-
nowość
Włoski happy end - ebook
Włoski happy end - ebook
Ucieknij do skąpanej w słońcu Italii w tej pełnej ciepła i absolutnie wciągającej historii…
Lou, dziennikarka telewizyjna, wciąż próbuje pozbierać się po rozwodzie. Kiedy pojawia się możliwość wyjazdu z córką Edie na miesięczny obóz muzyczny we Włoszech, Lou bez wahania korzysta z okazji. Nowe miejsce, nowi ludzie i nowe doświadczenia wydają się dokładnie tym, czego potrzebuje, a letnie słońce nad malowniczym jeziorem Garda powoli przywraca ją do życia.
Nick Romano, nauczyciel muzyki Edie, uwielbia wracać do rodzinnych Włoch, choć przygotowywanie uczniów do koncertu w Mediolanie budzi w nim trudne wspomnienia. Znajomość z Lou staje się dla niego miłą odmianą od trosk codzienności, choć byłoby im z pewnością łatwiej gdyby członkowie licznej rodziny Nicka nie wściubiali ciągle nosów w nie swoje sprawy…
Mijające lato pełne jest słońca, zapierających dech widoków, lodów gelato i pysznego włoskiego jedzenia. Lou i Nick z każdym dniem stają się sobie coraz bliżsi. Ale gdy nadchodzi czas pożegnania, oboje muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zostawią swoje uczucia pod włoskim niebem, czy może wakacyjna miłość może trwać całe życie?
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68872-66-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niech go szlag. Phil wygrywał tę potyczkę. Patrzył na nią z pobłażaniem a w jego oczach malowało się ciepło, niemal czułość. Lou przegrywała. Zaciskała szczękę tak mocno, że poczuła się jak naburmuszony dzieciak z aparatem na zębach. Wygładziła dłonią po dopasowaną spódnicę. Konfrontacja z nim w służbowym stroju miała utwierdzić ją w przekonaniu, że stać ją na dorosłe podejście. A tymczasem najchętniej uciekłaby do domu i przebrała się w dres, jak robiła to zwykle po pracy.
– Ma jedenaście lat, Lou. To jej ostatnie wakacje przed nową szkołą. Nie możesz trochę odpuścić?
Mało tego – był głosem rozsądku. Phil nigdy nie podnosił głosu, bo nie musiał. Był z tych mężczyzn, którzy coś mówią – i sprawa jest załatwiona. Do tego wciąż był przystojny – nawet teraz, w wieku czterdziestu czterech lat – więc nigdy nie był singlem zbyt długo. Nie mogła winić kobiety, która została jego dziewczyną zaledwie kilka miesięcy po ich rozstaniu… choć właściwie mogła. I zamierzała. To chyba prawo niemal już byłej żony, prawda?
– Jedyne, czego pragnie Edie, to muzyka. Elitarne korepetycje i próby orkiestry są dla niej rajem. Do niczego jej nie zmuszam.
Kącik jego ust drgnął.
– A kilka tygodni we włoskim słońcu to dla ciebie wizja miłych, darmowych wakacji?
Pierwsze trafienie. Byłaby nawet zadowolona, gdyby zachowywał się jak niedojrzały były mąż, tyle że on po mistrzowsku potrafił uderzać w jej nadwrażliwy punkt: głęboko zakorzenione poczucie niskiej wartości.
– To nie są dla mnie wakacje. Jadę jako opiekunka i sama za wszystko płacę. Zgłosiłam się tylko dlatego, że Edie jest jedną z najmłodszych uczestniczek. Większość rodziców cieszy się na trzy tygodnie wolnego od dzieci przed konkursem.
– Zawsze możesz wysłać ją do nas. Wiesz o tym. Nie musisz robić z siebie męczennicy.
Lou zakrztusiła się jego współczuciem, życząc mu tego samego. Wzięła głęboki oddech. Powinna już była pogodzić się z tym, że Phil nigdy się nie zmieni – przynajmniej jeśli chodzi o nią.
– Możemy wrócić do sedna? Edie chce jechać, a to wyjątkowa okazja. Ten festiwal młodzieżowy odbywa się tylko co cztery lata. Zagra w orkiestrze pod batutą profesjonalnego dyrygenta i weźmie udział w konkursie.
Phil uniósł rękę.
– Przeczytałem informacje, które mi wysłałaś. Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego nasza jedenastolatka musi brać udział w bardzo drogim konkursie. Już i tak postawiłaś mnie pod ścianą przy wyborze szkoły. Powiedziałbym, że w tej chwili twój kredyt zaufania u mnie jest na wyczerpaniu.
Lou cofnęła się, jakby ją uderzył. Potrzebowała „kredytu”, żeby Phil w ogóle rozważył jej zdanie w sprawie ich córki? Jak była żona ma niby na taki kredyt zapracować? Nie dość, że musiała z kamiennym spokojem ignorować codzienne trudności samotnego wychowywania dziecka, to jeszcze powinna „zarządzać” Philem, żeby razem podejmowali najlepsze decyzje dla Edie. Boże, jakie to było przygnębiające.
Phil patrzył na nią z nienaganną fryzurą i ciepłymi oczami, w których drobne zmarszczki dodawały mu uroku – u niej nazwano by je kurzymi łapkami. Nic dziwnego, że rzuciła się na niego dwanaście lat temu, kiedy była młodą, naiwną absolwentką z marnym rozeznaniem w świecie – i jeszcze gorszym podejściem do antykoncepcji. Znacznie trudniejsze było to, jak ma sobie z nim radzić teraz.
– Wiesz, jak bardzo kocha grać na skrzypcach.
– Wiem. Niewiele poza tym robi.
U Phila Edie ćwiczyła szczególnie pilnie – bo oznaczało to mniej czasu spędzonego z jego przesadnie miłą partnerką.
– Nadal nie jestem przekonany, czy powinniśmy wspierać tę jej obsesję.
– W takim razie ucieszy cię wiadomość, że program obozu to uwzględnia. Owszem, mają codzienne próby, ale jest też czas na zajęcia na świeżym powietrzu i warsztaty budowania własnej wartości. Chyba oboje się zgodzimy, że dobrze by było, gdyby Edie nabrała pewności siebie także poza muzyką.
Ledwie dostrzegalny błysk w jego oczach zdradzał, że czuje presję. Ale Phil nigdy się nie cofał. Zamiast tego spokojnie przeszedł do kontrataku.
– Czyli planujesz zmusić Edie do wspinaczki na linach, podczas gdy sama będziesz siedzieć w słońcu w Sirmione, popijając Aperol Spritz?
Lou z trudem przełknęła odruchową, obronną odpowiedź. Musiała sprawić, żeby Phil myślał, że decyzja należy do niego – a jednocześnie doprowadzić go do punktu, z którego nie będzie mógł się wycofać. Jeśli trzeba, zmanipuluje go, żeby się zgodził.
Dlaczego nie wpadła na to jeszcze wtedy, gdy byli małżeństwem?
– Widzisz, to nie będą dla mnie wakacje. Muszę pomagać przy nadzorze w parku linowym, czymkolwiek to w praktyce jest.
W jego spojrzeniu coś drgnęło.
– Nie jestem pewien, czy dzieci będą bezpieczne pod twoją opieką.
Ona też nie była, ale miała wrażenie, że to akurat nie ma większego znaczenia.
– Wyjazd organizuje nauczyciel muzyki ze szkoły. Przyjadą dzieci z całej Wielkiej Brytanii i nie będę jedyną opiekunką.
– Zdajesz sobie sprawę, że miała spędzić tydzień wakacji z nami.
– Dlatego pytam z pięciomiesięcznym wyprzedzeniem. Tak naprawdę chciałaby, żebyś przyjechał na konkurs do Mediolanu po obozie.
Ugryzła się w język, zanim dodała coś złośliwego w rodzaju: _skoro od naszego rozstania nie pojawiłeś się na żadnym jej koncercie._
– Jeśli to niemożliwe, to zostaje tydzień wakacji przed albo po. Nie próbuję ci jej zabierać.
Phil westchnął, a ona w duchu przewróciła oczami. Zaraz miał zaserwować jej solidną porcję poczucia winy i cisnąć nią prosto w nią, choć pewnie potem i tak wyrazi zgodę. To westchnienie było wystarczającą zapowiedzią.
– Lou, powiedz mi szczerze… nie naciskasz na nią przez własne problemy?
Lou znieruchomiała. Uprzedzenie nie pomogło. Trafił dokładnie tam, gdzie wiedział, że zaboli.
– Jakie problemy?
– No cóż… nie jesteś szczególnie muzykalna…
– Wiem. Nadal nie mam pojęcia, skąd Edie wzięła swój talent, ale pokochała muzykę, odkąd w pierwszej klasie dostała flet. To nie ma nic wspólnego ze mną.
– Zgadzam się, że muzyka to dobre zajęcie, zwłaszcza że ma w sobie tyle samo zapału do sportu, co ty. Ale dzieci w jej wieku bawią się z rówieśnikami. Nie chcę, żeby straciła dzieciństwo tylko dlatego, że boisz się, iż wyrośnie na kogoś takiego jak ty, zwyczajnego i bez talentu.
Lou zachwiała się lekko. Bóg jeden wiedział, że miał rację – ale to nie dawało mu prawa mówić tego na głos.
– Nie naciskam na nią.
Czy naprawdę nie? Nienawidziła tego, jak Phil – emanujący tą swoją męską pewnością siebie – potrafił zasiać w niej wątpliwość i zmieszać ją z błotem, nawet jeśli wcale nie miał takiego zamiaru.
Znał ją lepiej niż ktokolwiek inny – i ta myśl była niemal nie do zniesienia. Wiedział, że ma tę pracę tylko dlatego, że pociągnął za odpowiednie sznurki w stacji telewizyjnej, kiedy była gotowa wrócić do pracy po rozpoczęciu przez Edie przedszkola. Wiedział też, co inni producenci mówili o niej za jej plecami, kiedy ze względu na niepełny etat nie było jej w redakcji. Wiedział, że pod maską profesjonalizmu chowa się kobieta pełna wątpliwości, czy rzeczywiście powinna z taką pewnością siebie prezentować fakty przed wierzącymi w jej słowa widzami.
Skrzyżował ramiona i przyjrzał się jej uważnie. Próbowała wzbudzić w sobie oburzenie na jego protekcjonalną wyższość, lecz w gardle dławiły ją wątpliwości i żal.
– Dobrze – powiedział nagle.
– Co?
– Powiedziałem: dobrze. Wygrałaś. Może jechać na ten obóz. Nie obiecuję, że ja i Winny przyjedziemy na konkurs, ale spróbujemy.
_Wygrałaś…_ Jasne. Ale Edie będzie zachwycona. Uwielbiała swojego nauczyciela i, kiedy Lou powiedziała jej, że będzie musiała poprosić Phila o pokrycie kosztów, bardzo się martwiła, że się nie zgodzi.
– Świetnie – odparła z wymuszonym uśmiechem. – Dam znać nauczycielowi i odezwę się, kiedy będzie trzeba wpłacić pierwszą ratę. Podpiszesz zgodę?
Zaczęła grzebać w torebce i wyciągnęła pogniecioną kartkę. Rok wcześniej nie przyszłoby jej do głowy, ile dokumentów wymaga podpisów obojga rodziców – ani ile bólu może kosztować zdobycie jednego podpisu.
Phil oparł się o biurko i zamaszyście podpisał formularz, po czym oddał jej go z uśmiechem, który kiedyś nazywała „czarującym”.
– Właściwie, skoro już tu jesteś, możemy odhaczyć jeszcze jedną rzecz z listy.
Jego głos był łagodny i uprzejmy – jak zawsze – dlatego nie była przygotowana na to, co nastąpiło, gdy wyciągnął z szuflady biurka oficjalnie wyglądającą kopertę.
– Zobacz, co przyszło dziś rano. Oszczędzi mi to wysyłania tego do twojego prawnika. Zatwierdzenie przez sąd to pewnie tylko formalność. Składasz wniosek o orzeczenie rozwodu, czy mam to zrobić ja?
Wzięła dokument drżącymi palcami, czując, jak wszystko się w niej spina.
_Tak bardzo się spieszę, żeby się z tobą rozwieść, że mogę załatwić tę całą paskudną papierologię, jeśli chcesz. Skoro jesteś taka zwyczajna i bez talentu, a ja jestem w siódmym niebie ze szczupłą Winny, to może od razu podejmę kroki, żeby się od ciebie uwolnić – razem z córką, której nigdy nie chciałem, ale którą teraz będę łaskawie współwychowywał, dziękuję bardzo?_
Lou skrzywiła się lekko. Zbyt dobrze potrafiła odtwarzać w głowie jego gładki, raniący ton.
– Ja się tym zajmę.
Uniósł brew.
– Na pewno? Tak długo zajęło ci skontaktowanie się z prawnikiem w sprawie ugody. Mogę zająć się resztą.
Poczuła, jak policzki oblewają się rumieńcem. Musiał myśleć, że zwleka z finalizacją rozwodu. Sama nie była pewna, dlaczego tak ociągała się z ustaleniami finansowymi. Gdy przebrnęła przez upokorzenie, jakim było określenie relacji z Winny mianem „zdrady małżeńskiej” w pozwie rozwodowym, czuła, że wyczerpała już limit wytrzymałości na tę całą potworną batalię. No i co z tego, że on poczuł się wolny od chwili ich rozstania i znalazł sobie dziewczynę w ciągu kilku miesięcy? Powinna się raczej cieszyć, że dzięki temu nie musieli czekać pełnych dwóch lat, żeby rozwieść się z powodu separacji.
– Dobrze – powiedziała. – Dam ci znać, kiedy sąd zatwierdzi ugodę, i wtedy możesz złożyć wniosek.
– Świetnie. Cieszę się, że mamy to załatwione.
No pewnie, że się cieszysz.
Pochylił się, żeby pocałować ją w policzek na pożegnanie, a ona zmusiła się, by się nie cofnąć. Czy naprawdę tak mało go to obchodziło, że potrafił tak po prostu ją pocałować – po rozpadzie niemal dwunastoletniego małżeństwa?
Ruszyła w stronę drzwi, uważając, żeby w szpilkach poruszać się powoli i pewnie. Przy samym wyjściu przypomniała sobie, że to jeszcze nie koniec.
– Masz w kalendarzu wiosenny koncert Edie?
– Tak, oczywiście.
– Kupiłam już bilety.
– Trzeba kupować bilety?
– Tak, to na rzecz rady rodziców. Chcą kupić nowy sprzęt sportowy.
– Nadal jesteś w komitecie?
Zacisnęła usta. Jak wyobrażał sobie, że miałaby chodzić na zebrania, skoro co wieczór musi być w domu z Edie?
– Nie – zawahała się chwilę. – Koncert jest w teatrze przy liceum.
– Tak, pamiętam.
Miał świadomość, że nie było go na jej dwóch poprzednich występach, lecz nie dał jej dojść do słowa, by nie mogła mu tego wytknąć.
– To do zobaczenia.
Wyszła, zanim którekolwiek z nich zdążyło poruszyć kolejny z wielu tematów, o których wciąż nie wolno było wspominać. Miała go zobaczyć tuż przed Wielkanocą – jako zwyczajna, pozbawiona talentu kobieta, już po oficjalnym rozwodzie.
* * *
Zmysł organizacyjny Lou, który i tak nigdy nie był jej mocną stroną, zawiódł całkowicie w chwili, gdy tylko zajęła miejsce za kierownicą. Tego ranka przyjechała do pracy autem – i zapłaciła horrendalną kwotę za parking – żeby mieć czas spotkać się z Philem w jego biurze, a potem wrócić po Edie do szkoły.
Umówiła się – bo najwyraźniej trzeba się umawiać, żeby zobaczyć ojca własnego dziecka – na czwartek, ponieważ Edie miała próby chóru do czwartej, co dawało Lou więcej czasu na powrót. Plan był prosty: założyć maskę prezenterki wiadomości, przez pół godziny udawać, że wie, co dzieje się na świecie, w trakcie południowego serwisu, którego i tak nikt nie oglądał, potem pojechać do biura Phila i wyjść stamtąd pewnym, zwycięskim krokiem. Może właśnie tu popełniła błąd. Lou nawet w najlepsze dni nie potrafiła chodzić pewnie w szpilkach, a to zdecydowanie nie był jeden z tych dni.
Kiedy w końcu przebrnęła przez to spotkanie, okazało się, że jakimś cudem uciekło jej pół godziny. Siedziała za kierownicą swojego małego samochodu, uwięziona między dokumentem oznaczającym koniec ich małżeństwa a słowami „zwyczajna” i „bez talentu”. Domyślała się, że wypłakała z siebie połowę zapasów wody i soli; jej twarz płonęła, a oczy wciąż były mokre, kiedy wreszcie wyrwała się z odrętwienia, zaklęła pod nosem i gwałtownie wrzuciła bieg.
Jak Phil śmiał zarzucać jej, że naciska na Edie przez własne kompleksy? To on związał się z jakąś cholerną baletnicą. Jakie dzieciństwo miała ta święta Winny? Najwyraźniej Phil uznał, że jej poświęcenie dla sztuki były tego warte, skoro była o tyle bardziej pożądana niż jego była żona „bez talentu”. Co on właściwie chciał przekazać swojej córce?
Lou daleko było do doskonałości, ale przynajmniej wiedziała, co jest w życiu ważne – mimo że w tej chwili zawodziła właśnie tam, gdzie zależało jej najbardziej. Zatrzymała się pod szkołą dziesięć minut po czwartej, z ulgą zauważając, że nie ma już innych rodziców, którzy mogliby ją zobaczyć w stroju poważnej dziennikarki, którą udawała przez dwadzieścia godzin tygodniowo. Jedna z nauczycielek właśnie wychodziła, więc Lou przemknęła za nią przez bramkę, wdzięczna, że ominie ją dodatkowe upokorzenie w postaci dzwonienia do pokoju nauczycielskiego, żeby ktoś ją wpuścił.
Pobiegła rampą do sali muzycznej – tej części szkoły, którą znała najlepiej – i wpadła do środka.
– Przepraszam, że się spóźniłam!
Uśmiech Edie – ciepły, ale lekko zakłopotany – ścisnął Lou żołądek dziwną mieszanką ulgi, dumy i niepokoju. Dziewczynka siedziała na stołku przy pianinie, machając nogami i ściskając nuty chóru. Lou wyciągnęła rękę, a Edie natychmiast podbiegła i wtuliła się w jej bok – przywracając jej świat do porządku. To był cud, którym Lou nigdy nie przestała się zachwycać.
Dopiero wtedy mogła wziąć głęboki oddech i stawić czoła muzyce… a konkretnie nauczycielowi muzyki. Przykleiła do twarzy uśmiech. Patrzył na nią, co samo w sobie było dziwne. Pan Romano zwykle obdarzał rodziców swoich uczniów uprzejmym, zdystansowanym uśmiechem i w subtelny sposób ucinał dalszą rozmowę. Ale tego popołudnia, kiedy patrzył na nią zza czarnych oprawek, a jego dłoń powędrowała do kręconych, czarnych włosów, Lou niezręcznie przypomniała sobie, że wśród bardziej rozgadanych mam uchodził za „najprzystojniejszego nauczyciela”.
– Eee… proszę się nie martwić. Edie pomagała mi uporządkować nuty na przyszły tydzień.
To miało ją uspokoić, ale wciąż patrzył na nią tak, jakby coś było nie w porządku. Czy nagle zaczęła bić od niej łuna z napisem „przegrana”, którą mógł dostrzec każdy, a nie tylko Phil?
Rany, miał takie ładne oczy – w kolorze osiemdziesięcioprocentowej gorzkiej czekolady, obramowane gęstymi, czarnymi rzęsami. Ale Lou była raczej typem dziewczyny lubiącej mleczną czekoladę Cadbury. Pan Romano ze swoimi stylowymi czarnymi okularami, szerokimi ramionami i szlachetnym, czekoladowym spojrzeniem wydawał się zbyt wyrafinowany nawet dla jej nieprzyzwoitych myśli.
Dlaczego więc nadal się na nią patrzył?
– Następnym razem będę punktualnie – mruknęła, odwracając wzrok.
– Naprawdę nic się nie stało. Wszyscy mamy… życie.
Spojrzała na niego i zobaczyła, że patrzy na jej buty. Uśmiechnęła się z ulgą. Zwykle nie odbierała Edie w stroju do pracy. Fakt, że porzuciła swój codzienny strój, złożony z luźnych dresów i sneakersów, z pewnością wprawił go w zdziwienie.
Wyprostowała się i uniosła stopę, pokazując lakierowaną szpilkę.
– Ładne, co? Nie wiem tylko, czy robią takie w pana rozmiarze.
Jego spojrzenie natychmiast wróciło do jej twarzy, a w oczach pojawiło się coś na kształt zakłopotania. To uczucie szybko udzieliło się i jej. W duchu skarciła się za jedną rzecz, w której naprawdę była dobra: robienie kiepskich żartów w najgorszym momencie.
– Przepraszam, nie chciałam sugerować… chociaż to nic złego, jeśli pan… Pewnie wyglądałby pan dobrze…
Ugryzła się w język.
Przełknął ślinę, a ona zauważyła ruch jego jabłka Adama.
– W przebraniu? – dokończył z niedowierzaniem.
Zamrugała. Edie patrzyła na nich oboje z niepokojem. Czy go obraziła? Jaka rozwiedziona matka rozmawia w ten sposób z przystojnym nauczycielem? Zwyczajna, bez talentu. Już miała zacząć przepraszać, kiedy na jego twarzy pojawił się lekko zdezorientowany uśmiech. Wzruszył ramionami i parsknął krótkim śmiechem. Najwyraźniej był zbyt uprzejmy, żeby się obrazić.
– Proszę to potraktować jako komplement – mruknęła, a on znów się roześmiał.
Wpatrywał się w nią, pocierając czoło wierzchem dłoni i mierzwiąc przy tym ciemne, kręcone włosy, które były zbyt długie, by pasować do jego schludnego stroju. Ukłon w stronę mody? Czy pan Romano był modny? Zapewne tak. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale Lou miała już dość przejmowania się tym, co myślą o niej mężczyźni – i na pewno nie zamierzała tłumaczyć, dlaczego jest ubrana jak do pracy. Przerzuciła torebkę na przód i zaczęła w niej grzebać.
– Mam dla pana zgodę.
Odgarnęła włosy z twarzy i podała mu kartkę. Edie aż podskoczyła z ekscytacji.
– Tata się zgodził?
Potaknęła i rzuciła okiem na pana Romano; choć na jego ustach błąkał się uśmiech, wciąż lustrował jej twarz w ten deprymujący sposób, jakby miał wgląd we wszystkie jej niedoskonałości.
Edie objęła ją mocno.
– Dzięki, mamo. Wiedziałam, że go przekonasz.
Pan Romano szybko odwrócił wzrok, co tylko zwiększyło jej zakłopotanie. Może to nie była jego sprawa, ale prawda była taka, że musiała niemal błagać swojego byłego męża o zgodę.
– Chodź, Edie.
Poprowadziła córkę do drzwi.
– Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie.
Skinął głową i uniósł rękę.
– Eee… pani Saunders?
Lou znieruchomiała i odwróciła się gwałtownie.
– To znaczy… pani…
Lou spojrzała w sufit, szukając resztek godności.
– O Boże, przepraszam – mruknął.
Przygryzła wargę, niepewna, czy powinna się roześmiać, czy rozpłakać.
– Chyba lepiej, żeby mówił mi pan Louise.
Pochylił głowę z tym samym co wcześniej, lekko skonsternowanym uśmiechem. Jego usta działały na nią wyjątkowo rozpraszająco. Co się z nią dzisiaj działo? Pan Romano był pewnie młodszy od niej – a to był dopiero początek listy powodów, dla których był zdecydowanie poza jej zasięgiem.
– Nadal jest pani zainteresowana wyjazdem jako opiekunka?
Lou zarumieniła się aż po nasadę włosów, modląc się, żeby tego nie zauważył – albo przynajmniej nie domyślił się, dokąd odpłynęły jej myśli.
– Tak? – odpowiedziała zbyt wysokim głosem.
Zawahał się.
– Dobrze – odezwał się w końcu. – Ja… yyy… poproszono mnie o ułożenie grafiku, ponieważ… no, mniejsza z tym, po prostu tak wyszło. Przydałaby mi się pomoc przy programie dodatkowym.
Znowu potarł czoło i poprawił okulary. Myśli Lou natychmiast wróciły do złośliwej uwagi Phila o trasie linowej, co ukłuło ją boleśnie. Uśmiechnęła się szeroko.
– Jasne. Chętnie pomogę.
– Świetnie, dzięki.
Wyglądał na, jakby mu ulżyło i dopiero po chwili przyszło jej do głowy, co on właściwie myśli o tej całej części sportowej.
– Żaden problem. Proszę tylko powiedzieć, co mogę zrobić.
– Powiem. Mamy jeszcze trochę czasu. Cieszę się, że Edie może jechać.
Lou uśmiechnęła się.
– Nie tak bardzo jak Edie – odparła, tuląc córkę do boku. Następnie obie ruszyły w stronę wyjścia.
– Do widzenia, panie Romano!
– Do zobaczenia jutro, Edie.
Bliskość córki sprawiła, że Lou przestała czuć się dziwnie. Odetchnęła z ulgą, gdy obie zapięły pasy, a ona przekręciła kluczyk w stacyjce.
– Mamo, co ci się stało z makijażem?
Rzuciła Edie spojrzenie.
– Zostałam dłużej w pracy, żeby porozmawiać z twoim tatą.
Wzrok dziewczynki złagodniał i wypełnił się czymś w rodzaju współczucia. Lou posłała jej pytające spojrzenie.
– Nie o to chodzi. Masz rozmazany tusz.
Lou znieruchomiała, opuściła lusterko i aż westchnęła, widząc rozmazaną czerń pod oczami i kilka śladów rozwodnionego tuszu na policzku – wyraźny dowód, że płakała. Jęknęła. Serce jej zamarło, kiedy wreszcie zrozumiała prawdę. Nad jej głową nie świecił żaden neon z napisem „przegrana”, ale efekt był właściwie ten sam.ROZDZIAŁ 2
– Na zdrowie! Za twoją wolność! – Zoe uniosła kieliszek.
Ramię Lou było jak z waty, kiedy podnosiła swój. Wymusiła uśmiech i upiła łyk prosecco. Za dużo bąbelków. Tani gin z tonikiem lepiej pasował do jej nastroju, ale przyjaciółki tyle się natrudziły, żeby wyciągnąć ją do pubu, że nie zamierzała zmarnować alkoholu. Nie tyle sączyła wino z elegancją, co raczej łapczywie je pochłaniała.
– To jeszcze nie koniec całej procedury – zauważyła. Ale przed nią i tak rozciągała się nowa, niezbyt przyjemna rzeczywistość.
– Ten etap też można świętować. Zgodził się dać ci pieniądze. Czas na imprezę! – Tina znów uniosła kieliszek i pociągnęła długi łyk.
– Pieniądze to nie jest najgorsza część – stwierdziła Lou. – Albo inaczej: nie naj-naj-gor-sza – poprawiła się z grymasem na twarzy.
Nie kłócili się o finanse, ale choć Phil był cenionym producentem telewizyjnym, w londyńskich realiach nie był bogaty. A kiedy „niebogaty” podzielić przez dwa gospodarstwa domowe i dorzucić do tego jej pracę na pół etatu, to nijak nie dawało się złożyć w ich dawny styl życia. Miała szczęście, że znalazła tę maleńką wynajmowaną klitkę w East Dulwich. Edie opowiadała jej o nowym mieszkaniu Phila – z otwartą na salon kuchnią i widokiem na Westminster – ale on zdążył wziąć kredyt jeszcze przed zakończeniem sprawy rozwodowej, a do tego nie musiał odwozić dziecka do szkoły, więc oczywiście jemu było łatwiej.
Sarah-Jane ścisnęła jej dłoń.
– Nie jest ci smutno z powodu rozwodu?
– Nie! – zaprzeczyła natychmiast, gwałtownie kręcąc głową. Ale czuła smutek. Nie z powodu Phila, krzyżyk na drogę, ale przez… coś innego. – Phil oskarżył mnie o to, że chcę odwlec rozwód.
– On bredzi. Nie słuchaj go – stwierdziła Tina.
Lou chciałaby, żeby to było takie proste.
– Ale ma rację.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
– Chodzi o jego dziewczynę? – zapytała w końcu Zoe.
Lou pokręciła głową.
– Pasują do siebie. I nie chcę do niego wracać.
– To dlaczego nie chcesz się z nim rozwieść?
– Chcę – zaprotestowała słabo. – Wiem. To bez sensu. To tak, jakbym nie chciała już nosić jego nazwiska, ale kiedy je zmienię, to jakby dwanaście lat zniknęło, a do tego córka z innym nazwiskiem. Nie chcę być z Philem. Ale nie chcę też być rozwiedziona z Philem. Nie chcę być „byłą”. Nie chcę za każdym razem prosić go o zgodę na decyzje dotyczące mojego życia i życia Edie! Musiałam wysłuchać tyle bzdur, żeby zgodził się na ten obóz muzyczny.
Znów zapadła cisza.
– Phil to palant – mruknęła Tina.
– Powiedział mi, że nie mam talentu – wyrzuciła z siebie Lou. – Że naciskam na Edie przez własne braki.
– To nieprawda, kochanie – zapewniła ją Sarah-Jane.
Ta szczera lojalność sprawiła, że Lou uśmiechnęła się krzywo.
– Naprawdę? A jaki ja mam talent?
– Jesteś świetną prezenterką – powiedziała od razu Zoe. – Oglądam cię codziennie.
– Dzięki – odparła słabo Lou – ale tę pracę mam tylko dlatego, że Phil pociągnął za sznurki w stacji, a utrzymałam ją wyłącznie dlatego, że to tak okrojone stanowisko, że nikt inny go nie chce. Poza tym to nie jestem ja. Nie znam się na świecie i głupotą było myśleć, że mogę być dziennikarką. Wszyscy w redakcji to wiedzą, dlatego dostaję albo lekkie tematy, albo sam research.
– Wcale tak nie myślisz – zapewniła Sarah-Jane.
Lou wzruszyła ramionami i upiła kolejny duży łyk.
– A czemu nie?
– Zbytnio przejmujesz się Philem – zauważyła Tina.
– To żadna nowość – odparła sucho.
– Brakuje ci jedynie wiary we własne siły – podsunęła jej życzliwie Zoe.
– To coś jak suplement diety?
Tina parsknęła śmiechem.
– Widzisz? Jesteś zabawna. To też talent.
– Nikt mnie nie zaprosi do „Live at the Apollo” – oznajmiła Lou, zaciskając usta. – Jestem zwyczajna. Phil też tak uważa.
– Nie jesteś zwyczajna. Jesteś naszą bohaterką! – oznajmiła Tina z uśmiechem. – Królową ignorowania mody.
– Dzięki… chyba – mruknęła Lou.
– Mówię poważnie – ciągnęła Tina. – Gdyby nie ty, wszystkie myślałybyśmy, że trzeba się stroić na odprowadzanie dzieci do szkoły.
– Nie przypisywałabym sobie aż takich zasług.
Zoe uśmiechnęła się.
– Coś w tym jest. I tak nigdy bym się porządnie nie ubrała. Między mężem a czwórką małych rozrabiaków w moim domu rano jest wystarczająco dużo przekleństw, bez dokładania do tego walki z tuszem do rzęs. Ale miło wiedzieć, że nie jestem sama.
Lou przełknęła ślinę – samo wspomnienie tuszu natychmiast przeniosło ją do wcześniejszej części dnia.
– I to jest kolejna sprawa. Nigdy nie wiem, kiedy przestać mówić. Powiedziałam panu Romano, że dobrze by wyglądał w damskich ciuchach.
– Co zrobiłaś?!
Lou nie była pewna, czy kiedykolwiek słyszała Tinę tak głośno.
– To długa historia.
Zoe zanosiła się śmiechem, zakrywając usta dłonią, a jej kieliszek prosecco niebezpiecznie się przechylał.
– Wiesz co, pewnie by tak było. Ten facet wygląda dobrze we wszystkim.
Tina zachichotała.
– Tak! Sukienka z lat pięćdziesiątych i jedwabna apaszka zawiązana na szyi… idealnie.
– I żadnych sztucznych piersi, tylko jego własna klatka wystająca z dekoltu. O mój Boże!
– Dziewczyny, litości! – jęknęła Lou. – I bez tych wizji wystarczająco trudno będzie mi patrzeć mu w oczy przez resztę roku!
– To ty sprawiłaś, że zrobiło się tak niezręcznie z tym przystojnym nauczycielem – droczyła się Tina.
– To nauczyciel naszych dzieci – westchnęła Lou, szukając wsparcia u Sarah-Jane, ale ta ledwo powstrzymywała śmiech.
– A to nie znaczy, że nie możemy od czasu do czasu go sobie pooglądać – rzekła Zoe. – A co on właściwie powiedział, kiedy stwierdziłaś, że dobrze by wyglądał w takim wydaniu?
Tina znów zachichotała.
Lou westchnęła ciężko.
– Po prostu się uśmiechnął. Wyszłam prosto od Phila. Myślałam, że dziwi się, widząc mnie w stroju do pracy, ale nie zauważyłam, że mam rozmazany tusz i wyglądam jak żałosny szop!
– Założę się, że lubi seksowne szopy – zaśmiała się Tina. – Ten to pewnie ma swoje sekrety.
– Jeśli ma, to na pewno nie dotyczą mnie – powiedziała Lou, marszcząc brwi i mając nadzieję, że wygląda stanowczo, a nie żałośnie.
– Ale chciałabyś, żeby dotyczyły, prawda, kochanie? – mruknęła Tina z przesadnie zmysłowym tonem.
Lou się zarumieniła, ale spróbowała zachować spokój. Przecież żartowały, prawda? Dokuczały jej, bo nic takiego i tak nigdy by się nie wydarzyło. Nie potrafiła spojrzeć na pana Romano jak na kogokolwiek innego niż nauczyciela – prawda?
Wzięła głęboki oddech.
– Nie szukam młodszego chłopaka – zapewniła, licząc, że jej suchy ton ukryje zmieszanie.
– Jedziesz w końcu na ten obóz muzyczny? Phil zgodził się zapłacić Czy to nie jest gdzieś w jakimś urokliwym miejscu, na przykład we Włoszech? – zapytała Sarah-Jane.
Zoe i Tina podniosły głowy jak dwie surykatki.
– Jedziesz na obóz?
Lou skinęła głową możliwie obojętnie, zbierając palcem krople wody z kieliszka.
– Kilka tygodni we Włoszech? – dopytała Zoe. – Z panem Romano?
Lou spojrzała w sufit.
– Tak i tak. Ale to nie romantyczne wakacje z przystojnym Włochem, na litość boską. To obóz muzyczny z trzydziestką dzieci!
– I z przystojnym Włochem – dodała Tina półgłosem. – Dokładnie tego potrzebujesz, Lou. A po roku i tak przestanie być nauczycielem Edie.
– Przez czas obozu nadal będzie jej nauczycielem. Poza tym to nie jest to, czego „potrzebuję”. Potrzebuję trochę dystansu od Phila i spokoju, żeby ogarnąć… wszystko.
– Nie słyszałaś „przystojny Włoch”? – wtrąciła Zoe.
– Dajcie spokój. Poza tym to chyba nie jest tak, że on naprawdę jest Włochem, prawda?
– O, jest – rzuciła Tina, pochylając się do przodu. – Urodzony we Włoszech, mówi po włosku, ma włoski paszport. Prawdziwy, oryginalny egzemplarz.
– No dobrze, ale to niczego nie zmienia. Skąd ty w ogóle to wiesz?
Wzruszyła ramionami.
– Pytanie o takie rzeczy nie jest nielegalne.
Rozmowa zaczynała wymykać się spod kontroli, a Lou miała wrażenie, że razem z nią wymyka się jej godność.
– Wyobrażanie sobie romansu z kimś, kto w ogóle nie jest mną zainteresowany, zdecydowanie nie jest kolejnym krokiem w układaniu sobie życia – powiedziała, starając się zabrzmieć ostatecznie.
– Masz rację – odparła Sarah-Jane. – Ale ten wyjazd i tak może być dokładnie tym, czego potrzebujesz.
– Cieszę się, że wyjadę.
– Tylko pamiętaj, żeby znaleźć też czas dla siebie. Odkąd zaczęłam biegać, jestem dużo szczęśliwsza.
Lou aż zakrztusiła się prosecco.
– Nie wiem, czy jestem gotowa na takie tortury.
Skrzywiła się, gdy ta myśl przypomniała jej o tych kilku nadprogramowych fałdkach, których dorobiła się w ciągu ostatnich lat. Ale kiedy pomyślała o czasie we Włoszech – o spokoju, ciepłym słońcu, innej sztuce i architekturze – nagle zobaczyła w tym szansę.
– Ale mam pewien pomysł.
Zignorowała wymienne, pełne niepokoju spojrzenie Tiny i Zoe.
– Mam przed sobą kilka tygodni poza domem. Znajdę w sobie jakiś talent.
Liczyła na oklaski i entuzjastyczne kiwanie głowami, ale przyjaciółki tylko patrzyły na nią w milczeniu. Tina wyciągnęła do niej rękę z wyraźnym współczuciem.
– Lou…
– Mówię poważnie. – Cofnęła rękę. – Musi być coś, w czym jestem dobra! Będę próbować wszystkiego, aż to znajdę.
Kobiety spojrzały po sobie ponad stołem.
– Przynajmniej będzie się przy tym dobrze bawić – powiedziała Sarah-Jane.
Lou się roześmiała, wreszcie zadowolona z podjętej decyzji.
– Zobaczycie. Wrócę i będę najlepszą wyplataczką koszy, jaką w życiu widziałyście.
– Nie wiem, czy we Włoszech wyplata się kosze.
Lou uśmiechnęła się szeroko.
– Ja też nie wiem. Ale chętnie się przekonam.
* * *
Nick odtrącił dłoń matki, kiedy znów sięgnęła w stronę jego krawata. Wystarczyło, że jego kołnierzyk był tak wykrochmalony, że nadawałby się na pole bitwy. Nie potrzebował jeszcze krawata, który będzie go dusił jak za czasów szkoły średniej.
Musi się wyprowadzić. Po prawie trzech miesiącach mieszkania z matką tracił resztki godności przy każdym kolejnym praniu. Nie wspominając o tym, że opóźniał jej planowany powrót do Włoch. Właśnie przeszła na emeryturę i po szesnastu latach spędzonych w Wielkiej Brytanii postanowiła przyjąć propozycję jego dziadków i pomóc w rodzinnym gospodarstwie. Miał nadzieję, że u podstaw tej decyzji leżała także chęć zamieszkania w tym samym kraju co jego ojciec, który nigdy nie opuścił Mediolanu.
Zamiast jednak zaczynać nowy etap życia, cofała się – przychodziła na jego koncerty i poprawiała mu krawat, jakby znów był nastoletnim cudownym dzieckiem, a nie statecznym nauczycielem muzyki.
– To nie Royal Albert Hall, mamo – mruknął. – Idź już na swoje miejsce. Muszę zebrać dzieciaki.
Wyjrzał na scenę, gdzie ustawiono krzesła dla zespołu skrzypcowego i podesty dla chóru. Technik sprawdzał oświetlenie i Nick zmrużył oczy, kiedy światło go oślepiło. Westchnął i jeszcze raz poprawił węzeł krawata, wyobrażając sobie rzędy szeroko otwartych, przerażonych oczu i kakofonię fałszywych dźwięków, podczas gdy jego nieszczęśni uczniowie będą wiercić się z przejęcia pod ciężarem oczekiwań.
Jedni zniosą to lepiej, drudzy gorzej – czego on, rzecz jasna, był w pełni świadomy.
Zespół skrzypcowy w tym roku był wyjątkowo słaby. Starał się nie myśleć o tym, że tego wieczoru będzie nie tylko dyrygował, ale też grał. Od dawna nie występował na scenie, ale nie miał wyboru. Jeśli nie podeprze drugich skrzypiec, zgubią się, a uczniowie, rodzice, znajomi i nauczyciele będą skazani na rozstrojone wycie instrumentów w rękach grupy wiercących się dzieciaków w wieku od dziewięciu do jedenastu lat. Może i tak nie da się tego uniknąć, ale musiał chociaż spróbować.
Odepchnął od siebie trudne wspomnienia i ruszył do garderoby, gdzie – miejmy nadzieję – rodzice zdążyli już odstawić wszystkie dzieci. I tak pewnie będzie musiał szukać jednego czy dwóch.
– Nick?
Zatrzymał się gwałtownie, słysząc swoje imię przy wejściu na scenę. O Boże, tylko nie teraz. Powstrzymał westchnienie i rozejrzał się, czy jego matka już poszła.
– Naomi – powiedział bez entuzjazmu.
Podeszła do niego miękkim, niepewnym krokiem i uniosła twarz. Zawahał się na ułamek sekundy, po czym uznał, że musi pocałować ją w policzek. Nawet jej zapach wywołał w nim falę mdłości – razem z dobrze znanym dodatkiem w postaci poczucia winy. To nie była jej wina, że miał za dużo własnych problemów, by stworzyć normalny związek.
– Mogę tu być? Wciąż miałam bilet, więc pomyślałam…
– Jasne – skłamał, mając nadzieję, że odczyta jego mowę ciała i szybko zniknie na widowni. Przy jego i tak napiętych nerwach i odpowiedzialności za rozemocjonowane dzieci, obecność Naomi była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował.
To nie była jej wina.
– Wszystko w porządku? – zapytała, unosząc dłoń, żeby odgarnąć mu włosy i przesunąć palcami po jego czole.
Spróbował się nie wzdrygnąć, ale najwyraźniej mu się nie udało. Jej spojrzenie opadło, a usta zacisnęły się w coś, co u Naomi uchodziło za grymas niezadowolenia. Była uosobieniem łagodności i ciepła – stworzona, żeby być ulubioną nauczycielką najmłodszych dzieci. A po sześciu latach budowania bliskości i wspólnych planów zostawił ją z dnia na dzień. Nadal nie wiedział, jak to jej wytłumaczyć – czy w ogóle potrafi to zrobić.
– Muszę przygotować dzieci.
Drzwi prowadzące na kulisy otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła Edie, niemal potykając się o własny futerał na skrzypce. Nie zdziwiło go jej spóźnienie, jednak gniewny, wręcz piorunujący wyraz jej twarzy szczerze go zaniepokoił.
Edie zawsze była zaangażowaną i wrażliwą uczennicą, ale pod koniec poprzedniego roku coś się zmieniło i Nick nauczył się rozpoznawać jej chwiejne nastroje. Jej gra stała się wręcz obsesyjna, w miarę jak na kolejne lekcje przychodziła coraz bardziej emocjonalnie obnażona. W końcu dowiedział się od innych nauczycieli o rozwodzie jej rodziców. Choć Edie milczała, on czuł wszystkie te emocje, które przelewała na instrument podczas gry. Ile razy sam postępował dokładnie tak samo jako chłopiec?
Robił, co w jego mocy, by lekcje muzyki stały się dla niej bezpieczną przystanią. Pozwalał jej po prostu być, nie dając po sobie poznać, że czujnie ją obserwuje, gotów podać jej rękę, gdyby zaczęła się załamywać. Podejrzewał jednak, że Edie jest silniejsza, niż sama myśli. Jej matka natomiast…
„Louise” – jak teraz kazała o sobie myśleć – weszła za nią, patrząc bezradnie w ślad za córką. Zawsze wyglądała, jakby pędziła przez życie, balansując na bombie z opóźnionym zapłonem.
Przez lata, odkąd uczył Edie, celowo nie zwracał na nią uwagi. Skupiał się na dzieciach, nie na rodzicach. A potem Louise pojawiła się pod jego salą muzyczną z zapłakaną twarzą i w pogniecionym stroju, a on z przerażeniem uświadomił sobie, że w tej właśnie chwili dzielący ich dystans zawodowy bezpowrotnie pryska.
Ale dziś liczyła się Edie – zwłaszcza że miała zagrać dwa utwory solowe i występowała zarówno w zespole skrzypcowym, jak i w chórze. Nie zatrzymywał się na myślach o długich, ciemnych włosach Louise, które rzadko były ułożone, ale zawsze wyglądały dobrze, ani o jej luźnym swetrze, który sprawiał wrażenie niedbałego i… swojskiego.
Przywitał się z Edie, gorączkowo szukając na swojej twarzy pogodnego wyrazu, który zdołałby ją uspokoić:
– Wszystko w porządku?
Starał się mówić lekkim tonem. Kiedy jednak spróbowała coś powiedzieć, z jej krtani wydobył się tylko stłumiony szloch. Nick zerknął porozumiewawczo na Louise. Posłała mu wymuszony uśmiech, przepraszając go samym wzrokiem. Rzuciła Naomi szybkie spojrzenie, w którym mimo starań dało się wyczytać ciekawość. Kark Nicka zapłonął żywym ogniem; oczyma wyobraźni widział, jak Louise układa już sobie w głowie opinię o jego eks.
– Jej tata nie przyjdzie – mruknęła Louise.
Edie znów pociągnęła nosem i pobiegła w stronę garderoby. Nick potrącił Louise, gdy oboje ruszyli za nią. Odsunęła się gwałtownie i odgarnęła włosy z twarzy gestem, który kompletnie go rozproszył, więc zdołał jedynie wykrztusić ciche przeprosiny.
– Zobaczymy się później, Nick?
Odwrócił się do Naomi, zastanawiając się, jak długo wpatrywał się w Louise. Skrzywił się, widząc jej łagodne spojrzenie.
– Muszę już iść – powiedział, zbyt ostro ją zbywając.
Podążył za Louise do foyer, gdzie uderzył go szum rozmów, ogólny niepokój i znajomy zapach tremy. Odetchnął głęboko, walcząc z wrażeniem, że ta gęsta atmosfera zaraz go udusi. Edie stała sztywno, ściskając futerał skrzypiec. Jak zwykle miała idealnie uczesane włosy i nienaganny mundurek, aż po falbanki przy skarpetkach. Podszedł bliżej i usłyszał końcówkę urywanej próby pocieszenia ze strony Louise.
– Następnym razem na pewno przyjdzie.
– Nie obchodzi go to – odpowiedziała Edie cicho, niemal łamiącym się głosem. – To po co mam się starać?
Jej emocje udzieliły mu się, jak zresztą za każdym razem. To właśnie najwspanialsza i jednocześnie najbardziej przeklęta strona tego zawodu. W końcu uczył szczerego, emocjonalnego sposobu porozumiewania się, w którym nie było miejsca na fałsz.. Nie dało się ograniczyć do ćwierćnut i legato. Trzeba było mierzyć się z dziećmi przeżywającymi swoje staccato w życiu, nuty wiązane, synkopy – a czasem takie momenty, kiedy nagłe sforzando wywracało wszystko do góry nogami.
Ale to nie była próba. To był efekt ciężkiej pracy i pasji Edie – i nie pozwoli, żeby ktokolwiek jej to odebrał.
Zniżył się, próbując odnaleźć jej uciekające spojrzenie. Na jego twarzy wykwitł nikły uśmiech, gdy napotkał oczy błagające o wyjaśnienia, których nie potrafił jej udzielić.
– Zaczynamy rozgrzewkę, Edie – oznajmił łagodnie. – Nie ćwiczyłaś allegra na darmo.
Dostrzegł, że dotarło do niej to, co starał się jej z całą łagodnością wytłumaczyć. Wiedział, że gra właśnie jedną ze swoich ukochanych kompozycji. Doskonale rozumiał, jak to jest pozwolić palcom latać nad ostrymi strunami i zwyciężać nad potokami nut – kontrolować dźwięki, kiedy cały świat wokół wydaje się pozbawiony sensu.
Przez ułamek sekundy mocniej uścisnął jej ramię.
– To, że go tu nie ma, nie ma nic wspólnego z tobą ani z tym, ile pracy w to włożyłaś. Zawiódł cię, ale wiem, że jeśli tylko chcesz, możesz wyjść na scenę i sprawić, że Händel byłby z ciebie dumny.
Uśmiechnęła się.
– On nie żyje od, no, trzystu lat.
Nick się zaśmiał.
– Jeszcze nie aż trzystu. Dopóki nie sprawisz, że zacznie się przewracać w grobie, wszystko powinno być w porządku.
Przytaknęła mu, mocniej zacisnęła dłonie na skrzypcach i skierowała się tam, gdzie leżały pozostałe instrumenty. Kiedy Nick uniósł wzrok, zobaczył, że Louise wciąż patrzy za Edie, a jej twarz wykrzywia wyraz głębokiego strapienia.
– Będzie dobrze – zapewnił ją. – Lepiej nie robić z tego wielkiej sprawy. Trema jest czymś naturalnym.
Jej wzrok znów spoczął na nim, zmącony poruszeniem, którego nie potrafiła już ukryć.
– Wiem. Dla niej muzyka jest rozwiązaniem, nie problemem.
Przygryzła wargę, przyglądając mu się uważnie. Znów poczuł ciepło na karku. Naprawdę nie potrzebował dodatkowego powodu, żeby patrzeć na jej usta. Co się z nim działo? Dotąd trzymanie dystansu nigdy nie było problemem.
– Dziękuję – mruknęła.
Machnął ręką, bagatelizując jej wdzięczność; chciał jedynie, by odwróciła wzrok i przestała go w ten sposób świdrować oczami.
Uśmiechnęła się.
– No to… powodzenia i tak dalej.
Zamarł, a jego reakcja musiała być aż nadto widoczna, bo jej uśmiech natychmiast zniknął.
– Co?
Potrząsnął lekko głową i zmusił się do uśmiechu.
– Nic.
– O cholera! – rzuciła, unosząc ręce. Mówiła gestami więcej niż jego włoskie babcie. – Nie powinno się życzyć powodzenia, prawda?
– To głupi przesąd. – Niestety wbito mu go do głowy, kiedy był jeszcze podatny na takie rzeczy. – Ale „cholera” działa – dodał.
– Co?
– Możesz powiedzieć „merde” na szczęście. To po francusku…
– Wiem. – Znów się uśmiechała, lecz był to uśmiech delikatniejszy, naznaczony szelmowskim ognikiem. Nick poczuł lekki niepokój, ten wyraz twarzy nieodparcie kojarzył mu się ze szpilkami i występami w pełnym kobiecym rynsztunku. – To jedno z niewielu francuskich słów, jakie znam. Życzę ci więc dużo merde.
Powinien ją pożegnać i wrócić do pracy, ale odwracanie uwagi od własnych nerwów też miało swoje zalety – przynajmniej tak sobie wmawiał.
– Właściwe wyrażenie to „in bocca al lupo”.
– To dla mnie czarna magia. – Wzruszyła ramionami.
Uśmiechnął się.
– Właściwie to włoski.
– Na „cholera”?
Roześmiał się. W tle rozległ się przeciągły zgrzyt smyczków na strunach, ale jeszcze przez chwilę patrzył na nią z uśmiechem.
– Nie. To znaczy coś w rodzaju „w paszczę wilka”. To życzenie powodzenia, szczególnie dla śpiewaków operowych, ale dla orkiestry też pasuje.
– Czyli rzucacie się tam na pożarcie stadu wyjących wilków?
Opis był bliższy prawdy, niż się jej wydawało.
– Płacących wilków – poprawił. – Wilki, które płacą czesne, ku wielkiej uciesze komitetu rodzicielskiego.
Cofnęła się nagle i zmierzyła go wzrokiem z udawanym zdumieniem.
– Panie Romano, nie miałam pojęcia, że ma pan poczucie humoru!
Wiedział, że żartuje, a mimo to poczuł, jak rumieniec rozlewa się od karku aż po policzki. Głośny zgrzyt skrzypiec sprawił, że drgnął. Uniósł brwi z lekkim grymasem.
– Uczę ich. Poczucie humoru to wymóg tego zawodu.
– Mówi pan o naszych anielskich dzieciach?
– O tych, które zaraz rzucę wilkom, tak.
– No dobrze, to… berokka de lupus czy jak to było. Idę do wilków.
– Crepi – odpowiedział odruchowo.
Kiedy uniosła pytająco brwi, dodał:
– Niech zdechnie.
– Wy, muzycy, jesteście szaleni.