Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wilcze Pióro - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 czerwca 2026
E-book: EPUB, PDF
39,99 zł
Audiobook
24,99 zł
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Wilcze Pióro - ebook

Po tajemniczej śmierci brata Sienna Reid nie szuka miłości – tylko odpowiedzi. Miesiącami goni cienie i półprawdy w mieście, które nigdy nie śpi. Wszystko zmienia się w noc balu charytatywnego: jedno złe spojrzenie, jeden dotyk nieznajomego… i jej świat się rozpada. Uwięziona między dwoma niebezpiecznie potężnymi alfami – Eliasem Thorne, chłodnym, władczym i niebezpiecznie uzależniającym, oraz Viktorem Blackclawem, bezlitosnym, dzikim i śmiertelnie magnetycznym – Sienna zostaje wciągnięta w grę, z której nie da się wyjść cało. W wilczym półświatku, gdzie lojalność ma ostrze, a pożądanie łatwo zamienia się w obsesję, każdy wybór ma swoją cenę. A serce Sienny może być nagrodą… albo ofiarą. Mroczny paranormalny dark romance z wilkołakami: brutalny świat alf, toksyczne relacje, trójkąt, przemoc, obsesja i dużo napięcia. Dla czytelniczek, które wolą drapieżne wilki od grzecznych rycerzy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Szmer miasta wciskał się przez uchylone okno, ale mieszkanie Sienny Reid połykało go bez śladu. Dźwięki z ulicy rozbijały się o stosy gazet i rozchylone notesy, gasły między kubkami po kawie, które zostawiały na biurku brunatne obręcze jak ślady po czymś, co wypite — a nie wyrzucone. Słońce pełzło po blacie leniwie, bez ciepła. Nawet ono wydawało się tu tylko gościem.

Fotel skrzypnął pod jej ciężarem, gdy pochyliła się nad laptopem. Klawisze stukały szybko, nerwowo — suchy terkot odpowiedzi, których nikt nie chciał słuchać. Ekran odbijał zarys jej twarzy w poszarpanych smugach światła. Na spacji zaschła cienka, lepka kreska po starej kawie.

Oskar leżał obok w plamie słońca, zwinięty ciasno, jakby świat zewnętrzny go nie dotyczył. Tylko koniec ogona poruszał się od czasu do czasu, ospale, w rytmie, którego nie wyznaczał zegar.

Liam nie żył od pięciu lat.

W oficjalnym raporcie zamknęli go w suchej urzędniczej mowie: wypadek, teren leśny, brak udziału osób trzecich. Sienna znała te zdania na pamięć. Wiedziała, w którym miejscu papier marszczył się lekko od ciągłego składania, gdzie tusz był odrobinę ciemniejszy, jakby ktoś mocniej docisnął pieczątkę. Przeczytała go tyle razy, że przestała widzieć słowa. Pozostał tylko zgrzyt — cienki, stały, jak kamień w bucie na długim marszu.

Rozjazdy w zeznaniach.

Luki.

I symbole wyryte w ziemi niedaleko miejsca, w którym znaleziono ciało jej brata.

Policja nazwała to wandalizmem. Przypadkiem. Czymś, co dobrze wyglądało w rubryce „bez znaczenia".

Sienna przepisała ten szczegół do własnego notesu i od tamtej pory żadna noc nie była już do końca pusta.

Na brzegu biurka twardniał niedojedzony bajgiel. Skrzynka mailowa wypluwała kolejne odmowy. Oskar przeciągnął się z cichym mruknięciem, pazury na moment wysunęły się z łap i zahaczyły o materiał starej podkładki.

– Trzy tygodnie roboty i nikt nie chce tego puścić – rzuciła w pustkę, klikając w następną wiadomość.

Artykuł o korupcji przy miejskim projekcie rewitalizacji trafił do tej samej szuflady co inne niewygodne rzeczy: za późno, za ostro, za mało dowodów, za dużo ryzyka. Redaktorzy lubili prawdę, dopóki nie zostawiała śladów na palcach.

Sienna przełknęła łyk wystygłej kawy. Gorzka, gęsta i kwaśna jednocześnie. Taka, której nie powinno się już pić. Taka, którą i tak się dopija.

Sięgnęła po notes.

Kartki były miękkie od ciągłego przewracania, rogi poszarpane, niektóre strony falowały od wilgoci i tuszu. Nazwiska. Daty. Godziny. Adresy. Strzałki. Pytajniki. Jedno przekleństwo zapisane tak mocno, że niemal przebiło papier. Jej wzrok zatrzymał się na żółtych zakreśleniach.

Zaginięcia.

Na początku wyglądały jak zbieg okoliczności. Turysta, który zszedł ze szlaku. Dziewczyna, po której został tylko rower przypięty do barierki przy lesie. Starszy mężczyzna, którego samochód znaleziono na poboczu z kluczykami w stacyjce i drzwiami uchylonymi tak, jakby wyszedł tylko na moment. Pojedynczo mieściły się jeszcze w kategorii pech.

Razem układały się zbyt równo.

_Blackthorn._

Liam zginął właśnie tam. I teraz, gdy patrzyła na mapę, wszystkie kreski, pinezki i odręczne notatki zbierały się wokół tej plamy zieleni jak żyłki wokół rany.

Jej telefon zawibrował cicho od kolejnego powiadomienia, ale zignorowała je. Zeszłej nocy dostała maila.

Bez podpisu. Bez wiadomości. Tylko temat.

_W nocy kryją się istoty._

Załącznik otwierał się dłużej, niż powinien. Przez sekundę widziała własne odbicie w czarnym ekranie: zielone oczy zmęczone bardziej, niż chciała przyznać, włosy związane byle jak, usta zaciśnięte tak mocno, że pobielały przy nich krawędzie skóry. Potem obraz wskoczył na miejsce.

Ziarniste zdjęcie. Okrągły wzór wyryty w ziemi. Spalona trawa. Linie zbyt równe, zbyt celowe, zbyt znajome.

Jej palec zawisł nad „drukuj".

Widziała już idiotyczne donosy, zdjęcia cieni branych za duchy, rozmazane nagrania, które miały dowodzić wszystkiego i niczego. Tysiące ślepych uliczek, z których część prowadziła przez rzeczy, przy których inni w redakcji odwracali wzrok — wypadki, ciała, krew na ziemi sfotografowana z zimną precyzją przez techników.

Sienna zawsze patrzyła.

Żołądek jej się nie skręcał. Uznała kiedyś, że to cecha zawodowa. A jednak to jedno weszło pod skórę bez pytania. Jak drzazga, której na początku prawie nie czuć, ale potem nie można przestać dotykać językiem

Drukarka zaterkotała z głuchym, drażniącym dźwiękiem. Papier wysuwał się powoli.

Sienna wpatrywała się w zdjęcie, zanim jeszcze całkiem wypadło na tackę.

Liam.

To imię nie przychodziło do niej jak wspomnienie. Bardziej jak odruch mięśnia, który nadal boli po źle zrośniętym urazie.

Po śmierci rodziców po prostu przejął ciężar, jakby nie było innej opcji. Klucze odkładane co wieczór na blat. Światło pod jego drzwiami, gdy siedziała nad książkami za długo. Herbata podstawiana pod łokieć bez komentarza. Kurtka zarzucona jej na ramiona, kiedy zasypiała na kanapie.

Nie mówił, że ją ochroni.

Po prostu to robił.

Drukarka umilkła. Sienna wzięła kartkę do ręki.

Przeciągnęła kciukiem po krawędzi zdjęcia, jakby sam dotyk miał wyciągnąć z niego więcej. Kojarzyła podobne znaki. Stare podania. Znaki. Rytuały. Ochrona. Przywołanie.

Ofiara.

Chłód zsunął się po jej plecach — powoli, centymetr po centymetrze, jak gdyby ktoś prowadził palcem wzdłuż kręgosłupa z zewnątrz, przez materiał swetra.

– Oskar – odezwała się, nie odrywając wzroku od zdjęcia. – Masz jakiś pomysł, czy dalej mam być najmądrzejsza w tym mieszkaniu sama?

Kot poruszył uchem, ale nawet nie otworzył oczu.

– Tego się spodziewałam. – Rozłożyła mapę miasta na biurku. Długopis zachrzęścił po papierze. Jeden punkt. Drugi. Trzeci. Kolejne. Im dłużej zaznaczała, tym wyraźniej coś zaciskało jej się pod mostkiem.

Kiedy odsunęła rękę, wzór był już gotowy.

Wszystkie drogi prowadziły do lasu.

Nie dlatego, że chciała to zobaczyć.

Telefon zawibrował tak nagle, że długopis zostawił na mapie krzywy ślad. Imię Ingi rozświetliło ekran.

– No?

– Spotkajmy się.

Jasny sweter. Ciemne dżinsy. Włosy związane w niedbały kok, z którego już teraz wysuwały się pojedyncze pasma. Sienna ubrała się mechanicznie. Przy drzwiach zawahała się na sekundę, zerkając jeszcze raz na zdjęcie zostawione na biurku.

Czarny znak na ziemi patrzył z papieru z niemą cierpliwością.

Podrapała Oskara za uchem i wyszła.

Powietrze na ulicy było rześkie, ale nie świeże. Niosło zapach piekarni z rogu, wilgoci znad jeziora i spalin przyklejonych do kamiennych ścian.

Oravalle budziło się z wdziękiem, który z daleka wyglądał jak elegancja, a z bliska bywał zwykłą dobrze opłaconą iluzją. Srebrna Dzielnica błyszczała mokrym brukiem i witrynami, w których wszystko wydawało się droższe, czystsze i bardziej na miejscu niż ludzie zaglądający do środka.

Jezioro Celeste lśniło w oddali jak tafla wypolerowanego szkła. Dalej bielały góry. Piękne. Zbyt nieruchome. Jak tło w czyjejś starannie ustawionej scenie.

Restauracja, do której wezwała ją Inga, stała na zboczu wzgórza, z tarasem wychodzącym prosto na wodę. Bluszcz oplatał balustrady z taką precyzją, jakby ktoś codziennie poprawiał mu liście ręcznie. Obrusy śnieżnobiałe. Szkło czyste do przesady. Kwiaty w donicach ani o płatek za bardzo rozchylone.

Inga już czekała.

Jej blond włosy łapały światło, kiedy uniosła dłoń. Z daleka wyglądała jak część tego miejsca. Jak coś, co urodziło się po właściwej stronie miasta i nigdy nie musiało się tłumaczyć z własnej obecności.

– Jesteś wcześniej – powiedziała Sienna, dosuwając krzesło.

Inga przyjrzała jej się uważnie. Nie nachalnie. Wystarczająco długo.

– A ty wyglądasz, jakby noc cię przeżuła i wypluła.

Kącik ust Sienny drgnął.

– Dzięki. Miło cię widzieć.

Kelner zjawił się szybko.

Za szybko.

Jakby i on należał do miejsca, w którym nic nie powinno czekać za długo. Inga zamówiła croissanty i tartę owocową. Sienna jajecznicę, chleb na zakwasie i cappuccino. Kiedy zostawił je same, rozmowa ruszyła w stronę pracy Ingi, klientów i projektów, ale Sienna tylko częściowo za nią nadążała. Gdzieś pod dźwiękiem porcelany i łagodnym szumem jeziora nadal słyszała suchy chrzęst długopisu na mapie.

_Blackthorn._

Inga zamieszała herbatę. Srebrna łyżeczka zadzwoniła cicho o porcelanę.

– A u ciebie?

Sienna objęła filiżankę dłońmi — obiema, odruchowo. Ciepło przeszło na skórę, ale nie głębiej.

– Gonię za tropami. Jak zwykle.

– Czyli Liam. – Nie było w tym litości. Ani zmęczenia. Tylko cichy fakt, położony między nimi bez ozdobników.

– Tak.

Spienione mleko osiadło na brzegu filiżanki cienkim, białym półksiężycem.

– A u ciebie? – odbiła Sienna. – Jakieś nowe dramaty ze Złotej Dzielnicy?

Inga przewróciła oczami i sięgnęła do torebki.

– Skoro już pytasz. – Wyjęła kremową kopertę ze złotym tłoczeniem i wsunęła ją po obrusie w stronę Sienny.

Papier był gruby. Chłodny. Zbyt ciężki jak na zwykłe zaproszenie.

– Bal charytatywny Lanców.

Sienna uniosła brew.

– Brzmi jak koszmar z kieliszkiem szampana w ręce.

– Właśnie dlatego chcę, żebyś poszła ze mną.

Sienna spojrzała na nią znad koperty.

– Ja?

– Tak. Ty. Nie mam ochoty spędzić całego wieczoru z ludźmi, którzy pytają o samopoczucie tylko po to, żeby za moment mówić wyłącznie o sobie.

– Kusząca oferta.

– I mówię serio. – Na moment coś pękło w idealnie gładkim tonie Ingi. Ledwie słyszalnie. Jak rysa pod lakierem.

Sienna obróciła kopertę w palcach.

– Kiedy ten bal?

Na ustach Ingi pojawił się uśmiech, po którym zwykle następowało coś irytującego.

– Jutro.

Sienna odstawiła filiżankę trochę za mocno.

– Jutro?

– Nie chciałam iść. Rodzice nalegali. Potem przestali nalegać i zaczęli zakładać, że się pojawię.

– Oczywiście.

Inga wyciągnęła rękę przez stół i ujęła jej dłoń. Jej palce były chłodne i miękkie, pachniały drogim kremem, ale pod dotykiem czaiło się napięcie. Krótkie. Uparte.

– Chodź ze mną – powiedziała ciszej. – Proszę. Sienna odłożyła kopertę. Przez chwilę patrzyła na dłonie Ingi — chłodne palce, które nadal leżały na jej nadgarstku, chociaż nic już nie trzymały.

Złota Dzielnica nauczyła Ingę wielu rzeczy: jak się uśmiechać, kiedy ma się ochotę wyjść; jak wyglądać lekko, kiedy wszystko waży za dużo; jak zamykać samotność w żarcie, żeby nie była taka widoczna. Na zewnątrz błyszczała. Pod spodem coś w niej stale siedziało cicho, zbyt dobrze wychowane, żeby robić sceny.

– Cóż – mruknęła Sienna. – Przynajmniej będą bogaci.

– Och, zdecydowanie.

– Ja po prostu nie chcę skończyć z kimś, kogo wybiera się jak inwestycję.

Inga uśmiechnęła się, ale bez światła w oczach.

– A ja nie wiem, czy w moim świecie ktoś jeszcze rozróżnia jedno od drugiego.

To zdanie zostało między nimi dłużej niż powinno.

Po śniadaniu Inga bez słowa przejęła rachunek. Potem Lumière — butik pachnący jedwabiem, perfumami i pieniędzmi. Kryształowe żyrandole łapały światło i rozrzucały je po ścianach jak coś zbyt pięknego, by było przyjazne. Sprzedawcy sunęli między wieszakami miękko, bezszelestnie, z miarkami na szyjach wyglądającymi niemal jak ozdoby.

Sienna stała na podwyższeniu boso, otoczona morzem materiałów.

– Wyglądam idiotycznie – mruknęła, wychodząc w sukni z falbanami tak ogromnymi, że sama sobie przeszkadzała.

– Następna – rzuciła Inga, nawet nie podnosząc wzroku.

Trzecia suknia później w końcu spojrzała. Zaciągnęła powietrze.

– O. Ta.

Granatowy materiał objął Siennę ciasno w talii i biodrach, potem spłynął w dół ciężką, gładką linią. Zieleń jej oczu pociemniała przy tym kolorze — zrobiła się niemal zbyt wyraźna.

Sienna patrzyła na siebie w lustrze odrobinę zbyt długo.

– Nie jest zła.

– Nie mów tak, jakbyś oceniała zasłony – prychnęła Inga. – Wyglądasz obłędnie.

Sienna przesunęła dłonią po materiale. Jeszcze raz.

To podobało jej się najmniej.

I najbardziej.

Po wyjściu z butiku niosły torby owinięte bibułą tak starannie, jakby w środku było szkło albo broń.

– Nadal nie wierzę, że dałam się w to wciągnąć – powiedziała Sienna, zatrzymując się przy srebrnym kabriolecie Ingi.

– Jutro mi podziękujesz.

– Raczej jutro umrę z zażenowania.

– Czyli jednak coś poczujesz.

Droga do Brązowej Dzielnicy minęła szybko. Im dalej od centrum, tym mniej było połysku, a więcej zwyczajnych rzeczy: wilgotnych ścian, źle zaparkowanych aut, odrapanych framug, ludzi z zakupami i pochylonymi plecami.

Kiedy Inga zatrzymała się pod kamienicą Sienny, kontrast zabolał ją bardziej, niż powinien.

– Będę po ciebie o piątej – oznajmiła Inga. – I nie próbuj się wywinąć.

– Zero presji.

– Już wszystkim powiedziałam, że przyprowadzam genialną dziennikarkę.

– Kocham, że moje najgorsze cechy sprzedajesz jak zalety.

Inga posłała jej krótki uśmiech. Tym razem prawdziwszy.

– Od tego są przyjaciółki.

Na trzecim piętrze Oskar niemal wpadł na nią przy wejściu.

– Spokojnie, wariacie.

Torby wylądowały pod ścianą. Sienna przykucnęła, a kot od razu otarł się łbem o jej dłoń, głośno mrucząc. Ciepły. Żywy. Prawdziwy. Przez chwilę to wystarczyło.

Potem spojrzała na pokrowiec z suknią.

– Bal. Ja. Świetny żart.

Oskar przekrzywił łeb i popatrzył na nią tym swoim zbyt uważnym wzrokiem.

– Tak, wiem. Ty byś pewnie wszystkich oceniał z wysokości krzesła i wyszedł na najlepiej wychowanego na sali.

W sypialni granatowa suknia zawisła na drzwiach szafy jak coś obcego. Zbyt gładka i elegancka na pokój z łuszczącą się farbą przy framudze i stosem książek na podłodze. Popołudniowe światło zdążyło zmięknąć. Cienie wydłużyły się na ścianach, spłynęły przez meble jak powolna woda. Czwarta trzydzieści.

Sienna krążyła po pokoju, zerkała na telefon, wracała wzrokiem do sukni.

– Oskar, co ja wyprawiam – mruknęła, opadając na łóżko.

Kot wskoczył obok i położył łeb na jej udzie.

– Nie pasuję na żaden pieprzony bal charytatywny.

Podrapała go odruchowo za uchem.

Telefon zawibrował. Redakcyjny czat. Kilka nic nieznaczących wiadomości. Potem nowy wątek. Dwa kolejne nazwiska.

Jej palce znieruchomiały nad ekranem.

Las Blackthorn wrócił od razu. Wypalona trawa. Ciemny znak. Liam. Wszystko naraz, bez kolejki, bez litości.

Zablokowała telefon. Prawie go odłożyła — i nie odłożyła. Kciuk przesunął się po ekranie jeszcze raz, odblokował, sprawdził. Zdjęcie nadal tam było. Linie nadal zbyt równe. Sienna zablokował ponownie i tym razem naprawdę go odłożyła.

– Najpierw przeżyjmy ten bal – powiedziała bardziej do siebie niż do kota.

Wtedy wyskoczyła wiadomość od Mii.

_OMG SERIO IDZIESZ NA BAL CHARYTATYWNY CELESTIAL?! Inga wrzuciła story. Chcę wszystko._

Sienna uśmiechnęła się krótko.

_Masz coś, czym powinnam się martwić?_

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

_Będzie każdy, kto się liczy. Valenti. Crossowie. Nathaniel Chen. Rób zdjęcia wszystkiemu._

_Nie idę tam do roboty. I tak będę za bardzo zajęta próbą, żeby nie wyglądać jak intruz._

_Bardzo fancy impreza. Bardzo bogaci ludzie. Bardzo dużo ego_ – odpisała Mia po chwili. – _Czyli klasyczny raj._

– Brzmi cudownie – prychnęła Sienna.

Dzwonek do drzwi rozległ się punktualnie o siedemnastej. Za wizjerem stał mężczyzna w czarnym uniformie, z twarzą tak bezbłędnie opanowaną, że aż nieludzką.

– Pani Reid? Samochód czeka.

Limuzyna wyglądała absurdalnie przy jej ulicy. Za długa. Za czarna. Zbyt lśniąca na tle odpadającego tynku i krzywych schodków. Marcus otworzył drzwi z płynną uprzejmością, a Sienna wsunęła się do środka, ostrożnie, jakby wnętrze mogło od razu rozpoznać, że do niego nie należy.

Skórzana kanapa była miękka i chłodna. Kopertówka ślizgała się jej po dłoni.

Dwadzieścia minut później mijali bramę Złotej Dzielnicy. Trawniki przystrzyżone z chirurgiczną dokładnością, rezydencje ustawione jak trofea, kolumny, kamień, szkło. Wszystko zbyt duże. Zbyt czyste. Zbyt gotowe, by patrzeć z góry.

Samochód zatrzymał się przed willą z fontanną i kamiennymi nimfami zastygłymi w wiecznym tańcu.

– Dojechaliśmy, pani Reid.

Drzwi domu otworzyły się, zanim zdążyła wejść po schodach. Inga wypadła z nich w jedwabnym szlafroku, z ręcznikiem owiniętym wokół włosów.

– Wreszcie. Wchodź. Ekipa od cudów już czeka.

Marmurowe foyer było większe niż całe mieszkanie Sienny. Chłód posadzki przeszedł przez podeszwy butów od razu. Inga złapała ją za nadgarstek i pociągnęła w głąb domu, do ogrodu zimowego przerobionego na prywatny salon piękności. Lustra. Pędzle. Flakony. Fotele fryzjerskie ustawione jak trony. Dwoje ludzi z tym skupionym, niemal drapieżnym spojrzeniem profesjonalistów, którzy zaraz rozłożą cię na części i złożą na nowo.

– To Paolo i Vera. Czarodzieje.

– Oby. Bo materiał wyjściowy ma zastrzeżenia.

Paolo obszedł ją wolno, mrużąc oczy.

– Kochanie, z takimi kośćmi policzkowymi grzechem byłoby nie spróbować.

W drzwiach pojawili się rodzice Ingi. Dystyngowani. Idealni. Pachnący drogimi perfumami i czymś starszym, chłodniejszym — przyzwyczajeniem do tego, że świat robi dla nich miejsce.

– Jak cudownie was widzieć – zawołała pani Blackwood. – Inga była zdecydowana, żeby w tym roku nie iść.

– Zdecydowanie – dodał jej mąż z lekkim rozbawieniem. – Cokolwiek jej powiedziałaś, Sienno, jesteśmy wdzięczni.

Pani Blackwood ścisnęła jej ramię z elegancką pewnością kogoś, kto nigdy nie musi pytać, czy wolno.

– Takie wieczory są ważne. To tam buduje się przyszłość.

Kiedy wyszli, Inga przewróciła oczami tak mocno, że Sienna parsknęła śmiechem.

– Jasne. Najchętniej zobaczyliby mnie wracającą z narzeczonym i nazwiskiem wartym więcej niż akcje.

– A to nie ty mówiłaś o inwestycjach?

Inga cisnęła w nią ręcznikiem.

– Zamilcz, zanim każę Paolo zrobić ci fryzurę wdowy po hrabim.

Dwie godziny później stały przed lustrem.

Sienna przez chwilę patrzyła bez ruchu.

Paolo upiął jej włosy wysoko, zostawiając przy twarzy kilka pasm. Vera przyciemniła jej spojrzenie, wydobyła zieleń tęczówek, wygładziła skórę, ale nie odebrała jej twarzy charakteru. Granatowy jedwab objął ją ciasno, chłodno — z tym naciskiem przy każdym oddechu, który czuła już w butiku.

Wyglądała bardziej ostro niż ładnie. Bardziej jak ktoś, kto może zranić, niż ktoś, kogo łatwo zlekceważyć.

To podobało jej się najmniej.

I najbardziej.

Kobieta w lustrze patrzyła na nią spokojnie, cierpliwie — jakby już wiedziała.

Sienna odwróciła wzrok pierwsza.

– Gotowa wejść między Platynę i Złoto? – zapytała Inga, poprawiając karminową suknię.

Sienna przesunęła dłonią po gładkim materiale na biodrze.

– Tak bardzo, jak tylko się da.ROZDZIAŁ 2

Czerwony dywan prowadził do wejścia jak rana w asfalcie. Sienna wysiadła z samochodu i od razu poczuła chłód powietrza na odsłoniętych ramionach — jeden stopień za zimny jak na tę porę roku, jakby posiadłość Lance wyciągała ciepło z przestrzeni wokół siebie. Lokaje w białych rękawiczkach pomogli wysiadać kolejnym gościom z precyzją automatu. Reflektory zalewały fasadę ostrym, pozbawionym cienia światłem.

Na schodach zwolniła o pół kroku. Dłoń zacięła się na torebce.

Foyer uderzyło ją ciepłem i złotym blaskiem żyrandola — kolosalnej konstrukcji z kryształu, która rzucała na kamienne ściany tęczowe łuski. Marmurowa posadzka chłodziła powietrze przy ziemi, zupełnie inaczej niż gorące oddechy tłumu wyżej. Dwa klimaty naraz, jak dwie warstwy tego miejsca.

– Imiona, proszę? – zagadnął mężczyzna we fraku z tabletem.

– Inga Blackwood i osoba towarzysząca – odpowiedziała Inga z wyćwiczoną swobodą człowieka, który nigdy nie musiał tłumaczyć swojej obecności.

Sala balowa była za duża.

To było pierwsze, co pomyślała Sienna — nie że piękna, nie że imponująca, tylko: zbyt duża, jakby zaprojektowana po to, żeby każdy, kto wchodzi, poczuł, jak bardzo jest mały.

Kryształowe żyrandole rozsypywały na wypolerowanej posadzce tęczowe refleksy. Powietrze było ciężkie od kwiatów — białe kompozycje stały wysoko na postumentach, aromat mieszał się z perfumami gości i czymś chłodniejszym, kamiennym, starym. Kelnerzy przesuwali się między ludźmi z tacami jak po wyćwiczonej choreografii. Przystawki na tych tacach wyglądały jak eksponaty, nie jedzenie.

Sienna rozpoznała kilka twarzy z gazet. Nathaniel Chen pochylony nad rozmową z burmistrzem przy kolumnie. Alessandra Valenti śmiejąca się w gronie czterech mężczyzn naraz. Przy wschodniej ścianie — kobieta o srebrnych włosach i lodowato-niebieskich oczach, która lustrowała salę ze spokojem kogoś, kto nie przyszedł tu się bawić.

– Stresujesz się? – spytała Inga.

– Taa… to wszystko jest tak bardzo… nie dla mnie.

– Spokojnie, to tylko jeden wieczór – uśmiechnęła się Inga krzywo. – Spróbuj udawać, że jesteś jedną z nich — pełna siebie i napompowanego ego.

– Dzięki – burknęła Sienna, przewracając oczami.

Podeszła do nich grupa. Diamenty na szyjach, zegarki spod mankietów. Inga weszła w tę grupę płynnie — uśmiech, przekrzywienie głowy, imię Sienny podane jak atut.

– Moja najbliższa przyjaciółka i jedna z najlepszych dziennikarek śledczych w mieście – powiedziała Inga. – Ten reportaż o skandalu przy zabudowie nabrzeża sprzed roku? Jej robota.

Kilka brwi uniosło się z zainteresowaniem. Sienna uśmiechnęła się i przez kolejne minuty mówiła tylko tyle, ile musiała.

Po chwili Inga ścisnęła ją za ramię.

– Muszę się przywitać z Valentimi. Przejdź się, rozejrzyj. Zaraz cię znajdę.

Sienna patrzyła, jak karminowa suknia Ingi odpływa w tłum — a przy niej, w ciągu kilku sekund, wyrósł elegancki typ z wyćwiczonym uśmiechem. Wzięła głęboki oddech.

– Po prostu daj z siebie tyle, ile możesz – wyszeptała sama do siebie. – To tylko parę godzin.

Ruszyła w obchód sali.

Snuła się między grupkami, kieliszek szampana używała jak tarczy i obserwowała. Kto do kogo mówił. Które kręgi były szczelne. Kto przyciągał wzrok bez żadnego wysiłku. Reporterski nawyk — rejestrować, nie oceniać, przynajmniej dopóki nie ma po co.

Kobieta ze srebrnymi oczami wyłoniła się spośród gości zbyt gładko, żeby to był przypadek.

Bliska z daleka, z bliska jeszcze bliższa — lodowato-niebieskie oczy, suknia skrojona jak zbroja, wisiorek z półksiężycem przy szyi. Luna Cross. Sienna skojarzyła ją ze stron salonowych w ułamku sekundy.

– Widzę, że teraz wpuszczają tu już dosłownie wszystkich – stwierdziła Luna, cedząc to jak fakty.

Sienna wyprostowała plecy.

– Zgadzam się. – Spojrzała jej prosto w oczy. – To aż zaskakujące, kogo tutaj można spotkać.

Coś przebłysło w oczach Luny — nie gniew, raczej zaskoczenie, że cokolwiek wróciło.

– Trzymaj się ode mnie z daleka – warknęła i odwróciła się na pięcie.

Sienna wypuściła powietrze. Nie wiedziała, że je wstrzymywała. Sięgnęła po kolejny kieliszek z przechodzącej tacy.

– Ma jakiś problem czy co – wymamrotała pod nosem.

I wtedy zobaczyła mężczyznę.

Stał trochę z boku, w miejscu gdzie tłum się przerzedzał. Łokieć oparty o bar, kieliszek trzymany lekko — dłoń na szkle nieruchoma, bez żadnego zbędnego gestu. Oczy skanowały salę z taką ciszą, jakby hałas w ogóle do niego nie docierał.

Spokój, który wyglądał jak pogróżka.

Ich spojrzenia niemal się spotkały ponad krawędzią jej kieliszka — i przez ułamek sekundy miała wrażenie, że on na nią patrzył już zanim ona go zobaczyła.

Żołądek skurczył się ostro, niżej niż serce. Kieliszek chłodny pod palcami, palce zaciśnięte mocniej niż potrzeba.

Nie wiedziała kto.

Nie wiedziała skąd.

Zanim zdążyła cokolwiek z tym zrobić, Luna wróciła do jego boku i odciągnęła go w głąb tłumu. Sienna stała przez chwilę z kieliszkiem w ręku, serce biło o dwa uderzenia za szybko.

Potem strząsnęła to z siebie.

Zbyt dużo szampana. Potrzebowała powietrza.

Przeszła przez otwarte na oścież francuskie drzwi i wyszła na taras.

Widok ją zatrzymał.

Jezioro Celeste leżało pod księżycem jak rozlane szkło — srebrne, nieruchome, głębokie. Góry na horyzoncie rysowały się niewyraźnie, jak zarys czegoś zbyt dużego, żeby zmieścić się w spojrzeniu. Oravalle naprawdę było pięknym miastem.

Nie była tam sama.

Przy balustradzie stał mężczyzna, odwrócony plecami.

Sienna stanęła.

Coś dziwnego zrobiło jej się ze skórą. Nie chłód — chłód był, nocne powietrze było zimne na odsłoniętych ramionach — ale pod nim coś innego. Cierpnięcie. Jakby powietrze wokół tej sylwetki miało inną gęstość.

Ten kąt ramion. Czarne ubranie. Kieliszek w dłoni.

Przez głowę przeszło jej coś — szybkie, bez kształtu, jak kiedy człowiek wie że coś pamięta, ale nie wie co.

Mężczyzna odwrócił się.

Twarz miał jak wykutą z cienia — kości policzkowe i szczęka o ostrych krawędziach, zarost kilkudniowy, głęboko osadzone oczy o barwie ciepłego bursztynu w przygaszonym świetle. Blizna przez lewą brew.

Przez ułamek sekundy nos mu drgnął — i coś w nim twardego, kontrolowanego, zatrzymało się bez ostrzeżenia.

Nie na długo.

Sekundę, może mniej.

Mięsień przy szczęce napiął się, jakby coś uderzyło go od środka, zanim zdążył to zablokować. Potem spojrzenie przecięło przestrzeń między nimi i osiadło na niej.

– Nowa twarz – odezwał się. Głos miał niski, z tą barwą, która osiadała gdzieś pod mostkiem zanim zdążyła przetworzyć słowa. – Nie wyglądasz na kogoś, kto pasuje do tego miejsca.

– Uznam to za komplement. Jestem tylko gościem, przyjaciółką Ingi Blackwood.

– Znam ją. I jej rodziców – rzucił spokojnie.

Sienna patrzyła na niego.

Czekała, aż poczuje coś znajomego. Nic nie przychodziło — tylko to cierpnięcie pod skórą, które zaczęło się zanim się odwrócił, i nie chciało całkiem zniknąć.

– Elias – przedstawił się. – Miło poznać przyjaciółkę Ingi.

– Sienna – odpowiedziała.

Jego spojrzenie zostało na jej twarzy chwilę za długo. Mięsień przy szczęce lekko zaciśnięty — i przez sekundę wyglądał, jakby coś obliczał. Zanim zdążył odezwać się znowu, w drzwiach tarasu stanęła Luna.

– Ach, Elias, tu jesteś – zamruczała. Uśmiech wyparował, gdy trafiło na Siennę. – Och… to znowu ty – warknęła.

– Widzę, że już się poznałyście – skomentował Elias.

– Niestety. Teraz naprawdę wpuszczają tu każdego – syknęła Luna.

Coś stwardniało w twarzy Eliasa. Spojrzał na Lunę — krótko, chłodno — i Luna natychmiast zmieniła rejestr.

– Szukają cię, kochanie. Viktor też tam jest – zamruczała słodko.

_Viktor._

Sienna nie znała tego imienia.

Ale gdy Luna je wypowiedziała, w głowie Sienny błysnęło — tamta sylwetka przy barze, ciemny garnitur — i to samo ściśnięcie w żołądku wróciło z mocą zbyt dużą jak na przypadkowe skojarzenie.

Palce zacisnęły się na kieliszku.

Nic z tego nie miało sensu.

– Zaraz tam będę – odparł Elias, głosem zimnym jak szkło.

Luna zawahała się — chwila czekania na coś więcej — a potem odeszła z wymuszoną godnością.

Elias odprowadził ją wzrokiem. Potem wrócił do Sienny.

– Nie przejmuj się Luną. Ona jest sobą – rzucił.

Jego spojrzenie wróciło do niej — ciężkie, uważne, z tym samym napięciem co wcześniej.

– Rada na dziś wieczór – zaczął cicho. – Uważaj na siebie. Jesteś małą rybą wrzuconą do basenu pełnego rekinów.

Przebiegło jej po plecach coś zimnego. Nie dlatego, że brzmiało to jak ostrzeżenie przed złym towarzystwem. Brzmiało to jak ktoś, kto wie, w jakim basenie ona stoi.

– Dzięki. Aż tak bardzo odstaję?

Przechylił lekko głowę.

– Odstajesz – potwierdził, bez oceny. Kąciki ust drgnęły. – Ale to wcale nie jest wada.

Przez chwilę był prawie przystępny.

– Uważaj na siebie, dziewczyno – powtórzył, już się odwracając.

Przeszedł obok niej — bliżej, niż było to konieczne — i przez ułamek sekundy stracił krok.

Jeden.

Nikt by nie zauważył.

Szczęka zacisnęła mu się natychmiast, mięsień przy żuchwie twardniał przez trzy kolejne kroki, zanim przestał. Jakby coś w powietrzu uderzyło go mocniej, niż się spodziewał.

Potem zniknął w tłumie.

Sienna stała chwilę przy balustradzie. W głowie miała to dziwne zaleganie — jakby jakaś wersja tej nocy miała inny porządek. Najpierw ktoś inny, potem on.

Gdy to imię — Elias — padło z jej ust jako szept, coś w środku cicho, nieoczekiwanie zaprotestowało.

Jakby ta obsada była błędem.

Strząsnęła to z siebie i wróciła do środka.

Przy barze zamówiła espresso martini i oparła się plecami o kontuar.

Kieliszek był zimny i śliski, bursztynowy płyn w środku miał dokładnie ten sam odcień co oczy Eliasa. Upiła łyk — alkohol przyjemnie palił w gardle.

Skanowała tłum. Gdzieś tam była ta pierwsza sylwetka — ciemny garnitur, tamto rozpoznanie przy barze — ale nie mogła jej znaleźć. Znalazła za to Lunę: otoczoną kręgiem adoratorów, srebrne włosy połyskiwały w świetle żyrandoli, śmiech niósł się ponad muzyką.

Sienna skrzywiła się mimowolnie.

– Skąd ta mina? – Inga pojawiła się obok niej z kieliszkiem szampana.

– Nic, zamyśliłam się.

– Jasne, widziałam – Inga złapała kieliszek z tacy. – Boże, ta impreza to tortura. Podszedł do mnie już siódmy facet. Każdy identycznie: „Interesujący ten biznes państwa Blackwood”. „Bywała pani w tym sezonie w Stellis?”. – Przewróciła oczami. – Jak ci mija wieczór?

Sienna westchnęła.

– Sama nie wiem. Zaczepiła mnie tamta – wyszeptała, dyskretnie wskazując na Lunę.

Inga podążyła za jej spojrzeniem i prychnęła.

– Oczywiście. Ta suka – mruknęła. – Luna Cross. Stare pieniądze, prowadzi jakiś ekskluzywny klub kobiet w centrum. Totalna snobka.

Zanim Sienna zdążyła odpowiedzieć, gwar zaczął cichnąć.

Na środku sali stanął mężczyzna w czerwonym garniturze.

Sama jego obecność robiła coś z przestrzenią — nie krzykiem, nie gestem, tylko tym, jak stał. Zbyt nieruchomo. Zbyt pewnie. Jak ktoś, kto wie, że może poczekać, bo i tak wszyscy w końcu na niego spojrzą. Sienna zauważyła, jak światło odbija się od jego oczu — nie w złotych tęczówkach, tylko przez nie, jakby źródło było głębiej.

– Panie i panowie – rozległ się niski, dźwięczny głos. – Nazywam się Al Lance i z przyjemnością witam was wszystkich na Balu Charytatywnym Celestial.

Uniósł kieliszek szampana.

– Wznieśmy toast za ten wieczór. _Świętujmy._

Sala zareagowała aplauzem. Las kieliszków uniósł się w górę.

Sienna uniosła swój.

Pierwszy kaszel rozległ się, zanim zdążyła przyłożyć kieliszek do ust.

Kobieta w bordowej sukni zgięła się wpół. Szkło wypadło jej z dłoni, roztrzaskało się o marmur — i w tym dźwięku była już zapowiedź wszystkiego, co nastąpiło potem.

Drugi gość.

Trzeci.

Ciała osuwały się na posadzkę w tej samej ciszy, z jaką pada śnieg: bez ostrzeżenia, bez dramatyzmu, po prostu — już nie stały.

Ci, którzy zdążyli, chwytali się za gardła.

Ci, którzy nie zdążyli, po prostu padali.

– Co się dzieje?! – wyrwało się Siennie.

Odwróciła się do Ingi — i zobaczyła, jak twarz przyjaciółki zmienia się. Ból błysnął w jej oczach za późno, żeby go zatrzymać. Inga chwyciła się za szyję. Kieliszek wypadł jej z dłoni.

– Sienna… – wyszeptała, już opadając.

Sienna złapała ją — całym ciałem, ramionami, kolanem przy podłodze, żeby Inga nie uderzyła o marmur.

– Obudź się, proszę, obudź się! – Łzy zalewały jej twarz, trzęsła delikatnymi ramionami przyjaciółki. – Co się dzieje?!

Krzyk rozpłynął się w kakofonii.

Sienna spojrzała przez salę. Al Lance stał nieruchomo pośród rzezi, kieliszek w dłoni, cień zadowolenia na ustach. Oglądał to jak ktoś, kto wie, że wszystko potoczyło się zgodnie z planem.

Mdłości weszły jej do gardła.

Podniosła się i pobiegła.

Sala była już cmentarzyskiem. Marmur zasłany ciałami, ci którzy jeszcze żyli — pędzili do wyjść, tratując leżących bez mrugnięcia okiem. Sienna przepychała się przez tłum, łzy zalewały twarz i zakłócały widzenie.

Palce zacisnęły się na jej ramieniu — żelazny uścisk, który zatrzymał ją w miejscu. Mężczyzna o nienaturalnie srebrnych oczach skrzywił usta w drapieżnym uśmiechu. Jego oddech był gorący, słodkawy, zbyt blisko jej twarzy.

– O, _człowiek_ – syknął. – Gdzie się tak śpieszysz?

– Puść mnie! – warknęła, szarpiąc się.

Roześmiał się i zacisnął dłoń mocniej.

– Po prostu zdechnij – warknął.

Sienna zacisnęła powieki. Naparła na jego pierś obiema dłońmi.

– Puść mnie! – wrzasnęła.

Coś eksplodowało — gwałtowne, gorące, z cudzym smakiem na tylnej części gardła i pieczeniem wzdłuż kości ramion, jakby żyły przez chwilę świeciły — i mężczyzna poleciał do tyłu, ciało miał bez oporu, jakby nagle zapomniało, że waży.

Sienna stała chwilę z wyciągniętymi rękami, patrząc na własne dłonie.

Zanim zdążyła cokolwiek z tym zrobić, kolejny uścisk zacisnął się na jej ramieniu.

– Nie! – wrzasnęła, otwierając oczy.

Bursztynowe tęczówki.

– Dziewczyno – powiedział Elias, mierząc ją zaskoczonym spojrzeniem. – Ty _żyjesz._

Sienna trzęsła się. Łzy robiły jej ciemne smugi na twarzy, oddech był płytki i za szybki, kolana miała miękkie.

– Inga – wychrypiała.

Elias rozejrzał się po sali gniewnie.

Poruszali się z nieludzką gracją — pewni, że tu polują, nie są polowani. Metaliczny zapach krwi mieszał się z resztkami perfum i szampanem.

– Że też te jebane wampiry posunęły się aż do czegoś takiego – warknął, twarz wykrzywił mu obrzydzenie.

_Wampiry._

Sienna schowała to słowo gdzieś z boku. Przetworzy je później.

– Lance! – ryknął Elias przez salę. – Co ty, kurwa, wyprawiasz?!

Mężczyzna w czerwonym garniturze odwrócił się powoli. Złote oczy błysnęły rozbawieniem. Na białych zębach połyskiwała krew.

– Spadaj, _piesku_ – wypluł.

Wokół niego materializowały się sylwetki o srebrnych oczach i krwią na ustach. Poruszali się z nieludzką gracją, z pewnością kogoś, kto wie, że jest na szczycie łańcucha pokarmowego.

Elias zrobił krok naprzód, ustawiając się tak, żeby zasłonić Siennę całym sobą. Po drugiej stronie sali dostrzegł Lunę — walczyła u boku kilkorga innych, srebrne włosy wirowały.

– Kurwa – wysyczał.

W tym samym momencie główne drzwi runęły z hukiem.

Weszła trójka — czarne płaszcze o wojskowym kroju, gwiazdy na piersi po prawej stronie.

_Strażnicy._

Na czele ciemnowłosy mężczyzna, po bokach dziewczyna o krótkich brązowych włosach i chłopak z uderzająco srebrnymi włosami, jak śnieg.

Sienna patrzyła na nich przez chwilę z absurdalnym poczuciem, że ich skądś zna.

– Za późno, Strażnicy! – zaśmiał się Al. Śmiech był nieludzki, przeszywający. – Świętujcie razem z nami.

Rzucił swoich ludzi w stronę nowych przybyszów.

Elias nie czekał. Szarpnął Siennę za ramię.

– Biegnij – rozkazał.

Wyprowadził ją przez boczne wyjście, przez ogród, przez labirynt przystrzyżonych żywopłotów i fontann. Nocne powietrze było zimne i niosło za nimi krzyki, trzask szkła, warknięcia, głuche uderzenia ciał o kamień.

Sienna potknęła się. Obcasy wbijały się w trawę.

– Zdejmij to – warknął Elias, nie zwalniając.

Kopnęła szpilki. Mokra trawa była zimna pod stopami i boleśnie wyraźna — każde źdźbło, każdy kamyk — na tle obrazów, które śmigały jej w głowie. Inga osuwająca się na ziemię. Dłonie mężczyzny na jej ramieniu. Własne ręce wyciągnięte przed siebie i coś, co z nich wyszło.

Elias wyciągnął telefon.

– Kara. Wschodnie wyjście. Natychmiast – rzucił. – Jest kurwa źle. Wampiry. I Strażnicy.

Parking był rozległy i porzucony w pośpiechu — otwarte drzwi, zgaszone silniki, jeden Bentley z kołem na krawężniku. Między samochodami przemykały srebrnoookie sylwetki.

Elias wciągnął Siennę za kamienną donicę, mięśnie miał napięte jak do skoku.

Jeden z wampirów wywlókł wrzeszczącą kobietę z samochodu. Jej diamentowy naszyjnik błysnął w księżycu.

Ryk silnika przeciął noc.

Reflektory. Czarne SUV wdarło się z impetem na podjazd, wprost w grupę wampirów. Ciała poderwały się w powietrze, jedno przeleciało po masce, dwa trafiły pod koła. Samochód zatrzymał się z piskiem opon kilka metrów dalej.

– Szefie! – Z okna po stronie kierowcy wychyliła się kobieta o popielato blond włosach i twarzy zahartowanej w rzeczach, o które lepiej nie pytać.

Elias popychał ją do przodu, sam ustawiał się tyłem, osłaniając.

Szarpnął tylne drzwi, wpakował ją do środka, wskoczył za nią. SUV wyrwało zanim domknęli.

– Kara, znikamy – rzucił Elias, oczy na tylnej szybie.

– Co tu się odjebało? – warknęła Kara, omijając roztrzaskanego Porsche.

– Skąd mam wiedzieć – odburknął.

Oczy Kary przesunęły się po lusterku i zatrzymały na Siennie. Na zapłakanej twarzy. Sukni ubrudzonej krwią.

– Szefie – rzuciła, wciskając gaz. – Kim jest ta dziewczyna? _Człowiek._

– Po prostu jedź – uciął chłodno.

Sienna siedziała z plecami opartymi o zimną skórzaną kanapę i patrzyła przed siebie.

Wampiry.

Inga.

I tamten mężczyzna przy barze.ROZDZIAŁ 4

Powieki Sienny zatrzepotały.

Sufit był nieznajomy. Drewniane belki, ciepłe drewno, smuga porannego światła przecinająca zasłony i padająca ukosem na pościel. Materiał pod dłońmi był miękki i kosztowny. Materac nie skrzypiał.

Leżała nieruchomo przez kilka oddechów, pozwalając ciału wyprzedzać myśli.

Potem myśli dogoniły.

Bal. Inga. Krew na marmurze. Bieg boso przez mokrą trawę.

Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie.

Sufit wciąż tam był.

Zsunęła nogi z łóżka. Stopy weszły w miękki dywan, palce zapadły się w stos. Spojrzała w dół.

Jedwabna koszulka nocna, cienka i śliskiego chłodu w dotyku, sięgała ledwie połowy uda. Ramiączka musnęły jej ramiona w miejscach, gdzie wciąż czuła szorstki uścisk Eliasa. Ktoś ją przebrał.

Siedziała z tym przez chwilę — z tym jednym faktem, spokojnym i dziwnie łagodnym jak na wszystko inne. Telefon na stoliku nocnym. Wcisnęła przycisk — ekran czarny, bateria martwa.

Wyszła na korytarz.

Dom wyglądał inaczej za dnia. Odsłonięte belki pod sufitem, wypolerowane podłogi łapiące refleksy ze wschodnich okien, ściany zawieszone mapami i obrazami o ciemnawej palecie. Skądś dobiegał cichy pomruk głosów, ściszonych, ale obecnych — za drzwiami, za ścianami. Dom nie był pusty.

Schodziła, sunąc palcami po gładkiej poręczy, kiedy z dołu dobiegło klaśnięcie małych łap.

Boston terrier zjawił się na ostatnim stopniu z ogonem pracującym na pełnych obrotach, ciemne oczy błyszczące i okrągłe jak guziki. Zakręcił się wokół jej kostek, gorący i natrętny w najlepszym możliwym sensie.

– No cześć – powiedziała, a głos wyszedł jej bardziej miękko niż się spodziewała.

Przykucnęła. Psie uszy trafiły między jej palce — ciepłe, aksamitne. Przez sekundę miała siedem lat i wszystko było w porządku.

Potem — Inga.

Inga chwyciła się za szyję i patrzyła na nią, i jej imię na ustach przyjaciółki brzmiało jak pytanie bez odpowiedzi.

Sienna zacisnęła palce na psich uszach odrobinę za mocno.

– Przepraszam, wiesz może gdzie jestem? – szepnęła do psa.

– U mnie.

Wyprostowała się zbyt gwałtownie. Kolano drgnęło.

Elias siedział w salonie na skórzanej sofie, jeden łokieć oparty o kolano, z tą nieruchomością kogoś, kto nie czuje potrzeby udawania, że robi cokolwiek innego niż patrzy. Ciemne dżinsy, szara koszulka z długim rękawem. Poranne światło kładło mu się na zaroście i łapało w cień przy szczęce — i w tej chwili, gdy zeszła z ostatniego stopnia, już tam był.

Już patrzył.

Sienna uświadomiła sobie chłód powietrza na tylnych udach w tej samej chwili, kiedy jego spojrzenie przesunęło się po niej — szybko, rzeczowo, z powrotem do jej twarzy. Ale nie dość szybko, żeby nie zauważyła, jak nos mu drgnął o ułamek sekundy wcześniej. Minimalny skurcz mięśnia przy szczęce, natychmiast stłumiony. Jakby coś go uderzyło, zanim zdążył zdecydować, że nie chce być uderzony.

Szarpnęła za dół koszulki. Tyle pomagało, co nic.

– Chodź tu – powiedział. – Nie gryzę.

Przeszła przez pokój świadoma każdego kroku, każdego centymetra odsłoniętej skóry, zimna drewniana podłoga pod bosymi stopami. Usiadła na fotelu naprzeciwko, ściągając koszulkę na kolana z uporem, który do niczego nie prowadził.

– Przepraszam, chyba zasnęłam—

– Zasnęłaś – potwierdził.

Boston terrier wskoczył między nich na sofę i wtarł się między ich kolana z determinacją, która nie uznawała dyplomacji. Dłoń Eliasa odruchowo odnalazła psie uszy — duże palce na małej głowie, gest tak naturalny, że musiał to robić od lat.

– Biszkopt – rzucił w stronę zwierzaka.

– Hej, Biszkopt. – Dotknęła gładkiej psiej głowy. Przez sekundę to wystarczyło. – Mam kota. Oskara. Nigdy nie był sam tak długo.

Oskar. Pusty talerz. Mieszkanie z mapą rozłożoną na biurku i niedojedzonymi bajglami.

– No właśnie. – Elias zatrzymał na niej wzrok. Ciężar tej uwagi był fizyczny, wbijał się przez metr kanapy z precyzją, która nie miała nic wspólnego z przypadkiem. – Nie sądzę, żebyś mogła wrócić.

– Dlaczego?

Sięgnął po pilot.

Na ekranie telewizora — ta sama rezydencja. Żółto-czarna taśma. Policyjna linia, vany, reporterka w zimowym płaszczu z mikrofonem przy ustach.

_— wciąż trwa śledztwo w sprawie tego, co władze nazywają tragedią Czerwonego Balu. Urzędnicy podejrzewają zatrucie żywności jako przyczynę śmierci siedemnastu uczestników—_

Sienna patrzyła na ekran. Siedemnastu. Weszło jej pod żebra i zostało.

Inga była jedną z nich.

Zacisnęła dłonie na kolanach. Paznokcie weszły w skórę, ale nie puściła.

– Widzisz. – Elias wyciszył głos reporterki. – Całe miasto jest postawione na nogi. Nie wiedzą, co się stało. – Spojrzał na nią. – A ty przeżyłaś.

– Dzięki tobie – wyszeptała.

– Po części.

Na mównicy na ekranie stał teraz mężczyzna w czarnym płaszczu o wojskowym kroju. Złota gwiazda na prawej piersi. Krótkie brązowe włosy, twarz bez wyrazu.

– Ten Strażnik – powiedziała powoli. – Był tam. Z tą dwójką…

– Prowadzimy dokładne dochodzenie – mówił właśnie mężczyzna na ekranie. – Strażnicy zrobią wszystko, by wyjaśnić to morderstwo.

– Ta, jasne – warknął Elias pod nosem. Szczęka mu stwardniała, mięsień drgał przy żuchwie.

Wstał.

Ruszył w stronę kuchni, a ona wstała odruchowo za nim — bo pokój za jego plecami nagle zrobił się za duży, a jej nogi nie miały pomysłu, gdzie indziej stać.

– Co wiesz o Strażnikach? – rzucił, nie odwracając się.

– Policja rządowa?

– Niekoniecznie. – Oparł się o blat, krzyżując ramiona na piersi. Koszulka napięła się na barkach, na przedramionach zarysowały się mięśnie — i Sienna odwróciła wzrok, bo nie miała teraz na to siły. – Słyszałaś kiedyś o Istotach Nocy?

– Nie.

Przez chwilę milczał.

– Jesteś człowiekiem. I przeżyłaś. Wszyscy martwi byli ludźmi — żadna Istota Nocy nie zginęła. Ten syf był wymierzony tylko w ludzi.

Sienna stała przy kuchennym blacie, palce zaplotły się na jego krawędzi. Słuchała.

– O czym ty w ogóle mówisz?

Oderwał się od blatu.

– Słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Świat, który znasz, to powierzchnia. Pod nią istnieje druga warstwa. Wampiry, wilkołaki, magowie, syreny — wszyscy. Prawdziwi. Obok ludzi od wieków.

Spojrzał w stronę telewizora.

– Ci ludzie na ekranie wiedzą o nas. Ich zadaniem jest pilnować równowagi, trzymać obie strony w ryzach.

Sienna zamrugała.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij