Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Woda księżycowa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4589 pkt
punktów Virtualo

Woda księżycowa - ebook

Masz w sobie siłę, by odmienić całe swoje życie. A gdy ją odnajdziesz, nic nie będzie w stanie cię zatrzymać.

Życie trzydziestoletniej Natalii wydaje się smakować mdławo, niczym kawa z maszyny wendingowej, którą bohaterka wypija codziennie rano przy korporacyjnym biurku. Trudny do zidentyfikowania wewnętrzny niepokój nie pozwala jej skupić się na pracy i odpowiednio zaangażować w osiąganie targetów i spełnianie kej-pi-ajów. Mimo to nie potrafi zrobić niczego innego – paraliżuje ją lęk przed podjęciem jakiegokolwiek działania, które mogłoby odmienić szarą rzeczywistość.

W końcu jednak nadchodzi dzień, w którym frustracja Natalii osiąga poziom krytyczny. Młoda kobieta zostawia za sobą wszystko, co trzymało ją do tej pory w stolicy, i wsiada do pociągu, który zawiezie ją nad morze, do domu ukochanej babci. Ta podróż będzie początkiem wędrówki, podczas której Natalia zyska szansę, by uzdrowić swoją duszę i sięgnąć po to, co wcześniej wydawało się jej nieosiągalne…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-600-0

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Przy­sta­nął przy po­tęż­nym, wy­so­kim drze­wie. Od tego gi­gan­ta biła ja­kaś szcze­gól­na moc i ży­cio­daj­na siła – coś, co nie po­zwa­la­ło przejść obok bez za­trzy­ma­nia się. Ko­rze­nie były tak wy­bu­ja­łe, że na­le­ża­ło wy­so­ko pod­nieść nogi, aby je omi­nąć, a za­ra­zem zbli­żyć się do sze­ro­kie­go, ciem­no­brą­zo­we­go pnia.

Ber­nard na­brał głę­bo­ko po­wie­trza prze­peł­nio­ne­go ostrym za­pa­chem świe­żej ży­wi­cy, po czym spoj­rzał wy­so­ko w górę, na roz­ło­ży­stą ko­ro­nę drze­wa. Ga­łę­zie znaj­do­wa­ły się na ta­kiej wy­so­ko­ści, że był w sta­nie doj­rzeć je­dy­nie te naj­grub­sze ko­na­ry, a da­lej tyl­ko zle­wa­ją­cą się w jed­no­li­tą pla­mę so­czy­stą zie­leń li­ści. Pod wzglę­dem wiel­ko­ści drze­wo przy­po­mi­na­ło se­kwo­ję, jed­nak nie było igla­ste – li­ście ko­ja­rzy­ły się z okry­ciem dębu, a może bar­dziej orze­cha. Sto­jąc na dole, trud­no było stwier­dzić, a i tak naj­praw­do­po­dob­niej na­le­ża­ło do jesz­cze in­ne­go, nie­zna­ne­go ni­g­dzie in­dziej ga­tun­ku.

Wpa­tru­jąc się z po­dzi­wem w twar­dy jak ska­ła i ma­syw­ny pień drze­wa, po­my­ślał, że chy­ba nic na świe­cie nie by­ło­by w sta­nie zła­mać tego się­ga­ją­ce­go prze­stwo­rzy ol­brzy­ma. Drze­wo z całą swo­ją mocą po pro­stu było – uf­nie roz­po­ście­ra­ło ra­mio­na w górę i pew­nie osa­dza­ło się ko­rze­nia­mi w zie­mi. Tak uf­nie i pew­nie, jak­by ni­g­dzie we wszech­świe­cie nie ist­nia­ły żad­ne prze­szko­dy, trud­no­ści ani ogra­ni­cze­nia. Ema­no­wał od nie­go od­wiecz­ny, ni­czym nie­zmą­co­ny spo­kój, a jed­no­cze­śnie sty­mu­lu­ją­ca wi­tal­ność – krą­żą­ce tuż pod korą soki mu­sia­ły wy­dzie­lać ja­kieś ma­gne­tycz­ne fale, któ­re przy­cią­ga­ły w to miej­sce każ­de­go, kto tyl­ko zna­lazł się w po­bli­żu.

Wspiął się na naj­więk­szy wy­sta­ją­cy z zie­mi ko­rzeń i oparł się o cie­pły pień, przy­kła­da­jąc do nie­go po­li­czek. Usły­szał spo­koj­ny od­dech drze­wa i po­czuł, jak prze­ni­ka go ten ide­al­ny spo­kój, a tak­że mą­drość i pra­sta­ra wie­dza, któ­re są­czy­ły się z ciem­no­brą­zo­wej kory tak samo jak in­ten­syw­nie pach­ną­ca ży­wi­ca.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­tał, a w od­po­wie­dzi otu­li­ła go ko­lej­na fala bło­go­ści. Był to cu­dow­ny stan, w któ­rym moż­na było zro­zu­mieć isto­tę wszyst­kie­go i ni­cze­go już wię­cej nie pra­gnąć.

Jed­nak po chwi­li – któ­ra mo­gła trwać za­rów­no se­kun­dę, jak i go­dzi­nę, rok albo całe stu­le­cie – ock­nął się i ze­sko­czył z ko­rze­nia. Wy­peł­nio­ny po brze­gi mnó­stwem do­dat­ko­wych sił, żwa­wo ru­szył przed sie­bie, wy­ko­nu­jąc nie­mal­że ta­necz­ny sla­lom po­śród le­śnej ro­ślin­no­ści. Ota­cza­ją­cy go las w prze­dziw­ny spo­sób był rów­no­cze­śnie ocie­nio­ny i gę­sty, jak i przej­rzy­sty i do­stęp­ny. Hoj­nie dzie­lił się z wę­drow­ca­mi bo­gac­twem swo­ich barw, aro­ma­tów, a tak­że słod­kich, so­czy­stych owo­ców.

Idąc na­przód, Ber­nard od­dy­chał głę­bo­ko i za­chłan­nie sy­cił oczy kra­jo­bra­zem wo­kół, jak gdy­by chciał wchło­nąć tak dużo z tej sur­re­ali­stycz­nej har­mo­nii i pięk­na, jak tyl­ko było to moż­li­we.

Gdy mi­jał wła­śnie do­rod­ną kępę kwit­ną­cych, się­ga­ją­cych mu do ra­mion pa­pro­ci, do­strzegł po le­wej stro­nie ja­kieś więk­sze prze­ja­śnie­nie – coś jak­by lukę w tej zwar­tej le­śnej gę­stwi­nie. Wie­dzio­ny prze­czu­ciem – a tyl­ko nim tu­taj dys­po­no­wał – od razu skie­ro­wał się w tam­tą stro­nę. Nie po­sia­dał żad­nych map, kom­pa­sów ani in­nych na­rzę­dzi – mu­siał po pro­stu wy­ka­zy­wać naj­wyż­szą czuj­ność wo­bec po­ja­wia­ją­cych się ze­wsząd zna­ków. Wie­dział, że one za­wsze się po­ja­wia­ją, jed­nak trze­ba być nie­zwy­kle uważ­nym.

Stą­pał więc mięk­ko po ciem­no­zie­lo­nym fa­li­stym mchu, ufa­jąc, że zmie­rza we wła­ści­wą stro­nę. Las stop­nio­wo się prze­rze­dzał, a przed nim roz­le­wa­ła się co­raz ja­śniej­sza pla­ma świa­tła, do któ­rej to zbli­żał się z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem. W pew­nej chwi­li jed­nak rap­tow­nie przy­sta­nął, bo uj­rzał przed sobą wi­dok tak urze­ka­ją­cy, że aż za­par­ło mu dech w pier­siach.

Prze­ja­śnie­nie oka­za­ło się ba­jecz­nie ko­lo­ro­wą po­la­ną, na środ­ku któ­rej lśni­ło je­zio­ro. W ide­al­nie gład­kiej ta­fli błę­kit­no­tur­ku­so­wej wody od­bi­ja­ła się cała le­śna flo­ra i fau­na, przez co urok lasu wy­da­wał się tu­taj zwie­lo­krot­nio­ny. W je­zio­rze prze­glą­da­ły się gib­kie ga­łę­zie smu­kłych drzew, kwit­ną­ce na fio­le­to­wo i nie­bie­sko krze­wy, a tak­że przy­brzeż­ne kwia­ty o prze­ogrom­nych ja­skra­wo­czer­wo­nych i żół­tych kie­li­chach. Co rusz za­glą­da­ły do nich mo­ty­le o fan­ta­zyj­nie wzo­rzy­stych skrzy­dłach, nad któ­ry­mi bez­sze­lest­nie szy­bo­wa­ły eg­zo­tycz­ne pta­ki. Le­śny akwen był raj­sko ko­lo­ro­wą i tęt­nią­cą ży­ciem sce­ną, na któ­rej dum­nie pre­zen­to­wa­ły się wszyst­kie obec­ne tu prze­bo­ga­te for­my ży­cia.

Ber­nard, ocza­ro­wa­ny, po­wo­li zbli­żył się do brze­gu je­zio­ra. Usiadł na mięk­kiej tra­wie i po­czuł na po­licz­kach ko­ją­ce cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych, któ­re do­pie­ro tu­taj mo­gły swo­bod­nie do­się­gnąć zie­mi i ogrzać też naj­niż­sze war­stwy lasu. Za­mknął oczy i prze­chy­lił gło­wę do tyłu, aby móc jesz­cze bar­dziej wy­sta­wić twarz do słoń­ca, któ­re świe­ci­ło te­raz tak moc­no, że wy­da­wa­ło się do­stęp­ne do­słow­nie na wy­cią­gnię­cie ręki.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­tał zno­wu, tym ra­zem w kie­run­ku tej go­re­ją­cej isto­ty, któ­rej ko­ją­ce cie­pło na­pę­dza­ło do roz­wo­ju każ­dą tęt­nią­cą ży­ciem ko­mór­kę.

Trwał tak w cał­ko­wi­tej we­wnętrz­nej ci­szy, za­to­pio­ny w ota­cza­ją­cym go pięk­nie. Ktoś zer­ka­ją­cy z boku mógł­by po­my­śleć, że nic się nie dzie­je. Dzia­ło się jed­nak wszyst­ko – w swo­im ide­al­nym ryt­mie i po­rząd­ku. Każ­da żywa cząst­ka w naj­wyż­szym sku­pie­niu pra­co­wa­ła nad two­rze­niem tego za­pie­ra­ją­ce­go dech w pier­siach kra­jo­bra­zu. Kwia­ty po­wo­li otwie­ra­ły swo­je pul­su­ją­co ko­lo­ro­we kie­li­chy, drze­wa wy­pusz­cza­ły mło­de list­ki, a wiatr de­li­kat­nie mu­skał na­grza­ną zie­mię. Każ­da naj­mniej­sza dro­bin­ka tego świa­ta ist­nia­ła sama dla sie­bie, a jed­no­cze­śnie wszyst­ko ra­zem zle­wa­ło się w jed­ność – sym­fo­nicz­ną ka­ska­dę ko­lo­rów, kształ­tów, dźwię­ków i za­pa­chów. Tak har­mo­nij­nie sto­pio­nych, że trud­no by­ło­by już stwier­dzić, czy to po­ma­rań­czo­wy jest orzeź­wia­ją­co słod­ki, czy ra­czej orzeź­wia­ją­ca sło­dycz jest z na­tu­ry po­ma­rań­czo­wa. Nie mia­ło to jed­nak zna­cze­nia, bo wszyst­ko było tu po pro­stu ta­kie, ja­kie mia­ło być.

Na­gle po­czuł na po­licz­ku sub­tel­ne mu­śnię­cie. Gdy otwo­rzył oczy, zo­rien­to­wał się, że to po­kaź­nych roz­mia­rów se­le­dy­no­wy ptak – nie­co po­dob­ny do ła­bę­dzia, choć znacz­nie więk­szy – przy­jaź­nie do­tknął go dzio­bem. Ber­nard uśmiech­nął się i po­gła­skał jego ak­sa­mit­ne w do­ty­ku skrzy­dło. Za­do­wo­lo­ne stwo­rze­nie po­ma­sze­ro­wa­ło da­lej i znik­nę­ło w przy­brzeż­nym gąsz­czu ja­sno­ró­żo­wych kwia­tów, wy­glą­da­ją­cych jak wy­ra­sta­ją­ce wprost z wody wy­bu­ja­łe ma­gno­lie.

Nie miał wąt­pli­wo­ści, że był to ko­lej­ny znak; szyb­ko – choć z pew­ną dozą nie­chę­ci – po­jął jego sens. Do­tar­cie do tej po­la­ny sta­no­wi­ło ko­niec – raj­ska sce­na była kur­ty­ną za­my­ka­ją­cą etap ostat­niej bez­tro­skiej wę­drów­ki. Na­de­szła pora ru­szyć w dal­szą dro­gę, któ­ra z pew­no­ścią nie bę­dzie już tak sie­lan­ko­wa. Już wkrót­ce przyj­dzie mu przy­po­mnieć so­bie, czym są chłód i ciem­ność – po­ję­cia, któ­re w tym miej­scu wy­da­wa­ły się tak od­le­głe, że aż nie­moż­li­we do wy­obra­że­nia.

A jed­nak już te­raz po­czuł drob­ną na­miast­kę tego chło­du. Za­drżał lek­ko, a coś w jego wnę­trzu na mo­ment za­mar­ło, skur­czy­ło się.

Lija.

Rzecz ja­sna po­my­ślał o Liji. Gdzie te­raz była? Kie­dy się spo­tka­ją?

Praw­do­po­dob­nie to ona go wzy­wa­ła, po­nie­waż na­de­szła już wła­ści­wa pora. Tu­taj nie czu­ło się upły­wu cza­su, ale tam, do­kąd wy­ru­szał, czas miał fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie.

Wie­dział, że nie po­wi­nien dłu­żej zwle­kać. Ostat­ni więc raz ro­zej­rzał się do­oko­ła i na­brał głę­bo­ko w płu­ca tego świe­że­go, cu­dow­nie orzeź­wia­ją­ce­go po­wie­trza. Po­mi­mo obaw po­czuł, że po­wo­li roz­pa­la się w nim zwy­kła i bar­dzo ludz­ka cie­ka­wość. A cie­ka­wość była wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, aby ru­szyć.

Żeby to zro­bić, wy­star­czy­ło tu po pro­stu w od­po­wied­ni spo­sób za­mknąć oczy, da­jąc tym sa­mym znak. Kie­dy więc to zro­bił, na­raz wszyst­ko do­oko­ła gwał­tow­nie za­wi­ro­wa­ło i na uła­mek se­kun­dy zla­ło się w pul­su­ją­cą falę ko­lo­rów i świa­tła.

A za­raz po­tem cał­ko­wi­cie za­po­mniał o tym, gdzie jesz­cze chwi­lę temu prze­by­wał. Po­nie­waż gdy otwo­rzył oczy, zna­lazł się w zu­peł­nie in­nym miej­scu.ROZDZIAŁ 2

Gdy tu­taj była, to jej nie było. Ja­kaś jej część, i to chy­ba ta cał­kiem istot­na – być może du­sza, je­że­li ist­nie­je – ulat­nia­ła się już z chwi­lą, gdy zbli­ża­ła się do no­wiut­kie­go prze­szklo­ne­go biu­row­ca kla­sy A. Opusz­cza­ła ją już na par­kin­gu i z obrzy­dze­niem od­wra­ca­ła się w dru­gą stro­nę, od­ma­wia­jąc od­klik­nię­cia się przy wej­ściu. Na­ta­lia po­zo­sta­wa­ła więc zda­na na tę mar­ną reszt­kę sa­mej sie­bie – pół­ży­wą i bez ener­gii.

Tego dnia uda­ło jej się od­klik­nąć punkt dzie­wią­ta, co ozna­cza­ło, że przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie nie bę­dzie mu­sia­ła zo­sta­wać po sie­dem­na­stej. Bo prak­tycz­nie każ­de­go dnia cały wszech­świat zda­wał się kon­spi­ro­wać, żeby sie­dzia­ła jak naj­dłu­żej: mno­ży­ły się i pię­trzy­ły nie­ukoń­czo­ne za­da­nia, krzy­cza­ły e-ma­ile o naj­wyż­szym prio­ry­te­cie, a de­dlaj­ny groź­nie ły­pa­ły swo­imi mar­twy­mi oczo­do­ła­mi. Mało kto wy­cho­dził stąd o cza­sie. A im wy­żej na dra­bi­nie, tym rza­dziej. Tym dłu­żej sie­dział.

Zdję­ła kurt­kę, wje­cha­ła sre­brzy­ście po­ły­sku­ją­cą win­dą na trze­cie pię­tro, po czym wy­sia­dła i ru­szy­ła na­przód, wzdłuż rów­nych rzę­dów iden­tycz­nych biu­rek, w więk­szo­ści za­ję­tych już przez bla­dych i za­spa­nych pra­cow­ni­ków. Po­pi­ja­li do­pie­ro pierw­szą kawę – ewen­tu­al­nie dru­gą, o ile pierw­szą wy­pi­li już w domu – i zda­wa­li się głę­bo­ko roz­cza­ro­wa­ni fak­tem, że oto na­stał ko­lej­ny dzień i, na do­miar złe­go, nie był to pią­tek. Na­ta­lia wy­sła­ła kil­ka sła­bych uśmie­chów w kie­run­ku tych, z któ­ry­mi utrzy­my­wa­ła też kon­takt e-ma­ilo­wy (choć­by w CC) na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze we­wnętrz­nym lub roz­ma­wia­ła pod­czas te­le­kon­fe­ren­cji. Ten pół­u­śmiech był istot­ny, gdyż zgod­nie z mod­nym ostat­nio mar­ke­tin­go­wym tren­dem H2H (Hu­man to Hu­man) re­la­cje mię­dzy­ludz­kie w biz­ne­sie zy­ski­wa­ły na zna­cze­niu.

Od­po­wie­dzi na jej przy­wi­ta­nie były nie­mra­we albo żad­ne. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że wszy­scy inni też prze­łą­czy­li się na tryb prze­trwa­nia, tak że zo­sta­ły po nich te sztucz­nie uśmiech­nię­te, do­brze za­pro­gra­mo­wa­ne po­wło­ki. Na szczę­ście – tak jak wszę­dzie na świe­cie, tak i tu­taj – ist­nie­li za­da­niow­cy. Tacy ra­so­wi, któ­rzy już po prze­bu­dze­niu z pod­eks­cy­to­wa­niem za­glą­da­li do Go­ogle Ca­len­dar, mo­ni­to­ru­jąc swój wła­sny pro­gres, i – z ro­sną­cą sa­tys­fak­cją – wy­zna­cza­li so­bie ko­lej­ne am­bit­ne cele. Ta­kie pe­reł­ki o naj­więk­szym po­ten­cja­le dla fir­my obej­mo­wa­no spe­cjal­nym pro­gra­mem szko­leń i roz­wo­ju. Szczę­ścia­rze.

Mimo do­sko­na­le dzia­ła­ją­cych kli­ma­ty­za­to­rów za­wsze jej się wy­da­wa­ło, że bra­ku­je tu tle­nu. Wła­ści­wie to le­d­wo znaj­do­wa­ła siłę, żeby do­wlec się do swo­je­go bok­su. Tak samo było i tego dnia.

Opa­dła cięż­ko na fo­tel, jak­by nie prze­by­ła za­le­d­wie kil­ku­na­stu me­trów po gład­kiej i błysz­czą­cej pod­ło­dze, ale co naj­mniej kil­ka ki­lo­me­trów po dzi­kich la­sach i pu­sty­niach. Zwłasz­cza pu­sty­niach – ze wzglę­du na tę du­cho­tę. Zim­ną dusz­ność i wra­że­nie, że coś wy­pa­la ją od środ­ka.

Jej biur­ko wy­róż­nia­ło się tym, że obok sza­rej mysz­ki od lap­to­pa le­ża­ła ja­sno­ró­żo­wa za­krę­co­na musz­la. Ogól­nie wpraw­dzie obo­wią­zy­wa­ły dość su­ro­we wy­tycz­ne w ra­mach Cle­an Desk Po­li­cy, jed­nak team le­ade­rzy po­zwa­la­li pra­cow­ni­kom na pew­ną dozę sper­so­na­li­zo­wa­nia swo­je­go miej­sca pra­cy. Zdję­cie z wa­ka­cji w Pa­ry­żu, ja­kiś mo­ty­wu­ją­cy cy­tat, fota słod­kie­go ko­cia­ka (Did so­me­one say Fri­day?), no­tes z ró­żo­wo-plu­szo­wą okład­ką. Dro­bia­zgi, dzię­ki któ­rym moż­na było się tu jesz­cze bar­dziej za­do­mo­wić.

Za­po­wia­dał się szcze­gól­nie waż­ny i ner­wo­wy dzień (choć wła­ści­wie co­dzien­nie się taki za­po­wia­dał) – spię­trze­nie kil­ku kry­tycz­nych de­dlaj­nów. To­mek, na­le­żą­cy do tej naj­bar­dziej szla­chet­nej rasy za­da­niow­ców i nor­mal­nie za­miesz­ku­ją­cy spe­cjal­nie wy­dzie­lo­ny tyl­ko dla nie­go oszklo­ny boks, te­raz ner­wo­wo bie­gał po­mię­dzy biur­ka­mi swo­ich pod­wład­nych, od­bie­ra­jąc te­le­fo­ny oraz na prze­mian zwo­łu­jąc i od­wo­łu­jąc prze­róż­ne spo­tka­nia. Sta­rał się jak naj­le­piej wy­peł­nić swo­ją mi­sję i oca­lić pro­jekt przed fa­ka­pem. Na­ta­lia za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le wy­cho­dził po­przed­nie­go dnia z biu­ra, bo wy­da­wa­ło jej się, że dru­gi raz z rzę­du ma na so­bie tę samą ko­szu­lę. Ale może tyl­ko jej się wy­da­wa­ło i dzi­siej­sza ko­szu­la róż­ni­ła się od wczo­raj­szej ja­kimś sub­tel­nym de­ta­lem. Na pew­no jed­nak miał wy­raź­nie pod­krą­żo­ne oczy.

Od­pa­li­ła kom­pu­ter, a w mię­dzy­cza­sie wla­ła w sie­bie pierw­szą por­cję lep­kiej kawy z ma­szy­ny ven­din­go­wej. Przez przy­pa­dek wy­bra­ła opcję z po­dwój­nym cu­krem. Trud­no, może do­sta­nie moc­niej­sze­go ener­ge­tycz­ne­go kopa (na pew­no nie – prze­cież wie­dzia­ła, że kawa z cu­krem dzia­ła­ła tyl­ko chwi­lę, a po­tem był zjazd, jak po każ­dym nar­ko­ty­ku). Nie­ste­ty, Win­dows mo­zol­nie mie­lił wła­śnie ja­kąś ak­tu­ali­za­cję i chy­ba za­wie­sił się na eta­pie sześć­dzie­się­ciu pro­cent. Mia­ła więc pre­tekst, aby jesz­cze przez chwi­lę po­zo­stać w in­nym świe­cie.

Na mo­ment przy­mknę­ła oczy i do­tknę­ła du­żej ja­sno­ró­żo­wej musz­li, któ­rą wy­ło­wi­ła kie­dyś w Bał­ty­ku (taki okaz był ra­czej rzad­ko­ścią nad pol­skim mo­rzem). Po­my­śla­ła, że jed­no­staj­ny szum ser­we­rów przy­po­mi­nał na­wet cał­kiem szum fal gdzieś na sło­necz­nej pla­ży… Jak by­ło­by przy­jem­nie… Tak, mo­gła­by za­nu­rzyć się, za­nur­ko­wać, a po­tem wy­pły­nąć i lek­ko uno­sić się na fa­lach…

– Na­ta­lia, i jak te ze­sta­wie­nia? Go­to­we? – spy­tał ktoś, bu­rząc tę sie­lan­ko­wą wi­zję.

To­mek oczy­wi­ście.

– Jesz­cze chwi­lę na to po­trze­bu­ję, bo mój lap­top… – za­czę­ła, ale nie miał cza­su jej da­lej słu­chać.

– To się fo­ku­suj i ko­niecz­nie wy­ślij do dwu­na­stej, do­bra? Po­tem o trzy­na­stej mamy spo­tka­nie w kon­fe­ren­cyj­nej na dole, będę cię ap­dej­to­wał. A za­raz dzwo­nię do Lon­dy­nu i do­wiem się, co z tym ko­lem w spra­wie kej-pi-ajów – wy­rzu­cił z sie­bie jed­nym tchem i po­biegł gdzieś da­lej.

– Ja­sne – od­par­ła nie­po­trzeb­nie, po­pra­wia­jąc so­bie na twa­rzy swój biu­ro­wy, pro­fe­sjo­nal­ny pseu­do­uśmiech. Mo­del, ja­kie­go więk­szość tu­taj uży­wa­ła.

Nie było wyj­ścia – trze­ba się osta­tecz­nie do­bu­dzić. Win­dows też chy­ba po­czuł pre­sję, bo po wy­po­wie­dzi Tom­ka na­tych­miast za­koń­czył ak­tu­ali­za­cję.

Na­ta­lia za­lo­go­wa­ła się i otwo­rzy­ła plik z ze­sta­wie­niem. Ni­czym go­rą­ca para buch­nę­ły w nią na­je­żo­ne rzę­dy cyfr, za­wi­łe for­mu­ły i ogrom­ne ta­be­le prze­staw­ne – tak skom­pli­ko­wa­ne i kom­plek­so­we, że naj­chęt­niej po­żar­ły­by jesz­cze hek­ta­ry prze­strze­ni, da­le­ko poza gra­ni­ca­mi ekra­nu, a może na­wet biur­ka. Ko­mór­ki w Exce­lu były jak no­wo­twór, któ­ry na­mna­żał się, tra­wiąc jej umysł i po­wo­du­jąc roz­sa­dza­ją­cy czasz­kę ból gło­wy. Wes­tchnę­ła cięż­ko i za­bra­ła się do żmud­nej pra­cy.

Sta­ra­ła się cał­ko­wi­cie sku­pić, ale nie do koń­ca jej się to uda­wa­ło. Ten ma­rud­ny głos ulo­ko­wa­ny gdzieś w gło­wie wiecz­nie do­ma­gał się uwa­gi. Upar­cie, choć na róż­ne spo­so­by, za­da­wał jed­no i to samo py­ta­nie, na któ­re nie mia­ła od­po­wie­dzi i któ­re­go nie chcia­ła sły­szeć. Kawa – tak, jesz­cze jed­na kawa. Może to po­mo­że i oczy­ści jej umysł (na pew­no nie). Byle wy­ro­bić się z tym do dwu­na­stej, a po­tem jesz­cze tyl­ko prze­żyć do sie­dem­na­stej.

A co po­tem? Pew­nie jak zwy­kle pad­nię­ta spę­dzi ko­lej­ny smęt­ny wie­czór w domu, cze­ka­jąc, aż Bar­tek urwie się ze swo­jej biu­ro­wej celi – łu­dzą­co po­dob­nej do tej tu­taj, choć usy­tu­owa­nej w in­nej czę­ści mia­sta. On przy­naj­mniej czuł się tam nie­co le­piej, bo lu­bił to uczu­cie, gdy ru­bry­ki w har­mo­no­gra­mach pro­jek­tów z krwi­sto­czer­wo­nych ro­bi­ły się so­czy­sto­zie­lo­ne. Być może uwa­żał na­wet, że dla ta­kich chwil war­to żyć. Bar­tek był jej ży­cio­wym part­ne­rem – nor­mal­nym chło­pa­kiem z ko­fe­iny i ko­ści, któ­ry pew­nie tego dnia zno­wu zo­sta­nie dłu­żej w pra­cy.

A ona zo­sta­nie dłu­żej sama, przez co ten na­przy­krza­ją­cy się głos jesz­cze bar­dziej się roz­sier­dzi i bę­dzie krzy­czał, py­tał i nę­kał ją swo­imi po­nu­ry­mi re­flek­sja­mi. Na szczę­ście – po­mi­mo tego, że Bar­tek fak­tycz­nie za­sie­dział się zno­wu w biu­rze – aku­rat ten wie­czór po­to­czył się cie­ka­wiej, niż prze­wi­dy­wa­ła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij