Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Władca skalnej doliny - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Władca skalnej doliny - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 294 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I

Tyr, nie­ru­cho­my i mil­czą­cy niby ol­brzy­mi głaz o ru­da­wym od­cie­niu, przez dłu­gie mi­nu­ty błą­dził wzro­kiem po ob­sza­rze swe­go pań­stwa. Wzrok miał sła­by; oczy gri­zlich są zbyt małe i osa­dzo­ne zbyt sze­ro­ko, by mo­gły do­brze wi­dzieć. W od­le­gło­ści ja­kiej pół mili roz­róż­niał jesz­cze ko­zi­cę skal­ną od gór­skie­go ba­ra­na, ale poza tą gra­ni­cą świat sta­wał się dlań je­dy­nie ta­jem­ni­czą głę­bią spo­wi­tą w mgłę zło­tą od słoń­ca lub w opa­ry mro­ku.

W tej chwi­li stę­żał i znie­ru­cho­miał pod­da­jąc się dzia­ła­niu wę­chu. Z głę­bin do­li­ny na­de­szła ja­kaś woń, któ­rej nie czuł nig­dy przed­tem. Woń ta była obca jego dzie­dzi­nom i draż­ni­ła go ogrom­nie. Po­wol­ny, ocię­ża­ły umysł niedź­wie­dzia próż­no si­lił się od­gad­nąć jej treść.

Nie ka­ri­bu – za­bił już ich prze­cie tyle! Nie ko­zi­ca, nie ba­ran. A tak­że nie le­ni­wy i tłu­sty świ­stak, wy­grze­wa­ją­cy się w słoń­cu na ska­le. W ży­ciu swym zjadł już set­ki świ­sta­ków.

Woń nie bu­dzi­ła w nim po­żą­da­nia ani lęku. Za­cie­ka­wia­ła go tyl­ko. Tyr jed­nak nie ru­szał na zwia­dy, in­stynkt na­ka­zy­wał mu ostroż­ność. Gdy­by mógł na­wet ogar­nąć wzro­kiem mi­lo­wy czy dwu­mi­lo­wy krąg, nie do­wie­dział­by się nic po­nad to, co mu wie­ści­ło tchnie­nie wia­tru z do­li­ny.

Gri­zli za­trzy­mał się na kra­wę­dzi ma­łej ko­tli­ny.

Tuż pod nim roz­po­ście­ra­ła się do­li­na, a po­wy­żej wid­nia­ła prze­łęcz, przez któ­rą przy­był tego po­po­łu­dnia. Ko­tli­na przy­po­mi­na­ła cza­rę wy­żło­bio­ną w zie­lo­nym sto­ku gór­skim i jako że był wła­śnie czer­wiec, osnu­ła ją buj­na mięk­ka mu­ra­wa i kwia­ty; z tra­wy wy­glą­da­ły gór­skie fioł­ki, kępy nie­za­po­mi­na­jek, dzi­kie astry i hia­cyn­ty.

Po­środ­ku czer­nia­ła sa­dzaw­ka rzad­kie­go iłu, w któ­rym Tyr lu­bił się ba­brać, ile­kroć mu do­le­ga­ły zbi­te na ka­mie­niach łapy.

Od wscho­du, za­cho­du i pół­no­cy roz­wi­ja­ła się cu­dow­na pa­no­ra­ma Gór Ska­li­stych, a zło­ty blask czerw­co­we­go słoń­ca ła­go­dził ostre za­ry­sy jej kra­wę­dzi. Ze szczy­tów skal­nych i z głę­bi do­lin, spo­śród wyrw tną­cych gór­skie grzbie­ty, z dna krę­tych szcze­lin, z ru­mo­wisk, gła­zów pną­cych się ku wiecz­nym śnie­gom pły­nął lek­ki sze­lest. Była to mu­zy­ka wód. Za­wsze uno­si­ła się w po­wie­trzu, bo rze­ki, po­to­ki i stru­my­ki spły­wa­ją­ce ze śnie­giem, któ­ry wiecz­nie le­żał pod chmu­ra­mi, nig­dy nie mil­kły.

Po­wie­trze tchnę­ło słod­ką wo­nią. Czer­wiec i li­piec świę­ci­ły we­sel­ne gody. Koń­czy­ła się wio­sna, po­czy­na­ło lato. Świat był prze­sy­co­ny zie­le­nią. Wcze­sne kwia­ty stro­iły sło­necz­ne zbo­cza w barw­ne ko­bier­ce czer­wie­ni, bie­li i pur­pu­ry, a wszyst­ko, co żyło, dźwię­cza­ło pie­śnią: tłu­ste świ­sta­ki na ska­łach, małe pom­pa­tycz­ne ko­szat­ki u wej­ścia do swych no­rek, opa­słe trzmie­le bu­szu­ją­ce po­śród kwia­tów, sępy w do­li­nach i orły po­nad szczy­ta­mi gór. Na­wet Tyr śpie­wał na swój spo­sób przed chwi­lą, bro­dząc w mięk­kim błoc­ku. Nie był to bo­wiem ani jęk bólu, ani ryk, ani war­cze­nie, tyl­ko wła­śnie owo mru­cze­nie, któ­rym niedź­wie­dzie ob­ja­wia­ją ra­dość. To była jego pieśń. I oto ta­jem­ni­cza woń po­zba­wi­ła go na­gle spo­ko­ju.

Nie­ru­cho­my wie­trzył. Nie od­czu­wał lęku, był jed­nak za­cie­ka­wio­ny i nie­spo­koj­ny. Noz­drza jego re­ago­wa­ły rów­nie sil­nie na tę nie­zna­ną woń, jak pod­nie­bie­nie dziec­ka re­agu­je na pierw­szą w ży­ciu kro­plę wód­ki. Wresz­cie ni­ski, groź­ny war­kot wez­brał jak da­le­ki grom w głę­bi jego pier­si. Sa­mo­wład­ny pan ob­szer­nych wło­ści po­jął na­raz, że nie wol­no mu po­zwa­lać na ist­nie­nie woni, któ­rej po­cho­dze­nia nie zna i któ­ra nie na­le­ży do jego kró­le­stwa.

Po­wol­nym ru­chem Tyr sta­nął dęba się­ga­jąc łbem o dzie­więć prze­szło stóp od zie­mi. Po­tem usiadł na za­dzie jak tre­so­wa­ny pies, opusz­cza­jąc na brzuch uwa­la­ne bło­tem łap­ska.

Od dzie­się­ciu lat za­miesz­ki­wał te góry, ale nig­dy jesz­cze nie wy­czuł po­dob­nej woni. Nie krył się. Nie­ulę­kły, stał jak wy­rzeź­bio­ny. Rzu­cił­jej wy­zwa­nia i cze­kał, a ona ro­sła i zbli­ża­ła się. Był po­twor­nie wiel­ki i pięk­ny w no­wym, bru­nat­nym fu­trze zło­co­nym przez słoń­ce.

Pas do­ro­słe­go męż­czy­zny spiął­by się z tru­dem na jego przed­ra­mie­niu, trzy naj­dłuż­sze, po­dob­ne do noży pa­zu­ry przed­nich łap mia­ły każ­dy po pięć i pół cala. Sia­dy stóp na mięk­kiej zie­mi mia­ły roz­pię­tość pięt­na­stu cali od brze­gu do brze­gu. Był do­brze wy­kar­mio­ny, lśnią­cy i po­tęż­ny. Oczy, nie więk­sze od hi­ko­ro­wych orzesz­ków, znaj­do­wa­ły się w od­le­gło­ści ośmiu cali jed­no od dru­gie­go. Dwa gór­ne kły, tną­ce jak ostrza szty­le­tów, mia­ły dwu­ca­lo­wą dłu­gość. Strasz­li­we szczę­ki mo­gły bez tru­du zdru­zgo­tać kark rena. Ży­cie Tyra było wol­ne od obec­no­ści czło­wie­ka i obca mu była zło­śli­wość. Jak więk­szość gri­zlich, nie za­bi­jał dla przy­jem­no­ści mor­do­wa­nia. Z ca­łe­go sta­da ka­ri­bu wy­bie­rał jed­ną sztu­kę i tę zja­dał do­szczęt­nie, miaż­dżąc ko­ści i do ostat­niej kro­pli wy­sy­sa­jąc szpik.

Był to do­bro­tli­wy wład­ca. Gło­sił jed­no tyl­ko pra­wo daj­cie mi żyć! I wy­gląd jego wy­ra­żał to pra­wo z bez względ­ną sta­now­czo­ścią, kie­dy sie­dząc wchła­niał noz­drza­mi obcą woń. Ze swej po­tęż­nej mocy po­dob­ny był gó­rom. Jak szczy­ty ich wła­da­ły w nie­bio­sach, tak on wła­dał na zie­mi w ob­sza­rze swe­go pań­stwa. Gri­zli ra­zem z gó­ra­mi wy­nu­rzył się z mro­ku wie­ków. Sta­no­wił ich część skła­do­wą.Dzie­je jego rasy żyły i umie­ra­ły wśród nich. Byli do sie­bie po­dob­ni pod wie­lu wzglę­da­mi.

Nikt prócz sam­ców wła­sne­go ple­mie­nia nie ośmie­lił się do­tąd na­ru­szyć jego wła­dzy ani jego praw. Z tymi zaś prze­ciw­ni­ka­mi wal­czył w uczci­wym po­je­dyn­ku, nie­jed­no­krot­nie na śmierć i ży­cie. Był go­tów wal­czyć raz jesz­cze z każ­dym, kto na pod­le­głym mu te­re­nie nie chciał­by uznać jego su­we­ren­no­ści. Do­pó­ki się nie znaj­dzie nikt odeń moc­niej­szy, on tu jest dyk­ta­to­rem, ar­bi­trem lub de­spo­tą; jest tym, czym chce być. Po­cho­dził z rodu wład­ców buj­nych do­lin i zie­lo­nych sto­ków, był pa­nem wszel­kich ży­ją­cych istot do­ko­ła. Rzą­dy nad tym kra­jem usta­lił otwar­cie, bez stra­te­gii i pod­stę­pów. Był znie­na­wi­dzo­ny i wzbu­dzał lęk; sam nie znał nie­na­wi­ści ani trwo­gi. Po­nad­to był uczci­wy. Ocze­ki­wał za­tem otwar­cie przy­by­cia isto­ty, któ­rej woń pły­nę­ła z głę­bi do­li­ny.

Pod­czas gdy sie­dział i bru­nat­ne noz­drza wciąż jesz­cze chło­nę­ły po­wie­trze, nie­ja­sny in­stynkt, dar przod­ków, bu­dził się w za­mglo­nym umy­śle. Ta woń, któ­rą prze­cie od­czu­wał po raz pierw­szy, wy­da­ła mu się na­raz zna­na. Nie mógł co praw­da usta­lić jej po­cho­dze­nia, ale wie­dział już, że poza nią czai się groź­ba, że na­le­ży się strzec!

Tyr sie­dział dzie­sięć mi­nut nie­ru­cho­my jak rzeź­ba po­tem, gdy wiatr zmie­nił nie­co kie­ru­nek, woń osła­bła, aż wresz­cie znik­nę­ła zu­peł­nie.

Gri­zli lek­ko uniósł pła­skie uszy. Po­tem ob­ró­cił po­wo­li ogrom­ny łeb obej­mu­jąc wzro­kiem szma­rag­do­wy stok i małą ko­tlin­kę. Te­raz, gdy po­wie­trze sta­ło się znów krysz­ta­ło­wo czy­ste, nie­po­kój jego znikł tak na­gle, jak na­gle się po­ja­wił. Więc Tyr opadł na czwo­ra­ki i za­czął da­lej po­lo­wać na ko­szat­ki. Był to nie­sły­cha­nie śmiesz­ny wi­dok. Tyr wa­żył ty­siąc fun­tów, ko­szat­ka jest sze­ścio­ca­lo­wej dłu­go­ści i waży oko­ło sze­ściu un­cji. A jed­nak gri­zli nie wa­hał się, ryć go­dzi­nę, byle móc wresz­cie po­łknąć jak pi­guł­kę tłu­ste zwie­rząt­ko. Był to jego sma­ko­łyk. Po­ło­wa nie­mal dni wio­sen­nych i let­nich scho­dzi­ła na tej żmud­nej pra­cy w po­go­ni za ła­ko­mym ką­skiem.

Te­raz zna­lazł nor­kę, któ­ra mu się wy­da­ła god­na za­cho­du, i za­czął roz­grze­by­wać zie­mię ła­pa­mi jak ol­brzy­mi pies szu­ka­ją­cy szczu­ra.

Znaj­do­wał się na zbo­czu wzgó­rza. W cią­gu pół go­dzi­ny dwu­krot­nie pod­no­sił gło­wo. Ale w po­wie­trzu nie za­mą­co­nym wia­trem nie było już czuć żad­nej ta­jem­ni­czej woni.ROZ­DZIAŁ II

Wy­so­ki, bal­sa­micz­ny gąszcz rzed­niał, prze­smyk roz­sze­rzał się. Jim Lang­don wstrzy­mał ko­nia, przez parę chwil spo­glą­dał przed sie­bie w osłu­pie­niu, a po­tem z okrzy­kiem ra­do­ści prze­rzu­cił pra­wą nogę przez kulę sio­dła i cze­kał. O pa­rę­set me­trów da­lej, poza osło­ną świer­ków, Otto Bru­ce wo­jo­wał z Pa­tel­nią, krnąbr­ną jucz­ną kla­czą.

Lang­don uśmie­chał się z za­do­wo­le­niem, sły­sząc, jak prze­wod­nik gro­zi opor­nej be­stii wszel­ki­mi ro­dza­ja­mi tor­tur i kar po­cząw­szy od ćwiar­to­wa­nia, a koń­cząc na ła­god­niej­szej śmier­ci przez ude­rze­nie pał­ką w łeb. Barw­ny słow­nik Bru­ce'a, opi­su­ją­cy okrop­no­ści, ja­kie wi­sia­ły nad jego lśnią­cy­mi i bez­tro­ski­mi koń­mi, był dlań źró­dłem wiecz­nej ucie­chy. Wie­dział przy tym, że wiel­ki za­cny to­wa­rzysz nie ka­to­wał­by Pa­tel­ni wów­czas na­wet, gdy­by jej przy­szła chęć uta­rzać się w bło­cie wraz z ju­ka­mi i sio­dłem, i że ogra­ni­czył­by się do okrop­nych słów mro­żą­cych krew w ży­łach.

Sześć koni je­den po dru­gim wy­szło z zie­lo­nej gę­stwi­ny; Bru­ce sie­dział na ostat­nim. Tkwił w sio­dle jak roz­kle­ko­ta­ny pa­jac; po­sta­wę tę za­wdzię­czał dłu­go­let­nie­mu prze­by­wa­niu w gó­rach, a poza tym był ol­brzy­mie­go wzro­stu i z tru­dem ukła­dał nie­zmier­nie dłu­gą po­stać na grzbie­cie drob­nej szka­py gór­skiej.

Na jego wi­dok Lang­don ze­sko­czył z ko­nia i znów zwró­cił się twa­rzą ku do­li­nie. Po­przez ja­sny, nie­daw­no za­pusz­czo­ny za­rost prze­glą­da­ła opa­le­ni­zna, pięt­no ty­go­dni spę­dzo­nych w gó­rach. Roz­cheł­sta­na ko­szu­la uka­zy­wa­ła szy­ję po­ciem­nia­łą od słoń­ca i wia­tru. Oczy sta­lo­we, błę­kit­ne chci­wie chło­nę­ły roz­po­star­ty w krąg kra­jo­braz; ma­lo­wa­ła się w nich go­rą­ca cie­ka­wość my­śli­we­go i ba­da­cza dzie­wi­czych kra­in. Miał lat trzy­dzie­ści pięć. Po­ło­wa ży­cia zbie­gła mu na włó­czę­gach po zie­miach pół­noc­nych, dru­gą po­ło­wę po­świę­cił pi­sa­niu ksią­żek, w któ­rych przed­sta­wiał to, co wi­dział, prze­ży­wał lub sły­szał w cza­sie swych wę­dró­wek.

To­wa­rzysz jego był odeń o pięć lat młod­szy, ale prze­ra­stał go nie­mal o gło­wę. Nie ce­nił zresz­tą by­najm­niej tej prze­wa­gi fi­zycz­nej, prze­ciw­nie, ile­kroć była o tym mowa, klął brzyd­ko, do­da­jąc w koń­cu: – Psia­krew, co to moż­na wie­dzieć. A nuż jesz­cze wy­ro­snę!

Zbli­żyw­szy się do Lang­do­na, Bru­ce ze­sko­czył z sio­dła. Lang­don ob­jął ge­stem le­żą­cy przed nimi kra­jo­braz.

– Czyś wi­dział kie­dyś coś rów­nie pięk­ne­go?

– Ład­ny kraj – przy­znał Bru­ce.

Noc­leg bę­dzie pierw­szej kla­sy. Mu­szą tu być ka­ri­bu i niedź­wie­dzie. Po­trze­bu­je­my wła­śnie świe­że­go mię­sa!

– Daj no mi za­pał­kę, Jim.

Mie­li zwy­czaj za­pa­lać obie faj­ki jed­ną za­pał­ką; oczy­wi­ście o ile to się uda­ło zro­bić. Wy­peł­ni­li te­raz ten ob­rzęd za­sta­na­wia­jąc się nad sy­tu­acją.

Pusz­cza­jąc pierw­sze kłę­by won­ne­go dymu, Lang­don wska­zał ru­chem gło­wy opusz­czo­ną przed chwi­lą gę­stwi­nę.

– Wspa­nia­łe miej­sce na po­stój, praw­da, sta­ry? Su­che drze­wo na ogień, bie­żą­ca woda po raz pierw­szy od ty­go­dni, mięk­kie świer­ko­we ga­łę­zie na po­sła­nia. Ko­nie moż­na pu­ścić na tę łącz­kę, któ­rą­śmy tyl­ko co mi­nę­li; tra­wa ba­wo­la ro­śnie tam jak las i peł­no dzi­kie­go ty­mian­ku.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Do­pie­ro trze­cia. Wła­ści­wie moż­na by iść da­lej. Ale jak są­dzisz? Może po­zo­sta­nie­my tu parę dni i ro­zej­rzy­my się nie­co.

– Wy­glą­da tu wca­le, wca­le – wy­rzekł Bru­ce. Usiadł na zie­mi, ple­ca­mi przy­lgnął do ska­ły i oparł o wznie­sio­ne ko­la­no dłu­gą, mo­sięż­ną lu­ne­tę, za­by­tek jesz­cze z cza­sów woj­ny do­mo­wej. Lang­don od­tro­czył od sio­dła lor­net­kę spro­wa­dzo­ną z Pa­ry­ża.

Ra­mię przy ra­mie­niu, opar­ci o ska­łę, ba­da­li wzro­kiem skło­ny gór i zbo­cza po­ro­słe tra­wą.

Znaj­do­wa­li się na te­ry­to­rium gru­be­go zwie­rza, w kra­ju okre­ślo­nym przez Jima Lang­do­na mia­nem „nie­zna­ne­go”, po któ­rym za­pew­ne nie kro­czy­ła jesz­cze sto­pa bia­łe­go czło­wie­ka.

Zie­mia ta była spię­ta ol­brzy­mi­mi łań­cu­cha­mi gór­ski­mi. Dwu­dzie­sto­dnio­wy for­sow­ny marsz dał w re­zul­ta­cie sto mil prze­by­tej dro­gi.

Dzi­siaj po po­łu­dniu mi­nę­li szczyt Di­vi­de, któ­ry dzie­li nie­bo na pół­noc­ne i po­łu­dnio­we? a te­raz mie­li przed sobą pierw­sze zie­lo­ne sto­ki i wspa­nia­łe gar­by łań­cu­cha Fi­re­pan. Na pół­noc – a oni wę­dro­wa­li w kie­run­ku pół­noc­nym – lśni­ła rze­ka Ske­ena, na za­chód i na po­łu­dnie roz­po­ście­rał się łań­cuch Ba­bi­ne ze swy­mi rze­ka­mi, na wschód, po­nad Di­vi­de, wzno­sił się Dri­ftwo­od, a jesz­cze da­lej wid­nia­ły góry Omi­ni­ca i do­pły­wy Fin­ley. Dzie­sią­te­go maja wi­dzie­li po raz ostat­ni śla­dy cy­wi­li­za­cji, dziś był trzy­dzie­sty czerw­ca. Pa­trząc przez lor­net­kę Lang­don do­cho­dził do prze­ko­na­nia, że na­resz­cie osią­gnę­li cel swych pra­gnień. Od dwóch mie­się­cy nie­mal szu­ka­li pu­styn­ne­go za­kąt­ka i oto zna­leź­li tę do­li­nę. Nie na­wie­dzał jej ża­den my­śli­wy. Nie do­cie­rał tu ża­den szlak ludz­ki. Le­ża­ła przed nimi prze­strzeń tak wie­le obie­cu­ją­ca.

Te­raz gdy na­de­szła chwi­la uchy­le­nia rąb­ka jej ta­jem­nic, Lang­don czuł głę­bo­ką i nie­zmier­ną ra­dość; po­jąć ją zdol­ni byli je­dy­nie lu­dzie jemu po­dob­ni.

Otto Bru­ce, przy­ja­ciel i to­wa­rzysz szó­stej z ko­lei wy­pra­wy Lang­do­na, poj­mo­wał zja­wi­ska przy­ro­dy znacz­nie pro­ściej. Wszyst­kie do­li­ny i wszyst­kie góry były dlań mniej wię­cej jed­na­ko­we. Uro­dził się wśród nich, miesz­kał tu całe ży­cie i wśród nich praw­do­po­dob­nie umrze.

Bru­ce ener­gicz­nym pchnię­ciem łok­cia prze­rwał ma­rze­nia Lang­do­na.

– Wi­dzę łby trzech ka­ri­bu w wą­wo­zie, coś o pół­to­rej mili stąd – oznaj­mił nie odej­mu­jąc oka od lu­ne­ty.

– A ja wi­dzę ko­zi­cę z ma­łym, tu, na tym pierw­szym, czar­nym wy­stę­pie na pra­wo – od­parł Lang­don. – I, tam do dia­ska! toż to mło­dy sa­miec przy­glą­da się jej ze szczy­tu tej ska­ły o ty­siąc stóp wy­żej.

Psia­krew, co za bród­ka! Bru­ce, sta­ry chło­pie, bez żar­tu, zna­leź­li­śmy ziem­ski Eden!

– Coś w tym ro­dza­ju – od­mruk­nął Bru­ce unió­sł­szy wy­żej ko­la­na­mi wspar­tą na nich lu­ne­tę. – Dam so­bie uciąć pra­wą łapę, je­śli to nie jest rów­nież kra­ina mi­siów!

Za­mil­kli znów na parę mi­nut. Ko­nie pa­sły się opo­dal w gę­stej tra­wie, chru­piąc chci­wie so­czy­ste źdźbła. Po­to­ki i drob­ne źró­deł­ka gór­skie gra­ły me­lo­dyj­ną pieśń. Do­li­na zda­wa­ła się drze­mać, po­grą­żo­na w oce­anio sło­necz­ne­go bla­sku; Lang­don uwa­żał, że wła­śnie okre­śle­nie drzem­ka naj­le­piej od­da­je na­strój do­li­ny. Była jak wiel­ki, za­do­wo­lo­ny, szczę­śli­wy kot, a dźwię­ki, któ­re sły­szał, łą­czy­ły się w przy­jem­ny po­mruk, któ­ry sta­no­wił sen­ne, ko­cie mru­cze­nie.

Lang­don ob­ser­wo­wał wciąż jesz­cze ko­zła pil­nu­ją­ce­go swej łani, gdy Bru­ce zno­wu prze­mó­wił:

– Wi­dzę gri­zli. I to gri­zli wiel­kie­go jak dom! Lang­don drgnął i wy­pro­sto­wał się.

– Gdzie? – spy­tał. Po­chy­lił się wnet nie­co, mie­rząc wzro­kiem kie­ru­nek lu­ne­ty Bru­ce'a. Za­gra­ły w nim na­gle wszyst­kie ner­wy.

– Wi­dzisz to zbo­cze poza dru­gim gar­bem, tuż nad szcze­li­ną skal­ną – mó­wił Otto, z jed­nym okiem za­mknię­tym, a dru­gim cią­gle przy­le­pio­nym do lu­ne­ty. – Gri­zli jest mniej wię­cej w po­ło­wie wy­so­ko­ści. Po­lu­je na ko­szat­ki.

Lang­don uniósł lor­net­kę, spoj­rzał i ra­do­sny okrzyk wy­rwał mu się z ust.

– Zna­la­złeś? – za­py­tał Otto.

– Jesz­cze by też. To król wszyst­kich niedź­wie­dzi za­miesz­ku­ją­cych Góry Ska­li­ste!

– Albo król, albo brat kró­lew­ski – za­śmiał się Bru­ce nie drgnąw­szy. – Więk­szy bo­daj od tego, któ­re­goś za­bił. Tam­ten miał osiem stóp. Wiesz, co ci po­wiem, Jim­my? – Tu dla efek­tu urwał, by wsa­dzić do ust wy­ję­tą z kie­sze­ni czar­ną prym­kę. Po czym za­czął ją żuć nie odej­mu­jąc od oka lu­ne­ty.

– Wiesz, co ci po­wiem? – do­koń­czył. – Wiatr wie­je w na­szą stro­nę, a miś bar­dzo za­ję­ty i dba o nas tyle co o ze­szło­rocz­ny śnieg!

Wy­pro­sto­wał się i wstał. Lang­don sko­czył na rów­ne nogi. W po­dob­nych wy­pad­kach ro­dzi­ło się za­wsze po­mię­dzy nimi mil­czą­ce po­ro­zu­mie­nie; mowa sta­wa­ła się zbęd­na. Spro­wa­dzi­li wszyst­kie osiem koni na skraj lasu i uwią­za­li je do pni. Ze skó­rza­nych ol­ster wyj­rza­ły ka­ra­bi­ny, na­bi­li je wkła­da­jąc do każ­de­go po sześć na­bo­jów.

Po­tem przez chwi­lę go­łym okiem ba­da­li zbo­cze wzgó­rza i przy­le­ga­ją­cy doń te­ren.

– Moż­na by się prze­śli­znąć tą szcze­li­ną – pod­dał Lang­don.

Bru­ce ski­nął gło­wą na znak zgo­dy.

– To bę­dzie strzał o trzy­sta jar­dów z tam­te­go miej­sca. Tak bę­dzie naj­le­piej – rzekł. – Gdy­by­śmy go zaś pró­bo­wa­li obejść z dołu, zwie­trzył­by nas. Gdy­by było o parę go­dzin wcze­śniej…

– Wdra­pa­li­by­śmy się na ska­łę i za­szli­by­śmy go od góry! – wy­krzyk­nął Lang­don ze śmie­chem. – Bru­ce, sta­jesz się naj­bar­dziej bez­ro­zum­nym idio­tą na zie­mi, kie­dy przy­cho­dzi do ła­że­nia po gó­rach. Dra­pał­byś się na szczyt Har­de­sty albo Ge­ikie, żeby strze­lać do ko­zi­cy z góry, na­wet choć­byś mógł ją tra­fić z dołu bez żad­ne­go wy­sił­ku. Do­brze, że to nie rano.

Mo­że­my za­strze­lić tego niedź­wie­dzia z wą­wo­zu!

– Moż­li­we!

Ru­szy­li, nie kry­jąc się wca­le, po­przez zie­lo­ne łąki usia­ne barw­nym kwie­ciem. Gri­zli mógł ich doj­rzeć do­pie­ro w od­le­gło­ści pół mili. Wiatr zmie­nił kie­ru­nek i dął im pra­wie w twa­rze.

Chód ich sta­wał się co­raz bar­dziej ela­stycz­ny, co­raz szyb­szy. Zbli­ży­li się do zbo­czy wzgórz tak da­le­ce, że przez kwa­drans ogrom­ny wi­szar skal­ny za­sła­niał im niedź­wie­dzia. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach do­tar­li do wą­wo­zu. Tuż przed nimi pię­ła się wzwyż wą­ska szcze­li­na, pro­sto­pa­dła nie­mal, wy­żło­bio­na w twar­dym gła­zie przez pły­ną­cą tu od stu­le­ci co wio­sna stru­gę roz­to­pio­nych śnie­gów. Stąd prze­pro­wa­dzi­li bacz­ną ob­ser­wa­cję.

Wiel­ki gri­zli znaj­do­wał się o ja­kie sześć­set jar­dów po­nad nimi, a naj­bliż­szy mu punkt wą­wo­zu le­żał o bli­sko trzy­sta me­trów od nie­go.

Bru­ce szep­nął jak naj­ci­szej:

– Jim­my, leź w górę! Je­śli tego mi­sia nie po­ło­żysz na miej­scu, tyl­ko go ra­nisz, to albo rzu­ci się na cie­bie, albo umknie tam­tą prze­łę­czą, albo spu­ści się do do­li­ny – tędy. Je­śli ze­chce umy­kać prze­łę­czą, to umknie; nie mo­że­my mu w tym prze­szko­dzić! Je­śli sko­czy na cie­bie, jaz­da szcze­li­ną w dół! Za­wsze prę­dzej się tara do­sta­niesz niż ten gru­bas. Ale coś mi się zda­je, że on pój­dzie tędy, je­że­li ty mu nie dasz rady. Będę więc tu cze­kał. No, Jim­my, ży­czę po­wo­dze­nia!

Cof­nął się nie­co i przy­lgnął do skal­ne­go zło­mu. Stam­tąd mógł ob­ser­wo­wać niedź­wie­dzia. A Lang­don za­czął piąć się w górę ka­mie­ni­stym żle­bem.ROZ­DZIAŁ III

Ze wszyst­kich istot ży­ją­cych w tej sen­nej do­li­nie Tyr był naj­pra­co­wit­szy. Miał wy­raź­nie okre­ślo­ną in­dy­wi­du­al­ność. Po­dob­nie jak nie­któ­rzy lu­dzie wcze­śnie kładł się spać. Rok­rocz­nie w paź­dzier­ni­ku uczu­wał na­pływ sen­no­ści, a w li­sto­pa­dzie za­pa­dał w głę­bo­ki sen zi­mo­wy. Spał do kwiet­nia i opusz­czał le­go­wi­sko za­zwy­czaj o ty­dzień lub dwa póź­niej niż resz­ta współ­bra­ci. Kwie­cień i maj po­świę­cał jesz­cze czę­stym drzem­kom na ska­łach wy­grza­nych słoń­cem, ale od po­cząt­ku czerw­ca do po­ło­wy wrze­śnia spał za­le­d­wie osiem go­dzin na dobę.

W chwi­li gdy Jim Lang­don za­czął ostroż­nie piąć się w górę szcze­li­ną, Tyr był ogrom­nie za­ję­ty. Schwy­tał wła­śnie tłu­stą ko­szat­kę, sta­re­go pa­triar­chę, i prze­łknął ją jak pi­guł­kę, po­tem wchło­nął tłu­stą, bia­łą po­czwar­kę, któ­ra nie­opatrz­nie zna­la­zła się na jego dro­dze; koń­czył zaś pod­wie­czo­rek ło­wiąc ję­zy­kiem mrów­ki, pie­prz­ne w sma­ku, któ­re zbie­rał pod­wa­ża­jąc łapą gła­zy.

Tyr po­szu­ki­wał tych przy­sma­ków i pod­no­sił ka­mie­nie pra­wą łapą. Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć niedź­wie­dzi na sto jest mań­ku­ta­mi; są­dzę na­wet, że sto dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć na dwie­ście. Tyr sta­no­wił wy­ją­tek. Da­wa­ło mu to ogrom­ną prze­wa­gę w cza­sie wy­praw my­śliw­skich, przy ło­wie­niu ryb i nade wszyst­ko w wal­ce; pra­wa bo­wiem przed­nia łapa gri­zlich jest znacz­nie dłuż­sza niż lewa. Róż­ni­ca jest tak wy­raź­na, że gdy­by niedź­wiedź zo­stał rap­tem po­zba­wio­ny swe­go szó­ste­go zmy­słu – orien­ta­cji, krę­cił­by się wciąż w kół­ko.

W swych po­szu­ki­wa­niach Tyr kie­ro­wał się ku wą­wo­zo­wi. Ol­brzy­mi jego łeb wi­siał pra­wie tuż nad zie­mią. Na krót­ki dy­stans wzrok niedź­wie­dzia był nie­zwy­kle ostry. Zresz­tą, miał tak sil­nie roz­wi­nię­ty węch, że na­wet z za­mknię­ty­mi oczy­ma mógł ło­wić wiel­kie skal­ne mrów­ki.

Wy­bie­rał naj­chęt­niej pła­skie gła­zy. Jego ol­brzy­mia pra­wi­ca z dłu­gi­mi pa­zu­ra­mi była zręcz­na jak dłoń ludz­ka. Pod­wa­żał głaz, po­cią­gał no­sem, a po­tem sze­ro­ki go­rą­cy ozór jed­nym mla­śnię­ciem za­gar­niał zdo­bycz. Tyr brał to za­ję­cie bar­dzo po­waż­nie, niby słoń po­szu­ku­ją­cy orzesz­ków ziem­nych w sto­gu sia­na. Nie wi­dział w nim nic śmiesz­ne­go. W isto­cie Na­tu­ra nie za­mie­rza­ła czy­nić z tej funk­cji nic hu­mo­ry­stycz­ne­go. Czas Tyra był mniej lub bar­dziej bez­cen­ny. W cią­gu lata niedź­wiedź wchła­niał wie­le se­tek ty­się­cy cierp­kich mró­wek, słod­kich po­czwa­rek i róż­no­rod­nych so­czy­stych owa­dów nie mó­wiąc już o ko­szat­kach i jesz­cze mniej­szych skal­nych kró­li­kach. Te drob­ne stwo­rze­nia wzbo­ga­ca­ły jego tłusz­czo­wy pan­cerz, a ten w cza­sie dłu­gie­go snu zi­mo­we­go chro­nił go od śmier­ci gło­do­wej. Dla­te­go na­tu­ra uczy­ni­ła z jego ma­łych, zie­lon­ka­wo­bru­nat­nych oczu dwa mi­kro­sko­py nie­za­wod­ne w ob­rę­bie kil­ku stóp, a pra­wie bez war­to­ści na od­le­głość ty­sią­ca jar­dów.

Na­gle, gdy miał od­wró­cić nowy ka­mień, wstrzy­mał się i za­stygł. Przez całą mi­nu­tę stał pra­wie bez ru­chu. Po­tem po­wo­li opu­ścił gło­wę i przy­warł no­sem do zie­mi. Tchnę­ła nań nie­ja­sna, ale dziw­nie miła woń. Była tak zwiew­na, iż bał się, że przy lada szyb­szym ru­chu stra­ci jej ślad. Nie ru­szał się więc aż do chwi­li, gdy z całą pew­no­ścią mógł już ozna­czyć po­cho­dze­nie jej i kie­ru­nek.

Woń sta­ła się znacz­nie sil­niej­sza. Jesz­cze parę jar­dów i Tyr usta­lił już jak naj­do­kład­niej jej źró­dło. Pły­nę­ła spod du­żej, skal­nej bry­ły ma­ją­cej pew­no nie mniej niż dwie­ście fun­tów wagi.

Tyr pod­wa­żył ją i usu­nął pra­wą łapą, jak­by to był mały ka­my­czek. Z wgłę­bie­nia wy­padł mały sko­czek gór­ski po­dob­ny do wie­wiór­ki i prze­ni­kli­wie wrzesz­cząc umknął, w chwi­li gdy lewa łapa Tyra opa­dła z siłą, któ­ra zdru­zgo­ta­ła­by kark ka­ri­bu. Ty­ro­wi nie szło zresz­tą wca­le o to zwie­rząt­ko, tyl­ko o jego spi­żar­nię. Tuż w jam­ce le­ża­ła zdo­bycz: orze­chy ziem­ne na mięk­ko wy­mosz­czo­nym po­sła­niu z mchu.

Nie były to praw­dzi­we orze­chy. Coś niby drob­ne ziem­niacz­ki, wiel­ko­ści owo­cu wi­śni, słod­kie i prze­sy­co­ne kroch­ma­lem, tu­czą­ce. Gri­zli de­lek­to­wał się nimi po­mru­ku­jąc ci­cho, z za­do­wo­le­niem. Po czym ru­szył na dal­sze po­szu­ki­wa­nia.

Nie sły­szał, jak Lang­don zbli­żał się co­raz bar­dziej do uj­ścia szcze­li­ny. Nie wy­czuł go wę­chem, bo wiatr był z prze­ciw­nej stro­ny. O dziw­nej woni ludz­kiej, któ­ra go przed go­dzi­ną do­szła i nie­po­ko­iła w ko­tli­nie, już za­po­mniał.

Czuł się zu­peł­nie szczę­śli­wy. Był w do­brym hu­mo­rze, tłu­sty i lśnią­cy. Zi­ry­to­wa­ny, roz­złosz­czo­ny i kłó­tli­wy niedź­wiedź jest za­wsze chu­dy. Praw­dzi­wy my­śli­wy po­zna­je go na pierw­szy rzut oka. Jest jak słoń sa­mot­nik.

Tyr da­lej szu­kał po­ży­wie­nia i co­raz bar­dziej zbli­żał się do wą­wo­zu. Pod­szedł doń już na sto pięć­dzie­siąt jar­dów, kie­dy na­gle obu­dził jego czuj­ność ja­kiś szmer. Lang­don, pnąc się w górę, pchnął sto­pą luź­ny ka­mień, a ten ru­nął w dół po­cią­ga­jąc za sobą z ha­ła­śli­wym ło­sko­tem ka­ska­dę żwi­ru.

U stóp zbo­cza, o sześć­set me­trów po­ni­żej, Bru­ce za­klął ci­cho. Wi­dział, jak Tyr za­trzy­mał się, i miał za­miar strze­lić, gdy­by niedź­wiedź ze­chciał umy­kać prze­łę­czą.

Tyr sie­dział nie­ru­cho­mo pół mi­nu­ty, po czym, nie śpie­sząc się zbyt­nio, sta­tecz­nie, lek­kim kłu­sem ru­szył ku uj­ściu szcze­li­ny.

Lang­don znaj­do­wał się te­raz za­le­d­wie o parę stóp od upra­gnio­ne­go celu. Zdy­sza­ny, wście­kły, na­prę­ża­jąc mię­śnie aż do bólu, darł się w górę. Usły­szał na­raz, że Bru­ce krzy­czy, ale nie mógł po­jąć tre­ści słów. Ręce i nogi wpi­jał w stro­mi­znę skal­ną, ogar­nię­ty tyl­ko jed­ną my­ślą: byle prę­dzej! Do­się­ga­jąc nie­mal szczy­tu, przy­sta­nął na chwi­lę i pod­niósł oczy w górę. Ser­ce sko­czy­ło mu do gar­dła i zmar­twiał. Na kil­ka se­kund znie­ru­cho­miał.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: