Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wilczy Tron - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
27,90
2790 pkt
punktów Virtualo

Wilczy Tron - ebook

Kontynuacja "Wilczego Dworu". Czy można zapomnieć o świecie, który stał się domem i o sercu, które bije po drugiej stronie magicznej bariery? Layla wróciła do Nissany, ale wolność, o której marzyła, ma smak popiołu. Choć znów jest z rodziną, czuje się obca we własnym domu, a szara codzienność i nędza wydają się nie do zniesienia po wszystkim, czego doświadczyła na Wilczym Dworze. Każdej nocy jej myśli biegną ku Matteo – wilczemu księciu, który odesłał ją dla jej własnego bezpieczeństwa, składając obietnicę, która mogła być jedynie kłamstwem. Podczas gdy Layla walczy z narzuconym jej małżeństwem i kłamstwami bliskich, w cieniu jej rodzinnego domu pojawia się Rowen – tajemniczy parobek o zimnym spojrzeniu, który wie o świecie elfów znacznie więcej, niż powinien. Czy w obliczu nadciągającej wojny potężnych dworów, Layla zdoła odnaleźć drogę powrotną do ukochanego? A może to, co uważała za raj, było tylko pięknym snem, z którego czas się obudzić?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397993617
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Czy można zapomnieć o świecie, który stał się domem

i o sercu, które bije po drugiej stronie magicznej bariery?

Layla wróciła do Nissany, ale wolność, o której marzyła, ma smak popiołu. Choć znów jest z rodziną, czuje się obca we własnym domu, a szara codzienność i nędza wydają się nie do zniesienia po wszystkim, czego doświadczyła na Wilczym Dworze. Każdej nocy jej myśli biegną ku Matteo – wilczemu księciu, który odesłał ją dla jej własnego bezpieczeństwa, składając obietnicę, która mogła być jedynie kłamstwem.

Podczas gdy Layla walczy z narzuconym jej małżeństwem i kłamstwami bliskich, w cieniu jej rodzinnego domu pojawia się Rowen – tajemniczy parobek o zimnym spojrzeniu, który wie o świecie elfów znacznie więcej, niż powinien. Czy w obliczu nadciągającej wojny potężnych dworów, Layla zdoła odnaleźć drogę powrotną do ukochanego? A może to, co uważała za raj, było tylko pięknym snem, z którego czas się obudzić?

Czy miłość i poświęcenie wystarczy, by ocalić dwa światy przed upadkiem?1.

ROZDZIAŁ 1

Wszystko miało być inaczej. Wolność, o której dawniej marzyła, po opuszczeniu Nissany nie smakowała jak zwycięstwo, ale jak popiół. Jeszcze chwilę temu powietrze drżało od magii i echa wilczego wycia, które było obietnicą i pożegnaniem zarazem. Teraz została tylko pustka.

Layla starła szybko łzę z policzka, rozmazując brud i wilgoć na skórze, po czym rozejrzała się po okolicy. Świat, który jeszcze kilka tygodni temu był jej jedyną znaną rzeczywistością, teraz wydawał się obcy, wyprany z barw i przerażająco martwy. Nie było tu słodkiego zapachu magii, srebrzystego blasku księżyca Ethisii ani dzikiej energii, która sprawiała, że krew pulsowała szybciej. Było tylko błoto, szary las i dusząca cisza.

Zerknęła przez ramię, tam gdzie jeszcze przed chwilą rzeka łączyła dwa brzegi – świat ludzi ze światem, który pokochała wbrew sobie. Teraz widziała jedynie litą ścianę kamienia, nagą i pozbawioną bluszczu, który wcześniej maskował przejście. Przejście do domu. Przejście do niego.

Z trudem powstrzymała pokusę, by podbiec do skały i zacząć drapać ją paznokciami, błagając o powrót do świata wilków. Opuściła głowę, czując, jak w jej piersi otwiera się czarna dziura, pochłaniająca każdą iskrę nadziei.

– Nareszcie! – zawołała Chiara, a w jej głosie brzmiała czysta, nieskalana ulga. Odetchnęła głęboko, jakby dopiero teraz mogła napełnić płuca prawdziwym powietrzem. – Och, jak to dobrze, że jesteśmy już u siebie. Mam nadzieję, że szybko zapomnę o tamtym koszmarze.

– Ja też… – westchnął Aurelio, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy z błogim uśmiechem. – W końcu przestaliśmy być niewolnikami. Jesteśmy wolni, rozumiecie?

– Mów za siebie – rzuciła cicho Layla, ruszając powoli przed siebie.

Wolność? Dla niej wolność została po tamtej stronie rzeki, w ramionach jasnowłosego elfa, którego nauczyła się kochać. Każdy krok w stronę Nissany wydawał jej się nienaturalnie ciężki, jakby jej stopy były z ołowiu. Szła zupełnie pozbawiona chęci do życia, patrząc jedynie na czubki swoich zniszczonych butów, podczas gdy serce wciąż biło rytmem północy.

Aurelio zmarszczył brwi i zrównał z nią krok.

– Co masz na myśli?

– W domu rodzinnym jestem tak samo zmuszana do pracy, jak byłam na Wilczym Dworze – powiedziała smutno, a jej słowa brzmiały jak wyrok. – Nic się nie zmieniło, Aurelio. Zmienią się tylko ludzie, którzy będą ode mnie wymagać posłuszeństwa. A teraz będzie jeszcze gorzej, bo nie ma tu… – urwała, a imię Matteo niemal zapiekło ją w gardle. Nie była zdolna wypowiedzieć go na głos w tym zwyczajnym, zimnym świecie. – Moich przyjaciół… – dokończyła, choć to słowo wydawało się zbyt małe, by opisać stratę, którą czuła.

– Ale tutaj mamy swoje rodziny i znajomych! Jesteśmy wśród swoich, Layla. Tutaj nikt cię nie ugryzie ani nie zamieni w wilka – zaświergotała Chiara, niemal podskakując na ścieżce.

Layla nie odezwała się więcej. Słowa Chiary brzmiały dla niej jak echo z innego, płytkiego życia. Aurelio, widząc jej przygnębienie, ujął ją ramieniem, próbując przyciągnąć do siebie, gdy podążali ciemnym lasem w stronę miasteczka, którego światła zaczynały majaczyć w oddali. Layla poczuła odruchową chęć, by go odepchnąć, by zostać sama ze swoim bólem, ale w porę się powstrzymała.

Dotarło do niej, że w tym „normalnym” świecie Aurelio jest jedynym mostem łączącym ją z tym, co przeżyła. Jeśli go odtrąci, zostanie zupełnie sama ze wspomnieniem białego wilka, w które z czasem pewnie sama zacznie wątpić. Pozwoliła mu więc trzymać się za ramię, choć czuła się, jakby niosła na plecach ciężar całego królestwa, którego już nie było.

Pierwsze zarysy domów dostrzegli dopiero o poranku, gdy mgła leniwie unosiła się nad polami. Layla była na skraju wyczerpania; każdy krok wymagał od niej walki z własnym ciałem. Żaden z nich nie poprosił w nocy o postój – wizja spania na gołej, zimnej ziemi, gdy domy były niemal na wyciągnięcie ręki, wydawała się nie do zniesienia. Chcieli tylko jednego: zamknąć za sobą drzwi i odciąć się od mroku lasu.

Wyszli na drogę prowadzącą do miasteczka. Chiara, odzyskawszy nagle zapas energii, puściła się biegiem w stronę swojej rezydencji, nie oglądając się za siebie. Aurelio powiedział, że odprowadzi Laylę pod same drzwi jej domu. Dziewczyna nie poczuła jednak ani odrobiny ulgi, gdy w oddali zamajaczyła jej własna chata. Nie tęskniła za tym budynkiem, za ciasnymi izbami i zapachem dymu; brakowało jej jedynie ludzi, którzy w nim mieszkali.

Przy warzywniaku dostrzegła matkę, jak zawsze zgiętą wpół, wyrywającą chwasty spomiędzy sadzonek. Isabelle, o dziwo, nie próżnowała; właśnie ściągała pranie ze sznura, walcząc z łopoczącymi na wietrze płótnami. Obie niemal w tej samej chwili podniosły wzrok.

– Layla? – Głos Isabelle był pełen niedowierzania. Wrzuciła nieposkładane ubrania do kosza, kompletnie o nich zapominając i podbiegła do ogrodzenia. W ułamku sekundy oplotła siostrę ramionami. – To chyba sen! Jak to możliwe? Boże, Layla, tak bardzo się zmieniłaś!

Matka stała kilka kroków dalej, wciąż trzymając w dłoni garść wyrwanych roślin. Była w takim szoku, że jej usta otworzyły się szeroko, a w oczach stanęły łzy. Isabelle odsunęła Laylę na długość ramion, przyglądając się jej z uwagą, jakby sprawdzała, czy siostra nie jest tylko duchem. Gdy Layla milczała, przytłoczona nagłym hałasem i emocjami, Isabelle przeniosła pytające spojrzenie na Aurelio.

– Jak zdołaliście uciec? – wyrzuciła z siebie.

– To długa historia… i bardzo mroczna – odpowiedział Aurelio, opierając dłoń o furtkę. – Możemy najpierw odpocząć i coś zjeść? Szliśmy całą noc bez przerwy.

– Oczywiście! Siadajcie, zaraz wam coś przyniosę! – Isabelle otrząsnęła się z osłupienia i pobiegła do domu.

Wtedy podeszła matka. Bez słowa przytuliła Laylę, a zapach ziemi i starego mydła na jej ubraniu uderzył dziewczynę z niespodziewaną siłą.

– Bałam się, że już nigdy cię nie zobaczę – szepnęła kobieta, drżącymi dłońmi gładząc ją po włosach. – Och, moja dzielna córeczka…

Layla odwzajemniła uścisk, choć czuła się, jakby jej ciało było wykonane z drewna. – Cieszę się, że jesteś zdrowa, mamo. A gdzie tata?

– W domu. Pewnie jeszcze śpi. Ostatnio nie za dobrze się czuje, serce mu dokucza – westchnęła matka, odsuwając się nieco.

Isabelle wróciła z dzbankiem wody i pajdami świeżego chleba ze smalcem. Byli tak wygłodniali, że jedli w milczeniu, niemal dławiąc się każdym kęsem. Wkrótce w progu stanął ojciec. Gdy zobaczył córkę, w jego oczach wezbrały łzy. Zaczął od przeprosin – chaotycznych, pełnych żalu za to, że dał się przekupić rodzicom tej dziewczyny. Potem zaczęły się pytania, cała lawina pytań o Wilczy Dwór.

Na większość z nich odpowiadał Aurelio, umiejętnie pomijając szczegóły o Matteo i o tym, co naprawdę wydarzyło się na dworze. Layla siedziała obok, wpatrzona w okno, czując się jak aktorka w przedstawieniu, którego nie rozumie.

Po dwóch godzinach Aurelio wstał, żegnając się niechętnie. Przez ostatnie tygodnie byli nierozłączni – widywali się na korytarzach pałacu, przy pracy, dzielili strach i posiłki. Powrót do dawnego życia oznaczał, że ich drogi znów się rozejdą, a codzienne obowiązki pochłoną ich czas. Layla, choć czuła do niego sympatię, poczuła dziwną ulgę. Miała nadzieję, że ta nowa-stara rzeczywistość sprawi, że uczucie Aurelio do niej powoli wygaśnie. Przyjaciel zasługiwał na kogoś, kto był tu obecny całym sercem, a jej wciąż biło w rytmie świata za magiczną barierą.

Kiedy Aurelio zamknął za sobą drzwi, w małej izbie zapanowała duszna, niemal nienaturalna cisza. Rodzice i Isabelle przyglądali się Layli z wahaniem, jakby bali się, że głośniejszy dźwięk sprawi, iż ich córka znów zniknie.

– Twój pokój jest nietknięty – odezwała się w końcu matka, wycierając dłonie w fartuch. – Nie wiem czemu, ale nie umieliśmy go zlikwidować. Jakbyśmy podświadomie czekali, aż go znów otworzysz.

– Całe szczęście – burknęła ponuro Layla. Nie chciała brzmieć szorstko, ale czuła, że jeśli nie zostanie zaraz sama, po prostu pęknie pod ciężarem ich troski.

– Jeśli chcesz, możesz się przespać – zaproponował ojciec, patrząc na nią z poczuciem winy, które wciąż wyzierało z jego oczu. – Jak wypoczniesz, to jeszcze porozmawiamy. Masz nam tyle do powiedzenia...

Kiwnęła głową, nic nie obiecując. Ciężko wstała z krzesła, czując każdy obolały mięsień i poczłapała do swojego dawnego pokoju. Gdy zamknęła za sobą drzwi, świat zewnętrzny nagle przycichł. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Faktycznie, pokój wyglądał dokładnie tak jak tego dnia, kiedy po raz ostatni go opuściła – ten sam zapach wysuszonej lawendy, ta sama nierówna deska w podłodze, ta sama przykrótka zasłona w oknie.

Jednak wszystko wydawało się dziwnie obce. Jakby wróciła do domu, który należał do kogoś, kogo już nie znała. Usiadła niepewnie na skraju łóżka; siennik pod jej ciężarem zaszeleścił znajomo, ale wydawał się twardy i nieprzyjazny w porównaniu do aksamitów dworu.

Wtedy jej wzrok padł na małe, mętne lustro stojące na biurku. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego Isabelle przyglądała się jej z taką mieszanką zazdrości i niedowierzania. Zaklęcia upiększające, które rzuciła na nią nimfa przed balem, wciąż trwały. Jej cera promieniała perłowym blaskiem, oczy miały głębię, której nie dawało zwykłe życie, a usta wydawały się pełniejsze. Wyglądała jak egzotyczny kwiat przesadzony na jałową, szarą glebę.

Rozpuściła włosy, które spłynęły kaskadą na jej ramiona i opadła na poduszkę. Była tak skrajnie wyczerpana fizycznie przez marsz i psychicznie przez rozstanie, że ciemność pochłonęła ją, zanim zdążyła pomyśleć o Matteo po raz ostatni przed snem.

Obudziła się dopiero wieczorem, gdy cienie w pokoju stały się długie i gęste. Nie obudziły ją sny, lecz przyziemny, bolesny głód. Wstała i drżącą dłonią zapaliła świecę; blask ognia wydawał się słaby i nędzny w porównaniu do zaklętych lamp Wilczego Dworu. Z szafy wyciągnęła swoje stare ubrania – szorstka wełna drażniła skórę przyzwyczajoną do delikatnych materiałów. Przebrała się szybko, czując się tak, jakby wkładała na siebie cudzą skórę.

Wyszła z pokoju, kierując się w stronę kuchni, skąd dobiegał brzęk naczyń. Matka stała przy zlewie, zgarbiona, wykonując te same mechaniczne ruchy co zawsze.

– Wstałaś… Właśnie zjedliśmy kolację. Zostawiłam ci trochę, chcesz? Pewnie jesteś głodna.

– Tak, chętnie coś zjem – odparła Layla, siadając przy starym, wyszczerbionym stole.

Matka postawiła przed nią talerz zupy i pajdę chleba. Layla wzięła pierwszy kęs i niemal natychmiast pożałowała. Chleb był czerstwy, twardy jak kamień, a zupa… zupa była mdłą, wodnistą lurą, w której pływało kilka smutnych kawałków warzyw. Z trudem przełknęła kęs, który stanął jej w gardle niczym ość. Wiedziała, że musi się znów przyzwyczaić, że dworskie specjały to już przeszłość, ale kiedyś to jedzenie zdawało jej się… znośne. Teraz smakowało jak popiół.

– Coś nie tak? – zapytała matka, wycierając ręce w brudny fartuch. Layla pokręciła przecząco głową, ale nie potrafiła ukryć grymasu. – Tam pewnie jedzenie było lepsze?

– Czemu tak uważasz? – Layla zaczęła grzebać łyżką w talerzu, unikając wzroku kobiety.

– Po twojej minie widzę. Patrzysz na tę miskę, jakby cię obrażała.

Layla odłożyła sztućce i odsunęła talerz. Nie była w stanie tego zjeść. Mdły zapach wywaru sprawiał, że robiło jej się niedobrze.

– Po prostu nie jestem głodna…

– Kłamać to ty nigdy nie potrafiłaś – odparła matka z nutą goryczy. – Ale teraz, kiedy wróciłaś, powinno nam być lepiej.

– Bo? – Layla uniosła brew, czując narastający wewnątrz chłód.

– Bo będzie więcej rąk do pracy. Sama widzisz, że ledwo przędziemy.

– Fakt… – mruknęła Layla. Ta rozmowa stawała się coraz bardziej duszna.

– Jak ciebie nie było, przyjęliśmy pewnego mężczyznę do pomocy – kontynuowała matka, nie zauważając napięcia córki. – Rowen się nazywa. Nie jest stąd, przyjechał wiosną. Mieszka u nas w szopie.

– Naprawdę? I czym mu płacicie, skoro jest tak źle?

– W zamian za pracę ma gdzie spać i co jeść.

– Stara, zrujnowana szopa i woda zamiast zupy? Zgodził się na to?

Sarkazm wypłynął z niej, zanim zdążyła go powstrzymać. Głos miała teraz ostry, hartowany w kuluarach Wilczego Dworu.

– Layla! – ryknęła matka, a naczynie w jej dłoni niebezpiecznie zadrżało. – Nie nasza wina, że się nam nie przelewa! Robimy, co możemy!

– Nie dostaliście pieniędzy od Avery’ego za ocalenie córki przed elfami? – Layla wstała, a jej oczy lśniły gniewem, którego nie zamierzała już dusić. – Myślałam, że to był powód, dla którego sprzedaliście jedną z nas.

– Wystarczyło na miesiąc! – krzyknęła kobieta, a jej twarz wykrzywiła się w złości i żalu. – Później, gdy ciebie zabrakło, było tylko gorzej. Pole ugoruje, Isabelle nie nadąża…

– Hm, czyli ubiliście interes życia – zauważyła z lodowatym przekąsem. Jej język, dawniej potulny, teraz był bronią. Pobyt w Ethisii nauczył ją, że pokora wobec niesprawiedliwości jest tylko inną formą niewoli.

– Jak możesz! Jesteś okropna! Nawet nie wiesz, jak nam było ciężko! Cały czas myśleliśmy o tobie!

– Tak, przepraszam… Wyjdę się przewietrzyć, zanim powiem coś, czego obie będziemy żałować.

Do pomieszczenia wszedł pan Peter, zwabiony podniesionymi głosami.

– Co się dzieje? – zapytał, ale dziewczyna z udawanym uśmiechem tylko pokręciła głową i szybko go wyminęła.

Wyszła na zewnątrz, niemal zatrzaskując za sobą drzwi. Wzięła głęboki wdech jesiennego, orzeźwiającego powietrza. Wcale nie było jej przykro. Czuła absurd tej sytuacji – rodzina, która sprzedała ją za garść marnych monet, teraz oczekiwała od niej przeprosin i wdzięczności, że mają kolejną parę rąk do darmowej pracy. Gdyby nie ich chciwość, może nigdy nie trafiłaby do Matteo…

Z trudem powstrzymała histeryczny chichot. Ironia losu była porażająca. Gdyby wszystko potoczyło się „dobrze” i sprawiedliwie, nigdy nie poznałaby księcia, nie poczułaby smaku magii i nie wiedziałaby, że potrafi być kimś więcej niż tylko dziewczyną od wyrywania chwastów.

– Wystarcza mi to. – Aż podskoczyła, kiedy usłyszała niski, męski głos dobiegający z półmroku.

Odwróciła się gwałtownie w stronę ganku. Przy schodach siedział mężczyzna, trzymając w dłoniach miskę z tą samą ohydną zupą, którą ona przed chwilą odrzuciła.

– Słucham? – zapytała zdezorientowana, próbując uspokoić walące serce.

– Stara szopa i woda zamiast zupy. Wystarcza mi. Lepiej to, niż nic – powtórzył, a w jego głosie brzmiała dziwna, chłodna praktyczność.

Layla przyjrzała się mu uważniej. Był w podobnym wieku co Aurelio, może nieco starszy, ale emanowała od niego zupełnie inna energia. Był dobrze zbudowany, barczysty, co wydawało się niemal niemożliwe, jeśli faktycznie żył tylko na marnym wikcie jej matki. Jego ciemne, niemal czarne włosy opadały w nieładzie na ramiona, obramowując twarz o ostrych, arystokratycznych rysach z kilkudniowym zarostem. Najbardziej uderzające były jednak jego oczy – jasne, przenikliwe, niemal nienaturalne w zestawieniu z mroczną aparycją, jakby skrywały tajemnicę, której nie wolno wymawiać na głos. Bił z nich blask, który sprawił, że poczuła dreszcz.

– Rowen, tak? Podsłuchiwałeś? – zapytała prosto z mostu.

– Nie, przepraszam. Te ściany są cienkie… A ty jesteś…

– Layla. Jestem córką gospodarzy.

– A! Twoi rodzice nie wspominali, że mają drugą córkę – zauważył, bacznie ją obserwując.

– Nie? Hm, to… dziwne… – odpowiedziała, a w piersi poczuła bolesne ukłucie. Chciała dodać, że to przykre i łamiące serce, że wymazali ją z pamięci tak szybko. – A wspomnieli, że mają również syna?

– Mimochodem. Gdzie przebywałaś, jak cię nie było?

Zamrugała zaskoczona jego bezpośredniością. Nie było w nim wiejskiej nieśmiałości ani pokory, jakiej spodziewałaby się po kimś, kto sypia w szopie za miskę lury.

– Daleko.

– Nie możesz powiedzieć, gdzie?

– Mogę, ale nie wiem, czy chcę – ucięła ostrzej, prostując plecy.

Mężczyzna uniósł rękę, w której trzymał łyżkę, w obronnym geście. Skłonił przy tym lekko głowę, ale jego wzrok ani na moment nie odpuścił.

– Nie ma problemu. Nie mów. Przepraszam, jeśli jestem zbyt… nachalny. Ale przyznam, że jesteś intrygująca.

Layla zmarszczyła brwi, czując, jak dłonie jej sztywnieją.

– To znaczy?

– Jesteś młoda i piękna. Nigdy nie widziałem kogoś o tak pięknych oczach i ustach.

– To zasługa nimfy – palnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Słowa te uderzyły w ciszę nocy z siłą gromu. Zauważyła, jak Rowen sztywnieje, a jego pewność siebie na moment pryska. Westchnęła z rezygnacją; i tak nie potrafiłaby udawać zwykłej dziewczyny.

– Nimfy? Ale…

– Ethisia, mówi ci to coś? Tam byłam – wyrzuciła z siebie.

Mężczyzna zrobił wielkie oczy, a jego twarz w bladym świetle księżyca niemal pobielała. Odchylił się lekko, odstawiając miskę z niedojedzoną zupą na deski ganku. Layla, mimo niepokoju, usiadła na schodach niedaleko niego.

– Chyba żartujesz? – zapytał szeptem, jakby samo wypowiedzenie tej nazwy było grzechem.

– Nie. Mieszkałam na Wilczym Dworze. Razem z moim przyjacielem i jeszcze jedną dziewczyną z miasteczka.

– I jak tam było?

– Całkiem… dobrze. Z początku ciężko, ale tamte życie jest zupełnie inne.

– Nie mogło być chyba gorzej, co? Wyglądasz na dobrze odżywioną i zadbaną.

Uśmiechnęła się nieśmiało, a wspomnienie luksusu i ciepła Ethisii znów ją zabolało.

– A to zasługa księcia. Nie pozwalał, żeby działa mi się krzywda – powiedziała, czując rosnącą gulę w gardle. Opuściła głowę, wpatrując się w czubki swoich starych butów.

– Teraz to chyba sobie ze mnie żarty robisz… Książę o ciebie dbał? – W jego głosie brzmiało niedowierzanie, ale też coś innego… jakby testował prawdziwość jej słów.

– No tak, co cię tak dziwi?

– Bo jesteś człowiekiem. Elfy traktują ludzi jak niewolników.

– Skąd to możesz wiedzieć, skoro tam nie byłeś? – odcięła się, spoglądając na niego wyzywająco.

Rowen na moment stracił rezon.

– No tak, masz rację… To… Jak to się stało, że… wróciłaś? Możesz opowiedzieć? Wybacz, że jestem taki ciekawski, ale przebywałaś w miejscu magicznym, z którego nikt nie wrócił. Nikt nie wie, jak tam jest, co się tam dzieje, jakie tam są istoty…

– Nadciągała wojna. Dla naszego dobra odesłali nas do Nissany. Była to ucieczka, która udała się z pomocą księcia i kilku elfów.

– To mieliście ogromne szczęście. Będziecie sensacją. Każdy będzie chciał się dowiedzieć, jak tam jest.

– Wcale mnie nie pocieszyłeś.

– A potrzebujesz pocieszenia, skoro udało wam się wydostać z piekła?

– Teraz wiem, gdzie moje miejsce – odparła, a jej głos zaczął drżeć. – Tam daleko, za granicą naszych światów, leży mój prawdziwy raj, który jest moim domem. Mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić…

Rowen wypuścił głośno powietrze, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Tego się nie spodziewałem. Zaintrygowałaś mnie jeszcze bardziej, wiesz? Jak się miewa książę?

– Mogło być lepiej… – ucięła krótko, nie chcąc zdradzać szczegółów. Otarła samotną łzę i wstała.

– A ta wojna… Jakie dwory zagrażają Wilczemu Dworowi? – zapytał nagle, a jego głos stał się dziwnie beznamiętny, niemal wojskowy.

– Z tego, co usłyszałam, to Niedźwiedzi, Smoczy i Jeleni. A czemu pytasz?

– Żeby podtrzymać rozmowę – powiedział z lekkim uśmiechem, choć Layla zauważyła, że jego oczy pozostały zimne i czujne.

– Wracam do siebie. Do jutra – rzuciła, czując, że ta rozmowa zabrnęła za daleko.

– Czekam z niecierpliwością – odpowiedział z błyskiem w oku, który sprawił, że poczuła się jak zwierzyna ścigana przez drapieżnika.

Zmieszana, niemal wbiegła do domu. Ukradkiem przemknęła do swojego pokoju i natychmiast podeszła do okna, chowając się za zasłoną. Zauważyła, że Rowen idzie w stronę szopy bardzo powoli, ani na moment nie odrywając wzroku od jej okna. Czuła się przy nim nieswojo; biła od niego kompetencja i wiedza, które nie pasowały do parobka.

Nagle usłyszała ciche, rytmiczne pukanie do drzwi swojego pokoju. Serce podeszło jej do gardła.

– Proszę… – rzuciła cicho Layla, siadając na łóżku.

Drzwi skrzypnęły, a do pokoju wślizgnęła się Isabelle. W dłoni trzymała dopalającą się świecę, która rzucała na jej twarz drżące cienie. Wyglądała na zmęczoną, ale w jej spojrzeniu tliła się troska, której Layla tak bardzo potrzebowała.

– Hej, wszystko w porządku? – zapytała siostra, podchodząc bliżej.

– Dziwnie się czuję… – wyznała Layla, padając plecami na twardy materac i wpatrując się w ciemny sufit. – Jakby ściany tego domu stały się nagle zbyt ciasne.

– Potrzebujesz lekarstwa? – Isabelle przekręciła głowę, odstawiając świecznik na biurko.

– To nie przez chorobę. Po prostu… Nie mogę poczuć się tu tak, jak dawniej. Wszystko jest takie samo, a jednak wydaje mi się zupełnie obce – powiedziała Layla, czując, jak gardło znów jej się zaciska.

Isabelle westchnęła i przysiadła na skraju łóżka. Materac ugiął się pod jej ciężarem.

– Potrzebujesz czasu. Zostałaś wyrwana z korzeniami i nagle rzucona z powrotem. To musi boleć.

Layla milczała przez chwilę, po czym odwróciła głowę w stronę siostry.

– Poznałam przed chwilą Rowena. Powiedz mi… co o nim myślisz?

Zauważyła natychmiastową zmianę na twarzy Isabelle. Dziewczyna zesztywniała, a jej wzrok uciekł w stronę okna, unikając bezpośredniego kontaktu.

– Unikam go, jak tylko mogę – przyznała cicho, niemal szeptem.

– Dlaczego? – Layla podniosła się na łokciach, zaintrygowana.

– Bo ma w sobie coś takiego… sama nie wiem. Trochę tak, jakbym się go bała. Wydaje się dobry, uprzejmy i pracowity, ale jego wzrok… Kiedy myśli, że nikt nie patrzy, widzę w jego oczach mrok. Coś martwego.

Layla poczuła lodowaty dreszcz na karku. Miała identyczne odczucia, choć mechanizm był jej znany. Przypomniała sobie Matteo – on też nosił maskę. Na początku wydawał się niemiły, bezduszny i oschły, ale to był tylko pancerz chroniący zranioną duszę. Jego oczy, mimo pozornego chłodu, zawsze były pełne ukrytej troskliwości i prawdy. To dlatego mu zaufała. W Rowenie natomiast wszystko było odwrotnie: maska była uprzejma, ale to, co kryło się pod spodem, przerażało.

– Może musisz go bliżej poznać? – zasugerowała Layla, chcąc sprawdzić, jak głęboko sięga niechęć siostry.

– Lepiej nie. Moje serce mówi mi, żebym trzymała się od niego z daleka, a ono mnie raczej nie zawodzi – ucięła Isabelle, wstając gwałtownie. – Ty też uważaj na siebie, dobrze? Skoro tu wróciłaś, on na pewno będzie próbował się do ciebie zbliżyć.

Kiwnęła głową w milczeniu. Po chwili zadała pytanie, które dręczyło ją od powrotu:

– Isabelle… Czy myślisz, że z Aurelio i Chiarą będziemy sensacją w miasteczku?

– Hm, trochę może tak. Ludzie lubią skandale i niesamowite opowieści. Ale myślę, że Chiara zdąży wszystko opowiedzieć i upiększyć, zanim cię dopadną ciekawscy. Ona uwielbia być w centrum uwagi, zrobi z waszej ucieczki epopeję – odparła siostra z lekkim, ironicznym uśmiechem.

– Tak, chyba masz rację. Niech ona przejmie całą tę uwagę. Ja chcę tylko spokoju.

– Pójdę już spać. Rano trzeba wcześnie wstawać, ojciec słabo się czuje, więc robota nie poczeka. Pomożesz mamie?

– Pewnie.

Isabelle pogłaskała ją czule po ramieniu, po czym skierowała się do wyjścia. Blady uśmiech zgasł, gdy tylko drzwi się zamknęły. Layla położyła się i zwinęła w kłębek, naciągając szorstki koc pod samą brodę. W ciszy nocy jej myśli natychmiast pognały za granicę światów.

Widziała oczami wyobraźni mury Wilczego Dworu. Zastanawiała się, czy nocne niebo nad Ethisią rozświetlają teraz magiczne pociski. Czy Matteo jest cały? Czy po walce, ocierając krew z czoła, choć przez sekundę pomyśli o dziewczynie, którą odesłał w bezpieczne, ale martwe miejsce? Minął dopiero jeden dzień, a ona czuła, jakby jej dusza powoli usychała z tęsknoty, tracąc soki bez obecności swojego księcia.– Nie! Layla, przestań! – wykrztusił, próbując odsunąć się od niej, by nie narazić jej na to, co nadchodziło. – Nie wiesz, co robisz!

Wiedziała. Czuła, jak jakaś potężna, starożytna siła zaciska się na ich dłoniach niczym niewidzialna obręcz. Magiczny ucisk ścisnął ich tak, że nie mogła już puścić – ani on, ani ona. Matteo złapał ją za nadgarstek, próbując wyszarpnąć rękę z ich uścisku, ale magia więzi krwi nie była czymś, co dało się złamać nawet nadludzką siłą. Była absolutna.

Kręcił głową, przerażony samym zaklęciem, które naruszało najświętsze prawa Fae.

– Nie, nie, nie… Layla, błagam, nie…

Ale ona mówiła dalej, ignorując chaos bitwy:

– _…której moc zwiąże nas w sposób niezwykle ścisły._

Świat wokół zadrżał, jakby same fundamenty Ethisii uznały to paktowanie. Powietrze zaczęło gęstnieć, stając się ciężkie od mocy, a Matteo niemal na nią zawarczał, choć nie gniewem… a czystą rozpaczą.

– Layla! To nie jest rytuał dla ludzi! To cię może zabić!

Ale zaklęcie, raz zaczęte, nie mogło zostać przerwane. Słowa miały własną wolę.

– _Krew do krwi, magia z magią, życie za życie, niech nasze dusze pozostaną wolne po wieczne czasy._

Ostatnie słowo było jak wystrzał armatni. Świat rozjaśnił się nagle białym, oślepiającym światłem, które wymazało barwy dnia. Snop surowej mocy wybuchł z ich splecionych dłoni, a wiatr nabrał siły burzy, rozrzucając przeciwników. Kurz, popiół i iskry uniosły się w powietrze, wirując wokół nich jak szalejący żywioł, tworząc kokon światła. Layla zasłoniła twarz ramieniem przed bolesnym blaskiem. Jakiś wojownik krzyknął z przerażenia, inny upadł na kolano, oślepiony jasnością. A potem…

Zapadła cisza. Absolutna i gęsta. Wiatr ucichł. Światło zgasło, jakby ktoś zdmuchnął słońce. Layla oddychała szybko, serce tłukło jej się o żebra tak mocno, że aż bolało ją w piersiach. Powoli odsunęła ramię od twarzy i spojrzała w górę.

Matteo patrzył na nią, ale to nie był ten sam Matteo, którego widziała chwilę temu. Stał całkowicie wyprostowany, a jego postać wydawała się wyższa, potężniejsza. Uzdrowiony. Silny. Promieniujący aurą, która sprawiała, że powietrze wokół niego drżało od elektryczności. Jego skóra była czysta, rany zniknęły, a jasne włosy lśniły w szarości dnia. Blade światło magii tańczyło pod jego skórą jak żywy ogień, jakby właśnie obudził się po długim, regenerującym śnie. Iskry przeskakiwały po jego palcach, zostawiając w powietrzu błękitne smugi. A znaki niewoli – wszystkie te niewidzialne pęta, które nałożył na niego władca – zniknęły. Zerwała je wszystkie, płacąc własną krwią.

W jego oczach pojawiła się niewypowiedziana ulga, niedowierzanie, wdzięczność i… coś jeszcze. Coś, co kazało jej patrzeć na niego z radosnym drżeniem serca.

– Layla… – szepnął, ciągnąc ją w górę jednym płynnym ruchem. Nie wiedział, jak ubrać ten nagły nadmiar życia w słowa. Wtedy Layla rzuciła się do niego jak ktoś, kto nie ma już czasu ani sił na zachowywanie granic. Pochwyciła go w ramiona, wtulając twarz w jego pierś, czując pod policzkiem miarowe, mocne bicie jego serca.

– Chcę być z tobą… – wydusiła, a jej głos drżał jak naciągnięta struna. – Pragnę być u twego boku…

Jego ramiona natychmiast ją objęły – mocno, zachłannie, niemal boleśnie. Słyszała jego oddech przy swoim uchu, drżący i głęboki. Jego dłoń przesunęła się po jej włosach, uspokajając ją gestem pełnym czułości, o którą nigdy by go nie podejrzewała na początku ich znajomości.

– Nie odsyłaj mnie, proszę… – załkała w jego ramię.

– Kolejny raz… już bym nie był w stanie – wyszeptał. Głos mu pękł, zdradzając wszystko, co czuł przez te dwa tygodnie rozłąki.

Layla uniosła głowę, żeby zobaczyć jego twarz. Ujął jej policzki w dłonie, tak ostrożnie, jakby trzymał coś kruchego i najcenniejszego, co kiedykolwiek posiadał. Patrzył na nią tak, jak nikt nigdy wcześniej – z czcią należną bóstwu.

– Layla… – zaczął, ale słowa więzły mu w gardle.

– Nie teraz. Odzyskaj najpierw swój dwór – przerwała mu łagodnie, choć pewnie, przypominając o otaczającej ich wojnie. Jego uśmiech był krótki, ale prawdziwy – pierwszy raz od początku oblężenia. Ucałował jej czoło, a dotyk jego warg był jak przysięga. Jak początek nowego rozdziału. Potem cofnął się o krok, splótł jej dłoń ze swoją i szeptem uleczył jej ranę. Skóra na jej dłoni zasklepiła się natychmiast, nie zostawiając nawet blizny.

– Trzymaj się blisko – rozkazał jej, a w jego głosie znów brzmiał książę, ale tym razem był to władca, który ma o co walczyć.

Matteo obrócił się w stronę bitwy, a jego sylwetka zdawała się rzucać cień na całą dolinę. Uniósł dłonie, a ogień wystrzelił z jego palców – czysty, jasny, potężny, jakby słońce zstąpiło na ziemię. Płomienie, sterowane jego wolą, mijały Olcanów z chirurgiczną precyzją, trafiając jedynie w szeregi nieprzyjaciół, które w ułamku sekundy zamieniały się w popiół. Wojownicy Matteo patrzyli na to z osłupieniem, mrużąc oczy przed blaskiem. Jeszcze nie rozumieli, co się stało, ale czuli to w samym szpiku kości… coś się zmieniło.

On się zmienił. Stał się potęgą, o której krążyły legendy.

Matteo podniósł porzucony miecz i ruszył biegiem prosto w największy wir walki. Iskry odbijały się od ostrza, błyszczały w jego włosach niczym korona z gwiazd. Olcany, widząc swojego pana w pełni sił, wydały z siebie ryk, który wstrząsnął posadami lasu i ruszyły za nim w zwartym, morderczym szyku. Bitwa drżała od jego powrotu.

Wtedy z nieba, przecinając dymy pożarów, runął potężny orzeł. Tuż przed ziemią złożył skrzydła i w ułamku sekundy przemienił się w ludzką postać.

– Faisal! – zawołała Layla, czując nagły przypływ nadziei.

– Witaj – uśmiechnął się blado, choć jego oczy wciąż skanowały niebo. – Pozwól, że zabiorę cię w bezpieczne miejsce. To prośba księcia Matteo. Nie możesz biec za nim ani znaleźć się w samym środku walki.

– Ale chcę widzieć, co się dzieje! – zaoponowała, nie chcąc tracić Matteo z oczu ani na moment.

– Dobrze. Usiądziesz na moim grzbiecie. – Faisal skinął głową i odmienił się ponownie, a jego ciało rozrosło się do imponujących rozmiarów.

Gdy Layla wdrapywała się na jego potężne skrzydło, nagle z gęstwiny wypadł wielki wilk. Zmienił się jeszcze w biegu, a na jego miejscu pojawił się Fiorenzo. Patrzył na Laylę jak ktoś, kto właśnie stał się świadkiem cudu, który zdarza się raz na tysiąc lat.

– Co zrobiłaś?! – wydyszał, opierając dłonie na kolanach.

– Więź krwi. Książę jest wolny – odpowiedziała z dumą i ulgą, która biła z każdego jej słowa.

Twarz Fiorenzo zmiękła, tracąc swoją wojenną surowość. Położył rękę na sercu, jakby coś w nim pękło, a jedna, samotna łza spłynęła po jego policzku, zostawiając jasny ślad na zakurzonej skórze.

– To było coś, co musiałam w końcu zrobić – szepnęła. – I nie żałuję ani przez chwilę.

Fiorenzo skinął głową, jakby te słowa przypieczętowały jego lojalność na wieczność. W jego spojrzeniu nie było już tylko wdzięczności – było tam głębokie uznanie.

– Olcany staną przy tobie, pani – powiedział cicho, a jego głos niósł się ponad zgiełkiem. – Nie z rozkazu, ale z wyboru. Uczyniłaś coś, co wiąże silniej niż krew.

Wyprostował się, a jego postać znów nabrała drapieżności.

– Od tej chwili jesteś częścią watahy – dodał, po czym odwrócił się do orła. – Opiekuj się nią. Włos nie może spaść jej z głowy. Lećcie!

Nie czekając na odpowiedź, Fiorenzo ruszył biegiem przez polanę. Jego sylwetka rozmyła się w pędzie, a po ułamku sekundy pędził już jako wielki jasno-szary wilk. Zadarł łeb ku niebu i zawył – głośno, donośnie, z radością i triumfem, który brzmiał jak wyzwolenie po latach udręki. Wycie odbiło się echem od drzew, a po chwili z różnych stron polany rozległy się odpowiedzi innych wilków. Całe stado zaczęło wyć, ich głosy splatały się w potężną pieśń niosącą wieść: „Książę jest wolny!”.

Faisal rozłożył szeroko skrzydła. Ich majestat w pełni ukazał się Layli. Raz uderzył nimi w powietrze, drugi… a potem świat zaczął oddalać się w gwałtownym tempie. Layla poczuła ścisk w żołądku, gdy ziemia niebezpiecznie zaczęła się oddalać. Wiatr uderzył w jej twarz, zimny i ostry, wyciskając łzy z oczu.

Z góry bitwa wyglądała jak rozszalałe morze stali i ognia. Matteo biegł na przedzie, odcinając sobie drogę przez wrogów z siłą przeznaczenia. Za nim pędziło stado wilków – jeden organizm, jedna siła niszcząca wszystko, co stanęło im na drodze. Matteo kierował się prosto ku Vincenzo.

Nagle powietrze nad nimi zgęstniało. Layla poczuła nagły cień. Zanim zdążyła się odwrócić, coś ogromnego runęło z góry. To był smoczy Fae – skrzydlaty jaszczur o łuskach lśniących metalicznie niczym polerowany obsydian. Choć Faisal był potężny, smok dorównywał mu rozpiętością skrzydeł, a jego muskularne ciało wydawało się stworzone wyłącznie do niesienia śmierci.

Stworzenie uderzyło w Faisala z takim impetem, że orzeł zachwiał się w powietrzu i zaczął tracić wysokość. Layla krzyknęła, kurczowo chwytając się piór, gdy potężny podmuch smoczych skrzydeł niemal zrzucił ją z grzbietu. Czuła pod palcami gorąco bijące od łusek bestii, która teraz, wczepiona pazurami w skrzydło orła, próbowała pociągnąć ich obu prosto w dół, ku skalistym przepaściom Ethisii. Powietrze wokół nich wypełniło się ogłuszającym skrzekiem Faisala i niskim, gardłowym rykiem smoka, od którego drżały jej kości.

– Faisal! – zawołała, ale jej głos utonął w ryku smoka.

Potężne szczęki kłapały centymetry od szyi orła. Faisal bił skrzydłami z desperacką siłą, ale w pewnym momencie jedno z nich wygięło się pod złym kątem – głuchy trzask obwieścił złamanie. Upadek był nieunikniony. Jednak smok popełnił błąd, świętując zwycięstwo zbyt wcześnie. Faisal wykonał manewr, który przeczył naturze, skręcając samą magią. W jednej chwili znalazł się nad smokiem, wbił szpony głęboko w jego pierś i zaatakował dziobem czułe miejsca na szyi bestii.

Smok zapiszczał przeraźliwie, a potem… ziemia. Uderzenie było twarde i brutalne. Layla przetoczyła się po trawie, czując piekący ból. Świat wirował. Krzyk smoka ucichł, gdy bestia runęła kilka metrów dalej. Faisal również upadł, ale tuż przed uderzeniem odzyskał ludzką postać, łagodząc impet.

Layla otrząsnęła się i pierwsze, co zrobiła, to odszukała go wzrokiem. Siedział niedaleko, z trudem podnosząc się na łokciu. Drugą ręką obejmował ramię, które sterczało nienaturalnie.

– Faisal! – dopadła do niego w kilku krokach. – Siedź, nie ruszaj się.

– Pieprzony Kannan – syknął pod nosem, zaciskając mocniej zęby.

– Kannan? – powtórzyła, spoglądając z lękiem na nieruchome, zwaliste cielsko smoka leżące kilka metrów dalej.

– Znasz go?

– Znam… – odparła niepewnie, a wspomnienie balu przeszło ją dreszczem. – Na moim pierwszym balu… prawie mnie skrzywdził, ale Matteo go powstrzymał.

Faisal uniósł wzrok na Laylę. Mimo potu na czole i nienaturalnie wykręconego barku, na jego twarzy wykwitł nagły, niemal łobuzerski uśmiech. Był wymuszony, pełen bólu, ale biło z niego coś tak autentycznie przyjacielskiego, że Layla poczuła w piersi nagłe ciepło.

– W takim razie za łagodnie go potraktowałem… – wycharczał Faisal, kręcąc głową z udawaną naganą. – Niech to szlag. Ale żeby Matteo pozwolił po czymś takim latać temu śmieciowi po świecie? Skandal. Będę mu to wypominał przy każdej beczce wina, jaką razem wypijemy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij