Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Właściwa stacja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
3890 pkt
punktów Virtualo

Właściwa stacja - ebook

Najpiękniejsze zmiany zaczynają się od odwagi, by spróbować jeszcze raz.

Wanda po rozstaniu z mężem powoli przyzwyczaja się do nowego stylu życia i ta samodzielność jej się podoba. Obie córki są już dorosłe i mają własne sprawy, a ona uczy się słuchać siebie i swoich potrzeb. Przestaje się bać samotnych spacerów i wyjazdów, nie przeszkadza jej spędzanie czasu we własnym towarzystwie. Jednak gdy traci pracę, z którą była związana od wielu lat, Wanda czuje, że grunt usuwa jej się spod nóg. Boi się, że w jej wieku znalezienie nowego zajęcia będzie bardzo trudne. Aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy, zapisuje się na proponowany przez urząd kurs komputerowy. Nie spodziewa się, że profil założony na Instagramie podczas tego kursu stanie się początkiem niezwykłej przyjaźni i zalążkiem zmiany, która poprowadzi ją w nieoczekiwanym kierunku…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-303-6
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Lokal „Jak w Domu”, prowadzony od pięćdziesięciu lat przez małżeństwo Ludmiłę i Wiesława, trudno było zaklasyfikować do konkretnej kategorii. Stanowił połączenie piekarni, cukierni, baru mlecznego i gabinetu psychologicznego, bo wielu klientów przychodziło tutaj po to, żeby pogadać i poprawić sobie nastrój. Otwarty od szóstej do dwudziestej, dawał szansę zarówno zapracowanym osobom ze świata biznesu, wstającym o świcie pracownikom marketu, jak i tym, którzy woleli dłużej pospać. Niektórzy wpadali tutaj po kawę na wynos, inni po drugie śniadanie, a ludzie mieszkający na piętrach kamienicy, której parter zajmował lokal, nieraz schodzili w szlafrokach po kanapki czy kawę do śniadania.

– Naprawdę jest tutaj jak w domu – mówili.

W lokalu pracowało na trzy zmiany sześć osób z obsługi kelnerskiej, cztery kasjerki i dwie osoby do mycia naczyń. Rzadko były tutaj tłumy, ale też nigdy nie panowała zupełna pustka, dlatego kiedy na drzwiach „Jak w Domu” pojawiła się karteczka „Zamknięte z powodu remontu” – wiele osób poczuło się zawiedzionych. Zawiedzeni i mocno zaniepokojeni byli też pracownicy Ludmiły i Wiesława, bo właściciele, kiedy minęły ich osiemdziesiąte urodziny, uznali, że czas na emeryturę, i wystawili lokal na sprzedaż.

– Sprzedamy tylko wtedy, gdy nabywcy nam zagwarantują, że nikogo nie zwolnią – obiecali pracownikom.

Wanda, kiedy usłyszała o ich zamiarze, zapaliła się do pomysłu wykupienia lokalu i poprowadzenia go, ale cena zbiła ją z nóg. Zaproponowała współpracownikom, żeby zrobili zrzutkę i razem kupili „Jak w Domu”, jednak ludzie się wahali, a ona sama nie miała odwagi podejmować takiej decyzji.

„Musiałabym wziąć kredyt, a w moim wieku zadłużać się to nieodpowiedzialne i ryzykowne” – myślała. Miała pięćdziesiąt pięć lat i nigdy w życiu nie brała niczego na kredyt, bo bała się jak ognia wszelkich długów. Pozostali pracownicy długo rozważali wszystkie za i przeciw, ale zanim zdołali się porozumieć i uznać, że jednak można spróbować wykupić lokal, znalazł się nabywca, który od razu wyłożył pieniądze. Wanda przełknęła więc rozczarowanie i uznała, że będzie po prostu nadal pracować dla kogoś, kto dysponuje większymi pieniędzmi i potrafi szybko działać.

Przestała być pewna, czy to dobra decyzja, od razu gdy nowy właściciel pojawił się na zwołanym przez siebie zebraniu, zorganizowanym w szatni, bo w pozostałej części kawiarni kręcili się już robotnicy, jako że zaplanowano generalny remont. Pracownicy zerkali mimo woli na mężczyzn w roboczych strojach, którzy skuwali właśnie pełne uroku kolumny i ozdobione listkami gzymsy, więc nowy właściciel skrzywił się, wstał i zamknął drzwi, żeby cała uwaga skupiała się na nim. Był to młody chłopak, z pewnością młodszy od córek Wandy, z których jedna przekroczyła trzydziestkę, a druga właśnie się do niej zbliżała. Miał jasne włosy, sterczące na wszystkie strony, jakby dopiero co wstał z łóżka, nosił bluzę z kapturem i podziurawione dżinsy, a do tego trampki z Myszką Miki. Siedział przed nimi na krześle, a jego lewa stopa, oparta na kolanie drugiej nogi, poruszała się miarowo.

– Szanowni państwo, ten lokal musi zmienić charakter i dostosować się do standardów dwudziestego pierwszego wieku – oznajmił na wstępie. – Nie będziemy się ograniczać do dań dla emerytów i grzecznych pensjonarek. Zmienimy styl i wydłużymy, a także przesuniemy godziny pracy.

Pracownicy słuchali z rosnącym niepokojem, bo wydłużenie godzin otwarcia lokalu oznaczało pracę w nocy.

– Na śniadanka i kawusię ludzie niech sobie chodzą do innych – mówił dalej nowy szef. – Do nas będą teraz wpadać po pracy, na drinki i przekąski w nowoczesnym stylu.

Wanda i pozostałe kobiety obsługujące przy ladzie klientów „Jak w Domu” lekko zbladły i wymieniły spłoszone spojrzenia. Żadna z nich nie umiała przyrządzać drinków, żadna nie miała za sobą szkoleń dla baristek: po prostu nauczyły się obsługiwać ekspres do kawy i kuchenki do podgrzewania zapiekanek, i te umiejętności w pełni wystarczały do tego, by klienci byli zadowoleni. Nowoczesne drinki to był dla nich teren nieznany, bo w „Jak w Domu” w ogóle nie podawano alkoholu.

– Co z naszymi umowami o pracę? – zapytała kelnerka Ania, najmłodsza w ekipie, zaledwie dziewiętnastoletnia. Umowy z dawnymi pracodawcami obowiązywały do końca roku, a teraz wszyscy trwali w zawieszeniu, bo nastał styczeń.

– No cóż, sami państwo chyba rozumieją, że póki będzie trwał remont, nie mogę z wami podpisać umów – odpowiedział mężczyzna, który przedstawił się jako Mikołaj. – Na razie lokal wymaga inwestycji, a nie przynosi żadnych zysków, więc sorry.

– Sorry… – powtórzył gorzko kelner Marian, który był jednak w najlepszej sytuacji spośród zebranych tutaj osób, bo przekroczył już wiek emerytalny.

– Ale obiecał pan Ludmile i Wiesławowi, że nikogo nie zwolni – przypomniała mu Agata, czterdziestokilkuletnia blondynka pracująca na jednej zmianie z Wandą.

Mikołaj skrzywił się i przeczesał palcami włosy.

– Obiecałem, że się postaram – sprostował. – Ale… – Rozłożył ręce i pokręcił głową. – Oczywiście, kiedy już lokal ruszy, możecie państwo złożyć podania i ja je rozpatrzę w pierwszej kolejności. Jednak weźcie pod uwagę zmiany, jakie zajdą. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Część z państwa – tu popatrzył na Wandę, Agatę i Mariana – jest już w wieku emerytalnym lub się do niego zbliża.

„Za pięć lat, gówniarzu!” – pomyślała Wanda, czując, jak lęk ściska ją za gardło.

– A nowy lokal oznacza nowe zasady – kontynuował Mikołaj. – Chcę, abyśmy pracowali od jedenastej do czwartej nad ranem. Zmiany będą dwunastogodzinne. Musicie się zastanowić, czy temu podołacie. No i jest jeszcze jedno. – Wyciągnął plik kartek i podał je Agacie z prośbą, by rozdała pozostałym. – To moje wymagania wobec pracowników. Sprawdźcie, czy im sprostacie, bo jeśli nie, to nie mamy o czym rozmawiać…

Wanda popatrzyła na wypunktowane wymogi, wśród których znalazła się biegła znajomość angielskiego oraz kurs ba­risty. To pierwsze nie było problemem, bo znała angielski świetnie. Jej przygoda z tym językiem zaczęła się jeszcze w dzieciństwie, kiedy to w sąsiedztwie zamieszkał dyplomata z Irlandii, wraz z żoną i sześcioletnią córeczką Amy. Amy i Wanda szybko się zaprzyjaźniły, i po kilku tygodniach obie posługiwały się zaskakującą mieszanką polskiego i angielskiego. Przyjaźń trwała pięć lat, potem dyplomatę przeniesiono do innego państwa, ale fascynacja językiem angielskim pozostała w Wandzie tak silna, że dziewczynka skłoniła rodziców, by zapisali ją do biblioteki na drugim końcu miasta, bo tylko w tym miejscu można było wypożyczać książki w różnych językach. Wypożyczała więc najczęściej te, których polskie odpowiedniki miała w domu, a potem czytała, porównując swoje tłumaczenie.

„Kurs baristy też mogę zrobić” – pomyślała Wanda, przeglądając kolejne punkty, a potem uniosła wzrok i popatrzyła na Mikołaja, który przyglądał się zgromadzonym w sali ludziom, marszcząc brwi. „Tylko czy to cokolwiek da?” Próbowała złowić jego spojrzenie, ale unikał kontaktu wzrokowego, więc gdy wszyscy wyszli, podeszła do niego i położyła na stoliku kartkę z wymogami.

– Proszę o szczerość – powiedziała. – Czy jeśli zrobię ten kurs i zgodzę się na wszystkie warunki, da mi pan szansę?

Popatrzył na nią i podrapał się w policzek.

– No cóż… Skoro prosi pani o szczerość… – Wzruszył ramionami. – Za barem pani nie widzę… No bo do takiego lokalu goście przychodzą też po to, żeby poflirtować z przystojnym barmanem czy seksowną barmanką… – Urwał i zmierzył ją spojrzeniem, które sugerowało, że nie wyobraża sobie, aby ktoś miał ochotę na flirt właśnie z nią. Wanda cofnęła się o krok, bo poczuła, jakby ją spoliczkował. – No ale wie pani… Będą miejsca na zmywaku albo przy sprzątaniu…

Odwróciła się na pięcie, zgarnęła z oparcia krzesła swój płaszcz i wyszła, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy owiał ją mroźny wiatr, ubrała się i poszła w stronę przystanku, a w jej głowie kłębiły się bardzo niewesołe myśli.ROZDZIAŁ 2

Kiedy tylko Wanda przekroczyła próg swojego mieszkania, całkiem się rozkleiła. Położyła się na kanapie, tuląc do siebie poduszkę, i rozpłakała się. Była zdruzgotana, upokorzona i pełna obaw o przyszłość.

„Do trzydziestki po każdej dziesiątce czegoś mi w życiu przybywało: po dwudziestce zrobiłam studia, wyszłam za mąż, urodziłam Monikę, po trzydziestce przyszła na świat Patrycja, a potem zaczęło się ubywanie…” – pomyślała. „Po czterdziestce rozwaliło mi się małżeństwo, dom musiałam zamienić na mieszkanie, po pięćdziesiątce straciłam pracę… Co ja teraz zrobię?”

Przypomniała sobie ten dzień sprzed prawie dziesięciu lat, kiedy przypadkiem odkryła romans Adama, tak jakby jej umysł, broniąc się przed nowym ciosem, wolał skupić się na tym już znanym i zadanym dawno temu. Tamtego dnia miała zostać dłużej w pracy, bo jej zmienniczka Małgorzata musiała pojechać na zebranie do szkoły, a jednak w ostatniej chwili okazało się, że mąż Małgorzaty wrócił dwa dni wcześniej z delegacji i mógł pójść na wywiadówkę. Wanda wyszła więc o tej porze, co zwykle, a ponieważ dzień był ciepły i słoneczny, zdecydowała, że przejdzie się jeden przystanek drogą przez miejski park, zamiast od razu wsiadać w autobus. Park był piękny, otulony w jesienne żółcie i czerwienie. Tu i ówdzie w trawie błyszczały kasztany, a przy każdym podmuchu wiatru z drzew sfruwała kaskada kolorowych liści i Wanda szła, uśmiechając się lekko do siebie, zachwycona barwami i szelestem pod stopami. Parę siedzącą na ławce zauważyła z daleka.

„O, czyli jest w tym mieście ktoś jeszcze, kto nosi tak dziwaczną kurtkę” – pomyślała, patrząc na mężczyznę ubranego w czerwoną parkę w granatowe ciapki, dokładnie taką, jaką jej mąż kupił dwa lata temu w sklepie z używaną odzieżą i nosił z dumą, bo miała metkę luksusowej marki. Mężczyzna w kurtce całował namiętnie siedzącą obok niego kobietę, a gdy w końcu się od niej oderwał i wyprostował, Wanda stanęła jak zamurowana, bo to był jej mąż. Przeniosła wzrok na jego wybrankę i stwierdziła, że kobieta jest mniej więcej w jej wieku, tylko prezentuje zupełnie inny styl. Miała długie włosy, podczas gdy Wanda nosiła krótkiego, praktycznego boba, pasującego do jej dżinsów i sportowych bluz oraz wygodnych butów, które gwarantowały jej sprawne poruszanie się i szybką obsługę klientów. Tymczasem jej rywalka ubrana była w wełnianą sukienkę i modne czółenka na wysokim obcasie. Wanda nie wiedziała dlaczego, ale świadomość, że Adam zdradza ją z jej rówieśnicą, była dla niej bardziej upokarzająca, niż gdyby chodziło o dwudziestolatkę. „Wtedy mogłabym rozłożyć ręce i przyznać, że nic nie poradzę, bo nie dam rady stać się młodsza” – pomyślała.

Przez chwilę miała ochotę podejść do nich od razu i skonfrontować się, ale gdy wyobraziła sobie, że oboje obrzucą ją pełnymi politowania spojrzeniami, cofnęła się o krok, potem o kolejny, aż wreszcie odwróciła się i poszła na przystanek autobusowy. Gdy wróciła do domu, rozejrzała się i westchnęła, bo zrozumiała, że nic już nie będzie takie jak dotąd.

„A może się nie przyznawać, że wiem?” – rozważała. „Może lepiej żyć tak jak do tej pory? Przeczekać, bo pewnie to tylko chwilowa przygoda?”

Uznała jednak, że nie dałaby rady tak grać. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby siadać z Adamem do wspólnego posiłku czy spać obok niego w jednym łóżku, wiedząc, że kilka godzin wcześniej całował inną kobietę. I kto wie, co jeszcze z nią robił? Zresztą poczuła się oszukana i wiedziała, że już nigdy nie zaufa mężowi. Ogarnęła ją wściekłość na niego, bo dotąd sądziła, że ma w nim nie tylko partnera, ale też przyjaciela, na którym zawsze może polegać.

„Skoro czegoś mu w naszym małżeństwie brakuje, dlaczego o tym nie powiedział? Dlaczego ze mną nie porozmawiał? Całe szczęście, że go nie posłuchałam i po urodzeniu Patrycji wróciłam do pracy, bo gdybym jeszcze była od niego zależna finansowo, to pięknie bym się urządziła”.

Weszła do ich wspólnej sypialni i otworzyła szafę. W pierwszym odruchu zamierzała spakować najpotrzebniejsze rzeczy i przenieść się do rodziców, dopóki nie znajdzie czegoś innego, ale po chwili odezwał się bunt i… zdrowy rozsądek. Ich najstarsza córka od kilku miesięcy nie mieszkała już z nimi, tylko wynajmowała mieszkanie wraz z dwiema koleżankami ze studiów, więc Wanda zdecydowała się zająć jej dawny pokój, bo miał osobne wejście oraz własną kuchnię i łazienkę. Młodsza córka, Patrycja, wprawdzie ostrzyła sobie na niego zęby, ale zamierzała najpierw zrobić remont, bo zupełnie nie odpowiadał jej pastelowy wystrój pokoju. Zanim Adam wrócił do domu, Wanda przeniosła dużą część swoich rzeczy, a także kilka naczyń z kuchni.

– Czego ci brakuje w naszym małżeństwie? – zapytała, kiedy przyszedł i rozsiadł się w kuchni, zdziwiony, że nie wita go obiadem, bo zawsze, gdy wracała wcześniej niż on, czekała na niego, żeby zjedli wspólnie. Wydawało jej się, że wspólne posiłki zbliżają ich do siebie…

„Jak widać: nie…” – pomyślała gorzko.

Spojrzał na nią i uniósł brwi.

– Nie zgłaszam reklamacji – odpowiedział z uśmiechem.

– Więc dlaczego mnie zdradzasz?

Nie próbował zaprzeczać, choć miała nadzieję, że to zrobi. Że to, co widziała, było tylko chwilą zapomnienia, że do niczego więcej nie doszło. A jednak Adam zbladł, spuścił głowę, a kiedy znów na nią popatrzył, w jego wzroku widać było poczucie winy.

– To nic nie znaczy – powiedział, wzruszając ramionami. – Tak jakoś wyszło… Upiliśmy się podczas delegacji, no i stało się, a później… Sam nie wiem. To nic nie znaczy – powtórzył.

– To tym bardziej mi przykro, że dla czegoś, co nic nie znaczy, zniszczyłeś nasze małżeństwo – szepnęła i wyszła z kuchni, żeby się przy nim nie rozpłakać.

Podczas delegacji! Ostatnią delegację miał wiosną, więc romans musiał trwać kilka miesięcy…

„Jak mogłam niczego nie zauważyć?” – wyrzucała sobie.

Wniosła sprawę o rozwód, choć zarówno mąż, jak i jej rodzice próbowali ją przekonywać, że przesadza i postępuje pochopnie. Córki niby stanęły po jej stronie, choć czasami miała wrażenie, że one też uważają jej decyzję za zbyt radykalną.

– Nie mogłabyś mu wybaczyć, skoro to tylko jeden raz? – wyrwało się pewnego dnia Monice.

Nie mogła, bo nigdy już nie miałaby pewności, czy on znów się nie zapomni z jakąś koleżanką z pracy… Rozwód ciągnął się długo, mimo że zdecydowali się zrobić to bez orzekania o winie, żeby nie komplikować procedur. Szybko za to poszła im sprzedaż domu, a właściwie: zamienienie go na dwa mieszkania.

„Nasz wspólny dom znów rozpada się na dwa mieszkania… A wcześniej z dwóch mieszkań się zrodził. Jakie to symboliczne” – myślała z goryczą, wspominając, jak ponad dwadzieścia lat wcześniej sprzedała swoje mieszkanie po babci, a Adam – kawalerkę i kupili piękny dom na przedmieściach. Uwielbiała tę przestrzeń, własny ogród, ciszę i spokój. I po tylu latach to wszystko miało się stać udziałem młodej pary, która – tak jak oni kiedyś – zamierzała zamienić oddzielne mieszkania na wspólny, duży dom…

– Mam nadzieję, że będziecie tu szczęśliwi – powiedziała Wanda szczerze, choć patrząc na ich rozpromienione twarze, poczuła ukłucie zazdrości.

Na szczęście nie pytali o powód decyzji… Za bardzo cieszyli się perspektywą wspólnego życia, by myśleć o sprawach innych ludzi. Ich radość była tak niezmącona i ogromna, że Wandzie aż ściskało się serce i z całych sił kibicowała tej parze, by im się udało.

„Oby żadne z nich nie zaryzykowało ich szczęścia dla czegoś, co nic nie znaczy” – zaklinała w duchu.ROZDZIAŁ 3

W początkowych miesiącach po przeprowadzce Wandzie strasznie brakowało ich domu, a zwłaszcza ogrodu, gdzie mogła usiąść, poczytać książkę, pooddychać świeżym powietrzem. Zawsze uprawiała mnóstwo kwiatów, ale też warzyw, bo prace przy ich pielęgnowaniu bardzo ją relaksowały.

„Może kiedyś kupię działkę, jak już ochłonę po tej rewolucji” – rozważała, choć zdawała sobie sprawę z tego, że raczej nie będzie jej stać na taki luksus.

Trudno jej było przyzwyczaić się do życia w bloku, bo choć mieszkanie, które dostała w wyniku zamiany, miało dwa pokoje, balkon i dużą kuchnię, to jednak była to przestrzeń o wiele bardziej ograniczona niż ta, do której przywykła, a przy tym słychać było odgłosy z mieszkań sąsiadujących. Przez kilka pierwszych nocy nie była w stanie zasnąć, a gdy wychodziła z pracy, zdarzało się, że wsiadała w tramwaj jadący pod dom i dopiero po przejechaniu paru przystanków orientowała się w pomyłce i wysiadała. W mieszkaniu czuła się obco, bo kiedy ustalali szczegóły zamiany, zdecydowali, że nie będą przewozić mebli, tylko zostawią wszystko: oni w domu, a młoda para w swoich lokalach.

– Tak będzie praktycznie i nie wydamy kasy na przewóz ciężkich szaf i łóżek – uznali, tym bardziej że młodzi małżonkowie po obejrzeniu swego przyszłego gniazdka stwierdzili zgodnie, że najwyraźniej mają podobny gust, bo umeblowanie im odpowiada.

Wtedy wydawało jej się to dobrym pomysłem, zresztą tyle się działo w jej życiu, że nie miała głowy do rozmyślania o szczegółach. Dopiero gdy znalazła się w obcym lokalu, który miał być jej nowym domem, zrozumiała, że popełniła błąd. Na szczęście zabrała ze sobą bibeloty, które czyniły wnętrze trochę bardziej swojskim, jednak mimo to długo nie czuła się tutaj u siebie. Szczególnie nie podobała się jej nowoczesna kuchnia, która wyglądała jak kokpit w statku kosmicznym, ale z czasem Wanda przywykła do tych wszystkich guziczków i nie tylko nauczyła się je obsługiwać, ale też chwaliła sobie różne udogodnienia.

Mieszkała sama, bo Patrycja zdecydowała, że przeprowadzi się do taty, co Wanda odebrała jako kolejną zdradę, mimo że tłumaczenia dziewczyny były racjonalne.

– Od taty będę mieć do szkoły kwadrans piechotą, a od ciebie musiałabym jechać tramwajem – stwierdziła, gdy już obejrzała obydwa mieszkania.

Było to dla Wandy tym trudniejsze, że po tym, jak zamieszkali oddzielnie, do Adama wprowadziła się kobieta, z którą go wówczas widziała. „A więc wbrew temu, co mówił, to nie mogło być takie bez znaczenia” – uświadomiła sobie.

Trudno było przyjąć do wiadomości, że jej córka mieszka pod jednym dachem z kochanką Adama. Wanda czuła się przez to jeszcze bardziej upokorzona i odrzucona, choć za wszelką cenę starała się nie pokazać tego po sobie.

Rozczarowaniem były też dla niej kontakty z sąsiadami, a właściwie – ich brak. W dzielnicy, gdzie stał ich dom, wszyscy się znali i kiedy wychodziła do pracy, zawsze zamieniała parę słów z napotkanymi osobami. Teraz, gdy spotykała kogoś na klatce schodowej, często mijał ją bez słowa albo co najwyżej mówili sobie obojętne „dzień dobry”, a ona jakoś nie potrafiła się zdobyć na to, by spróbować zmienić ten stan rzeczy, bo wydawało jej się, że jako nowa powinna się dostosować do panujących zwyczajów. Miała wrażenie, że ci, którzy dłużej tu mieszkają, też wcale nie są specjalnie zaprzyjaźnieni. „Dziwne się zrobiły te relacje między ludźmi” – stwierdziła.

A jednak po kilku miesiącach zyskała przyjazną osobę i to w kimś nieoczekiwanym. Wojtek mieszkał na trzecim piętrze i był pewnie trochę starszy od Patrycji, a jednak to właśnie z nim Wanda nawiązała bliższą znajomość. Stało się to w dość zaskakujących okolicznościach, których generowanie, jak się później przekonała, było specjalnością chłopaka. Szła akurat na drugą zmianę do „Jak w Domu”, gdy zauważyła leżący na chodniku ładny notes w twardej oprawie. Podniosła go i obejrzała, ale właściciel się nie podpisał.

„Zresztą, co by mi dała znajomość jego nazwiska?” – pomyślała.

Parę metrów dalej znalazła markowe pióro w oryginalnym opakowaniu, a za zakrętem – portfel, a w nim dwieście złotych i żadnych dokumentów.

Poczuła się, jakby ktoś wciągał ją w pułapkę. Uniosła czujnie głowę, rozejrzała się i w tym momencie z kamienicy naprzeciwko wyszedł w pośpiechu osobliwie wyglądający staruszek. Był przygarbiony i miał długą, bujną brodę, jakiej nie powstydziłby się Święty Mikołaj.

– Nie znalazła pani przypadkiem notesu? – zapytał. – Siatka mi się rozdarła i pogubiłem rzeczy – dodał, na potwierdzenie machając podartą reklamówką.

– Znalazłam nie tylko notes, ale i parę innych przedmiotów – odpowiedziała, chowając fanty za plecami. – Jak wyglądał ten notes?

– Niebieski, z moimi bazgrołami w środku. Kilka, mówi pani… To może i pióro pani znalazła? Czarne, jeszcze nieodpakowane, bo dopiero co je kupiłem. I portfel też zgubiłem, taki szary, z przetartym bokiem, ale on mi pewnie jeszcze w sklepie wypadł, więc pogodziłem się ze stratą…

Opisy, które podał, zgadzały się, więc wręczyła mężczyźnie znalezione fanty, a wówczas on zdjął brodę i perukę, ukazując młodą, uśmiechniętą twarz, po czym uścisnął Wandzie rękę.

– Dziękuję! – powiedział. – Przywraca mi pani wiarę w ludzi. Jest pani piątą osobą, na której przeprowadziłem eksperyment, i pierwszą, która zwróciła wszystko…

– Poważnie? A w ogóle, to co to za eksperyment?

– W ramach prac naszej fundacji badamy różne zachowania i postawy. Ile pani ma lat?

Odpowiedziała mu odruchowo i zanim zdążyła ochłonąć i zadać więcej pytań, mężczyzna wcisnął jej w dłoń kolorową torebkę papierową, pomachał i oddalił się w stronę zaparkowanego w pobliżu samochodu. Wanda przez chwilę patrzyła za nim, a do torby zajrzała już w kawiarni, bo nagle uświadomiła sobie, że zaraz się spóźni, i pobiegła na przystanek. W torbie znalazła ulotkę informacyjną o fundacji i projekcie szeregu eksperymentów społecznych, a także tabliczkę czekolady, notes i długopis. Opowiedziała o swojej przygodzie współpracownikom i najmłodsza z kelnerek stwierdziła, że mężczyzna pewnie robi filmiki z tych swoich akcji.

– Pełno tego jest w sieci! – Na dowód wyświetliła im jeden, na którym kobieta stawia na ławce torebkę wypełnioną pieniędzmi i pogrąża się w rozmowie telefonicznej, a siedzący obok mężczyzna zabiera kilka banknotów i odchodzi.

– Chyba żeby wrzucić coś takiego do internetu, musi mieć moją zgodę? – zaniepokoiła się Wanda, bo mimo że nie miała sobie nic do zarzucenia, wcale nie chciała, żeby film z jej udziałem krążył w sieci.

– A, kto go tam wie…

Wojtka spotkała ponownie po kilku dniach, na klatce schodowej jej bloku. Niósł pudło z czymś, co wydawało głośne piski, więc przepuściła go i przytrzymała drzwi. Rozpoznał ją, odłożył pudło i zaczął opowiadać o swojej pracy i przeprowadzonych dotychczas eksperymentach. Wiele z nich było dość szalonych, jak choćby udawanie włamywacza albo wyprowadzanie na smyczy pluszowego psa.

– Badam reakcje i zachowania, zamierzam napisać o tym książkę – mówił. – To fascynujący temat, a wyniki eksperymentów są często zaskakujące!

– A to jeden z nich? – zapytała, wskazując na klatkę.

O tym, co kryło pudło, i jaką jeszcze pasję ma Wojtek, dowiedziała się później, bo tamtego dnia, zanim zdążył jej odpowiedzieć, zadzwonił jego telefon, więc pożegnali się szybko i rozeszli do swoich mieszkań.ROZDZIAŁ 4

Kiedy wreszcie rozwód Adama i Wandy stał się oficjalny, poczuła spokój, bo dotąd targały nią sprzeczne emocje i miotała się w pustym mieszkaniu, rozważając, czy popełniła błąd, czy nie lepiej było jednak wybaczyć i nie fundować sobie takiej wielkiej życiowej rewolucji. Wiele razy po powrocie z pracy kuliła się w głębokim fotelu i płakała nad sobą i nad tym, co się stało z jej życiem, aż wreszcie postanowiła czymś się zająć, żeby w kółko nie rozpamiętywać zdrady. Całą energię włożyła w urządzanie balkonu, bo chciała, żeby stał się dla niej namiastką ogrodu. Wanda sama położyła panele ze sztucznej trawy, kupiła ławeczkę i nieduży stolik, pomalowała ściany i sufit, a potem ze znalezionej na śmietniku palety zrobiła kwietnik i obsadziła go ziołami i kwiatami.

„Będę miała swój azyl” – ucieszyła się. I rzeczywiście ten nieduży balkon stał się dla niej oazą zieleni, choć o ciszę było trudno, bo tuż obok osiedla biegła ruchliwa ulica i relaksowi towarzyszył nieustanny szum samochodów. Nie narzekała jednak, bo cieszyło ją, że może posiedzieć wśród kwiatów, które własnoręcznie sadziła. „Teraz też by mi się przydało” – pomyślała, odrywając się od wspomnień i rozglądając po mieszkaniu.

Świadomość, że zaczęła nowy rok jako bezrobotna, uderzyła w nią z dużą siłą, więc Wanda założyła kurtkę i buty i wyszła na balkon. Wówczas, gdy urządzała ten swój miniogródek, trwała złota polska jesień, więc okazji do relaksowania się na nim było wiele. Teraz był styczeń, wprawdzie niezbyt mroźny, ale i tak pogoda nie zachęcała do siedzenia na zewnątrz. A jednak Wanda przykucnęła na kilka minut obok srebrnego świerka, który rósł u niej już czwarty rok. Ubierała go na święta w pomalowane brokatem szyszki i dzięki temu jej balkon nawet zimą wyglądał kolorowo i ładnie.

„Nie ma co się mazać i gnębić” – uznała, ocierając łzy. Ścierpły jej nogi od kucania, więc podniosła się i spojrzała na rosnącą pod balkonem jodłę. „Od jutra zacznę szukać nowej pracy”.

Weszła do mieszkania i wysłała wiadomości do córek, bo nie miała ochoty o tym rozmawiać. A jednak Monika zadzwoniła od razu i rozmowa z nią sprawiła, że Wanda poczuła się jeszcze gorzej, choć nie sądziła, by było to możliwe…

– Skoro nie masz pracy, to może zajmiesz się Zosią? – zapytała córka, gdy tylko Wanda odebrała. – Ja bym wtedy wróciła od razu do pracy i nie martwiła się, czy szef zachowa dla mnie miejsce.

Monika pracowała w banku i odkąd urodziła dziecko, ciągle się obawiała, że jej stanowisko obejmie ktoś bardziej dyspozycyjny.

– Skarbie, ja przecież muszę coś znaleźć – odpowiedziała Wanda. – Muszę zarabiać, mieć ubezpieczenie zdrowotne, odkładać na emeryturę…

– No tak, jak zawsze myślisz tylko o sobie… A co ze mną?

– Przecież jesteś na macierzyńskim…

– Tak! A Sylwia i Kaśka ostrzą sobie zęby, żeby zająć moje miejsce! Myślałam, że będę mogła na ciebie liczyć!

– A za co ja będę żyć? Skąd wezmę pieniądze na opłacenie mieszkania?

– Mam ci płacić?! Własnej matce?! – warknęła Monika. – W życiu bym się tego po tobie nie spodziewała! – dodała i rozłączyła się, zostawiając Wandę z poczuciem winy. Już miała oddzwonić i zaproponować, że zajmie się dzieckiem, dopóki nie znajdzie nowej pracy, ale ledwie chwyciła telefon, gdy zadzwoniła jej młodsza córka, która od trzech lat mieszkała w Szkocji. Do wieczora Wanda zdążyła porozmawiać również ze swoimi rodzicami – i żadna z tych rozmów nie podniosła jej na duchu, bo rodzice biadolili nad tym, że w jej wieku szukanie pracy na pewno będzie trudne, natomiast młodsza córka oznajmiła, że niewątpliwie coś znajdzie jeszcze w tym samym tygodniu.

– Poklikasz parę stron i zobaczysz, od razu się trafi jakaś oferta!

Problemem było to, że Wanda nie umiała „poklikać”. Do tej pory nigdy nie ciągnęło jej do komputera i gdyby nie to, że przed wyjazdem Patrycja zostawiła mamie swój laptop, nawet nie miałaby sprzętu. Leżał teraz na półce, nieużywany, bo z córkami porozumiewała się głównie przez komunikatory zainstalowane w telefonie. Wiedziała, że jej rówieśniczki swobodnie surfują po sieci, robią zakupy, mają profile w mediach społecznościowych, jedna nawet umawiała się na randki za pośrednictwem strony internetowej, ale dla niej to był nieznany świat.

„Teraz mam się uczyć obsługi komputera?” – pomyślała. „To dla mnie zupełnie obcy teren… Raczej wybiorę się jutro do urzędu pracy, jak przystało na kogoś oldskulowego”.

Kiedyś już była w urzędzie pracy, ale było to pięć lat temu i to nie Wanda występowała jako petentka, tylko jej kuzynka, która po urodzeniu dziecka chciała wrócić na rynek pracy i poprosiła, by Wanda jej towarzyszyła. To właśnie tamtego dnia, gdy wracała z urzędu, ciesząc się z sukcesu kuzynki, która od razu dostała ofertę, poznała lepiej swojego sąsiada Wojtka. Gdy dotarła przed blok, zobaczyła samochód wypełniony pudłami, i Wojtka, który część tych pudeł taszczył właśnie po schodach. Przytrzymała mu drzwi, a potem sięgnęła po mniejszy karton i przekonawszy się, że jest leciutki, wzięła trzy kolejne i z taką piramidą ruszyła śladem sąsiada. Kiedy przekroczyła próg jego mieszkania, aż otworzyła usta z zaskoczenia, bo pomieszczenie przypominało dżunglę. Grube pnącza przykrywały sufit, zwisały znad futryn, oplatały karnisze, a niemal w każdym rogu stały kwiaty w donicach, mniejszych i większych. Zielone, szmaragdowe, brązowe, niektóre kwitnące, niektóre z ozdobnymi liśćmi.

– Niesamowite! – zawołała Wanda i Wojtek dopiero wtedy zauważył, że sąsiadka mu pomogła. Spojrzał na nią niepewnie i położył palec na ustach.

– Niech mnie pani nie zdradzi – powiedział z uśmiechem. – Bo mieszka tu parę takich osób, którym pewnie moja oranżeria by przeszkadzała, nie mówiąc już o innych atrakcjach…

Tymi innymi atrakcjami okazały się zgromadzone w pokoju akwaria i terraria, w których roiło się od najbardziej egzotycznych gatunków zwierząt. Wanda zauważyła kameleona, błękitną meduzę, gekona, kilka węży, żółwi i ślimaków.

– To też jakiś eksperyment? – zapytała, nie mogąc oderwać wzroku od kolorowego, prześlicznego ślimaczka, który skubał łodygę rośliny posadzonej pomiędzy kamieniami w jego akwarium.

– Nie, to… przypadek – odpowiedział. – Moja kuzynka pracuje dla takiej organizacji, która zajmuje się kontrolą, w jakich warunkach przetrzymywane są zwierzęta w sklepach zoologicznych. Czasem też ktoś wwozi do Polski gatunki zakazane, no i robi się problem. Ta organizacja konfiskuje zwierzaki, w przypadku różnych zaniedbań. Rośliny czasem też…

– I przechowuje je tutaj?

Wojtek podrapał się po głowie i zmarszczył nos.

– W zasadzie to są określone procedury, co trzeba z takimi zwierzętami robić – wyjaśnił. – Ale urzędnicy nie przewidzieli, że nie zawsze takie procedury da się wdrożyć. Czasem po prostu nie ma odpowiedniej instytucji, która przejęłaby takie stworzenie, a przecież nie po to je zabieramy z koszmarnych warunków, żeby patrzeć, jak zdychają w jakimś magazynie. Więc przechowuję je u siebie, tymczasowo, dopóki nie znajdzie się rozwiązanie zgodne z procedurami.

Tamtego dnia Wanda wróciła do siebie bogatsza o akwarium z czterema egzotycznymi ślimakami oraz zasób wiedzy, jak je pielęgnować. Oczywiście, miały zostać u niej, dopóki nie trafi się instytucja, która będzie je mogła przejąć, ale jak się okazało, chętnych nie było i kolorowe mięczaki na dobre zadomowiły się w mieszkaniu, stając się dla Wandy źródłem uspokojenia, bo obserwowanie ich powolnego poruszania się i mieniących się barw bardzo ją odprężało. Teraz też usiadła przed akwarium i przyglądała się delikatnym stworzeniom, myśląc o tym, jak przebiegnie wizyta w urzędzie pracy. Postanowiła pójść od razu następnego dnia, bo wiedziała, że gdy już wpadła na ten pomysł, będzie o tym myśleć i denerwować się, czy cokolwiek uda się załatwić.ROZDZIAŁ 5

Urząd pracy położony był w peryferyjnej części miasta i choć Wanda wyszła z domu po szóstej, dotarła na miejsce dopiero przed ósmą, bo wszędzie trafiała na korki. Przez ponad godzinę czekała wraz z grupą innych bezrobotnych, aż wreszcie została zaproszona do stanowiska, które obsługiwała młoda dziewczyna o krótko ściętych, płomiennie rudych włosach. Przez cały czas wpatrywała się w monitor komputera i Wanda miała wrażenie, że pierwsze pytanie, które zadała, skierowane było do maszyny, a nie do niej.

– Jakiej pracy pani szuka? – zapytała dziewczyna.

– Jakiejkolwiek – odpowiedziała Wanda. – No, może oprócz ciężkiej fizycznej, bo to już nie na moje siły…

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij