Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Włoskie lato - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 czerwca 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Włoskie lato - ebook

Porywająca love story: gorący, wakacyjny romans w bajkowym zakątku Włoch

Już raz ją zawiódł – czy pozwoli, aby znów to zrobił?

Kryzys, z którym zmaga się Cesca Shakespeare, zdaje się nie mieć końca. Minęły lata od czasu jej ostatniej sztuki, do tego nie jest w stanie utrzymać ani pracy, ani mieszkania. Decyduje się na samotny letni wyjazd do willi położonej nad malowniczym jeziorem Como, gdzie będzie miała szansę poukładać myśli i poszukać inwencji twórczej.

Hollywoodzki idol, Sam Carlton, jest na językach wszystkich plotkarskich mediów. Jedyne, na co ma ochotę, to ucieczka przed światem. Decyduje się na wyjazd do Włoch, do rodzinnej willi, która w tym czasie powinna być pusta. Kiedy przybywa na miejsce, okazuje się, że nie tylko on szuka w niej azylu.

Cesca i Sam nie są sobie obojętni, ale muszą zmierzyć się ze swoją burzliwą przeszłością. Czy pozwolą sobie na coś więcej niż tylko na wakacyjną przygodę?

__

O autorce

Carrie Elks to autorka współczesnych romansów, pełnych zwrotów akcji i elektryzującego napięcia pomiędzy bohaterami. Jej pierwsza książka została przetłumaczona na osiem języków. Carrie mieszka ze swoim mężem, dwójką uroczych dzieci i ukochanym psem o imieniu Platon. Kiedy nie pisze i nie czyta, sączy wino lub gawędzi ze znajomymi i fanami w mediach społecznościowych.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66338-78-4
Rozmiar pliku: 894 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Nędzna jest miłość, gdy da się określić.

– Antoniusz i Kleopatra*

Zwalniam cię.

Cesca Shakespeare nie po raz pierwszy usłyszała te słowa. Nawet nie po raz szósty, ale nigdy dotąd nie powiedziano jej tego w tak absurdalnym otoczeniu, jakim była kocia kawiarnia Kleopatra, pierwszy ekskluzywny lokal dla wielbicieli mruczących czworonogów.

Cesca uważała, że to jakieś wariactwo, żeby łączyć popołudniową herbatę z obecnością futrzaków, które zdawały się czerpać prawdziwą przyjemność z porzucania swojej sierści w jedzeniu i napojach. A jednak odkąd dwa tygodnie wcześniej zaczęła tu pracować, lokal bez przerwy miał pełne obłożenie i rozbrzmiewał przymilnymi głosami turystów, którzy nie wypuszczali z rąk kijków do selfie i zachwycali się tym, jak koty zwijały się w kłębek na ich kolanach, popijając lapsang souchong z delikatnych porcelanowych filiżanek.

Turyści popijali, nie koty. Kociaki wolały chłeptać śmietankę z ręcznie malowanych dzbanuszków.

– Słucham? – Gdyby nie to, że potrzebowała tej pracy, a właściwie pieniędzy na pokrycie czynszu, roześmiałaby się właścicielce w twarz. Trudno powiedzieć, żeby było to jej wymarzone zajęcie: roznosić tace z kanapkami, starając się nie potykać przy tym o koty, które zdawały się celowo wchodzić jej w drogę. Nieraz zdarzyło jej się polecieć i wywrócić tacę pełną ciastek na niczego niespodziewającą się klientelę.

– To jasne, że nie nadajesz się do tej pracy – oznajmiła jej Philomena, właścicielka kawiarni. – W CV napisałaś, że jesteś miłośniczką kotów, a teraz ciągle krzyczysz na Tootsie, Simbę i innych. A to, co powiedziałaś przed chwilą do Pana Tibblesa, jest już niewybaczalne.

– Właśnie zasikał całą tacę filiżanek z herbatą – zaprotestowała Cesca.

– Gdybyś ją odebrała, kiedy tylko cię wezwałam, nie byłoby żadnego problemu. Te koty żyją w dużym napięciu, mają potrzebę oznaczania swojego terytorium. A naszym zadaniem jest wyznaczanie im granic. Mówiłaś mi, że masz doświadczenie w kontakcie z przedstawicielami rzadkich ras, takimi jak Pan Tibbles.

Kątem oka Cesca zauważyła, jak kocur skrada się w ich stronę po podłodze. Pan Tibbles był sfinksem, bezwłosym kotem, który wyglądał tak, jakby zdjął z siebie ubranie i paradował po kawiarni nago.

– Naprawdę mam trochę doświadczenia. W okolicy, w której dorastałam, było mnóstwo kotów… – zaczęła słabym głosem Cesca, ale urwała, świadoma, że skłamała właścicielce w żywe oczy, żeby tylko dostać tę pracę. Nie żeby była to jakaś świetna okazja, ale kiedy zobaczyła w witrynie ogłoszenie, była już zdesperowana. Do tego stopnia, że zdecydowała się pracować w otoczeniu syczących kotów, którym zależało chyba tylko na tym, żeby uprzykrzyć jej życie.

– Ale nie idzie ci. Klienci skarżą się na to, jak traktujesz zwierzęta. Nie możesz nimi rzucać, kiedy tylko robią coś nie tak.

– Nie rzucałam nimi, zdejmowałam je tylko ze stołów. Poza tym to był mój pierwszy dzień, nie wiedziałam jeszcze, że klienci lubią dzielić się jedzeniem.

– O to mi właśnie chodzi. – Philomena westchnęła. – Prawdziwa miłośniczka kotów nie musiałaby się nad tym nawet zastanawiać. To jasne, że jesteś oszustką. – Zniżyła głos i odgarnęła włosy ze spoconej twarzy. – Czy ty w ogóle lubisz koty?

Cesca zawahała się przez chwilę, rozdarta między naturalną skłonnością do mówienia prawdy a potrzebą wypłaty. Pan Tibbles, jakby wyczuwając rozgrywający się dramat, podkradł się bliżej i przeszedł między nogami Ceski. Spojrzał na nią swoimi wodniście błękitnymi oczami i zwęził źrenice, jakby rzucał jej wyzwanie.

– Ja… Hm… Nie jestem wielką fanką. Ale potrzebowałam pracy i nigdy nie miałam problemów ze zwierzętami. Kiedyś co weekend bawiłam się z psem sąsiadów.

Philomena aż się wzdrygnęła.

– Wielbiciele psów nie są tu mile widziani – syknęła prawie jak kot. – A teraz zabieraj swoje rzeczy i wynoś się stąd, zanim zdenerwujesz Pana Tibblesa tymi okropnymi słowami.

– Czy mogę dostać przynajmniej swoją pensję? – Jeśli Cesca zaczynała żebrać o pieniądze, to było już naprawdę źle, ale widmo czynszu, który miała do zapłacenia pod koniec tego tygodnia, unosiło się nad nią złowieszczo, więc nie miała innego wyjścia, jak tylko okryć się hańbą. Już zbyt wiele razy musiała się usprawiedliwiać, dlaczego płaci z opóźnieniem, a czasami nawet w ogóle nie płaci. Życie od pierwszego do pierwszego w Londynie nie nadawało się dla ludzi słabych duchem.

Ale jaki miała wybór? W wieku dwudziestu czterech lat staczała się po równi pochyłej, podczas gdy wszyscy jej znajomi pięli się w górę. Kiedy oni pilnie się uczyli na uniwersytecie i zdobywali stanowiska, które przynosiły im teraz dobre wynagrodzenie, Cesca skakała z kwiatka na kwiatek, nigdy nie zatrzymując się na chwilę potrzebną, żeby uważniej się sobie przyjrzeć.

I stała się całkiem niezła w tym uciekaniu przed sobą. Sześć lat udawania, że jest szczęśliwa, że wszystko jest w porządku, że tak naprawdę lubi ten cygański styl życia, to dryfowanie od mieszkania do mieszkania i opowiadanie znajomym, jak to straciła kolejną pracę bez perspektyw albo zrujnowała kolejny związek, podczas gdy oni pokładali się ze śmiechu. Ale kiedy leżała wieczorem w łóżku, próbując nie zwracać uwagi na wszechobecny zapach wilgoci i pleśni, którym zdawały się przesiąknięte ściany mieszkania, wcale nie było jej do śmiechu. Nawet się nie uśmiechała. Wtedy właśnie z głęboko ukrytych zakamarków jej umysłu wypełzały potwory, które zaczynały szeptać jej do ucha, że przegrała, poniosła porażkę i nigdy do niczego nie dojdzie.

Że dostała już swoją wielką szansę i ją zaprzepaściła.

– Proszę, weź to. – Philomena wetknęła jej do ręki grubą kopertę. Nie zakleiła jej nawet, więc Cesca zobaczyła przez szparę pozwijane rogi banknotów. – Tylko nie proś mnie o referencje – dodała szefowa. – Nie byłabym w stanie napisać ci nic miłego.

Cesca nawet by się nie ośmieliła. Niewielu spośród jej byłych pracodawców zgodziło się napisać o niej jakiekolwiek dobre słowo, co było strasznie niesprawiedliwe, bo przecież była naprawdę miłą osobą. Po prostu nie za bardzo potrafiła utrzymać pracę.

Cesca zapakowała kopertę z gotówką do torebki, narzuciła na siebie letnią kurtkę i zapięła ją pod szyję. Co prawda był już czerwiec, ale najwyraźniej nikt nie zawiadomił o tym pogody, bo zimny wiatr zadomowił się na dobre w mieście i hulał po ulicach jak rozwścieczony upiór.

– Do widzenia. – Cesca przeszła przez kuchnię i skierowała się do tylnych drzwi, prowadzących na nieduże brukowane podwórko zastawione koszami na śmieci i kartonowymi pudłami. Już miała sięgnąć do klamki, kiedy Philomena krzyknęła w jej stronę:

– I zamknij za sobą porządnie, nie chcemy, żeby koty nam pouciekały.

Tłumiąc w sobie chęć trzaśnięcia drzwiami, Cesca wyszła na podwórko i wzięła głęboki oddech, ale natychmiast tego pożałowała, bo jej nozdrza wypełnił drażniący zapach kocich odchodów.

Może to wcale nie tak źle, że ją stąd wywalili.

W piątkowe popołudnia Londyn zaczynał żyć własnym życiem. Pełno w nim było wałęsających się turystów, którzy wpadali na urzędników pod krawatem, poszukujących pierwszego weekendowego drinka. Nawet samochody zdawały się bardziej hałaśliwe, warkot silników głośniejszy, a trąbienie klaksonów pełne wściekłości. Ulice wypełniały się ludźmi mającymi jakąś misję – gdzieś dotrzeć, coś załatwić – która nie zakładała okazywania uprzejmości komukolwiek innemu.

Cesca ledwo to zauważała. Była zbyt zajęta przepychaniem się przez tłum i jednoczesnym obliczaniem w głowie, ile pieniędzy jej zostało. Przez ostatnich parę lat nauczyła się, jak wiązać koniec z końcem, opracowując eksperymentalne przepisy, w których łączyła najbardziej zaskakujące składniki. Był nawet czas, kiedy biegała po mieście z kontenerowcami, grupą bogatych młokosów, którzy uważali, że zjedzenie kanapki przeterminowanej o dwa dni to wywrotowe działanie. Bawili się w biedaków, a mieszkanie w squacie dostarczało im podobnych wrażeń jak większości ludzi wjechanie na szczyt kolejki górskiej i wstrzymanie oddechu przed jazdą w dóóół. Ale podczas gdy dla nich był to wybór, dla Ceski stało się to już stylem życia.

Trudno jej było uchwycić dokładny moment, w którym uświadomiła sobie, jak nisko upadła. Kiedy zaczęła rozglądać się dookoła i odkryła, w jakiej dziurze się znalazła, było już za późno. Była zbyt dumna, żeby prosić o pomoc, i za bardzo się bała przyznać przez rodziną i znajomymi, jak wygląda teraz jej życie.

Do stacji metra próbowała się wcisnąć duża grupa japońskich turystów, którzy wysypywali się na chodnik, nie mogąc się pomieścić w wejściu. Cesca obeszła ich i rzuciła im zazdrosne spojrzenie, świadoma, że jej samej nie stać na przejazd metrem do domu. Pieniądze, które miała w torebce, mogły nie wystarczyć nawet na opłacenie czynszu za ten tydzień, a już na pewno nie uda się ich rozciągnąć na przyszły. Takie luksusy jak podróże metrem czy kolacja będą musiały poczekać do czasu, kiedy znajdzie kolejną pracę, dostanie zasiłek dla bezrobotnych albo zdoła przełknąć dumę i poprosić o pomoc.

Tłum przerzedził się nieco, kiedy przekroczyła Tamizę i skierowała się w stronę mroczniejszej, bardziej obskurnej części miasta, w której wspólnie z koleżanką wynajmowała mieszkanie. Sklepy, tak jasne i pełne ładnych przedmiotów po północnej stronie rzeki, stały się mniej przyjemne dla oka, a w ofercie miały przejrzałe owoce i niechciane sztuki mięsa, których zapach unosił się w zadymionym powietrzu. Właśnie tę część Londynu Cesca poznała w ciągu ostatnich paru lat, tak bardzo różnych od dzieciństwa spędzonego w Hampstead, gdzie nadal mieszkał jej ojciec. Czas dorastania w północnym Londynie w otoczeniu trzech sióstr, z których tylko jedna była młodsza od niej, wydawał się bajką w porównaniu z jej obecnym życiem.

Ale jej dzieciństwo nie było wcale sielanką. Zburzyła ją skutecznie śmierć matki, z którą Cesca musiała się zmierzyć w wieku jedenastu lat.

Mieszkanie, które Cesca dzieliła z inną dziewczyną – Susie Latham – znajdowało się na najwyższym piętrze wysokiej, koślawej kamienicy. Ściany z czerwonej cegły już dawno poczerniały od nanoszonej przez setki lat sadzy i spalin i tylko wiatr z deszczem wygryzały gdzieniegdzie jaśniejsze plamy. Na parterze znajdował się kiosk z gazetami, z rodzaju tych, gdzie sprzedawano papierosy na sztuki dzieciakom, które jeszcze się nawet nie zbliżyły do przepisowych osiemnastu lat. Cesca przekroczyła stertę pustych puszek po napojach i zwiniętych papierków po cukierkach, po czym otworzyła drzwi prowadzące na klatkę schodową, odsuwając na bok stos nieodebranych listów. Podobnie jak cała reszta budynku okres świetności schody miały już za sobą, a chodnik wystrzępił się przez lata rozdeptywania.

Susie była w łazience i niedużą pęsetą nakładała sztuczne rzęsy. Przyklejała je po jednej i przeklinała za każdym razem, kiedy upuściła maleńki włosek do popękanej niebieskiej umywalki. Słysząc kroki Ceski w korytarzu, podniosła wzrok i posłała jej sztywny uśmiech.

– Wszystko okej?

Cesca pokiwała głową. Mieszkała z Susie od prawie pół roku, ale nadal były ze sobą w zaledwie poprawnych stosunkach. Na tym właśnie polegał paradoks mieszkania w Londynie: współlokator mógł pozostawać zupełnie obcym człowiekiem, a z przechodniem poznanym na ulicy od razu nawiązywało się nić porozumienia. Dla Ceski ta sytuacja była dość niekomfortowa – do tego stopnia, że większość czasu spędzała w zagraconym pokoju, który nazywała swoim.

– Dave dzwonił po południu, przyjdzie jutro odebrać czynsz. – Susie dokleiła ostatnią rzęsę do prawej powieki. – Tym razem masz pieniądze, co?

– Jasne.

– To dobrze, bo jest cholernie zimno i nie chcę wylądować teraz gołym tyłkiem na bruku. – Susie przechyliła głowę na bok, przyglądając się uważnie swojemu odbiciu. – A, i dzisiaj przychodzi Jamie.

– Myślałam, że ze sobą zerwaliście.

– Wrócił na klęczkach, tacy jak on zawsze wracają. Najpierw zabiera mnie na tańce, a potem może na coś do jedzenia.

– Jego żona też będzie? – zapytała Cesca z przekąsem.

– Nie, no co ty! Poza tym on już mi wszystko wyjaśnił: zamierza wziąć rozwód, tylko ta baba mu to utrudnia. Niech ona się wreszcie ogarnie!

Cesca przewróciła oczami.

– O której wrócisz? – Weszła do kuchni i pstryknęła czajnik. Otworzyła lodówkę, zajrzała do środka i wyjęła mały karton mleka, który zalegał w głębi na półce. Potrząsnęła nim i zauważyła zdradzieckie ślady żółtej zawiesiny, przyklejone do plastikowych ścianek. No to będzie kawa bez mleka.

– Pewnie po północy – krzyknęła Susie z łazienki. – Będziesz jeszcze na nogach?

Jakie to dziwne, że ludzie ciągle zadają nie te pytania, co trzeba. Susie nie chciała się tak naprawdę dowiedzieć, czy Cesca nie będzie jeszcze spała, tylko czy schowa się jak zwykle w swoim pokoju i zostawi trochę przestrzeni dla niej i jej aktualnego żonatego faceta.

– Możliwe, że pójdę do wujka Hugh – odkrzyknęła jej Cesca. – Zaproponował, żebym u niego przenocowała. Więc nie czekaj na mnie.

Tak naprawdę jej ojciec chrzestny nic takiego nie oferował, ale Cesca wiedziała, że zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Hugh był dla niej jak drugi ojciec, a odkąd umarła jej matka, stał się też dla niej powiernikiem.

– O! – W odpowiedzi Susie kryła się tak wielka gama emocji, jaka tylko mogła się pomieścić w jednej sylabie. – No, to do miłego.

I to by było na tyle. Cesca nie miała pracy, nie miała pieniędzy i nawet osoba, z którą mieszkała, nie mogła się doczekać, kiedy zamkną się za nią drzwi.

Czy to już było ostateczne dno? Miała nadzieję, że tak. Gdyby spadła jeszcze niżej, mogłaby nie wydostać się już nigdy na powierzchnię.

* W. Shakespeare, Antoniusz i Kleopatra, przeł. M. Słomczyński, Kraków 1999.2

Miłość jest jak dziecko – rzecz obiecaną chciałaby mieć zaraz.

– Dwaj panowie z Werony*

Cóż, nie powiem, żebym był zdziwiony. – Hugh wszedł do salonu, niosąc ostrożnie tacę z filiżankami, spodkami i ciastkami. – Trudno mi sobie wyobrazić, żebyś lubiła pracę w otoczeniu kotów. Nigdy nie przepadałaś za zwierzętami. Pamiętam, jak raz zabrałem ciebie i Kitty do zoo: obie piszczałyście, kiedy tylko zbliżaliśmy się do klatek.

– Nieprawda – zaprotestowała Cesca. – Kitty boi się wszystkiego, to fakt. Ale mi się tam bardzo podobało. Mam mnóstwo miłych wspomnień z tej wycieczki. – Uśmiechnęła się na myśl o młodszej siostrze. – A swoją drogą, masz pozdrowienia od Kitty.

– O, rozmawiałaś z nią?

– Nadal zdzwaniamy się co tydzień na Skypie. Rozkazy Lucy. – Cesca przewróciła oczami.

– Stara, dobra Lucy, ma na was wszystkie oko. W końcu od tego są starsze siostry, czyż nie? – Uśmiechnął się łagodnie.

– To prawie jak operacja wojskowa – przyznała. – Kitty jest w Los Angeles, Juliet w Marylandzie i tylko my z Lucy zostałyśmy w tej samej strefie czasowej. Zebrać nas wszystkie na rozmowę w tym samym momencie to jakby zaganiać koty do stada. – Nawet Lucy mieszkała teraz trzysta kilometrów stąd, w Edynburgu. Siostry Shakespeare rozsypały się po świecie jak niesione wiatrem kwiaty.

Hugh postawił tacę na lśniącym stoliku kawowym i pochylił się, żeby nalać do filiżanek earl greya z dekoracyjnego chińskiego imbryczka. Podał jedną z nich Cesce, a drugą zabrał ze sobą na fotel z uszami stojący koło kominka. Zamknął oczy i zaciągnął się aromatem herbaty, zanim upił jej maleńki łyk.

– Ach, rozkosz.

Cesca napiła się ze swojej filiżanki, delektując się łagodnym kwiatowym zapachem. Podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy to Hugh wprowadził ją w barwny świat herbat, zmuszając do nauczenia się nazw wielu odmian liści, podczas gdy jej rówieśnicy opróżniali puszki coli. Te pierwsze parę degustacji dało początek jej miłości do tego gorącego napoju, tak że Cesca potrafiła teraz docenić kunszt dobrze zaparzonej herbaty i z zamkniętymi oczami odróżnić lapsang souchong od da hong pao. Dla Hugh herbata stanowiła rytuał, coś, czym należy się delektować. Krzywił się za każdym razem, kiedy widział, jak ktoś macza torebkę w kubku pełnym gorącej wody i mleka.

Cesca odstawiła filiżankę i usiadła głębiej na sofie, podkurczając pod siebie stopy.

– Można by pomyśleć, że dla kogoś, kto tak bardzo lubi herbatę, praca w kawiarni będzie łatwa.

– To dwie zupełnie różne sprawy, moja droga – oznajmił jej Hugh. – Tak jakbyś porównywała zajadanie się dobrym stekiem do pracy w rzeźni.

– Kto wie, czy następnym razem nie skończę właśnie tam – odparła Cesca ponuro. – Chociaż pewnie nawet nie daliby mi szansy. Nie z moją historią.

Wyprostowała się i potoczyła spojrzeniem po pięknym mieszkaniu Hugh. Budynek z czerwonej cegły w dzielnicy Mayfair nie mógłby się chyba bardziej różnić od nieszczęsnej kamienicy Ceski, choć znajdowały się zaledwie parę kilometrów od siebie. Jednak pod względem poziomu życia dzieliła je prawdziwa przepaść. Hugh pochodził ze szlacheckiego rodu, a jego zmarła matka zostawiła mu to mieszkanie, kiedy miał dwadzieścia kilka lat. Meble stanowiły część rodzinnego dziedzictwa. Fotele pochodziły z okresów od regencji po wiktoriański, a wszystkie stoły, pomimo słusznego wieku, wyglądały prawie jak nowe, tak były wypolerowane i lśniące. Nawet ściany mówiły o pochodzeniu Hugh: z obrazu wiszącego nad kominkiem spoglądał na nich jego dawno zmarły prapradziadek.

– To się musi skończyć. Wiesz o tym, prawda?

Obróciła gwałtownie głowę, żeby spojrzeć na wujka.

– Co masz na myśli?

Na jego twarzy malowała się troska, ale i determinacja.

– Dokładnie wiesz, co mam na myśli. Już zbyt długo przyglądam się, jak zmieniasz prace jak rękawiczki. Tak nie może być. Obiecałem twojej matce, że będę się tobą opiekował. A ja nie znoszę łamać danego słowa.

– Przecież się mną opiekujesz – powiedziała Cesca. – Jesteś tutaj i słuchasz mojego biadolenia. Większość ludzi już dawno spisałaby mnie na straty.

Hugh dolał im herbaty, przytrzymując ostrożnie imbryk.

– Ty potrzebujesz pomocy, moja mała, a nie życzliwego ucha. Gdybym był Amerykaninem, już dawno zaaranżowałbym jakąś sesję terapeutyczną.

Po raz pierwszy odkąd Cesca weszła do tego mieszkania, na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– Nie zniósłbyś żadnej sesji. Całe to gadanie o uczuciach i doprowadzanie mnie do płaczu. Jedyne, co byłbyś w stanie zaaranżować, to przedstawienie teatralne.

Podniósł wzrok i pochwycił jej spojrzenie, a Cesca zdała sobie sprawę, że łatwo mu się nie wywinie.

– Ty też powinnaś o tym pomyśleć. Masz teatr we krwi, a od sześciu lat przed nim uciekasz.

Poczuła ucisk w piersi.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– A sądziłem, że to ja mam kłopot z wyrażaniem emocji. Na tym polega cały twój problem, nie widzisz tego? Może gdybyś potrafiła o tym mówić i przepracowała sobie tę sprawę, już dawno byś sobie z nią poradziła. A tak wyrzucają cię z kolejnej pracy bez perspektyw i dalej marnujesz swój talent.

Pomimo herbaty poczuła suchość w ustach.

– Życie jest brutalne i dało mi w dupę. Dostałam już jedną szansę i najwyraźniej nie jestem wystarczająco dobra, żeby dostać kolejną.

Hugh odstawił gwałtownie filiżankę, aż herbata rozchlapała się na boki.

– Ani mi się waż tak mówić! Miałaś osiemnaście lat, świat leżał u twoich stóp. I tak, „życie dało ci w dupę”, jak raczyłaś się elegancko wyrazić. Ale to nie znaczy, że nie jesteś utalentowana.

– Moja sztuka okazała się klapą. – Po tych wszystkich latach nadal czuła ból, kiedy wypowiadała te słowa. – Zdjęli ją po tygodniu. Producenci stracili wszystkie pieniądze.

– Cesca, do licha ciężkiego, to nie była twoja wina. Sztuka była dobra, wiesz przecież.

– To nie ma znaczenia. Skoro nikt nie chciał na nią przyjść, skoro wszyscy zwrócili bilety, to równie dobrze mogłam jej w ogóle nie pisać.

– Zwrócili bilety, bo główny aktor zniknął. I to też nie była twoja wina.

Nie, to nie była ani trochę jej wina. To była wina Sama Carltona, tego przystojnego, zdolnego łajdaka.

– Powinnam była się domyślić, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. No bo co za człowiek wyjeżdża z miasta po pokazie przedpremierowym? Jeszcze przed właściwą premierą sztuki?

Hugh wzruszył ramionami.

– Wiem, że wyjechał w niewłaściwym momencie, ale nie powinnaś odbierać tego osobiście.

Uderzyła otwartą dłonią w stolik obok siebie.

– Oczywiście, że odbieram to osobiście. – Oczy zapiekły ją od łez. – Cała ta sztuka była osobista. Pisałam ją własną krwią. A on tak po prostu wyjechał, Hugh, bez jednego słowa. Zostawił nas na lodzie dzień przed premierą. Więc nie mów mi, żebym nie odbierała tego osobiście, bo odbieram.

– Zachowujesz się irracjonalnie.

Wzięła głęboki oddech.

– Wiem. Pewnie uważasz mnie za idiotkę. I wiem, że to nie jego wina, że dubler był do chrzanu i że sztuka została zdjęta. Ale spójrz tylko na niego, on jest teraz obrzydliwie sławny, a ja… A ja to ja.

Oparła się o poduszki i zamknęła oczy. Łzy wezbrały jej pod powiekami.

– Ta sztuka była dla mnie wszystkim – powiedziała cicho. – To miał być mój hołd dla mamy. Chciałam wszystkim pokazać, jaka była cudowna, jak bardzo za nią tęsknimy.

– Będą kolejne sztuki. Masz talent.

– Nie ma znaczenia, czy mam talent, czy nie – odparła Cesca. – Od tamtej pory nie jestem w stanie napisać ani słowa.

Hugh się skrzywił.

– Masz talent, Cesco. Tego nie wolno zmarnować.

– Myślisz, że nie próbowałam? – zapytała, przypominając sobie te wszystkie dni, które spędziła przed komputerem, wpatrując się w pusty ekran, który spoglądał na nią szyderczo, podczas gdy jej myśli obracały się w proch. To nie była nawet blokada twórcza, to było twórcze zamurowanie. – Za każdym razem, kiedy siadam, żeby coś napisać, nic z tego nie wychodzi. To mnie dobija.

– Wiesz, Winston Churchill powiedział kiedyś, że sukces polega na przeskakiwaniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu. A przynajmniej coś w tym stylu. Gdzie jest twój entuzjazm? – zapytał Hugh.

Cesca westchnęła.

– Z porażkami radzę sobie nieźle. To sukces wydaje się nieuchwytny.

– Przecież nie znajdziesz go w tej przeklętej kociej kawiarni, co? – Wzdrygnął się. – Ta cała sierść i ludzie, którzy piją tam kawę. Ohyda.

Nie była pewna, czy chodzi mu o koty, czy o kawę. W opinii Hugh i jedno, i drugie było niestosowne, choć to kawa zbierała zwykle największe cięgi.

– Nie znalazłam go nigdzie, wujku. Szukałam i szukałam, ale nigdzie go nie ma. A z tego można wyciągnąć tylko jeden wniosek: byłam gwiazdą jednego przeboju. I nawet ten jeden przebój nie był wcale taki dobry.

– To wszystko jakieś dyrdymały, dobrze o tym wiesz. Dobry Boże, Cesca, przecież ty w wieku osiemnastu lat wygrałaś ogólnokrajowy konkurs sztuką, którą sędziowie ocenili jako nadzwyczajną. Nie dostaje się takich wyrazów uznania, jeśli nie jest się wybitnie utalentowanym, wiesz o tym.

Nie miała ochoty myśleć o tamtych czasach. Przez kilka krótkich miesięcy płynęła na fali podekscytowania tylko po to, żeby na koniec wszystko wokół niej się zawaliło. Cesca była w ostatniej klasie liceum, kiedy przystąpiła do tego konkursu, święcie przekonana, że jej sztuka znajdzie się na samym końcu rankingu. To, że zdobyła nagrodę za najlepszą debiutancką sztukę roku, a potem została wybrana do produkcji, wydawało się spełnieniem wszystkich jej marzeń.

– Talent nie ma znaczenia.

– Czyli zamierzasz się po prostu poddać?

– Muszę zaakceptować to, że nie jestem stworzona do pisania. Będę próbowała różnych zajęć, aż w końcu coś mi podpasuje.

– Nic ci nie „podpasuje”. – Hugh wstał i długimi krokami podszedł do kominka. Zdjął z niego zdjęcie i przez chwilę trzymał w palcach srebrną ramkę. Cesca rozpoznała portret swojej matki stojącej na scenie z bukietem róż w ręku po którejś spektakularnej premierze. – Spójrz na swoją matkę. Masz teatr we krwi, odziedziczyłaś to po niej. Możesz sobie udawać do woli, że tak nie jest, ale i tak się tego nie pozbędziesz. Twoja matka była stworzona do grania na scenie i robiła to wspaniale. A ty jesteś stworzona do pisania, dlatego twoja pierwsza sztuka okazała się tak niesamowita. Zdobyła nagrodę. Nie pozwól, żeby zachowanie jakiegoś niedojrzałego fircyka powstrzymało cię przed zrealizowaniem tego potencjału.

W jego słowach było ziarno prawdy, które znowu sprowadziło do oczu Ceski łzy. Spośród wszystkich sióstr to właśnie Cesca praktycznie od urodzenia kochała teatr. Już jako małe dziecko błagała, żeby pozwalano jej siedzieć za kulisami i patrzeć, jak mama gra na scenie. Zakochała się w teatrze, kiedy tylko poczuła zapach szminek do charakteryzacji i starych, zakurzonych kostiumów.

– Nie potrafię. Przysięgam, że próbowałam. Ale za każdym razem, kiedy to robię, słyszę w głowie głosy, które szepczą mi, że jestem do niczego, że sama siebie okłamuję. Że to dobrze, że Sam Carlton wyjechał wtedy do Hollywood, bo ja wcale nie jestem stworzona do pisania.

Hugh usiadł koło niej, a jego zginające się kolana strzeliły cicho.

– Oboje wiemy, że to nieprawda. Musisz tylko dać sobie trochę czasu i przestrzeni. Znaleźć miejsce, w którym będziesz mogła myśleć, oddychać, pozwolić, żeby słowa popłynęły.

Roześmiała się.

– W Londynie się chyba nie da. – A przynajmniej nie w tej części Londynu, w której teraz mieszkała, w otoczeniu Susie i jej żonatych facetów. Trudno tam było nawet oddychać, a co dopiero przetwarzać własne myśli.

– Może powinnaś się stąd wyrwać.

Cesca uśmiechnęła się do niego serdecznie.

– Jak? Nie stać mnie na zapłacenie czynszu za przyszły tydzień, nie ma szans, żebym znalazła pieniądze na wakacje.

– Ja mógłbym dać ci pieniądze.

No i znowu to samo. Momentalnie się spięła.

– Nie. Nie, dziękuję. Wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej, ale sama na siebie zarobię.

– A gdyby znalazł się inny sposób? – spytał Hugh, a jego twarz przybrała nagle przebiegły wyraz. – Gdybyś znalazła coś taniego? Mógłbym pożyczyć ci pieniądze, a ty byś mi je potem zwróciła.

– Nigdy nie będę w stanie ci ich zwrócić, chyba że byłoby to coś skrajnie taniego. A jak napisał człowiek, którego nazwisko z dumą noszę, „pożyczek nie bierz ani nie udzielaj”**.

Hugh uśmiechnął się na ten cytat z Shakespeare’a.

– W takim razie znajdziemy coś skrajnie taniego. Poza tym dzięki wspaniałym tekstom, które napiszesz, w mgnieniu oka będziesz mogła mi wszystko zwrócić. – Odchylił się do tyłu i przez chwilę pocierał brodę w zamyśleniu. Potem wyprostował się i pstryknął palcami. – Mam!

– Co?

Zignorował jej pytanie.

– Zaczekaj tutaj, muszę wykonać jeden telefon. – Wstał i odstawił filiżankę na stolik obok.

– W sumie to nie miałabym nawet gdzie iść – zauważyła, kiedy wychodził do kuchni.

Pięć minut później wrócił z wielkim uśmiechem na twarzy.

– Wyglądasz jak kot, który dostał śmietankę – zażartowała, krzywiąc się na własne słowa.

Roześmiał się głośno.

– Właśnie rozmawiałem ze swoimi starymi przyjaciółmi. Doszły do mnie głosy, że mają kłopot ze znalezieniem kogoś, kto zajmie się ich willą we Włoszech.

Cesca uniosła jedną brew.

– Cóż za zbieg okoliczności.

– Nie patrz tak na mnie – ofuknął ją Hugh. – Wcale nie naginam prawdy ani nic nie zmyślam, to czysty przypadek. Zatrudniają pewne małżeństwo, które mieszka na miejscu i zajmuje się domem, ale ci ludzie chcą wyjechać na parę tygodni, więc właściciele potrzebują zaufanej osoby, która zamieszka tam pod ich nieobecność. Nie będziesz miała wiele obowiązków poza pilnowaniem willi, więc zostanie ci mnóstwo czasu na pisanie. Poza tym, jeśli się zgodzisz, opłacą ci lot i wyżywienie na czas twojego pobytu.

Gdyby określić jej nastawienie jako sceptyczne, nadal byłoby to mało.

– A gdzie jest ta willa, która tak bardzo potrzebuje opieki skończonej nieudacznicy? – spytała.

– Nad jeziorem Como, tuż obok uroczego miasteczka zwanego Varenna. Villa Palladino, w której zamieszkasz, jest własnością tej rodziny od pokoleń. Sam kiedyś tam byłem, jest absolutnie cudowna. Co więcej, leży na uboczu, w cichej i spokojnej okolicy, więc nikt nie będzie ci przeszkadzał. Będziesz mogła oddychać świeżym powietrzem, chodzić na spacery, a nawet wygrzewać się na plaży, jeśli będziesz miała ochotę. – Przerwał i znowu na nią spojrzał. – Albo będziesz mogła pisać.

Czuła się tak rozdarta, że aż ją bolało. Z jednej strony miała ochotę wstać i zacząć skakać z radości, okazać trochę entuzjazmu i podziękować wujkowi za uratowanie jej życia. Ale z drugiej strony Cesca, którą była przez ostatnie sześć lat, podpowiadała jej, że to zbyt piękne, żeby okazało się prawdziwe, że takie rzeczy jej się nie zdarzają. Ona jest skazana na porażkę i tylko po raz kolejny zawiedzie swojego ojca chrzestnego.

– Przecież ja nie potrafię utrzymać żadnej pracy – wyszeptała. – Skąd pomysł, że tym razem mi się uda?

– Wiem, że ci się uda – odparł Hugh. – Bo nie będziesz miała tam nic do roboty poza pisaniem i porządkowaniem swoich myśli. Powinnaś była to zrobić już wiele lat temu, kiedy zdjęli twoją sztukę. A ja powinienem był na to naciskać. Ale ty wskoczyłaś na równię pochyłą i staczasz się po niej tak szybko, że nikt nie może cię złapać.

Trudno było nie dostrzec prawdy, jaka tkwiła w jego słowach, więc Cesca nawet nie próbowała jej ignorować.

– Jeśli miałabym pojechać – odezwała się z wahaniem, nadal nie całkiem zdolna do tego, żeby się zgodzić – to będę musiała załatwić najpierw parę spraw. Na przykład paszport i ubrania. Poza tym musiałabym wymyślić, co w ogóle będę tam pisać.

Hugh obdarzył ją promiennym uśmiechem.

– To akurat łatwe, zaraz to załatwimy. Najtrudniejsze jest przekonanie cię, żebyś się zgodziła.

– Masz jakieś zdjęcie tej willi? – spytała Cesca. – Jak duża jest?

Hugh wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Raczej średniej wielkości. Nie sądzę, żebym miał zdjęcie, właściciele cenią sobie prywatność. Jest tam na tyle dużo pokoi, żebyś nie wpadała na tych ludzi, którzy zwykle opiekują się domem, kiedy jeszcze tam będą, ale nie aż tak dużo, żebyś poczuła się przytłoczona, kiedy wyjadą. – Wyczuwając jej opór, chwycił ją za rękę. – Po prostu spróbuj. Zrób to dla mnie, dla swojego taty, na miłość boską, zrób to dla swojej mamy, jeśli musisz, tylko wsiądź w samolot i leć do Włoch. Jeśli bardzo ci się tam nie spodoba, to pogadam z moimi przyjaciółmi i coś wymyślimy.

– Nie wiem…

– Przestań się zastanawiać i powiedz tak – nakazał jej Hugh. – Spójrz na to jak na ostateczne dno, od którego masz szansę się odbić.

Miał rację, wiedziała o tym. Aż trudno było uwierzyć, jak mało miała do stracenia. W życiu przychodzi taka chwila, w której człowiek albo akceptuje, że sprawy nigdy nie zmienią się na lepsze, albo bierze ster we własne ręce i zaczyna się zastanawiać, dokąd tak naprawdę zmierza. Siedząc tu, w tym londyńskim mieszkaniu, Cesca zdała sobie sprawę, że właśnie nadszedł dla niej taki moment.

Czy mogła go zignorować? Czy mogła go odrzucić i potem tylko oglądać się za nim z żalem? A żalu miała w sobie już tyle, że wystarczyłoby jej chyba do końca życia.

– Dobrze, zrobię to – powiedziała, a Hugh wydał z siebie westchnienie ulgi. – Polecę do Włoch, zajmę się tą cholerną willą i spróbuję zmienić coś w swoim życiu.

Hugh przytulił ją do siebie w nietypowym dla niego przypływie uczuć. Cesca ze zdumieniem odwzajemniła uścisk, kładąc mu dłonie na plecach i czując kości wystające z jego chudego ciała.

– Dobra dziewczynka – wyszeptał. – Jestem z ciebie dumny.

Jego słowa poruszyły ją i wprawiły w tęskną zadumę. Był taki czas, że sama była z siebie dumna. Gdyby tylko znowu mogła się tak poczuć!

– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytał ojciec, spoglądając na nią znad krawędzi kubka.

– Jutro – odparła Cesca. – Rano mam lot z Heathrow. – Obrzuciła spojrzeniem kuchnię. Ściany były odrapane, farba odchodziła od tynku. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Nie wierzyła własnym oczom. Sam dom miał dużą wartość, ale Oliver od lat go zaniedbywał, bo bardziej interesowało go badanie owadów niż wystrój wnętrz.

Poczuła ukłucie niepokoju na myśl o pozostawieniu ojca samego. Choć nadal był przystojnym mężczyzną, to kiedy tak siedział po drugiej stronie stołu, wydawał się bardziej kruchy, niż go zapamiętała. Starszy.

– Mówiłaś swoim siostrom, że wyjeżdżasz? – zapytał.

– Rozmawiałam z nimi dzisiaj rano. Na Skypie.

– Na tym czymś do telefonów wideo? – spytał Oliver, kręcąc głową. – To niesamowite, że możecie się zobaczyć, mimo że rozjechałyście się na cztery strony świata.

Uśmiechnęła się łagodnie. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do siedzenia w tej kuchni bez nich. To pomieszczenie kryło w sobie tyle wspomnień. Lucy, która dwoiła się i troiła, żeby przygotować im drugie śniadanie do szkoły, Juliet, która malowała obraz na starym drewnianym stole. Kitty z nosem przyklejonym do przedpotopowego telewizora ustawionego na blacie kuchennym. Teraz wydawało się, że jest tu tak cicho w porównaniu z tamtymi czasami. W jej dzieciństwie ten dom tętnił życiem. Siostry Shakespeare były hałaśliwe i tryskały energią. Ale teraz zostały tu tylko duchy przeszłości.

Oczyma wyobraźni Cesca widziała tu też swoją matkę. Jak zwykle olśniewającą, pochylającą się, żeby pocałować każdą z nich przed wyjściem do teatru. Zawsze pięknie pachniała, jak bukiet kwiatów. Czasem zdarzało się, że Cesca poczuła gdzieś zapach tych samych perfum i wszystkie wspomnienia natychmiast do niej wracały.

– Poradzisz sobie, kiedy mnie nie będzie? – zapytała ojca.

– Oczywiście, że tak. Zajmę się swoją pracą. Dzwonił też Hugh, żeby zaprosić mnie na obiad. A, i Lucy pewnie przyjedzie któregoś dnia z Edynburga.

Bogu niech będą dzięki za Lucy. Ich najstarsza siostra zawsze trzymała rękę na pulsie.

– Spróbuję do ciebie zadzwonić – powiedziała.

Machnął ręką.

– Pewnie nie odbiorę. A tej piekielnej sekretarki nadal nie mogę rozpracować. Może lepiej wyślij mi pocztówkę.

– Mogę.

Ojciec wpatrzył się w swoją krzyżówkę i postukał długopisem o wargi. Znowu straciła jego uwagę.

– Tato, będziesz o siebie dbał, prawda? – zapytała, świadoma ironii zawartej w tych słowach. – Odżywiaj się dobrze.

Odsunął długopis od ust i nagryzmolił odpowiedź.

– Ja się zawsze dobrze odżywiam – odparł. – Chociaż teraz pewnie ty będziesz jadać lepiej. We Włoszech mają świetne jedzenie. – W końcu podniósł na nią wzrok. – A co ty tam w ogóle będziesz robić?

Westchnęła.

– Tak jak ci mówiłam, będę się zajmować willą. I postaram się znowu coś napisać.

Po raz pierwszy na jego twarzy zabłysło zainteresowanie.

– Sztukę? – zapytał.

– Jeśli mi się uda. Chociaż trochę wyszłam z wprawy. – Największe niedopowiedzenie tego sezonu.

– To wspaniale. Gdyby mama żyła, byłaby z ciebie bardzo dumna. Zawsze marzyła o tym, żeby któraś z córek poszła za nią w teatr.

– Wiem. – Cesca spuściła wzrok. – Ale nie sądzę, żeby była dumna. Okazałam się wielkim rozczarowaniem.

– Oczywiście, że nie. – Oliver potrząsnął głową. – Wszystkie radzicie sobie bardzo dobrze. Żadnej z was nie było łatwo po tym, jak Milly… – Urwał, a do oczu napłynęły mu łzy. – No, w każdym razie daj z siebie wszystko. Tylko tyle możesz zrobić.

Przez chwilę myślała, że ojciec się przed nią otworzy. Ale teraz wycofywał się na jej oczach. Zabrał się znowu do wypełniania swojej krzyżówki, podczas gdy ona dopiła herbatę.

Ale miał rację. Nie pozostawało jej nic, jak tylko dać z siebie wszystko. Tylko czy to wystarczy?

* W. Shakespeare, Dwaj panowie z Werony, tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.

** W. Shakespeare, Hamlet, tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij