Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wilczy Dwór - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 lutego 2026
27,90
2790 pkt
punktów Virtualo

Wilczy Dwór - ebook

Czy odważysz się wejść do świata, w którym człowiek jest tylko walutą? Kiedy w sennym miasteczku Nissana rozbrzmiewa dzwon, który milczał od pokoleń, Layla wie, że nadchodzi koniec jej spokojnego życia. Fae powrócili, by upomnieć się o zapłatę z dawnego paktu. Żądają ofiary – młodej dziewczyny. Gdy los wskazuje na jej siostrę, Layla bez wahania decyduje się na desperacki krok: zajmuje jej miejsce. Trafia do Wilczego Dworu – miejsca przesyconego mroczną magią, gdzie piękno splata się z okrucieństwem, a litość jest oznaką słabości. Władca Vincenzo, który zasiada na tronie, ma wobec niej plany znacznie mroczniejsze niż rola zwykłej służącej. W świecie pełnym potworów jedynym sojusznikiem Layli wydaje się być Olcan – gburowaty, okaleczony sługa o oczach, które skrywają zbyt wiele tajemnic. Ale czy w krainie, gdzie każdy uśmiech może być pułapką, można komukolwiek zaufać?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397993600
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Czy odważysz się wejść do świata, w którym człowiek jest tylko walutą?

Kiedy w sennym miasteczku Nissana rozbrzmiewa dzwon, który milczał od pokoleń, Layla wie, że nadchodzi koniec jej spokojnego życia. Fae powrócili, by upomnieć się o zapłatę z dawnego paktu. Żądają ofiary – młodej dziewczyny. Gdy los wskazuje na jej siostrę, Layla bez wahania decyduje się na desperacki krok: zajmuje jej miejsce.

Trafia do Wilczego Dworu – miejsca przesyconego mroczną magią, gdzie piękno splata się z okrucieństwem, a litość jest oznaką słabości. Władca Vincenzo, który zasiada na tronie, ma wobec niej plany znacznie mroczniejsze niż rola zwykłej służącej.

W świecie pełnym potworów jedynym sojusznikiem Layli wydaje się być Olcan – gburowaty, okaleczony sługa o oczach, które skrywają zbyt wiele tajemnic. Ale czy w krainie, gdzie każdy uśmiech może być pułapką, można komukolwiek zaufać?

Layla musi nauczyć się zasad gry, w której stawką jest nie tylko jej wolność, ale i serce. A czas ucieka, bo nad Wilczym Dworem zbierają się czarne chmury wojny.Spis treści

- Rozdział 1
- Rozdział 2
- Rozdział 3
- Rozdział 4
- Rozdział 5
- Rozdział 6
- Rozdział 7
- Rozdział 8
- Rozdział 9
- Rozdział 10
- Rozdział 11
- Rozdział 12
- Rozdział 13
- Rozdział 14
- Rozdział 15
- Rozdział 16
- Rozdział 17
- Rozdział 18
- Rozdział 19
- Rozdział 20
- Rozdział 21
- Rozdział 22
- Rozdział 23
- Rozdział 24
- Rozdział 25
- Rozdział 26
- Rozdział 27
- Rozdział 28
- Rozdział 29
- Rozdział 30
- Rozdział 31
- Rozdział 32
- Rozdział 33
- Rozdział 34ROZDZIAŁ 1

Layla nigdy nie pozwalała swoim myślom błądzić zbyt daleko poza granice miasteczka. Inny świat? Lepszy świat? Takie marzenia wydawały jej się niebezpiecznym luksusem, na który nie miała miejsca w sercu. Każdego poranka, zanim jeszcze słońce w pełni wyjrzało zza horyzontu, powtarzała w duchu lekcję wdzięczności. Odliczała ją w rytm skrzypiących desek podłogi i miarowego oddechu śpiącego domu. Była wdzięczna za dach, choć przeciekał, i za rodzinę, którą kochała bardziej niż własne, ciche istnienie.

Patrzyła na matkę, Miriam, której głos stał się z latami zaledwie szeptem, a dłonie – niegdyś gładkie – przypominały teraz wysuszoną, spękaną korę drzewa. Widziała ojca, Petera, który z każdym dniem zdawał się kurczyć pod ciężarem niewidzialnego głazu odpowiedzialności, i Isabelle – siostrę, która była jak ogień płonący obok spokojnego strumienia Layli. Piękna, harda i niepokojąco odważna.

Gdzieś na dnie serca Layli, niczym stary, bolesny siniak, tkwiło wspomnienie o bracie. Starszy, silny, odszedł trzy lata temu, zostawiając po sobie jedynie pusty talerz przy stole i ciszę, która nigdy nie została przerwana żadnym listem. Layla zaciskała palce na wspomnieniu o nim, karmiąc się cichą urazą. Zostawił ich. Wybrał własne ocalenie, wystawiając ich na kaprysy losu w Nissanie – miejscu, o którym bogowie najwyraźniej zapomnieli.

Ich dom stał na samym skraju, tam, gdzie cywilizacja poddawała się dziczy. Miasteczko oddzielało ich od wojen i wielkiej polityki, ale cena za ten spokój była wysoka: sąsiedztwo magicznych krain. Layla czasem czuła na skórze dziwne mrowienie, jakby powietrze od południa było gęstsze, nasycone obcą wonią. Stare kroniki mówiły o istotach ze snu i koszmaru – o skrzydlatych cieniach i władcach zmieniających skórę. Layla nigdy nie szukała ich śladu. Wolała swoją bezpieczną niewidzialność.

– Coś taka zadumana dzisiaj? – Głos Isabelle przeciął ciszę. Siostra stała już przy progu, gotowa do wyjścia. Podeszła do Layli i zwinnymi, pewnymi ruchami zaczęła zaplatać warkocz na jej jasnych włosach. Layla czuła zapach mydła jej własnego wyrobu i determinacji, który zawsze bił od siostry.

– Zastanawiam się nad tym, co wczoraj mówili rodzice… – szepnęła Layla, wbijając wzrok w czubki swoich znoszonych butów. – Co będzie, kiedy wyjdziesz za mąż?

Palce Isabelle na moment znieruchomiały. Wspomnienie wczorajszej awantury zawisło między nimi jak dym. Rodzice odrzucili Orlando, jakby był tylko brudnym kamieniem na drodze, a nie człowiekiem, którego Isabelle wybrała. Layla wciąż słyszała echo policzka, który ojciec wymierzył siostrze, gdy ta w złości wskazała na południe, ku zakazanym królestwom, mówiąc, że może tam znajdą dla niej męża. Matka pobladła wtedy tak bardzo, jakby śmierć już pukała do drzwi.

– Szybko się mnie nie pozbędziesz, maluchu – Isabelle uśmiechnęła się krzywo, kończąc splot. – Jeśli nie pozwolą mi wyjść za Orlando, zamienię ich życie w piekło. Znasz ojca, jest uparty, ale ja mam w żyłach tę samą krew.

– A jeśli cię zmuszą? – Layla podniosła wzrok, a w jej piersi zakiełkował lęk. Isabelle była jej jedyną kotwicą. Poza nią miała tylko Aurelio, ale przyjaciel, choć bliski, nie potrafił tak jak siostra przeganiać mroku.

– Mam silny charakter, Laylo. Nie złamią mnie – rzuciła Isabelle, wciągając kurtkę. – Zostajesz?

– Nie… pójdę nad rzekę.

– Zrób coś pożytecznego, zamiast znowu bujać w obłokach – mruknęła siostra, ale w jej głosie nie było złości, raczej zniecierpliwienie kogoś, kto nie rozumie potrzeby marzeń. – Sny nie nakarmią rodziny.

Kiedy drzwi zamknęły się za Isabelle, dom wypełniła ciężka, duszna cisza. Layla usłyszała szuranie kroków matki w kuchni. Nie chciała kolejnego dnia spędzonego nad krosnem, przy igle, która raniła palce, i przy słowach, których nie wolno było wypowiadać. Wymknęła się więc przez okno. Skok był lekki, niemal bezszelestny.

Nad rzeką czas płynął inaczej. Stary, spróchniały most był jej świątynią. Usiadła na samej krawędzi, pozwalając, by lodowaty nurt chłostał jej bose stopy. To był bolesny, ale otrzeźwiający dotyk. Nagle coś błysnęło w wodzie. Skrawek materiału? Nie przypominał wełny ani lnu, które znali w Nissanie. Wydawał się utkany z samej tafli wody, opalizujący i nierealny. Layla wychyliła się mocno, serce uderzyło jej o żebra, kiedy naciągała się, by go pochwycić.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę.

Podskoczyła gwałtownie, a ból po uderzeniu głową w barierkę rozlał się pulsującym ciepłem pod czaszką.

– Aurelio… – syknęła, pocierając bolące miejsce. Spojrzała na rzekę, ale tajemnicza tkanina zniknęła, porwana przez nurt lub ukryta przez słońce.

Mężczyzna usiadł obok, trącając ją przyjaźnie łokciem. Pachniał świeżo ściętym drewnem i wiatrem.

– Gorszy dzień? – zapytał miękko.

– Rodzice… szukają męża dla Isabelle.

– A dla ciebie? – rzucił półżartem, ale jego oczy pozostały poważne.

– Dla mnie?! – Poczuła, jak żołądek zawiązuje jej się w ciasny supeł. Widziała kobiety w mieście: zgaszone oczy, zgarbione plecy, wieczny lęk przed gniewem mężów. Zadrżała, choć słońce grzało mocno.

– Moje siostry w twoim wieku miały już domy na głowie – zauważył Aurelio.

– Ja nie chcę… – Głos jej zadrżał. Czuła, jak pod powiekami zbierają się łzy. Aurelio bez słowa przyciągnął ją do siebie. Jego ramię było silne i znajome.

– Jeśli twoi rodzice zaczną pytać… będę się ubiegał o twoją rękę – dodał nagle, a jego głos stał się nienaturalnie niski.

Layla zesztywniała. Spojrzała na niego, marszcząc brwi.

– Ty? Przecież jesteś moim przyjacielem.

– I co z tego? – Wzruszył ramionami, ale jego dłonie lekko drżały. – Znamy się od dziecka. Znam twoje dziwactwa i lęki. Wyjdziesz za obcego, będziesz musiała mu się oddać, znosić jego humory. Ze mną… moglibyśmy być po prostu szczęśliwi. Ufamy sobie, prawda?

W jego słowach kryła się bezpieczna przystań, której Layla tak bardzo pragnęła. Ale w głębi duszy, tam, gdzie nie docierał nawet głos rozsądku, marzyła o czymś innym. O ogniu, który spali tę jej nudną ostrożność. O kimś, kto nie będzie "bezpieczny", ale "jedyny". Jednak patrząc w zielone oczy Aurelio, pełne niemal błagalnej nadziei, poczuła tylko żal.

– Jeśli nie znajdą mi księcia z bajki… – zażartowała słabo, próbując rozbić gęstniejącą atmosferę – to masz gwarancję, że będziesz pierwszy na liście.

Aurelio uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu czaiła się gorycz.

– Książęta nie istnieją, Laylo.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, poczuła jego dłoń na swoim policzku. Założył kosmyk włosów za jej ucho, a potem zaczął się przybliżać. Layla zamarła. Stała się posągiem, obserwatorem własnego życia. Jego usta były ciepłe, miękkie, pachniały obietnicą spokoju. Kiedy jednak poczuła jego język, a pocałunek stał się żarliwy, coś w niej krzyknęło.

– Kocham cię, Layla – szepnął, opierając czoło o jej czoło.

To wyznanie było jak głaz wrzucony w jej cichą sadzawkę. Cofnęła się o krok, omal nie tracąc równowagi na śliskich deskach. Spokój, którego tak desperacko szukała, właśnie rozpadł się na tysiąc kawałków.

– Layla, daj nam szansę… – zaczął gorączkowo, widząc jej bladość.

Chciała coś powiedzieć, wykrzyczeć, że przyjaźń to nie miłość, gdy nagle powietrze rozdarł dzwon.

Dźwięk nie był zwykłym bitem metalu o metal. Był głęboki, wibrujący w kościach, nasycony obcym ciężarem, który zdawał się budzić samo miasto z odrętwienia trwającego całe pokolenia. Dzwon, który milczał tak długo, że stał się jedynie elementem krajobrazu, teraz wyrzucał z siebie jęk nasycony magią. Layla poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a serce podchodzi do gardła, dławiąc każdy okrzyk.

Aurelio zareagował pierwszy. Bez słowa zacisnął palce na jej dłoni. Uścisk był twardy, niemal bolesny i pociągnął ją za sobą. Biegli przez kręte uliczki, mijając ludzi, którzy wypadali z domów niczym spłoszone ptactwo. Mieszkańcy nawoływali się nawzajem głosami drżącymi od niedowierzania, a ich oczy, wbite w czyste niebo, szukały tam odpowiedzi, której nikt nie chciał usłyszeć.

W centrum miasteczka gęstniał chaos. Powietrze przesycone było zapachem potu i narastającej histerii. Z trudem torowali sobie drogę przez mur ludzkich pleców w stronę ratusza. Na kamiennych stopniach, niczym na szafocie, stał burmistrz. Otaczała go straż – ich twarze, zwykle rubaszne i znajome, teraz przypominały zastygłe maski, a dłonie kurczowo zaciskały się na rękojeściach mieczy.

Wtedy Layla dostrzegła jasną głowę siostry. Ulga, która ją zalała, była niemal fizycznym bólem. Przecisnęła się przez tłum, wpadając w ramiona Isabelle, podczas gdy Aurelio trwał tuż za nią, czujny i spięty jak struna.

— Isabelle! Co się dzieje? — wykrztusiła Layla, próbując opanować dygotanie całego ciała.

— Odezwał się dzwon, który bije tylko… — Isabelle urwała. Jej dłonie, zwykle tak pewne, teraz drżały tak mocno, że musiała spleść je na piersi.

— Tylko kiedy? — naciskała Layla, choć w głębi duszy już wiedziała.

— Tylko wtedy, gdy w naszym świecie pojawiają się Fae.

To jedno słowo przecięło powietrze niczym lodowate ostrze. Fae. Magiczne istoty? Elfy? Layla poczuła, jak świat wokół niej traci barwy. Czy to możliwe, by dzwon zabił przez przypadek?

— Może jakiś pijany żartowniś…

— Dzwon Fae jest zaklęty — ucięła Isabelle, czytając w jej myślach. — Budzi go tylko ich obecność.

Ta prawda zawisła między nimi, ciężka i duszna. Wieść o powrocie istot zza granicy rozlała się po placu niczym ogień na rzymskim sianie. Szepty przeradzały się w wycie, a strach zapuszczał korzenie w każdym sercu. Ludzie chwytali się za ubrania, jakby tkanina mogła ich ochronić przed magią.

Gdy strażnik uderzył włócznią o bruk, dźwięk był jak wystrzał. Cisza, która zapadła, była nienaturalna, pełna niewypowiedzianych modlitw. Burmistrz, człowiek o twarzy wyrytej przez lata trudnych decyzji, postąpił krok naprzód.

— Mieszkańcy Nissany! — jego głos, choć mocny, podszyty był drżeniem. — Rozumiem waszą trwogę. Ale błagam o spokój!

— Spokój?! — ryknął ktoś z tłumu. — Dzwon Fae nie bije na powitanie przyjaciół!

Burmistrz zacisnął usta w wąską linię.

— Nie mamy potwierdzenia… Straż obserwuje trakty. Nikt nie ma prawa opuszczać murów!

— A jeśli oni już tu są? — Pytanie zawisło w próżni. Layla widziała, jak burmistrz waha się przez ułamek sekundy. To wystarczyło. Zimno przebiegło jej po kręgosłupie.

Plac wypełnił się gorączkowymi głosami. Ludzie przywoływali stare kroniki, opowieści dziadków o paktach pisanych krwią i o zniknięciach, które nigdy nie doczekały się wyjaśnień. Layla stała nieruchomo, czując na ramieniu ciężką dłoń Aurelio. Podświadomie szukała u niego ratunku, choć wiedziała, że przeciwko Fae miecz na niewiele się zda. W pamięci odgrzebała strzępy legend. Fae — potężni, zmiennokształtni, o sercach wykutych z lodu. Mówiono, że nie znają litości ani miłości, a ich piękno jest jedynie przynętą. Siedemdziesiąt lat spokoju uśpiło czujność świata. Młody władca, który zasiadł wtedy na tronie, zaprzestał żądania ofiar. Czy umarł? Czy jego następca przypomniał sobie o "ludzkim bydle", które tak łatwo było terroryzować?

— Cisza! — wrzasnął burmistrz, gdy tłum znów zaczął napierać na schody. — Dopóki nie porozmawiamy z posłańcem, nie znamy celu tej wizyty!

— Nic dobrego nie przyniosą! — krzyknęła jakaś kobieta, tuląc do siebie dziecko. — Zażądają haraczu! Zażądają nas!

Krucha równowaga pękła, gdy z bocznej uliczki dobiegł odgłos panicznego biegu. Ludzie rozstąpili się, gdy na plac wypadł młody chłopak. Jego twarz miała kolor popiołu, a ubranie było rozdarte, jakby przedzierał się przez ciernie.

— Burmistrzu! — wycharczał, padając na kolana u stóp schodów. — To prawda! Widziałem go!

Strażnicy natychmiast skrzyżowali włócznie nad jego głową. Burmistrz nachylił się, a jego zmęczone oczy pociemniały.

— Mów. Co widziałeś na wschodnim trakcie?

Posłaniec przełknął ślinę z wyraźnym trudem. Jego palce orały bruk.

— Powóz… elficki powóz. Jest już przy granicy posiadłości.

Słowo to uderzyło w zebranych z mocą gromu. Zaprzeczenia, krzyki, płacz — wszystko zlało się w jeden wielki ryk przerażenia.

— Przysięgam! — krzyczał chłopak, gdy ktoś nazwał go kłamcą. — Koła były ze srebra, a drewno… ono żyło! Pulsowało pod moimi oczami, jakby powóz był wielką, milczącą bestią. A stworzenie, które go ciągnęło… jego oczy świeciły jaśniej niż polerowane szkło! Widziałem królewskie znaki na drzwiach!

To był koniec porządku. Chaos wybuchł z niszczycielską siłą. Ludzie tratowali się nawzajem, próbując uciec w głąb miasta, choć wiedzieli, że mury Nissany są dla Fae jedynie zabawką. Jabłka z wywróconych straganów toczyły się pod nogami, miażdżone przez ciężkie buty.

— Zamknąć bramy! — ryczał burmistrz do dowódcy straży. — Natychmiast! Obsadzić mury!

— A jeśli zażądają wjazdu? — zapytał dowódca, a jego głos był nienaturalnie cichy w tym zgiełku.

Burmistrz nie odpowiedział od razu. Spojrzał na przerażony tłum, a potem na wschód, skąd nadciągało przeznaczenie.

— Wtedy otworzymy — szepnął. — Elfowie nigdy nie przychodzą prosić. Oni przychodzą brać.

Layla poczuła, jak Isabelle ściska jej dłoń tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Aurelio osłonił je obie, ale Layla czuła, jak drży jego ramię. Cień, w którym chowała się przez siedemnaście lat, właśnie zniknął pod palącym blaskiem nadchodzącej magii.

Najpierw pojawił się dźwięk. Nie był to jednak znany wszystkim, ciężki turkot wozu uderzającego o nierówny bruk, lecz cichy i rytmiczny stukot, który nie pasował do niczego, co Layla dotąd słyszała. Odnosiła wrażenie, że koła wcale nie dotykają kamieni, ale suną tuż nad nimi, ledwie muskając ziemię. Strażnicy na murach pochylili się niemal jednocześnie, a ktoś z tłumu uniósł drżący palec, wskazując drogę na wschodzie.

Z tumanów kurzu i mgły wyłonił się powóz. Był smukły i nienaturalnie elegancki, zbudowany z ciemnego drewna, które lśniło w słońcu niczym mokra kora wiekowego drzewa. Na jego bocznych ścianach pulsowały delikatne, srebrzyste wzory. Runy pojawiały się i znikały w rytm niewidzialnego serca, jakby cały pojazd był żywym organizmem. Koła obramowano metalem jaśniejszym niż najczystsza stal, a stworzenie zaprzężone do powozu nie przypominało żadnego znanego zwierzęcia. Jego ruchy były płynne i pozbawione wysiłku, natomiast oczy lśniły chłodnym, nienaturalnym światłem, które zdawało się przenikać duszę każdego, kto odważył się w nie spojrzeć.

Brama miasta pozostała zamknięta, lecz powóz zatrzymał się przed nią z idealną precyzją. Przez długą chwilę panowała martwa cisza, aż w końcu drzwi otworzyły się same, bez najmniejszego skrzypnięcia. Z wnętrza wypłynęła smuga chłodnego, pachnącego lasem powietrza, a tuż za nią pojawiła się postać w ciemnej pelerynie. Gdy jej stopy dotknęły ziemi, Layla odniosła wrażenie, że obcy nie waży niemal nic, jakby grawitacja była dla niego jedynie sugestią, a nie prawem.

Strażnicy odruchowo cofnęli się o krok, a jeden z mężczyzn na murach pospiesznie nakreślił na piersi znak ochronny. Tłum na dole rozstąpił się instynktownie, tworząc wąski, pełen lęku tunel prowadzący ku schodom ratusza. Layla wsparła się mocniej na ramieniu Aurelio i uniosła na palcach, próbując dojrzeć przybysza ponad morzem głów.

Zobaczyła wysoką, lekko zgarbioną sylwetkę ukrytą pod kapturem. Obcy poruszał się z leniwą pewnością drapieżnika, który doskonale wie, że nikt nie odważy się go zaatakować. Każdy jego krok zdawał się uciszać kolejne szepty, aż plac pogrążył się w absolutnym, duszącym milczeniu.

Gdy przybysz stanął przed burmistrzem, starszy mężczyzna pobladł tak bardzo, że jego twarz upodobniła się do pergaminu. Choć wyglądał, jakby chciał rzucić się do ucieczki, ostatecznie wyprostował się i niepewnie wyciągnął dłoń. Fae przekręcił głowę, przyglądając się temu gestowi z niemal badawczym zaciekawieniem. W jego spojrzeniu nie było jednak szacunku, lecz zdziwienie, jakby widział osobliwy przedmiot o niezrozumiałym przeznaczeniu.

Layla wstrzymała oddech, a w jej głowie odtwarzały się najgorsze scenariusze pełne krwi i krzyku, kiedy burmistrz traci dłoń przez odgryzienie czy odcięcie. Nic takiego się jednak nie stało. Obcy powoli uniósł ręce i zsunął kaptur, pozwalając, by materiał peleryny opadł miękko na jego ramiona. Layla poczuła nagłe ukłucie niepokoju, gdy rozpoznała tę tkaninę. Była opalizująca i gładka, niemal identyczna z tą, którą widziała wcześniej w rzece. Czy to on zgubił ten skrawek? A może woda przyniosła go jako ostrzeżenie?

Spod materiału spłynęły długie, srebrzyste włosy sięgające aż do pasa. Częściowo upięto je w luźny pół-kok, co nadawało mu wygląd kogoś z wyższych sfer, lecz spiczaste uszy nie pozostawiały żadnych wątpliwości. To był elf. Po jego postawie Layla spodziewała się starca, jednak twarz, którą ukazał tłumowi, była młoda, być może tylko nieznacznie starsza od twarzy Aurelio. Grzywka zaczesana na bok przesłaniała mu prawe oko i fragment policzka, nadając obliczu dziki, nieokiełznany charakter. Jedno spojrzenie jego kocich, złocistych oczu wystarczyło, by rynek zamienił się w posągowy ogród.

Był nieskazitelny. Piękny w sposób, który bolał i budził pierwotną odrazę. Dla Layli i wszystkich zgromadzonych ten nieludzki ideał był jedynie maską potwora. Zerknęła na Isabelle i zobaczyła, że na twarzy siostry maluje się przerażenie przemieszane z głęboką niechęcią.

— Mój Pan... — zaczął Fae, a jego głos zawibrował w powietrzu niczym niska, hipnotyzująca nuta. Layla odniosła wrażenie, że wypowiedzenie tych słów sprawia mu trudność, jakby ludzka mowa była dla jego gardła zbyt szorstka. — Pozdrawia was i przypomina o zapłacie, która wciąż na was ciąży.

Gdy mówił, Layla dostrzegła błysk wydłużonych kłów pod jego górną wargą. Mimowolnie chwyciła dłoń Isabelle, a siostra splotła z nią palce w uścisku tak mocnym, że aż bolesnym.

— Kim jest twój pan? — zapytał burmistrz, rozpaczliwie próbując ratować resztki swojego autorytetu.

Fae przekręcił głowę, ale jego wzrok wydawał się błądzić gdzieś ponad głową mężczyzny. — Vincenzo, władca Wilczego Dworu w królestwie Ethisia.

— Czemu po tylu latach sobie o nas przypomniał?

Elf odpowiedział cichym, ostrzegawczym warknięciem, które brzmiało bardziej jak pomruk głodnego wilka niż głos istoty rozumnej. Burmistrz cofnął się gwałtownie.

— Ciesz się, człowieku, spokojem, który był wam dany — syknął Fae. — Ludzkie miesiące są dla nas jedynie mgnieniem oka.

— Proszę o wybaczenie. — Burmistrz przełknął ślinę, a krople potu wystąpiły mu na czoło. — Zastanawia nas jedynie ta nagła wizyta. Dawniej zjawialiście się znacznie częściej.

— Wszystko zależy od władcy dworu.

— Więc... władca się zmienił?

Fae zawahał się na ułamek sekundy, a w jego oczach błysnęło coś mrocznego.

— Tak — warknął przez zaciśnięte zęby.

— Czemu mamy płacić za coś, czego nie zrobiliśmy?! — Ryk jednego z mężczyzn przeciął ciszę placu.

Spojrzenie elfa błyskawicznie odnalazło śmiałka. W mgnieniu oka postać zniknęła spod schodów ratusza i zmaterializowała się tuż przed protestującym wieśniakiem. Ludzie wokół krzyknęli z przerażenia, rzucając się do panicznej ucieczki. Elf nachylił się ku mężczyźnie, patrząc mu prosto w rozszerzone źrenice.

— Te ziemie należały niegdyś do starego ludu — powiedział cicho, lecz jego głos niósł się po całym rynku. — Wasi przodkowie otrzymali je w darze. Ceną była krew i lojalność.

— Czy można zmienić przedmiot ofiary? — zapytała błagalnie kobieta stojąca niedaleko. Layla poczuła podziw dla jej desperackiej odwagi.

Fae spojrzał na nią z góry, a na jego ustach wykwitł cień pogardliwego uśmiechu.

— Nie.

— Co robicie z tymi ludźmi?! — zawołał kolejny głos z tłumu.

— Służą władcy według jego uznania — odparł krótko, a w jego głosie nie było ani grama litości.

— Co się z nimi dzieje?! Odpowiedz!

Elf zaczął syczeć, a jego ciało napięło się niczym struna gotowa do ataku. Tłum natychmiast zamarł, uciszony pierwotnym strachem przed drapieżnikiem.

— Mój władca zażądał dla siebie młodej dziewczyny — oznajmił chłodno. — Nie dziecka i nie dojrzałej kobiety. Pozwolę wam dokonać wyboru do zmierzchu. Jeśli do tego czasu nie wskażecie nikogo, wybiorę sam.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była gorsza niż jakikolwiek krzyk. Layla czuła, jak krew pulsuje jej w skroniach, a słońce, które jeszcze przed chwilą grzało przyjemnie, teraz zdawało się świecić tylko po to, by odliczać czas do zachodu.

Fae wycofał się powoli w stronę schodów ratusza, a jego ruchy przypominały cofający się cień. Gdy narzucił kaptur na głowę, jego sylwetka znów wydała się dziwnie przygarbiona, lecz mimo tego przebrania Layla czuła na sobie ciężar jego spojrzenia. Miała wrażenie, że choć elf ukrył twarz, wciąż obserwuje ich wszystkich naraz, przenikając wzrokiem każdą kłamliwą myśl i każdy dreszcz przerażenia.

Gdy tylko odsunął się na bok, plac eksplodował dźwiękiem. Ludzie zaczęli mówić jeden przez drugiego, głosy narastały i mieszały się w kakofonii, z której trudno było wyłowić sensowne zdania. Najpierw pojawiły się nieśmiałe zapytania, które szybko przeszły w okrutne żądania. Szukano kogoś, kogo strata najmniej zaboli społeczność: dziewczyny bez rodziny, kogoś obcego, kogoś, kto i tak planował opuścić Nissanę. Słowa te brzmiały w uszach Layli pusto i bezdusznie. Wiedziała, że nikt nie wystąpi przed szereg, i w głębi duszy nie potrafiła nikogo za to winić. Sama czuła się sparaliżowana, podczas gdy ciężar cudzych spojrzeń zaczął krążyć po twarzach młodych kobiet niczym wyrok.

Mijały długie minuty, które zlały się w niemal pełną godzinę duszącego oczekiwania. Strach stał się lepki, gęstniejąc z każdym uderzeniem serca. Burmistrz raz po raz ocierał pot z czoła i zerkał nerwowo w stronę nieruchomego elfa, na którym upływ czasu nie robił żadnego wrażenia. W końcu mężczyzna uniósł ręce, a jego głos, choć drżący, przeciął zgiełk z bezlitosną stanowczością. Wszystkie dziewczęta w wieku od piętnastu do dwudziestu lat otrzymały rozkaz stawienia się na placu.

To wezwanie uderzyło w Laylę z siłą fizycznego ciosu. Była w tym wieku, podobnie jak Isabelle. Z tłumu zaczęły wyłaniać się kolejne postacie, jedne popychane przez zdesperowanych rodziców, inne prowadzone za rękę jak na stracenie. Niektóre dziewczęta szły sztywno, maskując lęk dumnie uniesioną głową, inne zanosiły się szlochem, którego nie potrafiły stłumić. Wkrótce na środku placu utworzył się niewielki krąg. Było ich tylko piętnaście. Piętnaście istnień, z których Layla nie mogła już zniknąć, zbyt mało, by pozostać niezauważoną.

Nagle obok niej pojawili się rodzice. Matka, Miriam, natychmiast przyciągnęła obie córki do siebie, próbując osłonić je własnym, drżącym ciałem. Jej oddech był szarpany, a szept pełen obłędu, gdy powtarzała, że nikogo nie odda. Ojciec stał tuż obok, blady i tragicznie bezradny, z palcami zaciśniętymi w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Moment wytchnienia przerwał jednak strażnik, odsuwając rodziców bez cienia litości. Gdy Layla poczuła, że uścisk matki słabnie, coś w niej pękło. Natychmiast chwyciła dłoń Isabelle, szukając w niej jedynego oparcia.

Burmistrz skinął na pomocnika, który uniósł wysoko małą, błyszczącą monetę. Rozpoczął się losowy dobór, zimny i mechaniczny. Jasne włosy oznaczały pozostanie, ciemne – ocalenie. Gdy moneta uderzyła o dłoń pomocnika, brunetki zostały odsunięte na bok. Serce Layli biło tak potężnie, że krew huczała jej w uszach, przesłaniając inne dźwięki. Spojrzała na Isabelle i poczuła dreszcz grozy. Obie wciąż stały w kręgu. Z piętnastu dziewcząt pozostało jedynie siedem.

Stały teraz na samym środku, wystawione na widok publiczny niczym towar na targu. Layla czuła się naga pod spojrzeniami sąsiadów, w których strach o własne dzieci walczył z chorobliwą ciekawością. Kolejny rzut monetą przyniósł eliminację według koloru oczu. Dziewczęta o błękitnych spojrzeniach mogły wrócić w bezpieczne ramiona rodzin. Layla spojrzała w głęboki brąz tęczówek siostry, widząc w nich odbicie własnej rozpaczy. Zaczęła się trząść tak głośno, że aż dzwoniły jej zęby. Zostało ich pięć.

W oddali, pośród morza obcych twarzy, dostrzegła Aurelio. Patrzył na nią z rozchylonymi ustami, a jego twarz miała kolor popiołu. Pojedyncza łza spłynęła po policzku Layli, gdy poczuła, jak niewidzialna dłoń wyrywa jej serce z piersi. Słońce opadało coraz niżej, barwiąc niebo krwawą czerwienią, a chętna wciąż się nie znalazła. Burmistrz, nie mając lepszego pomysłu, zarządził kolejną selekcję. Tym razem odrzucono najwyższą i najniższą z pozostałych.

Na placu zostały już tylko trzy dziewczyny: Layla, Isabelle oraz Anette, jedyna córka szlacheckiej rodziny Averych. Ta świadomość uderzyła Laylę z opóźnieniem. Trzy życia zawieszone na krawędzi. Rodzice Anette zareagowali natychmiast, przebijając się przez tłum z krzykiem. Wyliczali urojone choroby córki, jej słabe zdrowie i jedynactwo, błagając o jej ocalenie. Ich głosy były pełne histerii, jakby głośność krzyku mogła zmienić wyrok losu.

W odpowiedzi podniosły się inne głosy, w tym protesty rodziców Layli, popychane czystym, zwierzęcym lękiem. Plac zamienił się w arenę, na której ludzie rozszarpywali się nawzajem słowami, zapominając o jakiejkolwiek godności. Tymczasem Fae zaczął krążyć wokół nich. Poruszał się wolno, z niemal sennym wdziękiem, zataczając coraz węższe kręgi. Jego wzrok sunął po ich ciałach, oceniając wartość każdej z nich w sposób, którego Layla nie potrafiła pojąć. Budził w niej nie tylko przerażenie, ale i gwałtowny, duszny gniew. Jego spokój w obliczu ich rozpaczy był najbardziej nieludzką rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała.

— Pójdę ja — odezwała się nagle Isabelle. Jej głos był cichy, ledwie słyszalny, ale biła z niego nieodwołalna pewność.

Layla drgnęła, gwałtownie odwracając głowę w stronę siostry. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Zaczęła gorączkowo zaprzeczać, argumentując, że to niesprawiedliwe, że muszą zaczekać do zmierzchu. Miała nadzieję, że jeśli nikt nie zostanie wybrany, elf może zrezygnuje, choć wiedziała, jak naiwna jest to myśl.

Wtedy dostrzegła ruch po drugiej stronie placu. Rodzice Anette dopadli do jej ojca i matki. Matka szlachcianki upadła na kolana, chwytając ich za dłonie i zalewając się łzami. Obiecywała złoto, ziemię i dożywotnią wdzięczność, byle tylko oszczędzili jej dziecko. Ojciec Anette stał obok, milczący i blady, jakby transakcja została już zawarta w jego myślach. Layla patrzyła, jak jej ojciec pochyla się ku matce, jak szepcze jej coś do ucha, a matka opuszcza głowę w bezgłośnym szlochu.

Gdy ojciec skinął głową panu Avery’emu, Layla zrozumiała, że ich rodzina właśnie przestała istnieć. Więź została zerwana i przeliczona na monety. Anette, czując, że jest wolna, rzuciła się w ramiona matki i natychmiast zniknęła w tłumie. Layla patrzyła na to przez gęstą mgłę niedowierzania. Zanim jednak zdążyła wykrzyczeć swoją wściekłość, Isabelle złapała ją za ramiona i potrząsnęła nią mocno, zmuszając do spojrzenia w oczy.

— Zgłoszę się, Layla — powtórzyła Isabelle, a w jej spojrzeniu tlił się ogień poświęcenia. — Jestem starsza i silniejsza. Ja przetrwam tam, gdzie ty byś zginęła.

Świat Layli zawirował niebezpiecznie. Każdy atom jej ciała krzyczał przeciwko temu, co miało się wydarzyć, ale Isabelle już się odwracała, gotowa zrobić krok, którego nie dało się cofnąć.

Gdy Isabelle zrobiła pierwszy krok w stronę burmistrza, w głowie Layli eksplodował chaos. Każda myśl zdawała się krzyczeć, próbując zagłuszyć narastającą panikę. Wiedziała jedno: bez Isabelle ich rodzina po prostu przestanie istnieć. To siostra przejęła wszystkie obowiązki po ucieczce brata, stając się filarem, o który opierali się każdego dnia. To ona zdobywała prowiant, pilnowała skromnych oszczędności ojca i załatwiała sprawy, na które Layli brakowało odwagi oraz siły. Matka była zbyt krucha, a ojciec coraz częściej gubił się w mroku własnych myśli i narastającej niemocy. Jeśli Isabelle odejdzie, dom obróci się w ruinę.

W tej jednej sekundzie Laylę zalała fala palącego wstydu. Poczuła się bezużyteczna, jakby dopiero teraz w pełni zrozumiała, jak niewiele wnosiła do ich wspólnego życia.

Elf postąpił kilka kroków w stronę Isabelle, jakby wyczuł jej determinację. Layla nie mogła na to pozwolić. Musiała przeciąć tę nić, zanim Fae przypieczętuje los jej siostry.

— Ja się zgłaszam!

Jej własny głos uderzył w ciszę placu, brzmiąc obco, a jednocześnie niespodziewanie pewnie. Fae przystanął gwałtownie. Po raz pierwszy, odkąd pojawił się w Nissanie, jego płynny ruch został całkowicie przerwany. Powoli odwrócił głowę w stronę dziewczyny, przyglądając się jej z tym samym chłodnym, drapieżnym skupieniem, którym wcześniej mierzył cały tłum.

Rynek zamarł. Nawet wiatr, który do tej pory szarpał chorągwiami na murach, zdawał się wstrzymać oddech. Isabelle odwróciła się gwałtownie, a w jej oczach malowało się czyste niedowierzanie.

— Oszalałaś? — syknęła, chwytając Laylę za ramiona. — Co ty wyprawiasz?

— Ja się zgłaszam! — powtórzyła Layla, tym razem głośniej, próbując wyszarpać się siostrze. Uniosła rękę wysoko, by jej drobna sylwetka stała się widoczna dla wszystkich.

Isabelle potrząsnęła nią mocno, próbując wyrwać ją z tego nagłego obłędu, lecz Layla widziała tylko łzy spływające po własnych policzkach. Tłumaczyła siostrze, że bez niej rodzice sobie nie poradzą, że to jedyny sposób. Isabelle znieruchomiała, a potem nagle przyciągnęła ją do siebie w uścisku tak ciasnym, że aż bolesnym. Layla czuła drżenie jej ciała, ale usłyszała też ciche westchnienie ulgi, które przecięło jej serce niczym brzytwa.

— Dziękuję, że to rozumiesz… — szepnęła siostra.

Te słowa nie były tym, co Layla chciała usłyszeć. Poczuła nagłe, lodowate ukłucie pod żebrami, ale nie odsunęła się. Uśmiechnęła się słabo, choć twarz miała mokrą od łez. Może Isabelle chciała dodać jej otuchy, a może po prostu instynkt przetrwania okazał się silniejszy od siostrzanej więzi.

Rodzice dopadli do niej chwilę później. Matka obsypywała jej twarz chaotycznymi pocałunkami, a ojciec ściskał ją zbyt mocno, jakby próbował siłą zatrzymać czas. Layla nie potrafiła odwzajemnić tej czułości. W ich dotyku czuła coś, co budziło w niej przerażenie: ulgę. Czy oni też w głębi duszy woleli, by to ona odeszła? Ta myśl była gorsza niż sam wyrok elfa.

Nagle Fae znalazł się tuż obok. Pojawił się tak bezszelestnie, że Layla aż odskoczyła w bok, uderzając w pierś ojca. Od przybysza bił przejmujący chłód i zapach nocnego lasu tuż po ulewie.

— To twój wybór — powiedział niskim, melodyjnym głosem. Uniósł dłoń, jakby badał aurę wokół niej.

— Nie boję się — skłamała, choć serce obijało się o jej żebra niczym uwięziony ptak.

Kącik ust elfa drgnął w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.

— To kłamstwo. Ale właśnie dlatego się nadajesz. — Wyprostował się i spojrzał na burmistrza, ignorując lamenty tłumu. — Przyjmuję jej decyzję. Dziewczyna należy teraz do mojego władcy.

Świat wokół Layli zaczął wirować. Isabelle krzyczała, matka zanosiła się wyciem, ale dla niej dźwięki te stawały się odległe i stłumione, jakby dochodziły zza grubego szkła.

— Powóz czeka — rzucił ostro Fae.

— Co? Już? — Layla poczuła, jak gardło zaciska jej się w ataku paniki. — Czy mogę zabrać swoje rzeczy? Choćby pamiątki?

— Nie będą ci potrzebne.

Zanim zdążyła zaprotestować, poczuła na ramieniu twardy, bezlitosny uścisk. Fae przybliżył swoją twarz do jej twarzy, a jego kocie źrenice błysnęły groźnie.

— Do powozu.

— Błagam… Pozwól mi się chociaż pożegnać — zapłakała.

Elf syknął cicho, okazując zniecierpliwienie, ale poluźnił chwyt. Layla spojrzała na ojca. Stał nieruchomo, blady i skulony. Czekała na jeden gest, na krzyk sprzeciwu, na cokolwiek, co dowiodłoby, że chce ją ratować. On jednak spuścił wzrok, niezdolny udźwignąć ciężaru własnego tchórzostwa. To milczenie bolało najbardziej.

Isabelle przycisnęła swoje czoło do czoła siostry, mamrocząc o tym, że to ona powinna jechać, że Layla nie przetrwa w tamtym świecie.

— Przetrwam — szepnęła Layla, choć obie wiedziały, że to kłamstwo.

W uścisku siostry próbowała zapamiętać wszystko: zapach jej skóry, ciepło dłoni i rytm oddechu. Isabelle szepnęła jej do ucha, by uciekała przy pierwszej okazji. Layla poczuła nagły skok adrenaliny. Czy znajdzie w sobie dość siły, by zaryzykować życie w krainie potworów?

— Kocham was. – Ledwo rozpoznała swój głos.

Rodzice ucałowali ją ostatni raz i cofnęli się o krok. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo dłoń Fae zamknęła się na jej nadgarstku. W tym dotyku nie było brutalności, ale była ostateczność, która odbierała nadzieję. Gdy Isabelle i matka próbowały się przedrzeć przez kordon straży, elf nawet na nich nie spojrzał.

— Dość — powiedział chłodno.

Ojciec w końcu podniósł głowę.

— Proszę… — wydusił. — To jeszcze dziecko.

Fae nawet na niego nie spojrzał.

— Dla mojego władcy jest wystarczająca — rzucił jedynie.

Layla pozwoliła się prowadzić przez plac, czując na sobie spojrzenia mieszkańców. Widziała płacz, widziała współczucie, ale widziała też u niektórych nieskrywaną ulgę, że to nie ich dom został dotknięty nieszczęściem. Coś w niej wtedy ostatecznie pękło. Przestała się szarpać. Droga do powozu wydawała się nieskończona, a każdy krok oddalał ją od jedynego życia, jakie znała.

— Layla!

Usłyszała głos Aurelio i poczuła nagły przypływ energii. Wyrwała się elfowi i podbiegła do przyjaciela, który porwał ją w ramiona. Pytanie o to, dlaczego to zrobiła, pozostało bez odpowiedzi. Layla tylko płakała, chłonąc jego bliskość. Gdy Aurelio ujął jej twarz i pocałował ją gwałtownie na oczach wszystkich, oddała ten pocałunek z całą desperacją, jaką miała w sercu. To był smak wszystkiego, co właśnie traciła.

Nagle silne szarpnięcie rozdzieliło ich bez litości. Elf odepchnął Aurelio, a Laylę zaczął wpychać do wnętrza pojazdu. Przysięga przyjaciela o miłości i jej rozpaczliwa odpowiedź utonęły w trzasku zamykanych drzwi. Gdy tylko przekroczyła próg, otoczył ją nienaturalny chłód.

Skuliła się na twardym siedzisku, patrząc z przerażeniem na elfa, który zajrzał do środka.

— Radzę ci o nim zapomnieć — powiedział ozięble, po czym trzasnął drzwiczkami.

Dopiero wtedy, w tej małej, pachnącej magią klatce, Layla wybuchnęła głośnym szlochem. Szarpała za klamkę, ale drzwiczki ani drgnęły, trzymane jakąś niewidzialną siłą. Odsunęła zasłonkę i przycisnęła dłoń do gładkiej, zimnej szyby. Widziała rodzinę i Aurelio, którzy stawali się coraz mniejsi. Powóz ruszył z nadludzką prędkością, zostawiając za sobą Nissanę. Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała, była sylwetka Isabelle biegnącej za nimi z wyciągniętymi ramionami, aż w końcu kurz i magia przesłoniły wszystko na zawsze.ROZDZIAŁ 4

Bała się nadchodzącego poranka. Co ją czekało? Jakie prace przyjdzie jej wykonywać w tym posępnym miejscu? Długo wierciła się w łóżku, a natłok myśli nie pozwalał jej zmrużyć oka. W końcu nie wytrzymała dusznej atmosfery komnaty i wyszła na korytarz. Dwór był już pogrążony w sennym odrętwieniu, a lampy na ścianach dawały jedynie nikłe, drżące światło, chroniąc ją przed błądzeniem w zupełnych ciemnościach.

Trafiła do jednego z salonów, o których wspominał Vincenzo. Pomieszczenie wydawało się puste, a w kominku dogasał ogień, rzucając na ściany tańczące cienie. Weszła po cichu i zamknęła za sobą drzwi, pragnąc choć przez chwilę nacieszyć się samotnością. Podeszła do paleniska i opadła na fotel, chłonąc ciepło płomieni. Wsłuchana w przyjemne trzaskanie drewna, na moment zapomniała o strachu. Poczuła się niemal jak w domu, choć ten fotel był o wiele wygodniejszy niż cokolwiek, co znała.

Tęsknota uderzyła w nią ze zdwojoną siłą. Wspomniała przyjaciela, rzeczkę nieopodal domu i mostek, na którym spędzała długie godziny. Widziała oczami wyobraźni lasek, gdzie obserwowała dzikie zwierzęta i słońce przebijające się przez liście brzozy. Ciepło ognia przypomniało jej tamto letnie słońce, a cichy, bolesny szloch wyrwał się z jej piersi. Wtedy usłyszała szelest.

Gwałtownie odwróciła się w stronę dźwięku, gorączkowo ocierając łzy. Ku jej przerażeniu, na sofie spoczywał władca dworu. Nie rozumiała, jak mogła go wcześniej nie zauważyć. Vincenzo trzymał w dłoni szklankę wypełnioną złotym trunkiem, przyglądając się jej z nieodgadnioną miną. Layla zerwała się na równe nogi i skłoniła nisko.

— Najmocniej przepraszam, panie! Myślałam, że nikogo tu nie ma.

— Spokojnie. Czemu jeszcze nie śpisz? — zapytał, nie odrywając od niej wzroku.

— Nie mogłam zasnąć — odpowiedziała cicho, wpatrując się w czubki swoich butów.

— Może chcesz się czegoś napić? — Uniósł szklankę w geście niemal koleżeńskim, oferując alkohol.

Pokręciła przecząco głową. Władca przyglądał jej się badawczo, mrużąc oczy. Wyglądał pięknie, a zarazem groteskowo w blasku ognia; ubrany jedynie w ciemną, satynową szatę, z rozpuszczonymi włosami, które kaskadą opadały mu na ramiona. Pod jego czujnym, drapieżnym wzrokiem czuła się skrajnie niezręcznie.

— Nie będę przeszkadzać, panie. Pójdę do siebie.

— Nie przeszkadzasz. Usiądź.

Opadła na fotel niczym na rozkaz, nie wiedząc, czego się spodziewać po tej nocnej audiencji.

— Zwiedziłaś już dwór? — zapytał władca po chwili milczenia.

— Trochę. Nie wiem, gdzie mogę wchodzić.

— Praktycznie wszędzie. Jedynym wyjątkiem jest mój gabinet i, rzecz jasna, sypialnie mieszkańców. Chyba że cię do nich zaproszą — dodał z niecnym, dwuznacznym uśmieszkiem.

— Czy możesz mi powiedzieć, panie, jakie będą jutro moje obowiązki?

Vincenzo prychnął z wyraźnym niezadowoleniem. Przeciągnął się leniwie i zmienił pozycję na sofie. — Miałem nadzieję, że porozmawiamy o czymś ciekawszym.

— Przepraszam…

— Nie gniewam się.

— O czym chciałbyś porozmawiać, panie?

— Czemu się zgłosiłaś, skoro siostra miała to zrobić sama?

Layla nie była zaskoczona tym pytaniem, choć udawała zdumienie, by nie zdradzić, że podsłuchała jego rozmowę z Olcanem. Zastanowiła się przez chwilę nad odpowiedzią, dochodząc do wniosku, że szczerość będzie najlepszą drogą.

— Sytuacja mojej rodziny nie jest dobra. Siostra, jako starsza z rodzeństwa, potrafi prowadzić nasze interesy. Gdyby jej zabrakło, nie wiem, czy byśmy przetrwali.

— Poświęciłaś się — zauważył Vincenzo, a w jego głosie pobrzmiewała nuta zrozumienia.

— Musiałam… — wyszeptała, przełykając kolejną falę łez.

— Myślę, że nie. Dostosowałabyś się, gdyby zaszła taka potrzeba. Każdy może nauczyć się roli, jaką wyznaczy mu życie. Wystarczy tylko przezwyciężyć strach. Kiedyś też byłem nikim. Zawalczyłem i teraz rządzę tym dworem.

— Pewnie masz rację, panie.

— Dziwi mnie, że bardziej bałaś się dojrzeć i przejąć obowiązki siostry, niż trafić tutaj. — Wypowiedział to z ledwo wyczuwalną pogardą, która sprawiła, że Layla poczuła się, jakby uderzył ją w twarz. Nić porozumienia, którą przez moment czuła, pękła z trzaskiem.

— Może nie przemyślałam tego dobrze, ale czas naglił. Zrobiłam to, co uznałam za słuszne.

— Powinnaś była myśleć o sobie w pierwszej kolejności, a potem o innych.

— Nie potrafiłabym. Kocham moją rodzinę i zrobię dla niej wiele.

— A czy oni uczyniliby to samo dla ciebie?

Layla wzdrygnęła się, a w jej sercu pojawił się bolesny ścisk. Znała odpowiedź. Rodzice sprzedali ją bez cienia skruchy, a siostra przyjęła jej poświęcenie z ulgą. Pieniądze i własne bezpieczeństwo okazały się dla nich ważniejsze niż ona. Zamrugała gwałtownie, by nie pozwolić łzom wypłynąć.

— Nie wiem… Mam nadzieję.

— To ja ci powiem, że nie. Żyję sporo czasu na tym świecie i widziałem wiele. Każdy mądry zawalczy najpierw o siebie.

Przechylił szklankę i wypił zawartość jednym haustem. Layla opuściła głowę, zaciskając szczękę. Jego słowa były niczym kolejne uderzenia sztyletu. Czuła się głupia i naiwna.

— Trudno, stało się — wyszeptała w końcu.

— Nie ma co ronić łez. Sama wybrałaś ten los. Musisz stanąć mu naprzeciw i z godnością stawić mu czoła.

— Tak, panie…

Władca podniósł się powoli z kanapy i podszedł do jej fotela. Zesztywniała, gdy poczuła jego dłoń na swojej głowie. Dotyk był protekcjonalny, niemal jak u właściciela gładzącego zwierzę.

— Późno już. Dobranoc.

— Spokojnej nocy, panie.

— Zanim pójdziesz do siebie, przynieś drewno do kominka.

Skłoniła się nisko, czując narastającą gorycz. Vincenzo odstawił szklankę i opuścił salon, zostawiając ją z poczuciem całkowitego upokorzenia. Nie tylko wzgardził jej poświęceniem, ale od razu sprowadził ją do roli najniższej służki. Layla wzięła ciężki kosz stojący przy palenisku i wyszła na zewnątrz.

Noc była chłodna i przerażająco ponura. Trzymając się blisko muru, okrążyła budynek, aż w końcu dostrzegła małą szopę. Ruszyła w tamtą stronę niemal biegiem, czując na sobie czyjś wzrok. Ciemność wokół wydawała się gęsta i pełna drapieżników.

W szopie znalazła zapas drewna, ale kawałki były zbyt duże. Sięgnęła po siekierę i z wprawą godną wiejskiej dziewczyny zaczęła rąbać klocki na mniejsze części. Minęło pół godziny ciężkiej pracy, zanim napełniła kosz, który w dziwny sposób pomieścił o wiele więcej, niż powinien. Nagle nieopodal rozległo się wycie wilków. Layla zamarła z przerażeniem. Nie wiedziała, czy to dzikie bestie, czy Olcany, ale strach dodał jej sił. Chwyciła ciężki kosz i z głośnym jękiem uniosła go, z trudem niosąc z powrotem do dworu.

Kiedy dotarła do salonu, była cała mokra od potu. Odstawiła ładunek i zaczęła dorzucać drewno do wygasającego żaru. Gdy spojrzała na swoje dłonie, zobaczyła, że są pokryte bolesnymi pęcherzami. Zignorowała to, dmuchając w żar, by wzniecić płomień. Wtedy usłyszała, że drzwi do salonu ponownie się otwierają. Layla szybko odwróciła się w stronę wejścia i zamarła na widok Olcana. On również wyglądał na zaskoczonego jej obecnością o tak późnej porze.

— Myślałem, że się przesłyszałem, kiedy dotarł do mnie odgłos rąbania drewna… Czemu to robisz? Powinnaś już dawno spać.

Dziewczyna przysiadła na piętach i przetarła ręką spocone czoło. Była wyczerpana, brudna i bliska rozpaczy. — Nie mogłam zasnąć — wyjaśniła cicho.

— I postanowiłaś narąbać drewna do kominka?

— Nie… Postanowiłam pospacerować, aż trafiłam do tego salonu. Władca też tu był. Chwilę porozmawialiśmy. Zanim wyszedł, kazał mi przynieść drewno…

Olcan zmarszczył brwi, a w jego spojrzeniu odmalowała się konsternacja. Podszedł bliżej i zmierzył ją wzrokiem, nic nie mówiąc. Layla poczuła się pod tym nadzorem niezwykle mała.

— Zasłużyłam sobie. To była dobra nauczka — dodała, wstając powoli z podłogi. Otarła dłonie o brudne ubranie, zapominając na moment o pęcherzach. Skrzywiła się z bólu, co nie umknęło uwadze elfa.

— Co masz na myśli? — zapytał, spoglądając na jej dłonie.

— Władca miał rację. Jestem głupia. Co ja sobie myślałam, zgłaszając się zamiast Isabelle?

— Uratowałaś rodzinę przed najgorszym, prawda?

— Może, ale według władcy powinnam była myśleć o sobie. Nie musiałam się poświęcać.

— Tak uważasz?

— Gdyby zabrakło Isabelle, musiałabym przejąć jej obowiązki. Nauczyłabym się ich.

— Z całą pewnością — przyznał Olcan. — Jednak twój wybór wcale nie był głupotą. Kierowałaś się dobrem rodziny i wykazałaś się odwagą. To rzadkie cechy.

Layla poczuła ukłucie niepewności.

— Mówisz coś zupełnie przeciwnego niż władca. Kogo mam słuchać?

— Ja bym posłuchał własnego serca, ale to już twoja decyzja.

Słowa elfa zupełnie nie pasowały do oziębłego wizerunku, który pokazał na początku znajomości. Layla zaczęła nabierać przekonania, że jest on jedną z nielicznych osób na tym dworze, którym może zaufać. Miała tylko nadzieję, że instynkt jej nie myli.

— Według ciebie… dobrze postąpiłam? — wydusiła, walcząc z łzami.

— Nie wiem, czy dobrze, ale… postąpiłbym podobnie, gdybym był na twoim miejscu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij