-
nowość
Więźniowie Syratuzy - ebook
Więźniowie Syratuzy - ebook
Pierwsza część serii Pogrążonego w półmroku: W wiosce kompletnie odciętej od świata awanturnicy formujący ozgardę są ostatnią rzeczą, której można byłoby się spodziewać. A jednak to właśnie oni – najemnicy specjalizujący się w magii przyzywania razza, cieni wykonujących rozkazy swoich panów – pociągną ze sobą miejscowego chłopaka Atto ku przygodzie, której od zawsze skrycie pragnął. Na czele z ich dowódcą, weteranem cesarskiej wojny – Stalskim – podejmą się kontraktu, który przyciąga uwagę nie tylko licznej konkurencji, ale również cieszących się złą sławą łowców cieni. Jednych kusi obietnica bogactwa, drugich szansa na zwalczenie najgorszego w ich mniemaniu zła, ponieważ władzę nad razza można uzyskać wyłącznie, dokonując brutalnego rytuału. Jednak tego, jak ta misja skończy się dla grupy Stalskiego, nie mógł przewidzieć nikt.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397837508 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą trzymacie w rękach, jest także efektem pracy nad kilkoma innymi książkami. Dlatego podziękowania należą się osobom, które wielokrotnie brały udział w procesie powstawania ich wszystkich. Łukaszowi – za przeczytanie wszystkiego, co wyszło spod mojej ręki, i każdorazowe wypunktowanie tego, co wymagało poprawy. Olkowi – za zapewnienie dodatkowej perspektywy rozwiewającej wątpliwości. Kabatowi – za konsultację naukową.
1
Żeby tak dało się uciec przed rażącymi promieniami obu słońc naraz! Ale nie, na tak odsłoniętym poletku było to zwyczajnie niemożliwe. Całkowicie schować się można było tylko przed jednym z nich. Przy czym wybór był nader oczywisty. Nawet u schyłku swojej drogi po niebie Askra dawała dużo więcej ciepła niż jej mniejsza siostra – Istra.
Atto westchnął na tyle głęboko, na ile pozwalały mu wyciskające z niego siódme poty gorąco na spółkę ze zmęczeniem robotą, którą właśnie odwalił. Dosłownie. Resztki skoszonego siana, które przerzucił pracą własnych rąk, przeobraziły się w kryjówkę przed słońcem. Rozejrzał się po całym polu. Kiedyś widok równomiernie rozrzuconych złotych stogów przyniósłby mu pewną satysfakcję. A teraz? Teraz Atto cieszył się jedynie z tego, że wysoka kupa siana oznaczała duży cień.
Poza tym skoszone do niemal łysej ziemi pole miało swoje zalety. Dzięki temu już z daleka będzie mógł zauważyć nadjeżdżający wóz. Pojazd niczym mityczny rydwan, który wybawi go ode złego. Czy też po prostu wielce przez niego wyczekiwany. Atto powiódł wzrokiem po granicy ziemi należącej do jego rodziny.
Po lewej stronie wznosił się murek, łatwy do zauważenia, bo największy w okolicy. Trzeba było mieć tak nierówno pod sufitem jak stary Terdan, żeby chcieć się odgradzać od własnego cienia winnego sąsiada. Bezpośrednio przed nim ciągnęła się szeroka ścieżka wiodąca do głównego gościńca, który dało się dojrzeć nawet stąd dzięki wyrastającemu ponad poziom ziemi uprawnej pagórkowi. Za to daleko po prawej stronie zaczynała się linia drzew, która ciągnęła się jeszcze daleko, daleko. Normalnie Atto lubił przynajmniej tęsknie sobie popatrzeć na gęsty zielony las kojarzący mu się z chłodem, ale w tej chwili był zbyt wyczerpany, by choć obrócić się kawałek i zerknąć za stóg siana.
I tak interesował go wyłącznie jeden upragniony widok, który wybrał właśnie ten moment, by mu się objawić. Atto westchnął i podniósł się spod wątłej zasłony, która stała się jego tymczasową ostoją. Otrzepał się odrobinę. Wprawdzie przy pracy też by się ubrudził, ale nie aż tak, a musiał zachować przynajmniej pozory, pomimo tego, że pół godziny przerwy w nikłym cieniu nie powinno być przecież przewinieniem. Nie wspominając o tym, że leżenie na niemiłosiernie dźgającym go przez ubranie ściernisku z pewnością nie zasługiwało na miano komfortowego wypoczynku.
Ale Atto był tym, od którego zawsze wymagano pełnego dnia pracy. Zawsze oczekiwano najwięcej.
Sam dzień przeciągnie się jeszcze długie godziny, ale istniała przecież jakaś granica. To, że światła słonecznego nie brakowało przez prawie dwadzieścia godzin, nie znaczyło, że człowiek mógł pracować bez końca. Z drugiej strony niektórzy woleli wyjechać na pole właśnie późną porą. Robiło się wtedy nie tyle ciemniej, co raczej szarzej, ale za to Istra nie grzała aż tak jak jej większa siostra i temperatura stawała się znośniejsza.
Za chwilę miało się okazać, który brat przyjechał go dzisiaj odebrać. Kiedy Atto w końcu doczłapał do wozu, przywitała go jego własna twarz. Tak mniej więcej. Jak to w rodzinie dziewięciu braci, gdzie nawet najmłodszy wyrastał już na podobnego chłopaczka. Różnili się tylko drobnymi szczegółami i co najwyżej uczesaniem albo tuszą.
Takie same piwne oczy, lekko zapadnięte policzki i charakterystyczny spiczasty nos. Matt był od niego masywniejszy, ale przy takiej chudzinie, jaką był Atto, każdy wyglądał grubo. Poza tym włosy o takim samym odcieniu brązu brat zapuszczał znacznie dłużej.
– Widziałem, skąd wylazłeś – odezwał się na przywitanie Matt.
– Ale nie wiesz, ile tam leżałem.
– Prawda. Ostatnio zrobiłeś się ostrożny, co? Niczego ci nie można zarzucić.
Atto przewrócił oczami. Tamten wprawdzie tylko się naigrawał, ale kiedy całe twoje życie kręciło się wokół tego, ile pracy wykonałeś na polu czy na farmie, każde pojedyncze napomnienie robiło się nużące. Matt był jego ulubionym bratem. Jak odzywała się reszta, to miał ochotę przywalić w coś pięścią. Może nawet w czyjąś twarz.
Jakby tego było mało, szkapa ciągnąca wóz obruszyła się na jego widok. Parsknęła urażona, trzęsąc przy okazji łbem, tak że Atto musiał ocierać się ze śmierdzącej końskiej śliny.
– I ty przeciw mnie?! Właśnie skończyłem zbierać twoje żarcie.
– Może właśnie w ten sposób okazała wdzięczność?
– Nie wymyślaj, tylko jedź już – mruknął zrezygnowany.
Matt trzasnął lejcami i zasłużona latami kobyłka posunęła się leniwie naprzód. Atto byłby w stanie pomaszerować szybciej, ale po spędzeniu dnia na własnych nogach, przejażdżka, nieważne jak wolna, jawiła się niczym wybawienie. Rozmiary ziem należących do ich rodziny oraz ich położenie skutecznie zniechęcały do wszelkich spacerów.
Zerknął w lewo i nietrudno mu było sobie wyobrazić, że ma dokładnie ten sam znudzony wyraz twarzy co jego brat. Ale ten miał przynajmniej zajęcie w postaci powożenia. Właśnie przez takie drobne szczegóły Atto wcale nie czuł się najstarszy z rodzeństwa. Odmawiano mu wszystkich ciekawych i odpowiedzialnych zajęć. To dlatego o ponad dwa lata młodszy brat przyjeżdżał po niego, kiedy już skończył najmozolniejszą robotę pod słońcami. Ale hej, siano się samo nie zbierze. Nie, wyśle się po niego najmniej przydatnego spośród synów. Zakałę rodziny.
Atto westchnął i skupił się na migających pod spodem szprychach koła. Szybkim ruchem wysunął rękę, aż cała dłoń weszła w jeden z ruchomych otworów, po czym tak samo szybko ją cofnął, zanim zostałaby zmiażdżona między kolejną szprychą a belką stanowiącą brzeg wozu.
– Pamiętasz, jak mówiłem ci, żebyś przestał, bo sobie zrobisz krzywdę? – zagaił Matt. – Teraz nie wierzę, żeby to było możliwe. Ty się nigdy nie spóźnisz.
Cmoknął przy tym, ale Atto nie potrafił stwierdzić, czy miał być to wyraz uznania, czy tylko sygnał dla konia. Niemniej uśmiechnął się lekko.
– Pogoń go tam, to będzie trudniej.
Matt przez chwilę się mu przyglądał, jakby oceniał, czy powinien tak narażać brata. A raczej, czy powinien mu pomagać w jego potencjalnie groźnej zabawie. Po chwili jednak znowu trzasnął lejcami. Kobyłka poszła żwawiej, chociaż Atto widział, że wciąż daleko im było do szkodliwej dla zdrowia prędkości. Bez trudu wysunął i cofnął rękę, mieszcząc się w prześwicie szprych.
– Wiem, że się nudzisz, ale szybciej nie pojadę. Choćbym nie wiem jak ci ufał, szkoda ryzykować rękę dla głupiej zabawy. Nie żeby stara była w stanie pobiec cokolwiek szybciej.
– Zdążyłbym – mruknął Atto.
– Tak, tak… szybki jesteś.
– Szkoda tylko, że to nie jest jedna z naszych wspólnych gier.
Matt obejrzał się na brata z takim wyrazem niedowierzania, że aż zwrócił tym jego uwagę. Atto tylko wzruszył ramionami, nie wiedząc, o co mu chodzi. Tamten z kolei musiał przypilnować szkapy, bo zbliżali się już do głównej drogi, ale zaczął się tłumaczyć:
– Datto i Zattan to może i idioci, ale poza nimi nikt nie jest na tyle krótkowzroczny, by oceniać cię po samych wynikach. Dobrze wiedzą, że jesteś najszybszy. Chyba że tobie chodzi tylko o płytkie poczucie zwycięstwa. W takim wypadku… że też ci nie wstyd!
Atto nic nie mógł poradzić na to, że na jego twarzy zagościł uśmiech. Czasem miał wrażenie, że będąc trzecim w kolejce, Matt jest jednocześnie najbardziej dojrzały z ich dziewiątki. Zwłaszcza że trafił w punkt. Atto tak bardzo chciał poczuć tę prostą satysfakcję ze zwycięstwa w głupiej wioskowej grze. Doświadczał tak mało aprobaty, że pragnął chociaż tej wymuszonej, kiedy bracia musieliby uznać go za najlepszego. Słowa Matta… to było zwyczajnie za mało.
Jechali już dobre dwadzieścia minut, ale wciąż dręczyło ich gorąco obu słońc. Atto szarpnął parę razy rozchełstaną koszulą, by wywołać jakikolwiek powiew powietrza. Pocieszał się faktem, że niedługo wjadą między drzewa i znajdą upragniony cień. Jeszcze raz zerknął w górę.
Wcześniej gwiazdy znajdowały się w niewielkiej odległości od siebie, teraz wyraźnie rozpoznawał pośród nich Askrę, która znalazła się w końcówce swojej podróży za horyzont. Za to Istra, nawet jeśli zauważalnie mniejsza, dopiero tę wędrówkę rozpoczęła. Ich drogi nie mogły się bardziej różnić, a jednak znajdywały w ciągu dnia moment, żeby się do siebie zbliżyć. Może po prostu dawno się im nie przyglądał, ale kiedy siedział pod stogiem siana, wydawały mu się wręcz osobliwie bliskie sobie.
– Wyobrażasz sobie, że stary Terdan chciał powycinać większość z tych drzew? – przerwał ciszę Matt.
Atto odruchowo parsknął, chociaż nie uśmiechała mu się wizja powrotu do domu bez zacienionej alejki po drodze. Trudno było zareagować inaczej, gdyż pomysły starego Terdana za każdym razem stawały się obiektem żartów między braćmi. W Złotopoli wiele rzeczy pozostawało niezmienne, w tym zarówno nowe inicjatywy Terdana, jak i również jego absolutny brak zahamowań w dzieleniu się nimi z resztą mieszkańców. Nieważne, jak kulturalnie odmawiał mu sołtys.
– Może właśnie w tym problem? – zasugerował, odpowiadając na własne przemyślenia. – Jakby mu sołtys przemówił do rozsądku, to może by mu się odechciało głupich pomysłów?
– Masz na myśli solidnego kuksańca po głowie?
– Mam na myśli solidnego kuksańca po głowie.
Zaśmiali się jednocześnie przede wszystkim dlatego, że obaj wiedzieli, iż na Terdana potrzeba było czegoś więcej. Co najmniej czegoś tak mocnego jak cios, który zarobił od Lama lata temu, zanim Atto jeszcze chodził po tej ziemi. Ale bójka była na tyle pamiętna, że nawet młode pokolenie słyszało tę historię. Ponoć to właśnie od ostatniego sierpowego Lama Terdanowi poprzestawiało się w głowie to, co przestawiane być nie powinno, o czym w następnych latach przekonywali się wszyscy mieszkańcy wioski. Dopóki jednak rzucał tylko nieszkodliwe propozycje, nie wzbudzał w nich jakiejś szczególnej niechęci.
A mądrości wypływające z ust Terdana nie powstałyby w żadnym innym umyśle.
Atto aż westchnął na widok rozpościerającej się przed nimi zieleni. Drzewa, głównie białe dęby, stały w sporej odległości od siebie, ale ich gałęzie rozchodziły się jeszcze dalej. Światło słoneczne docierało do nich z prawie każdej możliwej strony. Kiedy wjechali pod ich rozłożyste korony, powietrze zmieniło się momentalnie. Po godzinach spędzonych na polu chłód i leśny zapach stawały się dla Atto małym rajem, przez który dane mu było przejechać na koniec dnia. Przez chwilę zapominał o zmęczeniu i nie myślał o tym, co czeka go w domu. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że gdyby miał spędzać tutaj więcej czasu, wywoływany przez alejkę efekt straciłby na swojej wyjątkowości. Dlatego zawsze starał się czerpać z niej tyle przyjemności, ile tylko się dało, jednocześnie celowo wręcz ograniczając sobie do niej dostęp.
Ani on, ani Matt nie odzywali się przez całą długość alejki, chłonąc płynące z niej spokój i rześkość. Jednak ta wspaniała chwila musiała się skończyć. Wkrótce zamiast drzew mijali pierwsze chaty, wszystkie przykryte taką samą, pożółkłą strzechą. Deszcze w Majonii, choć częste, nigdy nie były silne. To samo tyczyło się łagodnych wiatrów, więc każdemu wystarczał najprostszy dach, by nie odczuwać kaprysów pogody. Chociaż akurat ich ojciec zainwestował w porządniejsze pokrycie i Atto był wdzięczny, że za swojego krótkiego osiemnastoletniego życia tylko raz musiał pomagać w naprawie dachów na kolejne lata.
– Tak swoją drogą, wybieram się pod wieczór z Attinem do wioski. Jedziesz z nami?
Pytanie Matta wyrwało go z zamyślenia. Wszelką ochotę na wyprawę odebrało mu już samo wspomnienie imienia brata drugiego w kolejce. Czy może już jednak pierwszego? Może nie pod względem starszeństwa, ale pozycji już z pewnością tak.
– Nie wydaje mi się – odpowiedział niemrawo Atto.
– Ech, dałbyś już spokój – westchnął ciężko Matt. – Zdajesz sobie sprawę, że to wyłącznie twój problem?
– To nie znaczy, że staje się przez to łatwiejszy do zniesienia – odpowiedział ledwie słyszalnie.
– Hmmm… Pewnie rzeczywiście nie.
Atto spojrzał z zaskoczeniem na brata. Nie tylko nie spodziewał się takiej odpowiedzi, ale dziwił się również i samemu sobie. Zwykle nie był taki… otwarty, jeśli można w ogóle tak to określić. Nagle, z nieznanego mu powodu, poczuł potrzebę wytłumaczenia się. Nawet nie dlatego, że chciał się podzielić swoimi zmartwieniami, ale chyba nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Tym jednym zdaniem Matt sprawił, że Atto nie czuł się oceniany. Może jednak ktoś był w stanie go zrozumieć?
– To tak, jakby Attin był wszystkim, czym ja być nie mogę. – Przełamał się w końcu. – I nie pomaga świadomość, że to nie jego wina. Uwierz mi, byłoby łatwiej, gdybym mógł go nienawidzić, ale przecież nie zasłużył sobie na to. A ja, nieważne, czego bym dokonał i jak się starał, nie jestem w stanie odkupić tego jednego aktu słabości. Tego, że w przeciwieństwie do niego ja nie podołałem…
W tym momencie żarząca się do tej pory potrzeba tłumaczenia wypaliła się do końca. A może ustąpiła pod naporem wstydu? Tak… lęk przed postawieniem się w nieprzychylnym świetle poprzez wypaplanie jakiejś głupoty często zamykał mu usta.
– Wiesz, Atto, ja też… – zaczął Matt, ale po chwili urwał i z lekkim rumieńcem dokończył: – …nieważne. Jeśli tak o sobie myślisz, to nic na to nie poradzę, ale to raczej kwestia punktu widzenia. Oczywiście gorzej, że wszyscy ten punkt podzielają. – Zerknął na brata i zobaczył jego przybitą minę. – Prawdopodobnie wszyscy. Bo przecież nie wiemy tego na pewno.
– Ale myślisz, że spędzenie z nim czasu na siłę w czymś pomoże? – spytał Atto bardziej natarczywie, niż zamierzał.
Uzyskał za to odpowiednią reakcję, bo Matt już się nie odezwał. Wyglądał nawet na bardziej zamkniętego w sobie niż zwykle.
Gratulacje, Atto! Zraziłeś ostatnią miłą dla ciebie osobę.
– Po prostu zawiodłem i nic tego nie zmieni – powiedział ostatecznie, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Może poza niezasłużonym atakiem na młodszego brata.
W końcu dojechali na miejsce. Chyba musieli pojawić się jako pierwsi, bo nie widzieli nikogo w zasięgu wzroku. Z domowego komina unosił się lekki dym świadczący o gotowaniu w kuchni, ale to był jedyny zauważalny ślad życia. Ich gospodarstwo było rozległe, jedno z największych w Złotopoli, więc reszta członków rodziny wciąż mogła się kryć gdzieś po kątach. Część pewnie właśnie zjadła i wyjechała pracować, a poranna zmiana zwyczajnie jeszcze nie wróciła.
Atto zaklął cicho pod nosem. Zawsze ryzykownie było pojawić się jako ten pierwszy. Ojciec potrafił potraktować to jako oznakę lenistwa. Nierzadko powodowało to pewną grę w tchórza, gdzie bracia próbowali wybadać się nawzajem, kto odważy się zajechać najwcześniej. Na szczęście istniała obiektywna linia, która stanowiła, kiedy wolno pojawić się na zajeździe bez żadnych konsekwencji. Powrót Atto był częściowo uzależniony od zjawienia się Matta z wozem, ale nie wydawało mu się, by przyjechali za wcześnie.
Pola ich rodziny rozciągały się na jakieś trzydzieści mórg, w nietypowym, podłużnym kształcie. Nieprzypadkowym przypadkiem trawy na siano, którymi zajmował się Atto, znajdowały się na szarym końcu. Już drugi tydzień objeżdżał z rana dwa inne gospodarstwa i mały lasek tylko po to, by któryś z braci go tam zostawił samego na cały dzień. Bo przecież nie można było mu zaufać z wozem, a szkoda by było, żeby się marnował. Za to z jakiegoś powodu nie było szkoda czasu takiego Matta, który jeździł potem w te i we wte.
Atto nieustannie łapał się na tym, iż nie potrafi przestać narzekać na swoją dolę, choć zrobił to już na wszystkie możliwe sposoby. Przynajmniej tak jak wcześniej zapach alejki odpędził jego zmartwienie i zmęczenie długiego dnia, tak teraz dokonał tego aromat czekającego obiadu. Razem z Mattem zeskoczyli z wozu, tylko młodszy brat musiał jeszcze najpierw oporządzić konia. Czasami utrata ważniejszych obowiązków miała swoje korzyści.
Żeby jednak mieć absolutnie wszystko z głowy, skierował się w pierwszej kolejności do kurnika. Kolejny powód do żartów na jego temat, i to nieograniczający się wyłącznie do członków rodziny. Pracę przy kurach też uważano za najbardziej poniżające zajęcie, dlatego Atto odpowiadał za każdą opierzoną bestię, i to przez całą dobę. Dzisiaj dzień kukurydzy, więc zabrał po drodze odpowiedni wór. Jak zwykle przywitał go ciężki, ptasi zapach, ale za to tym razem chłopak nie wzbudził swoją obecnością absolutnego chaosu, jaki często się tu zdarzał. Atto do tej pory nie potrafił dojść, dlaczego czasami kury reagują, jakby przyszedł je wszystkie pomordować, a innym razem siedzą cichuteńko na swoich grzędach. W najgorszych przypadkach musiał biegać za nimi po całym podwórku, a skubane były naprawdę szybkie.
Ha, skubane kurczaki!
Pozostawało tylko obmyć się na szybko przy studni i mógł iść na zasłużony posiłek. Przynajmniej jego zdaniem zasłużony. Jak będzie miał trochę szczęścia, to zdąży zjeść, zanim wróci ktoś jeszcze. Przeszedł z izby wejściowej do kuchni, gdzie jak zwykle niestrudzenie krzątała się matka.
– Witaj, mamo. Co tam dobrego? – przywitał się, chociaż te słowa były już dla niego tak oklepane, że wypowiadał je odruchowo.
– Krupnik i placki – odpowiedziała kobieta, również ledwo zauważając wymianę zdań, jak i samego najstarszego syna.
Czyli dzisiaj bez mięsa. Nie licząc tego, co pływało w krupniku. Atto nauczył się już, że chociaż żadne narzekania nie były w ich domu zbyt mile widziane, to dzieliły się na takie, które uchodziło wypowiedzieć na głos, takie, którymi nie warto było zawracać sobie głowy, i takie, które potrafiły ściągnąć na głowę prawdziwe gromy. Uwagi dotyczące jedzenia należały właśnie do tej ostatniej kategorii. Matka uważała gotowanie dla rodziny za swoje powołanie i brała sobie do serca każde krzywe słowo.
Osobiście Atto uważał to za wręcz piękne. Właśnie takie przekonanie, którego tak bardzo mu brakowało. Matka z łatwością odnajdywała cel nawet w tak prostych czynnościach. Poświęcała się im całkowicie, była w nich dobra i czerpała z wykonywania ich przyjemność, która wydawała się niemożliwa. Poza nią wszyscy nie cierpieli gotowania.
W zasadzie matka wyróżniała się w rodzinie pod każdym możliwym względem, co nie dziwiło w otoczeniu samych chłopców i mężczyzn. Dziewiątka braci była do siebie podobna, ale wszelkie – czasem tylko malutkie – różnice między nimi można było prześledzić właśnie w odniesieniu do niej. Jaśniejsze od pozostałych włosy? Odpowiedzią był słomiany kolor włosów ich matki. Drobniejszy nos lub łagodniejsza szczęka? Wszystko dało się odnaleźć na jej twarzy.
Atto wziął drewnianą miskę oraz łyżkę i nabrał sobie pokaźną porcję, zanurzając naczynie głęboko w przepastnym garze. Wiedział, że nie będzie mu smakowało. Tak samo jak wiedział, że będzie musiał się przemóc, bo na talerzu nie pojawi się magicznie żadna alternatywa. Usiadł przy długim stole i siorbnął głośno parę razy, udając, że zupa okazała się zbyt gorąca, ale tak naprawdę dając w ten sposób niezaprzeczalny sygnał, że zdążył skosztować wyrobu matki.
– Pierwszy jesteś, to nie miałam kogo spytać. – Natychmiast odezwała się z kąta. – Smaczne wyszło, synek?
– Smaczne, ale przede wszystkim sycące. – Kłamstewko gładko przeszło mu przez usta. Między innymi dlatego, że nosiło znamiona prawdy. Już po paru łyżkach odechciało mu się jeść.
Do izby właśnie wszedł Matt i musiał go usłyszeć, bo posłał mu pytające spojrzenie. Krótki, przecinający powietrze nad blatem ruch dłonią pozbawił go wszelkich złudzeń. To nawet nie była wina matki. Jej krupnik był znany w całej Złotopoli. Po prostu żaden z braci za nim nie przepadał, nieważne, czyjej był roboty.
– Zaraz wrócą jeszcze Zattan i Datto, mamo – oznajmił Matt.
Atto opuścił łyżkę odrobinę zbyt energicznie. Gęsta, szara papka chlusnęła na boki. Szybko podniósł się po szmatkę, żeby nie zwracać na siebie większej uwagi, ale nie miało to żadnego znaczenia.
– Co jest z tobą, Atto? – spytała matka.
Mruknął tylko coś nieskładnie. Nie było mowy, żeby się z tego tłumaczył. Zdążył po sobie wyczyścić i wrócił na miejsce w ostatniej chwili, bo do izby wkroczyli szósty i siódmy albo siódmy i szósty w kolejce syn, w zależności, którego spytać.
– Witaj, mamo! – zakrzyknęli jednocześnie.
Dlaczego najwredniejsi z braci musieli pojawić się od razu w nierozłącznej dwójce? Jakby jednego takiego było mało. Nieszczęścia dosłownie chodziły parami.
– Jak tam sianokosy, Atto, wyszalałeś się? – Zattan wyszczerzył zęby.
– A wy się wyzbieraliście?
Skrzywił się od własnej riposty, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Sam fakt, że dogryzały mu dwunastoletnie młokosy, był już wystarczająco upokarzający.
– Ha, dobre! Bo przecież kopaliśmy buraki. Naprawdę dobre – skwitował Datto z prawie identycznym uśmieszkiem co jego brat bliźniak.
– Co tam na obiad, krupniczek? – Zattan wyciągnął daleko szyję, żeby zajrzeć do gara. – Atto ostatnio mówił, że już nie może się doczekać i z pewnością będzie brał dokładkę.
– Daj, doleję ci – zaoferowała się matka.
Atto starał się zamordować brata wzrokiem, ale nieważne, jak bardzo tego pragnął, jeszcze nie osiągnął takich mocy. Po chwili cała czwórka siedziała przy stole z równo wypełnionymi miskami, ale za to z nierówno wypełnionymi żołądkami.
– Attin mówił, że jedziecie później razem do gospody – zagadnął Matta Datto.
– Tak, ale z tego, co mi wiadomo, to wy dalej macie zakaz, zgadza się?
– Zgadza się – potwierdziła matka.
– Więc musielibyście znaleźć kogoś, kto was będzie pilnował, a wiecie, że to niemożliwe.
– Tobie to dobrze, nie musiałeś tyle czekać – burknął Zattan.
Atto uśmiechnął się lekko pod nosem. Wreszcie chociaż odrobina satysfakcji. Matt mógł wybierać się bez rodziców na zabawy wcześniej, bo najstarszy brat chętnie oferował się na opiekuna. Dając tym samym jasny sygnał, że nie opłacało się załazić mu za skórę. Co tylko gorzej świadczyło o bliźniakach, skoro nie potrafili powstrzymać się przed wygłupami już chociaż dla własnego dobra.
– Ale nawet nie chodzi o zabawę ani o picie, mamo – narzekał dalej Zattan. – Podobno do wioski zjechali jacyś obcy.
– Zasady to zasady.
– Jakiego rodzaju obcy? – zainteresował się Atto.
– Myślałem, że nie chcesz jechać? – rzucił rozbawiony Matt, ale Atto go zignorował.
– Najemnicy. Spoza Majonii.
Ugh, jak najemnicy, to przecież, że spoza Majonii.
Dopiero po chwili dotarł do niego pełen sens tych słów. Niby nie powinien ufać bliźniakom, ale raczej nie mieli powodu zmyślać czegoś takiego. Było to poniekąd niesłychane. Nawet wcale nie poniekąd. Atto nie pamiętał, kiedy ostatnim razem w wiosce pojawili się jacyś obcy, a co dopiero zbrojni. Może nawet prawdziwa ozgarda? To by dopiero było.
Tacy goście byli rzadkością nie tylko w Złotopoli, ale też i w całej Majonii. Kraj, który poświęcał się uprawie ziemi, hodowli zwierząt i nie szukał z nikim zwady, nie ściągał wielu awanturników. Chociaż zdarzali się uciekinierzy, którzy szukali schronienia na ziemiach, gdzie zwyczajnie nie istniały konflikty. Ludzie, którzy za dużo przeskrobali dosłownie wszędzie indziej. Tacy, co zaszli zbyt głęboko w cienie.
Atto miał tak bardzo dość swojego codziennego życia, że prawie każda rozrywka wydawała mu się obiecująca. Wcześniej na drodze stało wyłącznie towarzystwo Attina. To się co prawda nie zmieniło, ale chyba był w stanie przecierpieć z nim jeden wieczór. Okazja była niepowtarzalna. Nawet jeśli rozrywka ta zależała od grupki potencjalnie niebezpiecznych obcych.3
Kiedy Atto się obudził, było już na tyle jasno, że nie mógł z powrotem zasnąć. A niczego nie pragnął bardziej. Żeby odpędzić od siebie moment, z którego nie będzie już odwrotu. Ponieważ zasadniczo decyzję już podjął, i do tego zrobił to zaskakująco szybko, ale ta zakichana wyobraźnia nie dawała mu spokoju. Do głowy przychodziły mu kolejne scenariusze rozmowy z ojcem. Każdy następny okazywał się coraz gorszy i spędzał mu sen z powiek. Pora była chyba jednak spojrzeć prawdzie w oczy. Najwyższa. Więcej snu zwyczajnie nie wchodziło w grę z powodu rażącego przez okno słońca. Co ciekawe, myślał już wyłącznie o dyskomforcie zaistniałej sytuacji. W tym domu późne wstawanie i wiążące się z nim zaniedbywanie obowiązków zawsze miało swoje konsekwencje i tak właśnie odczytana zostanie jego opieszałość. I tylko on wiedział, że tym razem to coś więcej niż zwykłe lenistwo. Co nie zmieniało faktu, że walka z samym sobą, by podnieść się z siennika, była zażarta.
A o poranku i tak nie miało to już najmniejszego znaczenia, bo nieważne, który scenariusz miał się sprawdzić, żadnego nie dało się ominąć. A więc bez sensu było się tym zamęczać.
W końcu zebrał się w sobie, chociaż towarzyszący mu lęk ciążył na tyle, że chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak bezradny. Proste rzeczy, które potrafiły poprawić jego humor z rana, nagle straciły swoje magiczne właściwości. Promienie słońca i ciepło wiosennego poranka tylko wysysały z niego energię. Zapach i smak świeżo upieczonego chleba odchodziły w zapomnienie, kiedy jego myśli tak bardzo skupiały się na tym, czego się obawiał.
Następnym krokiem byłoby obejście jego stałych obowiązków, i to właśnie ta perspektywa wybudziła go z letargu. Jeśli faktycznie miał rozpocząć nową drogę życia, to chciał już teraz zrezygnować ze starej. Nigdy by się nie spodziewał, że jest aż tak próżny i leniwy, ale rzeczywiście sama niechęć do pracy pokonała strach przed konfrontacją z ojcem. A przynajmniej częściowo.
Większość rodziny zdążyła się już rozejść po pozostałych chatach składających się na gospodarstwo lub wyjechać na jedno z pól. Ojciec lubił doglądać wszystkiego na miejscu. Porządkował zwiezione zbiory. Sprawdzał stan narzędzi, czy aby któryś z synów nie obchodził się z nimi zbyt beztrosko. Znalezienie ojca nie stanowiło dla Atto zbytniego problemu i nie zajęło dużo czasu.
Segregował buraki zebrane poprzedniego dnia przez Zattana i Datto. Usłyszał kroki syna, ale nie zwrócił na niego szczególnej uwagi.
– Witaj, tatko, mam ważną sprawę do omówienia.
– To by była nowość.
– Rzeczywiście wydarzyło się coś niespodziewanego…
– Lepiej, żeby tak było, bo inaczej obijasz się bez powodu.
Atto miał dość.
– Czy mogę w końcu powiedzieć ci o czymś, co jest dla mnie ważne i dla ciebie też powinno? Bez ciągłych pouczeń o pracy wiszącej mi nad głową?
To nie trwało długo, Atto już zdążył się zirytować, a ojciec ciągle tylko przebierał w burakach. Najgorsze, że dla niego to musiała być tylko kolejna głupota przytargana pod jego obejście przez wyrodnego syna. Z drugiej strony, kto by się domyślił, że sprawa jest rzeczywiście istotna. Sam Atto musiał przyznać, że ojciec nie miał żadnego powodu, by podejrzewać jego wyjazd z domu. Życie na wsi było proste, nie było w nim ani wzlotów, ani upadków.
Skoro ojciec nie pozwalał mu złagodzić ciosu, pozostawało mu jedynie wypalić wprost.
– Chcę opuścić Złotopolę!
Tym razem ojciec oderwał się od pracy. Na jego twarzy malowało się zdumienie, co znaczyło, że wreszcie potraktował słowa syna poważnie. Atto zdecydowanie wolał to od gniewu, którego się spodziewał.
– Rozumiem, że przyszedłeś prosić o zgodę?
– Tak – przyznał bez wahania Atto.
Dopiero teraz dotarło do niego, że przecież mógłby odejść bez słowa. Istnienie takiej możliwości wcale nie umniejszało jej niemożliwości. Atto nigdy by się na coś takiego nie zdobył. Wciąż należał do tej rodziny i potrafił przyznać przed samym sobą, że również wiele jej zawdzięczał. Na co dzień skupiał się na tym, co najgorsze, ale wizja ucieczki pokazała mu, że było inaczej.
Nie lubił swojej pracy, ale jego bracia mieli dokładnie tak samo, więc nie był pod tym względem w żaden sposób dyskryminowany. Nie musiał też pracować od bardzo wczesnych lat. Miał szczęśliwe dzieciństwo między innymi dzięki temu, że gospodarstwo było duże i dobrze zarządzane przez całe pokolenia. Kochał swoją matkę, szanował ojca i lubił Matta. To więcej, niż mogli powiedzieć co poniektórzy chłopi.
Musiał postawić sprawę uczciwie. Tego by od niego oczekiwano, a ojciec był racjonalnym człowiekiem.
– W takim razie chodź, przejdziemy się – zaproponował ojciec, zagarniając go ramieniem i wyprowadzając spod wiaty. – Na razie to powinno zostać między tobą a mną.
– Zgadzam się.
Wyszli razem za ogrodzenie i szybko zeszli z głównej drogi na ścieżkę prowadzącą do pobliskiego lasku. Atto nie wiedział, jak długą rozmowę planował ojciec, ale podobało mu się to podejście. Najwyraźniej naprawdę zależało mu na prywatności, bo odezwał się dopiero wtedy, kiedy z widoku zniknęły ostatnie dachy.
– Wiem, że nie jesteś tu szczęśliwy, ale za tym musi stać coś więcej. Nie mogłeś ot tak podjąć tak znaczącej decyzji.
– Wczoraj w gospodzie zaproponowano mi dołączenie do ozgardy.
– Tobie?
– Też jestem zdziwiony, ale ten człowiek najwyraźniej uważa, że to dobry pomysł. A ja po prostu jestem skłonny podjąć ryzyko.
– W takim razie musi być gorzej, niż sądziłem. – Ojciec się zasępił. – Nie przypuszczałem, że żyje ci się tutaj aż tak źle. To naprawdę wszystko przez twojego dziadka?
Atto zaczerpnął głęboko powietrza, szykując się do najtrudniejszych słów, jakie miało przyjść mu powiedzieć. Spodziewał się, że zostanie poruszony ten temat.
– Nie wszystko. Ja wiem, że zawiodłem i że każda pojedyncza rzecz, jaka mnie po tym spotkała, była w pewnym stopniu zasłużona. Ale nieważne, jak bardzo starałbym się je usprawiedliwiać, wszystkie razem doprowadzały mnie na skraj rozpaczy. A im dalej w las, tym było gorzej, bo z każdym kolejnym rokiem zdawałem sobie sprawę, że to nie ma końca. Jak długo można patrzeć w przyszłość i widzieć wyłącznie to samo, bez nadziei na poprawę ani jakąkolwiek nagrodę za wycierpiane lata, nim coś w człowieku pęknie?
Głos uwiązł mu w gardle, ale nie tylko z przypływu emocji. Pozwolił uczuciom przejąć stery nad językiem. Musiał sam powstrzymać potok słów, bo zdał sobie sprawę, że zaszedł za daleko. Zaczął przesadzać, i to bardzo, a przez to czuł się jeszcze gorzej. Usłyszał w sobie płaczliwego mazgaja, narzekającego na trudne życie. Niezdającego sobie sprawy, czym jest prawdziwy trud.
Majonia była oazą spokoju. Ludzie tu uprawiali ziemię i wiedli proste życie, ale nikt z zewnątrz ich nie zaczepiał. Izolowali się tak bardzo, że zza granicy docierały do nich wyłącznie plotki, i to z dużym opóźnieniem. Zdawano sobie sprawę, że na południu toczono wojny. Że na północy utrudniał życie mróz i skalista ziemia. Na wschodzie panowało bezprawie, a na zachodzie z kolei prawo zaciskało się wokół gardeł mieszkańców niczym stryczek.
A on śmiał jeszcze narzekać. Jakimś cudem udało mu się obrócić niechęć, jaką żywił do swojej rodziny, w nienawiść do samego siebie. Jednocześnie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wszystko to sprowadzało się do tego miejsca. Zostawienie Złotopoli wydawało się jedynym sensownym rozwiązaniem.
– Rozumiem – skwitował krótko ojciec. – Ale dlaczego ty i ten nieznany mi człowiek sądzicie, że to dla ciebie odpowiednie miejsce? Ozgardy trudnią się walką za srebro. To bezkompromisowi ludzie, którzy nie mają żadnych zahamowań przed przejmowaniem cieni. Sam przyznasz, że to zupełnie do ciebie nie pasuje.
– Dobrze wiesz, że to nie to samo – warknął Atto, rozeźlony przyrównaniem pozyskiwania cieni przez najemników do jego osobistej porażki sprzed sześciu lat. – Poza tym już nie chodzi o to, czy się do tego nadaję, czy nie. Dla mnie każda oferta będzie wyglądała bardziej obiecująco od tego, co mam teraz.
Ojciec spojrzał na niego uważniej, a jego twarz stężała. Wyraźnie rozważał jego słowa. Atto chciałby wierzyć, że zastanawia się nad przyszłością swojego syna, ale bardziej prawdopodobne było, że decyduje, czy poczuć się urażonym tak surową oceną. Koniec końców Atto wyraził przecież w ten sposób nienawiść do jego ukochanego gospodarstwa. Nieważne, że stawką było coś ważniejszego od ziemi i paru chałup.
– Zgoda – odezwał się bez ostrzeżenia ojciec.
– Nie spróbujesz mnie przekonać? Nie zaproponujesz jakiejś zmiany, żeby mnie zatrzymać?
– Nie.
To jedno słowo uderzyło go mocniej, niżby się spodziewał. Wyglądało na to, że obaj mieli zupełnie odmienne opinie na temat tego, jak Atto był traktowany. Obaj częściowo się mylili. I dlatego teraz Atto oczekiwał jakiejkolwiek reakcji. Skoro ojciec przyznał, że popełnił błąd, że nie tak to powinno wyglądać, to zgoda sugerowała, że zwyczajnie mu nie zależy. Na pierworodnym synu.
Coś na twarzy Atto musiało zdradzić jego myśli – o co nie było trudno, bo czuł się zdecydowanie zdradzony – bo ojciec zaczął się tłumaczyć:
– Nic nie zmieni tego, że nie dopełniłeś swojego obowiązku. Możesz uważać, że ta tradycja nie ma sensu, że kara jest niewspółmierna do winy. Ale ta zmaza pozostanie na tobie na zawsze. Odejście z tego miejsca ma sens. Ty tego chcesz. Ja wciąż pragnę dla ciebie szczęścia, ale nie mogę ci go tutaj zagwarantować. Obawiam się też, że nie znajdziesz go tu, ze mną czy beze mnie, na twej drodze.
To brzmiało zadziwiająco sensownie, ale tylko wówczas, gdy zignorować fakt, że on miał przecież wolną wolę. Co więcej, miał absolutną władzę w tej rodzinie. Gdyby chciał, mógł zmienić wszystko. Co to mówiło o Kwanie? Że nie potrafił zrezygnować z tradycji dla dobra swojego syna? Kreował się na wielkodusznego ojca, pozwalającego synowi na spełnienie jego marzeń, jednocześnie uchylając się od odpowiedzialności za to, co mu uczynił. Przecież to on, podążając ślepo za tradycją, doprowadził go do tego stanu.
Atto tylko pokręcił głową, zrezygnowany. To była niezaprzeczalna prawda, ale i tak nie warto było o nią walczyć. Stracił wszelkie zaparcie do tej walki, chociaż chyba tak naprawdę nigdy go w nim nie było. Może właśnie dlatego nie potrafił się wtedy zdobyć na przejęcie daru po dziadku.
– Nie warto było, co, tatko? – Atto położył rękę na ramieniu ojca. – Tak samo jak nie warto tego przedłużać. Dość powiedzieć, że nieważne, w jak głębokiej dupie się znajdę, moja noga więcej tu nie postanie. Tak więc żegnaj.
– Ekhm, do zoba…
Atto zabrał rękę i się odwrócił, nie pozwalając ojcu dokończyć zdania. Że też jeszcze próbował sugerować… Nieważne. Już się nie zobaczą, bo Atto naprawdę nie zamierzał wracać. Dla niego to było wyjście na wolność. Czuł się tak pewnie ze swoją decyzją, że nawet nie obawiał się pożegnania z matką. Powie jej wprost, co uważa. Wysłucha, co ona ma do powiedzenia. A potem zabierze to niewiele, co posiadał – głównie ubrania – i pójdzie na piechotę do wioski. Od tej pory będzie musiał być całkowicie niezależny.
Matkę zastał dla odmiany poza kuchnią, ale nie było w tym nic dziwnego, jako że zwykle nie kręciła się o tej porze po domu. Niestety siedziała razem z Nattu, najmłodszym z braci. Ośmiolatek dostawał tylko sporadyczne i proste zadania do wykonania i większość czasu spędzał z matką, która uczyła go czytać, tak jak robiła to wcześniej z nimi wszystkimi.
Atto wolałby, aby ta rozmowa przebiegła sam na sam, ale w tym momencie niewiele już go obchodziło, a poza tym nie czuł się specjalnie zżyty z Nattu, głównie przez różnicę wieku. Z ośmiorga złego chyba nawet najlepiej, że to akurat on się tutaj trafił.
– Jestem już po rozmowie z tatkiem. – Atto zaczął od tego, żeby nadać całej sprawie wrażenie nieuchronności. – Nadarzyła mi się sposobność, żeby stąd wyjechać. – Myślał, że przyjdzie mu to z łatwością, ale nie przewidział efektu, jaki wywrze na nim reakcja matki, która oczywiście od razu wyczuła kłopoty. – Ja chcę stąd wyjechać, mamo… i zrobię to. Nie chcę tu spędzić ani chwili dłużej. Mogę powiedzieć tylko tyle, że to nie twoja wina.
Matka westchnęła ciężko, ale chwilę później była już całkiem spokojna, chociaż wyglądała, jakby musiała zdusić coś głęboko w środku, by osiągnąć ten spokój.
– Jeszcze nigdy nie widziałam cię tak zdecydowanego. Skoro tylko mnie informujesz, to chyba nic, cokolwiek bym powiedziała, już tego nie zmieni.
Atto kiwnął smutno głową. Na ile matka nałożyła tylko maskę skrywającą uczucia, a na ile rzeczywiście pogodziła się z wieściami? Tak czy inaczej, był jej za to wdzięczny. Czy robiła to dla siebie, czy dla niego, ułatwiała mu w ten sposób tę ciężką chwilę. Co z kolei nasunęło mu myśl, że to nie może być przypadek. Nieważne, ile ją to kosztowało, robiła to specjalnie. Poznała, że najbardziej zależy mu na szybkim i łatwym odejściu, zanim znowu wkradną się do jego serca wątpliwości.
To chyba nie powinno tak wyglądać, a jednak wszystko, czym był w tej rodzinie, sprowadzało się właśnie do tego.
– Powodzenia – powiedziała, chociaż głos już zaczął ją zawodzić. – Mam nadzieję, że odnajdziesz to, czego pragniesz.
Objął ją krótko i cieszył się, że odwzajemniła uścisk, ale dla dobra ich obojga nie przeciągał chwili. Wychodząc, zobaczył jeszcze szeroko otwarte oczy Nattu i wbrew wszystkiemu uśmiechnął się do siebie. Teraz, kiedy jego los wydawał się już całkiem przesądzony, czuł się dokładnie tak samo zdumiony tym, że rzeczywiście do tego doszło.
Z tą tylko różnicą, że jemu dane było czerpać z tego przyjemność.4
Atto nie wiedział, gdzie szukać Stalskiego, ale postanowił zacząć zwyczajnie – od gospody. Miał szczęście. Co prawda zastał go przed budynkiem, a nie w środku, ale zasadniczo to nawet lepiej. Na zewnątrz wystawiono mały okrągły stolik i kilka krzeseł, a dwa z nich były już zajęte. Jedno przez samego Stalskiego, którego wąs w świetle dnia zdawał się jeszcze bardziej majestatyczny, a drugie przez mężczyznę, którego Atto nie miał okazji poznać poprzedniej nocy.
Był nawet trochę podobny do niego samego, nie licząc sylwetki. Spod cienkiej lnianej koszuli wystawały mięśnie, których Atto mógł mu tylko pozazdrościć. Poza tym miał tak samo ciemne włosy, piwne oczy i śniadą skórę, która stanowczo wyróżniała się tuż obok bladego Stalskiego. Obrazu dopełniała długa czarna bródka i blizna przechodząca przez usta. Atto nie był pewien, czy grymas, którym został powitany, był efektem blizny, czy niezadowolenia.
– Świeży narybek? – spytał zachrypniętym głosem mężczyzna, jakby dopiero co próbował przełknąć porcję żwiru.
– Spodziewaliście się mnie? – odpowiedział pytaniem Atto.
– Szef coś wspominał. – Nieznajomy wskazał na niego trzymaną w ręku drewnianą łyżką. – Ale poznałem po przytarganej torbie.
– Kilka rzeczy osobistych.
Atto jeszcze nigdy nie spotkał tak odpychającego człowieka. Całą swą osobą. I to z tak prostych przyczyn jak to, w jaki sposób siedział, jadł, a przede wszystkim na ciebie patrzył. Pierwsze wrażenie było zdecydowanie nieprzyjemne. Drugie i trzecie w sumie też. A tamten tylko powrócił z pełnym spokojem do pochłaniania wyłożonej przed nimi jajecznicy.
– Widzę, że przyszedłem nie w porę – rzucił nieco wymuszonym żartem Atto.
– Nonsens! – Po raz pierwszy odezwał się Stalsky. – Raczej przysiądź się, jeśli też masz ochotę. A ty, Thamper… zaprzestań.
– Przecież nic nie zrobiłem! – Wywołany Thamper uniósł ręce ku niebu.
Stalsky zakręcił jakoś tak ogólnie ręką w powietrzu.
– Roztaczasz tę swoją… aurę.
– A uświadczył szef kiedyś, żebym jej nie roztaczał?
– Może i racja. Ale popracuj nad tym. Prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy pracować nad sobą. – Stalsky spojrzał na Atto, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Siadaj, chłopcze, siadaj. Wnoszę, że przystałeś na moją propozycję.
– Tak. I wolałbym, żeby była aktualna, bo nie mam już odwrotu.
Wziął jedną z łyżek, ale zastygł w miejscu, widząc spojrzenia obu najemników. Jednak zamiłowanie do jajecznicy wzięło górę. Prawdę mówiąc, był przerażony. Sytuacją, w której się znalazł, w pierwszej kolejności, a w drugiej – osobą Thampera. Ale porządna jajecznica potrafiła przełamać w nim nawet taki strach.
– Spaliłeś za sobą most? – spytał z poważną miną Stalsky.
– Można powiedzieć, że wyrzekłem się rodziny. Ale niech się pan nie przejmuje, to nie pana wina. W moich oczach oni wyrzekli się mnie już dawno temu.
– O to się nie bój! Ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Jeszcze nic, pozwolę sobie zaznaczyć. Ale powiem ci, że rozjaśniłeś mi sytuację. Ludzie z rodzinami zwykle nie wybierają się w świat szukać przygód. Mają swoją kotwicę, trzymającą ich w miejscu, czy to na dobre, czy na złe. Skoro jednak przesądzone… – Stalsky oderwał zębami grubą pajdę chleba, przez co końcówka zdania stała się ledwo zrozumiała – Osa obiła szegląd po osce. – W końcu przełknął znaczną część masy wypełniającej mu usta. – Więc jak się pojawi, to szybko odszuka, co i gdzie trzeba ci kupić.
– Tylko że ja nie mam żadnych pieniędzy – zauważył Atto, bardziej zastanawiając się, o kim była mowa, bo jakoś wątpił w istnienie trenowanej osy.
– Na mój koszt. Dosłownie. Jesteś moją inwestycją. Najpierw muszę włożyć trochę pieniądza, żeby po czasie zyskać solidnego żołnierza. Wybacz – Stalsky uniósł dłoń, jakby zatrzymując samego siebie – stare armijne nawyki. Żołdu to ty nie dostaniesz, tylko równy podział łupu bądź nagrody.
– A skoro mowa o inwestycjach – wtrącił się Thamper, który drylował Atto wzrokiem, jak chyba jeszcze nikt. Tak, że Atto nie utrzymał z nim kontaktu wzrokowego nawet sekundę. – Na czym dokładnie ma polegać ta tutaj? Jakaś chudziutka jak na moje oko.
Atto musiał przyznać, że ciekawiło go to chyba bardziej niż samego pytającego. Thamper wyraził swoje wątpliwości, ale nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko. Stalsky przejmował się jeszcze mniej, popijając nonszalancko ale.
– Jak już wspominałem wcześniej w naszej rozmowie z Atto, szkolenie może odebrać każdy, ale nie każdy ma odpowiednie predyspozycje. Śmiem twierdzić, że on właśnie takie ma. Przynajmniej potrzebną szybkość, a w opinii wielu jest to wręcz najważniejsza cecha. Znałem takiego jednego hrabiego…
Stalsky przerwał swój wywód, widząc, że Thamper potakuje głową. Musiał być jednocześnie nad czymś zamyślony, bo wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. Dopiero po chwili ciszy zorientował się, że zwrócił na siebie uwagę.
– Zgadzasz się z moją oceną? – spytał szczerze zaskoczony Stalsky.
– Nieee… po prostu słyszałem o tym hrabim. – Thamper zarechotał, co ku zdumieniu Atto okazało się jeszcze bardziej niepokojącym dźwiękiem niż jego regularny głos. – Ale reszta ma zasadniczo sens. Nie uwierzę, dopóki sam nie zobaczę, ale jeśli młody jest tak zjawiskowy, jak go malujesz… Można skupić się na jego mocnych stronach i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
– Pozostaje jeszcze kwestia przyzywania cieni – kontynuował Stalsky. – Żebyśmy mieli jasność. W mojej ozgardzie nikt nie jest zmuszany do posługiwania się razza, a tym bardziej odbierania ich innym. Jak ustaliliśmy wcześniej, ty takowych nie posiadasz, Atto. Powiedz jednak tylko jedno słowo, a się tym zajmiemy.
– Tak mi się wydaje – bąknął w odpowiedzi chłopak.
Zasadniczo to zawsze chciał mieć na swoich usługach prawdziwego cienia. Tylko jego pierwszy kontakt z tą magią nie był zbyt przyjemny. Lekko mówiąc. Jak mógł się nie wahać? W wyobraźni znów pochylał się nad parą oczu, znowu miał w rękach dwa dłuta. Sama ta myśl zasiała w nim takie wątpliwości, że natychmiast miał ochotę powiedzieć „nie”.