Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Winning destiny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
24,23
2423 pkt
punktów Virtualo

Winning destiny - ebook

Przez osiem lat Eva była przykładną żoną. Milczała, gdy Matt znikał na całe dnie. Nauczyła się żyć życiem, jakie ofiarował jej los. Uznała, że tak ma być i z czasem uwierzyła, że namiętność nie jest już dla niej. Aż jednej nocy, wraz z jednym pożarem, wszystko, co znała, legło w gruzach. Na ruinach starego życia pojawia się Aron, młodszy brat jej męża. Idol milionów kobiet. Mężczyzna, który zwykle dostaje wszystko, czego zapragnie. Książka przeznaczona jest dla osób pełnoletnich (18+).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-803-2
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_BREAKING NEWS:_

_ARON EDWARDS ZNOWU NA SZCZYCIE! NOWY ALBUM PODBIJA ŚWIAT, A TO DOPIERO POCZĄTEK!_

_Aron znów podbija pierwsze strony serwisów muzycznych i wspina się na sam szczyt list przebojów! Jego najnowszy album, wydany zaledwie kilka dni temu, już teraz okrzyknięto murowanym hitem, który ma realną szansę zdominować tegoroczną sprzedaż. Artysta po raz kolejny udowadnia, że to właśnie on rozdaje karty w świecie pop-rocka, a konkurencja może jedynie próbować dotrzymać mu kroku, bez większych szans na sukces._

_Rekordowy album, szał wśród fanów i pełne hale koncertowe przed startem trasy._

_A to dopiero początek newsów o Aronie!_

_Czy Aron podbije także Hollywood?_

_Według naszych informacji gwiazdor otrzymał propozycję zagrania głównej roli w filmie jednego z najbardziej uznanych reżyserów filmowych współczesnego kina. Jeżeli plotki okażą się prawdziwe, może nas czekać przełom w jego karierze, tym razem aktorskiej!_

_Jaką postać miałby zagrać? Z kim stanąć na planie?_

_Obiecujemy, będziemy was informować na bieżąco!_

_A w życiu prywatnym? Iskry lecą!_

_W branżowych kuluarach coraz częściej pojawia się nazwisko Cherry Lady, młodej piosenkarki, która szturmem zdobywa scenę, a podobno także serce Arona. Para widziana była już razem na kilku imprezach. Czy szykuje nam się najgorętszy romans tego roku? Czas pokaże!_

_Sam Aron w wywiadach przyznaje, że wciąż czeka na „tę jedyną._

_Czy to właśnie Cherry Lady?_

_A teraz przed wami najnowszy teledysk artysty do utworu „Destiny”!_

_Wizualna petarda, muzyczna perełka, oglądajcie koniecznie!_

_To wszystko od nas, ale o Aronie Edwardsie na pewno usłyszycie jeszcze nie raz. Śledźcie nasze wiadomości, bo ta gwiazda świeci coraz jaśniej!_Rozdział 1
Eva

Przyglądam się ekranowi telewizora, gdzie kamera uchwyciła zbliżenie twarzy przystojnego mężczyzny. Jego oczy są zamknięte, a duże słuchawki otulają jego uszy, izolując go od świata zewnętrznego. Stoi nieruchomo przed mikrofonem, całkowicie skupiony na chwili. Kiedy rozbrzmiewa pierwsza nuta muzyki, powoli otwiera oczy, a ja dostrzegam ich głęboki, piwny kolor, idealnie współgrający z jego jasno brązowymi włosami, które opadają luźno na czoło.

Jest coś w jego twarzy, co przykuwa moją uwagę, drobne zmarszczki przy zewnętrznych kącikach oczu. Subtelne i najbardziej widoczne, kiedy uśmiecha się delikatnie, jakby w odpowiedzi na wewnętrzną radość, którą czerpie z muzyki. Te zmarszczki dodają mu charakteru, sprawiając, że staje się bardziej ludzki, mniej odległy od zwykłych ludzi. To one przełamują jego nieskazitelny wizerunek, czyniąc go kimś realnym, autentycznym.

Nie dziwi mnie, że tysiące młodych kobiet wpatruje się w niego jak w obrazek. Jest nie tylko atrakcyjny, ale z jego twarzy emanuje ciepło, które przyciąga. Jego obecność na ekranie nie jest jedynie powierzchowną, fizyczną doskonałością. To bijąca od niego życzliwość i spokój sprawiają, że ma w sobie coś więcej niż zwykły urok. Coś, co sprawia, że czujesz się, jakbyś znał go od dawna, choć widzisz go po raz pierwszy.

Przez chwilę skupiam się na chłopaku na ekranie, a gdy zaczynają rozbrzmiewać pierwsze dźwięki muzyki, pozwalam sobie na zanurzenie w jego świecie. Choć nie należę do jego docelowej grupy odbiorców, szybko dostrzegam coś, co wyróżnia go spośród innych artystów. Jego teksty nie są pustymi frazesami. Są mądre, przemyślane, pełne głębi i znaczenia. Wciągają mnie, skłaniając do refleksji, mimo że zwykle nie sięgam po tego typu brzmienia.

Muzyka, którą tworzy, nie jest prostym i przewidywalnym popem, choć z łatwością mogłaby znaleźć swoje miejsce na listach przebojów. To dźwięki, które, mimo swojej dostępności, mają w sobie coś więcej, artystyczną jakość, która przekracza granice masowej rozrywki. Patrzę na niego z uznaniem, widząc w nim artystę pełnego pasji, nie tylko kolejnego młodego mężczyznę z ekranu telewizora. To nie jego uroda przyciąga uwagę, choć z pewnością nie można jej mu odmówić, a talent, charyzma i autentyczność bijąca z każdego jego występu sprawiają, że pozostaje w pamięci na dłużej.

Jego twarz pełna jest szczerość, skupienia, gdy śpiewa, i radości, kiedy zanurza się w dźwiękach muzyki. To właśnie to połączenie emocji i sztuki, jakie w sobie nosi, przyciąga tłumy i sprawia, że ludzie chcą go słuchać, chcą być częścią tego, co tworzy. Jest kimś więcej niż kolejnym celebrytą. To artysta z przekazem, który potrafi poruszyć serca i umysły. I to dlatego tak wiele osób go uwielbia.

— Złote dziecko, ja pierdolę — burczy pod nosem Matt, wyrywając mnie z zamyślenia. Jak każdego ranka, przed wyjściem do pracy ogląda poranny program informacyjny. Ale dziś na ekranie widnieje twarz Arona, jego młodszego brata. — Skarb rodzinny — kontynuuje, niezadowolony. — Co by bez niego zrobili rodzice. Z kogo byliby dumni?

Jego głos wypełnia kuchnię mieszanką irytacji i żalu. Odwracam wzrok od filiżanki kawy i patrzę na niego.

— O czym ty mówisz? — wtrącam się, próbując zrozumieć, jak znów doszło do tego, że temat Arona go elektryzuje z rana. — Twoi rodzice są równie dumni z ciebie, co z niego.

Matt prycha, jakby moje słowa były ledwie godne uwagi. Odwraca wzrok od telewizora i opiera się ciężko na krześle, jakby sam ten temat był ciężarem, który nosi od lat.

— Taaa, pewnie — rzuca z kpiną. — Ale ja nie jestem takim perfekcyjnym synem jak on. Nie osiągnąłem sukcesu i kariery, którymi mogliby się chwalić. Jestem tylko zwykłym facetem, który stara się przetrwać w tym pojebanym świecie — dodaje, krzywiąc się.

Znam tę twarz. Każdego ranka ta sama ponura mina żegna mnie przed wyjściem do pracy. Jego frustracja, unosi się w powietrzu, jak cień, który zawsze towarzyszy naszej codzienności.

Oczywiście, że przesadza. Znam jego rodziców od dziesięciu lat i widzę, jak cieszą się z sukcesów Arona. Ale to nie oznacza, że traktują Matta gorzej. Staram się nie wyrażać tego na głos, bo wiem, dokąd to prowadzi. Matt zacząłby wyrzucać żale z dzieciństwa, opowiadając mi po raz milionowy, jak Aron miał w życiu łatwiej. Prawda jest taka, że Matt nigdy nie przestał porównywać się do młodszego brata.

Aron, już w wieku dwudziestu lat, był finansowo niezależny. Kupił ogromny apartament w centrum miasta i robił to, co kochał. Teraz, mając trzydzieści lat, może spełniać swoje pasje bez ograniczeń. Matt, z kolei, starszy o trzynaście lat, od dawna pracuje w zawodzie, który go nie cieszy. Mieszkamy w skromnym mieszkaniu na przedmieściach, a nasze życie kręci się wokół kredytów, rachunków i narastających oczekiwań.

Jesteśmy w średnim wieku, ale według Matta nadal nie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. W jego oczach wciąż gonimy jakiś nieosiągalny cel, cień sukcesu, który stale wymyka się mu z rąk.

— Lecę, bo Tom znowu będzie się dopierdalał o spóźnienie — mówi nagle, podrywając się z krzesła i sięgając po neseser. Jego ruchy są szybkie, jakby chciał uciec od tego, co go tu trzyma.

— O której wrócisz? — pytam, choć nie oczekuję zbyt wiele słów. — Chciałabym wiedzieć, na którą godzinę zrobić obiad.

— Dzisiaj będę późno, bo po pracy mam mecz z chłopakami, a potem pewnie pójdziemy na piwo — mówi, rzucając mimochodem. — Zjem coś na mieście.

Jego wzrok na chwilę wraca do ekranu telewizora, na którym kończy się teledysk Arona. Prycha cicho, jakby sam widok brata wywoływał w nim falę gniewu i rozczarowania.

— Do zobaczenia — dodaje, nie odwracając się już do mnie, po czym wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

Zostaję sama w kuchni, wsłuchując się w cichy odgłos zamykającego się zamka. Wzdycham, patrząc na kubek zimnej już kawy, i zastanawiam się, ile jeszcze takich poranków przed nami. Ile jeszcze razy Matt pozwoli, żeby Aron był dla niego miarą wszystkiego, czego sam nie osiągnął.

Może kiedyś coś się zmieni. Może kiedyś zrozumie, że jego wartość nie zależy od tego, jak radzi sobie Aron.

Mam wieczór dla siebie. Z jednej strony kusi mnie, żeby pójść do kina, wtopić się w tłum anonimowych widzów, zatracić się w fikcji filmowej i przez dwie godziny zapomnieć o wszystkim. Z drugiej, może zaproszę Pam na wino? Pogadamy o pracy, o życiu, o tych małych codziennych frustracjach, które nagromadziły się przez ostatnie tygodnie. Pomyślę.

Wracam wzrokiem do telewizora, gdzie na ekranie wciąż widnieje Aron, mój szwagier. Niby część mojej rodziny, ale bardziej przypomina kogoś z zupełnie innego świata. Świata iluzji, migoczących świateł i sztucznej perfekcji, w którym każdy wydaje się być ponadprzeciętny, nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników. Patrzę na niego, na ten niewymuszony urok, który sprawia, że nie można odwrócić wzroku. Jest magnetyczny, to jego siła. Ale ta charyzma nie kończy się na wyglądzie. Równoważy ją talent, który podziwiają miliony. To fascynujące i niepokojące zarazem.

Matt żywi do brata niemal chorobliwą antypatię. Odkąd go poznałam, nosi w sobie tę wieczną urazę, to zacietrzewienie, które zawsze wydawało mi się irracjonalne i przesadzone. Może to zazdrość. Może poczucie niesprawiedliwości, że Aron jest jego całkowitym przeciwieństwem — beztroski, utalentowany, odnoszący sukcesy, kochany przez tłumy. Od zawsze unikają kontaktu. Ich relacja jest tak chłodna, że przez osiem lat mojego małżeństwa z Mattem widziałam Arona jedynie kilka razy i to przelotnie, jakby przypadkiem.

Nawet na naszym ślubie pojawił się tylko na krótką chwilę. Tłumaczył wtedy, że ma koncert, którego nie dało się odwołać. Dla Matta stało się to kolejnym pretekstem, by pielęgnować w sobie gniew i pretensje.

A jaki naprawdę jest Aron? Nie wiem. Cała moja wiedza o nim pochodzi z krzykliwych nagłówków tabloidów albo kąśliwych komentarzy mojego męża. W moim wyobrażeniu Aron to przede wszystkim gwiazda, perfekcyjny, wykreowany obraz artysty, którego podziwia się z bezpiecznej odległości, z ekranu telewizora.

Kim jest człowiek poza blaskiem fleszy? Tego wciąż nie potrafię sobie wyobrazić.

Jedno wkrótce ta niewiedza przestanie mieć znaczenie. Moje wyobrażenia na temat Arona Edwardsa, idola milionów i jednego z najbardziej utalentowanych muzyków swojego pokolenia, już niedługo zderzą się z rzeczywistością w sposób, którego nie da się przewidzieć. Bo nagle, zupełnie niespodziewanie, Aron wkroczy w moje życie i wywróci je do góry nogami.Rozdział 2
Aron

Przyjaciele wyciągnęli mnie do mojego ulubionego klubu, Fire. Choć szczerze mówiąc, wcale nie miałem na to ochoty. Czuję się wykończony. Ostatnio każdy dzień to nieustanna gonitwa, a promocja nowej płyty pożera wszystkie resztki energii. Nie rozumiem, dlaczego Gem, moja menedżerka, tak mocno naciska na dodatkowe wywiady, spotkania i sesje zdjęciowe. Przecież album sprzedaje się świetnie, a moje nazwisko już dawno stało się marką.

Czy naprawdę potrzebuję jeszcze więcej medialnego szumu?

Moim fanom mogę ufać, są wierni i oddani, a kolejne albumy znikają z półek jak świeże bułeczki. Po co więc ten ciągły wyścig o kolejną falę rozgłosu? Przez lata w tym biznesie wypracowałem sobie stabilną pozycję. Zbudowałem coś, czego wielu może mi zazdrościć: niezależność. Kocham swoją pracę. Kocham to, że mogę robić muzykę po swojemu i jednocześnie być finansowo samowystarczalny.

To coś, czego mój starszy brat nigdy nie osiągnął, on wciąż żyje na utrzymaniu rodziców. Wiem, że brzmi to ostro, ale naprawdę doceniam, że nie muszę liczyć na niczyją pomoc.

Jednak moje życie, choć naznaczone sukcesami, bywa też niesamowicie wyczerpujące. Czasem mam ochotę po prostu zamknąć się w swoim apartamencie, odciąć od świata na kilka dni, może nawet na tydzień i wreszcie odpocząć. Bez ludzi, bez pytań, bez konieczności udowadniania, że zawsze wyglądam perfekcyjnie.

Ale to tylko marzenie.

Każde wyjście z domu jest walką o prywatność. Paparazzi koczują pod moimi drzwiami, jakby czekali na moment, w którym powinie mi się noga. Każdy krok, każda nowa osoba obok mnie, natychmiast trafia pod mikroskop opinii publicznej. Nie mogę nawet spontanicznie wyskoczyć z kimś na kolację, bo nim zdążymy zamówić deser, nasze zdjęcia już krążą po mediach na całym świecie.

A potem zaczyna się festiwal nagłówków:

_„Nowa miłość Arona Edwardsa?”_

_„Tajemnicza kobieta u boku gwiazdy!”_

I rusza lawina spekulacji, która zdaje się nie mieć końca. Nie ma znaczenia, kim jest ta kobieta ani co naprawdę nas łączy. Wystarczy jedno zdjęcie, jeden kadr wyrwany z kontekstu, a po raz kolejny muszę się tłumaczyć z czegoś, co nigdy nie miało miejsca.

W klubie Fire jak zwykle tłum dopisuje, muzyka dudni w głośnikach, a parkiet pulsuje energią. Wszyscy wokół bawią się, tańczą, śmieją… A ja? Ja chciałbym po prostu odetchnąć. Choć na pozór jestem w swoim żywiole, w środku czuję się dziwnie samotny.

Od zawsze otacza mnie mnóstwo atrakcyjnych kobiet. Nie muszę się nawet starać, jedno spojrzenie, jeden uśmiech i wiem, że mogę mieć, kogo tylko zechcę. Przez lata to wydawało się proste: ja wybieram, one chcą bliskości ze „mną”. Myślałem, że to zabawne, jak szybko moja sława potrafi zburzyć wszelkie zahamowania.

Ale im jestem starszy, tym częściej zadaję sobie pytanie: co właściwie mi to daje?

Mogę zmieniać kobiety jak rękawiczki, jasne. Tylko że żadna z nich nie chce poznać mnie naprawdę. Nie pyta, czego pragnę poza chwilowym uniesieniem. Nie interesuje jej, o czym marzę, czego się boję, co mnie cieszy, co frustruje. Widzą wyłącznie „Arona Edwardsa”, gwiazdora z okładek, ikonę popu, ideał do podziwiania.

Nie widzą Arona, człowieka, który też czasem się gubi. Który chce zwyczajnej rozmowy. Który pragnie bliskości nie tylko fizycznej.

To męczy. Bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Przestałem czerpać przyjemność z przypadkowych relacji. Mam dość sztucznie wykreowanych piękności, które pojawiają się przede mną w skąpych kreacjach, z idealnie wyrzeźbionymi pośladkami, napompowanymi biustami, plastikowymi paznokciami i rzęsami dłuższymi niż ich zdania. To już mnie nie kręci. Nie szukam kolejnej lalki, którą mogę wykorzystać na jedną noc, a następnego dnia nawet nie pamiętać jej imienia.

Chcę czegoś więcej. Kogoś, kto zobaczy we mnie mężczyznę, nie markę.

Chcę kogoś prawdziwego. Kobiety, która ma własne zdanie, z którą mógłbym spędzić całą noc na rozmowie, siedząc na tarasie, patrząc w gwiazdy, dzieląc się marzeniami, rozmawiając o życiu i sztuce. Bez udawania. Bez presji, by natychmiast lądować w łóżku. Pragnę, by rozmowa potrafiła dać mi taką samą satysfakcję jak seks.

Chcę kobiety, która zobaczy we mnie człowieka, a nie medialny wizerunek. Kogoś, kto zrozumie moje lęki i pragnienia, kto doceni nie tylko to, co pokazuję światu, ale przede wszystkim to, co noszę w środku.

Mam dość tego płytkiego świata, w którym liczy się przede wszystkim fasada. Potrzebuję kogoś, kto wniesie w moje życie coś prawdziwego.

Dziś opuściłem klub wcześniej niż reszta ekipy. W pewnym momencie przysiadła się do mnie atrakcyjna blondynka, jeden uśmiech, kilka spojrzeń i wiedziałem już, dokąd to zmierza. Alkohol buzował we krwi, a moje ciało szybko przypomniało sobie, jak łatwo daję się ponieść pożądaniu. Nie musiałem wiele mówić. Wystarczyła propozycja, by przenieść się do mnie, bez wahania chwyciła za moją dłoń. Bez rozmów, bez pytań, bez potrzeby wymyślania pretekstów. Wszystko potoczyło się tak przewidywalnie. Jak zawsze.

Teraz siedzę na kanapie w swoim salonie, miękka skóra pod moimi dłońmi jest chłodniejsza niż zwykle. Blondynka klęczy przede mną, jej dłonie spoczywają na moich udach, a głowa porusza się w stałym rytmie. Jej usta obejmują mnie szczelnie, mokre i ciepłe. Teoretycznie powinienem czuć przyjemność. Powinienem odlecieć. Ale nie odlatuję.

Oddycham ciężko, próbuję skupić się na fizycznych bodźcach, znaleźć choć cień ekscytacji. W przeszłości bywało różnie, lecz zdarzały się kobiety, które potrafiły doprowadzić mnie do obłędu, ich język, dłonie, pewność ruchów sprawiały, że traciłem nad sobą kontrolę. Ta dziewczyna jest okropna. Jest jak ktoś wykonujący zadanie.

Monotonny ruch góra–dół.

Bez pasji. Bez ciekawości.

Jakby robiła to tylko dlatego, że tak wypada w obecności gwiazdy.

Patrzę na nią i czuję się, jakbym oglądał nieciekawy film, który widziałem setki razy. Zero kontaktu wzrokowego, zero inicjatywy, nawet jednej próby wyczucia mojego ciała. Tylko mechanika. Tylko plastikowa perfekcja, którą mogę znaleźć wszędzie, gdziekolwiek spojrzę.

W mojej głowie pojawia się jedna myśl: po co?

Mój oddech nie przyspiesza z rozkoszy, lecz z narastającej irytacji. Mięśnie mojego ciała nie drżą od napięcia, są rozluźnione, jakby odłączyły się od emocji.

Gdyby ktoś zobaczył nas teraz, powiedziałby, że żyję marzeniem milionów: piękne kobiety, pieniądze, sława. A jednak czuję się pusty. To kolejna noc, kolejna twarz, kolejne ciało. A ja, znów czuję, że jestem tylko obserwatorem własnego życia.

I ta świadomość uderza mnie mocniej niż jakikolwiek brak przyjemności. Bo z każdym takim momentem coraz bardziej wiem, że to nie jest to, czego naprawdę pragnę.

Nie już.

Jestem zrezygnowany, ale próbuję zmusić się do jakiegoś zaangażowania.

— Użyj ręki — mówię, lekko dysząc, pokazując gestem, co dokładnie ma robić. Dziewczyna patrzy na mnie, a potem próbuje, ale jej ruchy są nieudolne, mechaniczne, za mocne. Czuję, że to nie ma sensu. Chcę dojść, ale wiem, że w tym tempie i z takim podejściem nie mam na co liczyć. Zatrzymuję ją, wyjmując penisa z jej ust.

— Rozbierz się — rzucam chłodno, mając nadzieję, że jej ciało będzie wystarczającym bodźcem, by w końcu wyciągnąć z tego wieczoru coś więcej. Dziewczyna uśmiecha się, jakby tylko czekała na taką komendę, i zaczyna zdejmować ubrania.

Ma ładne ciało, zgrabne i proporcjonalne. Choć nic, czego bym już nie widział.

Drażnię ręką penisa, zakładając prezerwatywę, którą przygotowałem wcześniej. Stoi przede mną całkowicie naga, z widocznym błyskiem w oczach, jakby wierzyła, że to coś znaczy. Ale dla mnie to kolejne ciało w kolekcji, kolejna twarz, którą zapomnę, zanim znowu stanę przed lustrem.

— Połóż się — instruuję ją bez emocji. Kładzie się na sofie, wpatrując się we mnie, jakby czekała na coś więcej, może na jakąś grę wstępną. Nie dostanie tego. Nie mam zamiaru tracić czasu. Zbliżam się do niej, rozchylam jej nogi i wchodzę bez ceregieli. Jest wilgotna, co mnie nie zaskakuje. Nigdy nie spotkałem kobiety, która nie byłaby na mnie gotowa.

Wsuwam się łatwo, bez oporu. Zaczynam poruszać się coraz szybciej, przyspieszając tempo. Pojękiwania dziewczyny przemykają mi przez uszy jak biały szum. Nie interesuje mnie, co ona czuje. Jej przyjemność nie jest celem tego aktu. Chcę tylko jednego, dojść. Ulżyć sobie i zakończyć to szybko.

Ściskam jej pierś, starając się wkręcić w to, co robię, ale momentalnie czar pryska, sztuczna. Kolejna. Odwracam wzrok, a w głowie pojawia się złość: czy już nie ma kobiet, które są naturalne? Nawet te dwudziestki muszą coś poprawiać? To jakiś obłęd.

Kilka szybkich, mocnych pchnięć i ona dochodzi.

„Kurwa nie!” — krzyczę w myślach, zaciskając powieki, próbując jak najszybciej dojść, by zakończyć ten mechaniczny akt. Wchodzę w nią kilka razy, bez pasji, tylko po to, by rozładować napięcie. A kiedy osiągam swój cel, dyszę ciężko, jakbym odfajkował kolejną rzecz z listy obowiązków.

Opadam na sofę, oddalając się od niej, szukając przestrzeni, którą w tej chwili desperacko potrzebuję. Dziewczyna leży obok, uśmiechnięta, rozciągnięta na kanapie jakby była dumna z tego, co się właśnie wydarzyło.

— Było świetnie — mówi zadowolona, jej głos przeszywa ciszę, która nagle wydaje się cięższa. Prycham w myślach. Nie ma pojęcia, co znaczy naprawdę dobry seks.

Od czasu rozstania z Amandą seks stał się dla mnie rutynowym sposobem na rozładowanie napięcia. Żadnych emocji, żadnych fajerwerków. To kobiety odwalają większość roboty. Mnie brakuje ochoty, by angażować się bardziej, bo i po co? Przecież to zawsze kończy się tak samo.

— Sorry, ale musisz się już zbierać — mówię, unikając jej wzroku, starając się, żeby to zabrzmiało jak najmniej obcesowo. — Jutro mam wywiad, chciałbym się wyspać.

Kiwa głową ze zrozumieniem. Wstaje, zbierając swoje ubrania, wkłada obcisłą sukienkę. W milczeniu odprowadzam ją do windy, a ona nachyla się, by mnie pocałować w policzek. Uśmiecham się, choć w środku czuję się pusty.

— Dzięki — rzucam, próbując przynajmniej udawać, że jestem uprzejmy. Blondynka odwzajemnia uśmiech, może trochę zbyt promienny na to, co się naprawdę wydarzyło, i znika za zamykającymi się drzwiami windy.

Oddycham z ulgą. W końcu jestem sam.

Większość facetów pewnie zazdrościłaby mi takich przygód. Piękne kobiety, które same lgną, wystarczy, że skinę palcem. Dla nich to bajka, marzenie, a dla mnie puste. Pragnę czegoś więcej niż fizyczne zaspokojenie, które na chwilę rozprasza moją samotność. Tylko na chwilę, bo zaraz wraca jak bumerang.

Czy naprawdę jestem skazany na takie spotkania? Na kobiety, które interesują się tylko tym, żeby znaleźć się w moim łóżku? Na te, które chcą coś zyskać, pojawiając się u mojego boku? Ludzie myślą, że mam wszystko, że żyję w bajkowym świecie. Tylko nikt nie zauważa, że mimo tego wszystkiego, kariery, pieniędzy, przyjaciół, czuję się samotny. Nawet w towarzystwie ludzi, nawet z najbliższymi, czuję się jak obcy. Pragnę więcej, ale czy to „więcej” w ogóle istnieje w moim świecie?Rozdział 3
Tydzień później
Eva

Stres ogarnia mnie od stóp do głów. Trzymam w dłoni ciężką walizkę, ale to nie bagaż ciąży mi najbardziej, tylko ta przytłaczająca niepewność. Stoję w windzie, która powoli, niemal leniwie, pnie się ku górze, aż na najwyższe piętro: do penthouse’u Arona Edwardsa.

To miejsce na najbliższe miesiące stanie się naszym domem.

Ta myśl jeszcze do mnie nie dociera. Czuję się, jakbym właśnie weszła do czyjegoś snu albo do filmu, w którym dostałam rolę zupełnie przez przypadek. Wszystko wydaje się surrealistyczne, nierealnie idealne i trochę przerażające.

To, co jeszcze niedawno wydawało mi się stabilnym, uporządkowanym życiem, rozsypało się w jednej chwili na drobne kawałki. Pożar, który wybuchł z winy sąsiadki z parteru, w zaledwie godzinę pozbawił dachu nad głową piętnaście rodzin. Płomienie, które pochłonęły nasz blok, wyrwały nas z rutyny, z codziennych przyzwyczajeń i z poczucia bezpieczeństwa, które braliśmy za pewnik. Każdy stracił coś innego, mieszkanie, pamiątki, wspomnienia. A jednak wszystkie te indywidualne tragedie zlały się w jedną wielką niewiadomą, która teraz wisi nad nami jak ciężka chmura.

Matt stoi tuż obok, a na jego twarzy maluje się mieszanka gniewu i bezradności. Pod nosem mamrocze coś o „ciągu niefortunnych zdarzeń”, „niesprawiedliwości” i „pieprzonej idiotce”, ale słowa rozmywają się w tle. Moje myśli uparcie krążą wokół jednego: strach przed nowym początkiem i niepewność, jak teraz będzie wyglądało nasze życie.

— To się kurwa nie dzieje — syczy Matt, zaciskając zęby.

Winda zatrzymuje się, a drzwi rozsuwają się, odsłaniając przestronne, nowoczesne wnętrze penthouse’u. Zamieram, patrząc na luksus, który zupełnie nie pasuje do naszej rzeczywistości, w której każdy cent był przeliczany trzy razy, zanim go wydaliśmy.

Przymykam powieki i biorę głęboki oddech. Nie mam pojęcia, co przyniesie jutro. Ale wiem jedno, nic już nie będzie takie samo.

Nasze mieszkanie nie zostało zniszczone tak mocno jak te na parterze czy pierwszym piętrze. Mieszkamy na trzecim, więc ogień nie doszedł aż tak wysoko. Mimo to strażacy zakazali komukolwiek wchodzić do budynku. Musi przejść kontrolę i gruntowny remont, zanim znów będziemy mogli nazwać go domem.

Byłam załamana. Nie wiedziałam, co robić ani dokąd pójść. Matt zaproponował, żebyśmy wynajęli pokój w motelu, ale na samą myśl o kosztach czułam, jak narasta we mnie panika. Nie mieliśmy środków, by przez kilka miesięcy opłacać nawet najskromniejsze lokum.

Nie mogliśmy też wrócić do rodziców. Jedni mieszkali w zbyt małym mieszkaniu, drugi dom był daleko od naszych codziennych obowiązków. Każda opcja wydawała się zamknięta, jakby los stawiał przed nami same ślepe zaułki.

Właśnie wtedy, kiedy przestałam wierzyć, że znajdzie się jakiekolwiek rozwiązanie, zadzwonił Aron. Wiedział już od rodziców, co nas spotkało, i bez wahania zaoferował pomoc. Byłam zaskoczona, a Matt od razu się zapieklił. Jego duma i lata narastających uprzedzeń wobec brata nie pozwoliły mu przyjąć oferty. Rozmowy z Aronem zawsze go dołują, a frustracja wybucha przy najmniejszym bodźcu.

Dopiero po długiej kłótni z rodzicami i jeszcze dłuższej rozmowie ze mną Matt zacisnął zęby i zgodził się. Gdy mi o tym powiedział, w jego głosie brzmiał gniew, tak samo silny jak bezsilność. Widzę w jego spojrzeniu, że walczy z własnymi demonami. Ale prawda jest brutalna: nie mamy innego wyjścia.

Ja natomiast czuję się rozdarta, między lękiem a ciekawością. Co przyniesie nam los? Jakie wyzwania czekają za tymi nowymi drzwiami? Wiem, że będziemy musieli się dostosować, że nasze życie zmieni się bardziej, niż potrafię to sobie wyobrazić. A jednak, gdzieś pod warstwą niepokoju, tli się mała iskierka nadziei. Może właśnie ta sytuacja okaże się szansą. Może przyniesie coś świeżego, coś, co wzmocni naszą więź i otworzy drzwi do zrozumienia, o którym dotąd mogliśmy tylko marzyć.

Gdy drzwi windy rozsuwały się, moją uwagę przykuwa twarz Arona. Przystojna, wyrazista, a jego subtelny uśmiech sprawia, że w kącikach oczu pojawiają się delikatne zmarszczki, jak znak, że to nie jest sztuczny gest na pokaz, ale prawdziwe powitanie. Mój żołądek gwałtownie się ściska, a w głowie wiruje tysiąc myśli. Jak mam się zachować? Czy wyglądam na opanowaną? Błagam, by moje policzki nie przybrały koloru dojrzałych malin… choć serce wybija we mnie rytm, który kompletnie mnie zdradza.

Aron jest wysoki, na pewno ma ponad metr osiemdziesiąt pięć. Jego włosy, lekko potargane, układają się w pozornie przypadkowy, a jednak perfekcyjnie pasujący do niego nieład. Czarny, dopasowany T-shirt obrysowuje szerokie ramiona i wyrzeźbione bicepsy, dając wyobraźni więcej niż powinnam jej pozwalać. Mój wzrok, zupełnie niezależnie ode mnie, sunie w dół, po sylwetce, smukłych biodrach i długich nogach opiętych w idealnie leżące jeansy. To zwyczajny strój. A jednak na nim wygląda jak coś więcej. Jakby każdy detal został uszyty dokładnie pod niego. pod jego pewność siebie, nonszalancję i ten magnetyzm, który trudno zignorować.

_Cholera._

Jak można tak dobrze wyglądać?

Fala niepewności błyskawicznie przebiega przez moje ciało, mieszając się z nieprzyzwoicie intensywnym zachwytem.

— Cześć — mówi, podchodzi bliżej i zanim zdążę choćby mrugnąć, muska ustami mój policzek. Tak po prostu. Naturalnie. Jakbyśmy robili to od lat.

Serce przeskakuje mi jedno uderzenie, a oddech grzęźnie gdzieś w gardle. Jestem oszołomiona i zaskakująco szczęśliwa. W tym jednym, niewinnym geście czuję tyle ciepła i swobody, że aż mnie to onieśmiela. Zupełnie jakby dotknął czegoś, czego sama nie potrafię nazwać, potrzeby bliskości, której tak dawno nie czułam.

Aron wita się z Mattem uściskiem dłoni, a mój mąż, naburmuszony od kilku dni, ledwie zdobywa się na sztywne „hej”. Całą drogę powtarzał, że teraz jesteśmy na łasce jego brata. Widzę po nim, że wciąż rośnie w nim złość i zazdrość.

Zanim zdążę pomyśleć, Aron wyciąga do mnie rękę po walizkę. Pozwalam mu ją przejąć i wtedy jego palce muskają moje. To drobne muśnięcie, a jednak wystarcza, by w moim wnętrzu rozbłysła nagła iskra.

Boże. Aron Edwards mnie dotknął.

Dotyk lekki jak piórko, a jednak wystarczająco elektryzujący, by na chwilę zapomnieć, gdzie jestem i z kim tutaj jestem.

_Opanuj się, dziewczyno._

To tylko Aron.

Twój szwagier.

Nie żaden fantazmat z ekranu telewizora.

A jednak czuję, jak policzki delikatnie mnie pieką.

Jego zapach dociera do mnie, nim zrobi kolejny krok. Old Spice. Prosty, znajomy, męski.

To nie żadne ekskluzywne perfumy, których nazwy nie umiałabym wymówić. Nie aromat celebryty otoczonego luksusem. To zapach zwykłego faceta, ciepły, bliski, przyjemnie zaskakujący.

Zabawne.

Spodziewałam się przesadnego blichtru, kosztownych nut zapachowych, buteleczek za kilkaset dolarów. Tymczasem właśnie ta zwyczajność bardziej mnie ujmuje i chyba trochę rozbraja.

Stoję jak zaczarowana, z tą absurdalną myślą w głowie: że może ten mężczyzna, którego cały świat widzi jako gwiazdę dla mnie za chwilę stanie się kimś zupełnie innym. Kimś realnym.

Czuję niespodziewany przypływ nostalgii, przez który Aron staje się bliższy. Bardziej ludzki. To przyjemne uczucie, ale jednocześnie niebezpieczne, bo zaczynam patrzeć na niego inaczej. Nie jak na odległą gwiazdę z ekranów telewizji, ale jak na mężczyznę z krwi i kości, stojącego tuż obok mnie.

Ten prosty zapach, tak zwyczajny i swojski, kruszy moje dotychczasowe wyobrażenia o nim. Sprawia, że zaczynam się zastanawiać: kim Aron Edwards jest naprawdę, gdy gaśnie światło reflektorów? Co lubi? Czego się boi? Za czym tęskni? Jakie ma marzenia, o których nikt nie wie?

Myśl o tym, ile tajemnic może skrywać za swoim uśmiechem, sprawia, że serce bije mi szybciej. Jestem zaintrygowana i odrobinę przestraszona tym, jak łatwo ta nowa rzeczywistość może zmienić wszystko, co do tej pory uważałam za pewne.

— Przykro mi, że spotkało was coś takiego. Zostańcie tu tak długo, jak będzie trzeba — mówi z łagodnym uśmiechem. W jego głosie nie ma ani krzty litości, tylko ciepło i szczera troska. To wystarczy, by choć na chwilę rozpuścić twardy lód stresu w mojej piersi.

Aron chwyta moją walizkę tak naturalnie, jakby gościnność była dla niego codziennością. Jego ruchy są swobodne, pewne, zupełnie jak na scenie, choć to przecież zwyczajna sytuacja. A przynajmniej powinna być.

Matt idzie obok, burcząc pod nosem coś o „ostentacyjnym luksusie”. Ledwo przekroczyliśmy próg, a on już krytykuje wszystko wokół i choć wiem, że cała złość jest tylko parawanem dla bezradności, jego szorstkość sprawia, że robi mi się ciężko na sercu.

Ja, Matt i Aron. Ta układanka jeszcze długo nie będzie pasować.

— Dziękujemy, że nas przyjmujesz — mówię cicho, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie. To surrealistyczny moment. Jeszcze wczoraj stałam przed zgliszczami naszego domu, a dziś mieszkam pod jednym dachem z Aronen Edwardsem.

— Wasza sypialnia jest w głębi mieszkania. Macie też prywatną łazienkę, więc będziecie się czuli swobodnie — wyjaśnia, kierując spojrzenie prosto na mnie. Uśmiecha się tak, jakby chciał dodać otuchy i to działa. Może aż za dobrze.

Jego wzrok jest miękki, uważny, jakby widział nie tylko zmęczenie wypisane na mojej twarzy, ale też cały chaos, który noszę w środku. I nagle żałuję, że nie miałam czasu poprawić makijażu, rozczesać włosów, choćby zmienić koszulki. Obok niego czuję się jak dziewczyna złapana znienacka przez los, roztrzęsiona, niepewna, kompletnie nieprzygotowana na to, co właśnie się zaczyna.

— Tam będziecie mieć spokój. Czasem wpadają do mnie znajomi i robi się całkiem głośno — dodaje, a jego ton na moment staje się bardziej miękki, niemal intymny.

— Nie przejmuj się nami — odpowiadam szybko, próbując rozładować napięcie, choć czuję je w każdym kroku Matta, który idzie za nami z miną skazańca. — Nie chcemy, żebyś zmieniał dla nas swoje życie.

Aron uśmiecha się ponownie, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że naprawdę niczego nie musimy się obawiać.

Wprowadza nas do pokoju, który jest dosłownie połową wielkości naszego starego mieszkania. Wnętrze jest nowoczesne, ale nie przesadzone. Ciepłe barwy ścian nadają mu przytulności, a brak zbędnych ozdób sprawia, że można tu swobodnie oddychać. Jest jasno, świeżo i zaskakująco domowo.

W centrum stoi duże, eleganckie łóżko z miękką pościelą, aż proszącą, by się w nią zanurzyć. Obok, niewielki stolik i dwa krzesła, a naprzeciwko kanapa, która wygląda jak idealne miejsce do zawinięcia się w koc i udawania, że problemy nie istnieją. W rogu, urocza toaletka przy oknie, jej lustro łapie promienie światła, dodając pokojowi subtelnej magii.

— Dziś rano tu posprzątano, a w łazience macie komplet szlafroków i ręczników — mówi, jego głos brzmi kojąco, jakby każdy szczegół został przemyślany pod nasze potrzeby.

— Mam nadzieję, że nie zajmujemy ci zbyt dużo miejsca? — pytam, a słowa od razu kłują mnie w policzki. Po co ja to mówię?

— Nie — odpowiada lekko. — Moja sypialnia jest po drugiej stronie. Tu będzie wam wygodnie.

Kiwam głową, jednocześnie wewnętrznie przewracając oczami na własną nieporadność. Każda kolejna minuta utwierdza mnie w przekonaniu, że trafiliśmy do miejsca, które może dać nam coś więcej niż tylko dach nad głową.

— Może kolacja? — proponuje Aron naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. — Przy okazji omówimy, co najważniejsze.

Jego propozycja brzmi normalnie. Zwyczajnie. A jednak gdzieś pod skórą czuję dreszcz, jakby od tej kolacji mogło zacząć się coś, czego żadne z nas jeszcze nie przewiduje.

Nie wiem, co przyniesie ta kolacja, ale przeczuwam, że może stać się okazją nie tylko do lepszego poznania Arona, lecz także do zbudowania między nami relacji, która da choć odrobinę ulgi w tym wszystkim. Matt, stojący obok, sprawia wrażenie znudzonego samą propozycją, ale ja chcę spróbować. Może dzięki temu pojawi się między nami nowa, spokojniejsza dynamika. Taka, która pozwoli nam przetrwać ten czas w większej harmonii.

— Oczywiście, z przyjemnością — mówię, choć kątem oka widzę, że Matt ani myśli wesprzeć tę pozytywną atmosferę.

— Świetnie. To może za godzinę? — proponuje Aron.

Ponownie kiwam głową, starając się wyglądać na opanowaną, a nie na kogoś, komu zaraz ugną się nogi pod ciężarem emocji.

— Rozpakujcie się i odpocznijcie. Do zobaczenia — dodaje, po czym spokojnie wychodzi z pokoju.

Z ulgą wzdycham, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo byłam spięta od chwili, gdy tu weszliśmy. Mam nadzieję, że wkrótce to minie i że obecność Arona stanie się dla mnie czymś zupełnie naturalnym.

Matt siada na łóżku, wyraźnie obrażony.

— Czy nie możesz się chociaż odrobinę postarać? — pytam, próbując powstrzymać irytację. — Naprawdę nam pomaga. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie zaoferował nam tego pokoju.

— Teraz będzie mógł pokazać swoją wyższość nade mną — burczy, jakby był małym dzieckiem. Jego sposób myślenia frustruje mnie do granic. Brat zapewnił mu darmowy dach nad głową w centrum miasta, skracając drogę do pracy o połowę w porównaniu z naszym starym mieszkaniem. Mamy komfort, bezpieczeństwo i przestrzeń, a on wciąż widzi w tym tylko podstęp i triumf Arona.

— Nie nakręcaj się — próbuję złagodzić atmosferę. — Przecież był miły — dodaję, rozglądając się po pokoju.

— Jebany „milusi typ” — syczy z sarkazmem. Jego ciągłe narzekanie mnie męczy. Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiałoby się wydarzyć, żeby w końcu zmienił nastawienie. Obawiam się, że codziennie będzie wyrażał takie niezadowolenie.

Postanawiam przerwać rozmowę i idę do łazienki, żeby sprawdzić, jak wyglądam, próbując choć na chwilę odciąć się od jego wiecznej frustracji.

Jest dokładnie taka, jak się spodziewałam, przestronna i nowoczesna. W łazience znajduje się zarówno kabina prysznicowa, jak i kwadratowa wanna. Nachylam się nad nią, zauważając, że ma hydromasaże. Już sama myśl o relaksującej kąpieli wywołuje u mnie dreszcz przyjemności. Dwie umywalki, przy których leżą świeże ręczniki oraz kubeczki z nowymi szczoteczkami i pastą, dopełniają całości.

Czuję się, jakbym trafiła na wymarzone wakacje w luksusowym hotelu. Na chwilę zapominam o powodach, które nas tu sprowadziły, i pozwalam sobie odetchnąć.

Wracam do pokoju w nieco lepszym nastroju.

— Potraktuj to jak przygodę — mówię do Matta, który właśnie układa ubrania w eleganckiej, czarnej komodzie.

— Taa, jasne — burczy ponownie, co zaczyna mnie irytować.

— Matt, to twój brat. Daj mu szansę. Nie miałeś z nim kontaktu od dawna, więc nie wiesz, jaki naprawdę jest.

— Naprawdę? To rozpieszczony chłopak, który zawsze uważał, że należy mu się więcej niż mnie — odpowiada z niechęcią. — Rodzice wydawali fortunę na jego lekcje śpiewu i aktorstwa, inwestowali w każdy casting, bo on miał talent, a ja nie.

— Co ty wygadujesz? — przerywam, zniecierpliwiona. — Kiedy on chodził na lekcje i casting, ty byłeś już dorosły. — Przypominam mu o różnicy wieku między nimi. Jego pretensje wydają się absurdalne. Rodzice nie zaniedbali jego edukacji kosztem Arona.

Matta jeszcze bardziej denerwuje fakt, że Aron, gdy tylko zaczął dobrze zarabiać, odwdzięczył się rodzicom, kupując im piękny dom na Hawajach. Mąż nie może tego znieść, bo jego nie stać na podobne gesty, ale nie rozumie, że nikt tego od niego nie wymaga.

— Matt, minęło sporo czasu, a ty wciąż nosisz w sobie urazy z dzieciństwa. Spróbuj chociaż na czas naszego pobytu odpuścić.

— Nie chcę się z nim kumplować — odpowiada jak zawsze, z uporem typowego nastolatka.

— Nie musisz, ale przestań zachowywać się, jakbyś był ofiarą. Bo nie jesteś — podkreślam stanowczo.

Znikam w łazience, zostawiając jego burczenie za sobą, by zakończyć tę bezsensowną rozmowę i poprawić makijaż przed kolacją.Rozdział 4
Aron

— Co za koszmar — szepczę pod nosem, zamykając się w swoim pokoju.

Aby zagłuszyć negatywne myśli, włączam muzykę. Wypełnia przestrzeń i na chwilę pozwala mi zatonąć w jej rytmie. Mam nadzieję, że z czasem będzie łatwiej.

Mówiłem mamie, że to nie jest dobry pomysł, żeby Matt tu zamieszkał. Chciałem zaproponować, że zapłacę mu za mieszkanie lub hotel, ale mama stwierdziła, że taki gest spotkałby się z jeszcze większą niechęcią z jego strony niż sama perspektywa wspólnego mieszkania.

Szczerze mówiąc, nie cieszy mnie jego obecność. Jego wiecznie naburmuszona mina jest irytująca, a poza tym nigdy nie mieliśmy wspólnych tematów i nadal ich nie mamy. Brakuje mu pasji, energii, która popychałaby go do działania lub pozwalała szukać radości w życiu.

Między nami zawsze istniała przepaść wieku, którą on nieustannie podkreślał, powtarzając, że poza rodzicami nic nas nie łączy. Od początku miałem poczucie, że nie był zadowolony z mojego pojawienia się na świecie. Przez trzynaście lat był jedynakiem, a kiedy się urodziłem, według niego wszystko się zepsuło. Już jako dziecko słyszałem od niego, że jego „wspaniałe życie” rozpadło się z mojego powodu.

Długo nie rozumiałem tej niechęci. Starałem się, żeby mnie polubił, chciałem mieć starszego brata. Kiedy jednak zrozumiałem, że to niemożliwe, odpuściłem. Znalazłem własną drogę i ludzi, którzy wypełnili pustkę po nim. Matt mnie odrzucił, więc przestałem walczyć o jego aprobatę.

Nie spotykaliśmy się często przez ostatnie lata, ale teraz widzę, że nic się nie zmieniło. Może tylko tyle, że jego twarz stała się jeszcze bardziej szara i pełna goryczy.

Na szczęście jest z nim jego żona, Eva. Wydaje się miła i może stanowić pewien balans między mną a Mattem. Ma łagodne rysy twarzy, które wcześniej umykały mojej uwadze, dopiero teraz dostrzegam jej delikatność. Wygląda naturalnie, bez przesadnego makijażu. Jej migdałowe oczy pełne są energii i radości, a cała jej postawa emanuje ujmującym wdziękiem.

Na razie wydaje się trochę spięta, ale dam jej czas. Zna mnie raczej z telewizji i gazet niż z rodzinnych spotkań, więc mogę być dla niej tym „facetem ze szklanego ekranu”. Myślę, że przetrwamy ten wspólny czas, o ile ona będzie działać jako bufor między mną a Mattem.

Postaram się też nie martwić na zapas. W końcu jestem u siebie. Apartament jest przestronny, a pracy mam mnóstwo. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie, nie będziemy zbyt często na siebie wpadać i jakoś przetrwamy ten okres przymusowej integracji.Rozdział 8
Aron

Nie mogę zasnąć. Myśli o Evie powracają uparcie, jakby nie chciały dać mi spokoju. Słowa moich przyjaciół wciąż dźwięczą mi w głowie — _„Mógłbyś sprawić, że stałaby się rasową kotką”_. Ten komentarz odbija się echem, wciągając mnie w mroczne zakamarki wyobraźni, w które nie powinienem się zapuszczać.

Widzę przed oczami jej uśmiech, ciepły, szczery, trochę nieśmiały. Jej oczy, gdy się śmiała, błyszczały w sposób, który trudno mi zapomnieć. Widziałem ją dziś tylko przez chwilę, a mimo to zdążyła rozbudzić coś we mnie. Zastanawiam się, jak potoczy się nasza relacja w najbliższych dniach. Mam nadzieję, że poczuje się swobodnie. Chciałbym poznać ją naprawdę, taką, jaka jest, gdy nikt nie patrzy. Bez dystansu, bez roli żony mojego brata.

Nie potrafię przestać myśleć o tym, jak wygląda ich codzienność. Eva wydaje się jego zupełnym przeciwieństwem, łagodna, cierpliwa, spokojna. Matt zawsze był impulsywny, wiecznie poirytowany, jakby cały świat robił coś wbrew niemu. A ona, jakby potrafiła tę burzę łagodzić. Podczas kolacji widać było, że zna go aż za dobrze, że nauczyła się nie reagować. I w tym właśnie było coś smutnego.

Myślę o nich razem. O tym, jak wyglądają, kiedy zostają sami. Czy on w ogóle potrafi być czuły? Czy potrafi ją dotknąć tak, żeby poczuła, że jest kochana? Nie sądzę. Nie widzę w nim czułości. Raczej złość, frustrację, potrzebę kontroli.

Nie mają dzieci. To mnie zastanawia. Eva mówiła o swojej pracy z dziećmi z taką pasją, że trudno mi uwierzyć, by nie chciała mieć własnych. Czy to ich wspólna decyzja, czy może on nie chciał? Albo, gorzej, ona nie może? Mama tyle razy wspominała, że chciałaby zostać babcią, że marzy o tym, by dom znów wypełnił dziecięcy śmiech. A żaden z nas nie spełnił tego pragnienia.

Kiedy wrócił dziś wieczorem, widziałem go przelotnie, był pijany. Przeszedł obok mnie, nawet nie zauważając. I wtedy zaczęła się we mnie rodzić myśl, której nie potrafię się pozbyć. Jak zachowuje się wobec niej, gdy wraca w takim stanie?

Wiem po sobie, że po alkoholu staję się inny. Bardziej natarczywy, bardziej prymitywny. Czasem wypełnia mnie czysta, nieokiełznana potrzeba seksu.

Czy on też tak ma?

I jeśli tak, czy Eva wtedy się przed nim cofa, czy po prostu milczy i pozwala mu robić, co chce?

Boże, co mnie to w ogóle obchodzi?!

Nigdy nie zastanawiałem się, jak czują się kobiety, z którymi śpię po kilku drinkach. Nie pytałem, czy im to przeszkadza. Skoro wracały do mnie, skoro się nie wahały, uznawałem, że wszystko jest w porządku.

Ale myśl o Evie działa inaczej. Zastanawia mnie. Intryguje. I cholernie mnie niepokoi to, że chcę wiedzieć więcej.

Dobrze, że jutro mnie tu nie będzie. Viper zaplanowała wyjazd nad morze, trochę odpoczynku, trochę ciszy, chwila wytchnienia od miasta. Teraz ten pomysł wydaje się jeszcze lepszy. W niedzielę pewnie znów spotkam Matta w apartamencie, a jego towarzystwa wolałbym uniknąć. Za to chętnie spędziłbym więcej czasu z Evą. Sam na sam. Bez jego obecności.

Nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok, a jej twarz wciąż pojawia się przed oczami.

Jej uśmiech. Jej głos.

Sposób, w jaki patrzyła na mnie z lekkim zakłopotaniem, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.

Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. To przecież żona mojego brata.

A jednak myśl o niej rozgrzewa mnie od środka, pulsuje gdzieś pod skórą, jakby ciało wymknęło się spod kontroli.

Muszę sobie ulżyć, bo z tymi emocjami, które czuję, nie zasnę.

Śpię na nago, więc bez wahania moja ręka zaciska się na penisie i zaczynam poruszać nią w górę i w dół. Przyjemne doznania zaczynają napływać.

Zamykam oczy i widzę uśmiechniętą twarz Evy, a podniecenie roślinie.

_Cholera!_

Moje pożądanie się nasila, dlatego poruszam ręką coraz szybciej.

Przyjemne uczucie przepływa po moim ciele. Myślę o niej. A po chwili, szybciej niż sądziłem dochodzę, czując jak sperma spływa mi po ręce.

_Cholera!_

Syczę zirytowany sam na siebie! Właśnie zrobiłem sobie dobrze do wizerunku szwagierki.

„Zachowuję się jak nastolatek”, myślę z przekąsem.

Jeśli już pierwszego dnia tak na mnie działa, to co będzie dalej?Rozdział 16
Aron

Mój brat to palant. Niestety, tacy ludzie w zadziwiający sposób potrafią przyciągać świetne kobiety. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale im większy cham, tym większa szansa, że trafi na sensowną, dobrą, mądrą kobietę, która będzie go znosić. Jakby miała w sobie coś, co każe jej wierzyć, że on w końcu się zmieni. A ona jest zbyt porządna, by go kopnąć w tyłek i odejść.

To frustrujące obserwować, jak takie kobiety marnują swój czas na kogoś, kto nie docenia ich wartości. Czasem zastanawiam się, skąd to się bierze, czy to nadzieja, naiwność, czy potrzeba naprawienia kogoś, kogo nie da się naprawić?

Mam sporo kobiet w swoim otoczeniu, ale niewiele takich, które chciałbym zobaczyć ponownie. Przez lata skupiałem się na pracy, a relacje ograniczałem do zaspokajania podstawowych potrzeb. Sypiałem z kobietami, zmieniałem je jak skarpetki, nie inwestowałem w to żadnych emocji.

Jeszcze nie spotkałem takiej kobiety jak Eva. Jej widok mnie cieszy. Rozpala. Kiedy na nią patrzę, chcę, żeby czas się zatrzymał.

To, co opowiedziała mi o stosunku mojego brata do dzieci, zdenerwowało mnie bardziej, niż powinno. Jak można tak traktować kobietę, wiedząc, jak bardzo kocha dzieci?

To najlepszy dowód na to, że o takich rzeczach powinno się rozmawiać przed ślubem. Nie ma nic złego w tym, że ktoś nie chce mieć dzieci. Złe jest zmuszanie partnera, by zrezygnował z czegoś, co dla niego ważne.

Uważałem, że małżeństwa są przereklamowane. Że wiążą ręce i bardziej komplikują życie, niż je upraszczają. Przez lata to się sprawdzało aż w końcu zdałem sobie sprawę, że jestem zmęczony swoją rutyną. Że mam dość anonimowego seksu i pustych poranków.

Chcę mieć kogoś, z kim mogę rozmawiać w środku nocy.

Kogoś, z kim wypiję rano kawę, kto opowie, co będzie robił w ciągu dnia.

Mój brat, ten wiecznie obrażony na życie egoista, ma coś, czego ja nie mam i nie ma o tym pojęcia. Bo jest przekonany, że Eva nigdy nie zaryzykuje i nie odejdzie.

Czasem zastanawiam się, dlaczego ta mądra, wrażliwa, subtelna kobieta w ogóle go toleruje.

Gdybym ja ją miał pragnąłbym, żeby każdego dnia się uśmiechała. Jej ciepły uśmiech potrafi rozjaśnić wszystko.

To, że przyszła do mnie w szlafroku i bez makijażu, kompletnie mnie rozbroiło. Wiele kobiet, z którymi byłem, panicznie bało się pokazać bez makijażu. Większość z nich uciekała do łazienki w środku nocy, żeby poprawić kreskę na oku. Trauma przed „naturalnością”.

A Eva?

Po prostu przyszła. Prawdziwa. Obecna. A ten puchaty szlafrok… Oczarował mnie.

I oczywiście zacząłem się zastanawiać, co ma pod nim. W czym śpi. Koszula nocna? Delikatna piżama?

Przy niej czuję się inaczej. Lżej. Naturalniej.

Rozmawia się z nią łatwo. Pyta, słucha, myśli, potrafi bronić swojego zdania. Nie jest nudna. Nie jest „kolejną fanką”. Jest kobietą, którą chce się poznawać dalej.

Zasługuje na kogoś lepszego niż mój brat.

Ta myśl nie daje mi spokoju.

A gdybym spróbował przekonać ją do siebie? Czy miałbym szansę?

Taki krok wywołałby rodzinny skandal. Mój brat nigdy by mi tego nie wybaczył, ale szczerze mówiąc? Nie wiem, czy miałbym wyrzuty sumienia.

Zanim jednak spróbuję cokolwiek jej uświadomić, muszę to przemyśleć. Nie chcę wprowadzać zamieszania w jej głowie. Nie chcę robić jej krzywdy.

Jednocześnie wiem, że zasługuje na więcej, niż Matt jej daje.

I wiem, że ja mógłbym jej to „więcej” dać. Szczęście. Bliskość. Zrozumienie.

Tylko, czy ona byłaby gotowa na taki krok?

Czy mogłaby zobaczyć we mnie kogoś więcej niż tylko brata swojego męża?

Te pytania krążą mi po głowie i nie chcą przestać. A ja bardzo chcę znaleźć na nie odpowiedzi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij