-
nowość
-
promocja
Więzy przeznaczenia - ebook
Więzy przeznaczenia - ebook
Jego cień jest Twoim światłem, a Twoje światło jest jego cieniem.
Po przejściu próby Alanya czuje się zdradzona i oszukana. Wraca do Solvendoru, lecz zamiast domu znajduje ruiny i bezwzględną ciszę. Ma w sobie moc, której nie potrafi kontrolować. Znaki czterech królestw wypalone na jej plecach są dopiero początkiem.
Kiedy okazuje się, że Wiktoria zniknęła, Alanya zostaje sama – bez domu, bez przyjaciół i bez odpowiedzi.
Rozdarta między Światłem a Cieniem coraz bardziej zatraca się w niebezpiecznej więzi z królem, którego powinna nienawidzić.
Ale przeznaczenia nie da się zatrzymać. Zwłaszcza tego zapisanego krwią, magią i pragnieniem.
Pełna napięcia kontynuacja romansu fantasy o mocy, przeznaczeniu i uczuciu, które może ocalić świat albo doprowadzić do jego upadku…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-978421-3-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Był czas, gdy świat był Jednią. Magia płynęła w korzeniach drzew i w krwi zwierząt, w tchnieniu wiatru i w ciszy skał. Nie miała imienia, bo imię nadaje panowanie, a nikt nie mógł nad nią panować.
Mimo tego serca władców były pełne lęku. Patrzyli na moc, która nie należała do nikogo, i szeptali: „Jeśli nie jest nasza, obróci się przeciwko nam”.
Z czterech stron świata ruszyły armie. Narthor, Virelda, Solvendor i Drakhaim, które połączyły miecze przeciw tym, którzy strzegli serca magii – kapłankom Jedni. Świątynia, wzniesiona w samym sercu Elarii, rozbłysła w nocy krwią i ogniem, a kapłanki powstały do walki. Powietrze zamieniało się w ostrza, woda w łańcuchy, ziemia w tarcze, a ogień w żar, który spalał wrogów. Ale władcy się nie cofnęli. Jedna po drugiej umierały kapłanki Jedni, a ich znaki nikły na skórze jak zacierane ręką symbole. Powietrze było ciężkie od magii rozdzieranej na strzępy, krzyków moich sióstr i świstu mieczy, które nie znały litości.
Czułam, jak Jednia – wieczna, bezimienna, nieskończona – szarpie się we mnie niczym ptak w sidłach. Na moich plecach płonęło piętno, które niosłam od narodzin. Skrzydła i ostrza splecione w jedno. Symbol ochrony i ofiary. Czułam, jak znak żarzy się ogniem, jakby chciał oderwać się od mojej skóry i wzlecieć do nieba. Ale ziemia, spętana ludzkim lękiem, nie pozwalała.
Przyszli. Głodni. Ich dłonie wyciągały się po coś, czego nigdy nie mogli posiąść. Mówili o panowaniu, potędze, władzy, która im się należy. A jednak widziałam w ich oczach tylko strach.
Strach przed Jednią.
Bariery runęły, a miecze dosięgnęły mojego ciała. Poczułam, jak znak rozdziera się na mnie, skrzydła łamią się pod oporem ostrzy, a światło, które miało chronić, staje się rzeką bólu. Krzyk wyrwał się z mojego gardła, ale nie należał do mnie. To była Jednia.
Znak pękł. Popłynęły cztery strumienie: Powietrze, Ogień, Ziemia i Woda. Władcy chwycili je, rozdarli, a następnie zamknęli w złotych bramach swoich królestw. Ale z pęknięcia znaku wyciekło coś jeszcze. Coś, czego nikt nie chciał, a co było nieuniknione.
Piąty Strumień.
Nie światło i nie cień. Chaos. Oddech bestii. Thalyss.
Ziemia się zatrzęsła, a powietrze wypełnił smród gnijącego świata, którego dotąd nie było. Czułam, jak odbicie tej mocy wyje w moich żyłach, jak czai się w oczach moich oprawców. Upadałam, ale był jeszcze on, ten, który wciąż próbował walczyć – ostatni strażnik Jedni. Nie znał zmęczenia, choć jego ciało było jedną wielką raną. Krew spływała po jego twarzy, a jednak jego ostrze błyskało w mroku, jakby walczył nie dla siebie, ale dla świata, który właśnie gasł. Był jak cień Jedni. Kiedy upadł obok mnie po przegranej bitwie, nasze spojrzenia się spotkały.
– On musi trwać – wyszeptał.
Ostatkiem sił uniosłam dłoń zanurzoną we własnej krwi i dotknęłam jego czoła. W tej jednej chwili sama Jednia wylała się przeze mnie, a mój głos stał się jej:
– Rozdarte skrzydła nie odnajdą nieba,
ostrze, które zadało ranę, stanie się jej strażnikiem.
Śmierć splącze się z życiem, a czas straci imię.
Z serc królestw powstanie ta, która uniesie brzemię rozdarcia.
Matka odda krew, ojciec odda czas,
A córka stanie się bramą.
Ty zaś, Wybrany, nie umrzesz,
aż przeznaczenie się wypełni.
Światło rozdarło mrok, wypełniając ciało strażnika. Wrzasnął, a jego głos rozdarł niebo jak uderzenie gromu. Poczułam, jak odpływa ze mnie życie, a w niego wlewa się to, co miało być przekleństwem i darem zarazem. Nieśmiertelność, brzemię, przeznaczenie, którego nie mógł odrzucić.
Tonęłam w ciemności, wiedząc, że to dopiero początek. Że moja krew związała przyszłość, a moja śmierć otworzyła bramę. Miałam również świadomość, że zanim uleci ze mnie ostatnia kropla życia, muszę dokończyć słowa przepowiedni…ROZDZIAŁ I
Raven
Stałem przy oknie, czując, jak cisza pałacu przygniata mnie bardziej niż ciężar zbroi, a oddech więźnie mi w płucach.
Dzień próby.
Nie mogłem pozwolić sobie na wahanie. Nie dziś. Dłonie jednak mi drżały, a uścisk w piersi stawał się nie do zniesienia. Musiałem się uspokoić. Jeśli spojrzę jej w oczy przed tym, co nadchodzi… Nie. Nie mogłem. Bo jeśli ona upadnie, świat upadnie razem z nią.
Kiedy zszedłem na dziedziniec, Morthir już czekał. Moja bestia uniosła łeb, a jej czerwone oczy zaiskrzyły jak rozżarzone węgle. Cień wilka, mięśnie z kamienia i futro ciemniejsze od nocy. Był jedynym stworzeniem, które naprawdę mnie rozumiało, bo sam też był więźniem przeznaczenia.
Wskoczyłem na jego grzbiet i poczułem pod sobą znajome drżenie mięśni. Na placu czekał już Rhael. Jego zbroja odbijała blade światło poranka, a zimne oczy nie zdradzały nic poza bezwzględnym posłuszeństwem.
– Panie. – Skłonił głowę. – Wszystko gotowe.
– Najmocniejszych – rozkazałem krótko. – Niech czekają na polanie ćwiczebnej.
– Rozkaz.
Widziałem, że nie zapyta: dlaczego, po co, jaki jest plan. Zawsze wiedział, kiedy powinien milczeć, i może dlatego ufałem mu bardziej niż innym.
Morthir niósł mnie przez las, a powietrze wokół nas gęstniało z każdym krokiem. Czułem zapach ziemi, żywicy i potu wojowników czekających na nas na polanie. Musiałem ich zmiażdżyć, zmęczyć swoje ciało do granic, aby nie pozostało już miejsca na myśli o niej. Bo jeśli pozwolę sobie choć na moment słabości, jeśli spojrzę w jej oczy przed próbą… Nie będę miał siły jej tam posłać. A musiałem, nawet jeśli każda część mnie krzyczała, by tego nie robić.
Na polanie stali już rycerze, byli ustawieni w półokrąg. Ich zbroje błyszczały, a miecze i tarcze mieli w gotowości do walki. Najlepsi. Najbardziej zawzięci. Dobry wybór.
Zeskoczyłem z Morthira i poczułem, jak ziemia zadrżała pod moimi stopami.
– Nie oszczędzajcie mnie – rozkazałem, wyciągając miecz.
Potrzebowałem bólu. Potrzebowałem krwi. Potrzebowałem czuć wszystko, co fizyczne, aby uciszyć myśli.
Przez kilka sekund nikt się nie ruszał. Potem pierwszy rycerz wysunął się z szeregu, wznosząc tarczę. Drugi tuż za nim. Trzeci. I nagle półokrąg zamknął się w pełny krąg wokół mnie. Świat skurczył się do oddechów, kroków i szczęku mieczy. Pierwszy cios przeciął powietrze z sykiem. Odparłem go, skręcając biodra, i ruszyłem naprzód. Stal uderzyła o stal, wokół posypały się iskry. Cios, unik, blok. Cios, kolejny i jeszcze jeden. Chciałem, żeby bolało. Chciałem, żeby moje dłonie drżały od uderzeń, mięśnie paliły od wysiłku. Chciałem, żeby każdy z nich wbił we mnie ostrze, aby poczuć wreszcie ból, który wszystko zagłuszy.
Dwóch rycerzy podeszło równocześnie. Cios od prawej, tarcza z lewej. Wpadłem między nich, obracając się w miejscu. Klingą przeciąłem powietrze, aż jeden z nich wypuścił broń. Drugi poczuł mój bark w mostku i poleciał do tyłu.
Został tylko ruch. Żadnych myśli, żadnych emocji, tylko ciało, stal i szum krwi w skroniach.
Rycerze wracali pojedynczo i grupami, testując mnie, naciskając. Widziałem ich oczy przez szczeliny hełmów. Wiedziałem, że są zmęczeni, że chcieliby zwolnić, ale nie mogłem im na to pozwolić. Kolejny upadł na kolana, powalony silnym ciosem. Moja twarz zalana była potem, czułem smak krwi w ustach i nie byłem pewny, do kogo ona należała. Do mnie? Do nich? To nie miało żadnego znaczenia.
Krąg ponownie się zamykał. Kolejna grupa. Kolejna tarcza. Kolejny miecz. Cios. Blok. Przeskok przez korzeń. Pchnięcie. Uderzenie kolanem.
Nie przestawałem. Nie umiałem przestać. Nie wiedziałem, ile to trwało. Minuty? Godziny? Czułem, jak moje mięśnie płoną, a oddech drze gardło od środka. Pot spływał mi do oczu, rozmazując obraz w mleczną mgłę.
– Dosyć! – Mocny głos przeciął powietrze.
Rycerze zastygli, spoglądając to na mnie, to na niego. Moje spojrzenie mogło ich zabić, a jednak nikt się nie poruszył.
Na skraju polany stał Elandor. Gruby płaszcz opadał mu na ramiona, a w dłoni trzymał laskę z czarnego drzewa, zakończoną srebrnym pierścieniem. Nie wyglądał na przypadkowego widza. Stał tam, jakby od dawna czekał na właściwy moment.
– Wystarczy – powtórzył, tym razem spokojniej, choć dźwięk jego słów poniósł się po lesie.
Rycerze spojrzeli na mnie, czekając na znak.
Patrzyłem na niego długo, a wściekłość pulsowała mi w skroniach. Powinienem kazać mu spierdalać. Powinienem go odprawić. Ale byłem świadomy, że nie mogę. Wiedziałem, że będzie tym jedynym, którego będę musiał wysłuchać, choćbym nie wiem jak bardzo chciał przed tym uciec.
Skinąłem głową.
– Zostawcie nas samych.
Rycerze wycofali się jeden po drugim, z poczuciem ulgi na twarzy. Między nami zapadła cisza przerywana jedynie ciężkim oddechem Morthira. Elandor wszedł głębiej na polanę, patrząc na mnie spojrzeniem, które potrafiło przeniknąć człowieka na wskroś.
– Już czas – powiedział. Jego głos nie był ani rozkazem, ani prośbą. Brzmiał jak wyrok.
Morthir poniósł mnie szybko, a jego ciężkie łapy dudniły o ziemię tak głośno, aż kamienie zdawały się drżeć pod jego ciężarem. Wiatr chłostał moją zakrwawioną twarz, a mgła lasu ciągnęła się za mną niczym warkocz z cienia. Przed zamkiem panowała cisza, ale nie była to cisza zwiastująca spokój, raczej napięcie, które poprzedza burzę z piorunami.
Zeskoczyłem z Morthira na dziedzińcu i wszedłem do chłodnych korytarzy zamku. Kroki odbijały się echem w pustce. Wiedziałem, że kiedy dojdziemy do końca, nic nie będzie już takie samo.
Elandor prowadził, szedł pewnie. Sprawiał wrażenie człowieka, który posiada starożytną wiedzę o tym, co miało się wydarzyć. Ja szedłem tuż za nim, próbując zamknąć w sobie wszystko, co czułem. Musiałem być jak stal. Jak mrok. Nie mogłem pozwolić, by ona zobaczyła we mnie choćby cień wahania. A jednak…
Kiedy otworzyły się drzwi jej komnaty i ujrzałem ją stojącą przy oknie w czerni, z włosami spływającymi na ramiona jak strumienie nocy, mój mur zaczął powoli pękać.
– Alanyo… – powiedziałem cicho, prawie szeptem, jakby jej imię wymknęło się mimo woli z moich ust. Odwróciła się i popatrzyła wprost w moje oczy. – To, co wydarzy się dzisiaj, zmieni wszystko. – Starałem się mówić spokojnie, choć buzowało we mnie napięcie. – Jeśli wejdziesz w tę próbę… nie będzie już odwrotu. – Nie chciałem tego mówić. Nie planowałem. Słowa same popłynęły z moich ust.
Elandor spojrzał na mnie z ukosa zaskoczony. Przez ułamek sekundy maska rozsądnego skryby zniknęła, ale zaraz znów założył ją na twarz tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Alanya uniosła brodę, a w jej oczach dostrzegłem strach, ale też niezłomność.
– Jestem gotowa.
Te dwa słowa poruszyły mnie mocniej, niż się spodziewałem. Wszystko, co chciałem jej powiedzieć, wszystkie zakazy i ostrzeżenia, które cisnęły mi się na usta, rozpłynęły się, zanim zdążyłem je wypowiedzieć, bo wiedziałem, że już niczego nie zmienię.
Ruszyliśmy razem korytarzami, a każdy krok ciążył mi jak brzemię, które niosłem od tamtej pamiętnej nocy. Nie było już odwrotu.
Korytarze Narthoru nigdy nie były tak spokojne. Nawet gdy nie rozbrzmiewały krokami wojowników, zwykle dawało się tu wyczuć puls dawnej magii. Tego ranka jednak cisza była tak głęboka, że sprawiała wrażenie nienaturalnej.
Szliśmy powoli. Elandor kroczył pierwszy, a wokół niego czuło się tę niezwykłą aurę, która nieraz powodowała ciarki na moim ciele. Mężczyzna nosił ciężar wiedzy, której nie mógł udźwignąć żaden zwykły człowiek. Za nim, kilka kroków dalej, szła Alanya. Czarna suknia opinała jej ciało niczym zbroja, a rozsypane na ramionach włosy odbijały światło pochodni. Była wyprostowana, choć jej dłonie, widziałem to dokładnie, lekko drżały. Zamykałem ten grobowy pochód. To powinien być tylko rytuał. Ja powinienem patrzeć na to jak na obowiązek, jak na część mojego losu. A jednak coraz więcej kosztowało mnie zachowanie kontroli.
Kiedy mijaliśmy kolejne arkady, rycerze, którzy tam stali, przyklękali. Ich zbroje pobrzękiwały cicho, a ostrza broni lekko ocierały się o kamień. Żaden z nich nie podniósł głowy.
Znaki na jej plecach zaczęły reagować. Czułem to, choć sama nic nie zdradzała. W powietrzu gęstniała energia, jakby Jednia przyglądała się temu, co miało się właśnie wydarzyć. Ogień szaleńczo tańczył w pochodniach, woda w naczyniach, które mijaliśmy, falowała bez żadnego dotyku, a powietrze było niesamowicie duszne.
– Alanyo… – chciałem szepnąć, ostrzec ją, zapytać, czy rozumie, na co się decyduje, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
Elandor zatrzymał się przed wielką bramą. Była starsza niż samo królestwo, zdobiona runami, których nikt już nie czytał, pokryta bliznami czasu i magii. Kamień wokół niej pulsował światłem, jakby drzemał i czekał na dotyk, który go obudzi.
– Tutaj. – Głos Elandora zabrzmiał spokojnie, ale niósł w sobie ciężar wieków. – Tu zaczyna się próba.
Alanya spojrzała w głąb sali. Nie widziała jeszcze jej wnętrza, ale ja wiedziałem, co czekało na nią za tymi drzwiami. I choć z całych sił starałem się utrzymać maskę lodu, wewnątrz czułem, jak ogarnia mnie panika.
Na sekundę zamknęła oczy. Jej znaki zapulsowały tak mocno, że płomienie pochodni wzdłuż korytarza wystrzeliły w górę, zamieniając nasze cienie w potwory. Kiedy uniosła powieki, w jej spojrzeniu nie było już wahania.
Poczułem, jak moje serce bije mocniej. Miałem być opoką, tym, który ją poprowadzi, a jednak czułem się jak więzień tego samego losu, w który ją wpychałem.
Procesja ku przeznaczeniu dobiegła końca. A później pozostało mi już tylko czekać. Chodziłem po komnacie jak zwierzę zamknięte w klatce, a dźwięk moich kroków wypełniał kamienne mury. Czas mijał, a ja byłem strzępkiem nerwów. Moja dłoń zaciskała się na kielichu mocniej, niż to było konieczne. A kiedy poczułem nagły, przeszywający ból na karku – tak ostry, że aż ugięły się pode mną kolana – wiedziałem, co to oznacza. Nie potrzebowałem lustra, bo było aż nazbyt jasne, co zobaczę na swoim karku. Znak odezwał się we mnie z całą swoją siłą, jakby chciał rozerwać mi skórę.
Przeszła próbę.
Na chwilę ogarnęło mnie dziwne ciepło, uczucie tak obce, że aż wydało mi się niebezpieczne. Ciepło myśli o niej – o tej drobnej, upartej kobiecie, która stanęła naprzeciw własnego przeznaczenia i nie cofnęła się ani o krok. Ale ta iskra szybko zgasła, bo wiedziałem, co to naprawdę oznaczało. Przepowiednia zaczęła się wypełniać, a ja, zamiast cieszyć się z jej zwycięstwa, poczułem ciężar, jakby los właśnie zapiął na mojej szyi kolejne ogniwo kajdan.
Drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła Alanya – blada, drżąca, stojąca na nogach ostatkiem sił.
Odwróciłem się gwałtownie, a nasze spojrzenia zderzyły się w niemej walce. W jej oczach zobaczyłem coś, czego się kompletnie nie spodziewałem. Nie triumf, nie ulgę, ale ból i niedowierzanie. To poruszyło mnie bardziej, niż chciałbym przyznać.
Mój tatuaż zapłonął, a jej znaki odpowiedziały pulsowaniem światła. Blask był tak oślepiający, że przez moment straciliśmy siebie z oczu. Czułem, jak energia rozdziera powietrze i wypełnia mnie od środka. Nasza energia. Razem. Światło zgasło równie nagle, jak się pojawiło.
Ona stała przede mną, chwiejąc się, a jej spojrzenie było jak ostrze wbite w samo serce.
– Ty… – Jej głos był zachrypnięty, ale każdy dźwięk wbijał się we mnie jak tysiąc igieł. – To ty mnie wykorzystałeś…
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, jej ciało zwiotczało. Opadła ciężko i bezwiednie na zimną posadzkę.
Stałem jak sparaliżowany. Miałem ochotę rzucić się do niej, podnieść ją, przytrzymać w ramionach, ale wiedziałem, że jeśli to zrobię, jeśli teraz pozwolę sobie na ten jeden gest, to będzie oznaczało mój koniec. Zacisnąłem pięści tak mocno, że aż paznokcie wbiły mi się w dłonie.
– Zawołać tutaj Nyssarę! – mój głos odbił się od murów jak dziki ryk. – Natychmiast! – Drzwi się uchyliły, a kobieta, choć zwykle spokojna, tym razem wyglądała na zaniepokojoną. – Zajmij się nią. Zaprowadź do jej komnaty. – Głos miałem chłodny, niemal obcy.
Stałem nieruchomo, patrząc, jak Nyssara pochyla się nad Alanyą, jak ostrożnie podtrzymuje jej głowę i prowadzi ją ku drzwiom. Ani razu na nią nie spojrzałem.
Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za nimi, poczułem, jak kolana mi miękną. Oparłem się o ścianę, potem osunąłem na kamienną posadzkę. Ciężar dnia, ciężar tego, co się wydarzyło, przygniótł mnie całą mocą.
Nie mogłem już uciekać przed tym, co w niej obudziłem. Ani przed tym, co przebudziło się we mnie.ROZDZIAŁ II
Alanya
Obudził mnie ostry ból. Nie taki zwyczajny, fizyczny – ten był głębszy, bardziej pierwotny, jakby ktoś rozszarpał mnie od środka i na nowo poskładał, kawałek po kawałku. Każdy oddech sprawiał mi trudność, a gardło miałam suche jak popiół. Leżałam chwilę w bezruchu, próbując zapanować nad drżeniem rąk, aż w końcu zmusiłam ciało do ruchu.
Ziemia zakołysała mi się pod stopami, kiedy wstałam. Oparłam się o krawędź łóżka i powoli, ostrożnie, podeszłam do lustra stojącego w rogu komnaty. Kiedy spojrzałam w swoje odbicie, serce mi zamarło. Wyglądałam, jakbym wymknęła się śmierci: byłam trupio blada, a w oczach widziałam pustkę. Kiedy się obróciłam, na moich plecach płonęły znaki – cztery, splecione w jedną, jarzącą się sieć linii. Pulsowały raz złotem, raz turkusem, raz czerwienią ognia, raz srebrzystym blaskiem powietrza. Każdy z nich tętnił własnym rytmem, a mimo to tworzyły całość. Światło wciąż tańczyło pod moją skórą, jakby chciało mi przypomnieć, że już nie jestem tylko sobą.
Powoli, trochę z wahaniem, dotknęłam delikatnie ramienia. Moja skóra była rozgrzana, pulsująca życiem, a jednak coś we mnie pozostawało martwe. Czułam się zdradzona.
Wszyscy kłamią – pomyślałam gorzko. – Każdy z nich ma swoje tajemnice, swoje półprawdy. Nikomu nie mogę ufać. Nikomu.
Wspomnienie słów Wiktorii uderzyło we mnie znienacka: „On cię wykorzysta. Będzie cię karmił kłamstwami, aż uwierzysz, że nie ma innej drogi”. Miała rację. Wszystko we mnie krzyczało, że miała rację. Raven… ten, który miał dać mi prawdę, który patrzył mi w oczy, ukrywając, co naprawdę znaczą te znaki.
Oparłam dłonie o krawędź lustra i pochyliłam się nad własnym odbiciem, jak i losem. Obca kobieta patrzyła na mnie z drugiej strony – silniejsza i bardziej niebezpieczna niż kiedykolwiek wcześniej.
Muszę wrócić do Solvendoru. Tam był mój dom. Tam była Wiktoria. Ona jedna nigdy mnie nie zawiodła. Ale nie mogłam ruszyć od razu. Moje ciało jeszcze płonęło, jakby zamiast krwi w żyłach płynęła lawa. Potrzebowałam czasu, by się pozbierać, by nauczyć się oddychać z tym ciężarem. Wiedziałam, że nie mogłam pokazać się ludziom. Nie chciałam ich spojrzeń, pytań ani strachu. Nie chciałam też widzieć jego… Zimnych oczu, które przenikały mnie do szpiku kości, i które – mimo całego gniewu – wciąż przyciągały mnie bardziej, niż powinny.
Odwróciłam się od lustra i zawołałam Nyssarę. Przyszła szybko, jak zwykle cicha i uważna. Spojrzała na mnie, ale odwróciła wzrok, jakby rozumiała, że nie powinna zadawać pytań.
– Chcę, żebyś przynosiła mi posiłki tutaj, do komnaty – powiedziałam chłodno, mimo że wiedziałam, że to nie Nyssara jest tutaj winna, jednak w tej chwili nie potrafiłam inaczej. – I przekaż królowi, że wciąż wracam do sił i że nie życzę sobie, by ktokolwiek mi przeszkadzał.
Nyssara skinęła głową i skłoniła się nisko. Wyszła, o nic nie pytając. Kiedy drzwi zamknęły się za nią, osunęłam się na łóżko. Otuliłam się kocem, jakby mógł mnie ochronić przed ciężarem znaków pulsujących na mojej skórze. I wtedy po raz pierwszy pozwoliłam sobie na łzy.
***
Trzy dni. Tyle czasu spędziłam zamknięta w tych murach, odcinając się od świata i od niego. Trzy dni, w których znaki na mojej skórze pulsowały tak, jakby same chciały wyrwać mnie z Narthoru. Przez ten czas dojrzewała we mnie decyzja. Nikt nie odważył się naruszyć mojej samotności poza Nyssarą, która przynosiła mi posiłki. Jednak wiedziałam, że to nie z troski. On chciał, żebym tu została. Nie dlatego, że się o mnie bał czy pragnął mojego bezpieczeństwa. Pragnął tego, co nosiłam w sobie. Mocy, której nie rozumiałam, a którą on potrafił nazwać. Wiedziałam, że nigdy nie pozwoliłby mi odejść. Dlatego decyzja mogła być tylko jedna. Nie zamierzałam pozwolić, by Raven związał mnie ze sobą na zawsze. Byłam królową Solvendoru i musiałam wrócić do mojego królestwa.
Spojrzałam na czarny pierścień lśniący na moim palcu. Czułam jego ciężar. Wiedziałam, co oznaczał i od kogo go dostałam. To on stanie się moją drogą ucieczki.
Ostrożnie spakowałam wszystkie zdobyte księgi. Nie były zwykłymi, opasłymi tomami, lecz świadectwem mocy, zapisem przeszłości, którą nie do końca potrafiłam jeszcze zrozumieć. Najważniejsza była jednak ta jedna, w ciemnej skórze, ze znakiem splecionych w krąg skrzydeł i ostrzy. Księga, która do tej pory nie chciała się dla mnie otworzyć. Kiedy podniosłam ją ze stołu, linie na moich plecach zapulsowały lekko, a ja poczułam, jak znak na księdze odpowiada na moją moc. Nie miałam jednak teraz na to czasu.
Stanęłam pośrodku komnaty, zaciskając mocno palce na pierścieniu. Narthor tonął w mroku, noc była cicha, ale czułam napięcie, jakby mury wszystkiego słuchały i śledziły moje kroki. Ostrzem noża przecięłam skórę na palcu. Kropla krwi spłynęła po pierścieniu, a powietrze wokół mnie rozdarło się jak cienka tkanina. Przestrzeń zafalowała, a potem otworzył się portal – ciemny, pełen chłodu i znajomego zapachu morza. Solvendor.
Nie wahałam się ani chwili i pewnie weszłam w otchłań. Zostawiłam za sobą Narthor. Zostawiłam Ravena.ROZDZIAŁ III
Raven
Siedziałem w swojej komnacie przy stole zasłanym pergaminami i mapami. Na każdej z nich czerwonym tuszem kreślono linie, które miały znaczyć władzę, granice, przyszłość. A jednak wszystkie wyglądały jak sieć więzów, które zaciskały się wokół mnie.
Trzy dni. Tyle czasu minęło, odkąd zamknęła się w swojej komnacie. Trzy pieprzone dni, odkąd nie chciała mnie widzieć, nie chciała słuchać. Nyssara donosiła mi, że je, że odpoczywa, że jej ciało wraca do sił. Myślałem, że zniosę tę ciszę. Że jeśli tego właśnie potrzebuje, to dam jej przestrzeń. Ale z każdym mijającym dniem coraz mocniej czułem, że karmię samego siebie kłamstwami. To nie była jej potrzeba, to była jej decyzja. Mur, który postanowiła wznieść między nami. Jednakże przepowiednia splotła nasze drogi już dawno temu, a Alanya musiała w końcu stanąć z tym twarzą w twarz.
Nagle poczułem na karku puls, gorący, palący, aż z bólu zakręciło mi się w głowie. Znak odpowiedział gwałtownie, tak mocno, że przez moment nie mogłem złapać oddechu. A zaraz potem… pustka. Jakby ktoś jednym ruchem przeciął niewidzialną linię mocy.
Rzuciłem się biegiem przez korytarze zamku. Strażnicy uchylili się w popłochu, gdy z całej siły uderzyłem w drzwi jej komnaty. Była pusta. Ani śladu Alanyi i jej rzeczy.
Przeklęta, uparcie dumna królowa! Myślała, że potrafi wymknąć się mojej woli? Że Narthor pozwoli jej odejść bez śladu? Była w błędzie!
Wyszedłem na balkon. Zimne powietrze owiało moją twarz. Zamknąłem oczy i przywołałem moc. Teraz nie sprawiało mi to już żadnego problemu, a magia mrowiła mnie przyjemnie pod skórą. Poczułem szczelinę w mroku, ślad portalu, który dopiero co się domknął. Solvendor… Oczywiście. Uciekła do swojego domu. Do swojej iluzji bezpieczeństwa.
– Alanyo… – wyszeptałem, a w moim głosie słychać było więcej niż gniew. Były w nim gorycz i strach, których nikt nigdy nie miał prawa zobaczyć.
Znak na karku pulsował miarowo, a wraz z nim narastała we mnie furia, której nie potrafiłem zdusić. Wymknęła się przede mną jak cień.
Alanya mogła uciekać od Narthoru. Mogła uciekać ode mnie. Ale nie ucieknie przed przeznaczeniem.ROZDZIAŁ IV
Alanya
Powietrze w Solvendorze pachniało jakoś inaczej. Było gęstsze, cięższe, przesiąknięte wilgocią i popiołem. Kiedy wyszłam z portalu, świat zakołysał się przede mną, tak znajomy, a jednak zupełnie obcy. Byłam u siebie, byłam w domu, a jednak nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo jak intruz.
Dni spędzone w Narthorze wyryły we mnie ślad. Przez trzy ostatnie doby, w których nie chciałam nikogo widzieć, odgradzałam się od wszystkiego, co mnie otaczało. Od niego. Ale prawda była taka, że to nie była ucieczka od świata. To była ucieczka od samej siebie. Wiedziałam, że teraz nie było już odwrotu.
Kiedy przeszłam przez portal, zostawiłam za sobą nie tylko mury Narthoru, ale i mosty, które mogły mnie jeszcze z nim łączyć. Raven nie pozwoli na to długo. Znałam go na tyle, by wiedzieć, że nie odpuści. Że przyjdzie po mnie, czy tego chcę, czy nie. Ale w tej chwili byłam wolna.
Rozejrzałam się wokół, ale królestwo przywitało mnie… ciszą. Nie taką zwyczajną, spokojną ciszą nocy. To była cisza gęsta, przeszywająca, niemal namacalna. Zawisła w powietrzu jak mgła i ścisnęła mi gardło tak mocno, że musiałam kilka razy przełknąć ślinę, by złapać oddech. Zatrzymałam się odruchowo, nasłuchując. Nic. Ani kroków strażników, ani żadnych innych odgłosów. Tylko wiatr, który niósł ze sobą ciężki, gryzący zapach. Popiół.
Zadrżałam. To nie był zapach palonych świec czy drewna w kominkach. To był zapach ognia, który trawił życie. Serce zaczęło mi bić szybciej, a żołądek ścisnął się w lodowatym uścisku.
– Halo…? – Mój głos zabrzmiał zbyt cicho, zbyt słabo, jakby zdusiła go ta panująca wszędzie cisza. Odchrząknęłam i zawołałam głośniej: – Czy ktoś tu jest?
Odpowiedziało mi tylko echo odbijające się od kamiennych murów. Ruszyłam szybciej przez dziedziniec, a mój niepokój rósł. Pustka, która mnie otaczała, była nienaturalna. Cisza miała w sobie coś z niemego krzyku. Zaczęłam biec. Korytarze zamku witały mnie tak samo martwe. Kamienne korytarze, które zawsze tętniły życiem, teraz były zimne, odpychające, niemal obce.
– Wiktorio! – Rozpaczliwy krzyk wydarł się z mojego gardła. – Jest tu ktoś?!
Nie było żadnej odpowiedzi.
Zawróciłam, mijając kolejne drzwi, które uchylałam z coraz większą desperacją. Puste pokoje. Puste sale. To niemożliwe! To przecież mój dom. Tutaj nigdy nie było ciszy, zawsze ktoś czuwał, zawsze ktoś przechadzał się korytarzami, nawet w nocy.
Moje kroki stały się chaotyczne, niepewne. Złapałam się na tym, że cała się trzęsę. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, a oddech rwał się i załamywał. Nie potrafiłam już myśleć logicznie. Przepełniał mnie strach.
Zatrzymałam się dopiero przed ciężkimi drzwiami sali rady. Ręce drżały mi tak, że ledwo udało mi się chwycić za klamkę. Drzwi ustąpiły ze skrzypnięciem, które rozniosło się po pustych korytarzach niczym głuchy jęk. Weszłam do środka. Sala tonęła w półmroku. Świece dawno się wypaliły, a powietrze przesycał chłód. Wtedy zobaczyłam skuloną sylwetkę w kącie, przyciśniętą mocno do ściany.
Serce mi zamarło. Przez ułamek sekundy byłam pewna, że to kolejna mara, cień zrodzony z mojego strachu, ale wtedy ten cień się poruszył, drgnął i podniósł głowę. To nie była mara. Rozpoznałam lorda Veynara…
– Vey… – Głos uwiązł mi w gardle. Ruszyłam ku niemu, prawie biegnąc.
Im byłam bliżej, tym wyraźniej widziałam jego twarz. Pobladłą, wychudzoną, z oczami rozszerzonymi strachem. Nie przypominał już tego pewnego siebie doradcy, którego znałam. Patrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem, a spojrzenie miał puste, jakby jego umysł ugrzązł gdzieś między jawą a koszmarem.
– Veynar, co tu się stało? – zapytałam prawie rozkazująco, choć w środku dławił mnie strach.
Milczał. Tylko drżał, jakby zimno przeszywało go do szpiku kości. Zacisnęłam palce mocniej na jego ramionach i szarpnęłam nim tak, że jego głowa odchyliła się w tył.
– Powiedz! – krzyknęłam, czując, jak panika dławi mnie coraz bardziej.
I wtedy… coś się w nim zmieniło. Świadomość zaczęła powoli wracać i spojrzał na mnie, jakby nie dowierzając, że naprawdę tu stoję, cała, żywa. Ale w jego oczach czaił się strach tak głęboki, że zmroził moją krew.
– Ty… żyjesz… – wyszeptał, a potem głos mu zadrżał. – Oni przyszli… zabrali… cienie… ogień i krew…
– Kto? – zapytałam przez zaciśnięte zęby.
Jego ramiona cały czas drżały, jakby wciąż czuł ciężar tamtej chwili. Zaciął się, język mu się plątał, aż w końcu słowa zaczęły wydobywać się chaotycznie z jego ust, rwane, ale coraz wyraźniejsze.
– Byliśmy w sali rady… – szeptał. – Ataki… coraz częstsze… trzeba było podjąć decyzję… a wtedy… Wiktoria… zniknęła. Nie mogliśmy jej znaleźć. Kaen raportował… szukał, sprawdzał…, ale nie było po niej śladu…
– Wiktoria? – wyrwało mi się drżącym głosem. – Jak to zniknęła? Gdzie? – Pochłonęła mnie panika. – I co Kaen robił w Solvendorze?
Veynar jakby mnie nie słyszał. Mówił dalej, jak w transie, wpatrzony w pustkę za moim ramieniem.
– Ryk… – Jego głos zadrżał, przechodząc w szept. – Dziki… nieludzki… – mówił dalej. Mój kark oblał zimny pot. – Wszyscy… zamilkli… Nasze twarze pobladły. I wtedy… nastał chaos. Drzwi się rozwarły… ludzie biegli, potykali się o siebie, deptali… krzyki… wrzaski… – Jego oddech przyspieszył, bo znów przeżywał to samo. – Theryni… – wyszeptał w końcu, a to jedno słowo zatrzymało na sekundę czas w miejscu. Zamarłam. – Dzieci Chaosu… uformowane z cienia i krwi. Rozrywały ludzi bez dźwięku… bez śladu… jakby nigdy nie istnieli.
Przełknęłam głośno ślinę.
– Veynar – próbowałam wyrwać go z tego transu, ale on był już za daleko.
– Ich agonia… – wyszeptał. – Znikali w ciszy. Bez krzyku. Bez modlitwy. Jakby sama Elaria wyrzekła się ich życia. – Zamilkł nagle. – A potem… Nastała cisza. Grobowa. Miażdżąca. Cisza, która… nie kończy się nigdy.
Drżał skulony, z twarzą ukrytą w dłoniach. A ja stałam, patrząc na niego, czując, jak coś lodowatego ściska mi serce.
Solvendor.
Mój dom.
Moje królestwo.
Wszystko spowiły pustka i cisza.
Veynar nagle przestał się trząść. Jego spojrzenie, dotąd puste, zamglone, zmieniło się w coś obcego. Źrenice się zwęziły, wypełniły czernią, a twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości. W jednej chwili wyglądał jak człowiek, w drugiej jak zwierzę, które obudziło się w nim z krwi i strachu.
– To… wszystko… twoja wina! – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
– Veynar…? – Cofnęłam się o krok, ale było już za późno.
Skoczył, a jego dłonie, zimne i nieludzko silne, zacisnęły się na mojej szyi. Uderzyłam plecami o kamienną ścianę, aż powietrze uciekło z moich płuc.
– Zostawiłaś nas! – wrzeszczał, a jego twarz była teraz tuż przede mną, rozmazana przez narastający mrok przed moimi oczami. – Zostawiłaś nas na zgubę! To przez ciebie!
Jego palce wbijały się coraz głębiej. Krtań paliła mnie ogniem, a płuca błagały o oddech. Szarpałam się, uderzałam w jego ramiona, w pierś, ale było to jak walka z kamieniem.
Nagle poczułam moc, znaki. Wszystkie cztery. Razem. Nie rozbudzały się powoli, nie szeptały w mojej krwi jak dotąd. W jednej chwili buchnęły we mnie pełnią mocy. Świat zawirował, moje ciało napięło się jak struna, a coś większego niż ja sama rozerwało moje wnętrze, by wydostać się na wolność. Krzyk uwięzł mi w gardle. To one krzyczały. Światło, ciemność, ogień i woda – wszystko eksplodowało naraz, pulsując przez moją skórę. Veynar z wrzaskiem został oderwany ode mnie, a moc cisnęła nim o kamienną ścianę. Jego ciało runęło jak marionetka, ale to nie wystarczyło. Moc się nie zatrzymała. Szalała, rycząc przeze mnie jak burza. Uderzyła w ściany sali, w stropy, w kolumny. Kamień pękał, cegły wybuchały na kawałki, kurz i pył unosiły się jak gęsta mgła. Czułam, że to ja stoję w samym środku, a jednak nie miałam żadnej kontroli. Byłam tylko naczyniem.
– Dość! – próbowałam krzyknąć, ale głos utonął w huku eksplozji.
Nie słuchała mnie. Moc, która szarpała się na wolność, nie była moją siłą, lecz katem, jakby domagała się sprawiedliwości za grzechy przeszłości.
Mury Solvendoru waliły się jeden po drugim. Gdzieś pod rumowiskiem rozległ się trzask kości. Veynar… Nie mogłam go już ocalić.
Nagle wszystko umilkło. Stałam pośrodku zgliszczy, drżąc, cała rozpalona od wewnątrz, jakby w moich żyłach płynął żar. Pył opadał powoli, a to, co jeszcze niedawno było moim domem, teraz leżało wokół mnie w ruinach.
Zniszczyłam Solvendor.
Nogi ugięły się pode mną, ale nie upadłam. Z mojego gardła wydarł się ryk – głęboki, dziki, przerażający. Nie mój. To nie był krzyk człowieka, ale głos mocy, która nie należała do świata żywych. Echo tego dźwięku niosło się przez zgliszcza, przez góry, przez pustkę… Tak, jakby miało obudzić cały świat.
Ruiny pokryte były kurzem, dymem i zapachem spalenizny. Każdy oddech podrażniał gardło, a kroki brzmiały zbyt głośno w tej nienaturalnej ciszy.
Stanęłam pośrodku gruzowiska, a wokół mnie już nie było Solvendoru. Nie było ścian, które pamiętały moje dzieciństwo. Nie było sali, w której podejmowałam uchwały. Nie było domu. Byłam tylko ja, gruz i trupie echo mocy, która przed chwilą wyrwała się ze mnie nieproszona. Nadal czułam ciepło pod skórą, pulsowanie żywiołów, które nie należały do mnie, które pożerały mnie od środka.
– Nie chciałam… – wyszeptałam, ale słowa utonęły w pustce.
Serce waliło mi jak oszalałe. Zrobiłam krok do przodu, a kamienie obsypały się spod moich stóp. Zatrzymałam się gwałtownie, oddychając płytko. Każdy ruch przypominał, że to, co się stało, nie było snem. Solvendor, który miał być moim domem i moją twierdzą, już nie istniał.
– Nie… – Odwróciłam się wkoło, ale wszędzie były tylko gruz i popiół. – Nie mam… gdzie…
Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie mogłam płakać. Płacz byłby ulgą, a ja na nią nie zasłużyłam.
Znaki znów zapulsowały. Tak mocno, że aż zakręciło mi się w głowie. Poczułam, jak żywioły rwą się na wszystkie strony: woda dławiła mnie od środka, ogień palił płuca, powietrze wyło w uszach, a ziemia trzęsła się pod stopami. Krzyknęłam, obejmując się ramionami, jakby to miało cokolwiek pomóc. Moc szarpała się, nie dając mi chwili wytchnienia. Nie panowałam nad nią. To ona panowała nade mną.
– Nie mogę… nie umiem… – jęknęłam, zaciskając palce na głowie, jakby to pomogło zagłuszyć pulsowanie pod skórą.
Dotarło do mnie, że nie byłam już królową. Nie byłam nawet sobą. Byłam naczyniem, które pękało od środka. Wiedziałam, że ono prędzej czy później rozleje całą moc na świat, niszcząc wszystko, czego dotknie.
Stałam tam, wśród ruin, ze łzami, których nie potrafiłam już powstrzymać, i jedyną myślą, która uparcie do mnie wracała: Nie mam dokąd pójść. I nie mam dokąd wrócić.
Wtedy, pośród ruin, usłyszałam kroki. Powolne, jednostajne, jak u kogoś, kto nie boi się ani ciemności, ani Chaosu. Odwróciłam się gwałtownie, gotowa, chociaż nie wiedziałam nawet do czego. Do walki? Ucieczki?
W cieniu, między powalonymi kolumnami, stała kobieta. Starsza, w ciężkiej, ciemnej szacie, której materiał połyskiwał jak pióra kruka. Twarz miała pooraną zmarszczkami, a oczy przeszywające i zimne jak lód.
Mirel. Kapłanka Zakonu Cienia z Narthoru. Była jedną z tych, które zawsze patrzyły na mnie jak na zagadkę, jak na coś, co należy ocenić i zrozumieć, zanim się tego dotknie. Nigdy nie czułam od niej ciepła.
– Ty… – Głos mi się załamał, ale odruchowo zrobiłam krok w tył. – Czego chcesz?
Raven. Już mnie znalazł – ta myśl wpełzła do mojego umysłu, zimna i lepka. Nie mógł odpuścić. Nie mógł zostawić mnie w spokoju. Wysłał Mirel, aby doprowadziła mnie z powrotem. Żebym znowu należała do niego. Znaki zaczęły pulsować, a cień mieszał się ze światłem, odpowiadając budzącej się we mnie złości.
Mirel patrzyła na mnie chwilę w milczeniu, a jej spojrzenie było skupione i badawcze. Wreszcie odezwała się niskim, chrapliwym głosem:
– Narthor czekał na ciebie całe wieki. Musiałaś przejść próbę, aby udowodnić swoją wartość.
Jej słowa owinęły się wokół mnie jak bluszcz i coś ścisnęło mnie w środku.
– Wartość? – syknęłam. – Zniszczyłam swój dom. Zmiotłam z powierzchni ziemi własne królestwo. Pod gruzami zginął człowiek. Czy to dla ciebie wartość? Nie jestem nic warta! – krzyknęłam, a mój głos poniósł się po wypalonych murach. – Nic!
Mirel nawet nie drgnęła. W jej oczach przez moment coś mignęło – może cień współczucia? – ale szybko zniknęło, jakby nie chciała albo nie mogła tego pokazać. Uniosła dłoń i wyszeptała coś w języku, którego nie rozpoznałam. Słowa były miękkie, śpiewne, jak dawno zapomniane pieśni.
Prąd przeszył mnie od stóp do głów. Znaki na mojej skórze odpowiedziały światłem.
– Musisz zaakceptować przeznaczenie – powiedziała powoli, ale jej głos brzmiał teraz jak dwa głosy naraz: jej własny i jakiś starszy, głębszy, odległy. – I się temu oddać. Bo tylko wtedy będziesz mogła ocalić świat.
Patrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami. W jej głosie pobrzmiewała nieodwołalność. Przez moment chciałam krzyczeć, zaprzeczyć, uciec. Ale nie było już dokąd. Nie było już domu, nie było Wiktorii, nie miałam już nic. Czułam, że nie mam wyboru. Że mój los już dawno został spisany. Zacisnęłam dłonie w pięści i spuściłam głowę.
– Zrozumiałam… – Mój głos był ledwie szeptem. – Nie ma ucieczki.
Unosząc oczy na Mirel, poczułam, jak coś we mnie rozpada się na kawałki i układa na nowo. Wiedziałam, że nie mam szans. Że nie panuję nad mocą, którą noszę, a sama będę tylko siać ból i zniszczenie.
– Zabierz mnie z powrotem do Narthoru.
Mirel skinęła głową i wyciągnęła dłoń. Jej palce były chłodne, ale zarazem dawały dziwne poczucie bezpieczeństwa.
– Tak być musi. – W jej oczach błysnęło coś, co po raz pierwszy wyglądało jak cień szacunku.
Westchnęłam głęboko i zamknęłam powieki. A potem wszystko zniknęło – ruiny, popiół, cisza…ROZDZIAŁ V
Raven
Minęło zaledwie kilka dni od jej powrotu do Narthoru, a jednak czułem, jakby to były całe wieki. Alanya chodziła po zamku jak cień samej siebie. Widziałem ją na dziedzińcu, w korytarzach, czasem w sali biesiadnej – zawsze spokojną, ułożoną, z twarzą niewyrażającą żadnych emocji. Ale to nie był spokój, to nie była siła. To była pustka.
Myślałem, że gdy wróci, będzie walczyć. Że rzuci mi w twarz gniew, że będzie mnie nienawidzić, że spróbuje wyrwać się spod tej sieci przeznaczenia, w którą oboje zostaliśmy wplątani. Ale ona nie walczyła. I to właśnie przerażało mnie najbardziej.
Kiedy nasze spojrzenia spotykały się przez chwilę, widziałem w jej oczach nie złość, nie ból, nawet nie nienawiść, tylko obojętność. Jakby to wszystko przestało mieć dla niej znaczenie. Jakby zgasł w niej płomień, który budził się jeszcze tak niedawno. A nasz świat potrzebował tego płomienia, potrzebował jej siły. Ja jej potrzebowałem… A teraz miałem przed sobą tylko pustą skorupę.
Stałem w cieniu przy jednym z wysokich okien, obserwując, jak przechodzi przez dziedziniec. Ubrana była w suknię w barwach Narthoru, która falowała wokół jej kroków, a znaki, które powinny jarzyć się mocą, pulsowały słabo, przygaszone, jakby odpowiadały jej nastrojowi.
Musiałem coś zrobić. Ale co? Jak dotrzeć do kogoś, kto sam zamknął się w ciemności? Walczyłem całe życie. Z królami, z przeznaczeniem. Ale teraz pierwszy raz czułem, że ta bitwa może być ponad moje siły. Nie mogłem już dłużej patrzeć, jak mija mnie na korytarzach, jak odwraca wzrok, jakbym był jedynie kolejnym cieniem w murach tego zamku.
Znalazłem ją w jednej z galerii, gdzie wysokie okna wpuszczały do środka wieczorne światło. Stała nieruchomo, wpatrzona w widok za murami, jakby tam, w dalekiej mgle, szukała odpowiedzi, których nie mogła znaleźć tutaj.
– Ile zamierzasz jeszcze tak udawać? – rzuciłem bez przywitania.
Drgnęła. Odwróciła się powoli, a jej twarz była spokojna. Jak dla mnie zbyt spokojna.
– Udawać? – powtórzyła cicho, smakując to słowo. – A może po prostu nie mam już siły?
Miałem ochotę nią potrząsnąć, żeby obudziła się z tego stanu obojętności i skrywanych emocji.
– Widziałem cię, Alanyo. – Zrobiłem krok w jej stronę, uważnie obserwując jej reakcję. – Widziałem, jak walczysz. Jak stajesz naprzeciw Chaosu i się nie cofasz. A teraz? – Skrzywiłem się. – Teraz patrzę i widzę tylko pustkę.
Wzruszyła ramionami, jakby nic, co powiedziałem, nie miało dla niej znaczenia.
– Może pustka to wszystko, co mi zostało?
Zacisnąłem pięści.
– Kłamiesz! – Mój głos zabrzmiał ostrzej niż chciałem, ale buzowała we mnie jakaś dzikość. – Kłamiesz, bo gdyby naprawdę nie zostało w tobie nic, nie byłabyś tutaj.
Spojrzała na mnie w końcu, a w jej oczach czaiło się coś, co próbowała ukryć, jakby cień gniewu, a może bólu.
– Dobrze wiesz, że nie mam już dokąd pójść. Zniszczyłam moje własne królestwo, a ty czego ode mnie chcesz? – zapytała chłodno. – Żebym cię znów oskarżyła? Krzyczała? Walczyła? Żebyś miał we mnie przeciwnika?
Przez chwilę milczałem, bo uświadomiłem sobie, że tak właśnie było. Że jej obojętność była gorsza niż wszystkie wcześniejsze krzyki. Podszedłem jeszcze bliżej, aż dzielił nas może jeden krok.
– Chcę, żebyś była sobą – powiedziałem wreszcie. – Tą kobietą, która potrafiła spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że karmię ją półprawdami. Która nie bała się rzucić wyzwania całemu światu. Tą, która nie daje się złamać.
Jej usta drgnęły lekko, ale nie odpowiedziała. Tylko odwróciła wzrok, jakby bała się, że zobaczę coś, czego nie chciała pokazać.
– Bez ciebie ten świat nie ma szans. – Te słowa jakby zawisły między nami.
Przez chwilę myślałem, że znowu zamilknie. Że jej wzrok ucieknie gdzieś w stronę okna, że nic nie odpowie i schowa się jeszcze głębiej w skorupie, którą dla siebie zbudowała. Ale wtedy jej palce zacisnęły się mocno na krawędzi parapetu. Pierś uniosła się gwałtownie, a oddech zadrżał.
– Nie mów tak! – Głos miała szorstki, pulsował gniewem i czymś, co brzmiało jak strach. Spojrzałem na nią, a w jej oczach nagle błysnęło coś żywego, nie pustka, nie rezygnacja. Coś, co przypominało dawną Alanyę. – Nie mów, że beze mnie świat sobie nie poradzi. – Zrobiła krok w moją stronę, tak że dzielił nas już tylko oddech, a znaki na jej skórze zamigotały delikatnym światłem, jakby budziły się wraz z nią. – Bo to nieprawda. Ja… ja tylko niszczę wszystko, czego dotknę. – Jej głos załamał się na tych ostatnich słowach. – Solvendor, mój dom, Veynar, Wiktoria… – Wypowiedzenie imienia przyjaciółki sprawiło, że nagle cała jej maska pękła. Łzy wypełniły jej oczy i spłynęły po policzkach, które przez ostatnie dni były kamienne i zimne.
Poczułem, jak coś ściska mi gardło.
– Alanyo… – Chciałem wyciągnąć rękę, ale ona cofnęła się gwałtownie, jakby mój dotyk mógł ją sparzyć.
– Nie rozumiesz?! – krzyknęła. – Nie mogę być siłą, nadzieją, nikogo już nie mogę uratować! – Jej głos rozbrzmiał w pustej galerii, odbijając się echem od marmurowych ścian. – Wszystko, czego dotknę, kończy się śmiercią i ruiną!
Światło jej znaków pulsowało coraz mocniej, jakby odpowiadały na jej emocje i tańczyły w rytmie jej furii. Patrzyłem, jak cała drży, rozdarta pomiędzy gniewem a rozpaczą. I choć jej słowa były jak ostrza wymierzone we mnie, wiedziałem, że wreszcie wraca. Że znowu walczy.
– To nieprawda – powiedziałem stanowczo, nachylając się jeszcze bliżej. – Ty nie niszczysz, ty walczysz. I właśnie dlatego wszyscy się ciebie boją.
Jej oczy błyszczały łzami i gniewem, ale tym razem się nie cofnęła. Patrzyliśmy na siebie, a cała sala zdawała się zbyt ciasna, by pomieścić ciężar tego, co działo się między nami. Czułem, jak powietrze między nami gęstnieje, jak narasta coś duszącego, niewypowiedzianego.
– Wykorzystałeś mnie – powiedziała, a głos miała ostry i bezwzględny. – Wykorzystałeś i okłamałeś, żeby obudzić to coś, co się w tobie obudziło razem z moją próbą. – Nie odsunęła się. Tylko uniosła głowę wyżej, a jej oczy płonęły gniewem. – Jestem tylko pionkiem w twojej grze – wyrzuciła z siebie. – Pionkiem, którym poruszasz, kiedy i jak ci wygodnie. – Stała przede mną jak żywy ogień, gniewna, piękna i złamana jednocześnie.
Nie myślałem. Nie kalkulowałem. Zanim zdążyła powiedzieć więcej, chwyciłem ją za ramiona i przyciągnąłem do siebie.
– Nie mów tak – wyszeptałem bardziej do siebie niż do niej. A potem ją pocałowałem.
Pocałunek był gwałtowny, dziki, pełen wszystkiego, czego nie potrafiliśmy nazwać. Ona się szarpała, biła pięściami w mój tors, a jednak jej usta odpowiadały, jej ciało przyciskało się mocniej. W tym momencie nie było już pionków ani gier – tylko my, dwie siły ścierające się w jednym miejscu.
Moje dłonie zacisnęły się mocniej na jej talii, przyciągając ją do siebie. Poczułem jej ciepło, zapach – i to było bardziej intymne niż wszystko, co działo się między nami wcześniej.
Ale nagle wyrwała się i odepchnęła mnie z taką siłą, że aż cofnąłem się o krok. Jej oczy lśniły łzami, oddech rwał się jak po długim biegu.
– Nigdy więcej – wyszeptała, a jej głos na moment się załamał, lecz nie stracił twardości. – Nigdy więcej tego nie rób.
Odwróciła się gwałtownie, a stukot jej kroków niósł się po kamiennej posadzce. Zostawiła mnie samego z emocjami, które buzowały pod skórą jeszcze długo po jej odejściu. A ja stałem tam, z jej smakiem na ustach i bólem w piersi, wiedząc, że kłamała. Bo ani ona, ani ja nie mogliśmy już od tego uciec.ROZDZIAŁ VII
Raven
Odchyliłem się w fotelu, czując, jak spinają mi się plecy. Czego ona właściwie oczekiwała? Że wyłożę jej całą prawdę, jakby to była księga, którą można otworzyć w dowolnym momencie? Prawdę, której nie była jeszcze w stanie unieść po tym wszystkim, co się wydarzyło i co się stało w Solvendorze?
Mogłem dać jej kawałek. Nawet powinienem. Była na to gotowa. Ale reszta? Ona wciąż musiała pozostać tam, gdzie była. Było na to zdecydowanie za wcześnie i zbyt niebezpiecznie.
Przez chwilę się zastanawiałem, czy w ogóle się pojawić. Mogłem zignorować ten list, a ona i tak nie mogłaby nic z tym zrobić. Była w Narthorze. Moim Narthorze. Byłem królem.
Znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że milczenie tylko podsyci jej złość. Będzie szukała odpowiedzi gdzie indziej, u niewłaściwych ludzi. A to było ostatnie, czego chciałem. Musiałem zachować kontrolę nad sytuacją.
Westchnąłem, sięgając po kielich. Wino było cierpkie, a gorycz osiadała na języku. Z każdą kolejną rozmową coraz trudniej było mi oddzielać obowiązek od wszystkiego innego.
Odłożyłem kielich i skinąłem głową sam do siebie. Wieczorem pojawię się w ogrodzie. Powiem jej tyle, ile sam zdecyduję. Ani słowa więcej.