Facebook - konwersja
Ebook
16,99 zł 31,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
4 listopada 2020
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

PROMOCJA
16,99
31,99

Oszczędzasz 15,00 zł (46%)

Cena w punktach Virtualo:
1699 pkt.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Pobierz fragment

12 opowiadań i 12 przepisów na popisowe świąteczne dania świetnych polskich autorów.

Ktoś zginie otruty barszczem wigilijnym, czyjaś paczka na święta zgubi się w paczkomacie, ktoś upuści karpia na tory tramwajowe, ktoś się nieszczęśliwie zakocha, do kogoś w zastępstwie Mikołaja przyjdzie diabeł, a ktoś inny odkupi swoje winy bohaterskim czynem. To wszystko w niesamowitym zbiorze wigilijnych opowieści okraszone smakowitymi przepisami pasującymi do treści opowiadań.

Smakowite historie na każdy dzień adwentu.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-8707-1
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tomasz Betcher. Ostatnia gwiazdka

Dokładnie w takich okolicznościach zaplanował swoją śmierć.

Już dawno temu pomyślał, że wszystkie najważniejsze wydarzenia w jego życiu toczyły się zimą. Zatem to ostatnie również powinno. Nie żeby uważał swój zgon za coś wyjątkowego, ale miał poczucie, że dopełni to pewien cykl i przynajmniej krąg jego życia zamknie się, jak należy.

Pchnął skrzydło kutej bramy, które zaskrzypiało przeraźliwie. Park Kuźniczki należał do najmniejszych w Gdańsku, ale jego zdaniem był jednym z najbardziej urokliwych i Paweł Michalski miał do niego sentyment. Wciśnięty pomiędzy tereny dawnego browaru, pływalnię Start i ulicę Wajdeloty, stanowił jedno z tych miejsc we Wrzeszczu, gdzie zawsze można było znaleźć wytchnienie.

Obejrzał się, ale choć w okolicach dworca Wrzeszcz i pobliskiego centrum handlowego roiło się od ludzi, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przechodnie dreptali we wszystkich kierunkach, kuląc się w porywistym wietrze. Nikomu nie przyszło do głowy oglądać się na faceta w długim płaszczu, który właśnie wszedł do parku.

Kiedy Paweł minął bramę, podmuchy wiatru nieznacznie osłabły i przestały szarpać połami jego płaszcza. Rozejrzał się i po chwili wahania wybrał ławkę, na której miał zamiar umrzeć. Położona na uboczu, osłonięta gęstymi zaroślami tak, że nawet ze ścieżki było trudno ją dostrzec, wydawała się wręcz idealna. Podszedł, rozejrzał się dookoła i upewniwszy, że nikt go nie widzi, opadł na grube deski. Posiedział przez jakiś czas, a potem, stwierdziwszy, że w parku i tak nikogo nie ma, położył się.

Ulicą Wajdeloty przejechał samochód. Z rozkręconego na cały regulator radia płynęły słowa nieśmiertelnego świątecznego hitu Last Christmas. Dudniące basy poczuł aż na sobie.

Last Christmas, I gave you my heart

But the very next day you gave it away

This year, to save me from tears

I’ll give it to someone special

W ostatnie święta oddałem Ci serce

Ale już następnego dnia zwróciłaś mi je

W tym roku, by oszczędzić sobie łez

Ofiaruję je komuś wyjątkowemu

Minęło już tyle lat, a przebój Wham! wciąż rządził listami świątecznych przebojów, choć z obserwacji Pawła wynikało, że piosenka miała tyle samo przeciwników co zwolenników. A znakomita większość w ogóle nie wsłuchiwała się w tekst albo zwyczajnie go nie rozumiała. Piosenka nie skupiała się na świętach, ale na złamanym sercu. Paweł doskonale znał to uczucie, choć jego serca nie złamała ukochana.

Od ostatniej rodzinnej Wigilii minęło wiele lat, a jednak wspomnienia ze świąt wciąż były najbardziej wyraziste. Zadawały także największy ból. Paweł wciąż pamiętał smak wspólnie przygotowywanych potraw, zapach prawdziwej choinki, którą zawsze mieli, i widok dzieci z wypiekami na twarzy rozdzierających papier prezentowy. Choć wszystkie inne wspomnienia zdawały się blednąć i zacierać, to każdą Gwiazdkę pamiętał, jakby była ostatnia. A jednak dopiero ta dzisiejsza miała się taka okazać.

Wytarł nos, a zza pazuchy wyjął butelkę whisky Glenmorangie Grand Vintage 1990. Dostał ją kilka lat temu od jednego z kontrahentów. Już wtedy była wiele warta, a z tego, co się orientował, cena bursztynowego trunku przekraczała trzy tysiące złotych. Otworzył i powąchał. Mocny aromat zakręcił go w nosie. Z kieszeni płaszcza Paweł wydobył ulubioną szklankę i nalał do połowy, ciesząc ucho przyjemnym dźwiękiem.

– Na zdrowie – powiedział do siebie i zrobił coś, co wielu ortodoksyjnych koneserów przyprawiłoby o zawał serca. Wypił whisky duszkiem.

Alkohol był wart swojej ceny i miał moc. Oczy Pawła zaszły łzami. Chuchnął w zwiniętą dłoń, po czym nalał znowu. Ciepło błyskawicznie rozchodziło się po przełyku, żołądku, a w końcu po całym ciele. Nie czekał. Chwycił szklankę i opróżnił ją tak samo jak poprzednim razem. Zrobiło się mu wręcz gorąco, ale wiedział, że to uczucie szybko minie. Ułożył się wygodniej, podparł głowę łokciem, a szklankę postawił na zmarzniętej ziemi.

Pił na pusty żołądek, więc zaszumiało mu w głowie bardzo szybko i wkrótce świat zaczął tracić ostrość. Z każdą upływającą minutą temperatura powietrza spadała, szczypiąc nieosłoniętą skórę. Zapowiadał się wyjątkowo mroźny wieczór.

Płaszcz, który Paweł miał na sobie, był elegancki, uszyty przez krawca. Leżał jak ulał i Paweł lubił wkładać go na wyjątkowe okazje. Żałował, że w jego życiu było ich tak niewiele. Pod spodem miał ulubioną koszulę, co w połączeniu z cienkim płaszczem nie dawało żadnej ochrony przed chłodem, a co dopiero przed dziesięciostopniowym mrozem i porywistym wiatrem. Było oczywiste, że w takim odzieniu nie przeżyje nocy. I dokładnie o to mu chodziło.

Sięgnął po butelkę. Już miał nalać trzecią kolejkę, ale powstrzymał go odgłos kroków na ścieżce.

Nie słyszał dźwięku otwieranej bramy, ale po pierwsze, nie był pewien, czy w ogóle zamykał jej skrzydło, a po drugie, był tak zatopiony w myślach, że mógł zwyczajnie tego nie zarejestrować. Ostatnio bywał rozkojarzony. Z półmroku rozświetlonego świątecznymi iluminacjami wyłoniła się postać. Nie podniósł się. Skoro i tak miał umrzeć, było mu wszystko jedno, co ten ktoś sobie o nim pomyśli.

Dziewczyna musiała mieć kilkanaście lat, ale nie widział jej dokładnie. Wciąż miał oczy pełne łez, które wycisnęła z niego whisky, a poza tym ostatnio coraz gorzej widział po ciemku. W przebijającym przez gałęzie świetle zobaczył, że dziewczyna ma na sobie ciężkie buciory, podarte dżinsy i kurtkę Bundeswehry, zniszczoną tak, że nadawała się tylko na śmietnik. Sądził, że minie jego ławkę i pójdzie dalej, ale zatrzymała się i obrzuciła go spojrzeniem mocno umalowanych oczu. Przez chwilę stała, jakby zastanawiała się, co zrobić. W końcu przysiadła na drugim skraju ławki. Wyciągnęła pomiętą paczkę papierosów i zgrabnym ruchem wydobyła jednego. Płomień zapalniczki na sekundę rozświetlił jej twarz. Była ładna, poważna. I było w niej coś znajomego.

– Kiepski dzień? – Dziewczyna zaciągnęła się i wypuściła chmurę dymu.

Michalski machnął niedbale ręką. Nie chciał z nią rozmawiać. Nie dziś, kiedy wreszcie podjął decyzję.

– Będzie padało. Śnieg, znaczy. – Wskazała papierosem na niebo, po czym przeczesała palcami włosy.

Z tej perspektywy nie mógł stwierdzić, czy była naturalną blondynką, czy nie. Końcówki jej włosów połyskiwały fioletowo. Spojrzała na butelkę, która wysunęła się z płaszcza.

– Zamierzasz się tutaj urżnąć?

– Zamierzam tu zdechnąć – warknął rozeźlony. Miał nadzieję, że się przestraszy i ucieknie. I że nikogo nie wezwie. Jeszcze tego brakowało, żeby oskarżyli go o pedofilię. Albo, co gorsza, nie dali mu umrzeć. – Nie masz co robić, tylko szlajać się nocą po parku? Nie jesteś za młoda, żeby palić?

Nie odpowiedziała. Kilka razy zaciągnęła się dymem, po czym wzruszyła ramionami. Dokończyła papierosa i zgasiła niedopałek na oparciu ławki.

Paweł zrobił się senny. Przymknął na chwilę oczy, mając nadzieję, że kiedy je otworzy, dziewczyny już nie będzie. Ku jego rozczarowaniu była. Na dodatek zaczął padać gęsty śnieg, choć cały dzień był słoneczny i bezchmurny. I mroźny. Zupełnie jak wtedy, kiedy poznał Justynę.

* * *

Zima 1986 roku nie była wprawdzie nazywana zimą stulecia, ale z pewnością należała do jednej z najostrzejszych zim dwudziestego wieku. Pociągi stawały w szczerym polu, pękały butelki w mleczarniach, a wiele miejscowości zostało pozbawionych prądu, jednak nawet najsroższy mróz nie mógł ugasić żaru, który płonął w sercu Pawła.

Justynę poznał zupełnie przypadkowo, kiedy otwierające się drzwi w pociągu SKM wciągnęły połę jej puchowej kurtki i się zacięły. Stał w niewielkiej grupce, czekając na wyjście. Rozczuliło go, że szarpała się z kurtką taka bezradna, podczas gdy pozostali pasażerowie wymijali ją, wychodząc z pociągu otwartą połową drzwi. To był jego przystanek, ale postanowił jej pomóc. Przez kilka chwil mocował się z mechanizmem, który za nic nie chciał puścić. Kurtkę uwolniło dopiero zamknięcie drzwi przez konduktora. Tyle że w tym samym momencie pociąg ruszył.

– Przepraszam – powiedziała, oblewając się rumieńcem.

Dopiero teraz spostrzegł, jaka jest ładna. Niebieskie oczy, jasne włosy i policzki zaróżowione od panującego w wagonie gorąca. Konduktor rozkręcił ogrzewanie na pełną moc, nie zważając na zimową odzież pasażerów.

– To był chyba pana przystanek?

– Nie szkodzi. – Wzruszył ramionami. – Pani chyba także?

– Niestety tak. Przy następnej stacji jest postój taksówek, zapłacę za kurs dla pana w ramach podziękowania i zadośćuczynienia – zaproponowała nieśmiało, lecz odmówił.

W zamian zaprosił ją na spacer. Mróz szczypał w uszy i policzki, ale od rana świeciło słońce, które skrzyło się w śnieżnych zaspach. Rozmawiało się im doskonale. W niełatwych czasach łatwo znaleźli wspólny język. Przeszli wzdłuż ulicy Hynka, a potem zagłębili się w labirynt wrzeszczańskich uliczek. W jednej z nich znaleźli małą kawiarnię i Paweł wiedział, że to początek niezwykłej znajomości.

Po roku wzięli ślub. Mieli małe wesele i wielkie perspektywy. On był architektem z fantazją, choć na razie zatrudnionym w miejskim przedsiębiorstwie, ona farmaceutką z pasją. Z pomocą rodziców w ciągu kilku lat dorobili się małego mieszkania, dużego fiata i ogromnego apetytu na życie. Brakowało im tylko jednego – dziecka.

Pomimo usilnych starań Justyna nie mogła zajść w ciążę. Próbowali wszystkiego, konsultowali się z najlepszymi specjalistami w Polsce, sprowadzali z zagranicy horrendalnie drogie suplementy diety, kochali się czasami po kilka razy dziennie. A jednak nie przynosiło to pożądanego skutku.

Dziecko pojawiło się dopiero wtedy, kiedy stracili nadzieję.

Paweł doskonale pamiętał ten dzień. Odgadł, co się dzieje, jeszcze zanim Justyna wypowiedziała pierwsze słowo. Wzruszył się wtedy ogromnie, zresztą tak samo jak ona. Cały wieczór płakali i śmiali się na przemian, ciesząc się swoim szczęściem. Następnego dnia przytargał do domu wielki kosz owoców, skrzynkę wypełnioną wędzonymi rybami i wędlinami od znajomego gospodarza, jeszcze ciepły chleb. Tak, aby żonie niczego nie zabrakło.

Osiem miesięcy później Paweł krążył nerwowo między podwórzem szpitala, na które wychodziły okna sal oddziału położniczego, a budką telefoniczną, skąd co chwila dzwonił po informacje.

– Tłumaczyłam już panu trzy razy, że żona nie urodzi w ciągu piętnastu minut. – Pielęgniarka dyżurna była wyraźnie poirytowana. – Niech pan zadzwoni za dwie, trzy godziny.

Westchnął i postanowił wziąć się w garść. Choć państwo polskie przeszło już transformację, to służba zdrowia wciąż jeszcze tkwiła głęboko w starym systemie. Mężczyzn traktowano jak zbędny element zakończenia ciąży i trzymano z dala od oddziałów położniczych. Zdesperowani ojcowie wystawali pod oknami, by móc choć przez chwilę cieszyć oczy widokiem swoich nowo narodzonych dzieci.

Z niewesołymi myślami Paweł powędrował od szpitala na Klinicznej w stronę centrum Wrzeszcza. Zima – brzydka i dżdżysta – zupełnie nie przypominała tych, które znał z młodości. Nie było nawet specjalnie zimno, nie mówiąc już o śniegu, który wciąż nie chciał spaść. Paweł przysiadł na ławce w parku Kuźniczki, by odczekać jeszcze kwadrans, zanim zadzwoni z telefonu na dworcu. Został mu ostatni żeton. Obserwował ludzi wysypujących się co chwila z pociągów SKM, ale w parku był sam. W taką pogodę nikt nie miał ochoty tam wchodzić, a tym bardziej siadać na mokrych ławkach czy spacerować po rozmiękłych ścieżkach.

Z gałęzi drzewa obserwowała go wrona. Łypała na niego swoim czarnym okiem, wywołując uczucie niepokoju. Zamiast wzbić się w górę, zeskoczyła z gałęzi i poszybowała w stronę Pawła. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że chce go zaatakować. Przeleciała tak nisko, że zerwał się z ławki. Pomyślał, że to znak. Że musi zadzwonić. Choć nie był przesądny, wrona nie kojarzyła mu się dobrze. Pobiegł na dworzec, przeczuwając najgorsze.

Pomylił się. W słuchawce telefonu usłyszał najlepszą wiadomość swego życia.

* * *

Natalka rosła szybko. Krótkie jasne włoski szybko zamieniły się w gęste loki, które Paweł uwielbiał. Ku jego rozczarowaniu pszenicznej barwy sprężynki z każdym rokiem rozprostowywały się i kładły falami na ramionach.

Może przesadzali, może te kilka lat bezowocnego starania się o dziecko odcisnęło na nich piętno nadopiekuńczych rodziców, którzy traktowali córeczkę jak największy i najbardziej kruchy skarb, a może po prostu kochali ją nad życie. Skakali z radości, gdy Natalka postawiła pierwszy krok. Płakali ze szczęścia, kiedy po raz pierwszy usłyszeli „mama” i „tata”. Podziwiali każdy wyrzynający się ząbek i martwili się każdą kreską powyżej normy na termometrze rtęciowym.

Gdy podrosła jeszcze bardziej, lubiła mówić: „Nie smutaj się. Jutlo będzie dobly dzień”. Robiła to nawet wtedy, kiedy nie byli smutni, tylko zwyczajnie zamyśleni. Paweł wiedział wówczas, że córeczka ma rację. Każdy następny dzień mógł przynieść coś nowego. Coś dobrego.

Kiedy Natalia miała cztery lata, wydarzyło się coś nieoczekiwanego – Justyna poczuła się inaczej. Kiedy połączyła swoje spostrzeżenia niczym kropki w rysowankach, które Natalka tak bardzo lubiła, wszystko stało się jasne. Była w drugiej ciąży.

– Paweł, musimy porozmawiać – powiedziała któregoś wieczoru.

Sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.

– A wiesz, że też o tym myślałem? Od dawna się zbieram, żeby zapytać cię o zdanie. Chciałbym otworzyć taki interes…

– Ja nie o tym… – przerwała mu nieśmiało, a on od razu zamienił się w słuch. Wiedział, kiedy żona ma mu do powiedzenia coś wyjątkowo ważnego. – Jestem w ciąży.

Przez chwilę milczał, jakby zębatki w zwykle sprawnej machinie myślowej natrafiły na coś, co mogło grozić jej zatrzymaniem. W końcu jego twarz się rozjaśniła i Paweł zareagował dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy powiedziała mu o Natalce.

Biznes otworzył, choć Justynie opowiedział o nim tylko pobieżnie. Przedsięwzięcie chwyciło, co zresztą nie było niczym dziwnym. Na początku lat dziewięćdziesiątych Polska brała pierwszy głęboki oddech po czasach komunistycznego zaduchu i odniesienie sukcesu było wreszcie możliwe. Paweł ze swoim gruntownym technicznym wykształceniem i nowatorskimi pomysłami stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych architektów w północnej Polsce.

Zanim urodzili się bliźniacy – Radek i Wojtek – Michalscy przeprowadzili się do dużego domu na Strzyży, którego ściany wciąż pachniały świeżą farbą, deski żywicą, a sprzęty nowością. Każdy kolejny etap życia czynił Pawła szczęśliwszym, nawet kiedy on sam myślał, że już więcej od życia chcieć nie można.

* * *

– Masz dzieci – bardziej stwierdziła, niż zapytała dziewczyna, co wzbudziło jego podejrzliwość.

Otworzył oczy i westchnął, kiedy zobaczył, że ona nadal tam siedzi. Musiał przysnąć na chwilę, bo jego płaszcz przysypała już cieniutka warstwa śniegu.

– Co z nimi? – nie odpuszczała.

Poprawił się na ławce, wyciągnął zza pazuchy butelkę i postawił ją na ziemi. Nie było już sensu niczego ukrywać. Ku jego rozczarowaniu rozkoszne ciepło oferowane przez alkohol szybko znikało. Wytrząsnął śnieg ze szklanki i powtórzył rytuał zmierzający do opróżnienia flaszki. Na szczęście z trzech czwartych litra została ponad połowa.

– Dlaczego chcesz się zabić, skoro masz dla kogo żyć? – odezwała się ponownie.

– A co ty jesteś taka pewna, że mam? – spytał, a po chwili nadeszło olśnienie. Pomacał wewnętrzną kieszeń płaszcza i już wiedział. – Jeśli potrzebujesz pieniędzy, to wystarczyło powiedzieć. Okradłaś mnie?

Wyciągnęła jego portfel, po czym otworzyła zgrabnym ruchem. Nie musiał patrzeć. Wiedział, że w okienku znajduje się zdjęcie, które uwieczniło szczęście. Byli na nim wszyscy. Justyna, Natalka, Radek, Wojtek i on. Wtedy czuł się spełniony, kompletny i szczęśliwy.

– Wygląda na to, że niczego ci nie brakuje. – Pogmerała w portfelu i wyjęła gruby plik banknotów o dużych nominałach.

– Chcesz, to je sobie weź. Mnie nie będą potrzebne. Głupia jesteś, skoro myślisz, że pieniądze dają szczęście.

– A nie dają?

– Nie. One pozwalają eliminować nieszczęścia. I to nie wszystkie. Niektórych rzeczy nie da się kupić. A gdybym mógł cofnąć czas, niektórych rzeczy nigdy bym nie kupił.

– Nie? – Uniosła brwi zaskoczona. – Czego na przykład?

– Łyżew – powiedział i ściągnął usta w wąską kreskę.

Dzień, w którym kupił łyżwy, sprowadził przekleństwo na jego życie.

* * *

Wyglądały jak dzieło sztuki. Paweł gwizdnął z uznaniem, kiedy rozpakował przesyłkę z Kanady. Kto jak kto, ale Kanadyjczycy wiedzieli, jak robić łyżwy. Białe figurówki wykonane z naturalnej skóry, z klasycznym sznurowaniem i profesjonalną płozą mogły zadowolić najbardziej wymagające łyżwiarki w Polsce, a może nawet na świecie. Miał więc nadzieję, że jego córka także je doceni. Kosztowały majątek, ale było go stać.

Oprócz figurówek w paczce znajdowały się jeszcze dwa zestawy hokejowe dla chłopców, choć Paweł wątpił, żeby zrobiły na nich większe wrażenie. Szusowanie po lodzie nie znajdowało się w kręgu ich zainteresowań. Z trójki rodzeństwa tylko Natalia wpatrywała się jak zaczarowana w ekran telewizora, na którym łyżwiarki w skąpych sukienkach wykonywały niezwykłe akrobacje. Iskry, które wtedy miała w oczach, mogłyby rozświetlić największy mrok.

Usłyszał otrzepywanie butów na wycieraczce i w pośpiechu schował karton do wielkiej szafy. Pod kurtkami i płaszczami był niemal niewidoczny. Na wszelki wypadek narzucił jeszcze na nie koc. Justyna wróciła z chłopcami ze szkoły i ferie świąteczne należało uznać za rozpoczęte. Miał nadzieję, że dzieci nie odkryją jego bożonarodzeniowych prezentów. Przynajmniej do czasu, kiedy wraz z żoną je zapakują.

– Tato, pójdziemy ulepić bałwana w ogrodzie? – spytał Wojtek.

Jego czerwone policzki nie pozostawiały wątpliwości, jak jest na zewnątrz. Zresztą odrobina lodowatego powietrza zdążyła się już wedrzeć do domu.

– Niestety, mam robotę. – Paweł wskazał ruchem głowy na piętro, gdzie znajdowała się jego pracownia.

Część zleceń mógł nadzorować z domu, w czym niezmiernie użyteczny okazał się internet. Po latach jego firma rozrosła się i stała prawdziwą fabryką projektów, a Paweł mógł sobie pozwolić na zatrudnianie najlepszych architektów na rynku. Wciąż jednak to on wszystko nadzorował i przedstawiał klientom ostateczną wersję. Zbyt wiele razy przejechał się na ludziach i ten etap wolał zostawić dla siebie, by mieć nad wszystkim kontrolę. Niestety, pochłaniało to wiele czasu.

– Może w weekend spadnie więcej śniegu i wtedy ulepimy wielkiego jak dom – powiedział.

– Taaaaato, to przecież nasza tradycja. Nie można jej zaprzestać, bo będziemy mieli pecha, a pierwszy śnieg jest tylko raz w roku. – Natalia skierowała na niego swoje niebieskie oczy.

Choć była starsza od braci o cztery lata, wciąż lubiła uczestniczyć w ich wygłupach i zabawach. Paweł wiedział, że to nie potrwa już długo. Wkrótce córka zacznie dorastać i wspólne zabawy przestaną ją interesować.

– To tylko chwila – przekonywała. – Zrób sobie przerwę. Proooszę…

O ile odmawianie chłopcom przychodziło mu z większą łatwością, o tyle córka zawsze potrafiła go zmiękczyć. Być może był to skutek podziału, który wytworzył się w rodzinie: bliźniacy byli niezwykle mocno związani z matką i czasami Paweł zazdrościł Justynie takiej miłości. Natalka zaś znacznie bardziej lgnęła do ojca. To jemu zwierzała się ze swoich radości i smutków, przy nim zasypiała i jego wołała, kiedy obudził ją nocny koszmar.

– No dobrze – westchnął Paweł i sięgnął po kurtkę. Z garażu wziął dwa węgle, a z lodówki marchewkę. – Ale tylko mały bałwan.

* * *

Była już dużą dziewczyną. Miała w końcu dziesięć lat. Dwie cyfry zobowiązywały i choć Natalka wciąż lubiła bawić się z braćmi, to jednak coraz bardziej wstydziła się otwarcie to okazywać. Latem wspólnie skakali na trampolinie, ganiali po ogrodzie i kąpali się w morzu. Zimą stałym elementem ich zabaw była wojna na śnieżki i budowanie igloo, a kiedy pogoda nie sprzyjała, znajdowali zajęcie w domu, przy czym ulubionym była zabawa w chowanego.

Mimo że Natalia urosła i nie mieściła się już do swoich najlepszych kryjówek, wciąż miała kilka asów w rękawie. Wielka szafa w sypialni rodziców była głęboka, przez co wydawała się nieco straszna i maluchy nie zawsze chciały ją otwierać. Natalia zaś w przepastnym wnętrzu przepełnionym zapachem ubrań i lawendy znajdowała ukojenie. Tym razem jednak znalazła coś zupełnie innego.

Zanim zamknęła drzwi, wyłowiła wzrokiem kształt, którego do tej pory nie widziała. Zajrzała pod koc, a po chwili wyciągnęła znalezisko z czeluści szafy. Kiedy odwinęła gruby papier i uchyliła wieko jednego z pudeł, westchnęła z zachwytu. Podniosła figurówkę i przesunęła palcami po gładkiej skórze. To musiał być prezent od rodziców. Kiedy ostatnio oglądała zawody w jeździe figurowej na lodzie, tata dziwnie na nią patrzył. A teraz miała w rękach łyżwy, o których koleżanki mogły jedynie pomarzyć. Tylko czy będą pasowały? Ostatnio stopa urosła Natalce tak bardzo, że mama musiała kupić jej nowe buty zimowe. A jeśli okażą się za małe?

Obejrzała się w kierunku korytarza, czy nikt nie idzie. Bliźniacy przeszukiwali właśnie pralnię, gdzie Natalia miała kilka ulubionych kryjówek. Była więc bezpieczna. Włożyła buty i zasznurowała je.

– Pasują idealnie – szepnęła do siebie, oglądając prezent z każdej strony. – Ciekawe, jak jeżdżą…

Myśl o wypróbowaniu ich zakiełkowała w niej i rosła z każdą sekundą. Tylko kilka szusów, żeby się upewnić, że suną tak cudownie, jak wyglądają. Rodzice na pewno się nie pogniewają, jeśli tylko wróci przed zmrokiem.

Wiedziała, gdzie może wypróbować łyżwy. Odczekała, aż bracia ją znajdą, i zarządziła kolejną rundę chowanego, by mogła niepostrzeżenie wymknąć się z domu. Było to o tyle łatwe, że rodzice od rana zajmowali się przygotowaniami do wigilii. W domu pachniało postną kapustą, która była specjalnością taty. I jeszcze piernikiem. O tak! Na piernik Natalka czekała wyjątkowo niecierpliwie. W końcu sama pomagała robić przyprawę.

Pamiętała, kiedy po raz pierwszy ją przygotowali. Mama przyniosła przepis od jakiejś znajomej z Torunia. Podobno w jej rodzinie była mistrzyni pierników. Natalka z zaciekawieniem oglądała wszystkie wyłożone na stół składniki: laski cynamonu, goździki, gałkę muszkatołową i wiele innych, których nazwy słyszała, ale nie mogła ich zapamiętać. Potem mama zawołała do pomocy tatę. Wrzucili wszystko do moździerza i tata zaczął mocno kręcić tłuczkiem. Po chwili wszyscy troje poczuli niezwykły, wiercący w nosie aromat. Wręcz magiczny. To było kilka lat temu, ale od tej pory stało się tradycją, że Natalia wraz z tatą przygotowywała magiczną przyprawę do piernika.

Spojrzała na ojca przez balustradę. Na głowie robiło mu się śmieszne gniazdko z przerzedzonych włosów. W przerwach pomiędzy mieszaniem i dodawaniem kolejnych składników kroił warzywa na sałatkę jarzynową, której Natalia nie znosiła. Mama zwijała długie rulony makowców i przyprawiała zupę grzybową. Oboje byli tak pochłonięci pracą w kuchni, że nie zauważyli, jak zeszła po schodach do piwnicy, chowając łyżwy za plecami.

Wyszła tylnymi drzwiami i przemknęła przez ogród, kryjąc się za wysokimi tujami. Znała tu każdy kąt i każdą ścieżkę. Otworzyła niewielkie drzwi wiaty śmietnikowej i wymknęła się przez nią niezauważona. Kwadrans później siedziała na śliskich betonowych schodach nad zbiornikiem retencyjnym Srebrniki i wiązała łyżwy. „Tylko kilka szusów”, upomniała siebie po raz kolejny.

Ruszyła nieśmiało, ale z każdym krokiem nabierała prędkości. Łyżwy niosły jak marzenie, a mroźne powietrze przyjemnie szczypało w policzki. Kiedy usłyszała za sobą trzask, było za późno. Obejrzała się i zobaczyła białą pręgę na ciemnej tafli lodu. Zbliżała się do niej. Natalka przyspieszyła. Zdąży, musi zdążyć. Była już całkiem niedaleko brzegu, kiedy lód rozstąpił się i otoczyła ją ciemność. Próbowała walczyć, lecz nasiąknięte ubranie i ciężkie łyżwy ciągnęły ją na dno. Chwilę później jej płuca wypełniły się lodowatą wodą.

Kiedy pod stopami dziewczynki pękł lód, pękło także serce jej ojca, choć Pawłowi było dane przeżyć jeszcze dobę w dramatycznej szarpaninie między nadzieją a rozpaczą.

* * *

– Mam dwóch synów – powiedział, czując, że język zaczyna mu się plątać, a słowa brzmią bełkotliwie. Whisky spełniała swoje zadanie bezbłędnie. – Ale nie żyjemy za dobrze.

To było delikatne określenie. Po śmierci Natalki cała rodzina pogrążyła się w rozpaczy, a każdy przeżywał żałobę na swój sposób. Odejście ukochanej córeczki najbardziej zmiażdżyło serce Pawła. Szukał ucieczki w pracy, by zaznać choć odrobiny ulgi. Dla synów i żony stał się oschły, łatwo wpadał w gniew, co skutkowało nakładaniem na chłopców srogich kar. Kilka razy ich nawet uderzył.

Lata mijały, a ból nie. Pozostali członkowie rodziny zaczęli sobie jakoś radzić. Pogodzili się ze stratą; wielka rana zdawała się powoli goić. Paweł jednak cały czas trwał w żałobie i nie dopuszczał do siebie nikogo.

* * *

Wychylił kolejną szklankę whisky i czknął. Chciał się przyjrzeć dziewczynie, zobaczyć grymas obrzydzenia i pogardy na jej twarzy, ale ona wciąż kryła się w półmroku. Światło świątecznych dekoracji również nie pomagało. Zamiast oświetlić choć kawałek jej twarzy, oślepiało Pawła.

– Miałem jeszcze córeczkę – wybełkotał i niedbale odstawił butelkę, która zaraz się przewróciła. – Co roku o tej porze chodziłem na jej grób. Teraz tego nie zrobię i to jedyna rzecz, której żałuję.

– Dlaczego w tym roku nie pójdziesz?

– A jak myślisz?

– A co z twoimi synami?

– Co z nimi?

Przerzucali się pytaniami, jakby odbijali piłeczkę do ping-ponga. Paweł nie zamierzał przerywać, ani z grzeczności, ani z żadnej innej przyczyny. Było mu wszystko jedno, co natrętna dziewczyna sobie o nim pomyśli.

– A co ma być? Nienawidzą mnie.

– Po co dbać o zmarłych, jeśli nie potrafi się zadbać o żywych?

Chciał coś odpowiedzieć, odruchowo zaprzeczyć, że przecież dbał o synów, jak umiał, że zrobił wszystko, co mógł, a jednak zmilczał. Wiedział, że to byłoby kłamstwo. Przez tyle lat je wypierał, ale w końcu do niego wróciło. Pieniądze, które łożył, były niczym w porównaniu z miłością, której poskąpił synom. Zrobiło mu się wstyd, że niemal wyciągnęła je z niego ta smarkula, pochodząca pewnie z jakiejś patologicznej rodziny.

Był głupi. Teraz to rozumiał. Zamiast cieszyć się tym, co mu pozostało, wolał hodować w sobie tę nienawiść do świata, do siebie samego, synów, żony i Bóg wie kogo jeszcze. Do samego Boga zresztą też.

Myślał, że najgorszy dzień był wtedy, kiedy musiał zobaczyć martwą córkę. Mylił się. Każdy następny był jeszcze gorszy.

* * *

– Paweł, ja nie dam rady – powiedziała Justyna głosem zachrypniętym od płaczu. Miała obrzmiałą twarz i przekrwione do niemożliwości oczy. – Musisz pojechać.

Kiedy policjanci zapukali do ich drzwi, Pawła nie było w domu. Razem z sąsiadami szukał Natalki w okolicznych lasach, podczas gdy policyjni płetwonurkowie przeszukiwali zbiorniki wodne. Kiedy wrócił do domu, miał nadzieję, że Natalia już tam jest. Siedzi przy kominku zawinięta w koc i sączy gorące kakao, które przygotowała jej mama.

– Wróciła? – spytał, zanim jeszcze zobaczył kogoś z domowników.

Gdy tylko spojrzał na wykrzywioną bólem twarz Justyny, wiedział, że stało się najgorsze.

Za policjantem, który prowadził go przez korytarze zakładu medycyny sądowej, szedł jak w transie. Nawet jeśli funkcjonariusz coś do niego mówił, to umysł Pawła tego nie rejestrował. Dopiero kiedy lekarz otworzył drzwi chłodni i wysunął nosze, na których znajdowało się małe ciało, Michalski poczuł, jak rzeczywistość z całą mocą wdziera mu się do głowy.

– Natalka… – szepnął tylko i głos uwiązł mu w gardle. Z oczu kapały mu łzy, które spadały na drobną dłoń dziewczynki. – Córeczko…

Spodziewał się makabrycznego widoku, ale wyglądała, jakby spała. I to właśnie było najtrudniejsze. Była bledsza niż zwykle i twarz miała spokojniejszą, co za życia niemal się nie zdarzało. Miał wrażenie, że jego córeczka jest tak blisko, że wystarczy ją obudzić, a jednak wiedział, że jest bardzo daleko. Na tyle daleko, że nigdy już nie usłyszy jej śmiechu, nie poczuje jej ciężaru, kiedy podrzucał ją pod sufit, jej ciepłego oddechu łaskoczącego szyję, kiedy zasypiała przytulona do niego. Opadł na kolana i przywarł ustami do jej zimnej dłoni, a jego ciałem raz po raz wstrząsał szloch.

Potem była pustka, która zdawała się trwać wieczność.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: