Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wirus śmierci - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
2794 pkt
punktów Virtualo

Wirus śmierci - ebook

Kolejny tom niesamowitej serii „Oblicza śmierci”.

W mrocznym, futurystycznym Nowym Jorku porucznik Eve Dallas staje przed jedną z najbardziej niepokojących spraw w swojej karierze.

Louie Cogburn spędził trzy dni zamknięty w swoim mieszkaniu, wpatrując się w ekran komputera. Głowę rozsadzał mu potworny ból, jakby ktoś wbijał mu w mózg ostre kolce. I z każdą godziną było tylko gorzej. W końcu, gdy ktoś zapukał do drzwi, zrozpaczony Louie chwycił kij baseballowy, otworzył drzwi i zaczął nim wymachiwać…

Kiedy wezwany na miejsce policjant użył paralizatora, Louie natychmiast zmarł. Śledztwo przejmuje porucznik Eve Dallas, która robi wszystko, żeby wytłumaczyć nagły wybuch furii mężczyzny i jego śmierć. Jedyną wskazówką jest dziwaczna wiadomość pozostawiona na ekranie komputera: Czystość Absolutna Osiągnięta.

Kiedy drugi mężczyzna ginie w niemal identycznych okolicznościach, Eve desperacko szuka odpowiedzi i odwagi, by zmierzyć się z czymś pozornie niemożliwym – że przyczyną może być wirus komputerowy zdolny przenosić się z maszyny na człowieka.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-47-3
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Lato tego roku było mor­der­czo upalne. W lipcu Nowy Jork zamie­nił się w łaź­nię parową. Szczę­ścia­rze, któ­rzy mogli sobie pozwo­lić na ucieczkę nad ocean, chro­nili się w swo­ich dom­kach let­ni­sko­wych, popi­jali chłodne drinki i roz­ko­szo­wali się ożyw­czą bryzą, pro­wa­dząc inte­resy przez tele­łą­cze. Inni, uzu­peł­niw­szy zapasy, zamy­kali się w kli­ma­ty­zo­wa­nych domach, niczym oble­gane przez wroga ple­miona.

Nie­stety, więk­szość miesz­kań­ców mia­sta musiała po pro­stu zno­sić upał.

Kiedy wil­got­ność powie­trza osią­gnęła rekor­dową wyso­kość i nic nie zapo­wia­dało rychłej poprawy sytu­acji, nastroje zaczęły się stop­niowo pogar­szać. Dez­odo­ranty już dawno prze­stały się spraw­dzać, a każde, nawet naj­drob­niej­sze nie­po­ro­zu­mie­nie gro­ziło wybu­chem pie­kła. Ludzie z dnia na dzień sta­wali się coraz bar­dziej agre­sywni, nawet ci łagodni i nie­kon­flik­towi wda­wali się w bija­tyki.

Latem 2059 roku wszyst­kie oddziały pogo­to­wia prze­ży­wały praw­dziwe oblę­że­nie. Ci, któ­rzy w zwy­czaj­nych warun­kach pozwo­li­liby sobie co naj­wy­żej na przej­ście przez jezd­nię w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, lądo­wali na poste­run­kach poli­cji, by w obec­no­ści swo­ich adwo­ka­tów tłu­ma­czyć, dla­czego pró­bo­wali udu­sić współ­pra­cow­nika czy wepchnąć nie­zna­jo­mego prze­chod­nia pod koła pędzą­cej tak­sówki.

Zazwy­czaj, kiedy emo­cje sty­gły, nie potra­fili udzie­lić logicz­nej odpo­wie­dzi. Patrzyli przed sie­bie otę­pia­łym wzro­kiem, zdu­mieni i zakło­po­tani, jak gdyby wła­śnie wyszli z głę­bo­kiego transu.

Louie K. Cog­burn dobrze wie­dział, co i dla­czego robi, i miał dokład­nie okre­ślone plany na przy­szłość. Zaj­mo­wał się roz­pro­wa­dza­niem nie­le­gal­nych sub­stan­cji odu­rza­ją­cych, naj­czę­ściej han­dlo­wał Zone­rem i Jaz­zem. Aby zwięk­szyć swoje nie­wiel­kie dochody, Louie mie­szał Zonera z suszoną trawą zebraną w par­kach miej­skich, a do Jazzu dosy­py­wał pro­szek do pie­cze­nia, który kupo­wał w hur­to­wych ilo­ściach. Jego klien­tami były dzie­się­cio- dwu­na­sto­let­nie dzie­ciaki ze śred­nio­za­moż­nych domów, uczące się w oko­licy jego miesz­ka­nia na dol­nym Man­hat­ta­nie.

Dzięki temu oszczę­dzał na cza­sie i nie wyda­wał pie­nię­dzy na dojazd.

Pre­fe­ro­wał klien­telę z klasy śred­niej, bo każdy bie­dak miał dostawcę we wła­snej rodzi­nie, a boga­cze zbyt szybko wyczu­wali trawę i pro­szek do pie­cze­nia. Logika, jaką posłu­gi­wał się Louie, pozwa­lała robić inte­resy wyłącz­nie z jedną grupą wie­kową. On sam czę­sto powta­rzał, że wystar­czy wcią­gnąć w to dzie­ciaki odpo­wied­nio wcze­śnie, by do końca życia pozo­stały jego klien­tami.

Louie nie miał dotych­czas oka­zji się prze­ko­nać, czy jego życiowe motto się spraw­dza, bo żaden z jego klien­tów nie ukoń­czył jesz­cze szkoły.

Mimo to Louie bar­dzo poważ­nie trak­to­wał swoją pracę. Co wie­czór, kiedy jego poten­cjalni klienci odra­biali zada­nia domowe, on także był zajęty. Znał się na tym i sam pro­wa­dził wła­sną małą księgę rachun­kową. Jako księ­gowy, nawet w nie­wiel­kiej fir­mie, zara­białby dużo wię­cej niż na han­dlu nar­ko­ty­kami, uwa­żał jed­nak, że praw­dziwy męż­czy­zna powi­nien pra­co­wać na wła­sne konto.

Ostat­nio coraz czę­ściej się wście­kał. Wystar­czyło, by jego kom­pu­ter z trze­ciej ręki się zawie­sił, a Louie wpa­dał w szał. I ten ból głowy. Upiorny, nie­zno­śny ból głowy, jakiego nie były w sta­nie zła­go­dzić nawet środki, które sam sprze­da­wał.

Przez trzy dni w ogóle nie pra­co­wał. Ból głowy tak się nasi­lił, że prze­sło­nił mu cały świat. Louie zaszył się w swoim dusz­nym miesz­kanku i włą­czył gło­śną muzykę, w nadziei, że w ten spo­sób zagłu­szy potworny szum w gło­wie.

Ktoś mu jesz­cze za to zapłaci, to jedyne, czego był pewien. Ktoś za to zapłaci.

Gospo­darz domu, prze­klęty nie­rób, cią­gle nie napra­wiał kli­ma­ty­za­cji, myślał z rosnącą wście­kło­ścią Louie. Jego zaczer­wie­nione, opuch­nięte oczy ani na chwilę nie prze­sta­wały obser­wo­wać prze­su­wa­ją­cych się po ekra­nie rzę­dów cyfr. Sie­dział w samej bie­liź­nie przed otwar­tym na oścież jedy­nym oknem w kawa­lerce. Nie było wia­tru, powie­trze ani drgnęło, za to z ulicy dobie­gał strasz­liwy zgiełk. Pokrzy­ki­wa­nia kie­row­ców i prze­chod­niów, ryk klak­so­nów, pisk opon, bucze­nie prze­peł­nio­nych auto­bu­sów powietrz­nych.

Pod­gło­śnił wysłu­żony odtwa­rzacz tak, że tra­sh­roc­kowa muzyka zamie­niła się w ścianę hałasu. Odgro­dził się od bólu.

Z nosa sączyła mu się strużka krwi, ale on wcale tego nie zauwa­żył.

Louie K. przy­ło­żył do czoła butelkę z let­nim piwem. Żało­wał, że nie ma mio­ta­cza. Gdyby miał ten pie­przony mio­tacz, wychy­liłby się przez to cho­lerne okno i wysa­dził w powie­trze całą zasraną ulicę.

Jego naj­bar­dziej gwał­tow­nym wyczy­nem, przy­naj­mniej do tej pory, było wyrzu­ce­nie mło­do­cia­nego klienta z samo­chodu. Teraz, kiedy zlany potem sie­dział nad rachun­kami, myśl o śmierci i znisz­cze­niu nie opusz­czała go ani na chwilę, a w jego gło­wie rodziło się sza­leń­stwo.

Twarz miał wosko­wo­bladą, ciemne, skle­jone w wil­gotne strąki włosy opa­dały mu na zapad­nięte policzki. Chude jak patyk ramiona poły­ski­wały od potu.

W uszach nie prze­sta­wało mu dzwo­nić, a brzuch pęcz­niał tak, jakby wypił ocean jakie­goś smaru. Czuł, że przy­czyną jego fatal­nego samo­po­czu­cia jest upał. Cho­roba ozna­czała straty finan­sowe. Powi­nien wziąć pie­nią­dze prze­zna­czone dla gospo­da­rza. Powi­nien to zro­bić.

Ręce drżały mu coraz sil­niej. Wbił wzrok w ekran. Nie mógł prze­stać się weń wpa­try­wać.

Wyobra­ził sobie, jak pod­cho­dzi do okna, wspina się na para­pet, wycho­dzi na zewnątrz, staje na gzym­sie i ude­rza pię­ściami w ścianę gorą­cego powie­trza i hałasu. W ręce trzyma mio­tacz. Krzy­cząc, sieje znisz­cze­nie i śmierć. Krzy­czy, wciąż krzy­czy, aż w końcu spada.

Ląduje na nogach, a potem…

Z zamy­śle­nia wyrwało go wale­nie w drzwi. Zacis—nął zęby i wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

– Louie K., ty dupku! Wyłącz tę cho­lerną muzykę!

– Idź do dia­bła – mruk­nął pod nosem, się­ga­jąc po kij do base­ballu, z któ­rym zwykł prze­cha­dzać się po parku. W ten spo­sób dawał sygnały poten­cjal­nym klien­tom. – Idź do dia­bła. Wszy­scy idź­cie do dia­bła.

– Sły­szysz mnie? Niech cię szlag!

– Pew­nie, że cię sły­szę. – Czuł, jak w mózg wbi­jają mu się wiel­kie żela­zne kolce, jak wwier­cają się coraz głę­biej i głę­biej. Musi je natych­miast wyjąć. Krzy­cząc, ude­rzył się z całej siły kijem. W oczach sta­nęły mu łzy, ale nie prze­sta­wał się kato­wać.

– Suze dzwoni po gliny. Sły­szysz, Louie? Jeśli w tej chwili nie wyłą­czysz tego gówna, Suze wezwie gliny. – Dla pod­kre­śle­nia każ­dego słowa sąsiad walił pię­ścią w drzwi.

Muzyka, łomo­ta­nie w drzwi, pokrzy­ki­wa­nia, kolce w mózgu, pot zale­wa­jący oczy. Louie się­gnął po kij.

Otwo­rzył drzwi i ude­rzył.1

Porucz­nik Eve Dal­las w zamy­śle­niu sie­działa przy swoim biurku. Grała na zwłokę i wsty­dziła się tego. Na samą myśl o wło­że­niu ele­ganc­kiej sukni wie­czo­ro­wej i uda­niu się na służ­bową kola­cję, którą jej mąż wyda­wał dla grupy nie­zna­jo­mych, miała ochotę wrzu­cić dzi­waczną toa­letę do nisz­czarki i zamie­nić ją w strzępy.

Dużo cie­kaw­szym miej­scem wyda­wała jej się cen­trala.

Tego popo­łu­dnia zamknęła docho­dze­nie, cze­kało ją więc sporo papier­ko­wej roboty. Czuła, że nie powinna tra­cić czasu. Świad­ko­wie zgod­nie potwier­dzili, że ten sam facet, który wsz­czął prze­py­chanki z dwoj­giem tury­stów z Toledo, wcze­śniej potrą­cił samo­cho­dem sprze­dawcę sojo­wych paró­wek i zbiegł z miej­sca wypadku.

Wszystko, czym zaj­mo­wała się w ciągu kilku ostat­nich dni, miało mniej­szy lub więk­szy zwią­zek z tym jed­nym pro­ble­mem. To mał­żeń­ska awan­tura z tra­gicz­nym zakoń­cze­niem, to uliczna burda z kil­koma ofia­rami śmier­tel­nymi, nawet roz­róba przed budką z lodami dopro­wa­dziła do mor­der­stwa.

Upał odbie­rał ludziom rozum. Zacho­wy­wali się głu­pio i podle, myślała, a to połą­cze­nie pro­wa­dziło do roz­lewu krwi.

Per­spek­tywa wystro­je­nia się w tę prze­klętą suk­nię i zmar­no­wa­nia kilku godzin w jakiejś eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji na roz­mo­wach z ludźmi, któ­rych nawet nie znała, spra­wiała, że sama czuła się podle.

To wyłącz­nie jej wina, myślała z nie­chę­cią. Nie trzeba było wycho­dzić za faceta, który jest tak bogaty, że mógłby kupić cały kon­ty­nent.

Roarke lubił takie wie­czory, co ni­gdy nie prze­stało wpra­wiać jej w zdu­mie­nie. W pię­cio­gwiazd­ko­wej restau­ra­cji – pew­nie i tak do niego nale­żała – czuł się rów­nie swo­bod­nie jak we wła­snym domu, a kawior jadał z taką samą natu­ral­no­ścią jak domowe bur­gery.

Te rze­czy nie powinny jej już dzi­wić, prze­cież byli mał­żeń­stwem od pra­wie dwóch lat. Zre­zy­gno­wana, wstała od biurka.

– Pani porucz­nik cią­gle tutaj? – W drzwiach gabi­netu stała Peabody, jej pod­władna. – Zda­wało mi się, że miała pani iść na kola­cję do któ­rejś z tych wytwor­nych restau­ra­cji w cen­trum.

– Jesz­cze zdążę. – Zer­k­nęła na zega­rek i poczuła lek­kie zawsty­dze­nie. No dobra, tro­chę się spóźni. Ale nie­dużo. – Wła­śnie zakoń­czy­łam sprawę tego kie­rowcy.

Peabody, która wbrew natu­ral­nemu porząd­kowi rze­czy, zna­ko­mi­cie zno­siła nawet naj­gor­sze upały, spoj­rzała na nią spo­koj­nymi ciem­nymi oczami.

– Pani porucz­nik, chyba nie pró­buje pani grać na zwłokę?

– Przy­się­ga­łam, że będę słu­żyć temu mia­stu i zapew­nię opiekę i bez­pie­czeń­stwo jego miesz­kań­com. Jeden z nich wła­śnie został roz­gnie­ciony na Pią­tej Alei niczym robak. Uwa­żam, że zasłu­żył na to, bym mu poświę­ciła dodat­kowe trzy­dzie­ści minut mojego cen­nego czasu.

– To praw­dziwy kosz­mar, kiedy czło­wieka zmu­szają do wło­że­nia pięk­nej sukni, obsy­pują bry­lan­tami, czy czym tam panią obsy­pali, każą pić szam­pana i jeść homara. I to w towa­rzy­stwie naj­przy­stoj­niej­szego męż­czy­zny na pla­ne­cie, a pew­nie i poza nią. Nie wiem, jak pani znosi taki stres. Współ­czuję.

– Zamknij się, Peabody.

– Ja to co innego, mogę sobie przez cały wie­czór sie­dzieć z McNa­bem w cia­snej piz­ze­rii naprze­ciwko poste­runku. Podzie­limy się por­cją, a potem rachun­kiem. – Peabody potrzą­sała głową. Kosmyk ciem­nych wło­sów, który wymknął się spod jej czapki, koły­sał się ryt­micz­nie. – Nawet pani nie wie, jak okrop­nie się czuję, wie­dząc o tym.

– Peabody, szu­kasz kło­po­tów?

– Nie, pani porucz­nik. – Peabody zro­biła naj­nie­win­niej­szą minę, na jaką było ją stać. – Po pro­stu pró­buję oka­zać współ­czu­cie w tych trud­nych chwi­lach.

– Poca­łuj mnie w dupę. – Eve, roz­darta mię­dzy weso­ło­ścią a roz­draż­nie­niem, zaczęła się powoli zbie­rać do wyj­ścia, kiedy ode­zwał się dzwo­nek łącza.

– Mam powie­dzieć, że pani wyszła?

– Zdaje się, że kaza­łam ci się zamknąć. – Eve pode­szła do biurka i ode­brała. – Wydział zabójstw. Dal­las.

– Pani porucz­nik. – Na ekra­nie poja­wiła się zna­joma twarz Troya Tru­ehe­arta. Eve jesz­cze ni­gdy nie widziała go tak spię­tego.

– Tru­ehe­art.

– Pani porucz­nik – powtó­rzył, po czym gło­śno prze­łknął ślinę. – Mia­łem wypa­dek. W odpo­wie­dzi na… o rany, zabi­łem go.

– Ofi­ce­rze – Eve, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy, zlo­ka­li­zo­wała go na ekra­nie. – Tru­ehe­art, jesteś na służ­bie?

– Nie, pani porucz­nik. Tak jest, pani porucz­nik. Sam nie wiem.

– Weź się w garść – rzu­ciła ostro. Auto­ma­tycz­nie pod­niósł głowę. – Cze­kam na raport.

– Tak jest. Po skoń­cze­niu służby wra­ca­łem pie­szo do domu, kiedy usły­sza­łem kobietę wzy­wa­jącą przez okno pomocy. Zare­ago­wa­łem natych­miast. Na czwar­tym pię­trze budynku męż­czy­zna uzbro­jony w kij base­bal­lowy ata­ko­wał jakąś kobietę. Na pod­ło­dze w przed­po­koju leżał męż­czy­zna, cywil. Był nie­przy­tomny albo nie żył, mocno krwa­wił. Wsze­dłem do miesz­ka­nia i… pró­bo­wa­łem ich roz­dzie­lić. Pani porucz­nik… ja chcia­łem go powstrzy­mać, on by ją zabił. Kaza­łem mu się pod­dać, ale on zigno­ro­wał moje ostrze­że­nie i rzu­cił się na mnie. Zdą­ży­łem wyjąć broń, żeby go ogłu­szyć. Przy­się­gam, że chcia­łem go tylko obez­wład­nić, ale on nie żyje.

– Tru­ehe­art, spójrz na mnie. Posłu­chaj. Zabez­piecz budy­nek i powia­dom dys­po­zy­tora o zgo­nie. Powiedz, że zło­ży­łeś mi raport, a ja jestem w dro­dze. Wezwę pogo­to­wie. Rób wszystko zgod­nie z regu­la­mi­nem, Tru­ehe­art. Zro­zu­mia­łeś?

– Tak jest, pani porucz­nik. Powi­nie­nem był naj­pierw zgło­sić to dys­po­zy­to­rowi. Powi­nie­nem…

– Trzy­maj się, Tru­ehe­art. Już jadę. Peabody – dodała, kie­ru­jąc się ku wyj­ściu.

– Tak jest, pani porucz­nik. Jestem z panią.

* * *

Wzdłuż ulicy par­ko­wało kilka radio­wo­zów. Na chod­nik wje­chała karetka pogo­to­wia. Eve pode­szła bli­żej. W tej oko­licy ludzie zwy­kle uni­kali poli­cji. Na widok mun­du­ro­wych więk­szość gapiów roz­pły­nęła się w powie­trzu. Nie­liczni, któ­rzy zostali, musieli się cof­nąć.

Dwaj poli­cjanci pil­nu­jący wej­ścia przyj­rzeli jej się podejrz­li­wie, po czym wymie­nili nie­pewne spoj­rze­nia. Była wyż­sza rangą, mogła ich obu znisz­czyć.

Czuła ich chłód.

– Gliny nie powinny zawra­cać tyłka innym gli­nom. Robimy, co do nas należy – mruk­nął jeden z nich.

Zatrzy­mała się i zmie­rzyła go wzro­kiem.

Natych­miast zro­zu­miał, że szczu­pła, wysoka kobieta o brą­zo­wych oczach ma nad nimi wła­dzę. Jej spoj­rze­nie było cał­ko­wi­cie pozba­wione emo­cji. Krót­kie, lekko krę­cone kasz­ta­nowe włosy oka­lały jej pocią­głą twarz. Wydatne wargi zaci­snęły się w wąską linię. W bro­dzie miała maleńki dołe­czek.

Męż­czy­zna czuł, że kur­czy się pod jej spoj­rze­niem.

– Gliny nie powinny prze­szka­dzać innym gli­nom – wyce­dziła zimno. – Ofi­ce­rze, ma pan jakiś pro­blem? Niech pan zaczeka, aż zro­bię swoje, potem będzie pan pysko­wał.

Weszła do holu wiel­ko­ści pudełka po butach i od razu skie­ro­wała się ku jedy­nej win­dzie w budynku. Naci­snęła guzik. Fala gorąca, jaka w nią ude­rzyła, nie miała związku z mor­der­czym upa­łem.

– Cza­sami mam wra­że­nie, że nie­któ­rzy mun­du­rowi naj­chęt­niej prze­gryź­liby mi gar­dło, kiedy oka­zuje się, że jestem wyż­sza stop­niem. Jak to jest?

– To z ner­wów, pani porucz­nik – odparła Peabody, kiedy wcho­dziły do windy. – Mun­du­rowi spoza cen­trali znają i lubią Tru­ehe­arta. Ale testy nie będą dla niego zbyt przy­jemne.

– Testy ni­gdy nie są przy­jemne. Naj­lep­sze, co możemy dla niego zro­bić, to dzia­łać szybko i nie łamać prawa. I tak już spie­przył sprawę, zawia­da­mia­jąc naj­pierw mnie, a nie dys­po­zy­tora.

– Będą mu robić przy­kro­ści? To pani ubie­głej zimy zdjęła go z ulicy i wpro­wa­dziła do cen­trali. Wewnętrzni powinni zro­zu­mieć, że…

– Ci z WW nie są zbyt bystrzy. Miejmy nadzieję, że się w to nie wmie­szają. – Wyszła z windy i uważ­nie się rozej­rzała.

Na szczę­ście był na tyle roz­sądny, by nie ruszać ciał. Zacho­wał się jak doświad­czony gli­niarz, pomy­ślała z ulgą. Na kory­ta­rzu w kałuży krwi leżeli dwaj męż­czyźni. Jeden z nich odwró­cony był twa­rzą do ziemi. Drugi leżał na ple­cach. Wpa­try­wał się w sufit, a w jego mar­twych oczach dostrze­gła zasko­cze­nie. Zza nie­do­mknię­tych drzwi miesz­ka­nia obok dobie­gało łka­nie. Drzwi naprze­ciwko także były otwarte. W ścia­nie zauwa­żyła kilka świe­żych dziur i wgnie­ceń. Leżące na pod­ło­dze odpry­ski pochło­nęła kałuża krwi. Na zła­ma­nym drągu, który kie­dyś był kijem base­bal­lo­wym, dostrze­gła ślady krwi i strzępy mózgu.

W progu stał wypro­sto­wany i blady jak duch Tru­ehe­art. W jego oczach cią­gle tliło się zdu­mie­nie pomie­szane z szo­kiem.

– Pani porucz­nik.

– Tru­ehe­art, weź się w garść. Peabody, nagry­waj. – Eve przy­kuc­nęła i zaczęła oglą­dać ciała. Zakrwa­wiony męż­czy­zna był duży i umię­śniony. Bar­czy­sty typ, taki co to kiedy go zde­ner­wo­wać, roz­wa­liłby pię­ścią ścianę. Tył jego głowy przy­po­mi­nał roz­gnie­cione cegłą jajko.

Drugi miał na sobie jedy­nie gra­fi­towe szorty. Na chu­dym, kości­stym ciele nie widać było żad­nych ran ani siń­ców, jedy­nie z uszu i noz­drzy sączyły się cien­kie strużki krwi. Żyłki w oczach zupeł­nie mu popę­kały, a białka nabrały czer­wo­nego koloru.

– Ofi­ce­rze Tru­ehe­art, czy ziden­ty­fi­ko­wano już ciała?

– Pani porucz­nik, eee… pierw­sza ofiara to Ralph Wooster, zamiesz­kały w apar­ta­men­cie 42E. Ten, któ­rego ja… – urwał. Eve unio­sła głowę i spoj­rzała mu w oczy.

– A druga ofiara?

Tru­ehe­art zwil­żył języ­kiem usta.

– Druga ofiara to Louis K. Cog­burn z miesz­ka­nia 43F.

– Kto tak roz­pa­cza w 42E?

– Suzanne Cohen, współ­lo­ka­torka Ral­pha Woostera. To ona wzy­wała pomocy przez okno. Kiedy dotar­łem na miej­sce, Louis Cog­burn gro­ził jej drą­giem czy też kijem base­bal­lo­wym. W tym cza­sie…

Zamilkł, kiedy Eve unio­sła palec.

– Po wstęp­nych oglę­dzi­nach ciał stwier­dzi­łam, że ofiara to męż­czy­zna rasy mie­sza­nej, lat około trzy­dzie­stu pię­ciu, waga jakieś sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów, wzrost około metra osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Widoczne obra­że­nia głowy, twa­rzy i ciała. Naj­praw­do­po­dob­niej rany zadano drew­nia­nym kijem, na któ­rym widać ślady krwi i tkankę mózgową. Druga ofiara to męż­czy­zna po trzy­dzie­stce, rasy kau­ka­skiej, waga sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów, metr sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Ziden­ty­fi­ko­wany jako napast­nik. Przy­czyna śmierci na razie nie­znana. Krwa­wie­nie z nosa i uszu, brak widocz­nych obra­żeń.

Wypro­sto­wała się.

– Peabody, niech nikt nie dotyka ciał. Sama dokoń­czę bada­nie, ale naj­pierw muszę poroz­ma­wiać z tą Cohen. Ofi­ce­rze Tru­ehe­art, czy pod­czas zaj­ścia uży­wał pan broni?

– Tak jest, pani porucz­nik, ja…

– Pro­szę oddać broń ofi­cer Peabody, która ją zabez­pie­czy.

Dwaj mun­du­rowi sto­jący na końcu kory­ta­rza mruk­nęli coś pod nosem, ale nie zwró­ciła na nich uwagi. Patrzyła Tru­ehe­ar­towi w oczy.

– Nie masz obo­wiązku skła­da­nia broni, bo nie ma tu two­jego adwo­kata. Poproś, niech ci kogoś przy­dzielą. Pro­szę, żebyś oddał broń Peabody, wtedy nie będzie żad­nych wąt­pli­wo­ści co do prze­biegu docho­dze­nia.

Wie­działa, że jej cał­ko­wi­cie zaufał.

– Tak jest, pani porucz­nik.

Kiedy się­gnął po para­li­za­tor, poło­żyła dłoń na jego ramie­niu.

– Od kiedy jesteś taki ner­wowy, Tru­ehe­art?

– Prawe ramię tro­chę mnie boli.

– Dozna­łeś obra­żeń pod­czas zaj­ścia?

– Strasz­nie machał tym kijem, więc zanim…

– Osob­nik, który wywo­łał awan­turę, zaata­ko­wał cię i zra­nił pod­czas wyko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych? – Chciała nim potrzą­snąć. – Dla­czego, u dia­bła, nic nie powie­dzia­łeś?

– Wszystko stało się tak szybko. Popchnął mnie, zamach­nął się i…

– Zdej­mij koszulę.

– Pani porucz­nik?

– Ścią­gaj koszulę, Tru­ehe­art. Peabody, reje­struj.

Zaru­mie­nił się. Dobry Boże, nie­winny jak dziecko, pomy­ślała Eve. Tru­ehe­art, uni­ka­jąc jej wzroku, roz­piął koszulę. Peabody wstrzy­mała oddech, ale czy to na widok jego nie­za­prze­czal­nie pięk­nej klatki pier­sio­wej, czy raczej opu­chli­zny i ogrom­nego sińca cią­gną­cego się od pra­wego ramie­nia aż po łokieć, Eve nie była pewna.

– Wygląda na to, że nie­źle obe­rwał, i to kilka razy. Niech obej­rzy to lekarz. Ofi­ce­rze Tru­ehe­art, kiedy następ­nym razem odnie­sie pan w cza­sie służby obra­że­nia, pro­szę powia­do­mić prze­ło­żo­nych. Odsuń­cie się.

W miesz­ka­niu 42E pano­wał straszny bała­gan. Choć naj­wy­raź­niej utrzy­my­wa­nie w domu porządku nie nale­żało do ulu­bio­nych zajęć loka­to­rów, Eve była prze­ko­nana, że war­stwa potłu­czo­nego szkła zale­ga­jąca na pod­ło­dze i plamy krwi na ścia­nach przy­po­mi­na­jące abs­trak­cyjne malo­wi­dła nie sta­no­wiły wystroju wnę­trza. Kobieta nie wyglą­dała lepiej. Na lewym oku miała opa­tru­nek, a nad nim otwartą ranę. Lewa cześć twa­rzy była opuch­nięta i sina.

– Jest przy­tomna? – zapy­tała jed­nego z leka­rzy pogo­to­wia Eve.

– Rozu­mie, co się do niej mówi. Chciała wyjść, ale ją zatrzy­ma­li­śmy, żeby mogła pani z nią zamie­nić słówko. Niech jej pani zbyt długo nie męczy – pora­dził. – Musimy ją zabrać do szpi­tala. Ma uszko­dzoną rogówkę, strza­skaną kość policz­kową i zła­maną rękę. Facet nie żało­wał pałki.

– Daj­cie mi pięć minut. Panno Cohen. – Eve pode­szła bli­żej i pochy­liła się nad kobietą. – Jestem porucz­nik Dal­las. Czy może mi pani powie­dzieć, co się stało?

– On zupeł­nie osza­lał. Myślę, że zabił Ral­pha. Po pro­stu osza­lał.

– Louis Cog­burn?

– Tak, Louie K. – Zamknęła zdrowe oko i wes­tchnęła. – Ralph się wku­rzył, bo Louie włą­czył muzykę tak gło­śno, że nie sły­sze­li­śmy wła­snych myśli. I ten cho­lerny upał. Ralph chciał po pro­stu w spo­koju wypić piwko. Bo czemu nie? Louie K. prze­waż­nie słu­cha muzyki bar­dzo gło­śno, ale tym razem prze­sa­dził. Zda­wało się, że nam bębenki w uszach pękną. I tak od kilku dni.

Zdrowe oko drgnęło jej ner­wowo.

– Panno Cohen, a co na to Ralph? – zachę­cała Eve.

– Ralph poszedł tam, zapu­kał w drzwi i kazał mu ści­szyć. Nawet nie wiem, kiedy Louie wysko­czył z tym swoim kijem. Wyma­chi­wał nim, wrzesz­czał, wyglą­dał jak sza­le­niec. Polała się krew.

Otwo­rzyła oko.

– Wystra­szy­łam się, okrop­nie się wystra­szy­łam. Zatrza­snę­łam drzwi i pod­bie­głam do okna, żeby zawo­łać pomoc. Sły­sza­łam, jak wrzesz­czy, jak ude­rza, to był taki tępy odgłos. Sły­sza­łam Ral­pha. Woła­łam o pomoc, a potem on przy­szedł.

– Kto?

– Louie K. Ale nie wyglą­dał jak Louie. Był cały we krwi, miał coś strasz­nego w oczach. Pod­szedł do mnie z kijem. Zaczę­łam ucie­kać. Chcia­łam uciec. Ude­rzał, wszystko roz­bi­jał i krzy­czał coś o jakichś kol­cach w gło­wie. Ude­rzył mnie, co było potem, nie wiem. Nie pamię­tam. Obe­rwa­łam po twa­rzy. Pamię­tam tylko, jak lekarz zało­żył mi opa­tru­nek.

– Czy widziała pani ofi­cera, który zare­ago­wał na pani woła­nie? Roz­ma­wiała z nim pani?

– Nic nie widzia­łam. Tylko gwiazdy. Ralph nie żyje, prawda? – Ze zdro­wego oka popły­nęła jedna łza. – Oni nie chcą mi powie­dzieć, ale ja wiem, że gdyby żył, Louie ni­gdy by tu nie przy­szedł.

– Nie­stety, tak. Bar­dzo mi przy­kro. Czy mię­dzy Ral­phem a Louiem docho­dziło do nie­po­ro­zu­mień?

– Cho­dzi pani o to, czy już się kie­dyś pobili? Cza­sami zda­rzało się im pokłó­cić o muzykę, ale prze­waż­nie byli zgodni. Lubili wypić razem kilka piw, zapa­lić Zonera. Louie to spo­kojny facet. Ni­gdy nie było z nim żad­nych pro­ble­mów.

– Pani porucz­nik – wtrą­cił się jeden z leka­rzy. – Musimy natych­miast zawieźć ją do szpi­tala.

– W porządku. Przy­ślij­cie kogoś, niech obej­rzy mojego ofi­cera. Dostał kilka razy po ramie­niu. – Eve odsu­nęła się, a po chwili wyszła z pokoju. – Tru­ehe­art, zło­żysz mi raport. Chcę znać szcze­góły. Opi­szesz wszystko dokład­nie i po kolei.

– Tak jest, pani porucz­nik. Wysze­dłem z poste­runku o szó­stej trzy­dzie­ści i pie­szo uda­łem się w kie­runku połu­dniowo-wschod­nim.

– A dokąd sze­dłeś?

Znowu oblał się rumień­cem.

– Wybie­ra­łem się do domu przy­ja­ciółki, byłem umó­wiony na kola­cję.

– Mia­łeś randkę?

– Tak jest, pani porucz­nik. Kiedy mija­łem ten budy­nek, usły­sza­łem woła­nie o pomoc. Pod­nio­słem głowę i zoba­czy­łem w oknie kobietę. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Wsze­dłem do budynku i ruszy­łem na czwarte pię­tro, skąd docho­dziły odgłosy awan­tury. Kil­koro miesz­kań­ców wyglą­dało przez uchy­lone drzwi na kory­tarz, ale nikt nie wyszedł. Popro­si­łem, żeby ktoś wezwał poli­cję.

– Sze­dłeś scho­dami czy pod­je­cha­łeś windą? – Szcze­góły, jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Eve wie­działa, że powinna wycią­gnąć z niego wszystko, co pamię­tał.

– Scho­dami, pani porucz­nik. Uzna­łem, że tak będzie szyb­ciej. Kiedy dotar­łem na to pię­tro, męż­czy­zna ziden­ty­fi­ko­wany jako Ralph Wooster leżał na pod­ło­dze w kory­ta­rzu mię­dzy miesz­ka­niami 42E i 43F. Nie spraw­dzi­łem, czy ma jakieś obra­że­nia, bo w miesz­ka­niu 42E roz­le­gły się krzyki i brzęk roz­bi­ja­nego szkła. Zare­ago­wa­łem natych­miast. Widzia­łem, jak osob­nik ziden­ty­fi­ko­wany jako Louis K. Cog­burn ata­kuje kobietę kijem base­bal­lo­wym. Na broni…

Prze­rwał i gło­śno prze­łknął ślinę.

– Na broni zauwa­ży­łem ślady, które wyglą­dały jak krew i szara tkanka. Na pod­ło­dze leżała nie­przy­tomna kobieta. Cog­burn stał nad nią, uniósł kij nad głowę i szy­ko­wał się do ude­rze­nia. Wyją­łem para­li­za­tor, powie­dzia­łem, że jestem poli­cjan­tem, i zażą­da­łem, by napast­nik się pod­dał.

Tru­ehe­art prze­rwał i wytarł dło­nią usta. W jego spoj­rze­niu Eve dostrze­gła bez­rad­ność i bła­ga­nie.

– Pani porucz­nik, potem wszystko poto­czyło się bar­dzo szybko.

– Posta­raj się to opo­wie­dzieć.

Tru­ehe­art zamknął oczy. Mię­śnie twa­rzy drgały mu przez chwilę, w końcu pod­niósł głowę i popa­trzył na Eve.

– Odwró­cił się od kobiety. Wykrzy­ki­wał jakieś bred­nie, coś o kol­cach w gło­wie, o tym, że wybije okno. Potem pod­niósł kij, zda­wało się, że chce znowu ją ude­rzyć. Pod­sze­dłem bli­żej, chcia­łem go powstrzy­mać i wtedy mnie zaata­ko­wał. Zro­bi­łem unik, pró­bo­wa­łem mu ode­brać broń. Tra­fił mnie kilka razy, chyba wtedy zła­mał kij. Stra­ci­łem rów­no­wagę, zato­czy­łem się, potkną­łem się na czymś i upa­dłem na ścianę. Zoba­czy­łem, że do mnie idzie. Krzyk­ną­łem, żeby się zatrzy­mał.

Tru­ehe­art wziął głę­boki wdech, powoli wypu­ścił powie­trze, ale to nic nie pomo­gło, głos cią­gle mu drżał.

– Przy­jął pozy­cję, jak gdyby chciał jak naj­da­lej wybić piłkę. Odbez­pie­czy­łem broń. Pani porucz­nik, wybra­łem opcję ogłu­sza­nie, widzi pani, para­li­za­tor jest usta­wiony na naj­niż­sze raże­nie…

– Co dalej?

– Wrzesz­czał. Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łem takiego wrza­sku. Darł się, a po chwili zaczął biec. Ruszy­łem za nim, a wtedy on osu­nął się na pod­łogę. Myśla­łem, że go ogłu­szy­łem, tylko go ogłu­szy­łem. Pod­sze­dłem do niego, żeby go zwią­zać, i wtedy zauwa­ży­łem, że nie żyje. Spraw­dzi­łem puls. Naprawdę nie żył. Stra­ci­łem głowę. Pani porucz­nik, cał­kiem stra­ci­łem głowę. Wiem, że to nie­zgodne z pro­ce­durą, że wezwa­łem panią, zamiast powia­do­mić…

– Nie przej­muj się tym. Ofi­ce­rze, czy użył pan broni w obro­nie życia wła­snego lub osób cywil­nych?

– Tak jest, pani porucz­nik. Dokład­nie tak było.

– Czy Louis K. Cog­burn zigno­ro­wał ostrze­że­nia i mimo roz­kazu nie rzu­cił broni i się nie pod­dał?

– Tak jest, pani porucz­nik.

Eve kiw­nęła na jed­nego z mun­du­ro­wych sto­ją­cych na końcu kory­ta­rza.

– Pro­szę odpro­wa­dzić ofi­cera Tru­ehe­arta na dół. Wezwa­łam dla niego ambu­lans. Niech zaczeka na leka­rza w któ­rymś radio­wo­zie. Zosta­nie pan z nim, dopóki nie skoń­czę. Tru­ehe­art, zadzwoń po swo­jego adwo­kata.

– Ale, pani porucz­nik…

– Radzę ci wezwać adwo­kata – powtó­rzyła. – W uzu­peł­nie­niu raportu stwier­dzam, że po pobież­nych oglę­dzi­nach miej­sca prze­stęp­stwa i dowo­dów oraz po prze­słu­cha­niu Suzanne Cohen uznaję zezna­nie ofi­cera Tru­ehe­arta za zado­wa­la­jące. Broń została użyta w obro­nie wła­snej, napast­nik zagra­żał też życiu osób cywil­nych. Na razie to wszystko, co mogę powie­dzieć. Dokład­niej­szy raport złożę po zakoń­cze­niu docho­dze­nia w tej spra­wie. Tru­ehe­art, idź już, odpocz­nij. Wezwij adwo­kata i pozwól leka­rzom się zba­dać.

– Tak jest, pani porucz­nik. Dzię­kuję, pani porucz­nik.

– Chodźmy, Tru­ehe­art. – Mun­du­rowy pokle­pał go po ple­cach.

– Ofi­ce­rze? Czy któ­ryś z miej­sco­wych poli­cjan­tów zna ofiary?

Mun­du­rowy odwró­cił się i spoj­rzał na Eve.

– To teren Proc­tora. Moż­liwe, że ich znał.

– Wezwać go – powie­działa i weszła do miesz­ka­nia 43F.

– Jest w szoku – zauwa­żyła cicho Peabody.

– Będzie musiał sobie jakoś z tym pora­dzić. – Eve bacz­nie roz­glą­dała się po pomiesz­cze­niu.

Pokój był nie­chlujny i śmier­dzący. Wszę­dzie walały się nad­psute resztki jedze­nia i brudne ubra­nia. W cia­snej kuchni zmie­ścił się jedy­nie wąski blat, maleńki auto­ku­charz i minia­tu­rowa lodówka. Na bla­cie leżała olbrzy­mia forma do pie­cze­nia cia­sta. Eve unio­sła ze zdzi­wie­niem brwi.

– No wiesz? Jakoś sobie nie wyobra­żam, żeby nasz Louie K. piekł cia­sto. – Otwo­rzyła szafkę i zaczęła prze­glą­dać zawar­tość równo usta­wio­nych i szczel­nie zamknię­tych sło­jów. – Cóż, wygląda na to, że Louie pro­du­ko­wał nie­le­galne sub­stan­cje. Zabawne, w kuchni porzą­dek jak u ciotki Marty, a reszta miesz­ka­nia przy­po­mina chlew.

Rozej­rzała się.

– Na meblach nie ma śladu kurzu. Co za iro­nia. Kto by pomy­ślał, że facet, który sypiał w śmier­dzą­cej pościeli, odku­rzał miesz­ka­nie.

Otwo­rzyła szafkę.

– Tu też miał porzą­dek. Ubra­nia są czy­ste, ale widać, że kom­plet­nie nie miał gustu. Spójrz na to okno, Peabody.

– Tak, pani porucz­nik.

– Jest czy­ste nie tylko od wewnątrz, ale i z zewnątrz. Umyto je nie­dawno temu. Po co myć okna, skoro po pod­ło­dze roz­rzuca się… co to w ogóle jest… jakąś nie­zi­den­ty­fi­ko­waną żyw­ność?

– Może sprzą­taczka ma wolny tydzień?

– Tak, ktoś z pew­no­ścią miał wolny tydzień. Tyle trzeba, żeby zebrać taką kolek­cję brud­nej bie­li­zny. – Odwró­ciła się w stronę drzwi, kiedy nad­szedł poli­cjant w mun­du­rze.

– Ofi­cer Proc­tor?

– Tak jest, pani porucz­nik.

– Znał pan tych dwóch?

– Zna­łem Louiego K. – Proc­tor potrzą­sał głową. – Jasny gwint… o, prze­pra­szam, pani porucz­nik, nie­zły bur­del. Ten dzie­ciak, Tru­ehe­art, tam na dole, zaraz wyrzyga sobie bebe­chy.

– Niech się pan nie mar­twi o Tru­ehe­arta i jego bebe­chy. Pan niech się zaj­mie Louiem K. Co pan o nim wie?

Twarz Proc­tora ska­mie­niała.

– To drobny han­dlarz nie­le­gal­nymi sub­stan­cjami. Sprze­da­wał to swoje gówno uczniom z pobli­skiej szkoły. Na począ­tek dawał im na próbę odro­binę Zonera i małą działkę Jazzu, tak żeby ich zachę­cić. Moim zda­niem, był mało szko­dliwy. Tro­chę sie­dział, ale zwy­kle bar­dzo uwa­żał. Poza tym jesz­cze żaden nie­le­galny nie doro­bił się na han­dlu z dzie­cia­kami.

– Był agre­sywny?

– W życiu! To spo­kojny facet. Nie wda­wał się w bójki, trzy­mał gębę na kłódkę. Kiedy kazało mu się spa­dać, bez gada­nia spa­dał. Cza­sami patrzył tak spod łba, jakby chciał się posta­wić, ale ni­gdy się nie odwa­żył.

– Nie­dawno odwa­żył się roz­wa­lić głowę Ral­phowi Wooste­rowi, pobić kobietę i zaata­ko­wać poli­cjanta.

– Pew­nie testo­wał wła­sne pro­dukty. To jedyne, co przy­cho­dzi mi do głowy. Nawet na tym ni­gdy go nie przy­ła­pa­li­śmy. Od czasu do czasu przy­pa­lał Zonera, ale był zbyt skąpy, żeby sobie pozwo­lić na coś wię­cej. To mi wygląda na Zeusa. – Proc­tor wska­zał głową kory­tarz. – Takim drob­nym face­tom cał­kiem po tym odbija. Nie sły­sza­łem, żeby wcze­śniej tak roz­ra­biał.

– W porządku, dzię­kuję panu, Proc­tor.

– Sprze­da­wał dzie­cia­kom nie­le­galne sub­stan­cje. Nie­wielka strata dla ludz­ko­ści.

– Nie nam to oce­niać. – Eve zakoń­czyła roz­mowę i odwró­ciła się do niego ple­cami. Pode­szła do biurka i zer­k­nęła na moni­tor kom­pu­tera.

Czy­stość Abso­lutna Osią­gnięta.

– Co to, u dia­bła, zna­czy? – mruk­nęła, marsz­cząc czoło. – Peabody, czy na mie­ście poja­wiło się jakieś nowe gówno? Sły­sza­łaś o nar­ko­tyku nazwie Czy­stość?

– Nie mam poję­cia.

– Kom­pu­ter, podaj defi­ni­cję Czy­sto­ści.

Błędna komenda.

Skrzy­wiła się. Wpi­sała swoje nazwi­sko, numer odznaki i hasło dostępu.

– Podaj defi­ni­cję Czy­sto­ści.

Błędna komenda.

– Hmmm. Peabody, zdo­bądź listę nie­le­gal­nych sub­stan­cji, tych zna­nych i tych nowych. Kom­pu­ter, zapisz bie­żący doku­ment. Pokaż ostat­nią ope­ra­cję.

Moni­tor przez chwilę migo­tał, po czym na ekra­nie poja­wiła się tabela zawie­ra­jąca szcze­gó­łowy spis inwen­ta­rza, zyski, straty i zako­do­wane dane klien­tów.

– Z tego, co tu mamy, wynika, że Louie sie­dział przed kom­pu­te­rem i uzu­peł­niał rachunki, kiedy coś go ugry­zło. Wtedy wstał i roz­wa­lił sąsia­dowi głowę.

– Pani porucz­nik, jest strasz­nie gorąco. – Peabody zer­k­nęła prze­ło­żo­nej przez ramię. – Ludzie po pro­stu wariują.

– Tak, moż­liwe, że i tym razem wła­śnie tak było. Cza­sami wariują. W jego spi­sie nie ma żad­nej wzmianki o Czy­sto­ści.

– Na liście nie­le­gal­nych sub­stan­cji też niczego takiego nie widzę.

– To co to, do cho­lery, ma być? I jak on to osią­gnął? – Eve zro­biła krok w tył. – Cóż, rzućmy okiem na Louiego K. Zoba­czymy, co nam powie.3

Kiedy Eve wró­ciła po Peabody, kilku detek­ty­wów posłało jej zna­czące spoj­rze­nia.

– Szczur jest w norze – mruk­nął pod nosem Baxter i wska­zał głową jej biuro.

– Dzięki. – Eve wsu­nęła kciuki w szlufki spodni i weszła do swo­jego gabi­netu.

Porucz­nik Don Webster sie­dział roz­party w jedy­nym fotelu, nogi w wypo­le­ro­wa­nych butach trzy­mał na jej zaśmie­co­nym biurku i spo­koj­nie popi­jał kawę. Gdy weszła, na jego szczu­płej twa­rzy poja­wił się ostrożny uśmiech, a w błę­kit­nych oczach bły­snęła podejrz­li­wość.

– Cześć, Dal­las, dawno cię nie widzia­łem.

– Nie­wy­star­cza­jąco dawno. – Zepchnęła jego nogi z biurka. – Czy w tym kubku masz moją kawę?

Upił duży łyk.

– To musi być miłe, kiedy czło­wiek może tak sobie pozwa­lać na te praw­dziwe rze­czy, gdy tylko naj­dzie go ochota – wes­tchnął z roz­ma­rze­niem. – Jak się miewa Roarke?

– Czy to wizyta towa­rzy­ska? Nie mam czasu na poga­wędki. Jestem na służ­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij