-
nowość
-
promocja
Wilkory zagłady. Mroczna więź. Tom 1 - ebook
Wilkory zagłady. Mroczna więź. Tom 1 - ebook
Pierwsza część superpopularnej serii romantasy!
Powieść nominowana do GoodReads Choice Awards 2025
W brutalnym świecie, gdzie panuje wojna i niesprawiedliwość, każdy dzień jest walką o przetrwanie. Granic królestwa od wieków broni armia, wspierana przez elitarne oddziały wilczych jeźdźców, utrzymujących mentalny kontakt z monstrualnymi, budzącymi grozę bestiami.
Zwykli ludzie muszą bronić się sami. Dwudziestotrzyletnia Meryn Cooper ćwiczy się w walce na pięści, tym bardziej że dzięki temu jest w stanie zarobić trochę grosza. Chociaż nawykła, że wszystko w życiu trzeba zdobywać siłą, w jej sercu pozostało miejsce dla miłości i czułości – do siostry, matki i ukochanego. Kiedy wysłannicy wrogiego królestwa porywają siostrę dziewczyny, jej świat rozpada się na kawałki.
Miłość i waleczność to wybuchowa mieszanka, która popycha Meryn do śmiałego czynu. Gdy zgłasza się jako ochotniczka na wojnę, nie wie jeszcze, że wbrew swojej woli zostanie wciągnięta w śmiertelnie trudną rywalizację...
Gdy przyjdzie jej walczyć o najwyższą stawkę, zaryzykuje wiele – swoje serce i swoje życie – by wygrać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-000-6 |
| Rozmiar pliku: | 4,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Krew powoli zalewa mi prawe oko. Pierwsza kropla, druga. Oślepia i piecze. Naprawdę dotkliwie. Krzywię się, a z ust wyrywa mi się piskliwy jęk bólu.
Ból jest prawdziwy.
Jęk nie.
Jeżeli dotychczasowe dwadzieścia trzy lata życia w ogóle czegokolwiek mnie nauczyły, to tego: kobiecy ból dodaje mężczyznom pewności siebie. Budzi w nich jakąś odruchową, głęboko zakorzenioną emocję. Jego widok sprawia, że czują nad nami przewagę, nawet w sytuacji, gdy wszystkie inne poszlaki wskazują, że jest wprost przeciwnie.
Pewność siebie z kolei sprawia, że mężczyźni stają się nieostrożni.
A nieostrożny mężczyzna jest łatwym celem.
Dzisiejszego wieczora walkę zorganizowano w Dzielnicy Południowej, w starym składzie żarwina. W powietrzu snuje się woń zepsutych owoców. Ring otaczają rozpalone pochodnie, których płomienie rzucają dokoła roztańczone, chybotliwe cienie.
Widzowie milczą, panuje atmosfera wyczekiwania. Sala wygląda na wypełnioną po brzegi. I bardzo dobrze – większy tłum oznacza większą wygraną.
Dolatuje mnie głuchy stukot. Przeciwnik – wielki, nabity facet – zbliża się powolnym, ciężkim krokiem. Przerasta mnie o przynajmniej paręnaście centymetrów, co bez wątpienia zapewnia mu poczucie siły. Nie wygląda na człowieka świadomego, że wdzięk również może zabijać.
– Pożałujesz, żeś się urodziła, dziewczynko. Kiedy z tobą skończę, będą cię musieli pogrzebać w zamkniętej trumnie.
O bogini, co za nudziarz. Publiczność jednak jest zachwycona, bo chyba o tym świadczy wypełniająca nagle magazyn wrzawa.
Do oka spływają mi kolejne piekące krople. Ten prawy sierpowy w skroń naprawdę mu wyszedł, nie przeczę.
Obracam głowę na drugi bok, markuję słabość. Nie odrywam policzka od ubitej ziemi. Wśród rechoczących, zagrzewających do walki kibiców ktoś się przeciska. Podchodzi na sam skraj ringu.
Lee. Musiał dopiero co skończyć zmianę.
Splata umięśnione ramiona na szerokiej piersi. Nie pasuje do szemranego towarzystwa – ubrany jest w nieskazitelnie czystą bluzę królewskiego kuriera. Spogląda na mnie i znacząco unosi brew. Sprawia wrażenie rozbawionego.
Niemal słyszę jego głęboki ton: Meryn, przestań się wreszcie bawić i skończ z nim. Noc jeszcze młoda. Mamy inne zajęcia. Lepsze.
Oczywiście ma rację. Zdecydowanie bardziej wolałabym teraz siedzieć mu na kolanach, niż leżeć w tej cuchnącej dziurze twarzą na klepisku.
No dobra, rzeczywiście pora na finał przedstawienia.
Rywal podchodzi jeszcze bliżej. Wydaję z siebie jeszcze jeden zwodniczy jęk. Czekam, aż stanie w konkretnym miejscu. Nie przeczuwa pułapki, choć to przecież oczywiste. Stosuję ten wybieg niemal w każdym starciu.
Lecz on nie chce jej dostrzec, dlatego że wprawiłam go w przesadne poczucie pewności siebie. Jest przekonany, że już wkrótce będzie się mógł chełpić, że pokonał Meryn Cooper, słynną Drapieżną Kocicę z Dzielnicy Wschodniej.
Idiota.
Wreszcie staje tuż przy mnie. Szykuje się. Może chce na mnie usiąść albo zacząć mnie dusić – na sto procent nie wymyślił nic bardziej oryginalnego. Tłumem kibiców znowu wstrząsa ryk. Sala pełna jest zaślinionych, podpitych hazardzistów. Wszyscy modlą się w tej chwili, by ten mięśniak mnie załatwił. Obstawili przeciwko kobiecie i chcą zarobić.
Przeciwnik pochyla się nade mną; śmierdzący oddech omiata mi twarz. Właśnie wtedy uderzam.
Raptowny ruch nogą i wbijam piętę od tyłu w mięsiste kolano. Wkładam w to całą siłę. Zaraz potem przetaczam się na bok, usuwam się przed rywalem i gwałtownie wstaję.
– Kurwa! – Mężczyzna pada z impetem na ziemię, wyraźnie czuję drżenie pod stopami. Powietrze z szumem wylatuje mu z ust.
Podpiera się dłońmi. Próbuje się podnieść, lecz nie pozwalam mu dokończyć manewru. Atakuję. Kopię go w nos, za co nagradza mnie przyjemne chrupnięcie pękającej kości. Rubinowoczerwona krew zalewa mu twarz, pryska na klepisko. Energia ciosu odrzuca go w tył; facet pada na plecy.
Nie daję mu nawet chwili, nie chcę, żeby się otrząsnął. Wskakuję na rywala i tłukę go kolanem w krocze. Następnie dosiadam go okrakiem i zasypuję twarz uderzeniami pięści. Nie chcę zabić; jasne, nie walczę honorowo, ale też nie przesadzam. Muszę się jednak upewnić, że już nie wstanie. Pokrywające moje palce blizny i strupy pękają, krew ścieka po zaciśniętych pięściach. Przez moment pławię się w rozkosznej fali adrenaliny. Cieszę się bólem i czystością umysłu, jaką ze sobą przynosi.
Zaraz potem napieram przedramieniem na krtań powalonego. Zaczyna się dławić.
– Poddaję się – charczy.
Wymierzam mu siarczysty policzek. Tak dla zabawy. Chcę zobaczyć, jak jego głowa odskakuje na bok. Bardzo widowiskowa scena.
– Głośniej! Z przekonaniem! Niech cię usłyszą aż na zamku.
– Poddaję się!
Od strony publiczności dolatują mnie gniewne pomruki. Uwalniam przeciwnika, ocieram krew z czoła. Organizator dzisiejszych walk, przysadzisty człowiek z sumiastym wąsem, wchodzi na ring, podrywa moje ramię ku górze i ogłasza:
– Zwycięża Drapieżna Kocica! Następne starcie za dwadzieścia minut.
Srebrne monety przechodzą z rąk do rąk. Większość trafia do tych nielicznych, którzy okazali się dość mądrzy, by postawić na mnie.
Zaskakujące, jak wielu ludzi wciąż stawia na moich rywali. Mimo że doświadczenie jasno pokazuje, że nie powinni.
Wtem opada mi na twarz rzucony ręcznik. Ściągam go i widzę Igora, mojego trenera i zarazem sąsiada. Taksuje mnie wzrokiem; ciemna, pomarszczona twarz nie wyraża żadnej emocji. Pochylam się, przechodzę pod okalającymi ring linami. Sugestywnie wyciągam ku niemu otwartą dłoń.
– Co? Jak zwykle nie możesz się doczekać wypłaty? – mruczy Igor.
– Kto? Ja? – Trzepoczę rzęsami. – Ależ skąd – dodaję słodziutkim głosikiem. – Wytworne damy nigdy nie myślą o sprawach tak prymitywnych i przyziemnych jak srebrniki. Zajmują mnie wyłącznie wieczory przy herbacie, nowe kreacje i ploteczki.
– Ostrożnie, bo znowu krew ci z czoła pójdzie. – Igor wciska mi wygraną do ręki. – Było całkiem nieźle, młoda. Choć jak na mój gust, niepotrzebnie tak się guzdrałaś. A te teatralne piski i pojękiwania? Myślałaś o karierze w trupie aktorskiej?
Wzruszam ramionami. Przeliczam monety, przeprowadzam w myślach błyskawiczny rachunek. Osiem srebrników. Ta suma pozwoli mi zapłacić aptekarzowi za lekarstwo dla matki. I to na dwa tygodnie.
– Wiesz, że kibice lubią mieć nadzieję. Poza tym kiedy przeciwnikom wydaje się, że mają szansę, wszyscy lepiej się bawimy.
– Walcz, jak chcesz, młoda, byleś wygrywała. – Igor podaje mi butelkę z wodą. Pociągam spory łyk. – Za dwa tygodnie Davey organizuje walkę Colbridge’owi. Szuka właśnie przeciwnika. Pamiętasz tego cwanego skurczybyka z zeszłego roku? Może masz ochotę na powtórkę?
Wyciągam szyję, rozglądam się po zatłoczonej sali. Szukam Lee. Choć jestem nieprzeciętnie wysoka, trudno mi cokolwiek zobaczyć ponad głowami zebranych.
– Pewnie. Pod warunkiem że przypilnujesz, żebym nie była faworytką. Aptekarz podniósł ceny. Ponoć niektóre potrzebne zioła rosną w pobliżu linii frontu i zaczęły się kłopoty z dostawami. Następnym razem chciałabym zarobić dwa razy tyle, co dziś.
Zmarszczki na czole Igora dodatkowo się pogłębiają. Ten człowiek wiecznie sprawia wrażenie głęboko zafrasowanego. Naprawdę. Martwi się czymś bez przerwy, odkąd go znam, czyli przez całe moje życie. Przypuszczam, że zaraz zaproponuje mi pomoc w opłacaniu lekarstwa dla matki. Robi to od lat, a ja regularnie odmawiam. Nikomu nie jest lekko, nie chcę odbierać mu chleba. Poradzimy sobie, jak zawsze.
Nagle otacza mnie czyjeś ciepłe ramię. Uderza mnie zapach czystości i sosnowego mydła, aromat znajomy i odprężający. Opieram się o twarde ciało Lee, podnoszę wzrok i zerkam na jego twarz – ostro zarysowana, porośnięta trzydniową szczeciną szczęka, oszałamiające oczy, błękitne jak morze.
Nie opuszcza żadnej mojej walki. To bardzo przyjemne. Dobrze choć raz mieć przy boku człowieka, który niezawodnie mnie wspiera.
Lee rzuca mi łobuzerski uśmieszek, przez który muszę zacisnąć uda. Pokazuje mi niedużą, pobrzękującą sakiewkę.
– Świetna walka, kociaku. Kup ode mnie coś ładnego siostrze na imieniny. – Wsuwa mi trzosik do kieszeni, a ja wspinam się na palce, zarzucam mu ramiona na szyję i przyciągam ku sobie jego twarz. Tak rozpaczliwie pragnę jego dotyku.
Nim jednak udaje mi się go pocałować, ktoś obok chrząka. Ogarnięta mgłą pożądania rzucam okiem.
– To ja pogadam z Daveyem i załatwię ci tę następną walkę. – Skrępowany Igor przestępuje z nogi na nogę. – Widzę, że przyda się wam chwila sam na sam. Tylko, Meryn, znajdź mnie jeszcze, zanim wyjdziesz.
Odwraca się i odchodzi w niejakim popłochu. Nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu.
– Biedny Igor, chyba się zawstydził.
Lee mierzy mnie leniwym spojrzeniem. Kładzie mi dłonie na biodrach, chwyta mocno, dotykiem, w którym kryje się mroczna obietnica. Przysuwa wargi do mojego ucha.
– Ciesz się, że nie potrafi czytać mi w myślach – szepcze, a temperatura jego słów sprawia, że serce zaczyna mi bić jak opętane. – Do końca życia nie mógłby spojrzeć mi w oczy.
Wtulam się w niego, lecz w sali wybucha nagle jakieś zamieszanie. Przez tłum kibiców przebija się niechlujny, rozczochrany mężczyzna. Jego żółte, rozbiegane oczy świdrują mnie bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem.
– Ty pizdo! – mamrocze niewyraźnie i rusza chwiejnie w moją stronę. – Ustawiłaś zakłady, głupia dziwko. Nie wmówisz mi, że nie!
Parskam śmiechem.
– A fe! Nieładnie tak mówić. Mamusia chyba inaczej uczyła?
Lee obserwuje wypadki spokojnie, jest rozbawiony. Kąciki jego ust wędrują nieznacznie ku górze.
Nieznajomy wyciąga z kieszeni nóż; tępe, stołowe narzędzie. Ostrze błyska w przyćmionym świetle. Normalka. Zawsze napatoczy się ktoś, kto nie potrafi się pogodzić z moim zwycięstwem. Niektórym po prostu odbija.
– Ostatnie srebrniki przez ciebie straciłem! Zapłacisz mi za to.
Wyciąga ostrze w moim kierunku, lecz zanim zdążył wykonać choć krok, jestem już w ruchu. Błyskawiczny kopniak trafia go w nadgarstek. Nóż wypada mu z ręki. Wyławiam go z powietrza i tym samym płynnym ruchem przystawiam ostry czubek pod grdykę napastnika.
– Zdradzisz może, jaki miałeś właściwie plan? Wymyśliłeś, że… Co? Że weźmiesz do ręki ten śmieszny nożyk i rzucisz się z nim na dziewczynę, która dosłownie przed momentem wygrała brutalne starcie wręcz? Chciałeś mnie zastraszyć tym swoim sztućcem czy jak?
Napieram ostrzem mocniej na jego gardło. Ze skaleczenia wypływa cienka, czerwona strużka krwi. Nieznajomy się krzywi. Wokół rozchodzi się nieprzyjemny zapach moczu. Posikał się. Żałosne.
– Widzisz? Tak to się kończy, jak ktoś obstawia przeciwko kobiecie. Wypad mi stąd. A jeśli zobaczę twoją gębę na choć jednej swojej walce, dokończę, co zaczęłam.
Pechowiec rzuca mi ostatnie, dzikie spojrzenie, po czym odwraca się i znika w tłumie. Nikt nie poświęca mu uwagi. Publiczność jest zbyt zajęta oczekiwaniem na następne starcie.
– Pieprzony kretyn – syczy Lee pod nosem. Łapie mnie wielką dłonią za rękę i ciągnie za sobą ku stojącym pod przeciwległą ścianą składu stolikom. Siadamy, a on otwiera swój plecak, z którego wyciąga odkażającą maść i bandaż.
Przysuwa mnie sobie wraz z krzesłem. Długie palce mocno chwytają mój podbródek. Przytrzymuje mnie i nakłada mi maść na poranione czoło. Żaden mężczyzna nie dotykał mnie równie delikatnie.
– Nie wierć się, kociaku. – Surowy, wykluczający dyskusje ton. – Paskudnie to wygląda.
Podobny rytuał odbywa się każdej walce, odkąd rok temu zaczął mnie oglądać. Ja obrywam, Lee składa mnie do kupy. Lubię te chwile, bardziej nawet, niż jestem skłonna przyznać. Podoba mi się, że ktoś się o mnie troszczy.
Poznaliśmy się na targu w Dzielnicy Północnej. Odebrałam właśnie Saelę ze szkoły i kiedy wracałyśmy do domu, spłoszony koń wyrwał się handlarzowi. Popędził prosto na moją młodszą siostrę, a ja stałam za daleko, by cokolwiek zrobić. Byłam bezradna, pewna, że mała zginie na moich oczach.
Nagle jednak tuż przed konia wskoczył Lee. Rozłożył uspokajającym gestem ramiona i wylęknione zwierzę po prostu… stanęło. Lee uratował Saeli życie.
Podeszłam podziękować i gdy tylko spotkaliśmy się spojrzeniami, zrozumiałam, że będę jego. Okiełznać dzikie stworzenie może tylko wyjątkowy mężczyzna.
– Czyżbyś się zmartwił? To przez tego faceta, który na mnie naskoczył? – pytam.
Lee wydaje się niecodziennie milczący. Spogląda mi głęboko w oczy, ale nie potrafię stwierdzić, co myśli.
– Nie. Wiem, że Drapieżna Kocica nie da sobie w kaszę dmuchać. Wolałbym jednak, żebyś kończyła walki szybciej. Niepotrzebnie narażasz się na takie rany jak ta na czole. Pewnego dnia, Meryn… Któregoś dnia możesz się natknąć na przeciwnika, który okaże się sprytniejszy od ciebie. Kogoś, kto cię zaskoczy.
Muska palcem mój policzek. Wdrapuję mu się na kolana. Przyciągam go blisko, bardzo blisko.
– Dziękuję – szepczę prosto w jego usta. – Dziękuję, że za każdym razem mnie łatasz. I za to, że martwisz się moimi ranami.
Lee wplata dłoń w moje ciemne włosy, przytrzymuje mnie i miażdży moje wargi swoimi. Drugą ręką chwyta mnie w krzyżu i wciąga jeszcze głębiej na siebie. Czuję, jak twardnieje. Doznanie prowokuje mój jęk. Lee odsuwa głowę, rozbiera mnie wzrokiem.
– Przyjdź dziś do mnie – rzuca. To żądanie, nie prośba.
Lee ma w Dzielnicy Północnej własne, niewielkie mieszkanie, aczkolwiek jako królewski kurier nocuje tam tylko czasami. Najczęściej, o ile ma wolną chwilę, łapie po prostu kilka godzin snu w zamkowym dormitorium. Odwiedzam go tak często, jak mogę, ale ze względu na chorobę matki i konieczność opieki nad Saelą widujemy się rzadziej, niżbyśmy sobie życzyli.
Już mam się zgodzić, kiedy dolatuje mnie poważny głos:
– Meryn. – Igor przebija się zamaszystym krokiem przez tłum. Ma ściągniętą twarz. – Usłyszałem, jak ludzie gadają. We Wschodniej zaginęło kolejne dziecko.
Mam wrażenie, że w moim żołądku rozwarła się pustka. Błyskawicznie zsuwam się z kolan Lee, wstaję.
– Dziecko? Wiesz coś więcej?
– Dziewczynka. Około dziesięcioletnia. Mówią… Mówią, że ma ciemne włosy i orzechowe oczy.
Nie.
Zerkam pospiesznie na Lee, jednocześnie zaczynam się zastanawiać, którędy najszybciej dotrę do domu.
– Leć. – On również podnosi się z krzesła. – Musisz.
Kiwam głową.
– Meryn – wtrąca trener – to może być sto innych dziewczynek.
Nie odpowiadam. Przebijam się już przez rozochoconą publiczność. Moje serce wybija niespokojne staccato. Otwieram pchnięciem ciężkie, nieprzyjemnie szorstkie drzwi magazynu, za którymi owiewa mnie zimne, nocne powietrze. Wiatr bije we mnie jak pięść. Wypadłam z sali tak szybko, że zapomniałam zabrać swoje rzeczy. Nie założyłam nawet znoszonego płaszcza. Nic to, Igor go weźmie. Na pewno.
Zresztą, komu potrzebny płaszcz, kiedy w żyłach płonie czysta panika?
Ulice Południowej, położonej najdalej od zamku ze wszystkich dzielnicy miasta, toną jak zwykle we mgle. Jest ciemno i dość upiornie. Mieszkańców nie stać na trwonienie pieniędzy na latarnie. Zresztą z tej okolicy i tak nie sposób przegnać ciemności; mrok już dawno przeniknął ją do głębi. Do Południowej udają się ludzie, którzy zamierzają zrobić coś nielegalnego, zakazanego bądź nikczemnego. Kilka latarni niczego by nie zmieniło.
Błyskawicznie kalkuluję. Zazwyczaj droga z Dzielnicy Południowej do Wschodniej zajmuje przynajmniej czterdzieści pięć minut. Mam na myśli trasę tradycyjną, przez Dzielnicę Centralną. Ja jednak jestem szybka, zawdzięczam to długim, umięśnionym nogom. Świetnie znam też miasto, szczególnie te jego rejony, w które nie powinien się zapuszczać nikt z dobrego domu.
Jeśli pójdę bocznymi alejkami, dotrę do celu w dwadzieścia minut. Może nawet w kwadrans.
Biorę więc głęboki, pokrzepiający wdech i puszczam się biegiem. Mijam liczne walące się magazyny. Nogi niosą mnie przez brudny plac targowy w Południowej, a następnie zagłębiam się w obstawione czynszówkami zaułki mieszczące się na granicy dzielnic Centralnej i Wschodniej.
Powietrze cuchnie tutaj ubóstwem. Żeby nie wdychać fetoru niemytych ciał, staram się oddychać przez usta. Choć najbiedniejszą dzielnicą jest Południowa, we Wschodniej sprawy wcale nie wyglądają wiele lepiej. Prawdę powiedziawszy, w królewskim mieście Sturmfrost nikomu nie wiedzie się dobrze.
Docierają do nas pogłoski o wystawnym życiu członków Wilczego Stada. Nie wiem, jak wygląda prawda, lecz jestem pewna, że ci elitarni żołnierze nie muszą się martwić o to, że ktoś wedrze się do ich domu w środku nocy i porwie śpiące dziecko.
Saela…
Myśl o siostrze dodaje mi sił. Przyspieszam. Płuca i nogi palą żywym ogniem. Gdy zbliżam się do granicy Centralnej i Wschodniej, ukazuje mi się górująca nad całym miastem sylwetka zamku króla Cyrila. Twarda, szara, kamienna. Spływający z jasno oświetlonych murów blask sprawia, że uliczki są tu widniejsze.
Przemykam pod sznurami schnącego prania, przeskakuję nad ziejącymi w bruku dziurami, szybciej i szybciej, i szybciej. Mknę wzdłuż granic Wschodniej i w końcu docieram na plac targowy swojej dzielnicy. Tutaj jest znacznie czyściej niż na podobnym rynku w Południowej. Moi sąsiedzi naprawdę korzystają z tego miejsca.
W nocnym powietrzu roznosi się matczyne zawodzenie. Proszę, bogini, nie.
Dostrzegam we mgle jakieś zbiegowisko. Przeciskam się naprzód, rozpycham między ludzkimi ciałami. Wreszcie docieram do środka tłumu.
Byle nie moja matka. Byle nie moja matka.
Klęcząca na ulicy kobieta podnosi na mnie spojrzenie. Ma wilgotne oczy. To pani Sawyer, szwaczka mieszkająca kilka ulic od nas. Stoją przy niej mąż i starsi synowie. Kobieta znów zaczyna zawodzić.
– Leesa! – skarży się płaczliwie. – Leesa!
Węzeł w mojej piersi nieco się rozluźnia, lecz nie znika.
Leesa Sawyer jest dobrą koleżanką Saeli. Chodzą razem do podstawówki. Bez przerwy prosi mnie, bym ją nauczyła się bić, ale wiem, że jej zasadniczym rodzicom bardzo by się to nie spodobało. Dziewczynka ma jasne oczy, jest wesoła i bystra. Jest albo była. W tej chwili stała się kolejną pozycją na coraz dłuższej liście zaginionych dzieci.
A Kradzieje nigdy nie oddają uprowadzonych maluchów.
Wycofuję się z tłumu, staram się uspokoić oddech, nadal przyspieszony po męczącym biegu. Ruszam w stronę domu. Otaczające mnie budynki wzniesiono z drewna i kamienia. Tak samo jak nasz, aczkolwiek nasz jest niższy niż sąsiednie. Ojciec ciągle powtarzał, że trzeba w końcu dobudować pierwsze piętro.
Oczywiście nie dobudował. Nigdy nie wrócił z wojny.
Idę naszą ulicą, zatopioną w mroku. Echo moich kroków odbija się od ścian. Zauważam, że dachówki na naszym domu są w opłakanym stanie. Jeszcze jedno zadanie na kiedyś. W środku jest ciemno; tylko w salonie, na pustej, drewnianej półce nad kominkiem pełga płomień samotnej świecy.
Matka krąży w tę i z powrotem. Ciemne włosy ma w nieładzie. Mamrocze coś do siebie, co chwila szarpie rąbki przeżartej przez mole koszuli nocnej, którą założyła na lewą stronę. Kiedy mnie zauważa, jej oczy rozpala straszny, pusty błysk. Rozpoznała we mnie kogoś, ale nie mnie. Odruchowo się zastanawiam, kim jestem dla niej dzisiaj.
Opada mnie przygnębienie. W takich momentach nigdy mnie nie poznaje. Nie poznaje nikogo, błądzi w świecie stworzonym przez jej własny umysł. Czasami obłęd sprawia, że staje się urocza, kochająca, rozszczebiotana. Innymi razy wpada w szał, niszczy kolejne przedmioty z naszego skromnego dobytku. Podnosi na nas rękę.
Jeżeli zaczyna się tak zachowywać, a mnie akurat nie ma, Saela wie, że powinna się zamknąć w naszym pokoju. Tylko ja mam klucz.
– Lumina! – wykrzykuje nieszczęśliwym głosem matka. Podbiega i chwyta mnie za ramię, kurczowo, niemal boleśnie. – Och, Lumina. Bliźnięta były dzisiaj okropne. Próbują cię znaleźć, ale mnie za nic nie chcą posłuchać, nigdy, przenigdy…
– Matko, spokojnie… – Gładzę jej włosy, łagodnie, kojąco. Lumina i bliźnięta należą do jej najczęściej pojawiających się fikcyjnych znajomych. – Chodźmy do łóżka. Za chwilę zapomnisz o bliźniętach.
Prowadzę matkę do jej pokoju, gdzie pomagam jej ułożyć się na gruzłowatym materacu. Następnie sięgam po stojącą na szafce butelkę z lekarstwem, tym, które kupujemy od aptekarza. Obaj, wraz z lekarzem, twierdzą, że ten specyfik świetnie zapobiega nawrotom choroby, a te, które mimo wszystko się zdarzają, wydatnie skraca. Czasami rzeczywiście tak jest, lecz często lek nie pomaga wcale. Wsuwam matce do ust łyżkę gęstej, nieprzyjemnie pachnącej substancji, po czym nakrywam ją drapiącym, zbyt cienkim kocem.
Matka przyjmuje lek bez skargi. Powieki opadają jej praktycznie od razu, gdy składa głowę na poduszce. Przyglądam się jej i czuję ucisk w żołądku. To zawsze boli. Podaję własnej rodzicielce narkotyk. W końcu zaczyna oddychać miarowo, a ja idę zobaczyć, co u Saeli.
Jak przypuszczałam, siostra zamknęła się w naszym pokoju. Wyciągam klucz, wchodzę do środka.
Mała leży w swoim małym łóżku, mocno śpi. Ciemne włosy rozsypały się po cienkiej poduszce. Ma dziesięć lat, prawie jedenaście – tyle, co Leesa Sawyer. We śnie bardzo przypomina naszego ojca, którego nie zdążyła nawet poznać. Odziedziczyła po nim uparty podbródek, ma też identyczny orli nos. Moje wspomnienia o tacie z upływem lat uległy zatarciu, lecz dzięki siostrze jego postać wciąż pozostaje żywa.
Siadam na łóżku, gładzę palcem miękki policzek Saeli.
– Nie pozwolę, by spotkało cię cokolwiek złego – obiecuję szeptem. W piersi płonie mi gorący płomień instynktu opiekuńczego. – Przyrzekam.
To mdlące odczucie w żołądku, strach – mam go, kurwa, serdecznie dosyć. Dość mam życia, w którym muszę się godzić z całkowitym brakiem wpływu na cokolwiek. Życia, w którym dziecko może tak po prostu zniknąć i nikt nie zamierza kiwnąć w tej sprawie palcem. Dzisiejszej nocy naprawdę niewiele brakowało.
A jeśli nikt tego nie powstrzyma, to… cóż. Sama się tym zajmę.2
Jeszcze raz! – woła Igor następnego ranka na treningu. Nie przejmuje się moim ciężkim oddechem, nie wzrusza go widniejąca na mojej bluzie plama potu.
Patrzę mu w oczy i jęczę. Unosi tylko siwiejącą brew, krzywi usta.
– Jeszcze raz – powtarza. – I tym razem nie pokazuj, co zrobisz za chwilę. Pamiętaj, czego cię uczyłem.
Prostuję się. Z wysiłkiem uspokajam oddech. Uda wrzeszczą bólem. Napracowały się już wcześniej, kiedy w pralni, gdzie pracuję, dźwigałam niezliczone kubły z wodą. Zajęcie to przejęłam po matce, która przestała się tam pojawiać jedenaście lat temu.
Nieważne, że jestem wykończona. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, a Igor nie toleruje żadnych wymówek. Nie w ringu, a już z całą pewnością nie na swoim podwórku, gdzie zwykle ćwiczę.
Swoją drogą, ma rację. Nie wolno mi okazywać słabości. Na taki luksus po prostu mnie nie stać.
Nie, jeżeli chcę nadal zwyciężać. A dodatkowy zarobek jest nam potrzebny.
Moja stopa trafia w kukłę. Trener wydaje pomruk zadowolenia, największy wyraz uznania, na jaki mogę liczyć w trakcie tych spotkań. Dla wprawy wykonuję cios jeszcze raz, dwa razy, trzy, a następnie odskakuję, pochylam się i sięgam po szmatę, którą przecieram mokrą od potu twarz.
Na podwórku aż się roi od starych, zużytych kukieł treningowych, ciężarów do wyrabiania mięśni oraz uszkodzonych mebli. Jestem w pełni świadoma, że Prina, żona Igora, wolałaby, by poświęcał czas na ich naprawę, a nie na treningi ze mną.
– Jak tam, Kocico? W porządku? – Odbiera mi ścierkę. – Coś nieswoja dziś jesteś.
Rzucam mu wymowne spojrzenie. Ten człowiek jest irytująco spostrzegawczy. No ale cóż, odgrywa w moim życiu rolę rodzica i robi to znacznie lepiej niż matka.
– Nie mogę przestać myśleć o Leesie Sawyer – przyznaję.
W sercu wciąż czuję płomyk wczorajszej wściekłości. Iskrę gotową przerodzić się w pożar. Rozmyślałam nad tą sprawą przez cały dzień i jestem już niemal pewna, że wiem, co powinnam zrobić.
Igor kiwa głową. Jednocześnie wskazuje mi kukłę – daje mi znać, że mogę rozmawiać, nie przerywając ćwiczeń.
– Ciężki temat. Mała Sawyerówna. Taka porządna rodzina. Naprawdę dobrzy ludzie. Rodzice szukali jej podobno całą noc – mówi, gdy zasypuję kukłę błyskawiczną kombinacją kopniaków i uderzeń pięścią. – Ale jeszcze nie słyszałem, żeby znalazł się choć jeden z tych zaginionych dzieciaków.
– Nie masz przypadkiem wrażenia, że to się dzieje coraz częściej? Wiesz, mówię o Kradziejach – pytam między ciosami.
Taka głupia, dziecinna nazwa. Nadały ją porywaczom same obawiające się ich maluchy. Słysząc to słowo, niemal trudno traktować zagrożenie poważnie. I w pewnym sensie o to właśnie chodzi. Jeżeli można coś wyśmiać, nie wydaje się do końca prawdziwe. Kradzieje. Jakby postacie ze zmyślonej bajeczki.
Niestety niebezpieczeństwo jest aż zbyt rzeczywiste.
Dzieci znikają, odkąd się urodziłam. Może nawet od początku wojny. Wszyscy wiemy, kim są Kradzieje. To Syfoni, nasz starożytny, potworny wróg z sąsiadującej z naszym krajem Astreony. Wykradają dzieci z łóżek i przenoszą na drugą stronę granicy. A tam traktują je jak żywe zbiorniki krwi. Karmią się nimi, wysysają z najmłodszych ich potężną energię życiową, ostatecznie je w ten sposób zabijając. Niedobrze mi się robi, kiedy myślę o tych nikczemnych, nieśmiertelnych wampirach, które mogą wygrać wojnę dzięki rzezi naszych niewiniątek.
– Hmm – mruczy Igor. – Może faktycznie. Wyżej kop, dobra?
Robię, co każe. Nogi wciąż bolą.
– Czy nie wystarczy, że nasi synowie, córki i ojcowie giną z rąk Syfonów na froncie? W domu powinniśmy być bezpieczni, prawda? Co król w ogóle robi w tej sprawie?
– Prawdę mówiąc, nie sądzę, by się przejmował. Jest zbyt skoncentrowany na wojnie, a ona rozgrywa się setki kilometrów stąd. Nie zwraca uwagi na to, co dzieje się tuż pod jego nosem, w sercu stolicy.
Syczę i wymierzam kukle kolejny cios.
– A czy nie po to mamy radcę Sturmfrostu? Myślałam, że zarządzanie miastem to jego obowiązek. Przecież król nie musi myśleć o wszystkim sam.
– Nie wiem, co ci powiedzieć, dzieciaku. – Trener prycha pod nosem. – Po każdym porwaniu poszkodowani rodzice idą prosto do niego. A on za każdym razem bardzo wiele obiecuje. Tyle że potem nic się nie zmienia.
– Nie mogę się temu bezczynnie przyglądać. – Łapię oddech, zerkam na niego z ukosa. – Muszę coś zrobić.
Igor nie wyśmiewa mojego patetycznego oświadczenia; nie słyszę, że jestem głupia, wierząc, że na coś wpłynę. Równie dobrze jak ja rozumie, że jeśli ktoś chce, by w tym mieście cokolwiek się zmieniło, musi o to zadbać osobiście.
Zamiast komentować, podchodzi do jednego z zasłanych drobiazgami stołów i rozwija płócienne zawiniątko. Ukazuje mi się kilkanaście starannie oszlifowanych, pobłyskujących ostrzy.
– Mam wrażenie, że jesteś mocno wkurzona. Noże?
– Jestem. I tak, chętnie – odpowiadam ze śmiechem. – Już się bałam, że nigdy nie zaproponujesz.
W walkach, w których biorę udział, nie używamy noży. Niemniej Igor uczy mnie rzucać tak czy inaczej. Twierdzi, że nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie przedziurawić komuś czaszkę.
– A wymyśliłaś coś konkretnego? – pyta, kiedy podchodzę do stołu i wybieram niewielki, bardzo ostry sztylecik.
– Dzięki tobie potrafię się bronić – mówię i zwracam się przodem do tarczy, którą trener ustawił po drugiej stronie podwórka. – Teraz już nie porwie mnie żaden Kradziej. Na pewno nie bez walki. Pomyślałam, że moglibyśmy tego samego uczyć dzieciaki. Mogę je szkolić w samoobronie.
Rzucam nożem. Sunie w powietrzu i trafia w zewnętrzną obręcz tarczy. Słabo.
Igor prycha i siada na skrzypiącym krześle. Podnosi wzrok i patrzy na zwiastujące śnieg chmurzyska.
– Ale akurat ty od początku miałaś smykałkę do bójek. Niewiele maluchów tak goni za niebezpieczeństwem, jak ty goniłaś.
– Jak gonię, chciałeś powiedzieć – żartuję, starając się butnym tonem ukryć bolesną falę wspomnień.
Kiedy ojciec zginął, miałam dwanaście lat. Zostałam sama z ciężarną, chorą psychicznie matką. Z dnia na dzień zmieniło się wszystko. Wkrótce przyszła na świat Saela. Okazała się taka idealna, maleńka i dobra. A ja, również dziecko, musiałam się nią zająć. Wściekłam się na cały świat. Naprawdę rwałam się do bójek. Zaglądałam w zakazane zaułki i prowokowałam do bitki starszych, dwakroć wyższych chłopaków. Po to tylko, żeby mieć kogo uderzyć. Żeby poczuć coś innego niż nieustanny, przepastny ból serca.
Po pewnym czasie Igor stwierdził, że nie będzie dłużej patrzeć, jak jego mała sąsiadka wraca do domu poobijana. Któregoś dnia pojawił się w alejce za domem, złapał mnie za kołnierz i zaciągnął, szarpiącą się, plującą, do swojej kuchni. Usadził mnie na rozklekotanym krześle i syknął:
– Chcesz, dzieciaku, żeby cię w końcu zatłukli?
Kiedy nie zaprzeczyłam, wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
– Dobra. Skoro już musisz włóczyć się po ciemnych uliczkach jak jakaś bezdomna kocica, powinnaś umieć też walczyć jak kot. Chodź ze mną.
Zaprowadził mnie na swoje podwórko i zaczął mnie szkolić – trenowałam tamtego pierwszego dnia i codziennie potem. Pomógł mi przekuć dziki, bezkształtny gniew w naprawdę groźną broń.
Stałam się niebezpieczna.
A kiedy chłopcy z dzielnicy zaczęli spoglądać na mnie ze strachem, Igor pomógł mi znaleźć nowy, zdrowy sposób na kanalizowanie wściekłości. Obecnie również prowokuję dwukrotnie wyższych facetów. Ale teraz dostaję za to pieniądze.
Wyciągam nóż z tarczy i spoglądam na trenera.
– Masz rację. Jestem inna. Ale nie każdy musi być od razu zawodowcem. Gdyby te dzieciaki znały choć kilka najprostszych trików, mogłyby przynajmniej w razie czego narobić hałasu, wezwać pomoc…
– Tylko niech ci się nie wydaje, że wymigasz się w ten sposób od własnych treningów – uprzedza Igor. Już wiem, że kupił mój pomysł.
– Nie, za nic w świecie nie chciałabym pozbawić cię przyjemności. Wiem, jak lubisz mną komenderować – żartuję.
Igor rzuca we mnie nożem. Uchylam się bez trudu, ze śmiechem.
***
Po treningu, późnym popołudniem, ruszam na zachód do zamożniejszej w mieście Dzielnicy Centralnej, żeby odebrać Saelę ze szkoły. Przebijam się zatłoczonymi ulicami. Zachodzące słońce od czasu do czasu wygląda zza chmur, malując szyby domów mieszkalnych i sklepów czerwonymi refleksami.
Dawniej siostra chodziła do podstawówki w naszej okolicy, lecz regularnie okazywała się najlepszą uczennicą w klasie i przed rokiem nauczycielka zasugerowała jej przeniesienie do szkoły średniej, właśnie w Centralnej.
Nie jest to wygodne, a w dodatku pochłania pieniądze – może i niewiele, ale obecnie każda suma jest dla nas zbyt wysoka. No, ale dla Saeli warto się poświęcić. Nie pozwolę, by jak wiele innych dzieci wyleciała ze szkoły i zaczęła harować od rana do nocy po to tylko, żeby przeżyć. Chcę, żeby w tym pełnym ślepych zaułków świecie zawsze miała jakieś inne wyjście.
Saela jest inna niż ja. Lubi się uczyć, wprost przepada za książkami. Jest pełna optymizmu. I niewinna. Owszem, ma niewyparzony język, w czym dopatruję się własnej zasługi, ale poza tym? Pozostałe cechy musi mieć po ojcu, bo po prostu taka się już urodziła.
Kiedy docieram pod szkołę, Saela czeka na mnie samotnie przed wejściem. Ciemne warkocze spływają jej na plecy. Rozdrażniona mruży powieki.
– Znowu się spóźniasz. – Mierzy mnie karcącym spojrzeniem.
– Przepraszam, mała. – Obejmuję ją ramieniem. – Chyba musisz się wreszcie pogodzić z tym, że twoja starsza siostra nie jest punktualna. Jak tam w szkole?
– Normalnie – odpowiada zwięźle. Zauważam, że coś ją gryzie.
– Normalnie? – przedrzeźniam ją. – Wiesz, skoro płacimy tyle pieniędzy za normę, to chyba trzeba cię przenieść z powrotem do Wschodniej i…
– Meryn! – jęczy Saela.
– Przepraszam. – Podnoszę ręce. – Ale tak serio? Co się dzieje?
Siostra wzdycha. Ruszamy po bruku, kierujemy się ku gwarniejszej ulicy prowadzącej na targ.
– No bo dzisiaj na historii omawialiśmy wojnę z Astreoną.
– Ach! Było o Syfonach?
Saela kiwa głową, zaciska wargi w wąską kreskę. Kiedy była mała, przez pewien czas nękały ją koszmary, w których główną rolę odgrywali właśnie Syfoni. Mimo że nie znała ojca, świadomość jego śmierci położyła się cieniem na jej dzieciństwie i ukształtowała całą resztę życia.
– Kilkoro dzieci mówiło o tym, że Syfoni karmią się zwykłymi ludźmi. Że piją naszą krew, żeby nie umrzeć. Ale chodzi o to, że opowiadali o tym, jakby to było coś, no nie wiem… fajnego. – Na policzki małej wypływa rumieniec oburzenia. – Ja w tym nic fajnego nie widzę – dodaje półgłosem.
– Wiesz – przyciągam ją bliżej do siebie – jestem pewna, że w twojej klasie są inne dzieci, które straciły na wojnie rodziców lub kogoś bliskiego. Na pewno nie tylko ty poczułaś się dotknięta.
– Mniej więcej połowa – potakuje Saela. – Ale nauczycielka mówiła tak, jakbyśmy… – Nagle przystaje i świdruje mnie zaniepokojonym spojrzeniem wielkich, orzechowych oczu. – Czy my przegrywamy?
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – odpowiadam szczerze. Wojna trwa od pięciuset lat, lecz ze względu na udział walczących po naszej stronie wilczych jeźdźców i siłę Syfonów Astreony rzadko dochodzi do sytuacji, że któraś ze stron zyskuje większą przewagę. A wszyscy wiemy, co by się stało, gdyby to Astreona zwyciężyła. Syfoni wyłapaliby wszystkich ludzi i pozbawili ich krwi. – Ale tutaj, w Sturmfroście, jesteśmy bardzo daleko od frontu. W całej Nocturnie trudno znaleźć bardziej bezpieczne miejsce. Tutaj nic ci nie grozi. – Te słowa zostawiają mi w ustach ziemisty posmak. Obie wiemy, że skłamałam. Wczorajszej nocy została porwana przyjaciółka Saeli. – Chodźmy. – Biorę siostrę za rękę i prowadzę za sobą na rynek. – Wiem, co poprawi ci humor.
Targowiska znajdują się we wszystkich dzielnicach, lecz to w Centralnej jest zdecydowanie największym ośrodkiem handlu w całym mieście. Można tu spotkać kupców wszelkiego rodzaju, są sprzedawcy ryb, piekarnie oraz drogie perfumerie. Podobno działał tu nawet jubiler, ale to historia sprzed kilkudziesięciu lat. Potem władza zaczęła zachęcać obywateli do pozbywania się kosztowności, którymi opłaca się wysiłek wojenny królestwa. Wszystko w imię patriotyzmu.
Obie z Saelą lubimy w drodze do domu oglądać kramy i wystawy, to nasz codzienny rytuał. Marzymy o słodkościach, które byśmy kupiły, gdyby tylko było nas stać.
Udajemy się prosto przed piekarnię Diersinga. Mała aż wzdycha. Pokazuje mi palcem połyskujący tort pokryty grubą warstwą fioletowych owoców.
– Chyba ten wezmę.
– Zapamiętam – mówię i znów zaczynam się zastanawiać nad zbliżającymi się imieninami Saeli. Ten tort byłby świetną niespodzianką. A mam przecież kilka dodatkowych srebrników, które dostałam wczoraj po walce od Lee.
Na myśl o chłopaku i naszej niespełnionej nocy oblewa mnie rumieniec. Na szczęście za dwa dni będzie znów mógł wyrwać się z zamku i znowu się zobaczymy.
Już mam powiedzieć, o którym frykasie marzę ja, lecz za naszymi plecami wybucha jakieś zamieszanie. Odwracamy się. Tłum się rozstępuje, ludzie stają wzdłuż ścian placu.
– Co się dzieje? – pytam przechodnia.
– Wilczy jeźdźcy – odpowiada. – Zaraz tędy przejadą.
Co? Co oni tu robią?
Członkowie Wilczego Stada stanowią najbardziej doborową jednostkę królewskiego wojska. To żołnierze związani duchową więzią z olbrzymimi, straszliwymi wilkorami. Walczą, jeżdżąc na ich grzbietach, a plotka głosi, że są nawet w stanie posługiwać się magiczną energią tych bestii. Jeżeli akurat nie wracają z frontu, rzadko pojawiają się w cywilnych okolicach miasta, a nawet i wówczas zwykle trzymają się przedmieść. Do nich należy dzielnica położona po drugiej stronie zamku, sąsiadująca z łańcuchem górskim, z którego pochodzą budzące lęk wilkory.
– Możemy popatrzeć? – Saela podnosi na mnie wzrok. Jej oczy aż skrzą się z emocji.
To dziecko ma na punkcie żołnierzy ze Stada prawdziwą obsesję. W sumie zupełnie się jej nie dziwię – superatrakcyjni wojownicy dosiadający mistycznych drapieżnych stworzeń, a w dodatku posiadający zagadkową, magiczną moc? Co najmniej intrygujące. Oczywiście jeśli ktoś potrafi na moment zapomnieć o ich skrajnym przeświadczeniu o własnej wyższości.
Wzdycham i ujmuję dłoń siostry. Zrobiłabym dosłownie wszystko, byle zobaczyć jej uśmiech.
– Dobrze, ale musisz się mnie trzymać – uprzedzam i prowadzę ją w tłum gapiów. Przepychamy się na czoło.
Zgromadzeni milkną. Na jednej z prowadzących na plac alejek pojawiają się jeźdźcy. Tutejsze uliczki są dość ciasne, trochę zbyt wąskie dla tak wielkich zwierząt, przez co wilcza kawaleria wydaje się jeszcze bardziej imponująca.
Ludzie z jednej strony traktują członków Stada jak idoli, z drugiej nimi gardzą. Teoretycznie do tej jednostki może wstąpić każdy, a udział w Próbie Więzi, urządzanej w okresie, kiedy wilkory mają wystarczająco wiele młodych, jest obowiązkowy dla wszystkich rekrutów naszej armii.
Każdy jednak wie, że wilkory wybierają niemal wyłącznie osoby pochodzące z rodzin członków Wilczego Stada. Uprzywilejowani rodzą uprzywilejowanych. Obieg zamknięty.
W samych jeźdźcach nie kryje się żadna magia, lecz wskutek trwającego od pokoleń doboru naturalnego ci ludzie wyglądają inaczej niż my.
Są wysocy. Piękni. Sprawne, stworzone do walki maszyny.
Dzisiaj jest ich czwórka. Wszyscy mają na sobie skórzane jeździeckie stroje. Pochód prowadzi czarna kobieta o surowej twarzy, jadąca na srebrnym wilkorze. Tuż za nią pojawia się blady mężczyzna o gęstej, jasnej czuprynie. Dosiada płowego wilka. Na kolejnym siedzi starsza kobieta. Oliwkowa cera, szary wierzchowiec.
Czwartego wilkora i jego właściciela praktycznie nie zauważam – jestem zbyt zajęta gapieniem się na to, co ciągną za sobą.
Co lub raczej… kogo.
Tłum zaczyna szemrać. Rozlegają się stłumione okrzyki. Przerażeni ludzie cofają się, rozstępują. Wilk ciągnie za sobą człowieka. Związany w kabłąk, podskakuje bezradnie na nierównym bruku. Twarz ma całą we krwi, posiniaczoną, lecz nawet nie próbuje się szarpać. Sprawia wrażenie zrezygnowanego.
Skapitulował.
Wściekłość wypełnia mi żyły. Jak śmią?
Gdy parada wilkorów dociera na środek placu, coś chwyta mnie za gardło.
Znam tego człowieka. To ten idiota, który po wczorajszej walce wyskoczył do mnie z kuchennym nożem.
Podnoszę wzrok na ciągnącego go wilkora. Powiedzieć, że jest wielki, to jak nic nie powiedzieć. Przerasta większość bojowych rumaków, których dosiada konna kawaleria. Sierść ma czarną jak noc, a w ślepiach połyskuje żądza krwi. Obnaża kły, ostrzejsze od sztyletów. Równie groźnie prezentuje się jeździec. Na moje oko dobiega trzydziestki. Śniada twarz i czarne, rozczochrane włosy, wśród których mieni się szkarłatne pasemko. Podobnie jak wszyscy członkowie Wilczego Stada, których w życiu widziałam, jest niezaprzeczalnie przystojny. Te głębokie, piwne oczy, ten zarost na kształtnej żuchwie. Ale…
Zauważam tatuaże pokrywające jego szyję i ręce. Z miejsca przyspiesza mi tętno. Niewiele jest w stanie mnie przestraszyć, ale to? Uciekaj – odzywa się we mnie zwierzęcy instynkt. – Niebezpieczeństwo.
Nawet my, gmin, wiemy, co te tatuaże oznaczają. Każdy symbolizuje własnoręcznie zabitego człowieka.
Żeby pokryć się nimi tak całkowicie…
Zabił setki ludzi. Może i więcej.
Potwór. Ten facet to pieprzony psychol, bezduszny morderca.
Spoglądam na jego twarz i kiedy spotykamy się wzrokiem, czuję skurcz żołądka. Jeździec po prostu zabija mnie spojrzeniem. Wykrzywia wargi w pogardliwym uśmiechu. Być może to przez mój strach, który z pewnością odcisnął mi się na twarzy. Odwracam się.
Ciemnowłosy mężczyzna dosłownie emanuje siłą. Kimkolwiek jest, musi odgrywać w królewskim wojsku ważną rolę. Jest młody, więc byłoby to wspaniałe osiągnięcie… gdyby tylko nie był tak skrajnie przerażający.
Mężczyzna zeskakuje z wilkora z wprawą i wdziękiem. Jak na tak rosłego człowieka porusza się płynnie jak woda. Dwa kroki i już stoi nad uwiązanym do wilka jeńcem.
Podrywa go z bruku jedną ręką, demonstrując iście nieludzką siłę. Być może wspomógł się magią swojego wierzchowca.
– Oto widzicie – donośny, głęboki ton niesie się nad głowami milczących gapiów – zbiegłego z frontu dezertera. Król ma w głębokiej pogardzie wszystkich, którzy mają czelność porzucić towarzyszy broni w potrzebie. Czy zaprzeczysz swojej winie? – zwraca się do związanego.
– Nie – odpowiada dezerter, z trudem poruszając opuchniętymi wargami.
Żołnierz zwraca się do tłumu.
– Sprowadziliśmy go tutaj, by mieć pewność, że wszyscy obywatele Sturmfrostu dowiedzą się, jaki los spotyka tchórzy.
Unosi więźnia jeszcze wyżej i nagle dociera do mnie, co wydarzy się za moment. Nie przepadam za dezerterami, szczególnie za tym gnojem. Jednak nie mogę pozwolić, żeby moja siostra zobaczyła coś takiego.
– Zatkaj uszy – szepczę do Saeli, która posłusznie zaciska je dłońmi. Przesłaniam rękoma jej oczy, mocno tulę jej drobne, ciepłe ciało do siebie.
Jeździec dobywa wolną ręką sztylet i rozcina pierś skazańca od pępka po szyję. Krzywię się. Na placu rozlega się przeraźliwy wrzask, odbija się echem od okolicznych budynków. Zaraz potem, na oczach zdjętego grozą tłumu, żołnierz wbija rękę w otwarty brzuch dezertera i wyszarpuje na zewnątrz jelita. Jego ofiara jakimś cudem wciąż żyje. Krew bulgocze, bucha mu z ust, spływa po podbródku.
Żołnierz ciska dezertera swojemu wilkowi, który jeszcze w locie chwyta go potężnymi szczękami. Zwierzę wypluwa ofiarę na bruk, po czym zaciska mu zębiska na gardle i potrząsa. Raz. Drugi. Skazaniec – ciało skazańca – zastyga w bezruchu.
Wilkor przystępuje do uczty. Szkarłatne plamy pokrywają czarny pysk.
Zmuszam się do patrzenia i robię to tak długo, jak długo tylko jestem w stanie wytrzymać. Chcę, by ta scena utrwaliła mi się w pamięci jak wyryta w kamieniu, nie chcę jej zapomnieć do końca życia.
Muszę zapamiętać, jak kurewsko okrutni są żołnierze Wilczego Stada i jak niesprawiedliwie życie rozdało karty wszystkim pozostałym.
W końcu jednak dopadają mnie mdłości i odwracam spojrzenie. Po to tylko, by ponownie zobaczyć oczy tego brutalnego, obłąkanego jeźdźca. Przygląda się mi, ocenia. Ciekawe, czy bawi go widok cudzego bólu i strachu. Może go to kręci?
Zadzieram głowę wyżej. Nie boję się ciebie, dupku – warczę w duchu, mimo że trzęsą mi się dłonie; mimo że bijąca od niego aura arogancji i przemocy wstrząsa mną do szpiku kości.
Ciemne oczy żołnierza wyzute są z uczuć, nie widać w nich nic.
Owszem, naszym wrogiem są Syfoni, ale jestem pewna, że prawdziwe oblicze zła widzę w tej chwili. W tym człowieku.