Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wieża Słonia - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
E-book: EPUB, PDF
2,49 zł
Audiobook
4,99 zł
2,49
249 pkt
punktów Virtualo

Wieża Słonia - ebook

W cienistych zaułkach Arenjun, najbardziej grzesznego z miast Zamory, krąży opowieść o klejnocie, jakiego nie oglądało oko śmiertelnika – Sercu Słonia, płonącym na szczycie strzelistej wieży czarnoksiężnika Yary. Powiadają, że ktokolwiek przekroczy jej próg, już nie wraca. Lecz młodego barbarzyńcę z Cymmerii, złodzieja o imieniu Conan, nie powstrzyma żadna legenda ani strach, który ścina krew w żyłach ostrożnych ludzi. Wśród strażniczych lwów, śmiercionośnych pułapek i mroku gęstego niczym zakrzepła krew Conan wspina się ku tajemnicy starszej niż ludzkie królestwa. A na szczycie wieży czeka go odkrycie straszliwsze niż śmierć – bo nie każdy potwór jest tym, za kogo go biorą, i nie wszystkie zbrodnie popełniają ci, których zwiemy łotrami.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914528
Rozmiar pliku: 440 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Pochodnie mętnym blaskiem rozświetlały hulanki w Maulu, gdzie złodzieje ze wschodu nocą wyprawiali swoje karnawały. W Maulu mogli pić i bawić się do woli, bo uczciwi ludzie omijali tę dzielnicę z daleka, a strażnicy, sowicie opłacani splamionym groszem, nie mieszali się do ich zabaw. Krętymi, nieutwardzonymi ulicami pełnymi stosów śmieci i błotnistych kałuż zataczali się pijani awanturnicy, wrzeszcząc na całe gardło. W cieniu połyskiwała stal, gdzie wilk czyhał na wilka, a z mroku dobiegał piskliwy śmiech kobiet oraz odgłosy bójek i szamotaniny. Światło pochodni migotało złowieszczo przez powybijane okna i szeroko otwarte drzwi, a z tych drzwi buchały prosto w twarz zatęchła woń wina i cuchnących, spoconych ciał, brzęk kufli i łomot pięści walących w toporne stoły, urywki sprośnych pieśni.

W jednej z tych nor wesołość huczała aż pod niski, okopcony pułap, gdzie zbierali się łotrzykowie w każdym stadium łachmanów i obdarcia – przemykające ku sakiewkom rzezimieszki, łypiący okiem porywacze, zwinnopalcy złodzieje, butni zawadiacy ze swoimi dziewkami i krzykliwe kobiety odziane w tandetne stroje. Przeważali tu miejscowi nicponie – ciemnoskórzy, czarnoocy Zamorianie, ze sztyletami u pasa i podstępem w sercu. Lecz znalazły się tu również wilki z pół tuzina obcych nacji. Był tam olbrzymi renegat z Hyperborei, milczący i niebezpieczny, z szerokim mieczem przytroczonym do potężnego, kościstego cielska – bo w Maulu noszono stal otwarcie. Był szemicki fałszerz monet, z haczykowatym nosem i zakręconą, granatowoczarną brodą. Była śmiałooka dziewka z Brytunii, siedząca na kolanach płowowłosego Gundermana – wędrownego najemnika, dezertera z jakiejś pobitej armii. A ten gruby, zwalisty łajdak, którego rubaszne żarty wywoływały wybuchy śmiechu, był zawodowym porywaczem, który przybył z dalekiego Kothu, by uczyć sztuki kradzieży kobiet Zamorian, co rodziły się już z większą jej znajomością, niż on kiedykolwiek zdołałby osiągnąć.

Człowiek ten przerwał na chwilę opis wdzięków swojej przyszłej ofiary i wsadził pysk w wielki kufel pieniącego się piwa. Następnie, zdmuchnąwszy pianę z tłustych warg, rzekł: „Na Bela, boga wszystkich złodziei, pokażę im, jak się porywa dziewki: przerzucę ją przez granicę jeszcze przed świtem, a tam czekać będzie karawana, by ją przejąć. Trzysta srebrników obiecał mi pewien hrabia z Ofiru za gładką, młodą Brytunkę z lepszego rodu. Tygodnie zajęło mi, by włócząc się po miastach przygranicznych w przebraniu żebraka, znaleźć taką, o której wiedziałem, że się nada. A cóż to za ładny kąsek!”

Posłał w powietrze soczysty całus.

– Znam panów w Szem, którzy oddaliby za nią sekret Wieży Słonia – powiedział, wracając do piwa.

Dotknięcie rękawa tuniki sprawiło, że odwrócił głowę, krzywiąc się na to, że mu przerwano. Ujrzał wysokiego, krzepko zbudowanego młodzieńca stojącego obok. Człowiek ten pasował do tej spelunki tak, jak szary wilk pasuje do parszywych szczurów z rynsztoka. Tania tunika nie mogła ukryć twardych, smukłych linii jego potężnej sylwetki, szerokich, ciężkich ramion, masywnej piersi, wąskiej talii i mocarnych rąk. Skórę miał ogorzałą od obcych słońc, oczy błękitne i rozżarzone; gęsta czupryna potarganych czarnych włosów wieńczyła jego szerokie czoło. U pasa wisiał miecz w wytartej skórzanej pochwie.

Kothyjczyk mimowolnie się cofnął, gdyż człowiek ten nie należał do żadnej ze znanych mu cywilizowanych ras.

– Mówiłeś o Wieży Słonia – odezwał się przybysz, mówiąc po zamorsku z obcym akcentem. – Słyszałem wiele o tej wieży; jaki jest jej sekret?

Postawa nieznajomego nie wydawała się groźna, a odwaga Kothyjczyka, podsycona piwem i wyraźną aprobatą słuchaczy, wzrosła. Napuszył się z poczucia własnej ważności.

– Sekret Wieży Słonia? – wykrzyknął. – Ależ każdy głupiec wie, że mieszka tam kapłan Yara wraz z wielkim klejnotem, który ludzie zwą Sercem Słonia, a w nim tkwi sekret jego magii.

Barbarzyńca przez chwilę to przetrawiał.

– Widziałem tę wieżę – rzekł. – Stoi w wielkim ogrodzie ponad poziomem miasta, otoczona wysokimi murami. Nie widziałem żadnych straży. Po murach łatwo byłoby się wspiąć. Czemu nikt jeszcze nie wykradł tego sekretnego klejnotu?

Kothyjczyk wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta wobec naiwności tamtego, po czym wybuchnął gromkim, drwiącym śmiechem, do którego przyłączyli się pozostali.

– Posłuchajcie tego poganina! – zaryczał. – Chciałby ukraść klejnot Yary! Posłuchaj, przyjacielu – rzekł, obracając się znacząco ku tamtemu – mniemam, że jesteś jakimś barbarzyńcą z północy...

– Jestem Cymmeryjczykiem – odparł przybysz, bynajmniej nie przyjaznym tonem. Odpowiedź i sposób, w jaki ją wygłoszono, niewiele znaczyły dla Kothyjczyka; pochodząc z królestwa leżącego daleko na południu, na granicach Szemu, jedynie mgliście słyszał o ludach północy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij