Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wilcze ziele - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Wilcze ziele - ebook

Czasami największym zagrożeniem dla człowieka staje się świat, w którym zmuszony jest żyć wbrew samemu sobie. W małych, hermetycznych społecznościach obcy nie są mile widziani, a sekrety powinny pozostać głęboko ukryte. Milena Karska znana jest ze swoich nieszablonowych metod i bezkompromisowości. To studium ludzkiej natury, w którym brak tolerancji, stłumione emocje i lata życia wbrew własnej naturze doprowadzają do frustracji. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-081-1
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tak to się zaczęło

Żeby choć nie słyszeć tych dźwięków — pomyślał spanikowany — zamknąć oczy i zniknąć.

Biały krąg, który tak pieczołowicie rozsypał na ziemi, został przerwany, ale on niczego nie zauważył, tak bardzo chciał uciec od tego, co czaiło się na zewnątrz.

Nagle wstrząsnęły nim konwulsje. Otworzył oczy, ale wzrok miał zupełnie nieprzytomny. Głowa uderzyła o podłogę. Krąg był teraz tylko garstką białego, chaotycznie rozsypanego proszku, ale on już tego nie widział.

Okno w pomieszczeniu otworzyło się gwałtownie, a podmuch wiatru wdarł się do środka. Firanka wirowała, sprawiając wrażenie, jakby za chwilę miała się uwolnić i wyfrunąć gdzieś w świat, hen, daleko. Wycie wiatru zagłuszało wszystkie inne dźwięki.

Ciało mężczyzny znieruchomiało. Czarny cień przesunął się za oknem. A potem wszystko ucichło.Który trup wygląda dobrze?

Dzwonek telefonu rozdarł ciszę tak nagle, że Milena Karska podskoczyła jak oparzona. Nieprzytomnym wzrokiem ogarnęła przeciągającego się obok młodego mężczyznę. Przez ciężkie, bordowe zasłony przenikała tylko odrobina porannego, jesiennego słońca. Telefon dzwonił jak oszalały, a ona chaotycznie szukała go w okolicach łóżka. Okropny ból głowy wzmagał się z każdym ruchem.

W końcu, ciężko dysząc, bo tak się tym szukaniem zmęczyła, znalazła komórkę i słabym głosem burknęła „halo” na tyle, na ile miała jeszcze siły.

— Bierz tyłek w troki. Robota na ciebie czeka — usłyszała.

Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że rozmawia z Ryśkiem z kryminalnego.

— Człowieku, ledwo żyję — zajęczała.

— Ty zawsze ledwo żyjesz. Bawiłaś się, to teraz cierp. — Głos zarechotał rubasznie. — Przyjedź najpierw do nas, do komendy. Zobaczysz, co i jak, i podjedziesz na miejsce zdarzenia. Trup jest. A raczej był. Ale dziwny jakiś, popuchnięty. Krew mu z oczu poszła. Źle to wygląda.

— A który trup dobrze wygląda? — zapytała filozoficznie, ale policjant zdążył się już rozłączyć.

Spojrzała na leżącego obok mężczyznę i skrzywiła się z niesmakiem.

— Pobudka! — krzyknęła mu do ucha.

Zareagował zupełnie bez stresu, jakby był przyzwyczajony do podobnego traktowania. Ziewnął, przeciągnął się, wstał i bez słowa zaczął się ubierać. Za cholerę nie mogła sobie przypomnieć jego imienia. Poganiając gościa, łyknęła coś na ból głowy i zatrzasnęła za nim drzwi.

Powlokła się do łazienki i z przerażeniem spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Szczupła szatynka z krótkimi włosami sterczącymi w każdą stronę. Wyglądała na naprawdę przemęczoną. Niechętnie weszła pod prysznic, ale z ulgą poczuła, jak gorąca woda spływa po niej, przywracając ją światu. Stała tak kilka dobrych minut, po czym szybko wyskoczyła na szarą zimną podłogę — efekt pracy ekipy remontowej, którą do tej pory przeklinała w duchu. Wysuszyła krótkie włosy. Na twarz nałożyła odrobinę makijażu. Wciągnęła dżinsy i sweter. Stękając, zasznurowała długie buty i zabierając z szafy czarną skórzaną kurtkę, wybiegła z mieszkania.

Na komendzie była parę minut po jedenastej. Przeskakując schody po dwa, wbiegła na drugie piętro. Rysiek, a właściwie sierżant Ryszard Borowczyk, grubszy za każdym razem, gdy go widziała, pochłaniał właśnie bułę, tak zwaną dupę, z mocno czosnkową kiełbasą i ogórkiem kiszonym, co Milena zdążyła poczuć już w korytarzu.

— W końcu — skomentował z pełnymi ustami i rzucił w jej stronę plik zdjęć.

Spojrzała na nie i mimo woli się skrzywiła. Widok jak zwykle nie należał do przyjemnych.

— Podobno w realu wygląda lepiej — zażartował Rysiek, a kawałki bułki wypadły z jego ogromnej paszczy na zawalone papierami biurko.

Milena przejrzała zdjęcia i poprosiła o adres.

— Dostanę jakieś wsparcie? — zapytała.

Rysiek wyjął z szuflady plik papierów i rzucił niedbale w jej stronę.

— Wszystkie możliwe informacje. Więcej dać nie możemy.

Zagmatwane, podejrzane i dziwne sprawy często trafiały właśnie do niej. Gdy policja rozkładała ręce, a historia pachniała czymś, od czego bezpieczniej było trzymać się z daleka, to ją prosili o pomoc. Tak jak czasem, na prośbę rodziny osoby zaginionej, prosi się o wsparcie jasnowidza. Jednak ona jasnowidzem nie była. Wręcz przeciwnie. Twardo stąpała po ziemi, a do rozwiązania sprawy dochodziła jak po nitce do kłębka, dokładnie analizując wszystkie przesłanki. Zajęcie prywatnej detektywki przynosiło jej spore dochody, dużo ryzyka i jeszcze więcej satysfakcji. Robota do najłatwiejszych nie należała i na pewno nie dawała się zamknąć w ustabilizowanych godzinach od dziewiątej do siedemnastej. Dlatego też i jej życie prywatne do ułożonych nie należało.

Trzaskając drzwiami, wyszła na korytarz i wybrała numer Filipa. Od razu usłyszała znajomy głos.

— Potrzebuję twojej pomocy — zaczęła bez owijania w bawełnę. — Wczoraj zabalowałam, a muszę jechać na robotę…

— …i potrzebujesz kierowcy — dokończył. — Nie chce mi się — uciął szybko.

— Nie bądź żyła. Ciekawa sprawa. Z tego, co zdążyłam się zorientować, zamieszany jest kler, może być wesoło.

— Kler? — Od razu wyczuła niezdrowe podniecenie. — Jak to?

— Ofiara to młody wikary z jakiejś pipidówki. Czekaj, jak się ta miejscowość nazywa… — Zaczęła przeglądać plik papierów. — Mam: Saszyn. Daleko nie jest, chyba gdzieś w łódzkim. Ale jeszcze na mapie nie sprawdzałam.

— Saszyn… Coś mi to mówi. Tam chyba jest taki fajny biały kościół.

— Możliwe — odparła ze śmiechem. — Jak pojedziesz, będziesz miał okazję zobaczyć. To jak? Jedziemy?

— Dobra. Niech ci będzie. Skąd cię zgarnąć? Z komendy? — zapytał.

— Tak. Będę czekać przed budynkiem.

— No to pędzę. Maksymalnie za godzinę powinienem być.Ktoś tu sobie lubi podjeść

Filipa Łabędzkiego poznała w liceum. Ona, zbuntowana nastolatka, ciągle na bakier z nauczycielami, a często i z kolegami, on — nowo ujawniony gej. Zrozumieli się doskonale, zaprzyjaźnili i w tej przyjaźni trwali również przez lata studiów, choć ich szkolne drogi wówczas się rozeszły.

Filip wylądował na łódzkiej polonistyce, bo marzyła mu się kariera pisarza. Jedyne, co z tego pozostało, to publikacje naukowe, bo koniec końców został na uczelni, by jako doktor polonistyki krzewić kaganek oświaty wśród studentów, którzy później zasilali szeregi często znudzonych i wykończonych psychicznie nauczycieli. Dzięki temu miał spokojną pracę i czas na czytanie. Marzenia o pisaniu beletrystyki bardzo szybko porzucił, pozostając za to wiernym czytelnikiem i sumiennym pracownikiem naukowym.

Milena młode lata poświęciła na studia nad historią sztuki. Zawsze miała ciągotki artystyczne, nie na tyle jednak, by realizować je w praktyce. Wybór tego kierunku był więc namiastką obcowania z prawdziwą sztuką. Po studiach szybko okazało się, że praca naukowa nie jest dla niej. Nudziły ją zajęcia ze studentami i ciągłe siedzenie w tym samym miejscu. Zaczęła więc szukać dla siebie innych opcji i po kilku perypetiach zdobyła licencję prywatnej detektywki. Wtedy złapała wiatr w żagle i trwało to nieprzerwanie od paru lat.

Zaczynała od wyszukiwania dowodów zdrady niewiernych małżonków, aż doszła do etapu, że nawet policja czasem korzystała z jej usług, szczególnie w przypadku spraw dziwnych i śliskich, w które za bardzo nie chcieli się angażować. Ją natomiast do takich najbardziej ciągnęło.

Stała teraz przed budynkiem komendy i paląc cienkiego papierosa, czekała na Filipa. Już z daleka zobaczyła jego steraną, zabłoconą terenówkę. Słabo jej się zrobiło na myśl o tym, jak ją wytrzęsie w czasie jazdy. Kac przypomniał o sobie. Gdy Łabędzki hamował tuż obok z piskiem opon, zgasiła papierosa. Za szybą zobaczyła jego uśmiechniętą twarz.

Blond grzywa opadała mu na oczy, a fantazyjny kaszmirowy szal owijał szyję. Otwierając drzwi, pobrudziła sobie rękę, którą szybko wytarła o dżinsy.

— Nastaw nawigację — zakomenderował — i w drogę, kurs na Saszyn.

Milena wstukała nazwę wsi w telefonie.

— Mój mały komputerek podpowiada, że to miejsce oddalone jest o około sto kilometrów od Łodzi. Powinniśmy tam dotrzeć za półtorej godziny. Jedź najpierw czternastką, potem wbijemy na dwunastkę i S8, a na koniec zjedziemy na czterdziestkę piątkę. No proszę, nasza wioska leży na południe od miejscowości Broszki… ale ciebie to chyba nie zainteresuje — skwitowała, puszczając do niego oko.

— Widzę, żeś już wydobrzała, kac odszedł w zapomnienie i żart się wyostrzył. Ale spokojnie, jak tak dalej będziesz tankować i nie dosypiać, to ci się szare komórki zlasują i twoje wspaniałe zdolności detektywistyczne szlag trafi szybciej, niż zdążysz wychylić kolejną butelkę wina, nie mówiąc już o urodzie — odpalił zadowolony z siebie. — Poważnie, przeginasz — dodał już poważniejszym tonem.

— Dobrze, tatusiu, obiecuję poprawę — odpowiedziała pół żartem, pół serio i zatopiła się w myślach.

Przez chwilę jechali w milczeniu, obserwując jesienny krajobraz za oknem. Z zamyślenia wyrwał ją głos Filipa.

— Słuchaj, a właściwie co to za historia? Masz jakieś materiały?

Milena pogrzebała w papierach i zdjęciach, które dostała od Ryśka.

— Ciężka sprawa — zaczęła. — Dwa miesiące temu proboszcz zgłosił zaginięcie wikarego. Policja najpierw podeszła do sprawy na luzie. Wiesz, młody wikary, może zabalował i takie tam bzdury. Proboszcz podobno się oburzył, bo wikary chętny do imprezowania nie był. Zaczęły się poszukiwania. Szukali go dwa tygodnie i w końcu znaleźli…

— …martwego? — wszedł jej w słowo Filip.

— A gdzie tam, właśnie nie. Żywego, choć w dziwnym stanie, okolicznościach i miejscu. Młody ksiądz siedział w jakimś bunkrze w okolicznym lesie, wytropiły go psy. Przerażony, brudny jak nieboskie stworzenie i jak na niego, uwaga, dość wychudzony. Cały czas coś mamrotał pod nosem. Czekaj, w raporcie jest jeszcze napisane, że miał drgawki, a jak go chcieli wydostać z tego bunkra, to strasznie spanikował i zrobił się agresywny.

— I co dalej?! — zawołał zniecierpliwiony Filip.

— Jezu, spokojnie… Coś taki narwany? Uwaga, teraz będzie najlepsze. Kiedy go w końcu wyciągnęli z tego bunkra, to mu z oczu popłynęła krew i zszedł.

— Jak to zszedł?! Gdzie zszedł?

— A bo ja wiem?! — ryknęła. — Może do piekła! Umarł, o to mi przecież chodziło.

— Masz jakieś zdjęcia? — Zainteresowanie Filipa zaczęło sięgać zenitu.

Bez słowa podsunęła mu fotografie z policyjnego archiwum, na które zerkał, jednocześnie prowadząc samochód. Widać na nich było brudne zwłoki młodego mężczyzny z zakrwawioną twarzą. Trudno było stwierdzić, na ile był otyły, a na ile spuchnięty, jego ciało wyglądało jak dobrze wyrobione drożdżowe ciasto. Sprawiało wrażenie, jakby można było zanurzyć w nim palec przynajmniej do połowy jego długości.

— Podobno od razu zaczął niemiłosiernie śmierdzieć. — Milena skrzywiła się odruchowo. — Na ciele, oprócz brudu i krwi, zresztą jego, żadnych śladów. Dziwne — dodała. — Policja jest bezradna, żadnych poszlak, kompletnie nic. No i wiesz, oni nie lubią tematów związanych z Kościołem, nie chcą się mieszać, nie wiedzą, na ile mogą sobie pozwolić.

Droga minęła szybko i ani się obejrzeli, jak wjechali do wsi o uroczej nazwie Saszyn. Wieś jak każda inna w środkowej Polsce, nic szczególnego. Droga, pola, jesienny, przygnębiający krajobraz. W kępie starych drzew, nieopodal lasu, nad rzeczką stał wyraźnie widoczny z szosy, murowany biały kościół, ten, o którym wcześniej wspominał Filip. Milena fachowym okiem oceniła styl jako eklektyczny.

Tak, to było dobre określenie. Zlepek różnych stylów, tutaj akurat z dominującym neogotykiem, robił jednak całkiem sympatyczne wrażenie. Podjechali pod plebanię i zaparkowali na żwirowym podjeździe. Wysiedli z samochodu i rozejrzeli się dookoła.

Plebania, choć wysłużona, była dobrze utrzymana. Jej ceglane mury odznaczały się swoim ponurym wyglądem na tle białego kościoła, do którego była niemal przyklejona. Widać było dbałość o porządek. W starych drewnianych oknach wisiały śnieżnobiałe firanki, a na ganku, koło drzwi, stała doniczka z jakimś zielonym drzewkiem. Podwórko było uprzątnięte, a na jego środku stała studnia z żurawiem, sprawiająca wrażenie od dawna nie używanej.

Przeszli po chrzęszczącym żwirze do drzwi i zapukali. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Zastukali ponownie.

— Idę, przecie się nie pali — usłyszeli nagle kobiecy głos. Drzwi otworzyły się, a w nich ukazała się postać dość wiekowa, korpulentna, z twarzą jak księżyc w pełni. Po prostu anioł, nie kobieta.

— Dzień dobry — powiedział Filip z uśmiechem, bo i nie można było nie uśmiechnąć się na jej widok. — My do księdza proboszcza.

— Dobry — odpowiedziała, przyglądając im się z ciekawością. — Księdza nie ma, a w jakiej sprawie? — dodała podejrzliwie.

— W sprawie wikarego Nowickiego — włączyła się do rozmowy Milena.

— Policja już była, i to parę razy — kobieta nagle zaczęła się irytować. — Proboszcza nie ma — powtórzyła.

— A możemy zaczekać? — przymilnym głosem zapytał Filip i przywołał na twarz jeden ze swych najbardziej uroczych uśmiechów.

Kobieta biła się z myślami. Najwyraźniej Łabędzki wzbudził jej sympatię, za to na Milenę popatrywała spode łba. Zaczęła przestępować z nogi na nogę, spoglądając to na nią, to na niego, zmarszczyła czoło i nagle, jakby coś sobie przypomniała, wypaliła bardzo z siebie zadowolona:

— A państwo skąd? A jakieś dokumenty mają?

— Milena Karska, jestem prywatną detektywką. — Pokazała licencję. — A to Filip Łabędzki, doktor Filip Łabędzki — podkreśliła słowo „doktor”. — Policja poprosiła o wsparcie w tej sprawie. Mamy wszelkie upoważnienia — dodała dla pewności.

— Ksiądz proboszcz rowerem do sklepu pojechał. — Kobieta w końcu nabrała zaufania. — Po drożdże, na placek — dokończyła.

— Czyli placek będzie — powiedział rozmarzonym głosem Filip — drożdżowy, z kruszonką?

— A jakże! — odpowiedziała kobieta, niemal z oburzeniem. — Bez kruszonki to nie placek przecie.

Milena zaczynała powoli tracić cierpliwość.

— Raczej nie spróbujesz — szorstko burknęła w stronę Filipa. — Nie przyjechaliśmy tu na ciasto.

— Państwo wejdą, herbaty zrobię. — Kobieta w końcu odsunęła się, żeby ich wpuścić, jednak nie na tyle, żeby mogli uniknąć spotkania z jej pokaźnym brzuchem obleczonym w kuchenny fartuch.

Gdy weszli do środka, stanęła jeszcze na progu i obrzuciła podwórko bacznym spojrzeniem, po czym starannie zamknęła za sobą drzwi i zaprosiła ich dalej.

Sień plebanii okazała się ciemna i ponura. Pod stopami skrzypiały deski. W powietrzu unosił się zapach drewna i starości. Całość była jednak utrzymana w należytym porządku. Gosposia zaprowadziła ich do dużej, przestronnej i o wiele jaśniejszej kuchni i posadziła przy okrągłym stole nakrytym ceratą. Tutaj zapachy były przyjemniejsze, ciepło buchało od kuchenki.

Bez słowa zagotowała wodę w czajniku, zrobiła herbatę i postawiła przed nimi dymiące szklanki. Z kredensu wyjęła cukiernicę i podsunęła z nieśmiałym uśmiechem Filipowi. Jego towarzyszkę zupełnie zignorowała.

Milena z ciekawością rozejrzała się po kuchni. Duży, drewniany kredens, stół i krzesła z rzeźbionymi oparciami doskonale pasowały do stylistyki domu. Na ścianie, osadzone na kołkach, wisiały różnego rodzaju kubki, prawdopodobnie nigdy nieużywane. W garnku na gazowej kuchence coś bulgotało, sądząc po zapachu — grochówka.

Gosposia wpisywała się w ten obrazek idealnie. Okrągła i łagodna, z kokiem i w okularach, które założyła i znad których z ciekawością spoglądała na przybyszów. Usiadła z nimi przy stole, składając ręce na podołku. Podniosła się jednak szybko i z kredensu wyjęła talerz pełen ciasteczek — maślanych i pachnących. Z gestem pełnym gościnności postawiła na stole przed Filipem.

Milena chrząknęła i zapytała o wikarego.

— Ksiądz Paweł, dobre to było dziecko, chociaż łasuch z niego był okropny — zaczęła od razu kobieta, jednocześnie sięgając po ciastko. — Ile bym nie ugotowała, to wszystko zjadł, czasem to nawet prosto z garnków wyżerał — opowiadała z coraz większym zaangażowaniem. — Raz pamiętam, jak gulasz wołowy ugotowałam, z kaszą gryczaną, a wołowinkę on lubił, oj, lubił, zjedli już obiad z księdzem proboszczem, już żem pozmywała i poszłam księdzu proboszczowi kawy zanieść, do kuchni wracam, a ten prosto z gara chochlą tak wiosłował, że myślałam, że się udławi. — Zaśmiała się tak perliście, aż jej brzuch zaczął podskakiwać. Nagle chyba sobie przypomniała, że mówi o zmarłym, i twarz jej spoważniała.

— A lubiany był we wsi? — zagaiła Milena, popatrując z boku na Filipa, który zakrztusił się ciastkiem, wysłuchując tych rewelacji.

— A kto by księdza Pawła nie lubił?! Takie nieszczęście, Boże uchowaj. — Gosposia przeżegnała się nagle i ściszając głos, nachyliła się w stronę gości. — Ja już księdzu proboszczowi mówiła, złe go wzięło, licho jakie, nie raz ja widziała jak on…

— Niech Gabichowa głupot nie opowiada!

Wszyscy siedzący przy stole odwrócili się gwałtownie i spojrzeli w stronę drzwi. Gabichowa to się nawet z krzesła podniosła, taka była przejęta swoją opowieścią i pojawieniem się przybysza. W drzwiach stał dość niski ksiądz około sześćdziesiątki, o mocnej budowie ciała, ale zbytnią przesadą byłoby nazwać go grubym. W ręku trzymał siatkę z zakupami.

— Już Gabichowej nie raz mówiłem, że bajki opowiada i w jakieś bzdury wierzy. A państwo skąd? Z gazety może, z telewizji? — zwrócił się zaczepnie w ich stronę. — Tu sensacji żadnej nie ma co szukać.

— Z policji, a raczej policja nas przysyła — spokojnie odpowiedziała Milena.

Podeszła do proboszcza, przedstawiła siebie i Filipa. Pokazała legitymację.

— Proboszcz Antoni Gacki — przedstawił się. — Skoro policja przysyła… — zamruczał pod nosem. — Na policję nie ma rady — dodał niechętnie, nawet nie patrząc na legitymację. — To jak możemy pomóc?

Podszedł do gosposi i podał jej torbę ze sprawunkami. Kobieta podziękowała i zaczęła wypakowywać zawartość na blat, cały czas spoglądając jednak spod oka na całe towarzystwo. Nagle zrobiła się cicha i mniej rozgadana.

— Chcielibyśmy najpierw zobaczyć miejsce, gdzie znaleziono księdza Pawła, a potem, jeśli to możliwe, jego pokój, tu, na plebanii — wolno powiedziała Milena. — No i jakby nam proboszcz trochę o wikarym poopowiadał, czym się interesował, z kim spotykał, jak spędzał wolny czas. To wszystko by nam pewnie bardzo pomogło.

— A ja w tym czasie placek wyrobię — Gabichowa nagle włączyła się do rozmowy i wymownie spojrzała na Filipa, który odwdzięczył jej się szerokim uśmiechem.Coś tu śmierdzi

Miejsce, gdzie znaleziono nieszczęsnego księdza Pawła, znajdowało się jakieś półtora kilometra od plebanii, w pobliskim lesie. Bunkier, ukryty w niewielkim wzniesieniu przykrytym o tej porze roku opadającymi liśćmi, nie był łatwy do zauważenia. Betonowe wejście porósł mech. Gdy podeszli w jego stronę, uderzył ich zapach stęchlizny. Filip skrzywił się lekko i oświadczył, że poczeka na zewnątrz. Proboszcz wskazał Milenie wejście i zapytał, czy potrzebuje jego pomocy. Kobieta pokręciła przecząco głową. Wyjęła z plecaka latarkę i nie oglądając się na mężczyzn, weszła do środka.

Wewnątrz panował zaduch i wilgoć. Korytarz był niski. Lekko schyliła głowę i oświetliła sobie drogę. Wolno posuwała się do przodu. Z relacji policji i księdza Antoniego wynikało, że ofiarę znaleziono dalej, w okrągłym betonowym pomieszczeniu. Korytarz co chwilę zakręcał, aż dotarła do miejsca, gdzie dzielił się na dwoje. Przypomniała sobie słowa proboszcza, że ma wybrać ten na prawo. Za sobą usłyszała kroki i kątem oka dostrzegła ruch. Odwróciła się gwałtownie, gotowa w każdej chwili zareagować, ale przed nią wyłoniła się jasna czupryna Filipa.

— Kurwa mać! Czyś ty oszalał?! — krzyknęła w jego stronę. — Chcesz, żebym dostała zawału?

— Dopadły mnie wyrzuty sumienia, że puściłem cię samą. — Mężczyzna zrobił niewinną minę. — No i postanowiłem dołączyć. Ksiądz proboszcz pilnuje wejścia, żeby go nikt nie zasypał. — Puścił do niej oko. — To którędy teraz? — zapytał, dostrzegając rozwidlenie.

— Wydaje mi się, że w prawo, chyba tak księżulo mówił, pamiętasz? — rzuciła w jego stronę i ruszyła prawym korytarzem, nie oglądając się za siebie.

Za plecami usłyszała tylko westchnienie Filipa i jego mamrotanie na temat okropnego smrodu i zaduchu.

Po przejściu jakichś dwustu metrów dotarli do okrągłego, betonowego pomieszczenia. Po jednej ze ścian spływały krople wody. W głębi widać było porzuconą kupę starych szmat i gałęzi. W powietrzu unosił się zapach moczu. Wikary mógł robić pod siebie, ale to było na tyle dawno, że smród powinien był już się ulotnić. Za sobą usłyszała narzekania Filipa, który otrzepywał swój jasny płaszcz z pajęczyn.

— Jezu, jaki odór — zajęczał. — Nie da się oddychać.

Uciszyła go ruchem ręki. Teraz i on to usłyszał. W pomieszczeniu coś się poruszyło. Wskazała głową szmaty pod ścianą i gestem nakazała milczenie. Wprawnym ruchem wydobyła broń i ostrożnie podeszła w tamtą stronę. Nagle ciszę rozdarło głośne pierdnięcie.

Filip skrzywił się i odruchowo zakrył twarz szalikiem. Milena wolno opuściła broń i rozsunęła szmaty nogą. Najpierw zobaczyli niemiłosiernie brudne resztki ubrań, a potem ich właściciela. Spod sterty gałęzi zaczął gramolić się jakiś człowiek, mamrocząc pod nosem przekleństwa.

— Niezły numer — roześmiał się Filip, a Milena schowała spluwę.

Mężczyzna bardzo powoli usiadł na swoim posłaniu. Spowijały go niezliczone ilości szmat. Twarzy prawie nie było widać, bo wielka czapa zasłaniała mu oczy, a długa, splątana broda dopełniała reszty. Przeciągając się, pierdnął raz jeszcze i dopiero wtedy dostrzegł nieproszonych gości.

— Czego tu?! — zapytał zaczepnie. — Ja tu pierwszy byłem — dodał.

— Spokojnie — rzuciła Milena. — My tu tylko wizję lokalną robimy. Raz-dwa i nas nie ma — dodała, podchodząc do ścian pomieszczenia i dokładnie oświetlając je latarką. — Sprawdź podłogę — nakazała Filipowi, który już przeczesywał wnętrze.

Mężczyzna obserwował ich bez słowa, ciągle mamrocząc coś pod nosem. Łabędzki rozgarniał ręką walające się po podłodze śmieci i gałęzie. Gdy zbliżył się do bezdomnego, ten odruchowo zakrył twarz rękami.

— Bez paniki — uspokoił go, wyjął z kieszeni dwadzieścia złotych i bez słowa podał mężczyźnie, który nieśmiało, jakby nie wierząc w swoje szczęście, wziął pieniądze. Obejrzał banknot z każdej strony i spróbował wcisnąć go do kieszeni, z której wypadło nagle coś okrągłego. Był cały czas skupiony na pieniądzach, więc nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Milena szybkim krokiem podeszła w jego stronę. Założyła rękawiczki i podniosła przedmiot z podłogi.

— Patrz — pokazała Filipowi — ciekawe, skąd to ma…

W dłoniach trzymała drewnianą kobiecą głowę wielkości dużej pomarańczy. Filip skierował na nią światło swojej latarki. Wyrzeźbione włosy opadały do tyłu, nagle kończąc się w miejscu, gdzie głowa została ucięta. Ale najdziwniejsze były oczy, nienaturalnie skierowane do góry. Spływały z nich wyżłobione w drewnie krople.

— Skąd to masz? — zapytał mężczyznę Filip. — Masz tu jeszcze dychę — dodał.

Bezdomny chciwie chwycił banknot i spojrzał na niego z niedowierzeniem, po czym spanikowany podniósł wzrok na Milenę, która już podchodziła do niego zdecydowanym krokiem.

— Ja to załatwię. — Łabędzki zastąpił jej drogę. — Z ludźmi to trzeba sposobem, a nie tak szurum-burum i na ostro — rzucił. — Spokojnie, kobieto. Drogi panie, pan nam powie, skąd to ma — zaczął delikatnie. — Tutaj trupa znaleźli jakiś czas temu, księdza — kontynuował. — Chyba nie chcesz mieć policji na karku? — dodał zaczepnie.

Milena przewróciła oczami.

— A bierzta se to, ja tam żadnych problemów nie chcę — odezwał się mężczyzna. — A tam leżało, pod ścianą, tom se wziął, do niczego mi to potrzebne nie jest.

Szybko podeszli we wskazanym kierunku i oświetlili latarkami miejsce pod ścianą. Milena przejechała dłonią po betonie i spojrzała na palce — były wilgotne. Skierowała strumień światła do góry, pod sufit, i dostrzegła tam mały otwór. Na tyle jednak duży, by można było przecisnąć przez niego sporą pomarańczę. Wymienili z Filipem znaczące spojrzenia. Karska wyjęła z plecaka mały pojemnik i zapakowała znalezisko.

— Spadamy — rzuciła krótko. — A temu tu wyślemy proboszcza, niech się zajmie zagubioną owieczką.

Mężczyzna tego już nie słyszał. Smacznie pochrapywał, przykryty szmatami i gałęziami. W dłoni ściskał drugi banknot, którego nie zdążył nawet schować do kieszeni.Tej choroby się nie da wyleczyć

Ksiądz Antoni, przestępujący na zewnątrz z nogi na nogę, zaczynał się niecierpliwić, więc z ulgą przyjął ich powrót. Na dworze zrobiło się ciemno, a on, w przeciwieństwie do nich, nie miał przy sobie latarki. Poza tym niepokoiła go ich przedłużająca się nieobecność. Tego by jeszcze brakowało, żeby znowu coś się komuś przydarzyło. We wsi i tak już gadali.

Prawie nie rozmawiając, we trójkę ruszyli w stronę plebanii. Zaczął padać drobny deszcz i chcieli jak najszybciej przed nim uciec. Wszechogarniające zimno i wilgoć wszystkim dały się we znaki. Rozświetlone światłem okna budynku przy kościele zachęcały do wejścia. W środku panowało miłe ciepło, a gospodyni od razu uwinęła się przy kuchni i zaparzyła gorącą herbatę.

— A może grochówki zjedzą? — zagadała. — Bo placek to jeszcze niegotowy, dopiero wyrasta — dokończyła.

— Chyba skorzystamy, bo późno się zrobiło — nieśmiało zaczął Filip. — No i jak placka nie ma, to tym bardziej. — Uśmiechnął się do Gabichowej.

Zadowolona kobieta podłączyła gaz pod garnkiem i zaczęła szykować talerze i łyżki. Z kredensu wyjęła okrągły bochen chleba i ukroiła grube pajdy.

— Znaleźliście coś? — zwrócił się do gości proboszcz. — Tam w bunkrze?

— Nie tylko coś, ale nawet kogoś — powiedziała Milena i wyjęła z plecaka fragment figurki. Opowiedziała ze szczegółami o bezdomnym mężczyźnie, o figurce i dziwnym otworze w bunkrze. Ksiądz Antoni przez chwilę się zastanawiał, kim mógł być bezdomny. Nie widywał takiej osoby w parafii. Wieś była mała, a on znał tutaj wszystkich. Często odwiedzał swoich parafian, do knajpy u Kozyry też czasem zaglądał, z ludźmi rozmawiał, ale za nic w świecie osoby opisanej przez Milenę nie mógł sobie przypomnieć.

— Jutro za dnia tam pójdę, nie można przecież człowieka w takich warunkach zostawić — powiedział w końcu. — Może chory, może pomoc potrzebna.

— A figurkę ksiądz rozpoznaje? — zapytała Milena i pokazała mu drewniany fragment. — Wygląda mi na sakralną, drewno lipowe, tak na oko jakiś osiemnasty wiek — dodała.

— Zna się pani na tym? — Podniósł na nią wzrok znad założonych okularów.

— Skończyła historię sztuki — odpowiedział Filip, zanim Milena zdążyła zareagować.

Ksiądz Antoni spojrzał na nią z ciekawością i zaczął dokładnie oglądać przedmiot.

— To figurka z naszego kościoła — powiedział w końcu. — Tak, na pewno. Zaginęła jakieś trzy lub cztery miesiące temu. Ale gdzie jest reszta?

— Tego nie wiemy. Zgłosił to ksiądz na policję?

— Tak. Mają zgłoszenie, ale do tej pory nic się nie wyjaśniło. Szczerze mówiąc, spisałem ją już na straty. — Westchnął i machnął ręką. — Myślicie, że ten bezdomny ją ukradł?

— Twierdzi, że znalazł ją w bunkrze — powiedział Filip z ustami pełnymi grochówki, którą gosposia zdążyła już podać.

Teraz siedziała z nimi przy stole, wysłuchując tych rewelacji z rozdziawioną buzią. Nagle podniosła się szybko, jakby o czymś sobie przypomniała. Zdjęła ścierkę z brytfanki z wyrośniętym ciastem i wstawiła do nagrzanego wcześniej piekarnika. Ze stołu sprzątnęła talerze i zajęła się zmywaniem.

— Zatrzymamy to na razie, jeśli ksiądz pozwoli. — Milena wskazała na fragment figurki. — W końcu została odnaleziona na miejscu przestępstwa, policja też powinna ją obejrzeć. A może i reszta się znajdzie — dodała. — Późno już, ale pokój wikarego chcielibyśmy jeszcze obejrzeć, jeśli to nie kłopot.

— Ja zaprowadzę. — Gabichowa wyrwała się na ochotnika i wycierając dłonie w fartuch, już stała przy drzwiach. — Wszystko tam zostało, jak było — powiedziała.

Krętymi schodami weszli na górę. Pokój znajdował się na samym końcu korytarza. Było to niewielkie, kwadratowe pomieszczenie, dość skromnie urządzone. Oprócz łóżka, małej szafy i regału na książki pod oknem stało jeszcze biurko, a na nim komputer.

Z policyjnych raportów wiedzieli, że w plikach i na poczcie nie znaleziono niczego podejrzanego. Historia przeglądarki również nie wyróżniała się niczym szczególnym. Milena wolała jednak sama na to spojrzeć. Podziękowali Gabichowej i zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu.

Filip odruchowo podszedł do regału z książkami. Pismo Święte, _Wyznania_ św. Augustyna, _Człowiek w poszukiwaniu sensu_ Viktora E. Frankla. Oprócz tego polska klasyka. Nic szczególnego. Jakieś wydawnictwa na temat historii sztuki, głównie sakralnej.

Milena usiadła przy komputerze. Hasła nie było, wbrew temu, czego się obawiała. Od razu odpaliła skrzynkę pocztową i przeleciała wzrokiem nadawców i tytuły wiadomości. Dotyczyły głównie spraw kościoła, pomocy potrzebującym. Były też maile od jakiegoś mężczyzny, być może brata, ojca, a może przyjaciela. Wiadomości w tonie swobodnym, opisujące zwykłe, codzienne sprawy. Właśnie — pomyślała Karska — rodzina i przyjaciele. Z nimi też trzeba by porozmawiać.

Zniechęcona przerzuciła się na przeglądarkę. Historia nie była imponująca, bo wikary najwyraźniej dbał o to, by systematycznie ją usuwać. W oczy rzuciła jej się jedna ciekawa strona, coś o egzorcyzmach, choć w sumie mogło to też należeć do zawodowych zainteresowań księdza Pawła. Postanowiła przy okazji zapytać o to proboszcza.

Filip rozglądał się w drugiej części pomieszczenia i w szufladzie szafy znalazł opakowanie po nabojach do pióra. W nim znajdował się kluczyk. Zwykły, mały, taki jak do skrzynki pocztowej. Milena obejrzała go z ciekawością, a następnie zaczęła rozglądać się po pokoju, żeby go do czegoś dopasować, jednak żadna szuflada ani szafka nie były zamykane. Wrzuciła kluczyk do pudełka po zapałkach i szybko schowała do plecaka. Wróciła do komputera, by zapisać adres strony o egzorcyzmach. Przejrzała jeszcze pliki, ale i tam niczego nie znalazła.

Podeszła do szafy i zaczęła przerzucać ubrania. Spomiędzy sterty swetrów wypadła zniszczona i pogięta kartka — oświadczenie o korzystaniu ze skrytki pocztowej w Wieluniu. Dokładnego adresu nie można było odczytać.

— Filip — zwróciła się do przyjaciela — a może to kluczyk do skrytki pocztowej? Trzeba to będzie sprawdzić. I masz to — podała mu kartkę z adresem strony — poszperaj tam, poczytaj. Może coś znajdziesz.

Gdy schodzili na dół, owionął ich zapach ciasta drożdżowego. Filip uśmiechnął się z rozmarzeniem. W kuchni Gabichowa krzątała się dziarsko. Proboszcza nie było. Gdy ich dostrzegła, otworzyła piekarnik i wyjęła formę z ciastem.

— Wystudzić trochę trzeba, bo opadnie — powiedziała — a poza tym na żołądek niezdrowo.

— A gdzie ksiądz proboszcz? — zapytała Milena.

— No jak gdzie? Mszę odprawia. — Gabichowa najwyraźniej była zaskoczona pytaniem. — Odprawi, to wróci — dodała.

— My się już będziemy zbierać — zwróciła się do niej Karska, a widząc zawiedzioną minę Filipa, dodała: — Jutro spróbujemy ciasta, zdąży dobrze wystygnąć. A o której jutro możemy złapać proboszcza?

— Najlepiej to tak w porze obiadowej…

— A pani coś o księdzu Pawle wspominała, że raz coś widziała… — zaczął przymilnie Filip. — Może nam pani opowie?

— E, proboszcz nie kazał, pewnie mi się wydawało — zaczęła kręcić, ale widać było, że aż ją świerzbi, żeby o tym porozmawiać. — Ksiądz proboszcz zły będzie, jak się dowie, że ja tu znowu takie rzeczy gadam…

— Ale jak się nie dowie, to zły nie będzie. — Łabędzki puścił do niej oko. — No niech się pani nie da prosić…

— Ano dobrze. — Gabichowa wyraźnie miała do niego słabość, a poza tym strasznie ją korciło, żeby podzielić się rewelacjami. — Raz żem widziała, jak mi sól z kuchni podbierał — powiedziała tajemniczo. — Pomyślałam sobie, że może gdzie w pokoju maszynkę chowa i sobie gotuje, bo mu mało tego, co ja podaję. To poszłam któregoś dnia poszukać, bom się zdenerwowała, że może głodny chodzi i nic nie mówi. Pewna byłam, że go nie ma. Wchodzę do pokoju, a on pośrodku w takim kółku klęczy, w białym, jakby z jakiego proszku usypanym, i cały przerażony się modli, a w okno spoziera, jakby tam coś widział. Jak tom zobaczyła, od razu do niego mówię: „A co tu się wyrabia?!”. Jak się wtedy zerwał, na proste nogi od razu skoczył i na okno, i na mnie się patrzy na zmianę i się pyta: „Gabichowa tego nie widzi?”. Ja na to: „A co mam widzieć? Firany dopierom uprała, czyste są”. I nagle znowu w okno spojrzał i żem ulgę taką na jego twarzy zobaczyła. Potem mi opowiadał, że miał jakieś omamy, a to kółko na podłodze z soli usypał, żeby złe do niego dostępu nie miało. Od razu się przeżegnałam, pomyślałam, co on za głupoty opowiada, w świętym, księżym domu, na plebanii zło jakie? Przecie to niemożliwe. A czerwony był wtedy, rozpalony. Zapytałam, czy nie chory czasem. A on na to, że tej choroby, co on ma, to się nie da wyleczyć, i płakać mi zaczął jak dziecko. I błagał, żeby proboszczowi o niczym nie mówić. Ciężko mi było, alem obiecała, bo błagał przeokrutnie. Dopiero jak nam wikarego Bozia zabrała, księdzu Antoniemu wszystko opowiedziałam jak na spowiedzi, ale mnie tylko zwymyślał i powiedział, że głupoty mówię. Ale ja już nie wiem, może go faktycznie jakie złe chwyciło — skończyła opowiadać i otarła fartuchem łzy wielkie jak grochy.

— Niech się pani nie martwi, dowiemy się, co się stało z księdzem Pawłem. — Filip podszedł do niej i pogłaskał ją po ramieniu. Podziękował, że podzieliła się z nimi historią, i zerknął na Milenę, a potem na zegarek.

— Tak, na nas już czas. — Karska podchwyciła jego spojrzenie. — Bardzo pani dziękujemy i za informacje, i za poczęstunek. Jeśli to nie problem, przyjedziemy jutro. Chciałabym jeszcze porozmawiać z księdzem — powiedziała, podając jej rękę na pożegnanie.Czyżby coś mnie opętało?

Filip spędził cały wieczór, przeglądając stronę, której adres Milena znalazła w historii przeglądarki księdza Pawła. Wyglądało na to, że wikarego bardzo interesował temat egzorcyzmów. Mogło tak być z powodów zawodowych, jednak po tym, co usłyszeli od Gabichowej, przyczyny tego zainteresowania mogły być zupełnie inne.

Strona zbudowana była w typowy sposób. Opisywała opętanie jako takie, podpowiadała, jak je rozpoznać, mówiła o różnych jego rodzajach i jak z nim walczyć. Nie była to jednak oficjalna strona Kościoła. Wyglądała na amatorską — taką, jakich wiele można znaleźć w internecie. Bardziej była wynikiem czyichś zainteresowań niż rzetelnym źródłem informacji. Czego wikary mógł tu szukać? — zastanawiał się Filip. Przecież jeśli potrzebował pomocy, mógł ją znaleźć na swoim podwórku, w Kościele. Dostęp do tego miał łatwiejszy niż jakikolwiek inny zwykły obywatel.

Przejrzał jeszcze stronę w poszukiwaniu forum. To mogło być dobre źródło informacji, szczególnie o ludziach, którzy z takich stron korzystali i dzielili się na nich swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Tak jak podejrzewał, forum było, i nawet znajdowało się na nim sporo wpisów. Zaczął je przeglądać od najnowszych postów, jednak zmienił zdanie i cofnął się do okresu, kiedy młody wikary mógł jeszcze z niego korzystać.

W tym momencie zadzwonił telefon. Dzwonił jego były chłopak, Kajetan. Koniecznie chciał się spotkać, i to jak najszybciej. Był podenerwowany i zniecierpliwiony. Filip nie miał ochoty na spotkanie, ale mężczyzna naciskał, a przez telefon nie chciał powiedzieć, o co chodzi. Choć nalegał, by zobaczyli się jak najszybciej, Filip musiał odmówić — mieli jutro z Mileną zaplanowaną kolejną wizytę w Saszynie, a potem wybierali się do Wielunia. Umówili się więc dopiero pojutrze, w małej kawiarni na Moniuszki.

Po dziwnej rozmowie, która na chwilę wytrąciła go z równowagi, Łabędzki wrócił do komputera i swoich poszukiwań. Gdybym był wikarym — pomyślał — i bałbym się czegoś, to co bym tu robił? Szukałbym odpowiedzi na moje pytania na forum, szukałbym ludzi, którzy mieli doświadczenia podobne do moich.

Postanowił raz jeszcze dokładnie przejrzeć posty. Może któryś wpis będzie powiązany z księdzem Pawłem? Z uwagą przeczytał kilka z nich, jednak niczego ciekawego nie znalazł. Wypowiedzi sprawiały wrażenie zamieszczanych przez zakręcone na punkcie okultyzmu nastolatki. Zniechęcony oderwał wzrok od monitora. Po co wikary w ogóle wchodził na taką stronę? I to — jak powiedziała Milena — kilkakrotnie?

— Musiałem coś przeoczyć — powiedział do siebie.

W oknie wyszukiwania na stronie wpisał „opętanie w kościele”. Tym razem krąg jego poszukiwań został zawężony. Przebiegł wzrokiem kilka początkowych wpisów i zatrzymał się na rozmowie między dwoma użytkownikami: Wezyrem i Pokwikiem.

Konwersacja dotyczyła sytuacji, która zdarzyła się jednemu z nich: gdy przebywał sam, czuł czyjąś ciągłą obecność do tego stopnia, że budził się w nocy. Temu wszystkiemu towarzyszyły halucynacje — widział czarną postać podążającą w jego stronę. Modlitwa pomagała, ale sytuacja się powtarzała. Odpowiedź rozmówcy była taka, że prawdopodobnie miejsce jest nawiedzone i w razie niebezpieczeństwa warto wysypać dookoła siebie krąg z soli.

Filip od razu skojarzył to z sytuacją, której świadkiem była gospodyni. Trop mógł jednak być chybiony, ponieważ w całym internecie można było znaleźć informacje tego typu. Sól okazywała się lekiem na całe zło. Postanowił przejrzeć wszystkie wpisy Wezyra. Zastanowił go jeden, w którym ten bardzo kategorycznie odmówił zwrócenia się po poradę do Kościoła. I na tym rozmowa się urwała.

Łabędzki wyłączył komputer, wrzucił do szklanki parę kostek lodu i dopełnił metaxą. Wyciągnął się na kanapie i nagle przypomniał sobie, w jakim stanie znaleziono wikarego.

— Sekcja zwłok — powiedział. — Jeszcze tego nie sprawdziliśmy.

Od razu zadzwonił do Mileny, żeby rano ściągnęła potrzebną dokumentację. Może dzięki temu wyjaśni się temat krwawiących oczu — pomyślał i zasnął.Kamień piekielny

— Sekcja zwłok wykazała, że krwawienie z oczu zdiagnozowano jako hemolakrię o podłożu prawdopodobnie toksycznym. Spojówki były podrażnione azotanem srebra, ale roztworem o dużym stężeniu.

— Fiuuu… kamień piekielny w oczach wikarego — gwizdnął Filip, gdy Milena skończyła zdawać relację. — Czyżby jego mamusia chorowała na rzeżączkę? — zażartował.

— Nawet jeśli, to było raczej za późno na terapię. Poza tym stężenie było tak duże, że doprowadziło do tego, że płakał krwią. Oprócz tego znaleźli jeszcze jedną rzecz. Okazuje się, że bezpośrednią przyczyną śmierci było niedotlenienie mózgu spowodowane prawdopodobnie uduszeniem.

— Ale z tego, co mówiłaś, na ciele nie było żadnych śladów. No i żył, gdy go znaleźli.

— Nie było, tym bardziej to dziwne. Podobno wyglądał, jakby dusiły go niewidzialne ręce.

— Ale to przecież kompletna bzdura! — krzyknął oburzony Filip. — Wiesz, że ja wierzę w różne rzeczy, ale takich bzdetów dawno nie słyszałem — dodał oburzony.

— Dobra, nie podniecaj się tak. To, co musimy jeszcze dziś zrobić, to pogadać z proboszczem na temat wikarego. Wczoraj jakoś nie było okazji. — Milena najwyraźniej miała już zaplanowany cały dzień. — A potem skrytka na poczcie w Wieluniu.

Na plebanii księdza jednak nie zastali. Gabichowa o mało nóg nie połamała, jak ich zobaczyła. Ledwo otworzyła drzwi, już biegła do kuchni, żeby ukroić placek drożdżowy. A gdy Filip zachwalał jej dzieło, prawie odfrunęła pod niebiosa, taka była uskrzydlona. I trzeba jej było przyznać, że ciasto było doskonałe. Wyrośnięte jak trzeba, puszyste, a jednak wilgotne w środku. A kruszonka! Gruba, słodka, chrupiąca. Palce lizać. Zjedli ćwierć blachy, tak im smakowało. I popili malinową herbatą z miodem.

Zdążyli zjeść, gdy proboszcz wrócił z kościoła. Zaczęli go wypytywać o wikarego. Niestety, niewiele wiedział. Młody ksiądz był sierotą. Jedyną żyjącą rodziną był brat, który mieszkał w Bieszczadach i był kucharzem w jakimś tamtejszym hotelu, podobno rzadko się widywali. Czasem ksiądz Paweł jechał do niego na urlop. W Saszynie nikt go jednak nigdy nie widział.

Z miejscowymi wikary raczej bliskich stosunków nie utrzymywał. Jego życie towarzyskie ograniczało się do spotkań z parafianami i do przesiadywania w kuchni z gospodynią, bo na brak apetytu, jak już wcześniej Gabichowa ich uświadomiła, wikary nie narzekał, wręcz przeciwnie.

Raz podobno się zdarzyło, jakieś pół roku temu, że ksiądz Paweł wybrał się do karczmy u Kozyry, ale była to bardziej — jak to ujął ksiądz Antoni — służbowa wizyta. Jedna z parafianek skarżyła się na męża, że wszystko przepija, śpi i do roboty nie chodzi, do bicia się wyrywa. Młody wikary miał zamiar przemówić mu do rozumu, ale jak się potem okazało, chciał do niego dotrzeć na zasadzie podobieństwa i żeby wspólny język znaleźć, wypił z nim parę kolejek. Tak się to skończyło, że zasnął przy stole i Kozyra po proboszcza dzwonił, jak już chciał zamykać. Ale to zdarzyło się tylko raz i — jak stwierdził proboszcz — to wszystko z tego powodu, że wikary był młody, podatny na wpływy i łatwo go było zmanipulować.

— To chyba raczej kwestia charakteru, nie wieku — skomentowała Milena, a Filip przytakująco kiwnął głową.

— W przypadku księdza Pawła mogło chodzić i o jedno, i drugie — przyznał proboszcz. — Łatwowierny on był bardzo. Szkoda chłopaka, bo dobry był z niego dzieciak. Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, co się naprawdę stało, chociaż mu to już życia nie wróci… — Westchnął.

— Więc ksiądz nie wierzy, że to jakaś siła nieczysta? — zapytał z uśmiechem Filip.

— A gdzież tam, głupoty ludziska opowiadają, sensacji szukają — odpowiedział wzburzony proboszcz Gacki i zna-cząco spojrzał na gospodynię.

— A ta karczma u Kozyry to gdzie? Daleko? — dopytywała się Milena.

— Daleko nie — weszła proboszczowi w słowo Gabichowa. — A tam z siedemset metrów będzie, za sklepem spożywczym — dodała. — Ale to dopiero po połedniu otwarte, tera za wcześnie.

Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Gospodyni wytarła ręce o fartuch i pobiegła zobaczyć, kogo licho niesie, jak się obrazowo wyraziła. Z oddali usłyszeli jej wzburzony głos i czyjś rubaszny śmiech. Po chwili do kuchni wszedł jowialny wąsaty jegomość z dużą torbą przerzuconą przez ramię.

— Polecony do księdza! — ryknął tak głośno, że wszyscy zgromadzeni aż podskoczyli na krzesłach.

— Panie Leśniak, trochę ciszej — upomniał go proboszcz. — Po co te krzyki?

— Nic nie poradzę, że mam taki donośny głos — odpowiedział, popatrując łakomie na Gabichową i podkręcając wąsa. — A pani Stanisława to coraz dorodniejsza — powiedział, zwracając się bezpośrednio do niej, a pozostałych zupełnie ignorując.

— Pan, panie Leśniak, Boga się nie boi — odpaliła, rumieniąc się i popatrując ukradkiem to na księdza, to na gości, którzy siedzieli i przyglądali się tej scenie z rozdziawionymi gębami. — Nieboszczka żona się w grobie przewraca — dodała.

— Moja nieboszczka żona, niech jej ziemia lekką będzie, już tyle lat nie żyje, a mnie się chyba coś od życia należy — odpowiedział, puszczając do niej oko, ale już tego nie zdążyła zobaczyć, bo się zawstydzona odwróciła plecami do obecnych i znalazła sobie robotę na blacie.

W tej chwili ksiądz Antoni, najwyraźniej przyzwyczajony do podobnych scenek, postanowił przerwać te zaloty, pytając, gdzie ma podpisać. Listonosz podał mu skrawek papieru i długopis i dopiero teraz zauważył gości.

— Uszanowanie. — Skłonił się w ich stronę i uchylił czapkę. — Widzę, że dzisiaj tłum na plebanii, to pewnie i jaki placek jest?

— A jużci, że jest. — Stanisława podbiegała do niego z ukrojonym sporym kawałkiem. — Drożdżowy.

Leśniak zdjął nakrycie głowy, rozpiął kurtkę i nie czekając na zaproszenie, usadowił się między nimi przy stole, i zaczął z apetytem zajadać ciasto. Proboszcz pokręcił tylko głową, a Milena i Filip przesłali sobie rozbawione spojrzenia. Wyglądało na to, że Gabichowa ma we wsi poważnego adoratora, który, patrząc po rumieńcach na jej twarzy, nie był jej obojętnym.

— Pan znał nieżyjącego wikarego? — Karska przerwała niezręczną ciszę.

— Listonosz zna wszystkich, to jego obowiązek — ryknął Leśniak, odsuwając od siebie talerz. — Jakbym miał nie znać? — Spojrzał na nią niemal z oburzeniem. — A pani kto, jeśli można spytać?

— Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci księdza Pawła — odpowiedziała spokojnie, patrząc mu w oczy.

Wytrzymał przez chwilę jej wzrok, po czym spojrzał na Filipa, ale o nic już nie pytał.

— Widywał go pan w innych okolicznościach niż służbowe? — drążyła dalej.

— Ja tylko dostarczam listy i emerytury. Pierwszych nie dostawał, na drugie był za młody — odpowiedział i niechętnie podniósł się od stołu, spoglądając znowu pożądliwym wzrokiem na Gabichową. — Czas na mnie, obowiązki wzywają. — Ukłonił się i nie odprowadzony przez nikogo wyszedł.

Gospodyni od razu do okna poleciała, żeby je uchylić, bo, jak stwierdziła, gorąc straszny się zrobił od kuchni. Faktycznie, rumieńce miała zdrowe, aż od niej buchało. Filipowi zrobiło się jej szkoda i zręcznie zmienił temat, by odwrócić uwagę od wizyty doręczyciela.

— To my teraz pojedziemy do Wielunia, a potem zajrzymy do Kozyry, porozglądamy się, może trochę pogadamy z ludźmi — powiedział i dał Milenie znak, żeby się zbierała.

Wsiedli w zabłoconą terenówkę Filipa i pomknęli do Wielunia. Miasto nie zrobiło na nich jakiegoś szczególnego wrażenia, zresztą skupili się na ulicach, na których znajdowały się urzędy pocztowe. Zaczęli od tego, który mieścił się na placu Legionów. W środku, jak na tę godzinę, znajdowało się sporo osób. Ale co się dziwić, stopa bezrobocia w tym mieście oscylowała w granicach sześciu procent, było więc trochę ludzi, którzy kręcili się tu i ówdzie w ciągu dnia.

Podeszli do ściany, na której widoczne były skrytki. Głupio tak było wkładać kluczyk do każdego otworu po kolei, ale musieli się przemóc. Trzy od razu odpadły, bo już stały przy nich jakieś osoby. Zaczęli manewrować przy pozostałych. Gdy przy piątej pani z okienka zaczęła im się dziwnie przyglądać, Filip posłał jej jeden ze swoich przymilnych uśmiechów, co spowodowało, że od razu się rozpromieniła i wróciła do swoich zajęć, od czasu do czasu przesyłając mu znad papierów powłóczyste spojrzenie.

Zawsze to samo. Łabędzki działał na kobiety jak magnes. Potrafił ułagodzić największą złośnicę, jednak w kwestiach damsko-męskich w kręgu jego zainteresowań znajdowali się jedynie mężczyźni. Milena wróciła myślami do skrytek. Niestety na tej poczcie kluczyk nie pasował do żadnej. Sytuacja powtórzyła się w dwóch kolejnych placówkach.

W końcu, zmęczeni i sfrustrowani, podjechali na osiedle Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Weszli do dość zatłoczonego budynku. Przy samych skrytkach tłoczyło się kilka osób. Filip próbował otworzyć pierwszą z brzegu, ale bez powodzenia. Sytuacja powtórzyła się przy dwóch kolejnych, więc do następnej podeszli wolno, wyraźnie już zniechęceni. Spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, gdy nagle kluczyk przekręcił się gładko i skrytka stanęła otworem. Była pusta.Tête-à-tête

Przeciągnęła się i ziewnęła. Poczuła obok siebie czyjąś obecność. Obecność Piotra. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Tak, ostatnia noc zdecydowanie należała do udanych. Nie chciało jej się wstawać z łóżka i jechać do Saszyna.

Zmobilizowało ją wspomnienie Filipa, który gdzieś tam, pewnie o głodzie i chłodzie, cierpiał teraz, podczas gdy ona wylegiwała się w ciepłym łóżku z facetem, którego poznała dwa dni temu. Ta myśl spowodowała, że od razu się rozbudziła i wskoczyła pod prysznic. Gdy myła włosy, poczuła, że ktoś ładuje jej się pod natrysk. Jeszcze chwila i muszę się zbierać — pomyślała.

Gdy wycierała włosy ręcznikiem, Piotr rozmawiał z kimś przez telefon. Mimo woli nadstawiła uszu. Podniesiony głos i napięcie. Z ciekawością przybliżyła się do drzwi. Usłyszała tylko urywki rozmowy, która wcale nie brzmiała sympatycznie. Nagła cisza spowodowała, że szybko wycofała się do łazienki, udając, że jest bardzo zainteresowana swoją twarzą. Piotr wszedł, umył zęby i pocałował ją w czubek głowy. Był od niej sporo wyższy.

— Jakie plany na dziś? — zapytał.

— Tak jak mówiłam, jadę do Saszyna — odpowiedziała, przecierając twarz tonikiem. — A ty?

— To samo co zwykle, kuchnia, kotlety i inne bzdety.

— No, no, przeleciałam wierszokletę — zadrwiła.

— Na to wygląda. Słuchaj — zmienił temat — kiedy się zobaczymy? — Na jego twarzy dostrzegła powagę, która ją przeraziła.

Powoli odwróciła się w jego stronę.

— Piotr — zaczęła — nie chciałabym, żebyś myślał, że my, no wiesz…

— O co ci chodzi? — wyglądał na zdezorientowanego.

— To, że spędziliśmy razem noc…

— Okej, nie musisz kończyć. Spoko. Było, minęło — powiedział i uśmiechnął się do niej. — To ja spadam do pracy. — Zebrał swoje rzeczy i pocałował ją w policzek na pożegnanie.

— Zaraz! A zdjęcie?

— A tak, zapomniałem. Ale mamy mało czasu. Zbieraj rzeczy i jedźmy do mnie. Potem mnie podrzucisz tu z powrotem, okej? Zaczekam w holu na dole. — I już go nie było.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij