Wiosna w sercu - ebook
Wiosna w sercu - ebook
Nie da się powstrzymać wiosny szalejącej w sercu, nawet jeśli jesteś najbardziej rozważną prawniczką na świecie
Lucy Shakespeare jest niezwykle ambitną i dobrą prawniczką. Ma pod kontrolą wszystko i wszystkich i nie pozwala sobie na spontaniczność oraz kierowanie się uczuciami. Kiedy poznaje nowego zleceniodawcę, wie że musi bardziej niż zwykle pilnować granicy z klientem, bo Lachlan MacLeish to kuszące niebezpieczeństwo ubrane w elegancki garnitur.
Lachlan MacLeish zawsze wybiera najlepszych do współpracy. Dlatego do prowadzenia swojej sprawy wybrał najlepszą, i jak się okazało, najbardziej pociągającą prawniczkę. Po każdym spotkaniu przypomina sobie, że musi skupić się na odzyskaniu Glencarraig, a nie na smukłych plecach Lucy.
Oboje balansują na krawędzi pożądania, oboje starają się zachować ostrożność. To tylko kwestia czasu, kiedy podczas ich wspólnych służbowych podróży od Szkocji przez Paryż aż po Nowy Jork, złamią swoje zasady. Oboje zaczną zastanawiać się, czy czasem nie warto zaryzykować i oddać ster uczuciom.
__
O autorce
Carrie Elks to autorka współczesnych romansów, pełnych zwrotów akcji i elektryzującego napięcia pomiędzy bohaterami. Jej pierwsza książka została przetłumaczona na osiem języków. Carrie mieszka ze swoim mężem, dwójką uroczych dzieci i ukochanym psem o imieniu Platon. Kiedy nie pisze i nie czyta, sączy wino lub gawędzi ze znajomymi i fanami w mediach społecznościowych.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66338-16-6 |
| Rozmiar pliku: | 925 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Widać nie kłamie żaden z podróżników, choć mu nie ufa tłum głupców w ojczyźnie.
– Burza*
Lucy Shakespeare strząsnęła krople deszczu ze swojej parasolki Burberry − jednolicie czarnej z wierzchu, z tradycyjnym wzorem w beżową kratę od spodu − i włożyła ją do stojaka, po czym podniosła dłoń, żeby sprawdzić, czy edynburski deszcz nie zmoczył jej blond włosów. Z sądu okręgowego do kancelarii Robinson & Balfour przyjechała taksówką, ale nawet niewielka odległość, jaka dzieliła krawężnik od eleganckiego wejścia do budynku z piaskowca, nie zdołała uchronić jej przed wiosenną ulewą. Zrzuciła z ramion płaszcz przeciwdeszczowy i wsunęła go na wieszak, po czym zawiesiła na stojaku i wygładziła zagniecenia. Następnie obróciła się i weszła do biura.
– Oto nadchodzi zwycięska bohaterka. − Lynn, asystentka Lucy, wstała, a jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. − Gratulacje, pewnie jesteś bardzo szczęśliwa.
– Nie aż tak szczęśliwa, jak klienci − odparła Lucy. − Kiedy ostatnio ich widziałam, szli do pubu i zamierzali zamówić dla wszystkich szampana.
– A ciebie nie zaprosili? − zapytała Lynn, odbierając od Lucy brązową skórzaną teczkę.
– Proponowali, ale odmówiłam. Chciałam dokończyć papierkową robotę. − I może jeszcze wpaść do biura, żeby trochę pochełpić się zwycięstwem. Ale czy można było ją za to winić? Ta rozprawa była owocem wielu miesięcy pilnej pracy. Studiowania starych dokumentów, zbierania niezliczonych zeznań, nie wspominając już o pouczaniu klientów, żeby zachowali jak najserdeczniejsze stosunki z krewnymi. Prawo spadkowe wyzwalało w ludziach tyle samo emocji co rodzinne, mimo że rozprawy dotyczyły testamentów i majątków. Nie do wiary, jak szybko relacje potrafią się zepsuć, kiedy w grę wchodzą pieniądze.
Lucy spojrzała na matowe szyby gabinetów, za którymi pracowali starsi partnerzy.
– Malcolm słyszał już o wyroku? − Jej wzrok zatrzymał się na przytwierdzonej do drzwi tabliczce z metalową ramką: Malcolm Dunvale. Kierownik działu prawa rodzinnego i spadkowego.
– To właśnie on mi powiedział. I wyglądał przy tym na bardzo szczęśliwego. − Lynn rozpromieniła się jeszcze bardziej na to wspomnienie. − Chce, żebyś wpadła do niego w wolnej chwili. Przekażę mu, że wróciłaś.
– Daj mi tylko parę minut, żebym mogła się odświeżyć − powiedziała Lucy, idąc w stronę ciężkich dębowych drzwi prowadzących do toalet.
– Napijesz się kawy? − zawołała jeszcze Lynn za jej oddalającą się sylwetką.
Lucy obróciła się i uśmiechnęła.
– Tak, bardzo chętnie. Nie piłam nic, odkąd pojechałam do sądu.
Pięć minut później, po poprawieniu fryzury i makijażu, Lucy weszła do gabinetu Malcolma Dunvale’a. Jak we wszystkich pokojach starszych partnerów znajdowały się tu wielkie okna, które wychodziły na miasto i ukazywały edynburską starówkę w pełnej, przesiąkniętej deszczem okazałości. W oddali widziała zamek osiadły majestatycznie na wzgórzu Castle Rock − górujący na trawiastym wzniesieniu budynek sprawiał wrażenie czegoś niemalże organicznego, tak jakby wyrósł prosto z ziemi, a nie dzięki pracy człowieka.
Lynn nazywała te gabinety skrzynkami oddechu.
Malcolm podniósł wzrok znad laptopa.
– O, Lucy, jesteś. Usiądź − powiedział, wskazując na czarny skórzany fotel stojący najbliżej niej. Przeczesał dłonią swoje krótko przycięte siwe włosy, a następnie zdjął okulary do czytania, złożył je starannie i umieścił obok klawiatury.
Lucy usiadła, wygładziła spódnicę, po czym skrzyżowała nogi w kostkach i wyprostowała kręgosłup.
– Witaj, Malcolmie.
– Bardzo się ucieszyłem z wiadomości o wyroku − stwierdził, opierając się w fotelu, i upił łyk swojej kawy. − Ty pewnie też.
Pokiwała głową, pozwalając, żeby na jej usta wypłynął cień uśmiechu.
– Mogło się to różnie skończyć, ale ostatecznie wygrała właściwa strona. − Nie zawsze tak było: w końcu już ładnych parę razy przegrała. Ale kiedy wszystko układało się pomyślnie, nie dało się tego porównać z żadnym innym uczuciem.
– Kiedy wracałaś do biura, zadzwonił do mnie Robert Douglas. Jest tak zadowolony z orzeczenia, że chce przenieść wszystkie swoje sprawy do Robinson & Balfour, a jak sama wiesz, to całkiem spory interes.
– To wspaniale. − Zachowała neutralny wyraz twarzy, ale jej dłoń zwinęła się w pięść. − Cieszę, że moja praca pomaga zespołowi.
– Hm, podoba mi się twoja angielska powściągliwość − powiedział Malcolm. − A tak na poważnie, zamierzam mocno cię pochwalić na następnym zebraniu partnerów. Zasługujesz na uznanie za to, co zrobiłaś.
Lucy pozwoliła, żeby spłynęło na nią ciepło tych słów.
– Dziękuję, doceniam twoje wsparcie.
– A teraz chciałbym poprosić cię o przysługę. − Malcolm odstawił filiżankę, po czym sięgnął po teczkę leżącą na odległym skraju biurka. − Masz czas na dodatkową sprawę?
– Myślę, że tak.
– Dostaliśmy ciekawą rzecz od pewnego mojego znajomego ze Stanów. Szukają kogoś, kto specjalizuje się w szkockim prawie spadkowym, więc naturalnie od razu pomyślałem o tobie. Trzeba będzie pojeździć trochę po świecie, ale to nie problem, prawda?
– Oczywiście, że nie. Zawsze jestem gotowa do podróży, jeśli zachodzi taka potrzeba. − Była to jedna z największych zalet jej pracy. Uwielbiała odwiedzać nowe miejsca.
– A my bardzo to doceniamy. Zdziwiłabyś się, ilu członków naszego zespołu nie chce się nigdzie ruszać. − Podał Lucy przez biurko teczkę.
– Na mnie możesz polegać. − Otworzyła teczkę i przebiegła wzrokiem notatki. Oblizała usta, zagłębiając się w szczegóły sprawy i czując w żyłach znajomy przypływ adrenaliny.
– Dlatego właśnie jesteś jedną z najlepszych. I mam wrażenie, że ta sprawa ci się spodoba. Rodzinny spór o jakiś majątek w górach, z tym że obaj członkowie rodziny mieszkają za oceanem. I tutaj właśnie wkraczamy my. Druga strona już wynajęła lokalnego adwokata, więc będziesz musiała trochę nadgonić.
Z tego, co zdołała zauważyć Lucy, „trochę” to było mało powiedziane. Spojrzała jeszcze raz na pierwszą stronę i przesunęła wzrokiem z lewa na prawo, po czym ponownie skierowała swoją uwagę na Malcolma.
– To nie problem. Szybko się w tym zorientuję.
– Na to właśnie liczyłem. Klient chce się z tobą spotkać najwcześniej, jak to tylko możliwe.
– W swojej posiadłości? − Przesunęła palcem po kartce papieru i zatrzymała go na informacjach dotyczących majątku. − W Glencarraig? − Nazwa ta miała w sobie jakieś piękno, przywodziła jej na myśl obraz Landseera Władca doliny. Majestatyczny jeleń stojący pośród skalistych szczytów, fioletowe wzgórza w tle.
– Nie, jest zbyt zajęty, żeby tu teraz przyjeżdżać. Chce, żebyś poleciała do Miami, tam znajduje się jedno z jego biur. − Malcolm się skrzywił. − Wiem, że to mało czasu, ale chciałby spotkać się z tobą na początku przyszłego tygodnia. Odniosłem wrażenie, że chce się upewnić, czy rzeczywiście jesteś tak dobra, jak mu mówiłem. − Odchrząknął. − Oczywiście pokryje wszystkie koszty.
– Oczywiście. − Lucy pokiwała głową. Pierwsza zasada każdego adwokata: klient zawsze pokrywa koszty. Nauczyła się tego, kiedy tylko dołączyła do firmy jako praktykantka; system rozliczeń pokazano jej, jeszcze zanim dowiedziała się, gdzie są toalety. − Przez weekend zapoznam się z tą sprawą.
Malcolm podniósł okulary i wsunął je z powrotem na nos.
– Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć. Klient zarezerwował ci hotel, a Lynn kupiła bilety i zamówiła taksówki. Powinna mieć już dla ciebie wydrukowany plan podróży. Masz lot w poniedziałek z samego rana.
– W porządku. − Uśmiechnęła się jeszcze raz, choć myślami była już prawie za drzwiami, układała listę rzeczy do zabrania, przypominała sobie, gdzie ma paszport i ile dolarów amerykańskich zostało w jej portfelu na zagraniczne waluty, który trzymała w domu.
Oczywiście, że będzie miała wszystko, czego jej trzeba. Od dzieciństwa jej drugie imię brzmiało „organizacja”. I było jej z tym dobrze.
– To tutaj. − Boy hotelowy wsunął plastikową kartę w mechanizm z matowej stali, a drzwi zabzyczały i otworzyły się. − To Apartament Biskajski, jeden z naszych najlepszych. − Wtoczył jej walizkę na środek marmurowej posadzki i zatrzymał się koło białej skórzanej sofy stojącej naprzeciwko szklanej ściany. − Apartament został odnowiony w zeszłym roku, podobnie jak cały hotel. Mam nadzieję, że będzie pani zadowolona. − Wyjął składany stojak na walizki z szafy na drugim końcu pokoju, podniósł zręcznie jej bagaż i położył go na nim, po czym odwrócił się do niej z uśmiechem.
Lucy wsunęła mu w dłoń dziesięciodolarowy banknot.
– Bardzo tu ładnie. Dziękuję.
– Czy jeszcze czegoś pani potrzeba? − zapytał, wkładając pieniądze do kieszeni.
– Nie, wszystko mam, dziękuję. − Dostrzegła ekspres do kawy w rogu pokoju i poczuła ogarniającą ją nagle falę zmęczenia. − Zrobię sobie tylko coś do picia i się rozpakuję.
– Gdyby czegokolwiek pani potrzebowała, proszę wybrać zero na telefonie. Jesteśmy tu, by dbać o pani wygodę. − Wyszedł, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Lucy przez chwilę stała w miejscu i podziwiała widok. Sięgające od podłogi do sufitu szklane drzwi wychodziły na balkon. Daleko w dole rząd ciemnozielonych palm prowadził w stronę bladej piaszczystej plaży i błękitnego oceanu. Fale rozbijały się łagodnie o piasek, wślizgując się po nim tak daleko, że prawie dotykały szeregu czerwonych leżaków, którymi usiana była żółta plaża. Na niebie świeciło jasne, ciepłe słońce – ogromna różnica w stosunku do ponurej szarości, jaką Lucy zostawiła za sobą w Edynburgu, gdzie zima nadal lgnęła do miasta ze wszystkich sił.
Lucy była w podróży od dwudziestu godzin, z przerwą na przesiadkę na Heathrow, i w całym ciele odczuwała potworne zmęczenie. Spojrzała na łóżko − puszyste poduszki, świeża pościel − i przez chwilę zastanawiała się, czy nie darować sobie kawy i po prostu się nie położyć, żeby trochę odsapnąć. Ale z drugiej strony miała ochotę wybiec z hotelu, złapać taksówkę i zobaczyć wszystko, co się da, zanim wyjedzie stąd następnego ranka. Chociaż na zwiedzanie raczej nie było szans − nie kiedy czekała ją praca do wykonania.
Zrobiła parę krążeń ramionami, żeby rozluźnić mięśnie, po czym otworzyła walizkę i uniosła wieko. Jej ubrania leżały w idealnym porządku − każde z osobna zawinięte w bibułę, żeby się nie pogniotło − i Lucy zaczęła je wyjmować i wieszać w szafie. Wyciągnęła też z bawełnianej torby swoje czarne pantofle od Saint Laurenta i ustawiła je starannie na półce, po czym strzepnęła z nich zabłąkaną niteczkę.
Właśnie miała zanieść swoją kosmetyczkę L’Occitane do łazienki, kiedy zadzwonił telefon. Zrzuciła szare skórzane buty podróżne, przeszła boso przez pokój i podniosła beżową słuchawkę.
– Halo?
– Panna Shakespeare?
– Tak?
– Mówi Maria, jestem konsjerżką hotelu. Chciałam się tylko upewnić, czy niczego pani nie potrzebuje.
Lucy rozejrzała się po apartamencie, spojrzała na dobrze zaopatrzony barek, wysokiej klasy telewizor i głośniki oraz na widok z okna, który za każdym razem przyciągał jej wzrok.
– Nie, mam wszystko, czego mi potrzeba.
– Pan MacLeish zaprasza panią na kolację. Zarezerwowałam stolik na ósmą. Mam nadzieję, że to pani odpowiada.
Lachlan MacLeish − jej nowy klient. Ten, który najwyraźniej pokrywa koszty tego pięknego apartamentu. Lucy zerknęła na zegarek: było tuż po szóstej lokalnego czasu, czyli środek nocy w Edynburgu. Normalnie już od dawna by spała.
– Ósma będzie w porządku.
– Przekażę to panu MacLeishowi.
Lucy wzięła głęboki oddech i jeszcze raz obróciła ramionami, nie zważając na opór mięśni. To by było na tyle, jeśli chodzi o drzemkę. Ale kto by tam potrzebował snu!
* W. Shakespeare, Burza, tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.3
W ludzkim życiu trafia się morski prąd,
który żeglarza niesie
ku wielkim zyskom.
– Juliusz Cezar*
Kelner zabrał ich talerze, na stole nie zostało nic poza szklankami i notatnikiem Lucy. Lachlan obserwował, jak kobieta przesuwa piórem po czystej stronie, a czarny tusz plami biel papieru, zostawiając na nim perfekcyjne litery, doskonałe jak ona sama. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, wydała mu się atrakcyjna, ale teraz, ze zmrużonymi oczami i ustami ściągniętymi w wyrazie koncentracji, wyglądała jeszcze lepiej.
Skończyła pisać i podniosła na niego wzrok, zamykając notes z piórem w środku. Spojrzała na niego pytająco, a nad jej nosem pojawiły się dwie zmarszczki.
– Jak myślisz, dlaczego twój ojciec przepisał posiadłość na ciebie? − zapytała.
Sam zastanawiał się nad tym nieustannie od tamtej chwili w gabinecie prawnika, kiedy dowiedział się, co ojciec zostawił mu w spadku. Ciężko było mu się nie skrzywić na wspomnienie gniewnego wyrazu zaskoczenia, jaki pojawił się na twarzy jego przyrodniego brata. Duncan sądził, że odziedziczy wszystko − zresztą Lachlan spodziewał się tego samego. Dlaczego nieślubny, niechciany syn miałby dostać w spadku cokolwiek, a co dopiero zamek w szkockich górach? Zamknął oczy, przypominając sobie tę budowlę z piaskowca w sercu obcego kraju, lustrzaną taflę jeziora i zielony las rozciągający się aż do skalistych szczytów. Jak długo tam nie był? Pewnie ponad dwadzieścia lat. A jednak myśl o tym miejscu sprawiała, że jego serce zaczynało bić trochę szybciej, i na nowo odsłaniała dawno pogrzebane wspomnienia.
– Nie wiem − odpowiedział zgodnie z prawdą. Kelner postawił przed nimi filiżanki z kawą, zarówno Lachlan, jak i Lucy odmówili deseru. − Jedyny powód, jaki przychodzi mi do głowy, to że było mi tam dobrze za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem. Pewnie to zauważył.
– Czy przed śmiercią mówił ci kiedykolwiek, że zamierza zapisać ci to miejsce? − zapytała.
– Nie. Nie rozmawiałem z ojcem zbyt często, przynajmniej od kiedy osiągnąłem pełnoletność. Nie interesował się mną.
Wypowiedzenie tych słów nie sprawiło mu bólu − nie tak, jak kiedyś. I ucieszył się, że Lucy nie zareagowała w żaden widoczny sposób − współczucie było ostatnią rzeczą, jakiej mógłby teraz chcieć. Pogodził się z tym, jak wyglądała jego relacja z ojcem. Nie miał na to wpływu.
– A co z pozostałymi członkami rodziny? − zapytała. − Czy przypuszczali, że to Duncan odziedziczy posiadłość?
– Od zawsze wiedzieliśmy, że przypadnie mu w udziale firma mojego ojca − stwierdził Lachlan. − Od małego był przygotowywany do przejęcia linii żeglugowych. Ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wspominano o majątku w Szkocji. W porównaniu z firmą to płotka.
W kategoriach ekonomicznych być może tak, ale nie jeśli chodzi o znaczenie symboliczne. W końcu jego ojciec tam dorastał. Posiadłość stanowiła ich dziedzictwo − jego i Duncana − ale tylko jeden z nich mógł ją dostać.
Myśl o tym, że mógłby ją stracić na rzecz przyrodniego brata, była jak wbijający się w serce nóż.
– No dobrze, na razie chyba nie mam więcej pytań − powiedziała Lucy, posyłając mu uśmiech. − Jeśli zdecydujesz, żebym to ja cię reprezentowała, stworzę plan działania i będziemy mogli omówić kolejne kroki. − Głos zachrypł jej od długiego mówienia. Wypiła łyk wody. − A ty masz do mnie jakieś pytania? − dodała jeszcze.
Z tysiąc.
– Jakie są moje szanse na wygraną?
Uśmiechnęła się.
– Szczerze? Nie potrafię udzielić ci konkretnej odpowiedzi w tej kwestii. Ale skoro to ty zostałeś wymieniony w testamencie, to dowodzić swoich racji będzie musiał twój brat. I jeśli nie wykaże, że ojciec został przymuszony do tej decyzji, albo nie odwoła się do precedensu, który świadczyłby na korzyść jego roszczeń, to przegra.
Oboje skończyli kawę i niemal natychmiast pojawił się kelner, który zamaszystym ruchem zabrał filiżanki. Lachlan poprosił go o rachunek − nie żeby musiał płacić, ale chciał się przynajmniej podpisać. W należących do niego lokalach wszystko załatwiało się uczciwie.
Kiedy kelner odszedł z rachunkiem, a Lucy spakowała swoje notatki z powrotem do teczki, oboje wstali. Lachlan nie miał ochoty się żegnać, wiedząc, że następnego dnia ona poleci do Londynu, a on będzie wracał pospiesznie do Nowego Jorku. Wszystkie niezadane pytania wirowały mu nadal w głowie i walczyły o pierwszeństwo. Wyczerpanie, jakie odczuwał wcześniej, zniknęło zastąpione jakąś drażliwością i potrzebą dowiedzenia się czegoś więcej o znajdującej się obok kobiecie.
– Dziękuję za miłą kolację − odezwała się. − Jeśli coś jeszcze przyjdzie ci do głowy, po prostu napisz do mnie maila. I daj znać, czy chcesz, żebym zajęła się twoją sprawą.
Lachlan zmarszczył brwi na te słowa.
– A dlaczego miałbym nie chcieć? − spytał.
Kiedy podnieśli się z miejsc, różnica wzrostu między nimi stała się dużo bardziej widoczna. Pomimo obcasów Lucy Lachlan wyraźnie nad nią górował. Musiała podnieść głowę, żeby na niego spojrzeć.
– To jasne, że ten spadek jest dla ciebie ważny. Nie kazałbyś mi lecieć tak daleko, gdyby nie był. Ale odpowiedni przedstawiciel to nie tylko fachowiec w swojej dziedzinie, lecz też ktoś, komu się ufa.
Jej oczy zabłysły, kiedy to mówiła, a on podszedł krok bliżej, tak że dzieliło ich teraz tylko kilkadziesiąt centymetrów. Przebiegł wzrokiem jej rysy, przyglądając jej się uważnie, ale twarz Lucy pozostała nieprzenikniona. Dostrzegł ledwo widoczny ślad blizny, która kryła się pod jej włosami, i zdał sobie sprawę, że zastanawia się, skąd się wzięła.
– Chcesz, żebym ci zaufał? − Jego głos zabrzmiał nisko.
Ani na chwilę nie spuściła wzroku.
– Tak − powiedziała, kiwając powoli głową. − Inaczej to się nie uda.
– Ufam ci − powiedział. − I chciałbym, żebyś reprezentowała mnie w tej sprawie.
Kiedy szli w stronę wyjścia, poczuł nieodpartą potrzebę, żeby położyć rękę na wygięciu jej pleców, ale zacisnął tylko mocno pięść i zatrzymał ramię przy sobie. To przecież jego prawniczka, na litość boską, nie jego dziewczyna.
Przeszli do lobby. Oboje mieszkali w tym hotelu, choć w innych pokojach i na innych piętrach. I dziwnie im było tak stać w wyłożonym marmurem holu i ociągać się z pożegnaniem, którego żadne z nich do końca nie chciało.
– Późno już − powiedział, zerkając na zegar nad recepcją. − Jesteś pewnie zmęczona po całej tej podróży.
Spojrzała na szereg wind po jej lewej stronie i pokiwała głową.
– To był długi dzień − przyznała. − Powinnam wrócić do swojego pokoju i zadzwonić do chłopaka, zanim się położę. − Posłała mu nikły uśmiech. − Nie miałam jeszcze okazji, a na pewno chciałby wiedzieć, czy szczęśliwie dotarłam na miejsce.
– A ja mam jeszcze trochę pracy na dziś. − Wyciągnął rękę i uścisnął jej dłoń, po czym odsunął się o krok i uśmiechnął się do niej po raz ostatni. − Jeszcze raz dziękuję za czas, jaki poświęciłaś na spotkanie ze mną.
– Cała przyjemność po mojej stronie, Lachlan.
Spodobał mu się sposób, w jaki wymówiła jego imię − pierwsza sylaba zabrzmiała bardziej jak „loch”, zamiast „lach”. Przywiodło mu to na myśl szkockie jezioro, a wraz z nim dzieciństwo i życie, w którym nic nie wydawało się aż tak skomplikowane i nikt nie walczył nieustannie o jego uwagę.
– Dobranoc, Lucy − powiedział, spoglądając na nią po raz ostatni. Patrzyła prosto na niego, a ich spojrzenia złączyły się ze sobą. Przez chwilę słyszał w uszach szum własnej krwi, który zagłuszył wszystkie hotelowe odgłosy. Uśmiechnął się, a wtedy jej usta uniosły się powoli, sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej pociągająco niż przedtem.
– Śpij dobrze, Lachlan.
Kiedy tylko zamknęły się drzwi windy, Lucy oparła głowę o lustrzaną ścianę i przytrzymała się poręczy. Winda ruszyła w górę. Mimo że Lachlan został w lobby, nadal czuła zapach jego wody kolońskiej, nadal widziała dołeczki, które pokazywały się, kiedy się uśmiechał. Nigdy dotąd nie spotkała nikogo, kto byłby tak intensywnie obecny, kto z taką łatwością zapierałby jej dech w piersiach. Był wcielonym niebezpieczeństwem w eleganckim garniturze.
A jej reakcja na niego przeraziła ją na śmierć.
Czy właśnie dlatego okłamała go, że ma chłopaka? Żeby zapewnić sobie jakąś barierę ochronną, coś, co powstrzyma ją przed wpadnięciem w wir przyciągania, którego nie dało się przeoczyć? Potrząsnęła głową, kiedy kątem oka dostrzegła swoje odbicie w lustrze. To wszystko było tak bardzo do niej niepodobne, że przestawało być śmieszne. Zawsze była przecież spokojna, opanowana, nigdy nie przekraczała pewnych granic. A Lachlan MacLeish to jej klient, niezależnie od tego, jak bardzo atrakcyjny. I ona musi o tym pamiętać.
Uniosła dłoń, żeby wygładzić włosy, i wyprostowała ramiona, podczas gdy winda zbliżała się do jej piętra. Da radę − zachowa się jak profesjonalistka, którą zawsze była. Nawet jeśli to najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziała, ona jest przecież więcej warta. I jej reputacja zawodowa też.
Winda brzdęknęła i Lucy wyszła na korytarz, wyciągając z teczki kartę-klucz, po czym wsunęła ją w zamek. Kiedy po przekroczeniu progu zdjęła buty i ustawiła je starannie w szafie, poczuła, jak zalewa ją fala ulgi.
Najlepiej zrobi jej teraz porządnie przespana noc. A potem poleci z powrotem do domu, wróci do pracy i zostawi Lachlana MacLeisha parę tysięcy kilometrów za sobą.
Życie dalej będzie się toczyło tak, jak ona lubi, i na tym skończy się cała ta historia.
* W. Shakespeare, Juliusz Cezar, tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.