. Nic się nie poru­szyło.

Kiedy się obej­rzał, Kor­ni­szon prze­szedł już pra­wie na drugą stronę placu, gdzie ku swo­jej ucie­sze Hadrian ujrzał kolejne nabrzeże. To znaj­do­wało się u ujścia potęż­nej rzeki Ber­num, która w nocy wyglą­dała jak sze­roki prze­stwór ciem­no­ści. Zer­k­nął raz jesz­cze za sie­bie w wąskie uliczki. Na­dal nic się nie poru­szyło. Duchy. Tak wła­śnie – prze­śla­do­wała go jego wła­sna prze­szłość.

Hadrian cuch­nął śmier­cią. To nie była woń, jaką inni mogli wyczuć albo którą mogła zmyć woda, a jed­nak przy­warła do niego jak prze­ni­kliwy smród potu po dłu­giej nocy pijań­stwa. Tyle że ten odór nie brał się z alko­holu. On się brał z krwi. Nie z powodu jej picia, cho­ciaż Hadrian znał takich, co pili krew. Cuch­nął, bo się w niej pła­wił. Jed­nak teraz to już się skoń­czyło, a przy­naj­mniej tak sobie powta­rzał z prze­ko­na­niem pijaka, który dopiero co wytrzeź­wiał. Tamto to był inny Hadrian, młod­sza wer­sja, którą zosta­wił na dru­gim końcu świata i od któ­rej na­dal ucie­kał.

* * *

Przy­po­mniał sobie, że Kor­ni­szon na­dal ma jego torbę, więc za nim pobiegł. Nim go dogo­nił, Kor­ni­szon znów miał kło­poty.

– To jego! – krzy­czał, wska­zu­jąc Hadriana. – Poma­ga­łem mu dotrzeć na barkę.

Chłopca oto­czyło sze­ściu żoł­nie­rzy. Więk­szość nosiła kol­czugi i trzy­mała kwa­dra­towe tar­cze. Sto­jący pośrodku męż­czy­zna z fan­ta­zyj­nym pió­ro­pu­szem na heł­mie nosił na piersi i ramio­nach zbroję fol­gową oraz skó­rzany, nabi­jany ćwie­kami far­tuch. To do niego mówił Kor­ni­szon, któ­rego przy­trzy­my­wało dwóch innych żoł­nie­rzy. Wszy­scy spoj­rzeli na nad­cho­dzą­cego Hadriana.

– To twoja torba? – zapy­tał ofi­cer.

– Tak. I chło­pak mówi prawdę. Odpro­wa­dzał mnie do tam­tej barki.

– Tak ci śpieszno opu­ścić nasze piękne mia­sto, co? – zapy­tał podejrz­li­wym tonem ofi­cer, przy­glą­da­jąc się bacz­nie Hadria­nowi.

– Bez urazy, ale ow­szem. Mam sprawę na pół­nocy.

Ofi­cer zro­bił krok w jego stronę.

– Jak się nazy­wasz?

– Hadrian Blac­kwa­ter.

– Skąd jesteś?

– Zasad­ni­czo z Hin­tin­daru.

– Zasad­ni­czo? – Powąt­pie­wa­niu w gło­sie towa­rzy­szyło unie­sie­nie brwi.

Hadrian ski­nął głową.

– Kilka lat spę­dzi­łem w Cali­sie. Wła­śnie wró­ci­łem z Daga­stanu na tam­tym statku.

Ofi­cer zer­k­nął w stronę portu, a potem na się­ga­jącą za kolana dża­la­biję Hadriana, luźne baweł­niane spodnie i kufiję na gło­wie. Pochy­lił się, pocią­gnął nosem i skrzy­wił się.

– Bez wąt­pie­nia byłeś na statku, a twój strój z pew­no­ścią jest cali­ski. – Wes­tchnął, a potem sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. – Ale ten nie był na statku. Mówi, że wybiera się z tobą. Zga­dza się?

Hadrian zer­k­nął na Kor­ni­szona i zoba­czył nadzieję w oczach chło­paka.

– Aha, wyna­ją­łem go jako mojego… ehm… mojego… słu­żą­cego.

– Czyj to był pomysł? Jego czy twój?

– Jego, ale oka­zał się bar­dzo pomocny. Bez niego nie zna­la­zł­bym tej barki.

– Dopiero co wysia­dłeś ze statku – powie­dział ofi­cer. – To dziwne, że tak pilno ci do tego, żeby wsiąść na następny.

– Tak naprawdę, to wcale się do tego nie palę, ale Kor­ni­szon mówi, że barka zaraz rusza i nie będzie następ­nej przez kilka dni. To prawda?

– Tak – potwier­dził ofi­cer – a przy oka­zji to nie­zwy­kle wygodne.

– Mogę spy­tać, w czym pro­blem? Czy jakieś prawo zabra­nia wynaj­mo­wa­nia prze­wod­nika i pła­ce­niu mu za jego usługi w cza­sie podróży?

– Nie, ale wyda­rzyła się tu w mie­ście paskudna rzecz, naprawdę paskudna rzecz, więc to natu­ralne, że inte­re­su­jemy się każ­dym, kto śpie­szy się, żeby stąd wyje­chać, a przy­naj­mniej każ­dym, kto spę­dził tu parę ostat­nich dni. – Spoj­rzał Kor­ni­szo­nowi pro­sto w oczy.

– Nic nie zro­bi­łem – zapro­te­sto­wał chło­pak.

– Tak twier­dzisz i nawet jeśli to prawda, to możesz wie­dzieć coś na temat tej sprawy. W obu wypad­kach mógł­byś odczu­wać silną potrzebę ulot­nie­nia się, a ucze­pie­nie się kogoś, kto znaj­duje się poza wszel­kim podej­rze­niem, to dobry spo­sób, żeby wyplą­tać się z kło­po­tów, nie­praw­daż?

– Ale ja nic nie wiem na temat mor­derstw.

Ofi­cer odwró­cił się do Hadriana.

– Możesz ruszać w drogę i lepiej się pośpiesz. Już wzy­wają pasa­że­rów.

– A co Kor­ni­szo­nem?

Żoł­nierz pokrę­cił głową.

– Nie mogę go puścić razem z tobą. Wąt­pliwe, żeby odpo­wia­dał za mor­der­stwa, ale może wie­dzieć, kim jest sprawca. Sie­roty z ulic dużo widzą i nie lubią o tym mówić, jeśli myślą, że uda im się tego unik­nąć.

– Prze­cież mówię wam, że nic nie wiem. Nawet nie byłem na wzgó­rzu.

– Zatem nie masz się czego oba­wiać.

– Ale… – Kor­ni­szon wyglą­dał, jakby miał się roz­pła­kać. – On miał mnie stąd zabrać. Wybie­ra­li­śmy się na pół­noc. Wybie­ra­li­śmy się na uni­wer­sy­tet.

– Uwaga! Uwaga! Ostat­nie wezwa­nie dla pasa­że­rów! Barka do Col­nory! Ostat­nie wezwa­nie! – roz­legł się potężny ryk.

– Słu­chaj… – Hadrian otwo­rzył sakiewkę – …wyświad­czy­łeś mi przy­sługę i za to zasłu­ży­łeś na zapłatę. Gdy już skoń­czą cię prze­słu­chi­wać, jeśli na­dal będziesz chciał dla mnie pra­co­wać, to za te pie­nią­dze możesz dotrzeć do She­ri­danu i tam się ze mną spo­tkać. Wsiądź na następną barkę albo do dyli­żansu jadą­cego na pół­noc, jak wolisz. Spę­dzę tam mie­siąc, a przy­naj­mniej dwa tygo­dnie. – Hadrian wci­snął monetę w dłoń chłopca. – Jeśli przy­je­dziesz, pytaj o pro­fe­sora Arca­diusa. To z nim mam się spo­tkać, więc będzie się orien­to­wał, gdzie mnie szu­kać. Dobrze?

Kor­ni­szon ski­nął głową i wyglą­dał nieco mniej nie­szczę­śli­wie. Kiedy zer­k­nął na monetę, wytrzesz­czył oczy i powró­cił jego dawny, olbrzymi uśmiech.

– Tak, pro­szę pana! Natych­miast przy­będę. Z całą pew­no­ścią może pan na mnie liczyć. A teraz niech pan bie­gnie, zanim barka odpły­nie.

Hadrian ski­nął do niego głową, pod­niósł torbę i pobiegł na nabrzeże, gdzie obok trapu pro­wa­dzą­cego na długą pła­sko­denną łódź cze­kał męż­czy­zna.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij