Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wilcze rządy. Część 1. Początek - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
32,99
3299 pkt
punktów Virtualo

Wilcze rządy. Część 1. Początek - ebook

Ludzie przestali dyktować warunki. Teraz władzę mają bestie.

Przerażające bóstwo Cienia zaczyna siać chaos na ziemi. Gdy osada nieopodal rodzinnej wioski Bastiego – hodowcy zwierząt – staje w płomieniach, ten bez wahania dołącza do swoich kompanów i rusza do walki.

Po krwawej bitwie zostaje ugryziony przez dziką bestię. Kiedy wreszcie wraca do domu, na miejscu zastaje tylko zgliszcza i ślady rzezi. Jego żona i córka nie żyją, a po synu nie ma nawet śladu.

Od tej chwili coś w nim pęka. Jego ciało zaczyna się zmieniać, zmysły wyostrzają, a gniew przeradza się w coś o wiele groźniejszego.

Ogarnięty rozpaczą i żądzą zemsty, Basti wyrusza w drogę, by odnaleźć własne dziecko. Nie przeczuwa jeszcze, że w jego wnętrzu budzi się krwiożerczy wilk. Ani że jego nowe oblicze może ocalić świat przed zagładą… lub pogrążyć go w całkowitej ciemności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-331-3
Rozmiar pliku: 824 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Za­pew­ne zna­cie wie­le fan­ta­stycz­nych i ta­jem­ni­czych po­sta­ci. Czy­ta­li­ście lub oglą­da­li­ście róż­ne nie­sa­mo­wi­te hi­sto­rie, o któ­rych na­wet sta­ro­żyt­ni nie śni­li. Jed­nak chcę wam opo­wie­dzieć dzie­je pew­ne­go czło­wie­ka. Je­go ży­cie, z po­cząt­ku po­ukła­da­ne, spo­koj­ne, wręcz nud­ne, na­bie­ra roz­pę­du z każ­dym od­de­chem lub mru­gnię­ciem okiem. Ale po ko­lei…

Wscho­dzi­ło słoń­ce, za­po­wia­da­jąc ko­lej­ny sło­necz­ny dzień nad osa­dą Ti­po, znaj­du­ją­cą się przy brze­gu oce­anu. Ota­cza­ły ją po­la upraw­ne oraz la­sy bo­ga­te w zwie­rzy­nę. Na­to­miast gó­ry po­ło­żo­ne w dal­szej czę­ści lą­du do­star­cza­ły ma­te­ria­łów nie­zbęd­nych do wy­twa­rza­nia bro­ni.

Dla dwóch ty­się­cy miesz­kań­ców wio­ski za­czy­nał się dzień pe­łen obo­wiąz­ków. Rze­mieśl­ni­cy, kup­cy, ry­ba­cy, zna­cho­rzy, ho­dow­cy zwie­rząt, wo­jow­ni­cy, han­dla­rze – wszy­scy mie­li swo­je miej­sce w osa­dzie i wy­ko­ny­wa­li obo­wiąz­ki pie­czo­ło­wi­cie. Do­bro ogó­łu by­ło dla każ­de­go waż­ne. Był wśród nich pe­wien wo­jow­nik, któ­ry od­kąd za­pa­no­wał po­kój mię­dzy osa­da­mi, za­jął się ho­dow­lą zwie­rząt. Na imię by­ło mu Ba­sti – wy­so­ki, jak na tam­te cza­sy (mie­rzył aż sto osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try), szczu­pły, acz­kol­wiek do­brze zbu­do­wa­ny. Miał czar­ne, krót­kie wło­sy, nie­bie­skie, prze­ni­kli­we oczy i su­ro­we ry­sy twa­rzy. Le­d­wie skoń­czył trzy­dzie­ści lat, a już mógł opo­wie­dzieć nie­jed­ną cie­ka­wą hi­sto­rię.

Gdy cza­sy wo­jen i pod­bo­jów prze­mi­nę­ły, Ba­sti osiadł na obrze­żach Ti­po w ma­łym dom­ku ogro­dzo­nym nie­wiel­kim, drew­nia­nym płot­kiem. Do­oko­ła cha­łup­ki znaj­do­wa­ły się pa­stwi­ska dla zwie­rząt oraz po­la upraw­ne na­le­żą­ce do nie­go i je­go ro­dzi­ny. Męż­czy­zna przy­zwy­cza­ił się do spo­koj­niej­szych cza­sów, ale ni­g­dy nie za­po­mniał, ile za­wdzię­cza swo­im umie­jęt­no­ściom bo­jo­wym. Każ­de­go dnia od­da­wał się tre­nin­go­wi i roz­wi­ja­niu zdol­no­ści wła­da­nia mie­czem lub wal­ki wręcz. Czy­nił to na pla­cu tre­nin­go­wym nie­opo­dal do­mu wo­dza, znaj­du­ją­ce­go się na wzgó­rzu z wi­do­kiem na ca­łą osa­dę.

– Axel! Trzy­maj wy­żej miecz – po­wie­dział Ba­sti do swo­je­go sy­na.

– Sta­ram się – od­po­wie­dział nie­po­rad­nie chło­pak, po­pra­wia­jąc miecz w sła­bych dło­niach.

Miał dzie­sięć lat i sta­now­czo za ma­ło si­ły jak na swój wiek. Po oj­cu odzie­dzi­czył wzrost oraz czar­ny ko­lor wło­sów. Był też dość szczu­pły. Je­go wy­gląd nie zwal­niał go od obo­wiąz­ków. Do je­go za­dań na­le­ża­ła po­moc oj­cu przy zwie­rzę­tach oraz od pew­ne­go cza­su na­uka wła­da­nia bro­nią. Chło­pak bar­dzo chciał, że­by Ba­sti był z nie­go dum­ny. Nie­ste­ty nie za­wsze tak by­ło. Ze wzglę­du na brak si­ły tre­nin­gi z oj­cem wy­kań­cza­ły go. Jed­nak nie pod­da­wał się, wsta­jąc po każ­dym, na­wet naj­więk­szym po­tknię­ciu.

Ćwi­cze­nia prze­rwa­ła wieść o przy­by­ciu po­słań­ca. By­ło to bar­dzo dziw­ne zja­wi­sko, gdyż wszyst­kie są­sia­du­ją­ce osa­dy mia­ły dość bez­sen­sow­nych wo­jen i za­war­ły mię­dzy so­bą po­kój. Do­dat­ko­wo wo­dzo­wie wy­zna­czy­li gra­ni­ce po­mię­dzy wio­ska­mi oraz po­bli­skim te­re­na­mi. Naj­dziw­niej­sze w tej sy­tu­acji by­ły po­śpiech i ner­wy po­słań­ca, za­uwa­żal­ne już z da­le­ka.

– Co się dzie­je? – za­py­tał z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem Axel.

– Nie wiem – od­po­wie­dział zgod­nie z praw­dą Ba­sti. – To po­sła­niec z od­le­głej osa­dy. Chodź­my spraw­dzić, ja­kie wie­ści przy­no­si. Nie wy­glą­da zbyt do­brze.

Tak też uczy­ni­li. Axel wziął swój miecz i po­dą­żył za oj­cem. Sta­nę­li nie­da­le­ko do­mu Ari­na, wo­dza Ti­po. Nie mie­li zbyt du­żo miej­sca do wy­bo­ru, gdyż po­ja­wi­ło się wie­lu miesz­kań­ców osa­dy za­in­te­re­so­wa­nych przy­by­ciem po­słań­ca.

– Pa­nie… – za­czął przy­bysz, jesz­cze sie­dząc na ko­niu. – Osa­da Wir­ku za­ata­ko­wa­ła na­sze zie­mie bez żad­ne­go ostrze­że­nia…

– Mi­mo za­war­te­go so­ju­szu? – wtrą­cił zdzi­wio­ny wódz.

– Tak. To by­ła tra­ge­dia. Nikt nie wie­dział, co się dzie­je. Nikt nie za­uwa­żył, skąd nad­szedł atak i kim są na­past­ni­cy. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że by­li wśród nich ka­pła­ni oraz sza­ma­ni. By­ło jed­nak w nich coś dziw­ne­go… – Po­sła­niec za­czął mó­wić wol­niej, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Mrocz­ne­go. Ich oczy… Moż­na by­ło w nich zo­ba­czyć obłęd. Mia­ły nie­na­tu­ral­nie fio­le­to­wy ko­lor. Tak jak lu­dzie, któ­rzy czci­li za­ka­za­ne bó­stwo…

– Cie­nia – do­koń­czył ktoś z tłu­mu.

Fa­la szep­tów ro­ze­szła się po zgro­ma­dzo­nych lu­dziach. Nie­któ­rzy w my­ślach już się pa­ko­wa­li i chcie­li ucie­kać. In­ni szy­ko­wa­li broń, aby sta­wić czo­ła nie­bez­pie­czeń­stwu. Po­sła­niec za­milkł. Do­pie­ro te­raz wy­pro­sto­wał się, pa­trząc na wo­dza osa­dy. Ten po­wiódł su­ro­wym spoj­rze­niem po zgro­ma­dzo­nym tłu­mie, ga­niąc ich za za­pre­zen­to­wa­ną po­sta­wę.

– Nie wpa­daj­cie w pa­ni­kę – za­czął sta­now­czo Arin. – Bó­stwo Cie­nia zo­sta­ło za­ka­za­ne i wy­tę­pio­ne z na­szych ziem. Nie­moż­li­we, aby ktoś po­now­nie za­czął je czcić. Zbyt du­żo krwi prze­la­li na­si przod­ko­wie, na­pra­wia­jąc błę­dy daw­nych po­ko­leń, że­by wy­da­rzy­ło się to sa­mo. Za­rzą­dzam spo­tka­nie dziś wie­czo­rem w tej spra­wie. A te­raz zaj­mij­cie się po­słań­cem oraz swo­imi obo­wiąz­ka­mi.

Wódz za­koń­czył wi­do­wi­sko. Za­siadł przed cha­tą, by roz­my­ślać, co w tej sy­tu­acji po­wi­nien czy­nić. Lu­dzie po­słusz­nie wró­ci­li do swo­ich obo­wiąz­ków, lecz szep­ty i roz­mo­wy nie usta­wa­ły.

– Co o tym są­dzisz, oj­cze? – za­py­tał Axel, gdy zmie­rza­li do do­mu.

– Jak do­trze­my do do­mu, wte­dy wszyst­kie­go się do­wiesz, chłop­cze – od­rzekł za­my­ślo­ny Ba­sti.

W cha­cie cze­ka­ło już je­dze­nie przy­go­to­wa­ne przez je­go żo­nę Leę. By­ła to pięk­na, szczu­pła ko­bie­ta śred­nie­go wzro­stu o dłu­gich, gę­stych i czar­nych jak smo­ła wło­sach. Jej gra­na­to­we oczy po­tra­fi­ły z każ­de­go wy­cią­gnąć każ­dą in­for­ma­cję. Mia­ła dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Uśmiech i opty­mizm ni­g­dy jej nie opusz­cza­ły. Na­wet w naj­gor­szych chwi­lach po­tra­fi­ła roz­nie­cić iskier­kę na­dziei na lep­sze ju­tro.

– Oj­cze! – wy­krzyk­nę­ła Ri­ta, wi­dząc, jak oj­ciec prze­kra­cza próg do­mu. Już chcia­ła biec w je­go stro­nę, gdy mat­ka w ostat­niej chwi­li zła­pa­ła ją za ko­szu­lę.

– Ri­ta, ostroż­nie. Jesz­cze tro­chę, a nie mie­li­by­śmy do cze­go sia­dać. Pra­wie zrzu­ci­łaś mi­sę z je­dze­niem na pod­ło­gę – skar­ci­ła ją mat­ka.

– Prze­pra­szam, mat­ko. – Ri­ta spoj­rza­ła na stół, gdzie Lea po­pra­wia­ła ja­dło.

– Już do­brze, zwier­ciu­chu. – Uśmiech­nę­ła się i po­ca­ło­wa­ła cór­kę w czo­ło. – Sy­tu­acja opa­no­wa­na, mo­żesz się przy­wi­tać z oj­cem i bra­tem.

Ri­ta bie­giem rzu­ci­ła się w ra­mio­na Ba­stie­go, któ­ry cier­pli­wie cze­kał na roz­wój sy­tu­acji. Bez pro­ble­mu pod­niósł de­li­kat­ne ciał­ko cór­ki po­nad gło­wę. Dziew­czyn­ka, po­dob­nie jak jej mat­ka, by­ła ma­łą istot­ką o ciem­nych wło­sach śred­niej dłu­go­ści. Oczy, co praw­da nie tak bar­dzo in­ten­syw­ne jak u Lei, ale też po­tra­fi­ły nie­źle na­mie­szać w gło­wie. Dziew­czyn­ka mia­ła osiem lat i wszę­dzie by­ło jej peł­no. Do jej głów­nych obo­wiąz­ków na­le­ża­ła po­moc mat­ce w do­mu, co nie za­wsze prze­bie­ga­ło spo­koj­nie i har­mo­nij­nie.

Axel po­czo­chrał wło­sy sio­strze i usiadł do sto­łu.

– Ja­kie wie­ści przy­niósł po­sła­niec? – za­py­ta­ła za­dzior­nie Lea. – Hi­sto­ria, któ­rą już sły­sza­łam, jest na­praw­dę in­try­gu­ją­ca.

Ba­sti po­sta­wił Ri­tę na zie­mi i uważ­nie za­czął przy­glą­dać się żo­nie. Nie był do koń­ca prze­ko­na­ny, ile mo­że po­wie­dzieć o za­ist­nia­łej sy­tu­acji, ale sko­ro do­szły ją już zmie­nio­ne wer­sje, to praw­da by­ła zde­cy­do­wa­nie lep­szym wyj­ściem. Lea, mi­mo że za­wsze by­ła uśmiech­nię­ta, na­le­ża­ła do mą­drych ko­biet, któ­re wie­dzia­ły wię­cej o ży­ciu niż tyl­ko to, jak po­praw­nie wy­ko­ny­wać do­mo­we obo­wiąz­ki. Za to Ba­sti ko­chał ją naj­bar­dziej. Sia­da­jąc do sto­łu, stre­ścił prze­bieg wi­zy­ty po­słań­ca.

– Za­bra­niam wam wy­cho­dzić po zmro­ku z do­mu. – Skie­ro­wał su­ro­we spoj­rze­nie na Ri­tę i Axe­la. – Na ło­wy też nie mo­żesz od­cho­dzić da­le­ko od osa­dy, Axel.

Chło­pak tyl­ko po­ki­wał gło­wą na znak, że zro­zu­miał po­le­ce­nie wy­da­ne przez oj­ca. Dziew­czyn­ka nie by­ła za­chwy­co­na po­my­słem, ale nie mia­ła zbyt du­żo do po­wie­dze­nia.

Gdy za­padł zmrok, Ba­sti udał się na na­ra­dę do wo­dza osa­dy. W skład Ra­dy wcho­dzi­ło dzie­sięć osób oraz wódz. Ba­sti zo­stał wcią­gnię­ty do Ra­dy nie ze wzglę­du na swo­ją si­łę, lecz na trzeź­wy osąd nie­mal­że w każ­dej sy­tu­acji. W Ra­dzie znaj­do­wa­li się przed­sta­wi­cie­le: kup­ców, han­dla­rzy, wo­jow­ni­ków, ry­ba­ków, rze­mieśl­ni­ków i in­nych. Ba­sti ofi­cjal­nie był przed­sta­wi­cie­lem ho­dow­ców zwie­rząt.

– Za­tem. Cóż ma­my uczy­nić? Słu­cham wa­szych zdań – za­czął wódz, pa­trząc po twa­rzach zgro­ma­dzo­nych przy ogni­sku lu­dzi.

Ci­sza. Nikt nic nie mó­wił. Każ­dy pa­trzył tak in­ten­syw­nie w ogień, jak­by szu­kał tam wspa­nia­łe­go roz­wią­za­nia za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

– Wy­ślij­my pię­cio­oso­bo­wy pa­trol zwia­dow­czy w tam­te stro­ny – prze­ła­mał nie­koń­czą­cą się ci­szę Ba­sti. – Wy­bierz­my naj­lep­sze ko­nie oraz naj­lep­szych jeźdź­ców, ma­łych i zwin­nych. Niech spraw­dzą, czy sło­wa po­słań­ca są praw­dzi­we. A póź­niej po­dej­mie­my de­cy­zje, co z tym zro­bi­my da­lej.

– Dla­cze­go ma­my na­ra­żać na­szych lu­dzi? – ode­zwał się przed­sta­wi­ciel han­dla­rzy. – Mo­że­my swo­bod­nie han­dlo­wać z in­ny­mi osa­da­mi. W ja­kim ce­lu ma­my siać za­męt i za­mie­sza­nie? To za­szko­dzi tyl­ko na­szym in­te­re­som.

– Jak zwy­kle, ty tyl­ko o swo­ich in­te­re­sach. Po co ma­my cze­kać? – Gwał­tow­nie po­de­rwał się z miej­sca Be­ros, przed­sta­wi­ciel wo­jow­ni­ków. – Zbierz­my na­sze woj­ska i ru­szaj­my na­prze­ciw ar­mii wro­ga. Prze­cież po­sła­niec po­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło. Na co ma­my cze­kać?

Tłum ożył. Każ­dy miał te­raz coś do po­wie­dze­nia. Jed­nak nikt ni­ko­go nie słu­chał. Je­den krzy­czał przez dru­gie­go. Nie­któ­rzy chcie­li ru­szać do bo­ju. In­nym roz­są­dek ka­zał cze­kać na roz­wój sy­tu­acji. Arin pa­trzył na roz­ju­szo­nych lu­dzi co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­nym wzro­kiem. Gdy w koń­cu za­pa­dła ci­sza, prze­szli do gło­so­wa­nia. Każ­dy z przed­sta­wi­cie­li po ko­lei wy­po­wia­dał swo­ją opi­nię.

– Woj­na.

– Cze­kać.

– Cze­kać.

– Woj­na.

– Cze­kać.

– Cze­kać.

– Woj­na.

– Cze­kać.

– Cze­kać.

– Pa­trol – od­rzekł na koń­cu spo­koj­nie Ba­sti.

– Za­tem więk­szo­ścią gło­sów cze­ka­my – pod­su­mo­wał wódz. – Wra­caj­cie do swo­ich do­mów. Ko­niec na­ra­dy.

Po za­koń­czo­nym spo­tka­niu na­stro­je w osa­dzie by­ły róż­ne. Ba­sti miał złe prze­czu­cia, jed­nak nic nie mógł po­ra­dzić na zmia­nę sy­tu­acji. Nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak tyl­ko cze­kać.

Upły­nę­ło kil­ka dni w ci­szy i spo­ko­ju. Lu­dzie po­wo­li za­po­mi­na­li już o za­mie­sza­niu wy­wo­ła­nym przez wia­do­mość po­słań­ca o bó­stwie Cie­nia, któ­ry wró­cił do swo­ich z wia­do­mo­ścia­mi od wo­dza osa­dy.ROZ­DZIAŁ 2

Za­po­wia­dał się ko­lej­ny sło­necz­ny dzień. Ba­sti sie­dział na tra­wie i bacz­nie ob­ser­wo­wał, jak Axel ćwi­czy strze­la­nie z łu­ku do drze­wa.

– Nad­gar­stek bli­żej po­licz­ka – po­in­stru­ował.

Gdy tyl­ko Axel wy­pu­ścił strza­łę, któ­ra dra­snę­ła drze­wo, za­wył róg ostrze­gaw­czy z bram osa­dy. Nie zwa­ża­jąc na po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­nej strza­ły, ru­szy­li w stro­nę dźwię­ku. Do­bie­gli do bra­my ja­ko jed­ni z pierw­szych. W od­da­li do­strze­gli gru­pę kil­ku­na­stu uzbro­jo­nych osób. Axel w od­ru­chu wy­cią­gnął ko­lej­ną strza­łę i za­czął ce­lo­wać w po­ru­sza­ją­ce się po­sta­cie. Jed­nak gdy by­ły już wy­star­cza­ją­co bli­sko bra­my, moż­na by­ło do­strzec zu­peł­nie in­ny ob­raz.

– Otwo­rzyć bra­mę – krzyk­nął Be­ros.

Bra­ma za­skrzy­pia­ła i już po chwi­li w osa­dzie zna­leź­li się ob­cy lu­dzie. Oka­za­ło się, że by­li to ucie­ki­nie­rzy i wo­jow­ni­cy z są­sia­du­ją­cej osa­dy. Udzie­lo­no im po­mo­cy, opa­trzo­no ra­ny, da­no pić i jeść. Gdy już od­po­czę­li, sa­mi za­czę­li mó­wić, co ich spo­tka­ło. Wie­le po­kry­wa­ło się ze sło­wa­mi po­słań­ca sprzed kil­ku dni. Te sa­me po­sta­cie. Ten sam sche­mat dzia­ła­nia. Na­paść i za­bój­stwo miesz­kań­ców osa­dy. Tyl­ko nie­licz­nym uda­ło się uciec. Lu­dzie by­li tak prze­ra­że­ni tym, co się wy­da­rzy­ło, że każ­dy po­dej­rza­ny dźwięk lub gwał­tow­ne po­ja­wie­nie się miesz­kań­ca osa­dy po­wo­do­wa­ły u nich po­płoch, strach i krzyk. Nikt już nie miał wąt­pli­wo­ści – bó­stwo Cie­nia się od­ro­dzi­ło i chce za­wład­nąć świa­tem.

Wódz zwo­łał wie­czo­rem ko­lej­ną ra­dę w swo­jej cha­cie. Tak jak po­przed­nim ra­zem sta­wi­li się wszy­scy człon­ko­wie, łącz­nie z Ba­stim, któ­ry nie zmie­nił zda­nia od po­przed­niej na­ra­dy.

– Roz­ma­wia­li­ście z oca­la­ły­mi, praw­da? – za­py­tał Arin zgro­ma­dzo­nych.

Wszy­scy zgod­nie, acz­kol­wiek po­wo­li kiw­nę­li gło­wa­mi. Miesz­kań­cy osa­dy ży­li te­raz tyl­ko tym, co się dzia­ło po­za mu­ra­mi ich wio­ski.

– Za­tem py­tam po­now­nie, co ra­dzi­cie w tej spra­wie? – Wódz po­wiódł po twa­rzach osób, któ­re znaj­do­wa­ły się w je­go cha­cie.

Tym ra­zem nie by­ło aż tak gwał­tow­nie jak na po­przed­nim spo­tka­niu. Każ­dy opo­wie­dział, ja­kie wi­dzi wyj­ście z za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Ba­sti da­lej pod­trzy­my­wał swo­je sta­no­wi­sko od­no­śnie do zwia­du, jed­nak więk­szo­ścią gło­sów za­de­cy­do­wa­no o ru­sze­niu w peł­nym uzbro­je­niu na nie­zna­ne­go prze­ciw­ni­ka.

Be­ros za­jął się wer­bo­wa­niem męż­czyzn na­da­ją­cych się na wo­jow­ni­ków. Ba­sti sam się zgło­sił na ochot­ni­ka. W koń­cu był naj­sil­niej­szym męż­czy­zną w osa­dzie. Nie mo­gło go za­brak­nąć. Po­za tym tę­sk­nił za dresz­czy­kiem emo­cji, tro­pie­niem prze­ciw­ni­ka, ro­bie­niem za­sa­dzek, wal­ką na mie­cze czy też wręcz. My­śla­mi wy­bie­gał już w przy­szłość i wi­dział star­cie z wro­gą ar­mią. Jak ich roz­szar­pu­je na strzę­py oraz miaż­dży z nie­sa­mo­wi­tą si­łą.

– Wy­ru­sza­my ju­tro o świ­cie. – Be­ros po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Ba­stie­go, tym sa­mym wy­ry­wa­jąc go z za­my­śle­nia. – Ra­dzę Ci, po­że­gnaj się ze swo­ją ro­dzi­ną. Nie wia­do­mo, czy wró­ci­my jesz­cze do osa­dy.

– Ja wró­cę, na pew­no – od­parł har­do Ba­sti.

Miał dziw­ne prze­czu­cie, że je­go sło­wa się spraw­dzą. By­ło jed­nak w nich coś nie­po­ko­ją­ce­go. Wró­ci, ale czy da­lej bę­dzie ta­ki sam? Ta dziw­na myśl nie da­wa­ła mu spo­ko­ju w dro­dze do do­mu.

Gdy prze­kro­czył próg cha­ty, zo­ba­czył swo­ją żo­nę sie­dzą­cą przy pa­le­ni­sku. Grze­ba­ła me­ta­lo­wym prę­tem w ogniu, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się w pło­mie­nie.

– Po­wiedz, że do nas wró­cisz – ode­zwa­ła się smut­no, prze­no­sząc wzrok na mę­ża.

– Wąt­pisz w mo­je umie­jęt­no­ści bo­jo­we, ko­bie­to? – Ba­sti zde­ner­wo­wał się na Leę. Jak ona mo­gła tak my­śleć? Prze­cież był naj­sil­niej­szym miesz­kań­cem osa­dy. Za­słu­żo­nym w bo­ju. Po­sia­da­ją­cym nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści wła­da­nia mie­czem, któ­re prze­ka­zy­wał sy­no­wi.

– Ni­g­dy w Cie­bie nie wąt­pi­łam – przy­zna­ła pew­nie. – Ale jest coś prze­ra­ża­ją­ce­go w tych opo­wie­ściach oca­la­łych. Coś, cze­go nie po­tra­fię po­jąć. Coś, co na­pa­wa mnie wiel­kim lę­kiem i nie­po­ko­jem. Ja­kieś dziw­ne prze­czu­cie, że mo­że to być na­sza osta­nia noc. – Po­je­dyn­cza łza spły­nę­ła po jej po­licz­ku.

Ba­sti pod­szedł do żo­ny. Ujął jej drob­ną twarz w wiel­kie dło­nie i starł kciu­kiem spły­wa­ją­cą łzę. Ni­g­dy nie lu­bił, gdy Lea pła­ka­ła. Co praw­da dzia­ło się to bar­dzo rzad­ko, ale i tak nie zno­sił te­go uczu­cia bez­sil­no­ści, któ­re go opa­no­wy­wa­ło, gdy wi­dział ją w ta­kim sta­nie. Bo co mo­że zro­bić męż­czy­zna, wi­dząc ko­bie­ce łzy?

Za­tra­cił się w gra­na­to­wych oczach, wspo­mi­na­jąc wszyst­kie wspa­nia­łe chwi­le, któ­re prze­ży­li ra­zem. By­ło ich tak wie­le. Dla­cze­go obo­je mie­li prze­czu­cie, że to ich ostat­nie wspól­ne chwi­le? Lea sta­nę­ła na pal­cach i de­li­kat­nie po­ca­ło­wa­ła Ba­stie­go. Od­wza­jem­nił piesz­czo­tę i za­plótł sil­ne rę­ce na jej drob­nej ta­lii.

– Wró­cę do was – od­po­wie­dział, moc­no wie­rząc w swo­je sło­wa.

Gdy na­stał no­wy dzień, Ba­sti wy­szedł z do­mu, nie bu­dząc ni­ko­go. Zaj­rzał tyl­ko do izby, w któ­rej spa­ły dzie­ci. Ma­ły ko­smyk za­plą­tał się na twarz Ri­ty, wkra­da­jąc się pra­wie do ust. Prze­su­nął de­li­kat­nie pal­cem po twa­rzy có­recz­ki i za­plótł jej wło­sy za ucho. Ma­ła prze­wró­ci­ła się na dru­gi bok, mam­ro­cząc coś nie­zro­zu­mia­le pod no­sem. Axel jak zwy­kle spał z nie­win­nym wy­ra­zem twa­rzy. Ba­sti za­wsze po­dzi­wiał spo­kój sy­na pod­czas od­po­czyn­ku. Na­wet w młod­szych la­tach chło­pak nie spra­wiał pro­ble­mów, gdy trze­ba by­ło iść spać. Szko­da, że tak ła­god­nie wy­glą­dał tyl­ko pod­czas snu. Za dnia twarz Axe­la przy­bie­ra­ła bar­dziej za­cię­ty wy­raz.

Lea al­bo by­ła po­grą­żo­na w tak głę­bo­kim śnie, al­bo spe­cjal­nie uda­wa­ła. Ob­sta­wiał bar­dziej to dru­gie. Za­pew­ne nie po­zwo­li­ła­by mu udać się na woj­nę, a za­wsze go wspie­ra­ła. W każ­dych dzia­ła­niach mógł na nią li­czyć. Jed­nak tym ra­zem obo­je czu­li, że coś jest na rze­czy. Nie po­tra­fi­li te­go na­zwać, ale ta­kie­go prze­czu­cia jesz­cze ni­g­dy nie mie­li. W do­dat­ku obo­je w tym sa­mym cza­sie od­no­śnie do tej sa­mej sy­tu­acji.

A mo­że już nie wró­cę? Mo­że za­miast wal­czyć nie wia­do­mo gdzie, zo­sta­nę w do­mu i bę­dę bro­nić te­go, co naj­bliż­sze mo­je­mu ser­cu? – Gdy po raz ostat­ni pa­trzył na śpią­cą żo­nę i nie­mal już wy­cho­dził z do­mu, na uła­mek se­kun­dy głos po­wąt­pie­wa­nia roz­brzmiał mu w gło­wie. Szyb­ko od­go­nił te my­śli. Praw­dzi­wy wo­jow­nik nie boi się ni­cze­go. Na­wet śmier­ci. Wy­ru­sza sta­wić czo­ło na­jeźdź­cy, że­by on nie mógł do­trzeć do je­go osa­dy. A co waż­niej­sze, do je­go ro­dzi­ny. Gdy już ode­prze atak wro­ga, wró­ci ja­ko bo­ha­ter i bę­dzie mógł po­now­nie cie­szyć się do­mo­wym za­ci­szem. Z tą my­ślą Ba­sti za­mknął za so­bą drzwi i ru­szył na miej­sce zbiór­ki.

Przed bra­mą osa­dy ze­bra­ła się już spo­ra gru­pa lu­dzi. Męż­czyź­ni do­bie­ra­li jesz­cze mie­cze, włócz­nie, łu­ki oraz in­ne bro­nie, aby nie iść na wro­ga z pu­sty­mi rę­ko­ma. Ba­sti po­pra­wił swój miecz. Wczo­raj wie­czo­rem do­kład­nie go na­ostrzył, po­wo­li spraw­dza­jąc ca­łą dłu­gość w po­szu­ki­wa­niu ja­kich­kol­wiek uszczerb­ków. Po­cią­gnię­cie za po­cią­gnię­ciem. Lu­bił za­rów­no dźwięk, jak i uczu­cie spo­wo­do­wa­ne prze­su­wa­niem ostrza po me­ta­lu.

Wo­jow­nik jest ty­le wart, ile je­go miecz. – Sło­wa oj­ca roz­brzmia­ły mu w umy­śle. Od ma­łe­go wpa­jał Ba­stie­mu, że bę­dzie wiel­kim wo­jow­ni­kiem oaz za­sły­nie wśród in­nych. Czas w koń­cu speł­nić pro­roc­twa oj­ca.

Róg wy­rwał Ba­stie­go z za­my­śle­nia. Wo­jow­ni­cy oraz ochot­ni­cy ru­szy­li sta­wić czo­ła wro­giej ar­mii. Ba­sti szedł na koń­cu, ubez­pie­cza­jąc ty­ły. Za­wsze tak ro­bił. Da­wa­ło mu to czas na re­ak­cję, gdy coś dzia­ło się z przo­du. Za­cho­wy­wał jed­nak czuj­ność i był rów­nież przy­go­to­wa­ny na atak od ty­łu.

Pierw­szy dzień mar­szu upły­nął spo­koj­nie. Każ­dy wo­jow­nik szedł w sku­pie­niu, ob­ser­wu­jąc bacz­nie dro­gę. Gdy prze­mie­rza­li gę­sty las, uda­ło się im na­wet upo­lo­wać zwie­rzy­nę na ko­la­cję. Roz­bi­li ma­ły obóz na jed­nej z mi­ja­nych po­lan. Ba­sti zgło­sił się ja­ko pierw­szy do noc­nej war­ty. Nie był zmę­czo­ny mar­szem, a do­sko­na­le wie­dział, że póź­niej bę­dzie mu ła­twiej za­snąć i zre­ge­ne­ro­wać si­ły na na­stęp­ny dzień.

Trzask pę­ka­ją­cej ga­łę­zi wy­rwał go z za­my­śle­nia. Ba­sti po­de­rwał się na rów­ne no­gi, do­by­wa­jąc mie­cza. Po sta­li prze­biegł błysk ognia. Wo­jow­nik spoj­rzał w kie­run­ku, skąd do­cho­dził dźwięk. Jed­nak od­po­wie­dzia­ły mu tyl­ko ci­sza i mrok. Stał tak, wstrzy­mu­jąc od­dech oraz wy­tę­ża­jąc wzrok, aż na­gle coś bły­snę­ło ni­sko nad zie­mią. Ba­sti za­mach­nął się mie­czem. W tym sa­mym mo­men­cie z mro­ku wy­ło­nił się wiel­ki wilk. Nie był stan­dar­do­wych roz­mia­rów. Był du­żo więk­szy. Miecz za­wisł w po­wie­trzu. Ba­sti nie mógł ode­rwać wzro­ku od lśnią­cej sza­rej sier­ści stwo­rze­nia oraz in­ten­syw­nych nie­bie­skich tę­czó­wek. Wilk do­kład­nie zlu­stro­wał Ba­stie­go. Jak­by spraw­dzał, czy się na­da­je. Na­gle za­darł łeb i za­wył prze­raź­li­wie w stro­nę gwieź­dzi­ste­go nie­ba.

– Czas na zmia­nę war­ty. – Ba­sti spoj­rzał na Be­ro­sa, któ­ry wy­szedł zza wiel­kie­go pnia drze­wa. – Na ko­go po­lu­jesz? – za­py­tał, wi­dząc dziw­ne za­cho­wa­nie wo­jow­ni­ka.

Ba­sti po­now­nie spoj­rzał w miej­sce, w któ­rym stał wilk. Już go tam nie by­ło. Tak jak­by wy­pa­ro­wał. Prze­cież Ba­sti usły­szał­by sze­lesz­czą­ce od­gło­sy ucie­ka­ją­cej zwie­rzy­ny. Zmie­sza­ny spoj­rzał po­now­nie na Be­ro­sa.

– Uwa­żaj na za­błą­ka­ną zwie­rzy­nę. Ja­kieś zwie­rzę chy­ba pla­no­wa­ło do­stać się do na­szych za­pa­sów, ale osta­tecz­nie zmie­ni­ło zda­nie – od­po­wie­dział Ba­sti.

Zo­sta­wił Be­ro­sa z tą krót­ką in­for­ma­cją. Po­szu­kał ka­wał­ka zie­mi, roz­ło­żył płaszcz i po­ło­żył się na nim. Pa­trząc w gwieź­dzi­ste nie­bo, za­sta­na­wiał się, czy miał zwi­dy, czy na­praw­dę wi­dział wil­ka. Mo­że zwierz był cho­ry i pod­czas snu roz­szar­pie wszyst­kim gar­dła? A mo­że to by­ła tyl­ko ha­lu­cy­na­cja? Tak czy siak, Ba­sti wo­lał już spać, niż da­lej to roz­trzą­sać. Prze­krę­cił się na pra­wy bok i za­marł. W krza­kach zno­wu doj­rzał te­go sa­me­go wil­ka. Po­de­rwał się na rów­ne no­gi i za­czął biec z mie­czem w rę­ku w stro­nę be­stii, lecz ona znik­nę­ła. Zre­zy­gno­wa­ny wró­cił na swo­je po­sła­nie, po­ło­żył się na ple­cach, za­mknął oczy i obie­cał so­bie, że otwo­rzy je do­pie­ro, jak za­cznie świ­tać.ROZ­DZIAŁ 3

Pro­mie­nie słoń­ca za­czę­ły ogrze­wać twa­rze wo­jow­ni­ków. Nie­któ­rzy z nich by­li już na no­gach i szy­ko­wa­li się do dal­sze­go mar­szu. Ba­sti usiadł na swo­im płasz­czu. Prze­tarł za­puch­nię­te oczy, przy­po­mi­na­jąc so­bie zaj­ścia z wczo­raj­szej no­cy. Na­dal nie był w sta­nie po­wie­dzieć, czy na­praw­dę wi­dział wil­ka, czy je­go wy­obraź­nia za­czy­na­ła już pła­tać fi­gle. Wstał, za­brał miecz i udał się w miej­sce zbiór­ki. Bez zbęd­ne­go ocią­ga­nia gru­pa ru­szy­ła da­lej. Ba­sti po­now­nie szedł na koń­cu. Tym ra­zem bacz­nie lu­stro­wał każ­dy mi­ja­ny krzak, drze­wo czy po­dej­rza­ną prze­strzeń mię­dzy pnia­mi. Obie­cał so­bie, że przy na­stęp­nym spo­tka­niu z wil­kiem uży­je mie­cza, tak jak go uczył oj­ciec. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny zwierz za­czął bar­dzo in­ten­syw­nie in­te­re­so­wać Ba­stie­go. Przyj­rzał się tłu­mo­wi. Ni­ko­go nie bra­ko­wa­ło. Nikt też nie na­rze­kał na zni­ka­ją­ce ja­dło. Za­tem wilk nie chciał po­ży­wić się ich kosz­tem. Je­że­li nie je­dze­nie, to co mo­gło na­kło­nić zwie­rzę do po­ja­wie­nia się tak bli­sko ludz­kie­go obo­zo­wi­ska? Był sam czy z wa­ta­hą? Mo­że wy­cie mia­ło przy­wo­łać po­zo­sta­łych na rzeź i ucztę? Im dłu­żej o tym my­ślał, miał co­raz wię­cej py­tań, a co­raz mniej od­po­wie­dzi. I te oczy. Ba­sti nie mógł wy­rzu­cić z gło­wy spoj­rze­nia wil­ka.

– Do bro­ni! – roz­legł się wrzask Be­ro­sa.

Ba­sti szyb­ko wró­cił na zie­mię ze swo­ich roz­my­ślań. Au­to­ma­tycz­nie uniósł miecz, lu­stru­jąc sy­tu­ację. Z prze­ciw­nej stro­ny szła w ich kie­run­ku spo­ra gru­pa wo­jow­ni­ków w go­to­wo­ści do ata­ku. Jed­nak nie mie­li fio­le­to­wych oczu, tak jak opi­sy­wał po­sła­niec. Ba­sti przedarł się przez tłum, że­by jak naj­szyb­ciej zna­leźć się obok bo­jo­wo na­sta­wio­ne­go Be­ro­sa.

– To nie są wy­słan­ni­cy Cie­nia – po­wie­dział ostro Ba­sti, gdy już szedł ra­mię w ra­mię z Be­ro­sem. – Spójrz im w oczy. Są nor­mal­ne, ludz­kie.

– Co nie zmie­nia fak­tu, że mu­si­my za­cho­wać ostroż­ność – od­po­wie­dział Be­ros, da­jąc lu­dziom znak, że­by scho­wa­li mie­cze, ale by­li w go­to­wo­ści do wal­ki.

Obie gru­py za­trzy­ma­ły się w za­się­gu swo­je­go wzro­ku. Wi­dać by­ło go­to­wość do wal­ki rów­nież w prze­ciw­nej gro­ma­dzie. Na­gle w kie­run­ku miesz­kań­ców Ti­po ru­szył je­den męż­czy­zna. Scho­wał miecz do po­chwy, ale ca­ły czas trzy­mał dłoń na rę­ko­je­ści. Szedł po­wo­li, nie spusz­cza­jąc z nich wzro­ku.

Ba­sti i Be­ros wy­mie­ni­li szyb­kie spoj­rze­nia, kiw­nę­li gło­wa­mi, scho­wa­li mie­cze i ru­szy­li w kie­run­ku nie­zna­jo­me­go. Z tłu­mu wy­rwa­ło się jesz­cze kil­ku mło­dych męż­czyzn, ale gest dło­ni Be­ro­sa na­ka­zał im po­wrót w sze­re­gi. Nie mie­li wyj­ścia. Wró­ci­li na swo­je miej­sce.

Wy­słan­ni­cy spo­tka­li się w po­ło­wie dro­gi. Gdy by­li już bli­sko, w Ba­stie­go ude­rzy­ło dziw­ne prze­czu­cie, że skądś zna te­go męż­czy­znę. Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć skąd.

– Wi­taj­cie, nie­zna­jo­mi – prze­mó­wił ob­cy pew­nym gło­sem. – Za­błą­dzi­li­ście? Znacz­nie od­da­li­li­ście się od Ti­po.

Ba­sti i Be­ros po­czu­li się zmie­sza­ni, gdy tyl­ko pa­dła na­zwa ich wio­ski. Uda­ło im się ukryć swo­je zdzi­wie­nie pod ma­ską obo­jęt­no­ści.

– Skąd wiesz, że po­cho­dzi­my aku­rat z tej wio­ski? – za­py­tał za­in­try­go­wa­ny Be­ros.

– Jak tyl­ko uj­rza­łem te­go osił­ka… – Spoj­rzał na Ba­stie­go. – Od ra­zu sko­ja­rzy­łem go z wa­szą osa­dą. Do­dat­ko­wo kie­dyś ku­pi­łem od nie­go kil­ka do­rod­nych owiec. Nie co­dzien­nie spo­ty­ka się tak wiel­kie­go chło­pa – za­śmiał się.

Ba­sti i Be­ros spoj­rze­li na sie­bie. Ba­sti wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i zlu­stro­wał gru­pę, któ­ra za­czy­na­ła po­wo­li do nich pod­cho­dzić. Prze­wa­ża­li sil­ni męż­czyź­ni. Zna­la­zło się kil­ku chłop­ców oraz męż­czyzn w doj­rza­łym wie­ku. Jed­nak by­li oni w zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści.

– A Cie­bie co spro­wa­dza tak da­le­ko od swo­jej osa­dy? – za­py­tał Be­ros.

– Je­stem Ole. Do­wód­ca z osa­dy Mar. W po­ro­zu­mie­niu z wo­dzem ze­bra­li­śmy chęt­nych do wal­ki i wy­ru­szy­li­śmy po tym, jak od­wie­dził nas po­sła­niec. Na po­cząt­ku zba­ga­te­li­zo­wa­li­śmy je­go ostrze­że­nia. Jed­nak gdy do­szły nas słu­chy o ko­lej­nych ata­kach, po­sta­no­wi­li­śmy coś z tym zro­bić. Za­tem je­ste­śmy i sta­wi­my czo­ła na­wet sa­me­mu dia­błu, je­śli tyl­ko ze­chce za­szczy­cić nas swo­ją obec­no­ścią. Praw­da, bra­cia?! – za­czął krzy­czeć i pod­no­sić swój miecz.

Na ten okrzyk tłum się oży­wił. Mie­cze, łu­ki, gdzie­nie­gdzie na­wet wi­dły zo­sta­ły pod­nie­sio­ne po­nad gło­wy ich wła­ści­cie­li. Z każ­dym okrzy­kiem miesz­kań­cy osa­dy Ti­po pod­cho­dzi­li co­raz bli­żej praw­do­po­dob­nie no­wych sprzy­mie­rzeń­ców.

Ba­sti nie był do koń­ca prze­ko­na­ny, czy ta­kie ha­ła­so­wa­nie wyj­dzie im na do­bre. Prze­cież nie wie­dzą, co czai się w krza­kach. A mo­że wła­śnie w tej chwi­li wróg ich zna­lazł, ob­ser­wu­je i bę­dzie do­sko­na­le wie­dział, z jak du­żą gru­pą ma do czy­nie­nia. Za­tem nie cze­ka­jąc ani chwi­li dłu­żej, za­gwiz­dał prze­raź­li­wie i uniósł dłoń. Tłum spoj­rzał na nie­go wiel­ce zdzi­wio­ny, cze­mu ga­si ich wo­lę do wal­ki.

– Za­cho­waj­cie si­łę na star­cie z wro­giem. Z te­go, co sły­sza­łem, jest bar­dzo po­tęż­ny. A chy­ba nikt nie chce, że­by do­wie­dział się o nas zbyt wcze­śnie. Praw­da? – Po­wiódł po twa­rzach lu­dzi z obu grup, któ­re za­czę­ły się już mie­szać, wy­mie­nia­jąc się zdo­by­tą wie­dzą na te­mat wro­ga.

– Za­tem ob­sta­wiam, że łą­czy­my si­ły, aby po­ko­nać bó­stwo Cie­nia? – za­py­tał z prze­bie­głym uśmiesz­kiem Be­ros.

Ba­stie­mu nie po­do­bał się dziw­ny wy­raz twa­rzy przed­sta­wi­cie­la wo­jow­ni­ków. Nie mógł po­jąć, co mo­że kryć się za je­go uśmie­chem. Zwłasz­cza że Be­ros bar­dzo rzad­ko przy­odzie­wał ta­ką ma­skę. Po mi­nie Ole­go też wnio­sko­wał, iż nie jest prze­ko­na­ny o czy­stych in­ten­cjach po­łą­cze­nia sił.

– Za­wsze le­piej, gdy jest wię­cej sprzy­mie­rzeń­ców niż prze­ciw­ni­ków – od­po­wie­dział po chwi­li na­my­słu Ole.

– Za­tem ru­sza­my – od­po­wie­dział har­do Be­ros, prze­dzie­ra­jąc się na po­czą­tek gru­py.

Nie zwa­ża­jąc na dal­sze roz­ka­zy, Ba­sti po­cze­kał, aż wszy­scy go mi­ną. Miał czas na ob­ser­wa­cję i oce­nę sił wy­ni­ka­ją­cych z po­łą­cze­nia grup. Mógł śmia­ło stwier­dzić, że wszyst­kich wo­jow­ni­ków by­ło oko­ło czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu. W do­dat­ku cał­kiem nie­źle wy­po­sa­żo­nych. Gdy już zo­sta­ło kil­ka osób, za­czął po­wo­li ru­szać.

– Co z wa­szym wo­dzem jest nie tak? – za­py­tał Ole, wy­ry­wa­jąc go z za­my­śle­nia.

– To nie jest nasz wódz – od­po­wie­dział au­to­ma­tycz­nie. – To Be­ros, przed­sta­wi­ciel wo­jow­ni­ków z na­szej wio­ski. Ja na­zy­wam się Ba­sti – mó­wiąc to, wy­cią­gnął rę­kę w stro­nę Ole­go.

– Ole, zresz­tą to już wiesz. – Uści­snął dłoń Ba­stie­go po dłuż­szej chwi­li na­my­słu. – Tak czy siak, o co cho­dzi z Be­ro­sem? – drą­żył da­lej Ole, ru­sza­jąc ra­mię w ra­mię z Ba­stim na koń­cu gro­ma­dy.

Ba­sti cięż­ko wes­tchnął. Mo­że i dzię­ki po­łą­cze­niu sił bę­dą mie­li ja­kieś szan­se, aby po­ko­nać wro­ga, ale nie prze­pa­dał za zbyt dłu­gim prze­by­wa­niem w czy­im­kol­wiek to­wa­rzy­stwie. Za­wsze wo­lał po­świę­cać ener­gię na ro­dzi­nę, tre­ning oraz zwie­rzę­ta. Nie po­trze­bo­wał zbyt wie­lu kon­tak­tów z ludź­mi, zwłasz­cza upar­ty­mi i ga­da­tli­wy­mi. A na ta­kie­go wy­glą­dał mu Ole. Blon­dyn o krót­kich wło­sach, gło­wę niż­szy od nie­go, z nie­bie­ski­mi ocza­mi oraz szorst­ki­mi ry­sa­mi twa­rzy. Je­go umię­śnio­ne cia­ło i to, jak bar­dzo ma za­dba­ny miecz, świad­czy­ło o je­go przy­kła­da­niu się do tre­nin­gów oraz funk­cji peł­nio­nej w osa­dzie Mar.

– Be­ros po­tra­fi być za­ska­ku­ją­cy – od­rzekł Ba­sti po dłuż­szej chwi­li na­my­słu.

– Być za­ska­ku­ją­cym, a pró­bo­wać coś ukryć to są dwie róż­ne spra­wy, nie­praw­daż? – od­rzekł au­to­ma­tycz­nie Ole. – Prze­cież wi­dzia­łeś je­go mi­nę. Coś się kroi i do­brze wiesz co. Po­wiedz, bo nie wiem, czy mam ry­zy­ko­wać ży­cie swo­je i swo­ich wo­jow­ni­ków.

Ba­sti przez za­mie­sza­nie z po­łą­cze­niem grup nie miał jesz­cze cza­su prze­ana­li­zo­wać za­cho­wa­nia Be­ro­sa. Sko­ro na­wet Ole za­uwa­żył, że Be­ros pró­bu­je coś ukryć, to mu­siał być to ra­żą­cy błąd i nie­do­pa­trze­nie z je­go stro­ny. Ba­sti to­wa­rzy­szył Be­ro­so­wi tyl­ko na po­lach bi­twy oraz pod­czas obro­ny wio­ski. Ni­g­dy nie wcho­dził z nim w głęb­sze re­la­cje. Za­wsze Be­ros był obo­jęt­ny dla Ba­stie­go. Jed­nak by­ło w nim coś dziw­ne­go. Coś, co bar­dzo sta­rał się ukryć przed ca­łym świa­tem. Ba­sti do­strzegł to już na sa­mym po­cząt­ku wo­jen­nej zna­jo­mo­ści. Wy­da­wa­ło mu się, że so­bie to wy­my­ślił lub do­po­wie­dział. Nikt ni­g­dy nie roz­ma­wiał z nim na te­mat dziw­nych ułam­ków se­kund w za­cho­wa­niu Be­ro­sa. Tak jak­by nikt te­go nie wi­dział. Za­tem Ba­sti wy­szedł z za­ło­że­nia, iż wszyst­ko jest tak, jak być po­win­no. Do dzi­siaj…

– Ole, mo­żesz mi nie wie­rzyć, ale nie znam do­kład­nie wo­jen­nych pla­nów Be­ro­sa.

– Nie py­tam o pla­ny wo­jen­ne.

– A o ja­kie? – Ba­sti po­wo­li tra­cił cier­pli­wość.

Ole nie zdą­żył nic od­po­wie­dzieć, po­nie­waż roz­legł się dźwięk ro­gu bi­tew­ne­go. Do­tar­li wła­śnie do wiel­kiej po­la­ny w le­sie. Ba­sti ro­zej­rzał się po­nad tłu­mem, że­by spraw­dzić, co mógł ozna­czać dźwięk, któ­ry wła­śnie do­biegł koń­ca. I do­strzegł ich. Na dru­gim koń­cu po­la­ny znaj­do­wa­ła się gru­pa… wy­znaw­ców Cie­nia. Bez pro­ble­mu ich roz­po­znał, mi­mo że by­li bar­dzo da­le­ko. Wy­glą­da­li jak zwy­kli lu­dzie, ale nad gru­pą roz­cho­dzi­ła się fio­le­to­wa po­świa­ta, co mo­gło su­ge­ro­wać tyl­ko jed­no. Za­uwa­żył Be­ro­sa idą­ce­go w ich stro­nę mię­dzy wo­jow­ni­ka­mi. Ba­sti i Ole ru­szy­li w je­go kie­run­ku, aby jak naj­szyb­ciej do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

– Ole, weź swo­je­go przy­bocz­ne­go i ru­szy­my na roz­mo­wy z prze­ciw­ni­ka­mi. Ba­sti, zo­sta­jesz z wo­jow­ni­ka­mi tu­taj. W go­to­wo­ści – wy­dał szyb­ko roz­ka­zy Be­ros, ma­cha­jąc, że­by jak naj­szyb­ciej przy­pro­wa­dzić mu ko­nia.

– A o czym Ty chcesz z ni­mi roz­ma­wiać? Prze­cież wi­dać, że oni my­ślą tyl­ko o wal­ce – żach­nął się Ole.

Be­ros za­trzy­mał się w pół kro­ku z nie­tę­gą mi­ną.

– Nie ty tu je­steś od wy­da­wa­nia roz­ka­zów, tyl­ko od ich wy­ko­ny­wa­nia. – Pod­szedł po­wo­li do Ole­go – Za chwi­lę bę­dziesz miał moż­li­wość wy­ka­zać się na po­lu wal­ki. Na ra­zie żad­nych po­chop­nych dzia­łań.

Ole kiw­nął gło­wą, a na­stęp­nie mach­nął rę­ką na swo­je­go przy­bocz­ne­go. Po chwi­li ca­ła trój­ka ru­sza­ła już w kie­run­ku wy­słan­ni­ka prze­ciw­nej ar­mii. Ba­sti za­czął usta­wiać wo­jow­ni­ków w szy­ku bo­jo­wym. Sam wy­su­nął się na przód, bacz­nie ob­ser­wu­jąc, co się dzie­je na nie­mal­że środ­ku po­la­ny.

Wy­słan­nik ar­mii Cie­nia za­trzy­mał się nie­wie­le przed wła­sną gru­pą, gdy ich ko­mi­tet pra­wie do­cie­rał do środ­ka po­la­ny. Wi­dać by­ło, że zwol­ni­li, nie wie­dząc, co kom­bi­nu­je wróg.

– Mar­ne isto­ty! – Z szy­der­czym uśmie­chem za­czął krzy­czeć wy­słan­nik. – Nie je­ste­ście w sta­nie nas po­ko­nać. Nie oba­wia­my się was. Nasz Pan jest wszech­moc­ny i dzi­siaj do­się­gnie was Je­go po­tę­ga i moc.

Po tych sło­wach tłum za­czął wrzesz­czeć, war­czeć i ude­rzać mie­cza­mi o wszyst­ko, co po­pad­nie, aby tyl­ko wy­dać ja­ki­kol­wiek dźwięk za­chę­ca­ją­cy do wal­ki. Z ar­mii wro­ga po­sy­pa­ły się strza­ły. Kil­ka­dzie­siąt zo­sta­ło wy­mie­rzo­nych w wo­jow­ni­ków. Jed­na tra­fi­ła przy­bocz­ne­go Ole­go pro­sto w ser­ce. Nie miał szans. Spadł z ko­nia. Be­ros i Ole za­wró­ci­li wierz­chow­ce. Pod osło­ną tarcz uda­ło się im do­trzeć do gru­py wo­jow­ni­ków, któ­ra na znak Ba­stie­go ru­szy­ła do ata­ku. Deszcz strzał się skoń­czył. Obie ar­mie zmie­rza­ły ku so­bie z za­wrot­ną pręd­ko­ścią. Z wstęp­nych wy­li­czeń Ba­stie­go wy­ni­ka­ło, że wo­jow­ni­ków bó­stwa Cie­nia by­ło wię­cej, ale nie by­ła to miaż­dżą­ca prze­wa­ga. Mo­że ich licz­ba się­ga­ła pię­ciu­set. Jed­nak z wy­glą­du by­li słab­si oraz mniej­si.ROZ­DZIAŁ 4

Mie­cze zo­sta­ły skrzy­żo­wa­ne, aż po­sy­pa­ły się iskry. Ba­sti spo­tkał się z pierw­szym prze­ciw­ni­kiem. Ob­sta­wiał, że pój­dzie mu ba­ga­tel­nie ła­two. Oka­za­ło się, iż wro­go­wie, ow­szem, wy­glą­da­li na słab­szych, jed­nak dzię­ki ma­gii mie­li wię­cej si­ły. Ba­sti spoj­rzał w obłą­ka­ne, fio­le­to­we oczy prze­ciw­ni­ka, na któ­re­go twa­rzy za­kwitł szy­der­czy uśmiech. Do­pie­ro gdy Ba­sti wbił miecz w cia­ło prze­ciw­ni­ka, a męż­czy­zna za­czął się sła­niać na no­gach, do­strzegł w nim zmia­nę. Oczy po­now­nie sta­ły się ludz­kie, fio­le­to­wy ko­lor znik­nął. Czło­wiek był prze­ra­żo­ny i nie ro­zu­miał, co się dzie­je. Spoj­rzał na miecz wbi­ty w swój brzuch.

– Pa­nie, dla­cze­go? – wy­sa­pał ostat­kiem sił i sko­nał.

Ba­sti zro­zu­miał, że Ci wszy­scy lu­dzie sto­ją­cy po stro­nie bó­stwa Cie­nia są opę­ta­ni. Ich umysł i cia­ło zo­sta­ły za­wład­nię­te przez ciem­ne mo­ce. W ostat­nich chwi­lach ży­cia, tuż przed śmier­cią, Cień opusz­cza cia­ło oraz umysł go­spo­da­rza. Na ułam­ki se­kund wra­ca im świa­do­mość. Nie po­tra­fią po­jąć te­go, co wi­dzą i czu­ją. Jak­by prze­no­si­li się w miej­scu i cza­sie.

Z roz­wa­żań wy­rwał go har­dy krzyk. Po je­go pra­wej stro­nie je­den z mło­dzień­ców z wio­ski Ti­po za­wzię­cie wal­czył z prze­ciw­ni­kiem. Okrzyk miał naj­wy­raź­niej do­dać chłop­cu od­wa­gi. Nie­ste­ty, przy­czy­nił się tyl­ko do sku­pie­nia na nim więk­szej licz­by wro­gów. Ba­sti za­czął iść w kie­run­ku mło­dzień­ca, za­bi­ja­jąc po dro­dze kil­ku opę­ta­nych. Nie zdą­żył do nie­go do­trzeć. Je­go gło­wa po­to­czy­ła się pod no­gi Ba­stie­go. Oczy by­ły wy­wró­co­ne biał­ka­mi do gó­ry, a z ra­ny są­czy­ła się po­so­ka. Do­pie­ro te­raz Ba­sti po­znał, kim był mło­dzie­niec. Nie pa­mię­tał je­go imie­nia. Wi­dział, jak Axel kil­ka ra­zy z nim tre­no­wał, gdy obaj cho­dzi­li wy­pa­sać zwie­rzę­ta na łą­ki.

Ba­stie­go ogar­nę­ła prze­ra­ża­ją­ca fu­ria. Już nie by­ło mu szko­da tych opę­ta­nych lu­dzi. Przy­naj­mniej nie tych, któ­rzy za­bi­li przy­ja­cie­la je­go sy­na.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij