Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Własną Drogą - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
31,50
3150 pkt
punktów Virtualo

Własną Drogą - ebook

Wiktoria ma wszystko poukładane — dopóki jedno zdanie nie przewraca jej świata do góry nogami. „Poznałem kogoś. Jest do ciebie podobna.” Zamiast się załamać, pakuje walizkę i przyjmuje propozycję pracy w Rotterdamie. Nowe miasto, nowe życie, zero znajomych. Plan prosty — tyle że życie rzadko trzyma się planów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-362-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

— Poznałem kogoś, jest do Ciebie podobna. Nawet ma takie samo imię.

Te słowa dźwięczały jej w głowie od dnia, w którym ostatni raz się widzieli. Brzmiały jak powtarzana w kółko mantra. Znali się przez trzy lata, spotykali się przez dwa. Wszystko było w porządku, dopóki nie okazało się, że mają odmienne wyobrażenia o przyszłości. Ona dostała propozycję stażu za granicą, on nie chciał tego zaakceptować. Oboje nie chcieli słuchać. Zerwali. W końcu ona ustąpiła. Zrozumieli, że chcą być nadal razem, ale kiedy wrócił temat wyjazdu, on postawił ultimatum. Żadnego kompromisu z jego strony, żadnego „spróbujmy„. Żadnego „poczekam na ciebie”. A przecież o to chodzi w relacjach — o kompromis mimo wszystko. Ale to nie film. Nie wytrzymała i przyjęła propozycję. Od tego czasu minęło siedem miesięcy. Gdy Gracjan dowiedział się, że wróciła, zaprosił ją na piwo. Tego się nie spodziewała, ale w końcu napisała, że przyjdzie. Spotkanie, jak to spotkanie osób, które były kiedyś razem, było trochę skomplikowane i niezręczne dla nich obojga. Rozmawiali o ostatnich miesiącach. Wiktoria opowiadała o swojej pracy i poznanych ludziach. Gracjan opowiadał, co u znajomych, których ona też znała. I wtedy wypalił to słynne zdanie:

— Poznałem kogoś… Do tej pory dziwiło ją, że zareagowała tak spokojnie i nie zakrztusiła się piwem, które piła. Zadała tylko kilka nic nieznaczących pytań. Gdzie się poznali, jaka ona jest i ucięła temat. Życzyła mu powodzenia. I wtedy on zapytał, co u niej, a ona wiedziała, że to koniec, że tego właśnie potrzebowała. Pewności, że już nie ma powrotu. Nie wiadomo czemu poczuła się wolna, jakby jakiś ciężar opuścił jej ciało. Więc czemu teraz? Dlaczego ciągle te słowa były w jej głowie? Dlaczego nie mogła się ich pozbyć? Strach przed ruszeniem do przodu czy zwykły sentyment? Moment jakby wirował w jej głowie. Pamiętała wszystko, co działo się wokół, kiedy wypowiadał te słowa. Ogródek piwny. Jeden z wielu, które stawiają na lato. Drewniane ławki z wielkimi szarymi poduchami. Kufle z marką piwa, ćwierkające ptaki gdzieś obok, muzykę w tle i ludzi siedzących obok. Starszą parę, koło osiemdziesiątki, patrzącą sobie w oczy jakby dopiero co się poznali. A może tak wcale nie było? Ojca z dzieckiem, które zajadało się lodami, grupkę przyjaciół, pewnie studentów, którzy wybrali się po zajęciach na piwo. Jakby wszystko wyraźniejsze niż zwykle. Ich dwa wspólne lata nie wiadomo kiedy minęły. Poznali się na drugim roku studiów. Od pierwszego spotkania wiedziała, że ta znajomość będzie inna. Widywali się codziennie. On był przystojny, zabawny i miał coś figlarnego w spojrzeniu. Wszystkie dziewczyny z roku za nim szalały. Ona była w niego wpatrzona jak w obrazek. Czy było warto? Była dumna, że jest jej. Czy on był tak samo wpatrzony w nią? Cały czas się nad tym zastanawiała. Imponowała mu. Tego była pewna. To on pierwszy jej zaproponował, żeby spotkali się poza zajęciami. Jak przeszli ze znajomych do spotykania się? Nie wiedziała. Ale wiedziała, że mimo że znali się bardzo dobrze, nigdy do końca nie była przy nim zupełnie pewna. Zupełnie zrelaksowana. Zupełnie sobą. Czy go kochała? Czy on kochał ją? Chociaż minęło tyle czasu, żadne z nich nie wypowiedziało tych słów. Na pewno w jakiś sposób im zależało na sobie, ale czy aż tak? Najwidoczniej nie. Byli do siebie bardzo podobni, a jednak tak różni. Był właśnie tym typem, który ona uważała za swój ideał. Miał swoje cele w życiu, studiował, pracował i wiedział jasno, czego chce. Miał plan na swoje życie. Nie był zagubionym chłopcem. Wiedziała, że razem mogą zajść daleko. Widziała, że pomagając sobie tak jak w czasie studiów, mogą wszystko. Jednak już było po studiach i już nie było „ich”. Był on i była ona. Każde musiało iść samo. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nikogo ze znajomych nie zdziwiła ich decyzja. Jakby to było oczywiste, że nie mają wspólnej przyszłości. Teraz był czas dla obojga, aby ruszyć do przodu. Chociaż pogodzenie się, że on był już z inną, było trudniejsze niż się spodziewała i chociaż w tym momencie miała wrażenie, że chciałaby wrócić do tego, co było, wiedziała, że stało się właśnie to, co powinno. Widziała, że życie szykuje dla niej coś nowego. I miała nadzieję, że ten strach wynika tylko z tego, że boi się tego, co będzie. Ale zmiany są dobre. Warto czasem zaryzykować.

Dla niej najważniejszym przełomem okazały się właśnie te proste słowa, które wypowiedział. Te proste, ale tak ważne słowa. Dlaczego tak bardzo zapadły jej w pamięć? Może dlatego, że były przełomem, momentem decydującym? Chociaż początkowo sprawiły, że poczuła się dziwnie, teraz zdawały się być kluczem do tego, co dalej. Musiała przestać się bać i zacząć iść naprzód. Nic nie jest wieczne, wszystko zmienia się i odchodzi. To, co zostaje, to tylko wspomnienia. Teraz był czas na nowe początki, nowe możliwości i nowe doświadczenia. Nagle uświadomiła sobie, że może to być właśnie ten moment, gdy życie postanowiło dać jej szansę na zmianę. Nie mogła jej zmarnować. Musiała podjąć decyzję i zacząć działać. Nie było już miejsca na wątpliwości czy strach. Musiała zaufać sobie i swoim instynktom. To była jej szansa na odnowienie, na odzyskanie kontroli i na szczęście. Zdecydowała się. Musiała iść naprzód, zaufać sobie i wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Bo życie jest pełne niespodzianek i tylko od nas zależy, jak z nich skorzystamy. I ona postanowiła skorzystać z tej szansy, zaczynając od teraz, od tego momentu. Była z natury silną osobą. Gdy czegoś chciała, wiedziała, że może to osiągnąć. Wszyscy powtarzali, że w końcu kto sobie poradzi w życiu, jak nie ona? Wierzyła w siebie, ale jak każdy miewała słabsze dni. Dni, kiedy chciała tylko zakopać się w kołdrze i ryczeć w poduszkę. Tak po prostu. Ale o tym wiedziała ona. Inni nie musieli. Dzisiaj też tak miała. Jakby wszystko nagle ją przytłoczyło i każdy krok wymagał dodatkowego wysiłku. Na szczęście jej druga natura zwyciężyła. Głowa do góry i wiara w siebie. Pokaże innym, że może. Była właśnie na lotnisku i przeszłość wracała do niej jak niechciany bumerang. Czy żałuje jej? Nie. Miała przed sobą nową przygodę. Już za trzy godziny miała lądować w Rotterdamie, gdzie czekało na nią zupełnie inne życie. Teraz, patrząc na tablicę lotów, zastanawiała się, czy to właśnie ten samolot zmieni jej życie? A może powinna wsiąść w inny? Może do Paryża? W końcu nauczyć się francuskiego. Chodzić każdego dnia na piknik na Pola Elizejskie? Może coś bliżej? Berlin? Kochała mieszkać w Niemczech, ale wszystko jej mówiło, że to jeszcze nie to. Nie ten kraj jej przeznaczenia. A może Hiszpania? Jakby to było zamieszkać w miejscowości, gdzie plaże masz pod ręką?

To był już jej drugi dłuższy wyjazd. Nie miała tego w planach. To był tylko krótkoterminowy wypad. Nauczyć się czegoś nowego, mieć nowe doświadczenia. W momencie, kiedy zaproponowano jej pracę, miała jednak jasność. Chce tego. Teraz albo nigdy. Dopiero później dopadły ją wątpliwości. Wątpliwości, co robi, czy dobrze robi. Dlaczego? I co teraz? Miała już załatwioną inną pracę, miała już cały plan i w jednej sekundzie zdecydowała się zmienić wszystko. Ale czy mogła odrzucić taką propozycję? Kupiła bilet na samolot, spakowała się, wynajęła swoje mieszkanie, resztę rzeczy zostawiła w domu u rodziców i ruszyła w drogę. Mniej więcej wiedziała, czego oczekiwać, jednak przeprowadzała się do miejsca bez znajomych, bez rodziny. Miejsca, którego zupełnie nie znała. I zaczynała pracę, która była dla niej zupełną zagadką. Głos z mikrofonów wzywający na odprawę wybił Wiktorię z rozmyślania. Patrzyła, jak ludzie ustawiają się w kolejce i po kolei przechodzą przez bramki do samolotu. Lotnisko było dzisiaj wyjątkowo puste. Czyżby ludzie przestali podróżować? W końcu kolejka prawie dobiegła końca. Wstała i udała się do odprawy razem z małą walizką, zaczynając coś nowego. Przygodę bez ciężaru przeszłości.2

Umeblowane mieszkanie w centrum, które obiecała Wiktorii firma, okazało się nie aż tak umeblowane i niekoniecznie w centrum. Kuchnia, owszem, miała meble (chociaż tyle!), ale oprócz tego w pokoju stał tylko wieszak na ubrania, a zamiast łóżka leżał wielki materac.

— Dwa na dwa metry! — powtórzył dwa razy podekscytowany właściciel, oddając jej klucze do mieszkania. Nie omieszkał jeszcze oczywiście dodać, że goście raczej nie są mile widziani, a sąsiedzi będą go na bieżąco informować. Mimo wszystko miał nadzieję, że obejdzie się bez jakichkolwiek ekscesów.

— Jakby czynsz nie był wystarczająco wysoki — pomyślała i dodała — jeden pożytek z braku faceta! Nie wyrzucą mnie z mieszkania.

Właściciel spojrzał na nią z głupią miną, jakby nie rozumiejąc komentarza. Wika tylko uśmiechnęła się do niego, szczerząc zęby i podnosząc ręce do góry w geście zdziwienia. Gdy wyszedł, rozejrzała się jeszcze raz po mieszkaniu.

— Przecież to przejściowe… mam gdzie spać i gdzie ugotować. A w planach nie było spędzania czasu w mieszkaniu. Chciałam poznać miasto i okolice, to teraz będę miała większą motywację. — pomyślała. Położyła się na materacu i przez chwilę patrzyła w sufit, zmęczona po podróży, bez sił na zrobienie czegoś więcej. Jej jedyny plan na ten dzień obejmował prysznic i spanie. A jutro? Jutro zobaczy trochę miasta i pójdzie się przywitać w firmie. Miała jeszcze dwa dni wolne i chciała je dobrze wykorzystać. Dom nie był taki zły. Typowa wąska i jednocześnie wysoka holenderska architektura. Czerwony ceglany dom z wąskimi schodami i małymi pokojami. Oczywiście bez windy! A ona zamieszkała właśnie na 4. piętrze.

— Przynajmniej będę miała trochę sportu każdego dnia — powtarzała sama sobie. Dobrze, że właściciel pomógł jej z wniesieniem bagażu, chociaż na początku wydawał się raczej do tego niechętny. Gdy zobaczyła szerokość schodów, a do tego ich wysokie stopnie, w głowie stanął jej obraz, jak to spada z nich z hukiem, a walizka ląduje jej na głowie. Jednak widząc jej przerażoną minę, ustąpił i sam wtargał torbę na samą górę. Pierwsze wrażenie tego kraju było raczej chłodne. Pierwsza rozmowa, którą odbyła, była prowadzona na dystans i bez jakichkolwiek grymasów na twarzy. Formalna do granic możliwości. Jak można być tak mało ekspresyjnym? Wiktoria zastanawiała się, czy wszyscy Holendrzy tak mają? Ale już po pierwszym dniu miała wrażenie, że bariera komunikacji będzie dla niej czymś bardzo skomplikowanym. Wcześniej wymieniła z panem Van Danem tylko kilka maili i była nastawiona bardzo przyjaźnie, więc gdy zobaczyła go po raz pierwszy, wyszła do niego z uśmiechem i podała dłoń na powitanie. Ten jednak zignorował to i odpowiedział tylko gburowatym — Dzień dobry. — Uf, biedny człowiek — pomyślała.

Gdy tak leżała i analizowała przebieg dnia, zauważyła, że przy szafie i obok drzwi do łazienki znajduje się jeszcze jedno wyjście. Chociaż nie miała ochoty się ruszać i zastanawiała się, czy może ze zmęczenia ominęła coś, o czym mówił właściciel, wstała, aby to sprawdzić. Za drzwiami ujrzała schody, które prowadziły w górę. Było już ciemno i nie mogła dostrzec, dokąd prowadzą. Szukała włącznika światła, ale chociaż jakiś znalazła, światło się nie zapaliło. W pierwszym momencie chciała zostawić to na jutro, jednak ciekawość wygrała. Włączyła latarkę, którą jakoś zawsze miała ze sobą w torebce i stromymi, wąskimi schodami udała się na górę. To, co zastała, przekroczyło jej oczekiwania. Na samym szczycie schodów znajdował się taras. Ale nie jakiś tam taras… Duży taras. Rozciągający się na całą szerokość domu. Sąsiadujący z innymi tarasami z domów obok. Rozejrzała się dookoła. Nie było innych wejść. A więc miała go całego dla siebie. Od razu zakochała się w tym miejscu i wiedziała, że spędzi tam wiele wieczorów. Taras był dobrze zadbany. Miał stolik i krzesła, a nawet kanapę ogrodową. Otaczały go różnego rodzaju kwiaty i małe drzewka owocowe, między innymi róże i drzewko cytrynowe. Usiadła i rozejrzała się dookoła. Widok zarówno z jednej, jak i z drugiej strony domu zapierał dech w piersiach. Widziała całe miasto. Przystań i most Erasmusa były w zasięgu wzroku. Tego się nie spodziewała. Nie chciała wychodzić, a tu miasto przyszło do niej. Odpłynęła w marzeniach, przypatrując się wydarzeniom wokół. Ludziom spacerującym ulicami, statkom na wodzie. Miasto żyło, a ona chciała żyć razem z nim, zupełnie zapominając o zmęczeniu. Gdy tak siedziała, poczuła to, co tak bardzo chciała osiągnąć — pewność, że podjęła dobrą decyzję. Bez względu na to, co przyniesie przyszłość. Była tutaj. W Rotterdamie. Miała cudowny taras z przepięknym widokiem. Miała pracę, którą jeśli jej się nie spodoba, zawsze może zmienić. Ale miała cudowne pół roku przed sobą, które zamierzała wykorzystać dla siebie. Gdy tak z uśmiechem siedziała na tarasie, chłonąc wszystko dookoła, zauważyła, że wiszą nad nią lampki i postanowiła je włączyć. Tym razem jej się udało. Cały taras wypełnił blask. Zrobiło się jeszcze bardziej magicznie. I teraz już nie wiedziała, co jest ładniejsze, patrzenie w gwiazdy, czy wpatrywanie się w migające światełka tarasu. Magiczny moment warty zapamiętania.

Z zachwytu wyrwał ją dźwięk dzwonka telefonu. Miała zadzwonić i potwierdzić, że jest na miejscu, że wszystko w porządku. Zgasiła lampki i chciała zejść do mieszkania. Jednak nie mogła. Drzwi były zamknięte. Musiały zatrzasnąć się od środka. Wypróbowała wszystkie klucze. Na szczęście miała je ze sobą, jednak wszystko na darmo. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie było jeszcze późno, ale była na tarasie. Na dachu budynku. Co miała teraz zrobić? Próbowała jeszcze kilka razy popchnąć drzwi, jednak wszystko na nic. Włączyła lampki i rozejrzała się dookoła. Taras po prawej stronie wyglądał na używany. Miał grilla i stół z krzesłami. Widać było, że ktoś tam od czasu do czasu przebywa. Lampki wisiały jak u niej, jednak kwiatów było o wiele mniej i raczej w gorszym stanie. Ktoś nie miał do nich serca. Za to znajdowało się kilka rzeźb, trochę dziwacznych, ale interesujących. Drugi taras po lewej stronie z półmetrowym murkiem i drzwiami mniej więcej usytuowanymi jak jej. Pewnie zamknięte. Taras raczej nie wyglądał na używany. Tam nie miała czego szukać. Mogła z łatwością wejść na tarasy sąsiadów. Ale co z tego? Miała tak po prostu wejść do kogoś i co zrobi dalej? Nie miała jak zejść. Co by zrobili, gdyby nagle pojawiła się w czyimś mieszkaniu? Jacy są Holendrzy? Mają pistolety w domach? Czy może w ogóle by nie zareagowali i z zimną krwią podali dłoń na przywitanie?

— Nie ma co! Zaczęło się interesująco. Co ja mam teraz zrobić? — powtarzała do siebie na głos.

— Wat? — usłyszała głos z drugiej strony zza jej pleców. Odwróciła się powoli, przestraszona i mająca nadzieję na pomoc. Ciemna postać, której zarysy tylko mogła dostrzec, powoli wyłaniała się z cienia. Najwyraźniej ten ktoś myślał, że mówi do niego.3

Stała w mroku, nie wiedząc zupełnie, co ma zrobić. Uciec nie miała dokąd. Języka i tak nie znała. Jak się miała porozumieć? Kim był ten człowiek? Chociaż nie widziała go za dobrze, wyraźnie było widać, że jest wysoki. Co miała zrobić? Odczekała chwilę, aż cienia powoli wyłaniała się postać. Serce w piersiach kołatało mimowolnie ze strachu. Ponownie padło pytanie — Wat? — Co? Co mówisz? Jednak Wiktoria nie rozumiała holenderskiego.

— Przepraszam, nie mówię po holendersku — wydusiła zduszonym głosem po angielsku. Zarys postaci, jak i sama postać, stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu na tarasie obok zabłysło światło. Mogła go zobaczyć. Wpatrywała się przez chwilę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Co miała zrobić? Mężczyzna na tarasie obok był wysoki i szczupły. Wyraźnie można było zauważyć, jak dobrze jest zbudowany. Był tylko w zwykłych spodniach dresowych i zwykłym t-shircie, ale ze swoimi brązowymi, falowanymi włosami wyglądał tak dobrze, że Wiktoria pożałowała, że nie wykąpała się, zanim wyszła na taras. Gdy tak przyglądała mu się dłuższą chwilę, w szoku i już sama nie wiedziała, czy nie ze zbyt ekspresyjnym wyrazem twarzy, on w końcu znowu się odezwał.

— Nie mówisz po holendersku? Co za szczęście! — odpowiedział pięknie po angielsku, jednak od razu było jasne, że to nie był jego ojczysty język. Skąd był?

— Nie, nie jestem stąd. Właśnie się wprowadziłam. — odpowiedziała.

— I zwiedzasz dachy?

— Tak jakby.

— Tak jakby?

— Nie miałam pojęcia, że moje mieszkanie ma dostęp do tarasu i trafiłam tu przypadkiem. Nie wiem, ile czasu już tu jestem… trochę straciłam poczucie czasu.

— Co najmniej pół godziny, jak na moje oko — odpowiedział. Spojrzała na niego zdziwiona. Skąd wiedział, ile tu jestem?

— Nie patrz tak na mnie! Byłem tu, jak przyszłaś. Potrzebowałem spokoju. Tutaj mogę odpocząć po całym dniu. Widziałem, jak przyszłaś. Obserwowałem, jak podziwiałaś kwiaty i lampki. Co tak cię ucieszyło w widoku na most?

— Co mnie ucieszyło? Dlaczego tak myślisz?

— Widziałem twój uśmiech. Był taki… beztroski. Patrzyła na niego, nie wiedząc, dokąd prowadzi ta rozmowa. Wydał się interesujący, ale zbyt dociekliwy jak na kogoś, kogo nie znała.

— Przepraszam, nie powinienem tak wprost…

— Nie, nie, nic nie szkodzi. Zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałam się tutaj nikogo spotkać. Nikogo tym bardziej, kto mnie obserwuje… ani tak bezpośredniego i dociekliwego.

— Taki już jestem, lubię pytać o to, na co chcę znać odpowiedź. I też byłem zaskoczony, widząc cię tutaj. Myślałem, że to jakiś złodziej i obserwowałem, co się wydarzy.

— Ja złodziejem? — zaśmiała się — I nadal tak uważasz?

— Twój zachwyt i jakaś radość bijąca od ciebie przekonały mnie, że na pewno się mylę.

— Nie znasz mnie!

— Już znam, od 5 minut. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jestem Marco. A ty?

— Wiktoria.

— Królowa Wiktoria! I co tutaj robisz, Wiktorio?

— Ja? Po prostu… jestem.

— Ok, jesteś. Interesujące… a co cię sprowadza do Rotterdamu?

— A przepraszam, no tak… Dostałam pracę i postanowiłam skorzystać z okazji i oto jestem. I spędzam mój pierwszy dzień na przecudownym tarasie z pięknym widokiem i…

— I?

— Rozmawiam z nieznajomym.

— Jestem Marco, już znajomy. Wiktoria obserwowała jego dołeczki, które pojawiały się co jakiś czas wraz z jego uśmiechem. Zdążyła już zaobserwować jego piękny uśmiech.

— Dobrze, rozmawiam ze znajomym — i uśmiechnęła się szeroko. Uśmiech Marco rozszerzył się jeszcze bardziej.

— To skąd jesteś, Wiktorio?

— Z Polski, a ty?

— Z Włoch, z samego Neapolu. Byłaś kiedyś? I tak minęło im kolejne 15 minut, gawędząc o wszystkim i o niczym. Aż do momentu, kiedy Marco przeprosił ją, bo już było późno, a następnego dnia musiał iść do pracy wcześnie rano. Pożegnała się i wtedy wróciła do rzeczywistości. Była nadal na tarasie bez możliwości wyjścia. Drzwi za Marco już się zamykały.

— Poczekaj! — krzyknęła, ale słyszała tylko trzask drzwi. Gdy już myślała, że będzie musiała jednak wdrapywać się przez mur, poprosić o pomoc. Drzwi nagle się otworzyły i pojawił się znowu Marco.

— Tak sobie pomyślałem. To twój pierwszy dzień tutaj. Jutro mam wolne popołudnie. Jak masz ochotę, to mogę ci pokazać najlepsze miejsca w mieście. Wiktorię zatkało, jednak zgodziła się bez większego namysłu.

— Ale jeszcze coś… Mam prośbę…

— Tak od razu prośby? Do nieznajomego?

— Znamy się już całe 10 minut.

— Co takiego? Jaka to prośba 10-minutowej znajomości?

— Stwierdzisz, że jestem największą ofiarą losu, ale… drzwi od tarasu zatrzasnęły się od środka. Nie mogę wrócić do mieszkania. Mogłabym zejść przez twój taras? Marco zaśmiał się głośno. — Niezła historia! Naprawdę jesteś tutaj tylko od dwóch godzin? Wiktoria spojrzała na niego z lekko speszoną miną.

— Chodź! Jasne, że możesz tędy przejść. Marco pomógł jej przejść przez dzielący ich mur. Przez chwilę obserwowała stojące tam rzeźby.

— Podobają ci się?

— Są przepiękne. Skąd je masz?

— Znajomy artysta. Lubię jego sztukę. Jest trochę inna niż akceptuje społeczeństwo.

— Dzisiaj społeczeństwo akceptuje wszystko.

— Tylko tak ci się wydaje — spojrzał na nią trochę z dziwnym, zmieszanym wzrokiem. — To co, wejdziemy do środka? Przeszli przez korytarz podobnych schodów. Mieszkanie Marco dużo nie różniło się od jej mieszkania. Jednak miało meble i to nowoczesne. Od razu widać było, że Marco o nie dba. Wiktoria rozejrzała się po mieszkaniu, aby lepiej go zrozumieć. Analizowała to, co zobaczyła, jednak nie mogła wpaść na to, czym się zajmuje. Marco widząc, że obserwuje mieszkanie, zaproponował jeszcze herbatę miętową z miodem, jak to się przyjęło pić w Holandii. Wiktoria wahała się, czy powinna się zgodzić, ale widząc zmęczenie Marco i sama będąc zmęczoną, odmówiła. Mieli zobaczyć się i tak już jutro. Pożegnała się, pokonała cztery piętra schodów i wyszła z budynku. Na dworze panował rześki spokój. Ludzie spokojnie spacerowali ulicami albo jeździli na rowerach. Tak, to było kolejne, co muszę spróbować. Z oddali wystawała reszta widocznego mostu. Postanowiła zrobić jeszcze mały spacer, mimo zmęczenia, i wrócić w końcu wziąć prysznic i położyć się spać. Jutro czekał ją nowy ekscytujący dzień. Jak to dobrze, że Marco był na tarasie.

— Całe szczęście, że chociaż klucze zabrałam — pomyślała. Gdy doszła do mostu, poczuła już takie zmęczenie, że miała wrażenie, że zaśnie, jak tylko przyłoży głowę do poduszki. Do czegokolwiek.

— Tak, zabrałam klucze… ale dlaczego żaden nie pasuje? Gdy wróciła ze spaceru, drzwi wejściowe do budynku ani drgnęły. — Zmowa czy jak? A może ja nie umiem posługiwać się kluczami? Jestem zbyt zmęczona? Jakiś specjalny kod tu jest potrzebny? Stała tak przy drzwiach, wpatrując się i próbując różne klucze od nowa i od nowa. — Co za dzień — pomyślała. — Co teraz? Nie mam telefonu. Nie znam tu nikogo. Do firmy nie pójdę. Pewnie i tak nikogo nie ma. Super. Spojrzała w okna Marco. Światła zgaszone. Ale co miała zrobić? Zadzwoniła do domofonu. Nic. Marco nie reaguje. Zadzwoniła jeszcze raz. I kolejny. W końcu okno się otworzyło. Marco wyjrzał ze zdziwioną i zaciekawioną miną.

— Wiktoria? Nie miałaś iść spać?

— Miałam, ale nie mogę wejść.

— Jak to nie możesz wejść? Jednak jesteś złodziejem?

— Marny ze mnie złodziej, jeśli nawet nie umiem wejść — nie sądzisz?

— Tutaj mnie masz. Punkt dla ciebie, Wiktorio.

— Pomożesz?

— Miałaś przecież klucze?

— Nie działają, albo ja nie wiem, jak się nimi posługiwać. Wyraźnie drzwi w tym kraju mnie nie lubią.

— Co ty byś beze mnie zrobiła?

— Spala przy kanale?

— Może lepiej tego nie próbuj. Nie chce jutro patrzeć jak cię wyciągają.

— To zależy, czy mi pomożesz.

— I do tego szantaż… Poczekaj, już schodzę. Światła na korytarzu zapaliły się. A za chwilę w drzwiach ukazał się Marco.

— Daj mi klucze, spróbujemy. Wziął od niej plik kluczy, jednak drzwi ani drgnęły.

— No to chyba mamy problem. Masz rację, nie działają. Skąd masz te klucze?

— Od właściciela mieszkania.

— Chyba nie chce, żebyś w nim mieszkała. — Zaśmiał się.

— Boże! Będę spać na ulicy. Naprawdę nieźle mam wejście.

— Chodź — powiedział.

— Dokąd?

— Przecież nie zostaniesz na ulicy. Dzisiaj śpisz u mnie.

— Nie, Marco. Nawet cię nie znam, a ty nie znasz mnie.

— Dobra, masz jakiś lepszy pomysł?

— No właściwie to nie. Nie mam telefonu, ani portfela, niczego oprócz kluczy, które i tak nie działają.

— No to nie masz wyjścia. Śpisz dzisiaj ze mną! — mówiąc to, puścił do niej oczko i zaśmiał się tym swoim ciągle jeszcze nieodgadnionym uśmiechem.4

— Mamy dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia — brzmiały słowa szefa, gdy pojawił się tamtego dnia w pracy trochę spóźniony. Był osobą raczej punktualną i szanował czas innych, ale tego dnia było inaczej. Gdy wszedł do firmy i usłyszał te słowa, zbladł.

— Nie, jeszcze tego mi dzisiaj brakowało, zwolnienia — pomyślał. — Nie dość, że z Agnese nie możemy dojść do porozumienia od dłuższego czasu, to jeszcze będę musiał szukać nowej pracy.

— Wiem, przepraszam za spóźnienie. Miałem małe problemy.

— Nie szkodzi. Chodź, musimy porozmawiać. Tego dnia nie został zwolniony, ale trochę tak się czuł. Liczył, że po dwóch latach pracy na stanowisku pomocnika architekta w końcu dostanie własne stanowisko. Zamiast tego zaproponowano mu roczny pobyt w Holandii w jednym z biur partnerów.

— Wdrożysz się w nowości rynku, poznasz najnowsze trendy, a jak wrócisz, to będziemy dalej negocjować — powiedział przełożony. Nie wiedział, co ma zrobić. Nieprzyjęcie propozycji wiązało się z zakończeniem współpracy, a tego nie chciał. Nie w tym momencie. Za dużo działo się w jego życiu, aby jeszcze teraz zostać na bruku. Ale zaakceptowanie propozycji wiązało się z przeprowadzką. I to nie gdzieś na osiedle obok, do innego miasta, tylko do innego kraju z innym językiem. Wiedział, że na pewno była to ciekawa oferta, że może się wiele nauczyć, ale teraz? Dlaczego właśnie teraz? Teraz, kiedy z Agnese było tak źle. Jak ona na to zareaguje? Czy w takim wypadku to wszystko w ogóle będzie miało jeszcze sens? Miał tydzień na podjęcie decyzji. Czas wystarczająco długi, aby wiedzieć, czego się chce, i zbyt krótki na wyjaśnienie wszystkich spraw. Jak miał to powiedzieć? Z Agnese byli razem już od czterech lat. Mieszkali razem od prawie roku, ale ostatnio ciągle się sprzeczali. Każdy powód był dobry do rozpoczęcia kłótni. Czasami miał już tego dość. Ale wyjeżdżać teraz w środku burzy i niewyjaśnionych spraw? Tego nie chciał. Planowali ślub, a właściwie ona planowała. Nawet się nie oświadczył, ale czy zaprzeczył? Czy kiedykolwiek powiedział, że ślubu nie chce? Chciał być z nią, kochał ją. Ale po co ślub? Byli jeszcze młodzi i mieli czas na wszystko. Zwłaszcza, że było właśnie dobrze, jak jest. Hm… było! Może to jest to kluczowe słowo. Było. Ale czy znowu może być jak było? Czy nadal będą się kłócić o byle co i ignorować się nawzajem? A co najgorsze, udawać przed znajomymi i rodziną, że jest cudownie i że nie ma żadnego problemu? Tego dnia przyjechał do domu szybciej. Wziął wolne na połowę dnia, aby wszystko przemyśleć. W pracy nie mógł się skupić. A w głowie myśli odbijały się jak piłeczki, robiąc zamieszanie. Nic nie było jasne. Decyzja spadła niespodziewanie. Nie myślał, że zostanie wysłany do innego kraju. I miał tylko dwa wyjścia. Albo przyjąć propozycję, albo zostać bez pracy. Wszedł do domu, a Agnese miała skończyć pracę za godzinę. Miał chwilę dla siebie i na przemyślenie, jak jej to przekazać. W głowie wirowało mu mnóstwo wariantów. Pojedź ze mną, zostań tu. Nie przyjmę propozycji. Nie wiedział, co ma zrobić. Ona miała swoją pracę, którą kochała nad życie. Czy rzuciłaby ją dla niego? Czy tego on by chciał? Nie, nie chciał, żeby się dla niego tak poświęcała. Ale czy on ma się poświęcać i odrzucić propozycję? Może szansę na rozwój, jaką zsyła mu los? Godzina minęła szybciej, niż się spodziewał. Umiał gotować, ale dzisiaj nie miał do tego głowy. Zamówił jedzenie z bistro obok mieszkania i czekał na Agnese. Gdy przyszła, zdziwiła się na jego widok. Wyraz jej twarzy nie był takim, jakiego oczekiwał. Rano spóźnił się do pracy właśnie przez nią. Pokłócili się o głupotę. Samochód. On chciał wynająć miejsce parkingowe, ona twierdziła, że jest to zbędne. Stanęło oczywiście na jej, ale i tak to ona była tą, która nadal miała o to pretensje.

— Zamówiłeś jedzenie? Co robisz o tej porze w domu? — jej pytania sypały się z wyraźną pretensją w głosie.

— Wziąłem wolne. Musimy porozmawiać.

— Nie mamy o czym rozmawiać. Już chyba ci wszystko wytłumaczyłam. Czego nie rozumiesz? I jestem na diecie, nie będę tego jeść — wyrzuciła z siebie i wyszła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Marco poszedł za nią. Otworzył drzwi i powiedział:

— Dostałem propozycję pracy. Spojrzała na niego i nic nie powiedziała.

— W Rotterdamie — dodał.

— Co? I jak ty sobie to wyobrażasz? Może mam ci jeszcze pogratulować? Chcesz się przeprowadzić do Holandii?

— Chciałem zapytać, co ty o tym sądzisz. To tylko propozycja.

— I mam nadzieję, że o niej nie myślisz? Jak myślisz, że rzucę pracę i przeprowadzę się z tobą, to nawet o tym nie myśl.

— Agnese… To jest propozycja jednostronna. Albo ja biorę, albo mnie zwalniają.

— Myślałam, że dostaniesz awans… ale jak widać, coś ci ostatnio nic nie wychodzi.

— Proszę, pomyśl chwilę.

— Ty chcesz naprawdę przyjąć tę pracę? Zostawić mnie tutaj? Ty naprawdę chcesz! Nie wierzę!

— Mam zostać bez pracy? Na twoim utrzymaniu?

— Masz oszczędności.

— Pomyśl chwilę. To tylko rok. A może dać mi więcej niż kilka lat tutaj.

— Widzę, że już zdecydowałeś. Po co w ogóle chciałeś znać moje zdanie?

— Ty mi pomogłaś zdecydować.

— Jak chcesz. To była ich ostatnia rozmowa przed jego wyjazdem. Minęło od niej już ponad pół roku. Tego dnia spakował swoje rzeczy. Potwierdził przyjęcie oferty i po tygodniu był już w Rotterdamie. Miasto było inne, niż się spodziewał. Piękniejsze, z zachwycającą architekturą na każdym kroku. Czuł prawie od pierwszego dnia, że dobrze zrobił. Wszystko działo się tak szybko. Zmiany następowały jak lawina, a projekty w pracy zajmowały mu całe dnie. Uczył się, chłonął wiedzę i widział, jak jego punkt widzenia ulega zmianie. Ludzie okazali się inni, niż się spodziewał. Bardziej życzliwi, otwarci i pomocni. Miasto pełniejsze życia i niespodzianek. A życie? Życie okazało się inne, niż planował. Przyzwyczajenie się do innego trybu pracy i pogody było dla niego trudniejsze, niż się spodziewał, ale doświadczenia rekompensowały mu to wszystko z nawiązką. Nie wiedział, dlaczego to wszystko akurat do niego wróciło w tym momencie. Czemu teraz? Pół roku minęło jak strzała, a wszystko wróciło teraz. A dzień dzisiejszy? Ten dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Praca, znajomi, relaks na jego tarasie. Ale takiego końca chyba nikt nie mógł się spodziewać. Widok zachwyconej Wiki, podziwiającej wszystko na tarasie, i jej śmiejące się oczy, ogromne, piękne oczy.5

Było już rano. Przez okna wpadały promienie słoneczne, natarczywie przypominając, że już czas wstawać. Ale tego dnia było inaczej. Budził się zawsze sam, jeszcze przed budzikiem.

Dzisiaj wyłączył go, żeby nie obudzić Wiki. Jednak nie wstał jeszcze. Leżał w łóżku i wpatrywał się w nią. Chciał jeszcze chwilę tak popatrzeć, jak spokojnie oddycha. Wydawała się taka beztroska, z lekko uchylonymi ustami i falowanymi długimi włosami, które teraz oplatały jej szyję. Kim była? Przecież w ogóle jej nie znał. Kto jest bardziej szalony? On, że zaprosił ją do domu, czy ona, że przyjęła propozycję? Jego nowa sąsiadka. Czy takie historie naprawdę przydarzają się w życiu? Poznajesz dziewczynę na tarasie i za chwilę lądujecie razem w łóżku? Sam zaśmiał się w swoich myślach.

— Jakim łóżku? Spała tylko obok. Dzień wcześniej miał już zejść z tarasu, ale zauważył, że ktoś wchodził. Zainteresowało go to, bo od dłuższego czasu nikt tam nie mieszkał. A kwiaty podlewał właśnie on. Nigdy nie rozumiał, dlaczego na tarasie obok rosły lepiej niż na jego. Gdy zobaczył postać kobiety, postanowił przypatrzeć się jej dokładniej. Chodziła wokół, obserwując rzeczy, wąchając kwiaty, dotykając niektórych z nich, jakby sprawdzała, czy są prawdziwe. Widział tylko jej cień i zarysy twarzy. Nie wyglądała na Holenderkę. Chodziła z jednego końca tarasu na drugi, obserwując panoramę. Nie widział tego, ale był w stanie przysiąc, że jej oczy błyszczały radością. Czuł, chociaż była kilka metrów dalej, jak bije od niej energia, ciekawość, radość. Nie mógł oderwać od niej oczu, więc obserwował każdy jej ruch z zaciekawieniem. Nie widziała go, więc mógł spokojnie siedzieć w ukryciu. Aż zaczęła coś mówić. Nie wiedział, czy mówi do niego, a może do kogoś innego, jednak zaintrygowało go to. Postanowił wyjść z cienia i sprawdzić. Rozmowa z nią potwierdziła to, co czuł, gdy ją obserwował. Było w niej coś, co ciągnęło go do niej. A potem ten zbieg okoliczności z drzwiami. Kim ona jest? Wpatrywał się w nią i analizował jej twarz. Bał się ruszać, żeby jej nie zbudzić. Jeszcze nie. Jeszcze chwilkę chciał zatrzymać tę chwilę. Wczoraj, a może to było już dzisiaj? Nie pamiętał godziny, gdy wróciła. Widząc ją taką bezradną, od razu zaproponował jej nocleg. Chciał iść spać na kanapę i oddać jej łóżko, ale nalegała, że to ona będzie spała na kanapie. Po dłuższej dyskusji zgodziła się, aby spali razem w łóżku. Było w końcu dość szerokie dla nich obojga. Dwóch nieznajomych, dwóch obcokrajowców jakimś dziwnym splotem zdarzeń spało teraz w jednym łóżku.

Miała na sobie jego koszulkę. Wszystkie jej rzeczy zamknięte są w mieszkaniu obok, a ona nie miała ze sobą nic oprócz tych nieszczęsnych kluczy, które nie otwierają żadnych drzwi. Zbliżała się powoli siódma. O ósmej musiał być w pracy. Powoli wyszedł z łóżka i udał się pod prysznic. Co miał teraz z nią zrobić? Zostawić ją samą w mieszkaniu? Kazać jej wyjść? Zadzwonić do pracy i powiedzieć, że jest chory? A może po prostu wziąć wolne i jej pomóc? Gdy wyszedł spod prysznica, Wiki już nie spała. Siedziała z podkulonymi nogami, nadal w jego koszulce, przykryta kocem. Popijała gorącą kawę.

— Przepraszam za wczoraj. Zaraz się ogarnę i pójdę. Jestem tak nieprzytomna, że musiałam zrobić sobie kawę. Twoja stoi na stole. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. I że będzie ci smakowała. Stał przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć. Wziął kawę do ręki i podszedł usiąść obok niej.

— Zawsze masz takie ciekawe historie? Który to już raz zamknęłaś się w obcym mieście na tarasie? Zaśmiała się — Nie pamiętam. Za dużo już tego było. Ale czasami może warto?

— Warto?

— Nigdy nie wiesz, czego możesz się spodziewać, robiąc coś po raz pierwszy. Nawet jeśli nie było to planowane. — Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.

— A wczoraj było warto?

— Nie wiem, ty mi powiedz.

— Ja? Ja byłem tylko tym super hero, który cię uratował, nie zapominaj o tym!

— Dobrze, bohaterze. Dziękuję ci za to i w zamian zapraszam na obiad. Ja stawiam! Ale ty wybierasz knajpę, bo jak wiesz, nie znam miasta i znowu mogę się gdzieś zatrzasnąć czy zgubić.

— W to akurat ci wierzę. Zjedli jeszcze razem szybkie śniadanie w domu i uzgodnili, że Marco podrzuci Wiki do miejsca pracy, gdzie będzie mogła znaleźć numer i skontaktować się z właścicielem mieszkania, no i co najważniejsze dostać od niego prawidłowe klucze. Pojechali do pracy rowerami. Jak przystało na prawdziwych, lub trochę w tym przypadku udawanych, Holendrów. Wiktoria była zaskoczona, gdy po wyjściu z budynku zamiast udać się do samochodu, wskazał jej dwa rowery stojące przy domu. Twarz Wiktorii wyraźnie pokazywała zdziwienie tym faktem, ale równie zaskoczony okazał się Marco, widząc ją po raz kolejny rozentuzjazmowaną, próbującą czegoś nowego. Ile się znali? Od wczoraj? Sam w to nie mógł uwierzyć. Jechali powoli ścieżką rowerową prosto do jej biura. Firma, w której miała zacząć pracować, znajdowała się 10 minut rowerem od ich domów, a firma Marco niedaleko dalej, po drugiej stronie kanałów znajdujących się w tej części miasta. Biurowiec Wiki przypominał nowoczesne stylem architektonicznym gmaszysko. Za to siedziba biura Marco znajdowała się w zabytkowej kamienicy zaadaptowanej na potrzeby architektów. Było w tym miejscu coś, co go inspirowało od pierwszego dnia przyjazdu. Przez pół roku, odkąd przyjechał, próbował znaleźć odpowiedź, co to takiego. Zostawił Wiki pod jej biurem wraz z rowerem i instrukcjami, jak ma dojechać do miejsca, gdzie umówili się na obiad, i odjechał w kierunku pracy.

— Co za noc. — Pomyślał. — A wczoraj powiedziałem, że życie nie może mnie już zaskoczyć.6

Wiktoria stała już sama pod budynkiem firmy. Patrzyła jeszcze przez chwilę, jak Marco przejeżdża wraz z innymi rowerzystami na drugą stronę kanału, po czym zniknął za zakrętem. Przypięła rower do stojaka przy firmie, po czym chwilę przypatrywała się budynkowi i ludziom wchodzącym do środka. Zaczynała dopiero w poniedziałek, a dzisiaj był piątek. Miała jeszcze cały weekend dla siebie na zaaklimatyzowanie się. Już za chwilę miała przejść przez próg i w końcu osobiście poznać swojego nowego szefa i współpracowników. Nie wiedziała, jak wygląda, ale znała go z głosu i kilku maili, które wymienili. Rozmowę kwalifikacyjną i cały proces odbywał się za pośrednictwem ludzi z HR. Mogła powiedzieć, że już go zna, ale czy wymianę kilku rozmów i maili można nazwać znajomością? Miała zajmować się promowaniem marek i kampaniami reklamowymi, czyli tym, o czym zawsze marzyła. To były jej początki w tej branży, ale wiedziała, że nawet jeśli ta przygoda potrwa tylko planowane 6 miesięcy, to i tak będzie tego warta. Wzięła głęboki oddech i weszła do środka. Przy wejściu została zatrzymana przy recepcji. Jako że nie miała przepustki, a nikt się jej nie spodziewał, nie chciano jej wpuścić. W końcu, po wytłumaczeniu sytuacji z dnia poprzedniego, ochroniarz zlitował się nad nią i zadzwonił do biura. Na nieszczęście Wiki szefa nie było na miejscu. Oprócz jego nazwiska pamiętała tylko jeszcze jedno. Jednak telefon nie odbierał. Gdy po raz kolejny powtarzała nazwisko, głos za plecami zapytał:

— Chyba to właśnie mnie Pani szuka. Wow! — pomyślała. — Co tu się dzieje?

— Widziała go już przez Skype, ale nie zrobił na niej wrażenia. Ale teraz? Zdecydowanie komputer kłamie. Wysoki, barczysty blondyn z kręconymi włosami, trochę ulizanymi żelem. Co oni w tym widzą? Jednak nawet widząc żel, nie mogła zaprzeczyć, że jest przystojny.

— Oj, Holandio, tego się nie spodziewałam. A to dopiero drugi dzień. Czy wyczerpałam już limit na cały pobyt w poznawaniu przystojnych facetów? — przeszło jej przez głowę.

Weszli do biura i Wiki wyjaśniła mu sytuację. Gdy Lucas, już teraz współpracownik, dzwonił i załatwiał dla niej przepustkę, przyglądała mu się uważnie. Idealnie ułożone włosy. Szara marynarka i, co dziwne, szare spodnie od garnituru. Do tego biała koszula, idealnie wyprasowana, i cienki krawat, który wyraźnie mu przeszkadzał, bo ciągle go przesuwał przy kołnierzyku. A ona ciągle w ciuchach z dnia poprzedniego czuła się tam trochę nie na miejscu. Na szczęście miała nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. W końcu miała jeszcze dzień wolny. Gdy udało się zdobyć już kartę na poniedziałek, Lucas zapytał:

— Nie mogłaś już wytrzymać i postanowiłaś poznać nas lepiej już dzisiaj?

— Właściwie… przyszłam, bo mam mały problem. Gdy opowiedziała całą sytuację, Lucas nie mógł przestać się śmiać, po czym przeprosił ją i kazał jej opowiedzieć całą sytuację od nowa.

— A więc gdzie spałaś? U zupełnie obcej osoby? Ale jak? Ludzie nie zapraszają dopiero co poznanej osoby do siebie tak po prostu? Zwłaszcza w Holandii. Jak to zrobiłaś?? Pytania trwały jeszcze dłuższą chwilę. W końcu Lucas przedzwonił do właściciela mieszkania.

— Więc tak. Masz rację… pomylił się i rzeczywiście zabrał klucze od mieszkania, a zostawił ci klucze od swojego domu. Dopiero jak zadzwoniłem, sprawdził i rzeczywiście dostałaś nie te, co powinnaś.

— Uf… a już myślałam, że ze mną jest coś nie tak albo że drzwi w tym kraju mnie nie tolerują. To kiedy dostanę klucze?

— Tu mamy problem…

— Nie strasz mnie! Jaki problem? Kosmici go porwali?

— Jeszcze nie, ale zanim się z nim zobaczysz, to wszystko się może zdarzyć!

— Tego się obawiam… trzęsienie ziemi?

— Na szczęście pojechał tylko z rodziną na wesele do Eindhoven.

— I co to znaczy dla mnie?

— Wracają w niedzielę wieczorem. Więc masz dwie opcje: pojechać tam i odebrać klucze lub przeczekać gdzieś do niedzieli.

— Przeczekać do niedzieli?? Nie mam gdzie się zatrzymać, nie mam komórki, która jest zamknięta razem z resztą rzeczy, nie mam w co się przebrać ani nawet nie mam karty kredytowej, żeby cokolwiek kupić.

— Spokojnie. Jakoś to załatwimy. Mogę z tobą pojechać jutro, jeśli chcesz. Dzisiaj nie dam rady. Po południu mamy jeszcze ważną konferencję i nie wiem, o której się skończy.

— Jutro?? A co ja mam zrobić do jutra? Spać przy kanale? Swoją drogą może nawet niezła opcja… tanio i wykąpać można się z rana. Może złowię też jakąś rybę na śniadanie.

— Poczekaj. Powiedziałaś, że dzisiaj spałaś z sąsiadem. Mam na myśli u sąsiada. Myślisz, że dzisiaj mogłabyś u niego jeszcze zostać?

— A jak to sobie wyobrażasz? Proszę obcego faceta o to, żeby mnie przenocował? I tak już dużo mi pomógł.

— Masz do niego telefon?

— Mam. W bardzo staroświecki sposób zapisany na kartce. Dlaczego?

— Daj. Patrzyła na niego przez chwilę zdziwiona, ale co miała zrobić. Już i tak nie miała nic więcej do stracenia. Lucas zadzwonił do Marco. Na szczęście rozmawiali po angielsku, więc mogła śledzić tok rozmowy. Jednak nie była dokładnie pewna, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki.

— Załatwione — poinformował Lucas. — Tak jak ustaliliście, zobaczycie się w tej włoskiej restauracji. Przepraszam, ale nazwa już mi uciekła. Będzie na ciebie czekał i nie wiem, co jest między wami i jak to zrobiłaś, ale powiedział, że bez problemu możesz zostać u niego jeszcze jedną noc, a nawet i do poniedziałku. Może być?

— A mam tu coś do gadania i inne wyjście?

— Słuchaj, tu masz mój numer. Jutro o 10 rano odbiorę cię spod domu i pojedziemy do Eindhoven. Odbierzemy klucze i będziesz mogła wieczorem już spokojnie spać w swoim łóżku. Umowa stoi?

— Stoi. — Wstała powoli, oszołomiona tym wszystkim, co działo się dookoła. Nigdy nie przypuszczała, że taki będzie jej pierwszy dzień w Holandii. Wychodząc, zawróciła jeszcze w drzwiach. — Dziękuję! Lucas spojrzał na nią zaskoczony. — Jutro bądź punktualna! O 10 jestem pod twoim domem. W razie czego mam numer twojego sąsiada. Dzwoń, jakbyś czegoś potrzebowała. Spojrzała na niego ostatni raz i wyszła. Miała przepustkę do biura. Mogła teraz tam wchodzić, kiedy chciała. Przynajmniej mogę spać tutaj, jeśli Marco mnie wyrzuci — pomyślała i zaśmiała się sama do siebie z absurdu sytuacji. Odpięła rower i ruszyła w kierunku centrum. Miała jeszcze godzinę do spotkania z Marco. Nie miała przy sobie nic oprócz mapy i 20 euro, które dał jej Lucas w ostatnim momencie.8

Roześmiani wyszli z wieży, ciągle przekomarzając się o kolację. I wtedy Wiki zamarła.

— Czy to nie tutaj zostawiliśmy rowery? Marco podążył za jej wzrokiem. Nie było rowerów. Ani jednego. Tylko jedno koło przyczepione do stojaka.

— Czy to się dzieje naprawdę? — Marco zaczął się śmiać z wyczuwalną nerwowością w głosie.

— To są jakieś żarty?

— Ukradli nam rowery?! — Wiki pytała sama siebie niedowierzając. Marco spojrzał na nią. Myślała, że dostrzeże w jego wyrazie twarzy złość, a tam było tylko rozbawienie.

— Chodź! Mamy ładny kawałek drogi do domu. A musimy jeszcze zdążyć na twoją kolację.

— Nie zgłosisz tego na policję?

— Policję? Tu każdego dnia kradną tysiące rowerów. Co zrobi policja? Spisze zeznania. Spędzimy godzinę na komisariacie, jeśli mamy szczęście. Potrzebne nam to?

— Marco, ukradli ci dwa rowery. Nic z tym nie zrobisz?

— Nie. — I najspokojniej na świecie ruszył przed siebie.

— Przepraszam. I to jeszcze jeden ukradli z mojej winy.

— Po pierwsze, za dużo przepraszasz i dziękujesz. Po drugie, to już nie pierwszy raz mi się zdarzyło. Jutro pójdę na rynek i kupię nowy. Po trzecie, ten drugi i tak nie był mój.

— To czyj on był?

— Nieważne. Nie przejmuj się tym. Jutro pójdę i kupię dwa takie same i nikt niczego nie zauważy. Widzisz, ile tego jeździ? Każdego dnia kradną i sprzedają tysiące z nich. Inni właściciele zostawiają i nie pamiętają nawet gdzie. Tak to już jest. Czasami ktoś się nimi zaopiekuje.

— Zaopiekuje? Kradzież nazywasz opieką?

— Tak już jest. Trzeba się z tym pogodzić. To co, idziemy do domu?

— A mam inne wyjście?

— Możesz tu nocować. Nie takie miałaś plany?

— Bardzo śmieszne. — Wiki uderzyła lekko Marco w bok. Ruszyli do domu. Był inny niż myślała Wiki. Wyluzowany. Zero nieśmiałości. Co ukrywał? Przecież nie może być tak idealny, na jakiego wygląda. Zupełnie nie wzruszyła go kradzież.

Oaza spokoju. — Myśli i pytania szalały jej w głowie. Gdy tak spacerowali, rozmawiali o życiu, o sobie. Poznawali się lepiej.

— Zawsze tak masz? To, że tyle się wokół ciebie dzieje?

— Proszę cię. To jednak wielka seria porażek odkąd przyjechałam. I ciągle jestem w tych samych ciuchach. Nawet nie mogłam się przebrać. I wygląda, że do jutra nie będzie mi to jeszcze dane.

— Ja uważam zupełnie odwrotnie.

— Co masz na myśli?

— Źle się bawisz?

— Nie, ale…

— Ale co? Czy życie to nie właśnie to? Te momenty, których nie jesteś w stanie w żaden sposób zaplanować? Dziwne zbiegi okoliczności?

— A co by było, gdybym wyszła w bieliźnie na taras?

— To ja tu głęboko o życiu, a ty wyskakujesz z bielizną? No ładnie się porobiło.

— Przepraszam.

— I znowu przepraszasz!

— Przepraszam, że ciągle przepraszam! Masz rację. Nie spodziewałam się, że tak to się potoczy. Jestem tak samo w szoku jak ty. Takie rzeczy mi się nie przydarzają. Mam zwykłe nudne życie. A może już nie. Może miałam.

— Jak masz więcej takich niespodzianek, to mnie poinformuj, bo bawię się przednio.

— Tak, chyba masz rację… właśnie te momenty mają znaczenie. Te, których nie oczekiwaliśmy. Nigdy bym się nie spodziewała, że będę dzisiaj spacerować w tych ciuchach z nieznajomym, a co więcej jeść z nim śniadanie, a teraz czeka mnie jeszcze kolacja, którą ja sama przygotuję. Czy to sen i zaraz się z niego obudzimy?

— Mam nadzieję, że nie. Chodź! Kupimy ci jakiś ciuch, żebyś nie musiała chodzić w bieliźnie po domu, bo tego już bym nie przetrwał. Nie dała mu rady wyperswadować pomysłu z głowy. Więc w końcu zgodziła się, żeby zapłacił za prostą, ale elegancką sukienkę, w której jakimś cudem promieniała. Czy to zmiana kraju tak na nią działa? Nie miała makijażu, a czuła się przecudownie. Już dawno nie czuła się tak wolna. Wykorzystując dobre chęci Marco, kupiła jeszcze puder i tusz do rzęs, żeby następnego dnia mogła czuć się jeszcze lepiej. Marco miał rację. Czego więcej chcieć? Świetnie się bawiła mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło. Doszli do domu koło 21. Wiki, jak obiecała, przygotowała kanapki i sałatkę z pomidorów oraz zaparzyła herbatę. Mięta z miodem. Marco odpisywał na jakiegoś maila i rozmawiał z kimś przez komórkę po włosku, więc nie rozumiała nic oprócz pojedynczych słów, które i tak nie miały dla niej żadnego sensu. W międzyczasie Wiki miała czas przygotować stół i usiadła na kanapie, przełączając kanały w telewizorze. W końcu nastawiła na radio. I wtedy przyłączył się do niej Marco.

— Dobrze ci w mojej koszulce, wiesz?

— Wiem. Mój kolor. Mogę ją przygarnąć? Proszę? — spojrzała na niego tym kocim wzrokiem, któremu nie mógł powiedzieć nie. Słuchali muzyki i rozmawiali. W pewnym momencie rozmowa zeszła na wino leżące na stojaku i nie wiadomo kiedy, jedna z butelek została opróżniona.

— Świetnie się dzisiaj bawiłam. Zawsze tak dziewczyny oprowadzasz? Przyznaj się? — Zażartowała. Widać, że masz wprawę.

— Złapałaś mnie. Przyłapany na gorącym uczynku. Taki to już jestem. — Podniósł ręce w geście kapitulacji.

— To ile ich było?

— Kogo?

— Wpatrzonych w ciebie Holenderek?

— Żadnej.

— Nie wierzę w ani jedno słowo. No przyznaj się! Ja cię nie oceniam.

— Tysiące! Teraz pasuje?

— To już prędzej w to uwierzę.

— Tak źle o mnie myślisz?

— Dlaczego źle?

— Uważasz mnie za typowego psa na baby.

— Uważam cię za typowego Włocha!

— A co ma jedno do drugiego?

— Wiesz jak mówić, żeby zdobyć to, co chcesz. Typowy bajerant, czyż nie?

— To taka jest opinia o Włochach?

— A nie wiedziałeś?

— Nie oczekiwałem tego od ciebie.

— Cóż, widocznie pozory mylą.

— Widocznie. Pytanie, czy w złą, czy dobrą stronę.

— Tego właśnie nie wiem. Przyjrzała mu się chwilę, nie mówiąc nic. Zaczęła zbierać naczynia ze stołu i wkładać do zmywarki. Marco też się ruszył i zaczął jej pomagać. Wino sprawiło, że w jej głowie zaczęły wirować różne myśli. Nie miała ochoty iść spać, ale jutro musiała wstać wcześnie rano. Rozmawiali jeszcze chwilę przy blacie kuchennym i postanowiła, że już czas udać się do łóżka. Nie wiadomo skąd w jej głowie pojawiła się myśl, żeby dać jeszcze Marco przyjacielskiego buziaka na dobranoc. I sama nie wiedziała kiedy, a może on też chciał zrobić to samo, dała mu buziaka w usta. Odwrócił się niespodziewanie i wycelowała prosto w jego usta.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij