Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Władca Ocean Park - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 lipca 2026
58,50
5850 pkt
punktów Virtualo

Władca Ocean Park - ebook

Trzymający w napięciu thriller, zagadka szachowa i przenikliwy komentarz dotyczący amerykańskiego społeczeństwa.

Sędzia Oliver Garland, tytułowy władca Ocean Park, umiera niespodziewanie. Wiele lat wcześniej zapracował na najważniejsze wyróżnienie, jakie może spotkać amerykańskiego sędziego – został nominowany do Sądu Najwyższego. Stanowiska jednak nie objął, odchodząc z palestry w aurze skandalu. Podczas emitowanych w telewizji przesłuchań wyszły na jaw jego powiązania z bardzo podejrzanymi osobami. Konserwatywny i kontrowersyjny Sędzia Garland już nigdy nie podniósł się po tym publicznym upokorzeniu.

Jednak śmierć Sędziego, który za życia miał więcej wrogów niż przyjaciół, wywołuje wiele pytań. Czy Oliver Garland mógł zostać zamordowany? Jego syn Talcott, profesor prawa, otrzymał od niego tajemniczą wiadomość – zagadkę szachową, którą tylko on może odszyfrować. Kiedy giną kolejne osoby, spokojny i stateczny profesor nie waha się, by zaryzykować swoją karierę, małżeństwo, a nawet życie, aby odkryć prawdę o przeszłości ojca.

Misternie skonstruowana zagadka, błyskotliwie poprowadzona fabuła – doskonale napisana, często zjadliwie zabawna powieśćWładca Ocean Parkto mieszanka rodzinnych tajemnic i ambicji, morderstwa, segregacji rasowej oraz wątpliwej sprawiedliwości społecznej.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68544-07-7

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG
DOM NA MARTHA’S VINEYARD

Kiedy mój ojciec w końcu umarł, pozostawił bilety z meczów Redskinsów mojemu bratu, dom przy Shepard Street mojej siostrze, a dom na wyspie Martha’s Vineyard mnie. Najcenniejsze z masy spadkowej były oczywiście bilety z meczów futbolowych, ale w końcu Addison był zawsze ulubieńcem ojca i zagorzałym kibicem. Jako jedyne z dzieci niemal dzielił z nim tę obsesję, no i tylko z nim ojciec rozmawiał w okresie, gdy po raz ostatni spisywał testament. Addison to klejnot w koronie, jeśli wybaczycie mi to określenie, między Mariah a mną panują natomiast dość chłodne stosunki od chwili, gdy – jak to ona określa – przeszedłem na stronę wroga. To skłoniło ojca do zapisania nam domów odległych od siebie o ponad sześćset kilometrów.

Ucieszyłem się, że dostałem dom na Vineyard. Jest to schludny wiktoriański domek na terenie Ocean Park w mieście Oak Bluffs, z mnóstwem gotyckich drewnianych ozdóbek wzdłuż zapadającej się werandy i z pięknym porannym widokiem na białą muszlę koncertową wynurzającą się z morza zielonej trawy na tle rozległego morza jasnoniebieskiej wody. Moi rodzice lubili opowiadać, jak to kupili go za bezcen w latach sześćdziesiątych, kiedy wyspa oraz kolonia przedstawicieli czarnej klasy średniej były jeszcze eleganckie i mało znane. Ostatnio Martha’s Vineyard stoczyła się na dno, przynajmniej zdaniem mojego ojca. Często powtarzał, że jest teraz zatłoczona i hałaśliwa, a poza tym wpuszczają tu wszystkich, przez co rozumiał Afroamerykanów, którym się powodziło gorzej niż nam. Narzekał, że powstaje za dużo nowych domów, psujących piękno dróg i lasów koło najlepszych plaż. Pojawiły się nawet budynki wielorodzinne, szczególnie w pobliżu Edgartown, czego nie mógł pojąć, gdyż uważał południową część wyspy za teren Kennedych – miejsce, gdzie zjeżdżają się na wakacje biali bogacze i ich rozpuszczone dzieci. Ojciec zaś pielęgnował w sobie na poły gniewne, a na poły zazdrosne przekonanie, że biali ludzie pozwalają członkom ciemniejszej nacji – jak zwykł nazywać swoją rasę – roić się i tłoczyć, ale zawsze zachowują otwartą przestrzeń dla siebie samych.

Pośród całego tego zgiełku dom na Vineyard jest jednak małym cudem. Kochałem go już jako dziecko, a dzisiaj kocham jeszcze bardziej. Każdy pokój, każdy ciemny drewniany schodek i każde okno ma do przekazania jakąś zapamiętaną tajemnicę. W dzieciństwie złamałem kostkę i nadgarstek, spadając ze skośnego dachu nad główną sypialnią. Teraz, po ponad trzydziestu latach, zupełnie nie pamiętam, dlaczego tak mi zależało, żeby tam się wdrapać. Dwa lata później, wędrując w ciemnościach po domu w poszukiwaniu wody, usłyszałem dziwny jęk, który skłonił mnie do przykucnięcia na podeście schodów. Stamtąd wypatrywałem przez balustradę, co mogło go spowodować, i w ten sposób na tydzień przed dziesiątymi urodzinami zdołałem rzucić okiem na najważniejszą tajemnicę świata dorosłych. Dostrzegłem swojego o cztery lata starszego brata, Addisona, zmagającego się z piętnastoletnią kuzynką Sally, ciemnoskórą pięknością, na wytartej burgundowej kanapie stojącej naprzeciw telewizora, w cieniu schodów. Żadne z nich nie było kompletnie ubrane, nie potrafiłem jednak określić, których części garderoby im brakuje. W pierwszym odruchu chciałem uciec. Tymczasem zamarłem w dziwnie ekscytującym letargu i obserwowałem, jak się przetaczają, przeplatając ręce i nogi w pozornie przypadkowych pozach. Najwyraźniej „robili to”, jak mawialiśmy w tych prostszych czasach, celowo nie wdając się w szczegóły.

Mój okres nastoletni, monotonny i nudny podobnie jak wiek dojrzały, nie zaowocował takimi przygodami, a już zdecydowanie nie na Vineyard. Chyba najbardziej poruszające dla mnie zdarzenie nastąpiło pod koniec ostatniego lata, które spędziliśmy na wyspie z całą rodziną. Miałem trzynaście lat, a Mariah, wówczas dość pulchna piętnastolatka, wściekła się na mnie za jakąś kąśliwą uwagę na temat jej tuszy. Wzięła pudełko zapałek, po czym ukradła moją ukochaną kartę baseballową firmy Topps z Williem Maysem i wspięła się na strych po ściąganej drabince, składającej się z ośmiu chybotliwych listewek. Kiedy ją w końcu dogoniłem, spaliła kartę na moich oczach, a ja łkałem, klęcząc bezradnie w dusznym upale zakurzonego strychu. Już wówczas byliśmy uwikłani w trwający całe życie układ niechęci. Tego samego lata moja siostra Abigail, wciąż uznawana za dziecko, choć była tylko o rok z okładem młodsza ode mnie, została gwiazdą naszej lokalnej gazety, „Vineyard Gazette”, kiedy w parny sierpniowy wieczór wygrała chyba z osiem nagród podczas okręgowego jarmarku, trafiając strzałkami w balony i piłeczkami baseballowymi w butelki po mleku. W ten sposób ugruntowała swoją pozycję jedynego w rodzinie potencjalnego sportowca. Poza nią żadne z rodzeństwa nawet nie próbowało zdobywać laurów w tej dziedzinie, gdyż rodzice zawsze przedkładali tęgi umysł nad tężyznę fizyczną.

Cztery lata później nie słychać już było chłopięcego śmiechu Abby – ani w Ocean Park, ani nigdzie indziej. Jej radość życia i wesołość, które wnosiła do naszego domu, ulotniły się w jednej tragicznej chwili, gdy na śliskim od deszczu asfalcie niedoświadczona nastolatka bezskutecznie próbowała uniknąć zderzenia z roztańczonym sportowym samochodem. Według świadków był to jakiś luksusowy model, ale nikt go dokładnie nie potrafił opisać. Nigdy go zatem nie znaleziono, gdyż kierowca, który zabił moją siostrę o kilka przecznic od Washington Cathedral w pierwszą wiosnę prezydentury Jimmy’ego Cartera, odjechał na długo przed przybyciem policji. Tego, że Abby miała prawo kierować autem tylko pod opieką osoby dorosłej, nigdy nie podano do wiadomości publicznej. Nie wspomniano też o tym, że w jej pożyczonym samochodzie znaleziono marihuanę. Ani policja, ani nawet prasa nie miały na to ochoty, gdyż mój ojciec był kim był i miał takie, a nie inne powiązania, a ponadto w tamtym okresie szarganie reputacji wielkich nie było jeszcze naszym sportem narodowym. Dzięki temu Abby mogła umrzeć tak niewinna, jak udawaliśmy, że żyła.

W owym czasie Addison kończył już studia, a Mariah miała rozpocząć drugi rok, w związku z czym mnie przypadła niewdzięczna rola jedynego dziecka, jak nazywała to mama. Tamtego lata w Oak Bluffs, kiedy mój milczący ojciec dojeżdżał do sądu federalnego w Waszyngtonie, a matka błąkała się bez celu po pokojach, postawiłem sobie za zadanie wyszukiwanie w domu wspomnień po Abby. Pod stosem książek leżących na czarnym metalowym wózku pod telewizorem znalazłem jej ulubioną grę „Życie”, a w głębi oszklonej szafki nad zlewem – biały fajansowy kubek z legendarnym napisem CZARNE JEST PIĘKNE, kupiony na złość ojcu. W rogu dusznego strychu leżała z kolei wygrana na jarmarku pluszowa panda nosząca imię George, na cześć męczeńskiego czarnego bojownika George’a Jacksona, gubiąca już obrzydliwe różowe paprochy. Teraz, gdy osiągnąłem niebezpieczny wiek średni, muszę przyznać, że wszystkie te wspomnienia z czasem bardzo wyblakły.

Ach, ten dom na Vineyard! Addison dwukrotnie zawierał w nim małżeństwo, jedno mniej więcej udane, a ja też dwukrotnie stłukłem witrażową szybę w podwójnych drzwiach frontowych, raz mniej więcej rozmyślnie. W czasach mojego dzieciństwa mieszkaliśmy tu każdego lata, gdyż do tego właśnie służy letni dom. Każdej zimy ojciec narzekał na koszty jego utrzymania i groził, że go sprzeda, gdyż to właśnie się robi, kiedy szczęście jest wątpliwą inwestycją. A kiedy rak, który ścigał moją matkę przez sześć lat, w końcu zwyciężył, umarła w tym domu, w najmniejszej sypialni z najpiękniejszym widokiem na cieśninę Nantucket, gdyż tak właśnie się postępuje, jeśli można sobie wybrać swój koniec.

Ojciec zmarł przy swoim biurku. Z początku tylko moja siostra i kilka pijanych w trupa osób dzwoniących do nocnych programów radiowych twierdziło, że został zamordowany.Rozdział 1
Najświeższe wieści telefoniczne

(I)

– To najszczęśliwszy dzień w moim życiu – słyszę w słuchawce podekscytowany głos mojej poślubionej przed niemal dziewięcioma laty żony. Jak się wkrótce okaże, będzie to jednocześnie jeden z najsmutniejszych dni w moim życiu.

– Rozumiem – mówię, wyrażając tonem urazę.

– Och, Misza, dorośnij wreszcie. Nie porównuję go z dniem naszego ślubu. – Pauza. – Ani z urodzeniem dziecka – dodaje w charakterze przypisu.

– Wiem, rozumiem.

Znowu pauza. Nie znoszę pauz podczas rozmowy telefonicznej, ale właściwie to w ogóle nie znoszę telefonu i jeszcze wielu innych rzeczy. Na drugim końcu linii słychać w tle męski śmiech. U mnie jest prawie jedenasta rano, ale w San Francisco dobiega dopiero ósma wieczorem. Nie ma jednak powodu do podejrzliwości – może dzwoni z restauracji, centrum handlowego lub sali konferencyjnej. A może nie.

– Myślałam, że się ucieszysz – odzywa się w końcu Kimmer.

– Naprawdę się cieszę – zapewniam ją, o wiele za późno. – Tylko że…

– Och, Misza, przestań – najwyraźniej straciła cierpliwość. – Nie jestem twoim ojcem. Wiem, w co się pakuję. Mnie nie przydarzy się to, co jemu. Naszemu synowi też nie przydarzy się to, co tobie. Zgoda, kochanie?

„Mnie nic się nie przydarzyło” – chcę skłamać, ale się powstrzymuję. Wolę się nacieszyć tak rzadką przyjemnością usłyszenia „kochanie”. Skoro Kimmer jest w końcu tak szczęśliwa, lepiej nie wywoływać zadrażnień. Nie chcę jej tłumaczyć, że moją radość nieco przyćmiewa obawa, jak na te wieści zareaguje mój ojciec. Mówię zatem tylko:

– Po prostu martwię się o ciebie, nic więcej.

– Potrafię o siebie zadbać – zapewnia mnie, a jest to stwierdzenie tak zgodne z prawdą, że aż przerażające. Podziwiam zdolność mojej żony do ukrywania dobrych wieści, przynajmniej przed własnym mężem. Już wczoraj się dowiedziała, że lata delikatnych zabiegów oraz odpowiednich posunięć politycznych w końcu zaowocowały i znalazła się w czołówce kandydatów na wolne miejsce w federalnym sądzie apelacyjnym. Staram się nie myśleć, z iloma osobami zdążyła się podzielić swoją radością, zanim w końcu zadzwoniła do domu.

– Tęsknię za tobą – mówię.

– Miło to słyszeć, ale niestety, wygląda na to, że muszę tu zostać do jutra.

– Przecież miałaś wrócić dzisiaj.

– No, miałam, ale… po prostu nie mogę.

– Rozumiem.

– Oj, Misza, przecież nie zostaję tu dlatego, że chcę. To moja praca. Nic na to nie poradzę. – Przez kilka sekund obydwoje zastanawiamy się nad tym stwierdzeniem. – Wrócę do domu najszybciej, jak to możliwe, wiesz przecież.

– Wiem, kochanie, wiem. – Stoję za biurkiem i spoglądam przez okno na dziedziniec, gdzie studenci leżą na trawie z nosami w skryptach lub grają w siatkówkę, korzystając z resztek październikowego słońca. Mój gabinet jest jasny i przestronny, lecz nieco zabałaganiony, a to ostatnie określenie można też w zasadzie odnieść do mojego życia. – Wiem – powtarzam po raz trzeci, gdyż nasze małżeństwo przechodzi obecnie etap, w którym czasem trudno podtrzymać rozmowę.

Po odpowiednio długiej chwili milczenia Kimmer powraca do kwestii technicznych.

– Wiesz co? Lada moment FBI zacznie rozmowy z moimi kolegami, no i z mężem. Kiedy to usłyszałam od Ruthie, mówię: „Mam nadzieję, że nie zdradzi im wszystkich moich grzechów”. – Krótki śmiech, zarazem ostrożny i pewny siebie. Moja żona wie, że może na mnie liczyć. Teraz nagle zaczyna przejawiać skromność. – Wiem, że biorą też pod uwagę innych, a niektórzy z nich mają duże osiągnięcia. Ale Ruthie twierdzi, że mam naprawdę spore szanse. – Ruthie to Ruth Silverman, nasza koleżanka ze studiów prawniczych, dawna przyjaciółka Kimmer, a obecnie zastępczyni doradcy Białego Domu.

– Bo masz, jeśli będą decydować względy merytoryczne – odpowiadam lojalnie.

– Brzmi, jakbyś myślał, że nie dostanę tego stanowiska.

– Myślę, że powinnaś je dostać. – Naprawdę tak sądzę. Kimmer to drugi w kolejności najinteligentniejszy znany mi prawnik. Jest partnerem w największej kancelarii w Elm Harbor, które moja żona uważa za małe miasteczko, ja zaś za miasto średniej wielkości. Tylko dwie inne kobiety zaszły tak wysoko, ale nikt inny, kto nie jest biały.

– Może faktycznie ktoś już je sobie załatwił – przyznaje.

– Mam nadzieję, że nie. Chcę, żebyś dostała to, czego pragniesz i na co zasługujesz. – Waham się przez chwilę, po czym ryzykuję: – Kocham cię, Kimmer. Zawsze będę cię kochał.

Moja żona nie odwzajemnia się podobnym wyznaniem, rozpoczyna natomiast nowy wątek.

– Jest chyba czterech czy pięciu finalistów. Ruthie mówi, że są wśród nich profesorowie prawa, a dwaj lub trzej to twoi koledzy. – Uśmiecham się niewesoło. Ruthie jest zbyt sprytna, by wymieniać nazwiska, lecz obydwoje z Kimmer wiemy, że „dwaj lub trzej koledzy” sprowadzają się do Marca Hadleya. Niektórzy uważają go za najbardziej błyskotliwego wśród wykładowców, mimo że przez ćwierć wieku nauczania prawa wydał zaledwie jedną książkę, i to dwadzieścia lat temu. Marc i ja byliśmy w dość bliskich stosunkach, a nie mogę tego powiedzieć o zbyt wielu ludziach, szczególnie z uniwersytetu. Niespodziewana śmierć sędziego Juliusa Krantza cztery miesiące temu zburzyła jednak naszą wątłą przyjaźń, gdyż zapoczątkowała zakulisowy wyścig, który doprowadził nas do tego momentu.

– Mało prawdopodobne, żeby prezydent wybrał kolejnego profesora prawa – stwierdzam, żeby coś powiedzieć. Marc zabiega o stanowisko sędziego znacznie dłużej niż moja żona, a poza tym to dzięki niemu Ruthie, niegdyś ulubiona studentka, osiągnęła obecną pozycję.

– Najlepsi sędziowie wywodzą się spośród osób, które zajmowały się praktyką prawną. – Słowa Kimmer zabrzmiały, jakby cytowała oficjalne zasady konkursu.

– Zgadzam się z tobą.

– Miejmy nadzieję, że prezydent się zgadza.

– Racja. – Wyciągam przed siebie zdrętwiałą rękę. Jestem tak obolały, że nie mogę wygodnie usiąść. Po śniadaniu zawiozłem Bentleya do jego przepłacanego przedszkola, a potem spotkałem się z Robem Saltpeterem, kolegą z pracy, z którym od czasu do czasu grywam w koszykówkę. Jak zwykle nie graliśmy na boisku uniwersyteckim, by nie kompromitować się przed studentami, lecz w YMCA, gdzie większość graczy jest w co najmniej średnim wieku, tak jak my.

– Ruthie mówi, że decyzję podejmą w ciągu sześciu do ośmiu tygodni – dodaje moja żona. Te słowa wzmagają moje podejrzenie, że świętuje o wiele za wcześnie. Jednocześnie zdumiewa mnie uczucie, z jakim wymawia imię Ruthie, jeśli zważyć, że zaledwie dwa tygodnie temu mówiła o niej „Ta mała selekcjonerka sędziów”. – Dowiemy się akurat na Boże Narodzenie.

– Naprawdę uważam, że to wspaniałe wieści, kochanie. Może kiedy wrócisz do domu, moglibyśmy…

– Och, Misza, kochanie, muszę lecieć. Jerry mnie woła. Przepraszam, porozmawiamy później.

– Dobrze. Kocham cię – powtarzam. Deklaracja moich uczuć pada jednak w próżnię.

(II)

„Jerry mnie woła”. Na spotkanie? Do telefonu? Z powrotem do łóżka? Torturuję się tymi przypuszczeniami aż do chwili wyjścia na zajęcia, które mam poprowadzić o jedenastej. Jak zapewne już się domyśliliście, jestem profesorem prawa. Mam około czterdziestki i w zamierzchłej przeszłości prowadziłem nawet praktykę prawniczą. Obecnie zarabiam na życie, pisząc uczone artykuły, zbyt zawiłe, aby mogły mieć jakieś znaczenie, oraz kilka razy w tygodniu wtłaczając w głowy studentów prawo deliktowe (w semestrze jesiennym) i prawo administracyjne (w semestrze wiosennym). Nasi studenci są zbyt inteligentni, by zadowolić się oceną dobrą, a zarazem zbyt zaabsorbowani sobą, by trwonić cenną energię na szczegóły niezbędne do uzyskania oceny bardzo dobrej. Większości z nich zależy tylko na zaliczeniach, a nie wiedzy, którą oferujemy. Kolejne pokolenia studentów w coraz większym stopniu traktują nas jak szkołę zawodową, w miarę jak przestają dostrzegać związek pomiędzy zdobyciem upragnionego dyplomu a zrozumieniem prawa. Dla profesora prawa nie są to zbyt krzepiące myśli, ale większość z nas co pewien czas się z nimi boryka, a dziś najwyraźniej nadeszła moja kolej.

Zajęcia z prawa deliktowego przebiegły jak zwykle – cóż nowego można powiedzieć na temat systemu ubezpieczeń gwarantujących odszkodowanie niezależnie od winy? – i udało mi się kilka niezbyt oryginalnych, lecz dowcipnych sformułowań, dzięki czemu moich pięćdziesięcioro troje studentów przez większość czasu się śmiało. O wpół do pierwszej wraz z dwoma kolegami powlokłem się na lunch. Ethan Brinkley jest jeszcze na tyle młody, że podnieca go fakt otrzymania stałego etatu profesorskiego, natomiast Theo Mountain uczył prawa konstytucyjnego mojego ojca i mnie, a dzięki przepisom o zakazie dyskryminacji ze względu na wiek oraz niezmordowanej kondycji fizycznej może uczyć jeszcze moje wnuki. Siedząc z nimi w rozpadającym się boksie w „Poście” (tylko niewtajemniczeni nazywają to miejsce „U Posta”), ponurym barze o dwie przecznice od uczelni, słucham, jak Ethan relacjonuje komiczne wypowiedzi Tisha Kirschbauma z przyjęcia, które odbyło się w ostatni weekend u Petera Van Dyke’a. Po raz kolejny uderza mnie myśl, że w naszej szkole prawniczej istnieje białe kółko towarzyskie, wirujące wokół mnie tak szybko, iż tylko chwilami dostrzegam jego zarys. Dopóki Ethan tego nie zakomunikował, nie wiedziałem, że u Petera Van Dyke’a odbyło się ostatnio przyjęcie i nie miałem okazji nie przyjąć na nie zaproszenia. Peter mieszka dwie przecznice ode mnie, ale znajduje się o niebo wyżej w hierarchii naszej szkoły. Natomiast Ethan teoretycznie stoi o wiele niżej ode mnie, nawet jednak w tak liberalnej instytucji kolor skóry tworzy własną hierarchię.

Ethan nie przestaje mówić. Theo, którego gęsta biała broda jest już pobrudzona musztardą, zaśmiewa się z jego opowieści. Ja natomiast, starając się włączyć do rozmowy, zastanawiam się, czy powiedzieć im o Kimmer, żeby przez jedną wspaniałą chwilę zobaczyć, jak pyszałkowatość ulatnia się z ich białych twarzy. Chcę o tym komuś powiedzieć. Po chwili uświadamiam sobie jednak, że jeśli rozpowszechnię tę wiadomość, a następnie to Marc zdobędzie nominację – a spodziewam się, że zdobędzie, choć niezasłużenie – cała ich buta powróci z jeszcze większym nasileniem.

Poza tym Marc na pewno i tak wie. Ruthie nie podałaby Kimmer nazwiska Marca, ale założę się, że jego powiadomiła o niej. Tak się przynajmniej przekonuję, idąc samotnie Town Street w drodze powrotnej na uczelnię. Lunch dobiegł końca. Theo, który ma już wnuczkę w college’u, podczas gdy dzieci większości z nas chodzą jeszcze do szkoły podstawowej, udał się na spotkanie. Ethan, ekspert od terroryzmu i prawa wojennego, wyruszył do siłowni, gdyż stara się utrzymywać w dobrej formie fizycznej na wypadek, gdyby zaprosiła go telewizja CNN lub MSNBC. Ja nie mam nic specjalnego do roboty, wracam więc na uniwersytet. Mijają mnie studenci o najrozmaitszych kolorach skóry i stylach ubioru, przy czym wszyscy poruszają się w ten sam dziwny zuchwały sposób: głowy spuszczone, ramiona zwieszone, łokcie przy bokach, stopy ledwie unoszą nad ziemię, a mimo wszystko wyczuwa się w nim energię, która w każdej chwili może się wyzwolić. Marc zapewne i tak wie. Nie potrafię się uwolnić od tej myśli. Mijam granitową chwałę Wydziału Nauk Przyrodniczych, pochłaniającą chyba wszystkie wolne środki uniwersytetu. Przechodzę obok grupki ciemnoskórych żebraków, każdemu z nich dając dolara. Kimmer nazywa ten zwyczaj „spłacaniem poczucia winy”. Przez chwilę się zastanawiam, ilu z nich to oszuści, ale to jest „niegodna myśl”, jak mawiał mój ojciec. „Jesteś lepszy niż takie poglądy” – tłumaczył w tych rzadkich momentach, kiedy wpadał w gniew i kazał nam kontrolować swoje myśli.

Marc prawdopodobnie wie, powtarzam sobie, wspinając się po szerokich schodach głównego wejścia do budynku prawa. Mogę się założyć, że Ruthie Silverman wszystko mu powiedziała. Theo też ją uczył, a Kimmer i ja byliśmy z nią w jednej grupie podczas studiów, ale to Marcowi Hadleyowi jest najbardziej oddana, podobnie jak wielu naszych studentów.

– Na tym polega problem ze studentami – mruczę pod nosem. Mówię sam do siebie przez całe życie, choć moja żona uznaje ten nawyk za objaw niepoczytalności. – Oni nigdy nie przestają być wdzięczni.

Niemniej jednak rozwaga zwycięża i postanawiam nikomu nie zdradzać wieści od Kimmer. Prawdę mówiąc, większość spraw zachowuję dla siebie. Moje życie, choć czasami bolesne, jest na ogół spokojne, i takim je lubię. Tego słonecznego jesiennego popołudnia przez myśl by mi nie przeszło, że wkrótce zapanują w nim przemoc i strach.

(III)

Przemierzając wysoko sklepiony hol, wpadam na jedną z moich ulubionych studentek, Crystę Smallwood, która przejawia ogromne zamiłowanie do danych liczbowych. Crysta jest ciemna, przysadzista i obdarzona licznymi zdolnościami intelektualnymi. Przed przyjściem do nas studiowała język francuski w Pomonie i nigdy nie wymagano od niej umiejętności operowania liczbami. Po przybyciu do Elm Harbor niemal oszalała ze szczęścia, gdy odkryła statystykę. Zeszłej jesieni uczęszczała na moje zajęcia z prawa deliktowego i dzieliła większość czasu pomiędzy dwie swoje pasje – naszą poradnię prawną, gdzie pomagała matkom na zasiłku uniknąć eksmisji, oraz zestawienia statystyczne, za pomocą których zamierzała udowodnić, że biała rasa zmierza ku autodestrukcji. Trzeba przyznać, że była to perspektywa, która ją cieszyła.

– Halo, profesorze Garland? – słyszę jej głos z wyraźnym akcentem z Zachodniego Wybrzeża.

– Dzień dobry, panno Smallwood – odpowiadam oficjalnie, gdyż przekonałem się już na własnej skórze, że lepiej zbytnio nie spoufalać się ze studentami. Dalej idę w kierunku schodów.

– Wie pan co? – Odcina mi drogę, nie zważając na to, że mogę gdzieś się spieszyć. Crysta nosi bardzo krótkie afro, jedno z ostatnich w tej szkole. Pamiętam jeszcze czasy, gdy większość czarnych kobiet w jej wieku miała taką fryzurę, lecz nacjonalizm okazał się bardziej modą niż ideologią. Oczy ma nieco zbyt szeroko rozstawione, sprawiające niekiedy wrażenie, jakby zezowała. Porusza się bardzo szybko, jak na kobietę o takiej wadze, i trudno przed nią umknąć. – Ponownie przyjrzałam się tym liczbom. Dotyczącym białych kobiet.

– Rozumiem.

Złapany, wpatruję się w sufit ozdobiony stiukami przedstawiającymi symbole religijne, girlandy gałązek cisu oraz symbole kojarzące się ze sprawiedliwością. Wszystko to przemalowywano już tyle razy, że figury straciły swoje wyraźne krawędzie.

– No, i wie pan co? Ich współczynnik płodności, tych białych kobiet, jest tak niski, że około 2050 roku nie będą już się rodziły białe niemowlęta.

– O… jest pani pewna tych liczb? – pytam, gdyż Crysta, choć tak bystra, jest również szalona. Jako jej nauczyciel, przekonałem się, że entuzjazm czyni ją nieuważną i z wielką pewnością siebie podaje dane, których wcale nie przemyślała.

– Może w 2075 roku? – rzuca przyjaznym tonem, sugerując, że jest skłonna do negocjacji.

– Wydaje się to trochę naciągane, panno Smallwood.

– To z powodu aborcji. – Udało mi się ruszyć z miejsca, ale Crysta bez trudu dotrzymuje mi kroku. – Bo zabijają swoje dzieci. To główny powód.

– Naprawdę uważam, że powinna pani zastanowić się nad innym tematem pracy. – Robię zwód i wymijam ją, starając się dotrzeć do marmurowych schodów wiodących do gabinetów wykładowców.

– To nie tylko aborcja – goni mnie jej głos, a jeden z moich kolegów, drobny i nerwowy Joe Janowski, wychyla się przez poręcz, żeby sprawdzić, kto tak krzyczy – to również mieszane małżeństwa, bo białe kobiety…

Jestem już za podwójnymi drzwiami prowadzącymi do naszego korytarza i dalsze spekulacje Crysty do mnie nie docierają.

Kiedyś byłem taki jak ona, przypominam sobie, wchodząc do gabinetu. Z taką samą pewnością rozprawiałem o tematach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Byłem intelektualnie młodszy, a równocześnie intelektualnie śmielszy. To pewnie dzięki temu dostałem pierwszą pracę.

Dzięki temu, a również dzięki tej szczęśliwej okoliczności, że byłem synem swojego ojca, gdyż jego wpływy na uczelni tylko nieznacznie osłabły po szoku, którym było jego przesłuchanie w Senacie. Nawet teraz, choć od upadku Sędziego minęło już ponad dziesięć lat, studenci zatrzymują mnie, aby się upewnić, że mój ojciec to rzeczywiście ten, o którym słyszeli. Koledzy natomiast wypytują mnie, jak to jest dzień po dniu ze stoickim spokojem przysłuchiwać się, jak członkowie komisji metodycznie go niszczą.

– Jakbym oglądał kogoś w zugzwangu¹– odpowiadam zawsze, lecz oni nie są prawdziwymi szachistami i nie rozumieją tego. Ponieważ jednak są profesorami, udają, że zrozumieli.

Aby się oderwać od tych niewesołych myśli, zaczynam przeglądać korespondencję. Przypomnienie z rektoratu na temat opłat za parking. Zaproszenie na konferencję dotyczącą reformy prawa deliktowego. Odbędzie się w Kalifornii za trzy miesiące, ale musiałbym sam opłacić podróż. Pocztówka od gościa z Idaho, mojego przeciwnika w korespondencyjnym turnieju szachowym – udało mu się znaleźć pewne posunięcie, a ja liczyłem, że je przegapi. Przypomnienie od Bena Montoi, prodziekana, że dziś wieczorem będzie przemawiał jakiś znany prawnik. Umiarkowanie groźny list z biblioteki uniwersyteckiej, dotyczący książki najwyraźniej przeze mnie zagubionej. Ze środka stosu wyciągam nowy numer „Harvard Law Review” i przeglądam spis treści, po czym szybko odrzucam pismo: zawiera kolejny uczony artykuł wyjaśniający, dlaczego mój niesławny ojciec jest zdrajcą swojej rasy. Do tego właśnie poziomu zeszła ciemniejsza nacja – mimo że nie potrafimy wpłynąć na żadne zdarzenie w białej Ameryce, trwonimy cenny czas i energię intelektualną na obrzucanie się oszczerstwami, tak jakby poprawie kwestii rasowej najlepiej służyło skopanie tyłka innym czarnym.

No dobrze, wykonałem już swoją pracę na dzisiaj.

Nagle dzwoni telefon.

Wpatruję się w niego, nie pierwszy raz rozmyślając, jakie to paskudne, nachalne, niecywilizowane urządzenie – irytuje, przeszkadza, wdziera się do umysłu. Nie wiem, dlaczego Alexander Graham Bell uchodzi za takiego wspaniałego wynalazcę. Jego dzieło zniszczyło wszelką prywatność. Telefon nie ma sumienia – dzwoni, kiedy śpimy, kąpiemy się, modlimy, kłócimy, czytamy i uprawiamy miłość. Również wówczas, gdy rozpaczliwie pragniemy być sami. Postanawiam nie odbierać. Dość już się wycierpiałem, i to nie tylko dlatego, że moja nieprzewidywalna żona tak nagle zakończyła rozmowę. Był to jeden z tych dziwnych czwartków, kiedy telefon nieustannie gniewnie domagał się uwagi. Zadzwoniła zdenerwowana redaktorka czasopisma prawniczego, żądając wstępnej wersji artykułu, z którym się spóźniałem. Potem niezadowolony student chciał się umówić na spotkanie, a American Express próbowało wyjaśnić sprawę płatności za zeszły miesiąc. Dziekan naszej szkoły prawniczej, Lynda Wyatt – która chce, by wykładowcy, studenci i absolwenci zwracali się do niej „dziekanie Lyndo” – zadzwoniła tuż przed lunchem, informując mnie, że znalazłem się w kolejnym z tworzonych przez nią ad hoc komitetów. „Proszę cię o to, bo cię uwielbiam” – nalegała matczynym głosem, ale wiem doskonale, że mówi tak do wszystkich, których nie lubi.

Telefon nie przestaje dzwonić. Czekam, aż się włączy automatyczna sekretarka, ale ta, jak większość niskobudżetowego uniwersyteckiego sprzętu, działa najlepiej wówczas, gdy jest niepotrzebna. Mam zamiar go zignorować, lecz przychodzi mi na myśl, że może to Kimmer chce naprawić niemiłe wrażenie po naszej rozmowie. Albo dalej się kłócić. Podnoszę słuchawkę, przygotowany na obie możliwości, tymczasem zamiast głosu żony słyszę Mallory’ego Corcorana, partnera i ostatniego przyjaciela ojca, znanego z umiejętności załatwiania w Waszyngtonie różnych spraw. Dzwoni, by powiedzieć, że Sędzia nie żyje.Rozdział 5
Spotkanie przy grobie

(I)

Kimmer mocno trzyma mnie za rękę, gdy – lekko drżąc z chłodu – stoimy przy grobie, a ojciec Bishop wypowiada słowa ostatniego pożegnania. Freeman Bishop od niepamiętnych czasów zajmuje stanowisko proboszcza Kościoła Świętej Trójcy i Świętego Michała. Jest jednym z tych uczonych księży, którzy zgodnie z duchem Kościoła Episkopalnego posiadają głęboką wiedzę teologiczną i doskonale znają historię Kościoła, czego dawniej powszechnie oczekiwano od duchowieństwa wspólnoty anglikańskiej. Mój ojciec zawsze wyrażał się jednak niepochlebnie o tym człowieku, a to z powodu polityki oczywiście. Kościołem Episkopalnym targały ostatnio ostre konflikty dotyczące niezliczonych tematów, od wyświęcania gejów i lesbijek począwszy, a na autorytecie Biblii skończywszy. Zdaniem Sędziego we wszystkich tych sprawach Freeman Bishop zajmował niewłaściwe stanowisko. „Oni nie rozumieją”, miał zwyczaj narzekać mój ojciec, przy czym „oni” to byli wszyscy, którzy z nim się nie zgadzali, że „Kościół jest strażnikiem i zarządcą wiedzy moralnej, a nie jej twórcą! Wydaje im się, że mogą sobie zmieniać, co im się podoba, żeby iść z duchem czasu”. Sędzia zawsze był ostry, niezależnie od tego, czy miał rację, i zawsze też wolał żałować świata, który już przeminął, niż przygotowywać się na ten, który nadejdzie.

Wracając do Freemana Bishopa, to niezależnie od zawiłości jego polityki jest on człowiekiem ogromnej wiary, o dużych zdolnościach kaznodziejskich. Daje doskonałe przedstawienie, jak to określał Sędzia, i było w tym wiele racji. Ojciec Bishop, z sympatycznie wyłysiałą brązową głową, w grubych okularach i z niskim, grzmiącym głosem, przypominającym ryk huraganu nadciągającego znad wybrzeża Atlantyku – on sam jest z Englewood w New Jersey – mógłby doskonale uchodzić za jednego z wielkich afroamerykańskich kaznodziejów… O ile ktoś nie wsłuchałby się zbyt uważnie w treść jego słów. Choć ojciec gardził jego poglądami, łączyły go z biskupem może nie przyjacielskie, ale bardzo bliskie stosunki. Ostatnio doszło nawet do tego, że stopniowo malejące grono przyjaciół ojca ze Złotego Wybrzeża dopuściło Freemana Bishopa do swojej najbardziej uświęconej tradycji – piątkowego pokera. W zasadzie nie było więc wątpliwości, kto odprawi uroczystości pogrzebowe, mimo że kilku znanych konserwatywnych duchownych dzwoniło, oferując swoje usługi.

Zawsze uwielbiałem cmentarze, szczególnie stare – ich pełen satysfakcji duch przeszłości i jej łączność z teraźniejszością, niemal nadnaturalny spokój i stanowcze zapewnienie, że koło historii rzeczywiście się obraca. Dla większości z nas cmentarze emanują jakąś mistyczną mocą. Nie dziwi zatem ani wrażenie, które wywierają na nas opowieści o wampirach, ani to, że zbezczeszczenie grobów nieodmiennie staje się najważniejszą informacją wieczornych wiadomości lokalnych. Ja jednak kocham cmentarze przede wszystkim jako miejsca, gdzie można dokonywać odkryć. Czasem, gdy po raz pierwszy jestem w jakimś mieście, udaję się do najstarszej nekropolii i spaceruję, poznając miejscową historię przez studiowanie powiązań rodzinnych. Nieraz chodzę godzinami, żeby znaleźć grób wielkiej postaci z przeszłości. Mniej więcej na rok przed urodzeniem się Bentleya obydwoje z Kimmer pojechaliśmy do Europy w sprawach zawodowych. Ja byłem w Hadze, gdzie uczestniczyłem w konferencji na temat tego, jakie odszkodowania za ból i cierpienie powinno przewidywać prawo deliktowe Unii Europejskiej, ona natomiast w Londynie, załatwiając licho wie co dla EHP. Obojgu nam udało się wygospodarować półtora dnia, żeby wyskoczyć do Paryża, gdzie nigdy wcześniej nie byliśmy. Kimmer marzyła o zobaczeniu Luwru, lewego brzegu Sekwany i Katedry Notre Dame, ja jednak miałem inne plany. Upierałem się, żebyśmy w gwałtownej burzy pojechali taksówką prosto na ponury Cmentarz Montparnasse i obejrzeli grób Aleksandra Alechina, alkoholika i wściekłego antysemity, mistrza świata w szachach w latach trzydziestych i prawdopodobnie najinteligentniejszego szachisty, jaki kiedykolwiek żył.

Dla mojej żony był to kolejny dowód, że sam jestem nieco szalony.

A teraz stoję na jeszcze jednym cmentarzu. Podczas krótkiej ceremonii przy grobie wszystko wydaje mi się takie nierzeczywiste. Nie potrafię się skupić, rozglądam się więc za spychaczem, który zasypie trumnę po odejściu ostatniego żałobnika, ale jest zbyt dobrze ukryty. Przelotnie zerkam na nagrobek z wypolerowanego marmuru, gdzie widnieje już imię mojej matki, oraz na leżącą nieco z boku małą płytę pamiątkową Abby. Kwatera rodzinna, którą mój ojciec kupił wiele lat temu, znajduje się na szczycie niewielkiego wzniesienia. Zawsze powtarzał, że nabył ją dla widoku. Widać stąd bowiem większość rozległego terenu cmentarza. Jest zalesiony, a szeregi nagrobków rozchodzą się nieprawdopodobnie prostymi rzędami po zboczach pagórków. Nawet w dzisiejszym ostrym jesiennym słońcu wszędzie widoczne są cienie. W pewnej odległości od nas niektóre z nich robią wrażenie, jakby się ruszały. Może to reporterzy? Gra świateł? Rozgorączkowana wyobraźnia? Muszę uważać, bo udzieli mi się paranoja mojej siostry. Ponownie skupiam się na wydarzeniach przy grobie. To już trzeci pogrzeb, w którym uczestniczę na tym cichym wzgórzu, a za każdym razem rodzina jest mniejsza. Najpierw pochowaliśmy Abby, potem mamę. Teraz przyszła kolej na Sędziego.

Zamordowany, przypominam sobie, spoglądając na siostrę, która łka przez całe nabożeństwo. Chłodny wiatr zrzuca na ziemię następne liście. Mam wrażenie, że z każdym rokiem drzewa pozbywają się ich coraz wcześniej, ale to pewnie skutek przybywających mi lat. Mariah uważa, że Sędzia został zamordowany. Chowamy naszego ojca koło Abby, a Mariah myśli, że ojciec chrzestny Abby go zabił.

Możliwe. Niemożliwe. Prawda. Fałsz.

Niewystarczające dane, stwierdzam w końcu, kręcąc się niespokojnie ze zdenerwowania.

Kimmer ściska moją dłoń. Mariah nadal pociąga nosem, a krzepki, wyprostowany Howard obejmuje ją, jakby się bał, że mu odpłynie. Wygląda na to, że przyprowadzili tylko część swojego potomstwa, ale nie mam sił, żeby je dokładnie policzyć. Tuż za dziećmi Dentonów stoi ze znudzoną miną Addison. Może tu też chciałby wygłosić parę słów. Jego dziewczyna, okazując zupełny brak szacunku, odeszła na bok i zajęła się oglądaniem innych nagrobków. Obok Addisona blady i szeroki Mallory Corcoran spogląda na zegarek, nawet nie starając się ukryć zniecierpliwienia. Ojciec Bishop i tak już jednak kończy. Słońce odbija się od jego łysej brązowej głowy, gdy poprawia okulary i wypowiada ostatnie słowa końcowej modlitwy:

– Panie Jezu Chryste, Synu żywego Boga, błagamy Cię, by Twoja męka i śmierć na krzyżu odkupiła nasze grzechy, teraz i w godzinie śmierci naszej. Niech Bóg udzieli żyjącym przebaczenia za grzechy, a wszystkim zmarłym światła i pokoju. Niech nam da szczęśliwe życie wieczne z Chrystusem, który prawdziwie zmartwychwstał. Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty.

Wszyscy odpowiadamy „Amen”. Uroczystości pogrzebowe dobiegły końca. Wśród żałobników widać poruszenie, ale ja jeszcze przez chwilę stoję, uderzony przerażającą siłą tej modlitwy: „by Twoja męka i śmierć… odkupiła nasze grzechy”. Jeżeli wszystko, w co staram się wierzyć, jest prawdą, to mój ojciec poznał już wyrok Boga na swoją duszę. Ciekaw jestem, jaki on może być. Zastanawiam się, jak to jest: zostawić za sobą egzystencję śmiertelnika i wiedzieć, że nie będzie już drugiej szansy, albo mimo wszystko znaleźć wybaczenie. Dla ateisty cmentarz jest miejscem zmarłych, pospolitym i absurdalnym. Dla wierzącego natomiast to miejsce strasznych pytań i przerażających odpowiedzi. Wpatruję się w trumnę spoczywającą na wózku, otoczoną plastykową trawą, gotową do ześlizgnięcia się pod ziemię, kiedy tylko stąd odejdziemy.

„Zmarłym światła i pokoju”.

Silniejszy uścisk palców Kimmer przywołuje mnie z powrotem do świeckiego świata kończących pogrzeb uścisków dłoni. Wszyscy zbierają się do odejścia. Przyjaciele, kuzyni oraz partnerzy z firmy prawniczej gromadzą się wokół nas. Czarny mężczyzna mający na oko ze sto lat obejmuje mnie kościstymi ramionami, szepcząc, że jest wujkiem kogoś innego, czyje imię nic dla mnie nie znaczy. Po chwili jego miejsce zajmuje wysoka, intrygująca kobieta w woalce, również przedstawicielka ciemniejszej nacji, wyjaśniając, że jest siostrą jakiejś ciotki, o której nigdy nie słyszałem. Chciałbym poznać swoją dalszą rodzinę, ale to nigdy nie nastąpi. Obejmując kolejnych nieznanych krewnych, dostrzegam Danę Worth, która smutno macha mi ręką i odchodzi. Teraz muszę znieść niedźwiedzi uścisk jej byłego męża Eddiego Doziera, który potem zwraca się ku Kimmer. Moja żona krzywi się, ale pozwala się objąć. Dziękuję za udział w pogrzebie wujkowi Malowi i jego żonie Edie, Madisonom, którzy jak zwykle mówią wszystko, co należy, kuzynce Sally i jej wieloletniemu przyjacielowi Budowi, byłemu bokserowi bez specjalnych osiągnięć, którego zazdrosne pięści dosięgają czasem zbyt długo przyglądających się jej mężczyzn. W końcu gubię się w tym, komu ściskam rękę, i zaczynam mylić imiona żałobników, co nigdy nie przydarzyłoby się mojemu ojcu. „Jesteś głową rodziny”, przypominam sobie.

Kimmer niespodziewanie obejmuje mnie w pasie i ściska, a nawet uśmiecha się do mnie, aby mnie wyrwać z tego zamyślenia. Uświadamiam sobie, że stara się mnie pocieszyć, z tym że nie kieruje nią instynkt żony, lecz rozsądek. Drugą ręką ściska maleńką dłoń Bentleya. Nasz syn wydaje się taki drobny i zagubiony w długim czarnym płaszczu, ledwie wczoraj kupionym u Nordstroma. Widzę, że zaczyna już ziewać.

– Pora ruszać, kochanie – odzywa się Kimmer, ale nie do mnie.

Kierujemy się wolnym krokiem ku samochodom – grupki ludzi już niezjednoczonych w idei upamiętnienia czyjegoś życia. Znów jesteśmy jednostkami, z własnymi rodzinami i zajęciami, radościami i troskami, a mój ojciec dla większości żałobników stanowi już przeszłość. Mariah w dalszym ciągu popłakuje, ale jest w tym raczej odosobniona. W pewnym momencie słychać brzęczenie telefonu komórkowego i kilkanaście rąk zaczyna przeszukiwać kieszenie i torebki. Szczęśliwym zwycięzcą okazuje się Howard, który przez chwilę słucha w milczeniu, po czym wdaje się w cichą rozmowę na temat właściwej wyceny obligacji wymiennych. Nadal jeszcze peroruje, gdy wciska się do limuzyny.

Kilka ostatnich uścisków i pocałunków i w końcu znów zostajemy sami. Zauważam, że Addison wciąż stoi przy grobie, przygarbiony, z rękami wciśniętymi w kieszenie, choć popołudnie jest bardzo ciepłe. Wpatruje się ze smutkiem w cienie. O czym myśli? O Beth? O Ginnie? O nienapisanej książce? Gościach zaproszonych na przyszły tydzień? Mówię Kimmer, że za chwilę wrócę, niechętnie puszczam jej dłoń i ruszam z powrotem, ku bratu. Chciałbym powiedzieć, że widok samotnego Addisona poruszył we mnie jakąś strunę empatii lub nawet miłości, ale skłamałbym. Bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że denerwuję się, iż mój brat przeżywa objawienie, komunikuje się z siłami wyższymi lub poznaje mistyczne prawdy, a ja nie mam o tym pojęcia. Zupełnie jak wówczas, gdy on wiedział, że Święty Mikołaj to oszustwo, a ja nie. Zapewne jest to bardzo niska pobudka, ale to dawna zazdrość, odwieczne „Dlaczego Addison?” prowadzi mnie z powrotem do jego boku.

– Cześć, Misza – mruczy, kiedy docieram na szczyt wzniesienia. Addison z takim samym uporem używa mojego przydomku, z jakim Mariah go unika. Nie odwracając głowy, kładzie dłoń na moim ramieniu. Uświadamiam sobie, że zapewne przerwałem mu modlitwę. Oraz to, że w swojej mowie pogrzebowej ani razu nie wspomniał o Bogu.

– Dobrze się czujesz? – pytam, usiłując odgadnąć, na co patrzy. Ja widzę tylko drzewa i nagrobki.

– Chyba tak. Nie wiem. Po prostu sobie rozmyślałem.

– O czym?

– No, wiesz. Co guru Arjan powiedział na temat tortur śmierci.

No oczywiście. To było moje następne przypuszczenie.

Od dawna podziwiam swojego starszego brata i zazdroszczę mu, w minionych latach spędziliśmy wspólnie wiele radosnych chwil, a jednak teraz niewiele mamy sobie nawzajem do powiedzenia.

– Pięknie tu – zauważa Addison. – Przypuszczam, że pewnego dnia się tu znajdę. Ty też.

Mija kilka sekund, zanim dociera do mnie, że mówi o śmierci. A właściwie nie mówi, tylko martwi się. Mój starszy brat, który nigdy niczego się nie bał i bez wysiłku szedł przez życie dzięki swojemu urokowi, teraz nagle denerwuje się śmiercią. Czy naprawdę tak bardzo był uzależniony od ojca? No, nie wiem. A może to ja jestem nienormalny? Widzę, jak trumna mojego ojca zagłębia się w ziemi, a nie martwię się własną śmiertelnością. W każdym razie mój brat potrzebuje pociechy. Najwyraźniej Beth Olin nie nadaje się do tej roli. Ja jednak też nie.

– Chodź – szepcę, ujmując go pod łokieć. – Powinniśmy już iść.

Strząsa moją rękę i wskazuje przed siebie.

– Wiesz co, Misza, za każdym razem, kiedy spoglądam na grób Abby, mam nadzieję, że kiedyś ich znajdą.

– Kogo?

– Tych, którzy ją zabili. – W głosie starszego brata słyszę całą gorzką wściekłość mojego ojca. Wpatruję się w niego przez moment, zdumiony.

– Addisonie…

– Tak, tak. Ty już idź, zaraz cię dogonię. No idź.

Czekam jeszcze kilka sekund, ale Addison stoi bez ruchu, odwracam się więc i schodzę ścieżką w kierunku samochodów. Kiedy podchodzę bliżej, widzę, że Kimmer rozmawia przez telefon komórkowy. Zwrócona do mnie plecami notuje coś w niewygodnej pozycji na kartce rozpostartej na dachu limuzyny. Howard i Mariah już zniknęli, ale parę najbardziej lojalnych osób nadal czeka, a wśród nich wujek Mal, który już dawno powinien być w swoim biurze. Ogarnia mnie ciepłe uczucie na myśl o jego oddaniu dla nas, lecz po chwili dostrzegam, że on również trzyma przy uchu telefon. Potrząsam z niesmakiem głową na myśl o zwyczajach panujących w świecie korporacji. Może nawet on i Kimmer rozmawiają ze sobą.

– Talcott!

Odwracam się na pięcie na dźwięk swojego imienia. Początkowo myślę, że to Addison, ale on idzie już ścieżką w moim kierunku i też się rozgląda, szukając wołającego.

– Talcott! Talcotcie, poczekaj! – Głos brzmi słabo, bardziej jak echo.

Spoglądam na koniec cmentarza, gdzie nagie drzewa rzucają długie cienie w popołudniowym słońcu. Zbiera się już lekka mgiełka, tak że kształty tracą nieco ze swej ostrości. Początkowo w miejscu, skąd dobiega głos, dostrzegam tylko większe zagęszczenie cieni. Po chwili dwa z nich odłączają się od reszty i jak widma przemieniają się w ludzi – dwóch białych mężczyzn zmierzających w moją stronę.

Rozpoznaję jednego z nich i nagle jesienne niebo szarzeje.

– Witaj, Talcotcie – mówi Jack Ziegler. – Dziękuję, że na mnie zaczekałeś.

(II)

Pierwsza myśl, która mnie uderza na jego widok, to ta, że wujek Jack jest chory. Jack Ziegler nigdy nie był potężnej postury, ale zawsze sprawiał groźne wrażenie. Nie wiem, ile osób zabił, choć zawsze obawiałem się, że więcej, niż wspominano w gazetach. Nie widziałem go od ponad dziesięciu lat i wcale mi go nie brakowało. Ale jakież zmiany dokonały się w tym człowieku! Stał się taki kruchy. Garnitur z doskonałej szarej wełny i granatowy szal dosłownie wiszą na jego wychudzonym ciele. Dawniej szeroka i silna twarz, którą pamiętałem z dzieciństwa, gdy odwiedzał nas w domu na Vineyard z drogimi prezentami, wspaniałymi łamigłówkami i okropnymi dowcipami, teraz się zapadła. Nadal dość gęste srebrne włosy przylegają posklejane do czaszki, a jasnoróżowe wargi drżą, gdy nic nie mówi, a chwilami nawet wtedy, gdy mówi. Towarzyszy mu wyższy, potężniejszy i znacznie młodszy mężczyzna, który spokojnie pomaga mu odzyskać równowagę, gdy się potyka. Może przyjaciel, chociaż Jackowie Zieglerowie tego świata nie mają przyjaciół. W takim razie ochroniarz. Jeśli wziąć pod uwagę stan fizyczny wujka Jacka, może to być również pielęgniarz.

– Patrzcie, kto się tu zjawił – syczy z wściekłością Addison.

– Pozwól, że ja się tym zajmę – nalegam z normalnym u mnie brakiem rozsądku. Przywołuję się do porządku, żeby nie myśleć o tym, co twierdziła Mariah, gdy w piątkowy wieczór siedzieliśmy w kuchni.

– Proszę bardzo.

Zanim Jack Ziegler zdążył do nas podejść, ostrzegam Kimmer, żeby wraz z Bentleyem została przy samochodzie, a ona przynajmniej raz bez dyskusji spełnia moją prośbę. Dobrze wie, że żaden potencjalny sędzia nie może być widziany podczas rozmowy z takim człowiekiem. Wujek Mal robi krok naprzód, jakby chciał mnie osłonić, tak jak swoich klientów wychodzących z posiedzenia wielkiej ławy przysięgłych, gestem daję mu jednak znak, że sobie poradzę. Potem odwracam się i szybko podążam na szczyt wzniesienia. Całe szczęście, że Mariah zdążyła już odjechać, bo to spotkanie mogłoby ją dobić. Tylko Addison trzyma się nieopodal mnie, w odległości zgodnej z wymogami uprzejmości, lecz jednocześnie dość blisko, żeby mi pomóc, gdyby… gdyby co?

– Witaj, wujku Jacku – odzywam się, gdy jednocześnie z ojcem chrzestnym Abby docieramy do grobu. Potem czekam. Nie wyciąga ręki i ja też tego nie robię. Jego ochroniarz, czy ktokolwiek to jest, stoi za wujkiem Jackiem nieco z boku, mierząc zaniepokojonym wzrokiem mojego brata. Ja sam jestem najwyraźniej zbyt nieszkodliwy, by wzbudzić jego czujność.

– Pragnę ci złożyć kondolencje – mruczy Jack Ziegler ze swoim dziwnym akcentem, ni to wschodnioeuropejskim, ni to brooklińskim, ni to harwardzkim. Ojciec zawsze twierdził, że jest specjalnie spreparowany, równie sztuczny jak wschodnioteksańskie przeciąganie samogłosek Eddiego Doziera. – Tak mi przykro z powodu śmierci twojego ojca. – Mówi ze spuszczonym wzrokiem, wpatrując się w grób.

– Dziękuję. Obawiam się, że nie zauważyliśmy cię w kościele…

– Nienawidzę pogrzebów. – Stwierdza to rzeczowym tonem, jakby rozmawiał o pogodzie, sporcie czy ucieczce do innego stanu, by uniknąć oskarżenia. – Nie mam ochoty czcić niczyjej śmierci. Zbyt często byłem świadkiem śmierci dobrych ludzi.

„Niektórych z twojej własnej ręki”, myślę, zastanawiając się przy tym, czy nie rozmawiam z człowiekiem, który zamordował własną żonę, jeśli te rzadziej opowiadane plotki są prawdziwe. Znowu dopadają mnie strachy Mariah. Chronologia wydarzeń przedstawiona przez moją siostrę ma w sobie pewną obłąkaną logikę: ojciec spotkał się z Jackiem Zieglerem, zadzwonił do Mariah, a kilka dni później już nie żył. Potem Jack Ziegler zadzwonił do Mariah, a teraz jest tutaj. Wczoraj, kiedy leżeliśmy już w łóżku, opowiedziałem Kimmer o tym, co myśli moja siostra. Żona, leżąc z głową na moim ramieniu, zaśmiała się i stwierdziła, że raczej jej to wygląda na dwóch starych przyjaciół, którzy spotykali się przez cały czas. Nadal nie wiem, co o tym sądzić, mówię więc tylko:

– Dziękuję za przybycie. Teraz, jeśli pozwolisz…

– Czekaj – przerywa mi Jack Ziegler i po raz pierwszy podnosi wzrok, żeby spojrzeć mi w oczy. Odruchowo cofam się o pół kroku, gdyż jego twarz z tak bliska wygląda przerażająco. Bladą, cienką jak papier skórę zniszczyły jakieś nieznane mi choroby, które uważam za właściwą karę za życie, które sobie wybrał. Moją uwagę przyciągają jednak przede wszystkim jego oczy. Wyglądają jak dwa żywe, gorące węgle żarzące się mrocznym, radosnym szaleństwem, które powinno być zsyłane na wszystkich morderców na pewien czas przed śmiercią.------------------------------------------------------------------------

¹ Zugzwang – sytuacja, kiedy każdy ruch strony, która ma wykonać posunięcie, osłabia jej pozycję. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

² NAACP (National Association for the Advancement of Colored People) (ang.) – Narodowe Stowarzyszenie ds. Rozwoju Ludności Kolorowej.

³ Democratic National Committee (ang.) – Narodowy Komitet Demokratyczny.

⁴ ACLU (American Civil Liberties Union) (ang.) – Amerykański Związek 61 Swobód Obywatelskich.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij