Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Więźniowie Syratuzy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 grudnia 2025
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Więźniowie Syratuzy - ebook

Pierwsza część serii Pogrążonego w półmroku: W wiosce kompletnie odciętej od świata awanturnicy formujący ozgardę są ostatnią rzeczą, której można byłoby się spodziewać. A jednak to właśnie oni – najemnicy specjalizujący się w magii przyzywania razza, cieni wykonujących rozkazy swoich panów – pociągną ze sobą miejscowego chłopaka Atto ku przygodzie, której od zawsze skrycie pragnął. Na czele z ich dowódcą, weteranem cesarskiej wojny – Stalskim – podejmą się kontraktu, który przyciąga uwagę nie tylko licznej konkurencji, ale również cieszących się złą sławą łowców cieni. Jednych kusi obietnica bogactwa, drugich szansa na zwalczenie najgorszego w ich mniemaniu zła, ponieważ władzę nad razza można uzyskać wyłącznie, dokonując brutalnego rytuału. Jednak tego, jak ta misja skończy się dla grupy Stalskiego, nie mógł przewidzieć nikt.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397837508
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Po­dzię­ko­wa­nia

Książka, którą trzy­ma­cie w rę­kach, jest także efek­tem pracy nad kil­koma in­nymi książ­kami. Dla­tego po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się oso­bom, które wie­lo­krot­nie brały udział w pro­ce­sie po­wsta­wa­nia ich wszyst­kich. Łu­ka­szowi – za prze­czy­ta­nie wszyst­kiego, co wy­szło spod mo­jej ręki, i każ­do­ra­zowe wy­punk­to­wa­nie tego, co wy­ma­gało po­prawy. Ol­kowi – za za­pew­nie­nie do­dat­ko­wej per­spek­tywy roz­wie­wa­ją­cej wąt­pli­wo­ści. Ka­ba­towi – za kon­sul­ta­cję na­ukową.

1

Żeby tak dało się uciec przed ra­żą­cymi pro­mie­niami obu słońc na­raz! Ale nie, na tak od­sło­nię­tym po­letku było to zwy­czaj­nie nie­moż­liwe. Cał­ko­wi­cie scho­wać się można było tylko przed jed­nym z nich. Przy czym wy­bór był na­der oczy­wi­sty. Na­wet u schyłku swo­jej drogi po nie­bie Askra da­wała dużo wię­cej cie­pła niż jej mniej­sza sio­stra – Istra.

Atto wes­tchnął na tyle głę­boko, na ile po­zwa­lały mu wy­ci­ska­jące z niego siódme poty go­rąco na spółkę ze zmę­cze­niem ro­botą, którą wła­śnie od­wa­lił. Do­słow­nie. Resztki sko­szo­nego siana, które prze­rzu­cił pracą wła­snych rąk, prze­obra­ziły się w kry­jówkę przed słoń­cem. Ro­zej­rzał się po ca­łym polu. Kie­dyś wi­dok rów­no­mier­nie roz­rzu­co­nych zło­tych sto­gów przy­niósłby mu pewną sa­tys­fak­cję. A te­raz? Te­raz Atto cie­szył się je­dy­nie z tego, że wy­soka kupa siana ozna­czała duży cień.

Poza tym sko­szone do nie­mal ły­sej ziemi pole miało swoje za­lety. Dzięki temu już z da­leka bę­dzie mógł za­uwa­żyć nad­jeż­dża­jący wóz. Po­jazd ni­czym mi­tyczny ry­dwan, który wy­bawi go ode złego. Czy też po pro­stu wielce przez niego wy­cze­ki­wany. Atto po­wiódł wzro­kiem po gra­nicy ziemi na­le­żą­cej do jego ro­dziny.

Po le­wej stro­nie wzno­sił się mu­rek, ła­twy do za­uwa­że­nia, bo naj­więk­szy w oko­licy. Trzeba było mieć tak nie­równo pod su­fi­tem jak stary Ter­dan, żeby chcieć się od­gra­dzać od wła­snego cie­nia win­nego są­siada. Bez­po­śred­nio przed nim cią­gnęła się sze­roka ścieżka wio­dąca do głów­nego go­ścińca, który dało się doj­rzeć na­wet stąd dzięki wy­ra­sta­ją­cemu po­nad po­ziom ziemi upraw­nej pa­gór­kowi. Za to da­leko po pra­wej stro­nie za­czy­nała się li­nia drzew, która cią­gnęła się jesz­cze da­leko, da­leko. Nor­mal­nie Atto lu­bił przy­naj­mniej tę­sk­nie so­bie po­pa­trzeć na gę­sty zie­lony las ko­ja­rzący mu się z chło­dem, ale w tej chwili był zbyt wy­czer­pany, by choć ob­ró­cić się ka­wa­łek i zer­k­nąć za stóg siana.

I tak in­te­re­so­wał go wy­łącz­nie je­den upra­gniony wi­dok, który wy­brał wła­śnie ten mo­ment, by mu się ob­ja­wić. Atto wes­tchnął i pod­niósł się spod wą­tłej za­słony, która stała się jego tym­cza­sową ostoją. Otrze­pał się odro­binę. Wpraw­dzie przy pracy też by się ubru­dził, ale nie aż tak, a mu­siał za­cho­wać przy­naj­mniej po­zory, po­mimo tego, że pół go­dziny prze­rwy w ni­kłym cie­niu nie po­winno być prze­cież prze­wi­nie­niem. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że le­że­nie na nie­mi­ło­sier­nie dźga­ją­cym go przez ubra­nie ścier­ni­sku z pew­no­ścią nie za­słu­gi­wało na miano kom­for­to­wego wy­po­czynku.

Ale Atto był tym, od któ­rego za­wsze wy­ma­gano peł­nego dnia pracy. Za­wsze ocze­ki­wano naj­wię­cej.

Sam dzień prze­cią­gnie się jesz­cze dłu­gie go­dziny, ale ist­niała prze­cież ja­kaś gra­nica. To, że świa­tła sło­necz­nego nie bra­ko­wało przez pra­wie dwa­dzie­ścia go­dzin, nie zna­czyło, że czło­wiek mógł pra­co­wać bez końca. Z dru­giej strony nie­któ­rzy wo­leli wy­je­chać na pole wła­śnie późną porą. Ro­biło się wtedy nie tyle ciem­niej, co ra­czej sza­rzej, ale za to Istra nie grzała aż tak jak jej więk­sza sio­stra i tem­pe­ra­tura sta­wała się zno­śniej­sza.

Za chwilę miało się oka­zać, który brat przy­je­chał go dzi­siaj ode­brać. Kiedy Atto w końcu do­czła­pał do wozu, przy­wi­tała go jego wła­sna twarz. Tak mniej wię­cej. Jak to w ro­dzi­nie dzie­wię­ciu braci, gdzie na­wet naj­młod­szy wy­ra­stał już na po­dob­nego chło­paczka. Róż­nili się tylko drob­nymi szcze­gó­łami i co naj­wy­żej ucze­sa­niem albo tu­szą.

Ta­kie same piwne oczy, lekko za­pad­nięte po­liczki i cha­rak­te­ry­styczny spi­cza­sty nos. Matt był od niego ma­syw­niej­szy, ale przy ta­kiej chu­dzi­nie, jaką był Atto, każdy wy­glą­dał grubo. Poza tym włosy o ta­kim sa­mym od­cie­niu brązu brat za­pusz­czał znacz­nie dłu­żej.

– Wi­dzia­łem, skąd wy­la­złeś – ode­zwał się na przy­wi­ta­nie Matt.

– Ale nie wiesz, ile tam le­ża­łem.

– Prawda. Ostat­nio zro­bi­łeś się ostrożny, co? Ni­czego ci nie można za­rzu­cić.

Atto prze­wró­cił oczami. Tam­ten wpraw­dzie tylko się na­igra­wał, ale kiedy całe twoje ży­cie krę­ciło się wo­kół tego, ile pracy wy­ko­na­łeś na polu czy na far­mie, każde po­je­dyn­cze na­po­mnie­nie ro­biło się nu­żące. Matt był jego ulu­bio­nym bra­tem. Jak od­zy­wała się reszta, to miał ochotę przy­wa­lić w coś pię­ścią. Może na­wet w czy­jąś twarz.

Jakby tego było mało, szkapa cią­gnąca wóz ob­ru­szyła się na jego wi­dok. Par­sk­nęła ura­żona, trzę­sąc przy oka­zji łbem, tak że Atto mu­siał ocie­rać się ze śmier­dzą­cej koń­skiej śliny.

– I ty prze­ciw mnie?! Wła­śnie skoń­czy­łem zbie­rać twoje żar­cie.

– Może wła­śnie w ten spo­sób oka­zała wdzięcz­ność?

– Nie wy­my­ślaj, tylko jedź już – mruk­nął zre­zy­gno­wany.

Matt trza­snął lej­cami i za­słu­żona la­tami ko­byłka po­su­nęła się le­ni­wie na­przód. Atto byłby w sta­nie po­ma­sze­ro­wać szyb­ciej, ale po spę­dze­niu dnia na wła­snych no­gach, prze­jażdżka, nie­ważne jak wolna, ja­wiła się ni­czym wy­ba­wie­nie. Roz­miary ziem na­le­żą­cych do ich ro­dziny oraz ich po­ło­że­nie sku­tecz­nie znie­chę­cały do wszel­kich spa­ce­rów.

Zer­k­nął w lewo i nie­trudno mu było so­bie wy­obra­zić, że ma do­kład­nie ten sam znu­dzony wy­raz twa­rzy co jego brat. Ale ten miał przy­naj­mniej za­ję­cie w po­staci po­wo­że­nia. Wła­śnie przez ta­kie drobne szcze­góły Atto wcale nie czuł się naj­star­szy z ro­dzeń­stwa. Od­ma­wiano mu wszyst­kich cie­ka­wych i od­po­wie­dzial­nych za­jęć. To dla­tego o po­nad dwa lata młod­szy brat przy­jeż­dżał po niego, kiedy już skoń­czył naj­mo­zol­niej­szą ro­botę pod słoń­cami. Ale hej, siano się samo nie zbie­rze. Nie, wy­śle się po niego naj­mniej przy­dat­nego spo­śród sy­nów. Za­kałę ro­dziny.

Atto wes­tchnął i sku­pił się na mi­ga­ją­cych pod spodem szpry­chach koła. Szyb­kim ru­chem wy­su­nął rękę, aż cała dłoń we­szła w je­den z ru­cho­mych otwo­rów, po czym tak samo szybko ją cof­nął, za­nim zo­sta­łaby zmiaż­dżona mię­dzy ko­lejną szpry­chą a belką sta­no­wiącą brzeg wozu.

– Pa­mię­tasz, jak mó­wi­łem ci, że­byś prze­stał, bo so­bie zro­bisz krzywdę? – za­gaił Matt. – Te­raz nie wie­rzę, żeby to było moż­liwe. Ty się ni­gdy nie spóź­nisz.

Cmok­nął przy tym, ale Atto nie po­tra­fił stwier­dzić, czy miał być to wy­raz uzna­nia, czy tylko sy­gnał dla ko­nia. Nie­mniej uśmiech­nął się lekko.

– Po­goń go tam, to bę­dzie trud­niej.

Matt przez chwilę się mu przy­glą­dał, jakby oce­niał, czy po­wi­nien tak na­ra­żać brata. A ra­czej, czy po­wi­nien mu po­ma­gać w jego po­ten­cjal­nie groź­nej za­ba­wie. Po chwili jed­nak znowu trza­snął lej­cami. Ko­byłka po­szła żwa­wiej, cho­ciaż Atto wi­dział, że wciąż da­leko im było do szko­dli­wej dla zdro­wia pręd­ko­ści. Bez trudu wy­su­nął i cof­nął rękę, miesz­cząc się w prze­świ­cie szprych.

– Wiem, że się nu­dzisz, ale szyb­ciej nie po­jadę. Choć­bym nie wiem jak ci ufał, szkoda ry­zy­ko­wać rękę dla głu­piej za­bawy. Nie żeby stara była w sta­nie po­biec co­kol­wiek szyb­ciej.

– Zdą­żył­bym – mruk­nął Atto.

– Tak, tak… szybki je­steś.

– Szkoda tylko, że to nie jest jedna z na­szych wspól­nych gier.

Matt obej­rzał się na brata z ta­kim wy­ra­zem nie­do­wie­rza­nia, że aż zwró­cił tym jego uwagę. Atto tylko wzru­szył ra­mio­nami, nie wie­dząc, o co mu cho­dzi. Tam­ten z ko­lei mu­siał przy­pil­no­wać szkapy, bo zbli­żali się już do głów­nej drogi, ale za­czął się tłu­ma­czyć:

– Datto i Zat­tan to może i idioci, ale poza nimi nikt nie jest na tyle krót­ko­wzroczny, by oce­niać cię po sa­mych wy­ni­kach. Do­brze wie­dzą, że je­steś naj­szyb­szy. Chyba że to­bie cho­dzi tylko o płyt­kie po­czu­cie zwy­cię­stwa. W ta­kim wy­padku… że też ci nie wstyd!

Atto nic nie mógł po­ra­dzić na to, że na jego twa­rzy za­go­ścił uśmiech. Cza­sem miał wra­że­nie, że bę­dąc trze­cim w ko­lejce, Matt jest jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej doj­rzały z ich dzie­wiątki. Zwłasz­cza że tra­fił w punkt. Atto tak bar­dzo chciał po­czuć tę pro­stą sa­tys­fak­cję ze zwy­cię­stwa w głu­piej wio­sko­wej grze. Do­świad­czał tak mało apro­baty, że pra­gnął cho­ciaż tej wy­mu­szo­nej, kiedy bra­cia mu­sie­liby uznać go za naj­lep­szego. Słowa Matta… to było zwy­czaj­nie za mało.

Je­chali już do­bre dwa­dzie­ścia mi­nut, ale wciąż drę­czyło ich go­rąco obu słońc. Atto szarp­nął parę razy roz­cheł­staną ko­szulą, by wy­wo­łać ja­ki­kol­wiek po­wiew po­wie­trza. Po­cie­szał się fak­tem, że nie­długo wjadą mię­dzy drzewa i znajdą upra­gniony cień. Jesz­cze raz zer­k­nął w górę.

Wcze­śniej gwiazdy znaj­do­wały się w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od sie­bie, te­raz wy­raź­nie roz­po­zna­wał po­śród nich Askrę, która zna­la­zła się w koń­cówce swo­jej po­dróży za ho­ry­zont. Za to Istra, na­wet je­śli za­uwa­żal­nie mniej­sza, do­piero tę wę­drówkę roz­po­częła. Ich drogi nie mo­gły się bar­dziej róż­nić, a jed­nak znaj­dy­wały w ciągu dnia mo­ment, żeby się do sie­bie zbli­żyć. Może po pro­stu dawno się im nie przy­glą­dał, ale kiedy sie­dział pod sto­giem siana, wy­da­wały mu się wręcz oso­bli­wie bli­skie so­bie.

– Wy­obra­żasz so­bie, że stary Ter­dan chciał po­wy­ci­nać więk­szość z tych drzew? – prze­rwał ci­szę Matt.

Atto od­ru­chowo par­sk­nął, cho­ciaż nie uśmie­chała mu się wi­zja po­wrotu do domu bez za­cie­nio­nej alejki po dro­dze. Trudno było za­re­ago­wać ina­czej, gdyż po­my­sły sta­rego Ter­dana za każ­dym ra­zem sta­wały się obiek­tem żar­tów mię­dzy braćmi. W Zło­to­poli wiele rze­czy po­zo­sta­wało nie­zmienne, w tym za­równo nowe ini­cja­tywy Ter­dana, jak i rów­nież jego ab­so­lutny brak za­ha­mo­wań w dzie­le­niu się nimi z resztą miesz­kań­ców. Nie­ważne, jak kul­tu­ral­nie od­ma­wiał mu soł­tys.

– Może wła­śnie w tym pro­blem? – za­su­ge­ro­wał, od­po­wia­da­jąc na wła­sne prze­my­śle­nia. – Jakby mu soł­tys prze­mó­wił do roz­sądku, to może by mu się ode­chciało głu­pich po­my­słów?

– Masz na my­śli so­lid­nego kuk­sańca po gło­wie?

– Mam na my­śli so­lid­nego kuk­sańca po gło­wie.

Za­śmiali się jed­no­cze­śnie przede wszyst­kim dla­tego, że obaj wie­dzieli, iż na Ter­dana po­trzeba było cze­goś wię­cej. Co naj­mniej cze­goś tak moc­nego jak cios, który za­ro­bił od Lama lata temu, za­nim Atto jesz­cze cho­dził po tej ziemi. Ale bójka była na tyle pa­miętna, że na­wet młode po­ko­le­nie sły­szało tę hi­sto­rię. Po­noć to wła­śnie od ostat­niego sier­po­wego Lama Ter­da­nowi po­prze­sta­wiało się w gło­wie to, co prze­sta­wiane być nie po­winno, o czym w na­stęp­nych la­tach prze­ko­ny­wali się wszy­scy miesz­kańcy wio­ski. Do­póki jed­nak rzu­cał tylko nie­szko­dliwe pro­po­zy­cje, nie wzbu­dzał w nich ja­kiejś szcze­gól­nej nie­chęci.

A mą­dro­ści wy­pły­wa­jące z ust Ter­dana nie po­wsta­łyby w żad­nym in­nym umy­śle.

Atto aż wes­tchnął na wi­dok roz­po­ście­ra­ją­cej się przed nimi zie­leni. Drzewa, głów­nie białe dęby, stały w spo­rej od­le­gło­ści od sie­bie, ale ich ga­łę­zie roz­cho­dziły się jesz­cze da­lej. Świa­tło sło­neczne do­cie­rało do nich z pra­wie każ­dej moż­li­wej strony. Kiedy wje­chali pod ich roz­ło­ży­ste ko­rony, po­wie­trze zmie­niło się mo­men­tal­nie. Po go­dzi­nach spę­dzo­nych na polu chłód i le­śny za­pach sta­wały się dla Atto ma­łym ra­jem, przez który dane mu było prze­je­chać na ko­niec dnia. Przez chwilę za­po­mi­nał o zmę­cze­niu i nie my­ślał o tym, co czeka go w domu. Jed­no­cze­śnie zda­wał so­bie sprawę, że gdyby miał spę­dzać tu­taj wię­cej czasu, wy­wo­ły­wany przez alejkę efekt stra­ciłby na swo­jej wy­jąt­ko­wo­ści. Dla­tego za­wsze sta­rał się czer­pać z niej tyle przy­jem­no­ści, ile tylko się dało, jed­no­cze­śnie ce­lowo wręcz ogra­ni­cza­jąc so­bie do niej do­stęp.

Ani on, ani Matt nie od­zy­wali się przez całą dłu­gość alejki, chło­nąc pły­nące z niej spo­kój i rześ­kość. Jed­nak ta wspa­niała chwila mu­siała się skoń­czyć. Wkrótce za­miast drzew mi­jali pierw­sze chaty, wszyst­kie przy­kryte taką samą, po­żół­kłą strze­chą. Desz­cze w Ma­jo­nii, choć czę­ste, ni­gdy nie były silne. To samo ty­czyło się ła­god­nych wia­trów, więc każ­demu wy­star­czał naj­prost­szy dach, by nie od­czu­wać ka­pry­sów po­gody. Cho­ciaż aku­rat ich oj­ciec za­in­we­sto­wał w po­rząd­niej­sze po­kry­cie i Atto był wdzięczny, że za swo­jego krót­kiego osiem­na­sto­let­niego ży­cia tylko raz mu­siał po­ma­gać w na­pra­wie da­chów na ko­lejne lata.

– Tak swoją drogą, wy­bie­ram się pod wie­czór z At­ti­nem do wio­ski. Je­dziesz z nami?

Py­ta­nie Matta wy­rwało go z za­my­śle­nia. Wszelką ochotę na wy­prawę ode­brało mu już samo wspo­mnie­nie imie­nia brata dru­giego w ko­lejce. Czy może już jed­nak pierw­szego? Może nie pod wzglę­dem star­szeń­stwa, ale po­zy­cji już z pew­no­ścią tak.

– Nie wy­daje mi się – od­po­wie­dział nie­mrawo Atto.

– Ech, dał­byś już spo­kój – wes­tchnął ciężko Matt. – Zda­jesz so­bie sprawę, że to wy­łącz­nie twój pro­blem?

– To nie zna­czy, że staje się przez to ła­twiej­szy do znie­sie­nia – od­po­wie­dział le­d­wie sły­szal­nie.

– Hmmm… Pew­nie rze­czy­wi­ście nie.

Atto spoj­rzał z za­sko­cze­niem na brata. Nie tylko nie spo­dzie­wał się ta­kiej od­po­wie­dzi, ale dzi­wił się rów­nież i sa­memu so­bie. Zwy­kle nie był taki… otwarty, je­śli można w ogóle tak to okre­ślić. Na­gle, z nie­zna­nego mu po­wodu, po­czuł po­trzebę wy­tłu­ma­cze­nia się. Na­wet nie dla­tego, że chciał się po­dzie­lić swo­imi zmar­twie­niami, ale chyba ni­gdy nie zna­lazł się w ta­kiej sy­tu­acji. Tym jed­nym zda­niem Matt spra­wił, że Atto nie czuł się oce­niany. Może jed­nak ktoś był w sta­nie go zro­zu­mieć?

– To tak, jakby At­tin był wszyst­kim, czym ja być nie mogę. – Prze­ła­mał się w końcu. – I nie po­maga świa­do­mość, że to nie jego wina. Uwierz mi, by­łoby ła­twiej, gdy­bym mógł go nie­na­wi­dzić, ale prze­cież nie za­słu­żył so­bie na to. A ja, nie­ważne, czego bym do­ko­nał i jak się sta­rał, nie je­stem w sta­nie od­ku­pić tego jed­nego aktu sła­bo­ści. Tego, że w prze­ci­wień­stwie do niego ja nie po­do­ła­łem…

W tym mo­men­cie ża­rząca się do tej pory po­trzeba tłu­ma­cze­nia wy­pa­liła się do końca. A może ustą­piła pod na­po­rem wstydu? Tak… lęk przed po­sta­wie­niem się w nie­przy­chyl­nym świe­tle po­przez wy­pa­pla­nie ja­kiejś głu­poty czę­sto za­my­kał mu usta.

– Wiesz, Atto, ja też… – za­czął Matt, ale po chwili urwał i z lek­kim ru­mień­cem do­koń­czył: – …nie­ważne. Je­śli tak o so­bie my­ślisz, to nic na to nie po­ra­dzę, ale to ra­czej kwe­stia punktu wi­dze­nia. Oczy­wi­ście go­rzej, że wszy­scy ten punkt po­dzie­lają. – Zer­k­nął na brata i zo­ba­czył jego przy­bitą minę. – Praw­do­po­dob­nie wszy­scy. Bo prze­cież nie wiemy tego na pewno.

– Ale my­ślisz, że spę­dze­nie z nim czasu na siłę w czymś po­może? – spy­tał Atto bar­dziej na­tar­czy­wie, niż za­mie­rzał.

Uzy­skał za to od­po­wied­nią re­ak­cję, bo Matt już się nie ode­zwał. Wy­glą­dał na­wet na bar­dziej za­mknię­tego w so­bie niż zwy­kle.

Gra­tu­la­cje, Atto! Zra­zi­łeś ostat­nią miłą dla cie­bie osobę.

– Po pro­stu za­wio­dłem i nic tego nie zmieni – po­wie­dział osta­tecz­nie, jakby to miało wszystko wy­ja­śnić. Może poza nie­za­słu­żo­nym ata­kiem na młod­szego brata.

W końcu do­je­chali na miej­sce. Chyba mu­sieli po­ja­wić się jako pierwsi, bo nie wi­dzieli ni­kogo w za­sięgu wzroku. Z do­mo­wego ko­mina uno­sił się lekki dym świad­czący o go­to­wa­niu w kuchni, ale to był je­dyny za­uwa­żalny ślad ży­cia. Ich go­spo­dar­stwo było roz­le­głe, jedno z naj­więk­szych w Zło­to­poli, więc reszta człon­ków ro­dziny wciąż mo­gła się kryć gdzieś po ką­tach. Część pew­nie wła­śnie zja­dła i wy­je­chała pra­co­wać, a po­ranna zmiana zwy­czaj­nie jesz­cze nie wró­ciła.

Atto za­klął ci­cho pod no­sem. Za­wsze ry­zy­kow­nie było po­ja­wić się jako ten pierw­szy. Oj­ciec po­tra­fił po­trak­to­wać to jako oznakę le­ni­stwa. Nie­rzadko po­wo­do­wało to pewną grę w tchó­rza, gdzie bra­cia pró­bo­wali wy­ba­dać się na­wza­jem, kto od­waży się za­je­chać naj­wcze­śniej. Na szczę­ście ist­niała obiek­tywna li­nia, która sta­no­wiła, kiedy wolno po­ja­wić się na za­jeź­dzie bez żad­nych kon­se­kwen­cji. Po­wrót Atto był czę­ściowo uza­leż­niony od zja­wie­nia się Matta z wo­zem, ale nie wy­da­wało mu się, by przy­je­chali za wcze­śnie.

Pola ich ro­dziny roz­cią­gały się na ja­kieś trzy­dzie­ści mórg, w nie­ty­po­wym, po­dłuż­nym kształ­cie. Nie­przy­pad­ko­wym przy­pad­kiem trawy na siano, któ­rymi zaj­mo­wał się Atto, znaj­do­wały się na sza­rym końcu. Już drugi ty­dzień ob­jeż­dżał z rana dwa inne go­spo­dar­stwa i mały la­sek tylko po to, by któ­ryś z braci go tam zo­sta­wił sa­mego na cały dzień. Bo prze­cież nie można było mu za­ufać z wo­zem, a szkoda by było, żeby się mar­no­wał. Za to z ja­kie­goś po­wodu nie było szkoda czasu ta­kiego Matta, który jeź­dził po­tem w te i we wte.

Atto nie­ustan­nie ła­pał się na tym, iż nie po­trafi prze­stać na­rze­kać na swoją dolę, choć zro­bił to już na wszyst­kie moż­liwe spo­soby. Przy­naj­mniej tak jak wcze­śniej za­pach alejki od­pę­dził jego zmar­twie­nie i zmę­cze­nie dłu­giego dnia, tak te­raz do­ko­nał tego aro­mat cze­ka­ją­cego obiadu. Ra­zem z Mat­tem ze­sko­czyli z wozu, tylko młod­szy brat mu­siał jesz­cze naj­pierw opo­rzą­dzić ko­nia. Cza­sami utrata waż­niej­szych obo­wiąz­ków miała swoje ko­rzy­ści.

Żeby jed­nak mieć ab­so­lut­nie wszystko z głowy, skie­ro­wał się w pierw­szej ko­lej­no­ści do kur­nika. Ko­lejny po­wód do żar­tów na jego te­mat, i to nie­ogra­ni­cza­jący się wy­łącz­nie do człon­ków ro­dziny. Pracę przy ku­rach też uwa­żano za naj­bar­dziej po­ni­ża­jące zaję­cie, dla­tego Atto od­po­wia­dał za każdą opie­rzoną be­stię, i to przez całą dobę. Dzi­siaj dzień ku­ku­ry­dzy, więc za­brał po dro­dze od­po­wiedni wór. Jak zwy­kle przy­wi­tał go ciężki, ptasi za­pach, ale za to tym ra­zem chło­pak nie wzbu­dził swoją obec­no­ścią ab­so­lut­nego cha­osu, jaki czę­sto się tu zda­rzał. Atto do tej pory nie po­tra­fił dojść, dla­czego cza­sami kury re­agują, jakby przy­szedł je wszyst­kie po­mor­do­wać, a in­nym ra­zem sie­dzą ci­chu­teńko na swo­ich grzę­dach. W naj­gor­szych przy­pad­kach mu­siał bie­gać za nimi po ca­łym po­dwórku, a sku­bane były na­prawdę szyb­kie.

Ha, sku­bane kur­czaki!

Po­zo­sta­wało tylko ob­myć się na szybko przy studni i mógł iść na za­słu­żony po­si­łek. Przy­naj­mniej jego zda­niem za­słu­żony. Jak bę­dzie miał tro­chę szczę­ścia, to zdąży zjeść, za­nim wróci ktoś jesz­cze. Prze­szedł z izby wej­ścio­wej do kuchni, gdzie jak zwy­kle nie­stru­dze­nie krzą­tała się matka.

– Wi­taj, mamo. Co tam do­brego? – przy­wi­tał się, cho­ciaż te słowa były już dla niego tak okle­pane, że wy­po­wia­dał je od­ru­chowo.

– Krup­nik i placki – od­po­wie­działa ko­bieta, rów­nież le­dwo za­uwa­ża­jąc wy­mianę zdań, jak i sa­mego naj­star­szego syna.

Czyli dzi­siaj bez mięsa. Nie li­cząc tego, co pły­wało w krup­niku. Atto na­uczył się już, że cho­ciaż żadne na­rze­ka­nia nie były w ich domu zbyt mile wi­dziane, to dzie­liły się na ta­kie, które ucho­dziło wy­po­wie­dzieć na głos, ta­kie, któ­rymi nie warto było za­wra­cać so­bie głowy, i ta­kie, które po­tra­fiły ścią­gnąć na głowę praw­dziwe gromy. Uwagi do­ty­czące je­dze­nia na­le­żały wła­śnie do tej ostat­niej ka­te­go­rii. Matka uwa­żała go­to­wa­nie dla ro­dziny za swoje po­wo­ła­nie i brała so­bie do serca każde krzywe słowo.

Oso­bi­ście Atto uwa­żał to za wręcz piękne. Wła­śnie ta­kie prze­ko­na­nie, któ­rego tak bar­dzo mu bra­ko­wało. Matka z ła­two­ścią od­naj­dy­wała cel na­wet w tak pro­stych czyn­no­ściach. Po­świę­cała się im cał­ko­wi­cie, była w nich do­bra i czer­pała z wy­ko­ny­wa­nia ich przy­jem­ność, która wy­da­wała się nie­moż­liwa. Poza nią wszy­scy nie cier­pieli go­to­wa­nia.

W za­sa­dzie matka wy­róż­niała się w ro­dzi­nie pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem, co nie dzi­wiło w oto­cze­niu sa­mych chłop­ców i męż­czyzn. Dzie­wiątka braci była do sie­bie po­dobna, ale wszel­kie – cza­sem tylko ma­lut­kie – róż­nice mię­dzy nimi można było prze­śle­dzić wła­śnie w od­nie­sie­niu do niej. Ja­śniej­sze od po­zo­sta­łych włosy? Od­po­wie­dzią był sło­miany ko­lor wło­sów ich matki. Drob­niej­szy nos lub ła­god­niej­sza szczęka? Wszystko dało się od­na­leźć na jej twa­rzy.

Atto wziął drew­nianą mi­skę oraz łyżkę i na­brał so­bie po­kaźną por­cję, za­nu­rza­jąc na­czy­nie głę­boko w prze­past­nym ga­rze. Wie­dział, że nie bę­dzie mu sma­ko­wało. Tak samo jak wie­dział, że bę­dzie mu­siał się prze­móc, bo na ta­le­rzu nie po­jawi się ma­gicz­nie żadna al­ter­na­tywa. Usiadł przy dłu­gim stole i siorb­nął gło­śno parę razy, uda­jąc, że zupa oka­zała się zbyt go­rąca, ale tak na­prawdę da­jąc w ten spo­sób nie­za­prze­czalny sy­gnał, że zdą­żył skosz­to­wać wy­robu matki.

– Pierw­szy je­steś, to nie mia­łam kogo spy­tać. – Na­tych­miast ode­zwała się z kąta. – Smaczne wy­szło, sy­nek?

– Smaczne, ale przede wszyst­kim sy­cące. – Kłam­stewko gładko prze­szło mu przez usta. Mię­dzy in­nymi dla­tego, że no­siło zna­miona prawdy. Już po paru łyż­kach ode­chciało mu się jeść.

Do izby wła­śnie wszedł Matt i mu­siał go usły­szeć, bo po­słał mu py­ta­jące spoj­rze­nie. Krótki, prze­ci­na­jący po­wie­trze nad bla­tem ruch dło­nią po­zba­wił go wszel­kich złu­dzeń. To na­wet nie była wina matki. Jej krup­nik był znany w ca­łej Zło­to­poli. Po pro­stu ża­den z braci za nim nie prze­pa­dał, nie­ważne, czy­jej był ro­boty.

– Za­raz wrócą jesz­cze Zat­tan i Datto, mamo – oznaj­mił Matt.

Atto opu­ścił łyżkę odro­binę zbyt ener­gicz­nie. Gę­sta, szara papka chlu­snęła na boki. Szybko pod­niósł się po szmatkę, żeby nie zwra­cać na sie­bie więk­szej uwagi, ale nie miało to żad­nego zna­cze­nia.

– Co jest z tobą, Atto? – spy­tała matka.

Mruk­nął tylko coś nie­skład­nie. Nie było mowy, żeby się z tego tłu­ma­czył. Zdą­żył po so­bie wy­czy­ścić i wró­cił na miej­sce w ostat­niej chwili, bo do izby wkro­czyli szó­sty i siódmy albo siódmy i szó­sty w ko­lejce syn, w za­leż­no­ści, któ­rego spy­tać.

– Wi­taj, mamo! – za­krzyk­nęli jed­no­cze­śnie.

Dla­czego naj­wred­niejsi z braci mu­sieli po­ja­wić się od razu w nie­roz­łącz­nej dwójce? Jakby jed­nego ta­kiego było mało. Nie­szczę­ścia do­słow­nie cho­dziły pa­rami.

– Jak tam sia­no­kosy, Atto, wy­sza­la­łeś się? – Zat­tan wy­szcze­rzył zęby.

– A wy się wy­zbie­ra­li­ście?

Skrzy­wił się od wła­snej ri­po­sty, ale nic in­nego nie przy­cho­dziło mu do głowy. Sam fakt, że do­gry­zały mu dwu­na­sto­let­nie mło­kosy, był już wy­star­cza­jąco upo­ka­rza­jący.

– Ha, do­bre! Bo prze­cież ko­pa­li­śmy bu­raki. Na­prawdę do­bre – skwi­to­wał Datto z pra­wie iden­tycz­nym uśmiesz­kiem co jego brat bliź­niak.

– Co tam na obiad, krup­ni­czek? – Zat­tan wy­cią­gnął da­leko szyję, żeby zaj­rzeć do gara. – Atto ostat­nio mó­wił, że już nie może się do­cze­kać i z pew­no­ścią bę­dzie brał do­kładkę.

– Daj, do­leję ci – za­ofe­ro­wała się matka.

Atto sta­rał się za­mor­do­wać brata wzro­kiem, ale nie­ważne, jak bar­dzo tego pra­gnął, jesz­cze nie osią­gnął ta­kich mocy. Po chwili cała czwórka sie­działa przy stole z równo wy­peł­nio­nymi mi­skami, ale za to z nie­równo wy­peł­nio­nymi żo­łąd­kami.

– At­tin mó­wił, że je­dzie­cie póź­niej ra­zem do go­spody – za­gad­nął Matta Datto.

– Tak, ale z tego, co mi wia­domo, to wy da­lej ma­cie za­kaz, zga­dza się?

– Zga­dza się – po­twier­dziła matka.

– Więc mu­sie­li­by­ście zna­leźć ko­goś, kto was bę­dzie pil­no­wał, a wie­cie, że to nie­moż­liwe.

– To­bie to do­brze, nie mu­sia­łeś tyle cze­kać – burk­nął Zat­tan.

Atto uśmiech­nął się lekko pod no­sem. Wresz­cie cho­ciaż odro­bina sa­tys­fak­cji. Matt mógł wy­bie­rać się bez ro­dzi­ców na za­bawy wcze­śniej, bo naj­star­szy brat chęt­nie ofe­ro­wał się na opie­kuna. Da­jąc tym sa­mym ja­sny sy­gnał, że nie opła­cało się za­ła­zić mu za skórę. Co tylko go­rzej świad­czyło o bliź­nia­kach, skoro nie po­tra­fili po­wstrzy­mać się przed wy­głu­pami już cho­ciaż dla wła­snego do­bra.

– Ale na­wet nie cho­dzi o za­bawę ani o pi­cie, mamo – na­rze­kał da­lej Zat­tan. – Po­dobno do wio­ski zje­chali ja­cyś obcy.

– Za­sady to za­sady.

– Ja­kiego ro­dzaju obcy? – za­in­te­re­so­wał się Atto.

– My­śla­łem, że nie chcesz je­chać? – rzu­cił roz­ba­wiony Matt, ale Atto go zi­gno­ro­wał.

– Na­jem­nicy. Spoza Ma­jo­nii.

Ugh, jak na­jem­nicy, to prze­cież, że spoza Ma­jo­nii.

Do­piero po chwili do­tarł do niego pe­łen sens tych słów. Niby nie po­wi­nien ufać bliź­nia­kom, ale ra­czej nie mieli po­wodu zmy­ślać cze­goś ta­kiego. Było to po­nie­kąd nie­sły­chane. Na­wet wcale nie po­nie­kąd. Atto nie pa­mię­tał, kiedy ostat­nim ra­zem w wio­sce po­ja­wili się ja­cyś obcy, a co do­piero zbrojni. Może na­wet praw­dziwa ozgarda? To by do­piero było.

Tacy go­ście byli rzad­ko­ścią nie tylko w Zło­to­poli, ale też i w ca­łej Ma­jo­nii. Kraj, który po­świę­cał się upra­wie ziemi, ho­dowli zwie­rząt i nie szu­kał z ni­kim zwady, nie ścią­gał wielu awan­tur­ni­ków. Cho­ciaż zda­rzali się ucie­ki­nie­rzy, któ­rzy szu­kali schro­nie­nia na zie­miach, gdzie zwy­czaj­nie nie ist­niały kon­flikty. Lu­dzie, któ­rzy za dużo prze­skro­bali do­słow­nie wszę­dzie in­dziej. Tacy, co za­szli zbyt głę­boko w cie­nie.

Atto miał tak bar­dzo dość swo­jego co­dzien­nego ży­cia, że pra­wie każda roz­rywka wy­da­wała mu się obie­cu­jąca. Wcze­śniej na dro­dze stało wy­łącz­nie to­wa­rzy­stwo At­tina. To się co prawda nie zmie­niło, ale chyba był w sta­nie prze­cier­pieć z nim je­den wie­czór. Oka­zja była nie­po­wta­rzalna. Na­wet je­śli roz­rywka ta za­le­żała od grupki po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych ob­cych.3

Kiedy Atto się obu­dził, było już na tyle ja­sno, że nie mógł z po­wro­tem za­snąć. A ni­czego nie pra­gnął bar­dziej. Żeby od­pę­dzić od sie­bie mo­ment, z któ­rego nie bę­dzie już od­wrotu. Po­nie­waż za­sad­ni­czo de­cy­zję już pod­jął, i do tego zro­bił to za­ska­ku­jąco szybko, ale ta za­ki­chana wy­obraź­nia nie da­wała mu spo­koju. Do głowy przy­cho­dziły mu ko­lejne sce­na­riu­sze roz­mowy z oj­cem. Każdy na­stępny oka­zy­wał się co­raz gor­szy i spę­dzał mu sen z po­wiek. Pora była chyba jed­nak spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Naj­wyż­sza. Wię­cej snu zwy­czaj­nie nie wcho­dziło w grę z po­wodu ra­żą­cego przez okno słońca. Co cie­kawe, my­ślał już wy­łącz­nie o dys­kom­for­cie za­ist­nia­łej sy­tu­acji. W tym domu późne wsta­wa­nie i wią­żące się z nim za­nie­dby­wa­nie obo­wiąz­ków za­wsze miało swoje kon­se­kwen­cje i tak wła­śnie od­czy­tana zo­sta­nie jego opie­sza­łość. I tylko on wie­dział, że tym ra­zem to coś wię­cej niż zwy­kłe le­ni­stwo. Co nie zmie­niało faktu, że walka z sa­mym sobą, by pod­nieść się z sien­nika, była za­żarta.

A o po­ranku i tak nie miało to już naj­mniej­szego zna­cze­nia, bo nie­ważne, który sce­na­riusz miał się spraw­dzić, żad­nego nie dało się omi­nąć. A więc bez sensu było się tym za­mę­czać.

W końcu ze­brał się w so­bie, cho­ciaż to­wa­rzy­szący mu lęk cią­żył na tyle, że chyba jesz­cze ni­gdy nie czuł się tak bez­radny. Pro­ste rze­czy, które po­tra­fiły po­pra­wić jego hu­mor z rana, na­gle stra­ciły swoje ma­giczne wła­ści­wo­ści. Pro­mie­nie słońca i cie­pło wio­sen­nego po­ranka tylko wy­sy­sały z niego ener­gię. Za­pach i smak świeżo upie­czo­nego chleba od­cho­dziły w za­po­mnie­nie, kiedy jego my­śli tak bar­dzo sku­piały się na tym, czego się oba­wiał.

Na­stęp­nym kro­kiem by­łoby obej­ście jego sta­łych obo­wiąz­ków, i to wła­śnie ta per­spek­tywa wy­bu­dziła go z le­targu. Je­śli fak­tycz­nie miał roz­po­cząć nową drogę ży­cia, to chciał już te­raz zre­zy­gno­wać ze sta­rej. Ni­gdy by się nie spo­dzie­wał, że jest aż tak próżny i le­niwy, ale rze­czy­wi­ście sama nie­chęć do pracy po­ko­nała strach przed kon­fron­ta­cją z oj­cem. A przy­naj­mniej czę­ściowo.

Więk­szość ro­dziny zdą­żyła się już ro­zejść po po­zo­sta­łych cha­tach skła­da­ją­cych się na go­spo­dar­stwo lub wy­je­chać na jedno z pól. Oj­ciec lu­bił do­glą­dać wszyst­kiego na miej­scu. Po­rząd­ko­wał zwie­zione zbiory. Spraw­dzał stan na­rzę­dzi, czy aby któ­ryś z sy­nów nie ob­cho­dził się z nimi zbyt bez­tro­sko. Zna­le­zie­nie ojca nie sta­no­wiło dla Atto zbyt­niego pro­blemu i nie za­jęło dużo czasu.

Se­gre­go­wał bu­raki ze­brane po­przed­niego dnia przez Zat­tana i Datto. Usły­szał kroki syna, ale nie zwró­cił na niego szcze­gól­nej uwagi.

– Wi­taj, tatko, mam ważną sprawę do omó­wie­nia.

– To by była no­wość.

– Rze­czy­wi­ście wy­da­rzyło się coś nie­spo­dzie­wa­nego…

– Le­piej, żeby tak było, bo ina­czej obi­jasz się bez po­wodu.

Atto miał dość.

– Czy mogę w końcu po­wie­dzieć ci o czymś, co jest dla mnie ważne i dla cie­bie też po­winno? Bez cią­głych po­uczeń o pracy wi­szą­cej mi nad głową?

To nie trwało długo, Atto już zdą­żył się zi­ry­to­wać, a oj­ciec cią­gle tylko prze­bie­rał w bu­ra­kach. Naj­gor­sze, że dla niego to mu­siała być tylko ko­lejna głu­pota przy­tar­gana pod jego obej­ście przez wy­rod­nego syna. Z dru­giej strony, kto by się do­my­ślił, że sprawa jest rze­czy­wi­ście istotna. Sam Atto mu­siał przy­znać, że oj­ciec nie miał żad­nego po­wodu, by po­dej­rze­wać jego wy­jazd z domu. Ży­cie na wsi było pro­ste, nie było w nim ani wzlo­tów, ani upad­ków.

Skoro oj­ciec nie po­zwa­lał mu zła­go­dzić ciosu, po­zo­sta­wało mu je­dy­nie wy­pa­lić wprost.

– Chcę opu­ścić Zło­to­polę!

Tym ra­zem oj­ciec ode­rwał się od pracy. Na jego twa­rzy ma­lo­wało się zdu­mie­nie, co zna­czyło, że wresz­cie po­trak­to­wał słowa syna po­waż­nie. Atto zde­cy­do­wa­nie wo­lał to od gniewu, któ­rego się spo­dzie­wał.

– Ro­zu­miem, że przy­sze­dłeś pro­sić o zgodę?

– Tak – przy­znał bez wa­ha­nia Atto.

Do­piero te­raz do­tarło do niego, że prze­cież mógłby odejść bez słowa. Ist­nie­nie ta­kiej moż­li­wo­ści wcale nie umniej­szało jej nie­moż­li­wo­ści. Atto ni­gdy by się na coś ta­kiego nie zdo­był. Wciąż na­le­żał do tej ro­dziny i po­tra­fił przy­znać przed sa­mym sobą, że rów­nież wiele jej za­wdzię­czał. Na co dzień sku­piał się na tym, co naj­gor­sze, ale wi­zja ucieczki po­ka­zała mu, że było ina­czej.

Nie lu­bił swo­jej pracy, ale jego bra­cia mieli do­kład­nie tak samo, więc nie był pod tym wzglę­dem w ża­den spo­sób dys­kry­mi­no­wany. Nie mu­siał też pra­co­wać od bar­dzo wcze­snych lat. Miał szczę­śliwe dzie­ciń­stwo mię­dzy in­nymi dzięki temu, że go­spo­dar­stwo było duże i do­brze za­rzą­dzane przez całe po­ko­le­nia. Ko­chał swoją matkę, sza­no­wał ojca i lu­bił Matta. To wię­cej, niż mo­gli po­wie­dzieć co po­nie­któ­rzy chłopi.

Mu­siał po­sta­wić sprawę uczci­wie. Tego by od niego ocze­ki­wano, a oj­ciec był ra­cjo­nal­nym czło­wie­kiem.

– W ta­kim ra­zie chodź, przej­dziemy się – za­pro­po­no­wał oj­ciec, za­gar­nia­jąc go ra­mie­niem i wy­pro­wa­dza­jąc spod wiaty. – Na ra­zie to po­winno zo­stać mię­dzy tobą a mną.

– Zga­dzam się.

Wy­szli ra­zem za ogro­dze­nie i szybko ze­szli z głów­nej drogi na ścieżkę pro­wa­dzącą do po­bli­skiego la­sku. Atto nie wie­dział, jak długą roz­mowę pla­no­wał oj­ciec, ale po­do­bało mu się to po­dej­ście. Naj­wy­raź­niej na­prawdę za­le­żało mu na pry­wat­no­ści, bo ode­zwał się do­piero wtedy, kiedy z wi­doku znik­nęły ostat­nie da­chy.

– Wiem, że nie je­steś tu szczę­śliwy, ale za tym musi stać coś wię­cej. Nie mo­głeś ot tak pod­jąć tak zna­czą­cej de­cy­zji.

– Wczo­raj w go­spo­dzie za­pro­po­no­wano mi do­łą­cze­nie do ozgardy.

– To­bie?

– Też je­stem zdzi­wiony, ale ten czło­wiek naj­wy­raź­niej uważa, że to do­bry po­mysł. A ja po pro­stu je­stem skłonny pod­jąć ry­zyko.

– W ta­kim ra­zie musi być go­rzej, niż są­dzi­łem. – Oj­ciec się za­sę­pił. – Nie przy­pusz­cza­łem, że żyje ci się tu­taj aż tak źle. To na­prawdę wszystko przez two­jego dziadka?

Atto za­czerp­nął głę­boko po­wie­trza, szy­ku­jąc się do naj­trud­niej­szych słów, ja­kie miało przyjść mu po­wie­dzieć. Spo­dzie­wał się, że zo­sta­nie po­ru­szony ten te­mat.

– Nie wszystko. Ja wiem, że za­wio­dłem i że każda po­je­dyn­cza rzecz, jaka mnie po tym spo­tkała, była w pew­nym stop­niu za­słu­żona. Ale nie­ważne, jak bar­dzo sta­rał­bym się je uspra­wie­dli­wiać, wszyst­kie ra­zem do­pro­wa­dzały mnie na skraj roz­pa­czy. A im da­lej w las, tym było go­rzej, bo z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem zda­wa­łem so­bie sprawę, że to nie ma końca. Jak długo można pa­trzeć w przy­szłość i wi­dzieć wy­łącz­nie to samo, bez na­dziei na po­prawę ani ja­ką­kol­wiek na­grodę za wy­cier­piane lata, nim coś w czło­wieku pęk­nie?

Głos uwiązł mu w gar­dle, ale nie tylko z przy­pływu emo­cji. Po­zwo­lił uczu­ciom prze­jąć stery nad ję­zy­kiem. Mu­siał sam po­wstrzy­mać po­tok słów, bo zdał so­bie sprawę, że za­szedł za da­leko. Za­czął prze­sa­dzać, i to bar­dzo, a przez to czuł się jesz­cze go­rzej. Usły­szał w so­bie płacz­li­wego ma­zgaja, na­rze­ka­ją­cego na trudne ży­cie. Nie­zda­ją­cego so­bie sprawy, czym jest praw­dziwy trud.

Ma­jo­nia była oazą spo­koju. Lu­dzie tu upra­wiali zie­mię i wie­dli pro­ste ży­cie, ale nikt z ze­wnątrz ich nie za­cze­piał. Izo­lo­wali się tak bar­dzo, że zza gra­nicy do­cie­rały do nich wy­łącz­nie plotki, i to z du­żym opóź­nie­niem. Zda­wano so­bie sprawę, że na po­łu­dniu to­czono wojny. Że na pół­nocy utrud­niał ży­cie mróz i ska­li­sta zie­mia. Na wscho­dzie pa­no­wało bez­pra­wie, a na za­cho­dzie z ko­lei prawo za­ci­skało się wo­kół gar­deł miesz­kań­ców ni­czym stry­czek.

A on śmiał jesz­cze na­rze­kać. Ja­kimś cu­dem udało mu się ob­ró­cić nie­chęć, jaką ży­wił do swo­jej ro­dziny, w nie­na­wiść do sa­mego sie­bie. Jed­no­cze­śnie nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że wszystko to spro­wa­dzało się do tego miej­sca. Zo­sta­wie­nie Zło­to­poli wy­da­wało się je­dy­nym sen­sow­nym roz­wią­za­niem.

– Ro­zu­miem – skwi­to­wał krótko oj­ciec. – Ale dla­czego ty i ten nie­znany mi czło­wiek są­dzi­cie, że to dla cie­bie od­po­wied­nie miej­sce? Ozgardy trud­nią się walką za sre­bro. To bez­kom­pro­mi­sowi lu­dzie, któ­rzy nie mają żad­nych za­ha­mo­wań przed przej­mo­wa­niem cieni. Sam przy­znasz, że to zu­peł­nie do cie­bie nie pa­suje.

– Do­brze wiesz, że to nie to samo – wark­nął Atto, ro­ze­źlony przy­rów­na­niem po­zy­ski­wa­nia cieni przez na­jem­ni­ków do jego oso­bi­stej po­rażki sprzed sze­ściu lat. – Poza tym już nie cho­dzi o to, czy się do tego na­daję, czy nie. Dla mnie każda oferta bę­dzie wy­glą­dała bar­dziej obie­cu­jąco od tego, co mam te­raz.

Oj­ciec spoj­rzał na niego uważ­niej, a jego twarz stę­żała. Wy­raź­nie roz­wa­żał jego słowa. Atto chciałby wie­rzyć, że za­sta­na­wia się nad przy­szło­ścią swo­jego syna, ale bar­dziej praw­do­po­dobne było, że de­cy­duje, czy po­czuć się ura­żo­nym tak su­rową oceną. Ko­niec koń­ców Atto wy­ra­ził prze­cież w ten spo­sób nie­na­wiść do jego uko­cha­nego go­spo­dar­stwa. Nie­ważne, że stawką było coś waż­niej­szego od ziemi i paru cha­łup.

– Zgoda – ode­zwał się bez ostrze­że­nia oj­ciec.

– Nie spró­bu­jesz mnie prze­ko­nać? Nie za­pro­po­nu­jesz ja­kiejś zmiany, żeby mnie za­trzy­mać?

– Nie.

To jedno słowo ude­rzyło go moc­niej, niżby się spo­dzie­wał. Wy­glą­dało na to, że obaj mieli zu­peł­nie od­mienne opi­nie na te­mat tego, jak Atto był trak­to­wany. Obaj czę­ściowo się my­lili. I dla­tego te­raz Atto ocze­ki­wał ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji. Skoro oj­ciec przy­znał, że po­peł­nił błąd, że nie tak to po­winno wy­glą­dać, to zgoda su­ge­ro­wała, że zwy­czaj­nie mu nie za­leży. Na pier­wo­rod­nym synu.

Coś na twa­rzy Atto mu­siało zdra­dzić jego my­śli – o co nie było trudno, bo czuł się zde­cy­do­wa­nie zdra­dzony – bo oj­ciec za­czął się tłu­ma­czyć:

– Nic nie zmieni tego, że nie do­peł­ni­łeś swo­jego obo­wiązku. Mo­żesz uwa­żać, że ta tra­dy­cja nie ma sensu, że kara jest nie­współ­mierna do winy. Ale ta zmaza po­zo­sta­nie na to­bie na za­wsze. Odej­ście z tego miej­sca ma sens. Ty tego chcesz. Ja wciąż pra­gnę dla cie­bie szczę­ścia, ale nie mogę ci go tu­taj za­gwa­ran­to­wać. Oba­wiam się też, że nie znaj­dziesz go tu, ze mną czy beze mnie, na twej dro­dze.

To brzmiało za­dzi­wia­jąco sen­sow­nie, ale tylko wów­czas, gdy zi­gno­ro­wać fakt, że on miał prze­cież wolną wolę. Co wię­cej, miał ab­so­lutną wła­dzę w tej ro­dzi­nie. Gdyby chciał, mógł zmie­nić wszystko. Co to mó­wiło o Kwa­nie? Że nie po­tra­fił zre­zy­gno­wać z tra­dy­cji dla do­bra swo­jego syna? Kre­ował się na wiel­ko­dusz­nego ojca, po­zwa­la­ją­cego sy­nowi na speł­nie­nie jego ma­rzeń, jed­no­cze­śnie uchy­la­jąc się od od­po­wie­dzial­no­ści za to, co mu uczy­nił. Prze­cież to on, po­dą­ża­jąc ślepo za tra­dy­cją, do­pro­wa­dził go do tego stanu.

Atto tylko po­krę­cił głową, zre­zy­gno­wany. To była nie­za­prze­czalna prawda, ale i tak nie warto było o nią wal­czyć. Stra­cił wszel­kie za­par­cie do tej walki, cho­ciaż chyba tak na­prawdę ni­gdy go w nim nie było. Może wła­śnie dla­tego nie po­tra­fił się wtedy zdo­być na prze­ję­cie daru po dziadku.

– Nie warto było, co, tatko? – Atto po­ło­żył rękę na ra­mie­niu ojca. – Tak samo jak nie warto tego prze­dłu­żać. Dość po­wie­dzieć, że nie­ważne, w jak głę­bo­kiej du­pie się znajdę, moja noga wię­cej tu nie po­sta­nie. Tak więc że­gnaj.

– Ekhm, do zoba…

Atto za­brał rękę i się od­wró­cił, nie po­zwa­la­jąc ojcu do­koń­czyć zda­nia. Że też jesz­cze pró­bo­wał su­ge­ro­wać… Nie­ważne. Już się nie zo­ba­czą, bo Atto na­prawdę nie za­mie­rzał wra­cać. Dla niego to było wyj­ście na wol­ność. Czuł się tak pew­nie ze swoją de­cy­zją, że na­wet nie oba­wiał się po­że­gna­nia z matką. Po­wie jej wprost, co uważa. Wy­słu­cha, co ona ma do po­wie­dze­nia. A po­tem za­bie­rze to nie­wiele, co po­sia­dał – głów­nie ubra­nia – i pój­dzie na pie­chotę do wio­ski. Od tej pory bę­dzie mu­siał być cał­ko­wi­cie nie­za­leżny.

Matkę za­stał dla od­miany poza kuch­nią, ale nie było w tym nic dziw­nego, jako że zwy­kle nie krę­ciła się o tej po­rze po domu. Nie­stety sie­działa ra­zem z Nattu, naj­młod­szym z braci. Ośmio­la­tek do­sta­wał tylko spo­ra­dyczne i pro­ste za­da­nia do wy­ko­na­nia i więk­szość czasu spę­dzał z matką, która uczyła go czy­tać, tak jak ro­biła to wcze­śniej z nimi wszyst­kimi.

Atto wo­lałby, aby ta roz­mowa prze­bie­gła sam na sam, ale w tym mo­men­cie nie­wiele już go ob­cho­dziło, a poza tym nie czuł się spe­cjal­nie zżyty z Nattu, głów­nie przez róż­nicę wieku. Z ośmiorga złego chyba na­wet naj­le­piej, że to aku­rat on się tu­taj tra­fił.

– Je­stem już po roz­mo­wie z tat­kiem. – Atto za­czął od tego, żeby nadać ca­łej spra­wie wra­że­nie nie­uchron­no­ści. – Nada­rzyła mi się spo­sob­ność, żeby stąd wy­je­chać. – My­ślał, że przyj­dzie mu to z ła­two­ścią, ale nie prze­wi­dział efektu, jaki wy­wrze na nim re­ak­cja matki, która oczy­wi­ście od razu wy­czuła kło­poty. – Ja chcę stąd wy­je­chać, mamo… i zro­bię to. Nie chcę tu spę­dzić ani chwili dłu­żej. Mogę po­wie­dzieć tylko tyle, że to nie twoja wina.

Matka wes­tchnęła ciężko, ale chwilę póź­niej była już cał­kiem spo­kojna, cho­ciaż wy­glą­dała, jakby mu­siała zdu­sić coś głę­boko w środku, by osią­gnąć ten spo­kój.

– Jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam cię tak zde­cy­do­wa­nego. Skoro tylko mnie in­for­mu­jesz, to chyba nic, co­kol­wiek bym po­wie­działa, już tego nie zmieni.

Atto kiw­nął smutno głową. Na ile matka na­ło­żyła tylko ma­skę skry­wa­jącą uczu­cia, a na ile rze­czy­wi­ście po­go­dziła się z wie­ściami? Tak czy ina­czej, był jej za to wdzięczny. Czy ro­biła to dla sie­bie, czy dla niego, uła­twiała mu w ten spo­sób tę ciężką chwilę. Co z ko­lei na­su­nęło mu myśl, że to nie może być przy­pa­dek. Nie­ważne, ile ją to kosz­to­wało, ro­biła to spe­cjal­nie. Po­znała, że naj­bar­dziej za­leży mu na szyb­kim i ła­twym odej­ściu, za­nim znowu wkradną się do jego serca wąt­pli­wo­ści.

To chyba nie po­winno tak wy­glą­dać, a jed­nak wszystko, czym był w tej ro­dzi­nie, spro­wa­dzało się wła­śnie do tego.

– Po­wo­dze­nia – po­wie­działa, cho­ciaż głos już za­czął ją za­wo­dzić. – Mam na­dzieję, że od­naj­dziesz to, czego pra­gniesz.

Ob­jął ją krótko i cie­szył się, że od­wza­jem­niła uścisk, ale dla do­bra ich obojga nie prze­cią­gał chwili. Wy­cho­dząc, zo­ba­czył jesz­cze sze­roko otwarte oczy Nattu i wbrew wszyst­kiemu uśmiech­nął się do sie­bie. Te­raz, kiedy jego los wy­da­wał się już cał­kiem prze­są­dzony, czuł się do­kład­nie tak samo zdu­miony tym, że rze­czy­wi­ście do tego do­szło.

Z tą tylko róż­nicą, że jemu dane było czer­pać z tego przy­jem­ność.4

Atto nie wie­dział, gdzie szu­kać Stal­skiego, ale po­sta­no­wił za­cząć zwy­czaj­nie – od go­spody. Miał szczę­ście. Co prawda za­stał go przed bu­dyn­kiem, a nie w środku, ale za­sad­ni­czo to na­wet le­piej. Na ze­wnątrz wy­sta­wiono mały okrą­gły sto­lik i kilka krze­seł, a dwa z nich były już za­jęte. Jedno przez sa­mego Stal­skiego, któ­rego wąs w świe­tle dnia zda­wał się jesz­cze bar­dziej ma­je­sta­tyczny, a dru­gie przez męż­czy­znę, któ­rego Atto nie miał oka­zji po­znać po­przed­niej nocy.

Był na­wet tro­chę po­dobny do niego sa­mego, nie li­cząc syl­wetki. Spod cien­kiej lnia­nej ko­szuli wy­sta­wały mię­śnie, któ­rych Atto mógł mu tylko po­zaz­dro­ścić. Poza tym miał tak samo ciemne włosy, piwne oczy i śniadą skórę, która sta­now­czo wy­róż­niała się tuż obok bla­dego Stal­skiego. Ob­razu do­peł­niała długa czarna bródka i bli­zna prze­cho­dząca przez usta. Atto nie był pe­wien, czy gry­mas, któ­rym zo­stał po­wi­tany, był efek­tem bli­zny, czy nie­za­do­wo­le­nia.

– Świeży na­ry­bek? – spy­tał za­chryp­nię­tym gło­sem męż­czy­zna, jakby do­piero co pró­bo­wał prze­łknąć por­cję żwiru.

– Spo­dzie­wa­li­ście się mnie? – od­po­wie­dział py­ta­niem Atto.

– Szef coś wspo­mi­nał. – Nie­zna­jomy wska­zał na niego trzy­maną w ręku drew­nianą łyżką. – Ale po­zna­łem po przy­tar­ga­nej tor­bie.

– Kilka rze­czy oso­bi­stych.

Atto jesz­cze ni­gdy nie spo­tkał tak od­py­cha­ją­cego czło­wieka. Całą swą osobą. I to z tak pro­stych przy­czyn jak to, w jaki spo­sób sie­dział, jadł, a przede wszyst­kim na cie­bie pa­trzył. Pierw­sze wra­że­nie było zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jemne. Dru­gie i trze­cie w su­mie też. A tam­ten tylko po­wró­cił z peł­nym spo­ko­jem do po­chła­nia­nia wy­ło­żo­nej przed nimi ja­jecz­nicy.

– Wi­dzę, że przy­sze­dłem nie w porę – rzu­cił nieco wy­mu­szo­nym żar­tem Atto.

– Non­sens! – Po raz pierw­szy ode­zwał się Stal­sky. – Ra­czej przy­siądź się, je­śli też masz ochotę. A ty, Tham­per… za­prze­stań.

– Prze­cież nic nie zro­bi­łem! – Wy­wo­łany Tham­per uniósł ręce ku niebu.

Stal­sky za­krę­cił ja­koś tak ogól­nie ręką w po­wie­trzu.

– Roz­ta­czasz tę swoją… aurę.

– A uświad­czył szef kie­dyś, że­bym jej nie roz­ta­czał?

– Może i ra­cja. Ale po­pra­cuj nad tym. Praw­dziwy męż­czy­zna ni­gdy nie koń­czy pra­co­wać nad sobą. – Stal­sky spoj­rzał na Atto, jakby wi­dział go po raz pierw­szy w ży­ciu. – Sia­daj, chłop­cze, sia­daj. Wno­szę, że przy­sta­łeś na moją pro­po­zy­cję.

– Tak. I wo­lał­bym, żeby była ak­tu­alna, bo nie mam już od­wrotu.

Wziął jedną z ły­żek, ale za­stygł w miej­scu, wi­dząc spoj­rze­nia obu na­jem­ni­ków. Jed­nak za­mi­ło­wa­nie do ja­jecz­nicy wzięło górę. Prawdę mó­wiąc, był prze­ra­żony. Sy­tu­acją, w któ­rej się zna­lazł, w pierw­szej ko­lej­no­ści, a w dru­giej – osobą Tham­pera. Ale po­rządna ja­jecz­nica po­tra­fiła prze­ła­mać w nim na­wet taki strach.

– Spa­li­łeś za sobą most? – spy­tał z po­ważną miną Stal­sky.

– Można po­wie­dzieć, że wy­rze­kłem się ro­dziny. Ale niech się pan nie przej­muje, to nie pana wina. W mo­ich oczach oni wy­rze­kli się mnie już dawno temu.

– O to się nie bój! Ja nie mam so­bie nic do za­rzu­ce­nia. Jesz­cze nic, po­zwolę so­bie za­zna­czyć. Ale po­wiem ci, że roz­ja­śni­łeś mi sy­tu­ację. Lu­dzie z ro­dzi­nami zwy­kle nie wy­bie­rają się w świat szu­kać przy­gód. Mają swoją ko­twicę, trzy­ma­jącą ich w miej­scu, czy to na do­bre, czy na złe. Skoro jed­nak prze­są­dzone… – Stal­sky ode­rwał zę­bami grubą pajdę chleba, przez co koń­cówka zda­nia stała się le­dwo zro­zu­miała – Osa obiła sze­gląd po osce. – W końcu prze­łknął znaczną część masy wy­peł­nia­ją­cej mu usta. – Więc jak się po­jawi, to szybko od­szuka, co i gdzie trzeba ci ku­pić.

– Tylko że ja nie mam żad­nych pie­nię­dzy – za­uwa­żył Atto, bar­dziej za­sta­na­wia­jąc się, o kim była mowa, bo ja­koś wąt­pił w ist­nie­nie tre­no­wa­nej osy.

– Na mój koszt. Do­słow­nie. Je­steś moją in­we­sty­cją. Naj­pierw mu­szę wło­żyć tro­chę pie­nią­dza, żeby po cza­sie zy­skać so­lid­nego żoł­nie­rza. Wy­bacz – Stal­sky uniósł dłoń, jakby za­trzy­mu­jąc sa­mego sie­bie – stare ar­mijne na­wyki. Żołdu to ty nie do­sta­niesz, tylko równy po­dział łupu bądź na­grody.

– A skoro mowa o in­we­sty­cjach – wtrą­cił się Tham­per, który dry­lo­wał Atto wzro­kiem, jak chyba jesz­cze nikt. Tak, że Atto nie utrzy­mał z nim kon­taktu wzro­ko­wego na­wet se­kundę. – Na czym do­kład­nie ma po­le­gać ta tu­taj? Ja­kaś chu­dziutka jak na moje oko.

Atto mu­siał przy­znać, że cie­ka­wiło go to chyba bar­dziej niż sa­mego py­ta­ją­cego. Tham­per wy­ra­ził swoje wąt­pli­wo­ści, ale nie wy­glą­dał, jakby miał coś prze­ciwko. Stal­sky przej­mo­wał się jesz­cze mniej, po­pi­ja­jąc non­sza­lancko ale.

– Jak już wspo­mi­na­łem wcze­śniej w na­szej roz­mo­wie z Atto, szko­le­nie może ode­brać każdy, ale nie każdy ma od­po­wied­nie pre­dys­po­zy­cje. Śmiem twier­dzić, że on wła­śnie ta­kie ma. Przy­naj­mniej po­trzebną szyb­kość, a w opi­nii wielu jest to wręcz naj­waż­niej­sza ce­cha. Zna­łem ta­kiego jed­nego hra­biego…

Stal­sky prze­rwał swój wy­wód, wi­dząc, że Tham­per po­ta­kuje głową. Mu­siał być jed­no­cze­śnie nad czymś za­my­ślony, bo wpa­try­wał się pu­stym wzro­kiem w prze­strzeń przed sobą. Do­piero po chwili ci­szy zo­rien­to­wał się, że zwró­cił na sie­bie uwagę.

– Zga­dzasz się z moją oceną? – spy­tał szcze­rze za­sko­czony Stal­sky.

– Nieee… po pro­stu sły­sza­łem o tym hra­bim. – Tham­per za­re­cho­tał, co ku zdu­mie­niu Atto oka­zało się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­ją­cym dźwię­kiem niż jego re­gu­larny głos. – Ale reszta ma za­sad­ni­czo sens. Nie uwie­rzę, do­póki sam nie zo­ba­czę, ale je­śli młody jest tak zja­wi­skowy, jak go ma­lu­jesz… Można sku­pić się na jego moc­nych stro­nach i zo­ba­czymy, co z tego wyj­dzie.

– Po­zo­staje jesz­cze kwe­stia przy­zy­wa­nia cieni – kon­ty­nu­ował Stal­sky. – Że­by­śmy mieli ja­sność. W mo­jej ozgar­dzie nikt nie jest zmu­szany do po­słu­gi­wa­nia się razza, a tym bar­dziej od­bie­ra­nia ich in­nym. Jak usta­li­li­śmy wcze­śniej, ty ta­ko­wych nie po­sia­dasz, Atto. Po­wiedz jed­nak tylko jedno słowo, a się tym zaj­miemy.

– Tak mi się wy­daje – bąk­nął w od­po­wie­dzi chło­pak.

Za­sad­ni­czo to za­wsze chciał mieć na swo­ich usłu­gach praw­dzi­wego cie­nia. Tylko jego pierw­szy kon­takt z tą ma­gią nie był zbyt przy­jemny. Lekko mó­wiąc. Jak mógł się nie wa­hać? W wy­obraźni znów po­chy­lał się nad parą oczu, znowu miał w rę­kach dwa dłuta. Sama ta myśl za­siała w nim ta­kie wąt­pli­wo­ści, że na­tych­miast miał ochotę po­wie­dzieć „nie”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij