-
nowość
-
promocja
Wirus śmierci - ebook
Wirus śmierci - ebook
Kolejny tom niesamowitej serii „Oblicza śmierci”.
W mrocznym, futurystycznym Nowym Jorku porucznik Eve Dallas staje przed jedną z najbardziej niepokojących spraw w swojej karierze.
Louie Cogburn spędził trzy dni zamknięty w swoim mieszkaniu, wpatrując się w ekran komputera. Głowę rozsadzał mu potworny ból, jakby ktoś wbijał mu w mózg ostre kolce. I z każdą godziną było tylko gorzej. W końcu, gdy ktoś zapukał do drzwi, zrozpaczony Louie chwycił kij baseballowy, otworzył drzwi i zaczął nim wymachiwać…
Kiedy wezwany na miejsce policjant użył paralizatora, Louie natychmiast zmarł. Śledztwo przejmuje porucznik Eve Dallas, która robi wszystko, żeby wytłumaczyć nagły wybuch furii mężczyzny i jego śmierć. Jedyną wskazówką jest dziwaczna wiadomość pozostawiona na ekranie komputera: Czystość Absolutna Osiągnięta.
Kiedy drugi mężczyzna ginie w niemal identycznych okolicznościach, Eve desperacko szuka odpowiedzi i odwagi, by zmierzyć się z czymś pozornie niemożliwym – że przyczyną może być wirus komputerowy zdolny przenosić się z maszyny na człowieka.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-47-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lato tego roku było morderczo upalne. W lipcu Nowy Jork zamienił się w łaźnię parową. Szczęściarze, którzy mogli sobie pozwolić na ucieczkę nad ocean, chronili się w swoich domkach letniskowych, popijali chłodne drinki i rozkoszowali się ożywczą bryzą, prowadząc interesy przez telełącze. Inni, uzupełniwszy zapasy, zamykali się w klimatyzowanych domach, niczym oblegane przez wroga plemiona.
Niestety, większość mieszkańców miasta musiała po prostu znosić upał.
Kiedy wilgotność powietrza osiągnęła rekordową wysokość i nic nie zapowiadało rychłej poprawy sytuacji, nastroje zaczęły się stopniowo pogarszać. Dezodoranty już dawno przestały się sprawdzać, a każde, nawet najdrobniejsze nieporozumienie groziło wybuchem piekła. Ludzie z dnia na dzień stawali się coraz bardziej agresywni, nawet ci łagodni i niekonfliktowi wdawali się w bijatyki.
Latem 2059 roku wszystkie oddziały pogotowia przeżywały prawdziwe oblężenie. Ci, którzy w zwyczajnych warunkach pozwoliliby sobie co najwyżej na przejście przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, lądowali na posterunkach policji, by w obecności swoich adwokatów tłumaczyć, dlaczego próbowali udusić współpracownika czy wepchnąć nieznajomego przechodnia pod koła pędzącej taksówki.
Zazwyczaj, kiedy emocje stygły, nie potrafili udzielić logicznej odpowiedzi. Patrzyli przed siebie otępiałym wzrokiem, zdumieni i zakłopotani, jak gdyby właśnie wyszli z głębokiego transu.
Louie K. Cogburn dobrze wiedział, co i dlaczego robi, i miał dokładnie określone plany na przyszłość. Zajmował się rozprowadzaniem nielegalnych substancji odurzających, najczęściej handlował Zonerem i Jazzem. Aby zwiększyć swoje niewielkie dochody, Louie mieszał Zonera z suszoną trawą zebraną w parkach miejskich, a do Jazzu dosypywał proszek do pieczenia, który kupował w hurtowych ilościach. Jego klientami były dziesięcio- dwunastoletnie dzieciaki ze średniozamożnych domów, uczące się w okolicy jego mieszkania na dolnym Manhattanie.
Dzięki temu oszczędzał na czasie i nie wydawał pieniędzy na dojazd.
Preferował klientelę z klasy średniej, bo każdy biedak miał dostawcę we własnej rodzinie, a bogacze zbyt szybko wyczuwali trawę i proszek do pieczenia. Logika, jaką posługiwał się Louie, pozwalała robić interesy wyłącznie z jedną grupą wiekową. On sam często powtarzał, że wystarczy wciągnąć w to dzieciaki odpowiednio wcześnie, by do końca życia pozostały jego klientami.
Louie nie miał dotychczas okazji się przekonać, czy jego życiowe motto się sprawdza, bo żaden z jego klientów nie ukończył jeszcze szkoły.
Mimo to Louie bardzo poważnie traktował swoją pracę. Co wieczór, kiedy jego potencjalni klienci odrabiali zadania domowe, on także był zajęty. Znał się na tym i sam prowadził własną małą księgę rachunkową. Jako księgowy, nawet w niewielkiej firmie, zarabiałby dużo więcej niż na handlu narkotykami, uważał jednak, że prawdziwy mężczyzna powinien pracować na własne konto.
Ostatnio coraz częściej się wściekał. Wystarczyło, by jego komputer z trzeciej ręki się zawiesił, a Louie wpadał w szał. I ten ból głowy. Upiorny, nieznośny ból głowy, jakiego nie były w stanie złagodzić nawet środki, które sam sprzedawał.
Przez trzy dni w ogóle nie pracował. Ból głowy tak się nasilił, że przesłonił mu cały świat. Louie zaszył się w swoim dusznym mieszkanku i włączył głośną muzykę, w nadziei, że w ten sposób zagłuszy potworny szum w głowie.
Ktoś mu jeszcze za to zapłaci, to jedyne, czego był pewien. Ktoś za to zapłaci.
Gospodarz domu, przeklęty nierób, ciągle nie naprawiał klimatyzacji, myślał z rosnącą wściekłością Louie. Jego zaczerwienione, opuchnięte oczy ani na chwilę nie przestawały obserwować przesuwających się po ekranie rzędów cyfr. Siedział w samej bieliźnie przed otwartym na oścież jedynym oknem w kawalerce. Nie było wiatru, powietrze ani drgnęło, za to z ulicy dobiegał straszliwy zgiełk. Pokrzykiwania kierowców i przechodniów, ryk klaksonów, pisk opon, buczenie przepełnionych autobusów powietrznych.
Podgłośnił wysłużony odtwarzacz tak, że trashrockowa muzyka zamieniła się w ścianę hałasu. Odgrodził się od bólu.
Z nosa sączyła mu się strużka krwi, ale on wcale tego nie zauważył.
Louie K. przyłożył do czoła butelkę z letnim piwem. Żałował, że nie ma miotacza. Gdyby miał ten pieprzony miotacz, wychyliłby się przez to cholerne okno i wysadził w powietrze całą zasraną ulicę.
Jego najbardziej gwałtownym wyczynem, przynajmniej do tej pory, było wyrzucenie młodocianego klienta z samochodu. Teraz, kiedy zlany potem siedział nad rachunkami, myśl o śmierci i zniszczeniu nie opuszczała go ani na chwilę, a w jego głowie rodziło się szaleństwo.
Twarz miał woskowobladą, ciemne, sklejone w wilgotne strąki włosy opadały mu na zapadnięte policzki. Chude jak patyk ramiona połyskiwały od potu.
W uszach nie przestawało mu dzwonić, a brzuch pęczniał tak, jakby wypił ocean jakiegoś smaru. Czuł, że przyczyną jego fatalnego samopoczucia jest upał. Choroba oznaczała straty finansowe. Powinien wziąć pieniądze przeznaczone dla gospodarza. Powinien to zrobić.
Ręce drżały mu coraz silniej. Wbił wzrok w ekran. Nie mógł przestać się weń wpatrywać.
Wyobraził sobie, jak podchodzi do okna, wspina się na parapet, wychodzi na zewnątrz, staje na gzymsie i uderza pięściami w ścianę gorącego powietrza i hałasu. W ręce trzyma miotacz. Krzycząc, sieje zniszczenie i śmierć. Krzyczy, wciąż krzyczy, aż w końcu spada.
Ląduje na nogach, a potem…
Z zamyślenia wyrwało go walenie w drzwi. Zacis—nął zęby i wrócił do rzeczywistości.
– Louie K., ty dupku! Wyłącz tę cholerną muzykę!
– Idź do diabła – mruknął pod nosem, sięgając po kij do baseballu, z którym zwykł przechadzać się po parku. W ten sposób dawał sygnały potencjalnym klientom. – Idź do diabła. Wszyscy idźcie do diabła.
– Słyszysz mnie? Niech cię szlag!
– Pewnie, że cię słyszę. – Czuł, jak w mózg wbijają mu się wielkie żelazne kolce, jak wwiercają się coraz głębiej i głębiej. Musi je natychmiast wyjąć. Krzycząc, uderzył się z całej siły kijem. W oczach stanęły mu łzy, ale nie przestawał się katować.
– Suze dzwoni po gliny. Słyszysz, Louie? Jeśli w tej chwili nie wyłączysz tego gówna, Suze wezwie gliny. – Dla podkreślenia każdego słowa sąsiad walił pięścią w drzwi.
Muzyka, łomotanie w drzwi, pokrzykiwania, kolce w mózgu, pot zalewający oczy. Louie sięgnął po kij.
Otworzył drzwi i uderzył.1
Porucznik Eve Dallas w zamyśleniu siedziała przy swoim biurku. Grała na zwłokę i wstydziła się tego. Na samą myśl o włożeniu eleganckiej sukni wieczorowej i udaniu się na służbową kolację, którą jej mąż wydawał dla grupy nieznajomych, miała ochotę wrzucić dziwaczną toaletę do niszczarki i zamienić ją w strzępy.
Dużo ciekawszym miejscem wydawała jej się centrala.
Tego popołudnia zamknęła dochodzenie, czekało ją więc sporo papierkowej roboty. Czuła, że nie powinna tracić czasu. Świadkowie zgodnie potwierdzili, że ten sam facet, który wszczął przepychanki z dwojgiem turystów z Toledo, wcześniej potrącił samochodem sprzedawcę sojowych parówek i zbiegł z miejsca wypadku.
Wszystko, czym zajmowała się w ciągu kilku ostatnich dni, miało mniejszy lub większy związek z tym jednym problemem. To małżeńska awantura z tragicznym zakończeniem, to uliczna burda z kilkoma ofiarami śmiertelnymi, nawet rozróba przed budką z lodami doprowadziła do morderstwa.
Upał odbierał ludziom rozum. Zachowywali się głupio i podle, myślała, a to połączenie prowadziło do rozlewu krwi.
Perspektywa wystrojenia się w tę przeklętą suknię i zmarnowania kilku godzin w jakiejś ekskluzywnej restauracji na rozmowach z ludźmi, których nawet nie znała, sprawiała, że sama czuła się podle.
To wyłącznie jej wina, myślała z niechęcią. Nie trzeba było wychodzić za faceta, który jest tak bogaty, że mógłby kupić cały kontynent.
Roarke lubił takie wieczory, co nigdy nie przestało wprawiać jej w zdumienie. W pięciogwiazdkowej restauracji – pewnie i tak do niego należała – czuł się równie swobodnie jak we własnym domu, a kawior jadał z taką samą naturalnością jak domowe burgery.
Te rzeczy nie powinny jej już dziwić, przecież byli małżeństwem od prawie dwóch lat. Zrezygnowana, wstała od biurka.
– Pani porucznik ciągle tutaj? – W drzwiach gabinetu stała Peabody, jej podwładna. – Zdawało mi się, że miała pani iść na kolację do którejś z tych wytwornych restauracji w centrum.
– Jeszcze zdążę. – Zerknęła na zegarek i poczuła lekkie zawstydzenie. No dobra, trochę się spóźni. Ale niedużo. – Właśnie zakończyłam sprawę tego kierowcy.
Peabody, która wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy, znakomicie znosiła nawet najgorsze upały, spojrzała na nią spokojnymi ciemnymi oczami.
– Pani porucznik, chyba nie próbuje pani grać na zwłokę?
– Przysięgałam, że będę służyć temu miastu i zapewnię opiekę i bezpieczeństwo jego mieszkańcom. Jeden z nich właśnie został rozgnieciony na Piątej Alei niczym robak. Uważam, że zasłużył na to, bym mu poświęciła dodatkowe trzydzieści minut mojego cennego czasu.
– To prawdziwy koszmar, kiedy człowieka zmuszają do włożenia pięknej sukni, obsypują brylantami, czy czym tam panią obsypali, każą pić szampana i jeść homara. I to w towarzystwie najprzystojniejszego mężczyzny na planecie, a pewnie i poza nią. Nie wiem, jak pani znosi taki stres. Współczuję.
– Zamknij się, Peabody.
– Ja to co innego, mogę sobie przez cały wieczór siedzieć z McNabem w ciasnej pizzerii naprzeciwko posterunku. Podzielimy się porcją, a potem rachunkiem. – Peabody potrząsała głową. Kosmyk ciemnych włosów, który wymknął się spod jej czapki, kołysał się rytmicznie. – Nawet pani nie wie, jak okropnie się czuję, wiedząc o tym.
– Peabody, szukasz kłopotów?
– Nie, pani porucznik. – Peabody zrobiła najniewinniejszą minę, na jaką było ją stać. – Po prostu próbuję okazać współczucie w tych trudnych chwilach.
– Pocałuj mnie w dupę. – Eve, rozdarta między wesołością a rozdrażnieniem, zaczęła się powoli zbierać do wyjścia, kiedy odezwał się dzwonek łącza.
– Mam powiedzieć, że pani wyszła?
– Zdaje się, że kazałam ci się zamknąć. – Eve podeszła do biurka i odebrała. – Wydział zabójstw. Dallas.
– Pani porucznik. – Na ekranie pojawiła się znajoma twarz Troya Truehearta. Eve jeszcze nigdy nie widziała go tak spiętego.
– Trueheart.
– Pani porucznik – powtórzył, po czym głośno przełknął ślinę. – Miałem wypadek. W odpowiedzi na… o rany, zabiłem go.
– Oficerze – Eve, nie przerywając rozmowy, zlokalizowała go na ekranie. – Trueheart, jesteś na służbie?
– Nie, pani porucznik. Tak jest, pani porucznik. Sam nie wiem.
– Weź się w garść – rzuciła ostro. Automatycznie podniósł głowę. – Czekam na raport.
– Tak jest. Po skończeniu służby wracałem pieszo do domu, kiedy usłyszałem kobietę wzywającą przez okno pomocy. Zareagowałem natychmiast. Na czwartym piętrze budynku mężczyzna uzbrojony w kij baseballowy atakował jakąś kobietę. Na podłodze w przedpokoju leżał mężczyzna, cywil. Był nieprzytomny albo nie żył, mocno krwawił. Wszedłem do mieszkania i… próbowałem ich rozdzielić. Pani porucznik… ja chciałem go powstrzymać, on by ją zabił. Kazałem mu się poddać, ale on zignorował moje ostrzeżenie i rzucił się na mnie. Zdążyłem wyjąć broń, żeby go ogłuszyć. Przysięgam, że chciałem go tylko obezwładnić, ale on nie żyje.
– Trueheart, spójrz na mnie. Posłuchaj. Zabezpiecz budynek i powiadom dyspozytora o zgonie. Powiedz, że złożyłeś mi raport, a ja jestem w drodze. Wezwę pogotowie. Rób wszystko zgodnie z regulaminem, Trueheart. Zrozumiałeś?
– Tak jest, pani porucznik. Powinienem był najpierw zgłosić to dyspozytorowi. Powinienem…
– Trzymaj się, Trueheart. Już jadę. Peabody – dodała, kierując się ku wyjściu.
– Tak jest, pani porucznik. Jestem z panią.
* * *
Wzdłuż ulicy parkowało kilka radiowozów. Na chodnik wjechała karetka pogotowia. Eve podeszła bliżej. W tej okolicy ludzie zwykle unikali policji. Na widok mundurowych większość gapiów rozpłynęła się w powietrzu. Nieliczni, którzy zostali, musieli się cofnąć.
Dwaj policjanci pilnujący wejścia przyjrzeli jej się podejrzliwie, po czym wymienili niepewne spojrzenia. Była wyższa rangą, mogła ich obu zniszczyć.
Czuła ich chłód.
– Gliny nie powinny zawracać tyłka innym glinom. Robimy, co do nas należy – mruknął jeden z nich.
Zatrzymała się i zmierzyła go wzrokiem.
Natychmiast zrozumiał, że szczupła, wysoka kobieta o brązowych oczach ma nad nimi władzę. Jej spojrzenie było całkowicie pozbawione emocji. Krótkie, lekko kręcone kasztanowe włosy okalały jej pociągłą twarz. Wydatne wargi zacisnęły się w wąską linię. W brodzie miała maleńki dołeczek.
Mężczyzna czuł, że kurczy się pod jej spojrzeniem.
– Gliny nie powinny przeszkadzać innym glinom – wycedziła zimno. – Oficerze, ma pan jakiś problem? Niech pan zaczeka, aż zrobię swoje, potem będzie pan pyskował.
Weszła do holu wielkości pudełka po butach i od razu skierowała się ku jedynej windzie w budynku. Nacisnęła guzik. Fala gorąca, jaka w nią uderzyła, nie miała związku z morderczym upałem.
– Czasami mam wrażenie, że niektórzy mundurowi najchętniej przegryźliby mi gardło, kiedy okazuje się, że jestem wyższa stopniem. Jak to jest?
– To z nerwów, pani porucznik – odparła Peabody, kiedy wchodziły do windy. – Mundurowi spoza centrali znają i lubią Truehearta. Ale testy nie będą dla niego zbyt przyjemne.
– Testy nigdy nie są przyjemne. Najlepsze, co możemy dla niego zrobić, to działać szybko i nie łamać prawa. I tak już spieprzył sprawę, zawiadamiając najpierw mnie, a nie dyspozytora.
– Będą mu robić przykrości? To pani ubiegłej zimy zdjęła go z ulicy i wprowadziła do centrali. Wewnętrzni powinni zrozumieć, że…
– Ci z WW nie są zbyt bystrzy. Miejmy nadzieję, że się w to nie wmieszają. – Wyszła z windy i uważnie się rozejrzała.
Na szczęście był na tyle rozsądny, by nie ruszać ciał. Zachował się jak doświadczony gliniarz, pomyślała z ulgą. Na korytarzu w kałuży krwi leżeli dwaj mężczyźni. Jeden z nich odwrócony był twarzą do ziemi. Drugi leżał na plecach. Wpatrywał się w sufit, a w jego martwych oczach dostrzegła zaskoczenie. Zza niedomkniętych drzwi mieszkania obok dobiegało łkanie. Drzwi naprzeciwko także były otwarte. W ścianie zauważyła kilka świeżych dziur i wgnieceń. Leżące na podłodze odpryski pochłonęła kałuża krwi. Na złamanym drągu, który kiedyś był kijem baseballowym, dostrzegła ślady krwi i strzępy mózgu.
W progu stał wyprostowany i blady jak duch Trueheart. W jego oczach ciągle tliło się zdumienie pomieszane z szokiem.
– Pani porucznik.
– Trueheart, weź się w garść. Peabody, nagrywaj. – Eve przykucnęła i zaczęła oglądać ciała. Zakrwawiony mężczyzna był duży i umięśniony. Barczysty typ, taki co to kiedy go zdenerwować, rozwaliłby pięścią ścianę. Tył jego głowy przypominał rozgniecione cegłą jajko.
Drugi miał na sobie jedynie grafitowe szorty. Na chudym, kościstym ciele nie widać było żadnych ran ani sińców, jedynie z uszu i nozdrzy sączyły się cienkie strużki krwi. Żyłki w oczach zupełnie mu popękały, a białka nabrały czerwonego koloru.
– Oficerze Trueheart, czy zidentyfikowano już ciała?
– Pani porucznik, eee… pierwsza ofiara to Ralph Wooster, zamieszkały w apartamencie 42E. Ten, którego ja… – urwał. Eve uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
– A druga ofiara?
Trueheart zwilżył językiem usta.
– Druga ofiara to Louis K. Cogburn z mieszkania 43F.
– Kto tak rozpacza w 42E?
– Suzanne Cohen, współlokatorka Ralpha Woostera. To ona wzywała pomocy przez okno. Kiedy dotarłem na miejsce, Louis Cogburn groził jej drągiem czy też kijem baseballowym. W tym czasie…
Zamilkł, kiedy Eve uniosła palec.
– Po wstępnych oględzinach ciał stwierdziłam, że ofiara to mężczyzna rasy mieszanej, lat około trzydziestu pięciu, waga jakieś sto dwadzieścia kilogramów, wzrost około metra osiemdziesięciu centymetrów. Widoczne obrażenia głowy, twarzy i ciała. Najprawdopodobniej rany zadano drewnianym kijem, na którym widać ślady krwi i tkankę mózgową. Druga ofiara to mężczyzna po trzydziestce, rasy kaukaskiej, waga sześćdziesiąt kilogramów, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Zidentyfikowany jako napastnik. Przyczyna śmierci na razie nieznana. Krwawienie z nosa i uszu, brak widocznych obrażeń.
Wyprostowała się.
– Peabody, niech nikt nie dotyka ciał. Sama dokończę badanie, ale najpierw muszę porozmawiać z tą Cohen. Oficerze Trueheart, czy podczas zajścia używał pan broni?
– Tak jest, pani porucznik, ja…
– Proszę oddać broń oficer Peabody, która ją zabezpieczy.
Dwaj mundurowi stojący na końcu korytarza mruknęli coś pod nosem, ale nie zwróciła na nich uwagi. Patrzyła Trueheartowi w oczy.
– Nie masz obowiązku składania broni, bo nie ma tu twojego adwokata. Poproś, niech ci kogoś przydzielą. Proszę, żebyś oddał broń Peabody, wtedy nie będzie żadnych wątpliwości co do przebiegu dochodzenia.
Wiedziała, że jej całkowicie zaufał.
– Tak jest, pani porucznik.
Kiedy sięgnął po paralizator, położyła dłoń na jego ramieniu.
– Od kiedy jesteś taki nerwowy, Trueheart?
– Prawe ramię trochę mnie boli.
– Doznałeś obrażeń podczas zajścia?
– Strasznie machał tym kijem, więc zanim…
– Osobnik, który wywołał awanturę, zaatakował cię i zranił podczas wykonywania obowiązków służbowych? – Chciała nim potrząsnąć. – Dlaczego, u diabła, nic nie powiedziałeś?
– Wszystko stało się tak szybko. Popchnął mnie, zamachnął się i…
– Zdejmij koszulę.
– Pani porucznik?
– Ściągaj koszulę, Trueheart. Peabody, rejestruj.
Zarumienił się. Dobry Boże, niewinny jak dziecko, pomyślała Eve. Trueheart, unikając jej wzroku, rozpiął koszulę. Peabody wstrzymała oddech, ale czy to na widok jego niezaprzeczalnie pięknej klatki piersiowej, czy raczej opuchlizny i ogromnego sińca ciągnącego się od prawego ramienia aż po łokieć, Eve nie była pewna.
– Wygląda na to, że nieźle oberwał, i to kilka razy. Niech obejrzy to lekarz. Oficerze Trueheart, kiedy następnym razem odniesie pan w czasie służby obrażenia, proszę powiadomić przełożonych. Odsuńcie się.
W mieszkaniu 42E panował straszny bałagan. Choć najwyraźniej utrzymywanie w domu porządku nie należało do ulubionych zajęć lokatorów, Eve była przekonana, że warstwa potłuczonego szkła zalegająca na podłodze i plamy krwi na ścianach przypominające abstrakcyjne malowidła nie stanowiły wystroju wnętrza. Kobieta nie wyglądała lepiej. Na lewym oku miała opatrunek, a nad nim otwartą ranę. Lewa cześć twarzy była opuchnięta i sina.
– Jest przytomna? – zapytała jednego z lekarzy pogotowia Eve.
– Rozumie, co się do niej mówi. Chciała wyjść, ale ją zatrzymaliśmy, żeby mogła pani z nią zamienić słówko. Niech jej pani zbyt długo nie męczy – poradził. – Musimy ją zabrać do szpitala. Ma uszkodzoną rogówkę, strzaskaną kość policzkową i złamaną rękę. Facet nie żałował pałki.
– Dajcie mi pięć minut. Panno Cohen. – Eve podeszła bliżej i pochyliła się nad kobietą. – Jestem porucznik Dallas. Czy może mi pani powiedzieć, co się stało?
– On zupełnie oszalał. Myślę, że zabił Ralpha. Po prostu oszalał.
– Louis Cogburn?
– Tak, Louie K. – Zamknęła zdrowe oko i westchnęła. – Ralph się wkurzył, bo Louie włączył muzykę tak głośno, że nie słyszeliśmy własnych myśli. I ten cholerny upał. Ralph chciał po prostu w spokoju wypić piwko. Bo czemu nie? Louie K. przeważnie słucha muzyki bardzo głośno, ale tym razem przesadził. Zdawało się, że nam bębenki w uszach pękną. I tak od kilku dni.
Zdrowe oko drgnęło jej nerwowo.
– Panno Cohen, a co na to Ralph? – zachęcała Eve.
– Ralph poszedł tam, zapukał w drzwi i kazał mu ściszyć. Nawet nie wiem, kiedy Louie wyskoczył z tym swoim kijem. Wymachiwał nim, wrzeszczał, wyglądał jak szaleniec. Polała się krew.
Otworzyła oko.
– Wystraszyłam się, okropnie się wystraszyłam. Zatrzasnęłam drzwi i podbiegłam do okna, żeby zawołać pomoc. Słyszałam, jak wrzeszczy, jak uderza, to był taki tępy odgłos. Słyszałam Ralpha. Wołałam o pomoc, a potem on przyszedł.
– Kto?
– Louie K. Ale nie wyglądał jak Louie. Był cały we krwi, miał coś strasznego w oczach. Podszedł do mnie z kijem. Zaczęłam uciekać. Chciałam uciec. Uderzał, wszystko rozbijał i krzyczał coś o jakichś kolcach w głowie. Uderzył mnie, co było potem, nie wiem. Nie pamiętam. Oberwałam po twarzy. Pamiętam tylko, jak lekarz założył mi opatrunek.
– Czy widziała pani oficera, który zareagował na pani wołanie? Rozmawiała z nim pani?
– Nic nie widziałam. Tylko gwiazdy. Ralph nie żyje, prawda? – Ze zdrowego oka popłynęła jedna łza. – Oni nie chcą mi powiedzieć, ale ja wiem, że gdyby żył, Louie nigdy by tu nie przyszedł.
– Niestety, tak. Bardzo mi przykro. Czy między Ralphem a Louiem dochodziło do nieporozumień?
– Chodzi pani o to, czy już się kiedyś pobili? Czasami zdarzało się im pokłócić o muzykę, ale przeważnie byli zgodni. Lubili wypić razem kilka piw, zapalić Zonera. Louie to spokojny facet. Nigdy nie było z nim żadnych problemów.
– Pani porucznik – wtrącił się jeden z lekarzy. – Musimy natychmiast zawieźć ją do szpitala.
– W porządku. Przyślijcie kogoś, niech obejrzy mojego oficera. Dostał kilka razy po ramieniu. – Eve odsunęła się, a po chwili wyszła z pokoju. – Trueheart, złożysz mi raport. Chcę znać szczegóły. Opiszesz wszystko dokładnie i po kolei.
– Tak jest, pani porucznik. Wyszedłem z posterunku o szóstej trzydzieści i pieszo udałem się w kierunku południowo-wschodnim.
– A dokąd szedłeś?
Znowu oblał się rumieńcem.
– Wybierałem się do domu przyjaciółki, byłem umówiony na kolację.
– Miałeś randkę?
– Tak jest, pani porucznik. Kiedy mijałem ten budynek, usłyszałem wołanie o pomoc. Podniosłem głowę i zobaczyłem w oknie kobietę. Była bardzo zdenerwowana. Wszedłem do budynku i ruszyłem na czwarte piętro, skąd dochodziły odgłosy awantury. Kilkoro mieszkańców wyglądało przez uchylone drzwi na korytarz, ale nikt nie wyszedł. Poprosiłem, żeby ktoś wezwał policję.
– Szedłeś schodami czy podjechałeś windą? – Szczegóły, jak najwięcej szczegółów. Eve wiedziała, że powinna wyciągnąć z niego wszystko, co pamiętał.
– Schodami, pani porucznik. Uznałem, że tak będzie szybciej. Kiedy dotarłem na to piętro, mężczyzna zidentyfikowany jako Ralph Wooster leżał na podłodze w korytarzu między mieszkaniami 42E i 43F. Nie sprawdziłem, czy ma jakieś obrażenia, bo w mieszkaniu 42E rozległy się krzyki i brzęk rozbijanego szkła. Zareagowałem natychmiast. Widziałem, jak osobnik zidentyfikowany jako Louis K. Cogburn atakuje kobietę kijem baseballowym. Na broni…
Przerwał i głośno przełknął ślinę.
– Na broni zauważyłem ślady, które wyglądały jak krew i szara tkanka. Na podłodze leżała nieprzytomna kobieta. Cogburn stał nad nią, uniósł kij nad głowę i szykował się do uderzenia. Wyjąłem paralizator, powiedziałem, że jestem policjantem, i zażądałem, by napastnik się poddał.
Trueheart przerwał i wytarł dłonią usta. W jego spojrzeniu Eve dostrzegła bezradność i błaganie.
– Pani porucznik, potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
– Postaraj się to opowiedzieć.
Trueheart zamknął oczy. Mięśnie twarzy drgały mu przez chwilę, w końcu podniósł głowę i popatrzył na Eve.
– Odwrócił się od kobiety. Wykrzykiwał jakieś brednie, coś o kolcach w głowie, o tym, że wybije okno. Potem podniósł kij, zdawało się, że chce znowu ją uderzyć. Podszedłem bliżej, chciałem go powstrzymać i wtedy mnie zaatakował. Zrobiłem unik, próbowałem mu odebrać broń. Trafił mnie kilka razy, chyba wtedy złamał kij. Straciłem równowagę, zatoczyłem się, potknąłem się na czymś i upadłem na ścianę. Zobaczyłem, że do mnie idzie. Krzyknąłem, żeby się zatrzymał.
Trueheart wziął głęboki wdech, powoli wypuścił powietrze, ale to nic nie pomogło, głos ciągle mu drżał.
– Przyjął pozycję, jak gdyby chciał jak najdalej wybić piłkę. Odbezpieczyłem broń. Pani porucznik, wybrałem opcję ogłuszanie, widzi pani, paralizator jest ustawiony na najniższe rażenie…
– Co dalej?
– Wrzeszczał. Jeszcze nigdy nie słyszałem takiego wrzasku. Darł się, a po chwili zaczął biec. Ruszyłem za nim, a wtedy on osunął się na podłogę. Myślałem, że go ogłuszyłem, tylko go ogłuszyłem. Podszedłem do niego, żeby go związać, i wtedy zauważyłem, że nie żyje. Sprawdziłem puls. Naprawdę nie żył. Straciłem głowę. Pani porucznik, całkiem straciłem głowę. Wiem, że to niezgodne z procedurą, że wezwałem panią, zamiast powiadomić…
– Nie przejmuj się tym. Oficerze, czy użył pan broni w obronie życia własnego lub osób cywilnych?
– Tak jest, pani porucznik. Dokładnie tak było.
– Czy Louis K. Cogburn zignorował ostrzeżenia i mimo rozkazu nie rzucił broni i się nie poddał?
– Tak jest, pani porucznik.
Eve kiwnęła na jednego z mundurowych stojących na końcu korytarza.
– Proszę odprowadzić oficera Truehearta na dół. Wezwałam dla niego ambulans. Niech zaczeka na lekarza w którymś radiowozie. Zostanie pan z nim, dopóki nie skończę. Trueheart, zadzwoń po swojego adwokata.
– Ale, pani porucznik…
– Radzę ci wezwać adwokata – powtórzyła. – W uzupełnieniu raportu stwierdzam, że po pobieżnych oględzinach miejsca przestępstwa i dowodów oraz po przesłuchaniu Suzanne Cohen uznaję zeznanie oficera Truehearta za zadowalające. Broń została użyta w obronie własnej, napastnik zagrażał też życiu osób cywilnych. Na razie to wszystko, co mogę powiedzieć. Dokładniejszy raport złożę po zakończeniu dochodzenia w tej sprawie. Trueheart, idź już, odpocznij. Wezwij adwokata i pozwól lekarzom się zbadać.
– Tak jest, pani porucznik. Dziękuję, pani porucznik.
– Chodźmy, Trueheart. – Mundurowy poklepał go po plecach.
– Oficerze? Czy któryś z miejscowych policjantów zna ofiary?
Mundurowy odwrócił się i spojrzał na Eve.
– To teren Proctora. Możliwe, że ich znał.
– Wezwać go – powiedziała i weszła do mieszkania 43F.
– Jest w szoku – zauważyła cicho Peabody.
– Będzie musiał sobie jakoś z tym poradzić. – Eve bacznie rozglądała się po pomieszczeniu.
Pokój był niechlujny i śmierdzący. Wszędzie walały się nadpsute resztki jedzenia i brudne ubrania. W ciasnej kuchni zmieścił się jedynie wąski blat, maleńki autokucharz i miniaturowa lodówka. Na blacie leżała olbrzymia forma do pieczenia ciasta. Eve uniosła ze zdziwieniem brwi.
– No wiesz? Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby nasz Louie K. piekł ciasto. – Otworzyła szafkę i zaczęła przeglądać zawartość równo ustawionych i szczelnie zamkniętych słojów. – Cóż, wygląda na to, że Louie produkował nielegalne substancje. Zabawne, w kuchni porządek jak u ciotki Marty, a reszta mieszkania przypomina chlew.
Rozejrzała się.
– Na meblach nie ma śladu kurzu. Co za ironia. Kto by pomyślał, że facet, który sypiał w śmierdzącej pościeli, odkurzał mieszkanie.
Otworzyła szafkę.
– Tu też miał porządek. Ubrania są czyste, ale widać, że kompletnie nie miał gustu. Spójrz na to okno, Peabody.
– Tak, pani porucznik.
– Jest czyste nie tylko od wewnątrz, ale i z zewnątrz. Umyto je niedawno temu. Po co myć okna, skoro po podłodze rozrzuca się… co to w ogóle jest… jakąś niezidentyfikowaną żywność?
– Może sprzątaczka ma wolny tydzień?
– Tak, ktoś z pewnością miał wolny tydzień. Tyle trzeba, żeby zebrać taką kolekcję brudnej bielizny. – Odwróciła się w stronę drzwi, kiedy nadszedł policjant w mundurze.
– Oficer Proctor?
– Tak jest, pani porucznik.
– Znał pan tych dwóch?
– Znałem Louiego K. – Proctor potrząsał głową. – Jasny gwint… o, przepraszam, pani porucznik, niezły burdel. Ten dzieciak, Trueheart, tam na dole, zaraz wyrzyga sobie bebechy.
– Niech się pan nie martwi o Truehearta i jego bebechy. Pan niech się zajmie Louiem K. Co pan o nim wie?
Twarz Proctora skamieniała.
– To drobny handlarz nielegalnymi substancjami. Sprzedawał to swoje gówno uczniom z pobliskiej szkoły. Na początek dawał im na próbę odrobinę Zonera i małą działkę Jazzu, tak żeby ich zachęcić. Moim zdaniem, był mało szkodliwy. Trochę siedział, ale zwykle bardzo uważał. Poza tym jeszcze żaden nielegalny nie dorobił się na handlu z dzieciakami.
– Był agresywny?
– W życiu! To spokojny facet. Nie wdawał się w bójki, trzymał gębę na kłódkę. Kiedy kazało mu się spadać, bez gadania spadał. Czasami patrzył tak spod łba, jakby chciał się postawić, ale nigdy się nie odważył.
– Niedawno odważył się rozwalić głowę Ralphowi Woosterowi, pobić kobietę i zaatakować policjanta.
– Pewnie testował własne produkty. To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Nawet na tym nigdy go nie przyłapaliśmy. Od czasu do czasu przypalał Zonera, ale był zbyt skąpy, żeby sobie pozwolić na coś więcej. To mi wygląda na Zeusa. – Proctor wskazał głową korytarz. – Takim drobnym facetom całkiem po tym odbija. Nie słyszałem, żeby wcześniej tak rozrabiał.
– W porządku, dziękuję panu, Proctor.
– Sprzedawał dzieciakom nielegalne substancje. Niewielka strata dla ludzkości.
– Nie nam to oceniać. – Eve zakończyła rozmowę i odwróciła się do niego plecami. Podeszła do biurka i zerknęła na monitor komputera.
Czystość Absolutna Osiągnięta.
– Co to, u diabła, znaczy? – mruknęła, marszcząc czoło. – Peabody, czy na mieście pojawiło się jakieś nowe gówno? Słyszałaś o narkotyku nazwie Czystość?
– Nie mam pojęcia.
– Komputer, podaj definicję Czystości.
Błędna komenda.
Skrzywiła się. Wpisała swoje nazwisko, numer odznaki i hasło dostępu.
– Podaj definicję Czystości.
Błędna komenda.
– Hmmm. Peabody, zdobądź listę nielegalnych substancji, tych znanych i tych nowych. Komputer, zapisz bieżący dokument. Pokaż ostatnią operację.
Monitor przez chwilę migotał, po czym na ekranie pojawiła się tabela zawierająca szczegółowy spis inwentarza, zyski, straty i zakodowane dane klientów.
– Z tego, co tu mamy, wynika, że Louie siedział przed komputerem i uzupełniał rachunki, kiedy coś go ugryzło. Wtedy wstał i rozwalił sąsiadowi głowę.
– Pani porucznik, jest strasznie gorąco. – Peabody zerknęła przełożonej przez ramię. – Ludzie po prostu wariują.
– Tak, możliwe, że i tym razem właśnie tak było. Czasami wariują. W jego spisie nie ma żadnej wzmianki o Czystości.
– Na liście nielegalnych substancji też niczego takiego nie widzę.
– To co to, do cholery, ma być? I jak on to osiągnął? – Eve zrobiła krok w tył. – Cóż, rzućmy okiem na Louiego K. Zobaczymy, co nam powie.3
Kiedy Eve wróciła po Peabody, kilku detektywów posłało jej znaczące spojrzenia.
– Szczur jest w norze – mruknął pod nosem Baxter i wskazał głową jej biuro.
– Dzięki. – Eve wsunęła kciuki w szlufki spodni i weszła do swojego gabinetu.
Porucznik Don Webster siedział rozparty w jedynym fotelu, nogi w wypolerowanych butach trzymał na jej zaśmieconym biurku i spokojnie popijał kawę. Gdy weszła, na jego szczupłej twarzy pojawił się ostrożny uśmiech, a w błękitnych oczach błysnęła podejrzliwość.
– Cześć, Dallas, dawno cię nie widziałem.
– Niewystarczająco dawno. – Zepchnęła jego nogi z biurka. – Czy w tym kubku masz moją kawę?
Upił duży łyk.
– To musi być miłe, kiedy człowiek może tak sobie pozwalać na te prawdziwe rzeczy, gdy tylko najdzie go ochota – westchnął z rozmarzeniem. – Jak się miewa Roarke?
– Czy to wizyta towarzyska? Nie mam czasu na pogawędki. Jestem na służbie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki