Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Władca wojny - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
28 września 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,99

Władca wojny - ebook

Zmurszała konstrukcja starego świata trzeszczy i się chwieje. Upadek Stanów Zjednoczonych i walki w Europie to jeszcze nie koniec – wojna obejmuje rosję.

W krwawym chaosie grupa całkiem zwyczajnych bohaterów stanie przed szansą, o której marzy każdy z nas – mogą zmienić świat na lepsze.

Matt – amerykański tropiciel morderczych metaludzi.

Plazma – polski ochroniarz córki rosyjskiego ministra.

Cyrus – amerykański specjals w służbie RP.

No i jeszcze ona – Ev – która budzi się do życia. I jest głodna.

Powieści Vladimira Wolffa bywały niebezpiecznie prorocze. Czy za tę wizję po raz pierwszy można trzymać kciuki?

 

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788366955356
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1

Ka­pi­tan Oleg Iwa­no­wicz Fran­kow był oka­zem zdro­wia. Trud­no się dzi­wić – mało pił, zdro­wo się odży­wiał i upra­wiał sport, głów­nie strze­lec­two i bie­gi dłu­go­dy­stan­so­we, w ko­ńcu by­cie do­wód­cą kom­pa­nii sztur­mo­wej w 76 Gwar­dyj­skiej Dy­wi­zji De­san­to­wo-Sztur­mo­wej zo­bo­wi­ązu­je. Poza tym Oleg nie był jesz­cze taki sta­ry, miał za­le­d­wie dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat. Pi­ęk­ny wiek, mo­żna by rzec. Wi­ęk­szo­ść jego daw­niej­szych ko­le­gów zdąży­ła już za­ło­żyć ro­dzi­ny, a nie­któ­rzy na­wet się roz­wie­ść, ustat­ko­wać i tak da­lej, ale on uwa­żał, że na nie­go jesz­cze nie pora. Szcze­gól­nie że cza­sy były nie­spo­koj­ne.

I to bar­dzo.

Oj­czy­zna zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na. Praw­dę mó­wi­ąc, agre­sji z po­łud­nia nikt się nie spo­dzie­wał. Tur­cja to prze­cież nie­daw­ny so­jusz­nik. Do ze­rwa­nia alian­su do­szło po tym, jak w mo­skwie kil­ku­to­no­wa bom­ba uni­ce­stwi­ła gmach fsb na Łu­bian­ce i przy­le­głe kwar­ta­ły ulic. Pre­cy­zyj­nej licz­by ofiar do tej pory nie uda­ło się usta­lić. Ofi­cjal­nie mó­wi­ło się o dwóch ty­si­ącach za­bi­tych oraz trzech i pół ty­si­ącu ran­nych, lecz nie­ofi­cjal­ne sza­cun­ki były o wie­le wy­ższe i je­ży­ły włos na gło­wie. Na­dal nie­po­jętym się zda­wa­ło, jak mo­gło do tego do­jść. Gdzie były słu­żby, któ­re za­zwy­czaj wie­dzą wszyst­ko o wszyst­kich, a w tak gar­dło­wej spra­wie za­wio­dły na ca­łej li­nii? Od­wo­ła­nie paru mi­ni­strów oraz sze­fa fe­de­ral­nej słu­żby bez­pie­cze­ństwa nie­wie­le po­mo­gło. Po­ra­żka tak ogrom­na, że w ża­den spo­sób nie dało się jej ukryć, spo­wo­do­wa­ła, że zwy­kli lu­dzie wy­pi­ęli się na wła­dze. Praw­do­po­dob­nie spra­wy za­szły­by da­lej, może na­wet do pró­by oba­le­nia rządu, gdy­by nie ko­lej­na ka­ta­stro­fa, tym ra­zem w cie­śni­nie Bos­for, gdzie pły­nący do Ode­ssy ga­zo­wiec wy­pa­ro­wał w po­tężnej eks­plo­zji, zmia­ta­jąc przy oka­zji z po­wierzch­ni zie­mi spo­rą część Stam­bu­łu.

Tak się ja­koś zło­ży­ło, że tuż przed tą tra­ge­dią w cie­śni­nie Dar­da­ne­le zna­le­zio­no zwło­ki nur­ka z miną ma­gne­tycz­ną. Oka­zał się nim ro­sja­nin z od­dzia­łów dy­wer­syj­nych.

Dla wi­ęk­szo­ści tu­rec­kie­go spo­łe­cze­ństwa wszyst­ko sta­ło się ja­sne: pod­li ro­sja­nie nie za­po­mnie­li o swo­im daw­nym wro­gu i pró­bu­ją go te­raz znisz­czyć za wszel­ką cenę. Za An­ka­rą sta­nęła Ara­bia Sau­dyj­ska, Pa­ki­stan i emi­ra­ty znad Za­to­ki Per­skiej. Za mo­skwą nikt zna­czący, czy­li Fi­dżi, We­ne­zu­ela, Kuba i po­mniej­sze pa­ństwa, zu­pe­łnie nie­li­czące się w ukła­dach mi­ędzy­na­ro­do­wych.

Na Mo­rzu Czar­nym do­szło do rze­zi. Oba kra­je za po­mo­cą sa­mo­lo­tów i ra­kiet wy­strze­li­wa­nych z okrętów pró­bo­wa­ły zre­du­ko­wać po­ten­cjał prze­ciw­ni­ka do zera.

Po kil­ku dniach zma­gań trud­no było okre­ślić, kto wy­grał. Obie stro­ny, mimo ogro­mu strat, przy­pi­sy­wa­ły so­bie zwy­ci­ęstwo, zda­niem eks­per­tów ra­czej nie­słusz­nie.

Na­le­ża­ło prze­gru­po­wać siły. Ro­sja­nie za­częli ści­ągać świe­że od­dzia­ły, któ­rych jed­nak nie było tyle, ile wy­ma­ga­ła sy­tu­acja. STAW­KA, czy­li Kwa­te­ra Głów­na Na­czel­ne­go Do­wódz­twa, wci­ąż gło­wi­ła się nad na­stęp­nym ru­chem An­ka­ry. Wy­da­wa­ło się, że na ata­ki naj­bar­dziej na­ra­żo­ny będzie Krym – ro­syj­ski nie­za­ta­pial­ny lot­ni­sko­wiec, go­dzący jak żądło wprost w te­ry­to­rium Tur­cji oraz re­jon Kau­ka­zu.

Ka­pi­tan Fran­kow pa­mi­ętał ar­ty­kuł, któ­ry w po­przed­nim ty­go­dniu uka­zał się w „Kom­so­mol­skiej Praw­dzie”, że oto na­de­szła z daw­na wy­cze­ki­wa­na spo­sob­no­ść, by prze­jść Dar­da­ne­le.

Au­to­ra chy­ba za­nad­to po­nio­sła wła­sna pro­pa­gan­da, a może te­raz w szko­le uczą, że woj­na krym­ska była zwy­ci­ęstwem ro­sji? Fran­kow jed­nak pa­mi­ętał, czym się ona sko­ńczy­ła, a przede wszyst­kim dla­cze­go. Jego zda­niem Lon­dyn i Pa­ryż za­raz pod­nio­są krzyk, że An­ka­rze dzie­je się krzyw­da, i wy­ślą kon­tyn­gen­ty, by wes­przeć dzia­ła­nia so­jusz­ni­ka z NATO. Ka­pi­tan za­czął się za­sta­na­wiać, czy aby do­wódz­two – uprze­dza­jąc te dzia­ła­nia – nie po­sta­no­wi­ło ich zrzu­cić wprost nad cie­śni­na­mi, by za­dać Tur­kom cios pro­sto w ser­ce. W su­mie ro­sja dys­po­no­wa­ła czte­re­ma dy­wi­zja­mi de­san­to­wy­mi i kil­ko­ma bry­ga­da­mi na do­kład­kę, to nie byle co. Cały pro­blem w tym, że is­la­mi­stycz­ne bo­jów­ki roz­pa­no­szy­ły się po ca­łym kra­ju. Czar­ne fla­gi dżi­ha­dy­stów już jaw­nie ło­po­ta­ły w Ma­chacz­ka­le, Astra­cha­niu i Kra­sno­da­rze. Ro­sja­nie gre­mial­nie i po­spiesz­nie wy­pro­wa­dza­li się na pó­łnoc, ucie­ka­jąc przed tym, co ich mo­gło spo­tkać.

A mo­gło wie­le. Mu­zu­łma­ńscy sąsie­dzi ca­łkiem osza­le­li. Do­cho­dzi­ło do na­pa­dów na szko­ły, szpi­ta­le i cer­kwie. Nie oszczędza­no ni­ko­go, mor­du­jąc w naj­bar­dziej be­stial­ski spo­sób. Aż trud­no było uwie­rzyć, że to wszyst­ko dzia­ło się w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku. Po­wbi­ja­ne na szta­che­ty od­rąba­ne gło­wy, po­ćwiar­to­wa­ne ludz­kie zwło­ki, oskó­ro­wa­ni żo­łnie­rze… Te­le­wi­zja z po­cząt­ku do­syć do­kład­nie re­la­cjo­no­wa­ła po­szcze­gól­ne in­cy­den­ty, ale z cza­sem wła­dze za­nie­cha­ły tego, uznaw­szy, że pod­grze­wa­nie kon­flik­tu wy­zna­nio­we­go nie jest im na rękę. Is­lam, w prze­ci­wie­ństwie do ta­kie­go ka­to­li­cy­zmu, to jed­na z ofi­cjal­nych re­li­gii fe­de­ra­cji, przede wszyst­kim zaś ro­bie­nie so­bie wro­ga ze wszyst­kich mu­zu­łma­nów to dro­ga do­ni­kąd, po­nie­waż co­raz częściej do­cho­dzi­ło do spon­ta­nicz­nych od­we­tów. Na­cjo­na­li­stycz­ni ban­dy­ci w du­żych mia­stach i na pro­win­cji do­ko­ny­wa­li sa­mo­sądów, któ­re mo­bi­li­zo­wa­ły do­tych­cza­so­wych umiar­ko­wa­nych wy­znaw­ców Pro­ro­ka. Spi­ra­la prze­mo­cy za­częła na­kręcać się za­ska­ku­jąco szyb­ko i ro­sji oprócz woj­ny z wro­giem ze­wnętrz­nym przy­szło to­czyć dru­gą na wła­snych ty­łach.

Bez­piecz­ne za­ple­cze to pod­sta­wa – naj­wy­ra­źniej tak po­my­śla­no na sa­mej gó­rze, co prze­ło­ży­ło się na dzia­ła­nia po­ru­czo­ne od­dzia­ło­wi ka­pi­ta­na.

Już od paru dni go­nił swo­ich pod­ko­mend­nych, jak­by byli psa­mi. Wci­ąż ćwi­cze­nia, ćwi­cze­nia i ćwi­cze­nia. Męczące to, lecz ko­niecz­ne, bo w sze­re­gach zna­la­zło się spo­ro osób z uzu­pe­łnień, a kom­pa­nia Fran­ko­wa roz­ro­sła się po­nad stan. Dziś cze­kał ich mały eg­za­min. Nie­dłu­go za­pa­ku­ją się do trans­por­to­wych Iłów 76 i de­san­tu­ją na po­li­go­nie cze­bar­kul­skim w ob­wo­dzie cze­la­bi­ńskim. Tam w ci­ągu trzech ko­lej­nych dni wy­ci­śnie ich jak cy­try­nę i zgło­si go­to­wo­ść do dzia­łań bo­jo­wych. Spo­dzie­wał się mi­sji po­le­ga­jącej na osa­cze­niu i uni­ce­stwie­niu któ­re­jś z licz­nych w tam­tych re­jo­nach band.

Ban­dy to nie woj­sko, mimo to Oleg Iwa­no­wicz tro­chę się mar­twił. Naj­bar­dziej do­świad­cze­ni żo­łnie­rze z jego kom­pa­nii wal­czy­li na fron­cie, a tych, któ­ry­mi przy­szło mu obec­nie do­wo­dzić, w naj­lep­szym ra­zie dało się na­zwać dru­gim sor­tem.

De­sant – eli­ta, psia jego mać…

Po­ło­wa z nich zdąży­ła już za­po­mnieć, co to zna­czy być spa­do­chro­nia­rzem, wie­lu od­wy­kło od ci­ężkich wa­run­ków słu­żby. Sam za­pał to tro­chę za mało. Po­trze­ba kil­ku ty­go­dni, by wró­ci­li do for­my, lecz wła­śnie cza­su im bra­ko­wa­ło.

Fran­kow spoj­rzał w nie­bo, gdzie bia­łe cu­mu­lu­sy pły­nęły wol­no na za­chód. Pod Psko­wem po­go­da była ide­al­na, ale ja­kie wa­run­ki pa­no­wa­ły na Ura­lu, tego już mu nie prze­ka­za­no. Mó­głby spy­tać pi­lo­tów, ale wła­ści­wie ja­kie to mia­ło zna­cze­nie?

Ka­pi­tan usły­szał, jak łącz­no­ścio­wiec ode­brał roz­kaz z wie­ży kon­tro­li lo­tów, co ozna­cza­ło, że pora za­pa­ko­wać się do trans­por­tow­ców i ru­szać na mi­sję.

Naj­wy­ższy czas. Do­cho­dzi­ła trzy­na­sta. Lot to co naj­mniej dwie go­dzi­ny, pó­źniej skok i ze­bra­nie ca­łe­go maj­da­nu do kupy. Przez na­stęp­ne sie­dem­dzie­si­ąt dwie go­dzi­ny wy­ciś­nie z nich siód­me poty, od­dzie­li ziar­na od plew.

A te­raz jaz­da, nie ma ani chwi­li do stra­ce­nia.

– KOM­PA­NIA… – okrzyk ka­pi­ta­na do­ta­rł do sie­dzących przy pa­sie star­to­wym de­san­tow­ców. – Po­wstań!

Do­wód­cy plu­to­nów usta­wi­li się na cze­le od­dzia­łów.

Przed­sta­wie­nie czas za­cząć.

2

Dwie i pół go­dzi­ny po wy­lo­cie zna­le­źli się w oko­li­cach celu.

Fran­kow co rusz zer­kał przez okien­ko. Pod nim roz­ci­ąga­ły się lasy tak wiel­kie, że z tru­dem da­wa­ło się je ogar­nąć wzro­kiem. Tyl­ko gdzie­nie­gdzie spo­śród zwar­tej po­ła­ci drzew prze­bi­ja­ła mi­go­tli­wa ta­fla je­zio­ra bądź wi­ęk­sza po­la­na.

Nad ka­bi­ną pi­lo­tów świa­tło z czer­wo­ne­go zmie­ni­ło się na zie­lo­ne, a drzwi de­san­to­we trans­por­tow­ca roz­su­nęły się na boki. Ka­pi­tan wstał i jako pierw­szy za­cze­pił ka­ra­bi­ńczyk o sta­lo­wą lin­kę prze­cho­dzącą przez całą dłu­go­ść Iła. Sko­czy jako pierw­szy, resz­ta pój­dzie za jego przy­kła­dem. Do tej pory Fran­kow wy­ko­nał po­nad sto pi­ęćdzie­si­ąt sko­ków, przez co uwa­ża­no go za do­świad­czo­ne­go skocz­ka, ale na­dal emo­cje, któ­re od­czu­wał w ta­kich mo­men­tach, nie na­le­ża­ły do przy­jem­nych. Pęd po­wie­trza dzia­łał de­pry­mu­jąco.

Spa­do­chro­nia­rze usta­wi­li się za nim, wie­lu z wy­ra­zem ulgi na twa­rzy. Naj­pierw ćwi­cze­nia, a po­tem lot w cia­snej ła­dow­ni pe­łnej che­micz­nych wy­zie­wów po­tra­fi­ły do­pro­wa­dzić na skraj wy­trzy­ma­ło­ści. Za parę mi­nut będą na zie­mi i ode­tchną świe­żym po­wie­trzem, a to dużo, tym bar­dziej, że sze­re­go­we­go z ko­ńca ze­mdli­ło i zwy­mio­to­wał wprost na blu­zę ko­le­gi.

Sie­rżant kie­ru­jący zrzu­tem dał znak. Ru­szy­li truch­ci­kiem je­den za dru­gim, ka­żdy z na­dzie­ją, że i tym ra­zem skok się uda.

Ta pierw­sza se­kun­da, gdy nogi tra­cą opar­cie, za­wsze jest naj­gor­sza. Pó­źniej już nie ma od­wro­tu. Czło­wie­kiem przez mo­ment rzu­ca na wszyst­kie stro­ny, a po trzech se­kun­dach otwie­ra się nad nim cza­sza spa­do­chro­nu. Szyb­kie spoj­rze­nie w górę i nie­wy­po­wie­dzia­na ulga, do któ­rej do­cho­dzi roz­kosz szy­bo­wa­nia ni­czym ptak.

Było moc­no po­chmur­no, ale to ka­pi­ta­no­wi nie prze­szka­dza­ło w naj­mniej­szym stop­niu. Zo­sta­ną zrzu­ce­ni na skraj lasu i ci­ągnące­go się ki­lo­me­tra­mi pasa tak­tycz­ne­go. Pro­blem w tym, że wiatr za­czął ich zno­sić na drze­wa.

– _Job two­ju mać_ – za­klął siar­czy­ście, uj­rzaw­szy pod no­ga­mi ga­łęzie ro­so­cha­te­go dębu.

Zo­stał prze­szko­lo­ny na taką oko­licz­no­ść i wie­dział, co ro­bić, choć już w tym mo­men­cie do­my­ślał się, że bez strat się nie obędzie. Do­brze, je­że­li sko­ńczy się „tyl­ko” na po­ła­ma­nych rękach i no­gach, a nie na zgo­nach z po­wo­du ob­ra­żeń we­wnętrz­nych. Co praw­da, nie­fart do­ty­czył de­san­tow­ców z jed­ne­go tyl­ko Iła, czy­li pierw­sze­go i dru­gie­go plu­to­nu bo­jo­we­go jego kom­pa­nii, bo tych z trze­cie­go i wspar­cia zrzu­co­no nie­co da­lej na po­łud­nie, ale mar­ne to po­cie­sze­nie.

Nogi ra­zem, za­sło­nić twarz. Bał się tyl­ko, że zła­mie kręgo­słup, co na resz­tę ży­cia uczy­ni z nie­go ka­le­kę. Spi­ął cia­ło w ocze­ki­wa­niu na ude­rze­nie. Spa­do­chron, ja­kie­go uży­wał, nie za bar­dzo nada­wał się do ma­new­ro­wa­nia, po­zo­sta­ło więc za wszel­ką cenę zmi­ni­ma­li­zo­wać skut­ki upad­ku. Uda­ło się tyl­ko po­ło­wicz­nie. Tro­chę się wy­gi­ął i omi­nął pierw­szy ko­nar, ko­lej­nych już nie zdo­łał. Gdy za­wi­sł na lin­kach, bo­la­ły go lewy bark i pra­wa noga od ko­la­na aż do sto­py. Miał spo­ro szczęścia, że nie na­dział się sie­dze­niem na odła­ma­ną przez wi­chu­rę ga­łąź.

Spraw­dził, na ja­kiej jest wy­so­ko­ści, i za­czął kom­bi­no­wać, jak po­ko­nać te ostat­nie me­try. Je­śli coś źle ob­li­czy, na­ba­wi się ko­lej­nych ob­ra­żeń, a tego, oczy­wi­ście, wo­lał unik­nąć.

Ja­koś zla­zł na sam dół, ci­cho przy tym po­stęku­jąc. Krzyk z pra­wej stro­ny spra­wił, że wła­sne pro­ble­my odło­żył na bok. Był de­san­tow­cem, tacy jak on nie pod­da­ją się ła­two. Roz­ło­żył kol­bę AKMS-a i prze­rzu­cił broń przez ra­mię, go­tów do dzia­ła­nia. Te­raz na­le­ża­ło spoj­rzeć praw­dzie w oczy i osza­co­wać stra­ty. Przy­kre, ale taki był obo­wi­ązek do­wód­cy.

Zna­la­zł za­stęp­cę do­wód­cy dru­gie­go plu­to­nu, cho­rąże­go Gaw­ro­wa, i wspól­nie za­częli sca­lać roz­pro­szo­ny od­dział.

Obiek­tyw­nie mó­wi­ąc, nie było naj­le­piej.

Wi­ęk­szo­ść spa­do­chro­nia­rzy po­nio­sła wi­ęk­sze bądź mniej­sze ob­ra­że­nia. Nie­ste­ty, zda­rzy­ło się też wy­bi­te oko oraz otwar­te zła­ma­nie ko­ści pod­udzia. Do­brze, że sa­ni­ta­riusz pierw­sze­go plu­to­nu wy­sze­dł ze zda­rze­nia obron­ną ręką, lecz ten z dru­gie­go plu­to­nu na ra­zie znik­nął bez śla­du.

Gaw­row mio­tał się na wszyst­kie stro­ny. O ćwi­cze­niach w tej sy­tu­acji nie mo­gło być mowy. Za­miast ma­new­rów na­le­ża­ło roz­po­cząć ak­cję ra­tun­ko­wą.

– Gdzie po­rucz­nik Paw­lisz­czew?

Gaw­row po­zwo­lił so­bie na wzru­sze­nie ra­mio­na­mi.

– A Sy­cow?

– Prze­pa­dł.

Do­wódz­two pu­łku do­sta­nie sza­łu, gdy do­wie się o tym in­cy­den­cie. Już te­raz ar­mii bra­ko­wa­ło wy­szko­lo­nych żo­łnie­rzy, a on przez głu­pi przy­pa­dek stra­cił ko­lej­nych, i to bez kon­tak­tu bo­jo­we­go z nie­przy­ja­cie­lem. Oj, nie po­głasz­czą go za to po gło­wie.

– Wia­do­mo, ilu bra­ku­je? – Fran­kow za­dał to py­ta­nie z ci­ężkim ser­cem.

– Na chwi­lę obec­ną oko­ło dwu­dzie­stu. Wi­dzia­łem, jak wiatr po­gnał na pó­łnoc przy­naj­mniej nie­któ­rych z nich. – Gaw­row mach­nął ręką, orien­ta­cyj­nie wska­zu­jąc kie­ru­nek.

– Trze­ba po nich iść.

Su­ge­stia nie przy­pa­dła cho­rąże­mu do gu­stu. Sam miał tyl­ko po­dra­pa­ną gębę, ale wie­lo­ki­lo­me­tro­wy marsz w nie­zna­nym te­re­nie przez gęsty las i ba­gna wy­ssie z nie­go resz­tę sił i spra­wi, że ju­tro będzie cho­dzącym tru­pem.

– Stwo­rzy­my dwie gru­py – po­sta­no­wił Fran­kow. – Sta­nie­cie na cze­le jed­nej z nich. W ten spo­sób prze­cze­sze­my wi­ęk­szy ob­szar.

– Nie le­piej we­zwać wspar­cie?

Re­gu­la­min nic nie mó­wił o ta­kiej sy­tu­acji, a ka­pi­tan wąt­pił, by na po­do­rędziu znaj­do­wał się trans­por­to­wy śmi­gło­wiec mo­gący ewa­ku­ować ran­nych do szpi­ta­la. Prze­cież trwa­ła woj­na i ka­żda ma­szy­na była na wagę zło­ta. W tych oko­licz­no­ściach mu­szą po­ra­dzić so­bie sami.

– Ja po­pro­wa­dzę dru­gą – po­wie­dział twar­do.

Cho­rąży za dużo so­bie po­zwa­lał. W gru będą mu­sie­li zwró­cić na nie­go bacz­niej­szą uwa­gę. Jesz­cze tro­chę i za­cznie siać de­fe­tyzm.

– Zbierz­cie wszyst­kich, któ­rzy są zdol­ni do mar­szu. Wy­ru­sza­my za pięć mi­nut – wy­dał roz­kaz ka­pi­tan i za­czął przy­glądać się ma­pie, żeby wy­zna­czyć opty­mal­ną tra­sę.

Ła­two nie będzie. Te cho­ler­ne lasy ci­ągnęły się ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi. Do naj­bli­ższej wsi było stąd ze trzy­dzie­ści wiorst, czy­li dzień mar­szu. Nie ka­żdy da radę. Nie­któ­rych trze­ba będzie nie­ść na im­pro­wi­zo­wa­nych no­szach.

Fran­kow ota­rł przed­ra­mie­niem pot z czo­ła, pró­bu­jąc prze­bić wzro­kiem gęstą masę zie­le­ni po­nad gło­wą. Po­zo­sta­ło im co naj­wy­żej pięć go­dzin dzien­ne­go świa­tła, pó­źniej za­pad­nie noc. Wte­dy ni­ko­go już nie od­naj­dą. Gdy­by tyl­ko dys­po­no­wał kil­ko­ma do­świad­czo­ny­mi pod­ofi­ce­ra­mi…

Ale nie dys­po­no­wał.

– Przy­go­to­wać się do wy­mar­szu! – wrza­snął w stro­nę for­mu­jące­go się od­dzia­łu. – Gdzie wasz en­tu­zjazm? No, gdzie, ja się py­tam. Mi­cha­jłow, ogar­nij się – zwró­cił uwa­gę ka­pra­lo­wi o pła­skiej, prysz­cza­tej twa­rzy. – Wy, Pła­stu­now, zo­sta­je­cie. Zor­ga­ni­zu­je­cie tu punkt me­dycz­ny i po­cze­ka­cie na po­rucz­ni­ka Ko­lie­so­wa. Zro­zu­mia­no?

– Ta­jest, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie.

– Gaw­row, idzie­cie z dru­gim plu­to­nem. Ja bio­rę pierw­szy. – W pierw­szym było tro­chę mniej lu­dzi, ale na to nic nie po­ra­dzi. – Łącz­no­ść co pół go­dzi­ny, chy­ba że zaj­dą nie­prze­wi­dzia­ne oko­licz­no­ści. – Do­ko­ńczył znacz­nie ła­god­niej. Oby za­bra­no stąd jak naj­mniej czar­nych wor­ków z tru­pa­mi.

Czu­jąc nie­zno­śne ła­sko­ta­nie mi­ędzy ło­pat­ka­mi, od­ru­cho­wo obej­rzał się za sie­bie. Ni­cze­go oczy­wi­ście nie do­strze­gł, ale nie­przy­jem­ne wra­że­nie po­zo­sta­ło.

Głu­pi. Prze­cież nie ma się cze­go bać, to tyl­ko gra świa­teł. Je­dy­nym po­two­rem na tej pla­ne­cie jest czło­wiek, a gor­sze­go su­kin­sy­na od nie­go w tych la­sach nie było.

Nie­ste­ty, tym ra­zem Fran­kow my­lił się.

I to bar­dzo.

3

W szko­le śred­niej co naj­mniej raz w ty­go­dniu cho­dził do kina, a w domu obej­rzał chy­ba wszyst­kie fil­my SF, ja­kie wy­szły po ro­syj­sku. Kla­sy­kę, tę ra­dziec­ką i za­gra­nicz­ną, znał na pa­mi­ęć. „Star Wars”, „Wład­ca Pie­rście­ni”, „Ter­mi­na­tor”, „Wie­dźmin” – to się ogląda­ło, i to tyle razy, że dłu­gie par­tie dia­lo­gów znał na wy­ryw­ki i po­tra­fił nimi sy­pać przy lada oka­zji.

Z se­tek ob­ra­zów sku­mu­lo­wa­nych w jego pa­mi­ęci je­den nie­mal ide­al­nie pa­so­wał do oko­licz­no­ści. Tam też od­dział prze­dzie­ra­jących się przez dżun­glę ko­man­do­sów na­tra­fił na zwi­sa­jące gło­wą w dół cia­ło wy­pa­tro­szo­ne­go czło­wie­ka. Zu­pe­łnie jak te­raz. Umy­sł ka­pi­ta­na nie chciał się po­go­dzić z tym, co wi­dział. Ta­kie rze­czy nor­mal­nie się nie zda­rza­ją.

– Ka­pi­ta­nie…

Roz­ci­ęcie bie­gło od szyi po brzuch. Je­li­ta wy­pły­nęły si­ny­mi zwo­ja­mi, ukła­da­jąc się pod gło­wą nie­szczęśni­ka. Od smro­du ro­bi­ło się nie­do­brze.

– Co ro­bi­my?

Fran­kow po­wo­li ode­tchnął przez nos, usi­łu­jąc nie skom­pro­mi­to­wać się przed pod­wład­ny­mi.

– Za­mknij­cie mor­dę, Mi­cha­jłow. A jesz­cze le­piej za­bez­piecz­cie te­ren. No rusz­cie się, kur­wa, bo nas tu noc za­sta­nie.

Na wszel­kie pro­ble­my po­sia­dał jed­ną spraw­dzo­ną me­to­dę – za­go­nić lu­dzi do dzia­ła­nia. Mają prze­stać my­śleć, bo z tego bio­rą się tyl­ko kło­po­ty.

– To spraw­ka dia­bła.

– Mi­cha­jłow, je­ste­ście de­bi­lem? Dia­bła nie ma. Za­pa­mi­ętaj­cie so­bie do­brze. Ni­g­dy nie było, nie ma i nie będzie. – Głos ka­pi­ta­na zro­bił się co­kol­wiek pi­skli­wy. – Le­piej, jak we­źmie­cie sa­per­kę i od razu za­cznie­cie ko­pać so­bie grób, bo jak wam…

– A co z nim? – Strach ka­pra­la przed do­wód­cą jak­by zma­lał. – Prze­cie nie może tak wi­sieć.

– To go ode­tnij­cie, do ja­snej cho­le­ry, a resz­ta za­bez­pie­cza re­jon. – Prze­stał ga­pić się na zwło­ki, roz­sądek ka­zał skon­cen­tro­wać się na tym, co mu­szą zro­bić. Ręce mu dy­go­ta­ły fe­brycz­nie. Spo­dzie­wał się wszyst­kie­go, ale nie ta­kiej ma­sa­kry.

Lądu­jący spa­do­chro­nia­rze mo­gli po­na­bi­jać się na ga­łęzie, więc nic dziw­ne­go, że tego roz­pruł ja­kiś odła­ma­ny ko­nar. Nic in­ne­go nie przy­cho­dzi­ło ka­pi­ta­no­wi do gło­wy.

– Dłu­go to jesz­cze będzie trwa­ło?

Mi­cha­jłow go wku­rzał. Co ten głu­pek so­bie wy­obra­ża? Że kim on jest – pro­sta­kiem? Fran­kow sko­ńczył Ria­za­ńską Wy­ższą Szko­łę Do­wód­czą Wojsk Po­wietrz­no­de­san­to­wych imie­nia ge­ne­ra­ła ar­mii W.F. Mar­gie­ło­wa, z jed­nym z lep­szych wy­ni­ków i był z tego szcze­gól­nie dum­ny. Uczy­li go praw­dzi­wi fron­tow­cy pa­mi­ęta­jący Cze­cze­nię. Sam od­był jed­ną turę w Sy­rii. Przez pół roku uga­niał się po pu­sty­ni za ter­ro­ry­sta­mi w san­da­łach, od­no­sząc przy tym nie­gro­źną ranę łyd­ki. Do tej pory wspo­mi­nał tam­te cza­sy. Na­brał tęży­zny i do­świad­cze­nia. A te­raz co? Na ta­kie wy­zwa­nie nie zo­stał przy­go­to­wa­ny.

– To Fie­du­tin – wy­sa­pał Mi­cha­jłow, pró­bu­jąc do­si­ęgnąć ostrzem de­san­to­we­go noża lin­ki z przy­cze­pio­nym na jej ko­ńcu żo­łnie­rzem. – Z trze­cie­go plu­to­nu. Wszy­scy go zna­ją.

Jak na zło­ść Fran­kow nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, o kogo cho­dzi­ło.

– Łapę miał taką, że jak do­wa­lił, to…

– Oszczędźcie mi szcze­gó­łów.

– I baby… – Ka­pral na mo­ment się za­wa­hał. – Chcia­łem po­wie­dzieć, że ko­bie­ty go lu­bi­ły. Le­cia­ły za nim jak do mio­du, a on li­to­ści­wy był, żad­nej nie od­mó­wił.

– Ostrze­ga­łem, Mi­cha­jłow, że­by­ście za­mknęli mor­dę. Tak czy nie?

– Oczy­wi­ście, że tak, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. Ja tyl­ko tak. Żeby ner­wy uspo­ko­ić.

Na­gle od­ci­ęte cia­ło ru­nęło gło­wą pro­sto w wężo­we splo­ty je­lit. Fran­kow czym prędzej od­wró­cił wzrok.

Po tej części po­li­go­nu nikt się nie po­wi­nien kręcić. Czy mógł tu być ja­kiś chu­tor? Z mapy nic nie wy­ni­ka­ło.

– Za­bie­ra­my go?

– I chcesz go nie­ść? W nocy przez te ba­gna? Nikt z nas nie ma tyle sił.

W oczach ka­pra­la Fran­kow do­strze­gł głębo­ko za­ko­rze­nio­ną nie­chęć. Je­że­li coś się ko­muś nie po­do­ba, to już nie jego spra­wa. On swo­je obo­wi­ąz­ki wy­pe­łniał z pe­łnym za­an­ga­żo­wa­niem.

Sy­tu­acja nie­co się zmie­ni­ła i przy­pusz­czał, że do­wódz­two jed­nak po­de­śle któ­rąś z ma­szyn, by ich ewa­ku­ować, bo coś mu mó­wi­ło, że Fie­du­tin nie będzie je­dy­ną ofia­rą. Znaj­dą się ko­lej­ni i choć ni­cze­mu nie był win­ny, to i tak cała od­po­wie­dzial­no­ść spad­nie wła­śnie na nie­go. Nie na pi­lo­tów i nie na do­wód­cę ba­ta­lio­nu. Ci oka­żą się kry­sta­licz­nie czy­ści.

Ra­dio­sta­cja na ra­mie­niu ka­pi­ta­na nie­spo­dzie­wa­nie za­trzesz­cza­ła. Jesz­cze do tej pory miał na­dzie­ję, że ja­koś to będzie, po­zbie­ra­ją się i roz­pocz­ną przy­go­to­wa­ny cykl szko­leń. Te­raz na­gle po­czuł, że nic z tego nie wyj­dzie.

– Fran­kow, mów­cie. – Z przy­gnębie­nia za­po­mniał, jaki przy­brał kryp­to­nim. Może ża­den?

– Mówi Gaw­row, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. Mamy kło­po­ty.

Żad­na no­wi­na. Po uszy sie­dzie­li w gów­nie.

– Ja­kie­go ro­dza­ju? – za­py­tał, za­sta­na­wia­jąc się, czy coś może go za­sko­czyć.

– Je­den z mo­ich lu­dzi, kon­kret­nie sze­re­go­wy Ło­dy­gin, za­gi­nął.

Gaw­row si­lił się na spo­kój, lecz w gło­sie wy­czu­wa­ło się na­pi­ęcie.

– Ro­zu­miem, że od­da­lił się sa­mo­wol­nie.

– Tego nie po­wie­dzia­łem.

– Gaw­row, wy mi tu szop­ki nie od­sta­wiaj­cie. – Fran­kow mu­siał uwa­żać, by nie za­cząć krzy­czeć. – Je­że­li go nie ma, to zna­czy, że zde­zer­te­ro­wał. Za to gro­zi sąd po­lo­wy i kar­na kom­pa­nia. Co naj­mniej.

Ło­dy­gin to ko­lej­na oso­ba, o któ­rej nie­wie­le mógł po­wie­dzieć, co naj­wy­żej tyle, że był ni­skim wy­pło­szem po­cho­dzącym z Wo­ro­ne­ża. Kom­plet­ny prze­ci­ęt­niak. Aż dziw, że taka mier­no­ta tra­fi­ła do de­san­tu.

– Sze­dł na ko­ńcu i ubez­pie­czał tyły. Na­gle wy­pa­ro­wał. – Cho­rąży prze­rwał. Ci­ężko od­dy­chał, ale chy­ba nie ze zmęcze­nia.

– No, mów­cie.

– Tuż przy ście­żce od­kry­li­śmy śla­dy krwi.

– Może się zra­nił. – Umy­sł Fran­ko­wa pró­bo­wał ra­cjo­nal­nie zin­ter­pre­to­wać in­for­ma­cje.

– To gdzie cia­ło?

Ka­pi­tan za­czy­nał mieć dość tego lasu. Od mo­men­tu sko­ku nic się nie ukła­da­ło. Wci­ąż zma­ga­li się z czy­mś, cze­go na­wet nie po­tra­fił na­zwać. Pa­mi­ętał, jak nie­raz śmiał się z ar­ty­ku­łów w ta­blo­idach o na­wie­dzo­nych miej­scach, bie­sach, du­chach i ta­jem­ni­cach, z któ­rych wy­ja­śnie­niem nie ra­dzi so­bie wspó­łcze­sna na­uka.

Jesz­cze przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi my­ślał, że co to dla nie­go – po­two­ra roz­wa­lą se­rią z AK, niech no tyl­ko wej­dzie im w dro­gę. Tym­cza­sem oka­zy­wa­ło się, że rze­czy­wi­sto­ść ich prze­ra­sta. Był bez­rad­ny jak dziec­ko we mgle. I zni­kąd po­mo­cy.

– Gaw­row, po­słu­chaj­cie mnie uwa­żnie… – Roz­kaz na­le­ża­ło wła­ści­wie sfor­mu­ło­wać. Pó­źniej, gdy już sta­nie przed sądem, ka­żde jego za­nie­dba­nie zo­sta­nie wy­ci­ągni­ęte na świa­tło dzien­ne, ka­żde sło­wo sta­nie się częścią oska­rże­nia. – Ma­cie jesz­cze co naj­mniej go­dzi­nę dzien­ne­go świat­ła. Na ra­zie kon­ty­nu­uj­cie za­da­nie. Ile wam się uda obe­jść przed zmierz­chem, w to już nie wni­kam. Pil­nuj­cie się wza­jem­nie, nie roz­ła­źcie i nie…

Prze­rwa­ły mu dziw­ne od­gło­sy do­bie­ga­jące z gło­śni­ka, ni to sko­wyt, ni to płacz.

– Gaw­row, co tam u was się dzie­je?

– To­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie, chy­ba…

Usły­szał strza­ły. Stłu­mio­ne, ale wy­ra­źne.

– Gaw­row! – krzyk­nął do mi­kro­fo­nu.

Fran­ko­wo­wi od­po­wie­dział pisk tak gło­śny i nie­spo­dzie­wa­ny, że ka­pi­tan omal nie wy­pu­ścił mi­kro­fo­nu z rąk.

Ro­zej­rzał się na boki, wi­dząc za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia swo­ich pod­ko­mend­nych. Mil­cze­li po­nu­ro, lecz ich miny mó­wi­ły, że nie chcą tu być i zro­bią wszyst­ko, by jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tego prze­klęte­go lasu. Z nim lub bez nie­go.

A on, nie­za­le­żnie od tego, co cza­iło się za sza­ry­mi pnia­mi drzew i w zie­lo­nej gęstwi­nie, mu­siał wie­dzieć, co sta­ło się z gru­pą cho­rąże­go. Był do­wód­cą, to do cze­goś zo­bo­wi­ązu­je.

4

Mu­sta­fa Czu­ba­row, Ta­tar z Kry­mu, któ­ry tak świet­nie od­na­la­zł się w po­so­wiec­kiej rze­czy­wi­sto­ści, a pó­źniej wszyst­ko stra­cił, sta­jąc się ści­ga­nym przez pa­ństwo prze­stęp­cą, moc­niej uchwy­cił ręko­je­ść noża.

Znacz­nie zmężniał od cza­su prze­mia­ny, jak na­zy­wał efekt dzia­ła­nia środ­ków za­apli­ko­wa­nych mu przez Re­it­za. Nie był już gru­ba­skiem. Mu­sku­la­tu­rą może nie im­po­no­wał, ale kon­dy­cję miał zna­ko­mi­tą. Bie­gał, ska­kał i nur­ko­wał jak mistrz olim­pij­ski, choć i tak w ża­den spo­sób nie do­rów­ny­wał Re­it­zo­wi i Paul­ly’emu, dru­gie­mu no­we­mu kum­plo­wi.

Był też sław­ny, cho­ciaż nie w ten spo­sób, o ja­kim kie­dyś ma­rzył. Zo­stał ban­dy­tą. Ter­ro­ry­stą, czło­wie­kiem, któ­rym mat­ki stra­szy­ły dzie­ci, naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nym czło­wie­kiem w ro­sji, przy­wód­cą is­lam­skich bo­jow­ni­ków i wszel­kiej ma­ści wy­rzut­ków, któ­rym nie po­do­ba­ły się obec­ne po­rząd­ki. W sze­re­gach jego or­ga­ni­za­cji wal­czy­li lu­dzie wy­wo­dzący się z fi­li­pi­ńskie­go ru­chu Abu Saj­ja­fa, Kasz­mir­czy­cy z Lasz­kar-i-To­iba, cze­cze­ńscy par­ty­zan­ci i egip­scy se­pa­ra­ty­ści z Pó­łwy­spu Sy­naj­skie­go, li­bij­scy i sy­ryj­scy dżi­ha­dy­ści, w su­mie kil­ka ty­si­ęcy lu­dzi, sam nie wie­dział ilu do­kład­nie. Czar­ny sztan­dar Pro­ro­ka po­nio­są wy­so­ko, nic im się nie oprze. Czu­ba­row czuł tę po­tęgę. Co­dzien­nie przy­by­wa­li nowi, za­chęce­ni przez mu­łłów w me­cze­tach na ca­łym świe­cie. Ten dżi­had wresz­cie przy­nie­sie im zwy­ci­ęstwo.

Kie­dyś mo­gło się wy­da­wać, że ro­sji nic nie po­ko­na, ale cza­sy się zmie­ni­ły. Wspo­ma­ga­na przez An­ka­rę, któ­ra pew­nie roz­gry­wa­ła przy oka­zji wła­sną grę, we­wnętrz­na re­be­lia spra­wi­ła, że dni obec­ne­go re­żi­mu wy­da­wa­ły się po­li­czo­ne. Od wie­ków to pa­ństwo nie było tak sła­be jak w tym mo­men­cie. Wska­źni­ki eko­no­micz­ne i de­mo­gra­ficz­ne pi­ko­wa­ły. We­dług ofi­cjal­nych sta­ty­styk ro­sja wci­ąż li­czy­ła gru­bo po­nad sto czter­dzie­ści trzy mi­lio­ny oby­wa­te­li, w rze­czy­wi­sto­ści było ich znacz­nie mniej, z cze­go trzy­dzie­ści pro­cent sta­no­wi­li mu­zu­łma­nie. Nie wszy­scy spo­śród nich sta­ną do sze­re­gu, ale to bez zna­cze­nia. I tak nie­dłu­go ro­sja­nie jako na­ród prze­sta­ną ist­nieć, a na ca­łym ob­sza­rze fe­de­ra­cji po­wsta­nie nowy ka­li­fat. On, Mu­sta­fa Czu­ba­row, będzie w nim jed­ną z naj­wa­żniej­szych po­sta­ci. Wi­dział sie­bie na­wet jako za­rząd­cę jed­nej z pro­win­cji albo – jesz­cze chęt­niej – woj­sko­we­go ko­men­dan­ta. Bo na­le­ża­ło to otwar­cie po­wie­dzieć: roz­sma­ko­wał się w woj­nie. Nie wy­obra­żał so­bie bez niej ży­cia. Za­bi­ja­nie upa­ja­ło jak nar­ko­tyk. Ni­g­dy by nie po­my­ślał, że kie­dyś tak go to wci­ągnie, ale sta­ło się. Do tej pory nie wie­dział, ile tra­cił.

Gdy przez gęste za­ro­śla ob­ser­wo­wał mio­ta­jących się spa­do­chro­nia­rzy, uśmiech nie scho­dził z jego twa­rzy. Ci żo­łnie­rze po­dob­no na­le­że­li do eli­tar­nej for­ma­cji, ale w tym mo­men­cie wy­da­wa­li się zu­pe­łnie bez­rad­ni. Je­den na pew­no znaj­do­wał się na gra­ni­cy pa­ni­ki. Wy­star­czy gło­śniej krzyk­nąć i będzie spie­przał, gdzie go oczy po­nio­są.

Przy­cza­jo­ny nie­da­le­ko Czu­ba­ro­wa bo­jow­nik na­pi­ął ci­ęci­wę łuku, przy­mie­rzył się i wy­pu­ścił strza­łę. Fa­cet rze­ko­mo po­cho­dził z Ma­le­zji, ale ile w tym było praw­dy, tego Mu­sta­fa nie wie­dział i nie­wie­le go to ob­cho­dzi­ło. Wa­żne, że pro­mień tra­fił ro­sja­ni­na w kark. Spa­do­chro­niarz otwo­rzył usta i bez­gło­śnie padł twa­rzą pro­sto w po­szy­cie.

Te­raz do dzia­ła­nia przy­stąpił krępy Uz­bek, do nie­daw­na ho­dow­ca kóz z Ko­tli­ny Fer­ga­ńskiej. W paru sko­kach do­pa­dł zwłok i wpraw­ny­mi ci­ęcia­mi noża od­ci­ął zma­rłe­mu gło­wę. Ko­le­dzy za­bi­te­go do­sta­ną sza­łu, gdy zo­ba­czą, co się sta­ło. O to wła­śnie cho­dzi­ło. Wście­kło­ść spra­wi, że sta­ną się nie­ostro­żni.

Cze­go wła­ści­wie tu­taj szu­ka­li? Po­ja­wi­li się do­słow­nie zni­kąd, za­kłó­ca­jąc spo­kój od­dzia­ło­wi Paul­ly’ego, do któ­re­go wkrót­ce miał do­łączyć Re­itz ze stu pi­ęćdzie­si­ęcio­ma bo­jow­ni­ka­mi, wśród któ­rych była spo­ra gru­pa egip­skich ko­man­do­sów i pa­ki­sta­ńskich zwia­dow­ców. Do­pie­ro co opu­ści­li oni sze­re­gi ar­mii, de­cy­du­jąc się na dżi­had. Ich wspól­ny rajd w głąb te­ry­to­rium prze­ciw­ni­ka mógł prze­wa­żyć sza­lę woj­ny. Przed bo­jow­ni­ka­mi jesz­cze spo­ry od­ci­nek do po­ko­na­nia, lecz nie spie­szy­ło się im ja­koś szcze­gól­nie. Tro­chę je­cha­li, wi­ęcej ma­sze­ro­wa­li, a te­raz pod­ci­ąga­li wspar­cie i za­opa­trze­nie. Lasy po­li­go­nu cze­bar­kul­skie­go wy­da­wa­ły się ide­al­nym miej­scem na kry­jów­kę i na­gle ta­kie za­sko­cze­nie – od­dział fe­de­ral­nych żo­łnie­rzy spa­dł im pro­sto na gło­wy. Po­nie­waż ist­nia­ło nie­bez­pie­cze­ństwo, że spa­do­chro­nia­rze na­tkną się na nich albo na gru­pę Re­it­za i po­wia­do­mią do­wódz­two, trze­ba było szyb­ko się ich po­zbyć. Stąd to całe za­mie­sza­nie.

Po­mi­ędzy drze­wa­mi do­strze­gł pierw­sze­go z po­wra­ca­jących żo­łnie­rzy. Te­raz to już pój­dzie szyb­ko. Wy­ko­ńczą ich jed­ne­go po dru­gim tak, że w szta­bie będą za­cho­dzić w gło­wę, w jaki spo­sób kil­ku­dzie­si­ęciu de­san­tow­ców roz­pły­nęło się bez śla­du.

Oby trwa­ło to jak naj­dłu­żej.

5

Zmy­sły ka­pi­ta­na Ole­ga Iwa­no­wi­cza Fran­ko­wa na­pręży­ły się ni­czym for­te­pia­no­we stru­ny. Nie czuł gło­du ani prag–nie­nia, tyl­ko prze­ko­na­nie, że jest w sta­nie ma­sze­ro­wać ki­lo­me­tra­mi, ma­jąc przy so­bie je­dy­nie ka­ra­bi­nek i do­dat­ko­wą amu­ni­cję. Wie­dział, że wy­czer­pa­nie po­ja­wi się szyb­ciej, niż te­raz się spo­dzie­wa, ale przy­naj­mniej na ra­zie ka­pi­ta­na nio­sły emo­cje.

Z po­cząt­ku na­rzu­cił ostre tem­po mar­szu, jed­nak ry­chło oka­za­ło się, że musi zwol­nić. Nie ka­żdy miał tak zna­ko­mi­tą for­mę jak on. Na przy­kład Mi­cha­jłow, cho­ler­na za­ka­ła kom­pa­nii. Na krót­kim po­sto­ju wzi­ął ka­pra­la na bok i w paru twar­dych żo­łnier­skich sło­wach po­wie­dział, cze­go od nie­go ocze­ku­je.

Pod­ofi­cer zra­zu wy­glądał na prze­jęte­go, ale szyb­ko oka­za­ło się, że to tyl­ko wy­bieg. Niech so­bie do­wód­ca mówi, co chce, a ja i tak wiem swo­je. At­mos­fe­ra w od­dzia­le sta­wa­ła się nie do znie­sie­nia. Z do­bo­ro­wej jed­nost­ki prze­mie­nia­li się po­wo­li w gru­pę osób dba­jących wy­łącz­nie o sie­bie. Ist­nia­ło nie­bez­pie­cze­ństwo, że w przy­pad­ku kon­fron­ta­cji z… z tym, co na nich czy­ha­ło, roz­bie­gną się ni­czym stad­ko spło­szo­nych an­ty­lop.

– Cze­go się bo­icie? – Fran­kow prze­łk­nął śli­nę, a pó­źniej sło­wa bar­dziej wy­pluł, niż wy­po­wie­dział, nie kie­ru­jąc ich do ni­ko­go kon­kret­ne­go.

W efek­cie prze­stra­szył ich jesz­cze bar­dziej.

– A idźcie do dia­bła – wark­nął ob­ra­żo­ny na cały świat.

Od tej pory mu­siał się li­czyć z tym, że obe­rwie kul­kę pro­sto w ple­cy od wku­rzo­ne­go pod­wład­ne­go. Nie by­łby to pierw­szy taki przy­pa­dek. Ca­łkiem nie­daw­no zda­rzy­ły się dwa po­dob­ne in­cy­den­ty – je­den w mo­skwie, gdzie po­cho­dzący z Kau­ka­zu po­bo­ro­wy wbił nóż w pie­rś do­wód­cy ba­ta­lio­nu na pla­cu ape­lo­wym pod­czas od­pra­wy przed wy­jaz­dem jed­nost­ki w stre­fę walk. De­spe­rat oczy­wi­ście zgi­nął, za­strze­lo­ny przez po­zo­sta­łych ofi­ce­rów, ale ma­jo­ro­wi ży­cia to nie zwró­ci­ło. Dru­gi in­cy­dent miał miej­sce w Wo­łgo­gra­dzie pod­czas po­sto­ju kom­pa­nij­nej gru­py bo­jo­wej, gdy do ko­le­gów za­czął siać se­ria­mi ko­lej­ny wy­znaw­ca Al­la­ha.

Z mu­zu­łma­na­mi w ar­mii już od daw­na był kło­pot. Prze­wa­żnie ku­ma­li się ze sobą, two­rząc osob­ne gru­py, i bili swo­ich sło­wia­ńskich to­wa­rzy­szy bro­ni przy lada oka­zji. Trud­no było so­bie z tym po­ra­dzić. Ich bez­czel­no­ść i buta prze­ra­ża­ły sa­mych do­wód­ców. Po­ja­wi­ły się gło­sy, by nie po­wo­ły­wać ich do ar­mii, a tych, co są, ode­słać. Niby pro­ste, pa­su­jące do oko­licz­no­ści roz­wi­ąza­nie, tyl­ko że wsku­tek tego z woj­ska od­pły­nęło­by ze sto ty­si­ęcy lu­dzi. Kim ich za­stąpić? Mają wcie­lić mi­ęk­kich stu­den­ci­ków, któ­rym na wi­dok krwi robi się nie­do­brze? Praw­do­po­dob­nie taki będzie fi­nał. A mło­dzi mu­zu­łma­nie przej­dą w sze­re­gi is­la­mi­stów. Na szczęście to nie jego pro­blem. W jego kom­pa­nii nie słu­żył ża­den czar­no… to zna­czy mu­zu­łma­nin. I do­brze, bo za cho­le­rę nie wie­dzia­łby, co z ta­kim zro­bić.

Ście­żka, któ­rą się po­ru­sza­li, w pew­nym mo­men­cie się roz­wi­dla­ła. Obie od­no­gi wy­gląda­ły nie­cie­ka­wie. Po­szy­cie sta­wa­ło się rzad­sze, za to las gęst­niał. Po­wo­li za­pa­dał zmierzch. Nie­dłu­go nic nie będzie wi­dać.

– Mi­cha­jłow.

– Tak jest.

– Wy­bierz so­bie pi­ęciu lu­dzi – po­le­cił Fran­kow, za­rzu­ca­jąc ta­śmę au­to­ma­tu na ra­mię i si­ęga­jąc po mapę. – Pój­dzie­cie tym szla­kiem. Spo­tka­my się za oko­ło czter­dzie­ści mi­nut tu, przy stru­mie­niu. – Wska­zał punkt na pla­nie. – Gaw­row da­lej nie do­sze­dł. Jest gdzieś w po­bli­żu, tyl­ko mu­si­my go zna­le­źć.

Mi­cha­jłow ca­łkiem nie­re­gu­la­mi­no­wo głębo­ko wes­tchnął. Po­my­sł nie przy­pa­dł mu do gu­stu.

– A wspar­cie, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie?

– Co wy ci­ągle z tym wspar­ciem, Mi­cha­jłow? Ko­le­gom nie chce­cie po­móc?

– Za prze­pro­sze­niem, cho­rąży Gaw­row nie jest moim ko­le­gą. – Ka­pral skrzy­wił usta.

– A po­zo­sta­li?

– To ró­żnie.

– Sam wi­dzisz. Oni by po cie­bie po­szli. Zrób to dla nich, a cho­rążym się nie przej­muj.

Upły­nęła mi­nu­ta, za­nim Mi­cha­jłow wy­zna­czył tych, któ­rzy mie­li ru­szyć ra­zem z nim. Fran­kow sam wie­dział, że po­my­sł nie jest do­bry, ale co w tym wy­pad­ku na­le­ża­ło zro­bić? Mają się błąkać po wy­zna­czo­nym kwa­dra­cie, mar­nu­jąc czas i siły? To nie do po­my­śle­nia. W su­mie i tak pój­dą od­da­le­ni od sie­bie naj­wy­żej o trzy­sta me­trów. Mia­ło to rów­nież ten plus, że gdy­by coś za­ata­ko­wa­ło jed­ną gru­pę, dru­ga dzi­ęki temu dy­stan­so­wi będzie mia­ła czas za­re­ago­wać. Rzecz jas­na, Mi­cha­jłow nie za bar­dzo nada­wał się do tego za­da­nia, nie­ste­ty, ni­ko­go in­ne­go na jego miej­sce nie było.

W ko­ńcu ka­żdy z pod­od­dzia­łów ru­szył wy­zna­czo­ną tra­są. Ka­pi­ta­no­wi nogi grzęzły w bło­cie, zwol­nił z oba­wy, że z tej mazi wy­ci­ągnie sto­pę już bez buta. Na do­da­tek za­częło si­ąpić, co do resz­ty po­psu­ło ofi­ce­ro­wi hu­mor.

A to co?

Na ście­żce le­żał ja­kiś ja­jo­wa­ty przed­miot, dziw­ny, z da­le­ka przy­po­mi­nał pi­łkę. Skąd w tej głu­szy pi­łka? Do­pie­ro bli­ższe oględzi­ny wy­pro­wa­dzi­ły Fran­ko­wa z błędu. To była gło­wa, w do­dat­ku ludz­ka, nie zwie­rzęca. Twarz ko­goś ka­pi­ta­no­wi przy­po­mi­na­ła. Gdy tyl­ko mózg prze­two­rzył in­for­ma­cje, Fran­kow od­sko­czył od niej jak opa­rzo­ny.

Ob­li­cze cho­rąże­go wy­gląda­ło na­wet nie­co le­piej niż za ży­cia. Może nie na­brał ru­mie­ńców, ale też cha­rak­te­ry­stycz­ny drwi­ący uśmie­szek nie znik­nął Gaw­ro­wo­wi z ust.

Ka­pi­tan prze­że­gnał się, tak jak na­uczy­ła go mat­ka. Po­wtó­rzył to raz i dru­gi. O ka­ra­bi­nie za­po­mniał, przy­naj­mniej na ra­zie.

Ła­two jest pie­przyć głu­po­ty o swo­jej od­wa­dze, sie­dząc z kum­pla­mi przy pi­wie, bądź wy­obra­żać so­bie, ja­kim to się jest twar­dzie­lem, ogląda­jąc film. Sam zro­bi­łbym to le­piej – taka myśl to­wa­rzy­szy­ła ka­pi­ta­no­wi na wi­dok ka­żdej hol­ly­wo­odz­kiej nie­doj­dy.

No to ma oka­zję się wy­ka­zać… Na ta­kie wy­zwa­nie nie przy­go­to­wy­wa­ła żad­na aka­de­mia. Może Mi­cha­jłow miał ra­cję i w tych la­sach fak­tycz­nie miesz­ka nie­zna­ny stwór, a oni nie­świa­do­mie we­szli na jego te­ren?

Po­stępu­jących tuż za nim spa­do­chro­nia­rzy po­go­nił do tyłu. Te­raz na­le­ża­ło my­śleć o ra­to­wa­niu wła­snej gło­wy.

Co w tej sy­tu­acji po­wi­nien zro­bić? Mi­cha­jłow wraz ze swo­ją sek­cją znaj­do­wał się po pra­wej. Dzia­ła­jąc wspól­nie, wy­do­sta­ną się z mat­ni.

Se­ria strza­łów z tam­te­go kie­run­ku spra­wi­ła, że Fran­kow wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Stwór z pie­kła ro­dem ra­czej nie strze­la­łby z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go.

– Si­dor­czuk, Iwa­now, na­przód.

Nie chciał, by to miej­sce sta­ło się jego gro­bem. Je­że­li wal­czysz, to mu­sisz wy­grać, a tak zde­ter­mi­no­wa­ny jak w tym mo­men­cie nie był jesz­cze ni­g­dy. Już on im po­ka­że, jak wy­gląda czło­wiek nie­ma­jący nic do stra­ce­nia.

Nie­wy­ra­źną syl­wet­kę na­past­ni­ka do­strze­gł na ga­łęzi parę me­trów po­nad zie­mią. Zło­żył się do strza­łu i po­ci­ąg­nął za spust. Tra­fił bez pro­ble­mu. Cia­ło zle­cia­ło na zie­mię, obi­ja­jąc się o ni­ższe ko­na­ry, aż pla­snęło o grunt.

Za­do­wo­lo­ny przy­wa­rł do pe­łne­go na­ro­śli pnia. Zdążył w ostat­niej chwi­li. Se­ria z AK prze­szła wa­chla­rzem tuż po­nad nim. Część po­ci­sków odłu­pa­ła korę z drze­wa. Nie­któ­re utkwi­ły w nim na za­wsze.

Te­raz.

Ze­rwał się na rów­ne nogi, pró­bu­jąc zmie­nić sta­no­wi­sko. Już w chwi­li, gdy wsta­wał, wie­dział, że to błąd. Obe­rwał w lewe ra­mię. Po­cisk ka­li­bru 7,62 mm omi­nął, co praw­da, kość i prze­sze­dł przez mi­ęsień, ale ból był obez­wład­nia­jący. Ka­pi­tan mi­mo­wol­nie wy­dał z sie­bie zdu­szo­ny jęk.

Gdzie jest opa­tru­nek? W przy­pły­wie pa­ni­ki za­po­mniał, gdzie do uprzęży przy­pi­ął ap­tecz­kę.

– Może ja…

Sze­re­go­wy Si­dor­czuk, je­den z bar­dziej do­świad­czo­nych de­san­tow­ców w jego kom­pa­nii, zna­la­zł się przy swo­im do­wód­cy w paru sko­kach.

– Gdzie Iwa­now?

– Osła­nia.

Szok, ja­kie­go do­znał, wca­le nie prze­mi­jał. Wręcz prze­ciw­nie. Było tyle krwi…

– Dam radę, dam radę – za­ci­skał zęby, po­wta­rza­jąc w kó­łko je­dy­ne sło­wa, ja­kie przy­cho­dzi­ły mu na myśl.

Si­dor­czuk tyl­ko się uśmiech­nął, a po­tem przez jego gło­wę prze­le­cia­ła ka­ra­bi­no­wa kula. Na oca­la­łej po­ło­wie twa­rzy za­sty­gło zdzi­wie­nie. Jak to tak? To już?

Fran­kow za­mru­gał, nie ca­łkiem poj­mu­jąc, na co pa­trzy. Sze­re­go­wy w ko­ńcu padł, przy­gnia­ta­jąc ka­pi­ta­na.

Za­nim wy­swo­bo­dził się spod ci­ęża­ru, upły­nęła do­bra chwi­la. Naj­gor­sze było jed­nak to, że Iwa­now prze­stał strze­lać, co ozna­cza­ło jed­no – zo­stał sam, bez po­mo­cy i bez szan­sy na ra­tu­nek.

Strach spra­wił, że prze­stał od­czu­wać ból. Prze­to­czył się na brzuch, szu­ka­jąc au­to­ma­tu, do­strze­gł go i wy­ci­ągnął rękę, by przy­ci­ągnąć broń do sie­bie.

AKMS już pra­wie był w za­si­ęgu, gdy ktoś przy­gnió­tł go bu­tem do zie­mi.

– Nie tak szyb­ko, _ta­wa­riszcz_ ko­men­dant.

Bał się pod­nie­ść wzrok do góry, ale osta­tecz­nie mu­siał to zro­bić. Zo­ba­czył czło­wie­ka z ogo­lo­ną gło­wą i z bro­dą, ubra­ne­go w po­lo­wy mun­dur ame­ry­ka­ńskiej ar­mii. Ta­kie uni­for­my da się ku­pić na ka­żdym ba­za­rze jak kraj dłu­gi i sze­ro­ki, ale prze­wie­szo­ny przez pie­rś MPT-76, stan­dar­do­wy ka­ra­bin tu­rec­kiej ar­mii, już nie­ko­niecz­nie.

A więc tak wy­gląda dia­beł. Może jesz­cze na­le­ża­ło do­dać: wspó­łcze­sny dia­beł.

Czart nie był sam. Do­oko­ła wkrót­ce za­ro­iło się od jego to­wa­rzy­szy. Wszy­scy wy­gląda­li po­dob­nie, tyl­ko je­den z nich się wy­ró­żniał. Był czar­ny, o wy­łu­pia­stych oczach i wy­dat­nym no­sie.

– Je­stem… – wy­chry­piał Fran­kow, nie wie­dząc, co chce po­wie­dzieć.

– Słu­cha­my.

– Je­stem ofi­ce­rem wojsk fede… fe­de­ra­cji ro­syj­skiej i chro­ni mnie kon­wen­cja ge­new­ska.

– W du­pie mam two­ją kon­wen­cję – za­re­cho­tał ten, któ­ry sta­nął na ka­ra­bin­ku ka­pi­ta­na, si­ęga­jąc po ostry ni­czym brzy­twa kin­dżał. – My uzna­je­my tyl­ko pra­wo Pro­ro­ka. To naj­wy­ższe pra­wo. A mówi ono, że w _dar al-harb_ mo­że­my ro­bić, co chce­my.

Fran­kow pa­mi­ętał, że mu­zu­łma­nie dzie­li­li świat na dwie stre­fy: stre­fę po­ko­ju – _dar al-is­lam_, za­miesz­ka­łą przez wy­znaw­ców Pro­ro­ka, oraz _dar al-harb_, czy­li całą resz­tę.

Już do­my­ślał się, co go cze­ka. Nie będzie to nic mi­łe­go. Ze stra­chu za­czął od­dy­chać nie­rów­no, z prze­rwa­mi, dła­wi­ąc się przy tym swo­ją wła­sną śli­ną.

– Sam Naj­wy­ższy ze­słał cię w na­sze ręce.

– Nie sądzę – to było ostat­nie, co zdo­łał po­wie­dzieć. Resz­ta ży­cia zmie­ni­ła się w ciąg nie­wy­obra­żal­ne­go cier­pie­nia. Ża­ło­wał, że nie uma­rł wcze­śniej.

Na po­czątek stra­cił pra­we ucho. Sta­ło się to tak szyb­ko, że z po­cząt­ku nie zdał so­bie z tego spra­wy. Za­czął krzy­czeć, lecz wła­śnie o to cho­dzi­ło opraw­com. Jego język…

Ucho, język, to nic… Wił się, gdy ze­rwa­no z nie­go spodnie. Ka­stra­cja to osta­tecz­na ha­ńba. Naj­gor­sze, że nic nie mógł zro­bić. Trzy­ma­ło go czte­rech dręczy­cie­li, a pi­ąty z kin­dża­łem na­ci­nał skó­rę, przy­gląda­jąc się, jak z rany wy­cie­ka krew. Tor­tu­ry naj­wy­ra­źniej go ba­wi­ły.

I po­my­śleć, że to czło­wiek czło­wie­ko­wi zgo­to­wał ten los. ■
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: