-
nowość
Wojenny Klub Książki - ebook
Wojenny Klub Książki - ebook
Nawet w najciemniejszych czasach wojny słowa potrafią rozświetlić mrok.
Rok 1943. Wyspa Jersey u wybrzeży Anglii znajduje się pod niemiecką okupacją. Gdy nazistowskie władze zaczynają palić książki uznane za zagrożenie dla reżimu, bibliotekarka Grace La Motté i jej przyjaciółka, listonoszka Beatrice (Bea) Gold, odważnie włączają się w coraz bardziej ryzykowne akty oporu. Ukrywanie książek i przechwytywanie listów grozi zesłaniem do obozu koncentracyjnego na kontynent.
Zakładają Klub Książki, który dla jego członków staje się schronieniem i namiastką wolności. Każda rozmowa o zakazanej literaturze staje się aktem odwagi, a każdy gest człowieczeństwa może mieć poważne konsekwencje. Wśród bibliotecznych półek rodzą się przyjaźnie, fascynacje i poczucie wspólnoty, które pomagają przetrwać najtrudniejsze chwile.
Gdy niemieckie władze zaczynają tropić przejawy oporu, aresztowanie staje się realnym zagrożeniem. Grace musi podjąć decyzję, która może uratować bliskich, ale narazi ją samą na śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy uda jej się zwieść gestapo?
„Wojenny Klub Książki” – poruszająca opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami – to historia o mocy literatury, odwadze kobiet i sile nadziei, która pozwala przetrwać trudne czasy wojny.
„Wzruszająca historia, trzymająca w napięciu opowieść o tym, że nawet w najciemniejszych czasach wojny siła i nadzieja mogą kryć się w słowach.”
Joanna Jax
„Przed Wami hipnotyzująca opowieść inspirowana życiem!
Historia niezwykłej odwagi, wielkiej przyjaźni i miłości, która przetrwa wszystko.
Ta historia dowodzi niebywałej mocy słowa pisanego, siły książek, które stają się światłem w mroku najczarniejszych czasów. Jestem rozkochana!”
Małgorzata Tinc
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-08-09335-1 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------
GRACE
28 CZERWCA 1940 ROKU
Koniec czerwca to najbardziej urzekający czas na Jersey. Bezchmurne niebo mieni się wszystkimi odcieniami błękitu, a letnie słońce sprawia, że Havre des Pas jaśnieje ciepłą, lepką poświatą.
Grace La Mottée leży na plecach w wodzie i wsłuchuje się w otaczające ją pluski kąpieliska. Podobnie jak wszyscy wokół jest po pracy. Wysoko nad nią kołują ptaki. Robi głęboki wdech, sycąc się orzeźwiającym morskim powietrzem. Czuje w nim sól i palone wodorosty. To odgłosy i zapachy jej wyspiarskiego domu. Grace potrzebuje teraz tego, co znajome i przewidywalne.
Minął tydzień, odkąd większość ewakuantów opuściła wyspę. Ponad sześć i pół tysiąca osób. Przez kilka dni ściągali do przystani niczym chaotyczna ludzka fala. Ich szloch mieszał się z jednostajnym warkotem silników statków wyrzucających z komina czarny dym. Potem złowroga cisza spowiła również bibliotekę. Nie każda bibliotekarka traci z dnia na dzień połowę swoich czytelników.
Wraz z Arscottem, naczelnym bibliotekarzem Saint Helier, zrobili, co mogli, aby odzyskać wypożyczone książki – przecież ci, którzy zostali, również będą chcieli je przeczytać.
„Ludzie będą teraz potrzebowali książek jak nigdy dotąd” – powtarza raz za razem Arscott, czy raczej Ash, jak nazywa go Grace. Ma rację. Coraz więcej osób przychodzi do biblioteki, jak gdyby ten stojący przy Royal Square elegancki budynek z różowego granitu obejmował ich pocieszająco i rzucał im linę ratunkową splecioną z książek. Tym samym ta wielka matriarchini – Grace uważa, że biblioteka jest kobietą – pozostała ostoją godności i wdzięku, która chroni swoje precjoza jak niezdobyty skarbiec.
Grace ma wrażenie, jakby znalazła się we śnie. Obserwuje. Czeka. Na co – nie jest pewna. Wciąż dryfując, zmienia pozycję, poprawia pasek stroju kąpielowego i machnięciem ręki odpędza muchę.
Dziewczynę dolatuje stłumiony huk i nagle woda lekko się wzburza. Grace niechętnie podnosi głowę. Nad murkiem na planie podkowy, oddzielającym kąpielisko od błyszczącego morza, rozciąga się przestwór czystego nieba. Jego błękit mąci jednak czarna smuga w oddali.
Mucha bzyczy i zbliża się coraz bardziej. Jest dziwnie szybka i ciemna. A do tego ma czarny krzyż na spodniej stronie skrzydła.
– To heinkele! – krzyczy ktoś. – Bombardują przystań!
Grace się prostuje. Ma mętlik w głowie. Bomby, które wyglądają jak patyczki, powoli wysypują się z podwozia samolotu i z wdziękiem opadają ku ziemi. A kiedy w nią uderzają, eksplodują, wzbijając tumany szarego dymu. Grace nieruchomieje i obserwuje, jak ludzie rzucają się do ucieczki, wpadają na siebie i zabierają ręczniki oraz dzieci. Widzi ich usta, puste, czarne otchłanie, z których wylatują słowa, ale ona ich nie słyszy. Wtem dopada ją hałas – krzyki i szum krwi w uszach.
Musi się ratować. Musi poszukać schronienia. Grace podpływa do krawędzi basenu i wychodzi, ociekając wodą. Nie może znaleźć ręcznika. Nie ma czasu. Niemieckie samoloty zawracają, smagając ulice ogniem z karabinów maszynowych. Grace podrywa się do biegu i pędzi boso między zburzonymi budynkami i rannymi. Płonie pracownia wikliniarska. Gęsty dym spowija Pomme d’Or Hotel. Spośród kłębów wybiega kobieta z częściowo oderwaną ręką, która zwisa bezwładnie. Grace ślizga się na czymś mięsistym. Nie zatrzymuje się jednak – robi to dopiero na schodach biblioteki.
– Grace...
– Ash...
Mówią jednocześnie.
Grace zerka w dół. Wciąż ma na sobie strój kąpielowy i żółty czepek – cóż za absurdalne przebranie w takiej sytuacji. Jej kolano krwawi. Nie pamięta, by upadła.
– Idź do domu, przebierz się i wróć – nakazuje Ash. – Mamy mnóstwo pracy. Nadchodzą.
Pod wpływem szoku Grace szczęka zębami.
– C-co zrobimy?
Ash otwiera kluczem drzwi biblioteki. Jego dłonie drżą, przez co z trudem trafia w dziurkę.
– Przyjdą po książki autorów, których potępiają. Musimy je ukryć.
Grace nigdy by nie pomyślała, że Niemcy wezmą na celownik książki. W dalekiej przyszłości uznałaby tę młodzieńczą naiwność i niewinność za coś zabawnego – gdyby nie koszmar, jaki zgotowali im najeźdźcy.
– Prędko, Grace. Nie traćmy czasu. Zaczęła się inwazja.
BEA
DWA DNI PÓŹNIEJ
Dwie ulice dalej od biblioteki urzędniczka pocztowa Bea Gold stoi sztywno wraz z innymi pracownikami obok zaklejonych taśmą okien poczty przy Broad Street. Za nimi, upchnięte w każdą wolną przestrzeń, piętrzą się góry przesyłek zawiniętych w szary papier. To rzeczy ewakuantów, którzy przed okupacją nadali część swojego dobytku do Anglii. Bea wie, że już ich nie wyślą.
Pocztowcy słyszą idealnie zsynchronizowany stukot żołnierskich butów uderzających o kocie łby. Odgłos niesie się złowrogim echem wąskimi uliczkami Saint Helier. Po chwili dostrzegają nadchodzących żołnierzy. Bea czuje lodowaty przypływ paniki.
– Jesteś najszybsza. Leć na górę. Powiedz im, że przyszli – popędza ją Winnie. – No już.
Bea zrywa się i przeskakując po dwa schodki naraz, dociera do pokoju fonograficznego.
Telegrafistka Vera Le Dain czeka, jej oczy są wielkie z przerażenia.
– Szybko, V. Zawiadom Londyn.
Vera odwraca się bez słowa i zaczyna nadawać wiadomość do Central Telegraph Office w Londynie. Bea patrzy jej przez ramię i czyta: „Wchodzą do budynku. Wyłączamy się. Mam nadzieję, że usłyszymy się po wojnie. Niech Bóg ma nas w swojej opiece. Boże, chroń króla. Do usłyszenia”.1
------------------------------------------------------------------------
BEA
8 WRZEŚNIA 1943 ROKU. TRZY LATA PÓŹNIEJ
ZAKAZANA KSIĄŻKA
------------------------------------------------------------------------
_Doris, dziewczynka ze sztucznego jedwabiu_ opublikowana w 1932 roku przez niemiecką powieściopisarkę Irmgard Keun. Opowiada historię młodej mieszkanki Berlina, która pragnąc zostać gwiazdą kabaretu, wchodzi w świat prostytucji. Naziści potępili tę książkę, twierdząc, że „przedstawia wulgarny obraz niemieckiej kobiecości”. Samo życie Irmgard mogłoby posłużyć jako inspiracja dla wciągającej powieści. Po tym, jak książka trafiła na czarną listę, i po nieudanej próbie pozwania Gestapo za utracone przychody Keun ucieka z Niemiec. Pozorując własną śmierć, wraca w 1940 roku, posługując się fałszywymi dokumentami.
------------------------------------------------------------------------
Beatrice Gold mknęła przez życie niczym ogień trawiący las. Nie odznaczała się tradycyjnym pięknem. Każdy element jej twarzy wydawał się trochę niedopasowany – usta przypominające kleks z dżemu truskawkowego, dzikie ciemne loki i błysk w oku zwiastujący kłopoty. Akurat tych miała teraz pod dostatkiem.
Leżała naga, przygnieciona gorącym ciałem mężczyzny. Czuła na sobie jego mokrą od wody morskiej skórę i piasek łaskoczący w plecy.
– Jimmy, łachudro! Musiałeś mnie rozpraszać? Przez ciebie przegapiłam ostatni autobus do miasta.
Mężczyzna uśmiechnął się i unieruchomił ją, przyciskając jej ręce do piasku.
– Rozpraszać cię? Aleś ty romantyczna...
– Wiesz, co miałam na myśli.
– Możesz przecież zostać. Nie chcę, żeby cię zatrzymali po godzinie policyjnej.
Odwzajemniła słodko uśmiech.
– Daj spokój, szkopy mnie nie złapią. Większość nie znalazłaby własnego tyłka nawet z pomocą innych.
Pocałował ją w szyję.
– Jesteś taka piękna, Beo. Nawet kiedy klniesz jak szewc.
– Uważaj sobie – prychnęła. – Zobacz, jak ja wyglądam. Od trzech lat nie widziałam szminki i nawet wieszaki mają więcej krągłości ode mnie.
Pomyślała o kobietach sypiających z Niemcami – _jerrybags_, jak nazywano je na wyspie. Można było je poznać po wiecznie wymalowanych ustach i pięknych perfumach. Niektóre mieszkanki Jersey zrobiłyby wszystko dla paru marek.
Jimmy nachylił się, by ją pocałować, ale idealnie wymierzony cios kolanem w krocze pozwolił Bei wyswobodzić się z jego uścisku. Namacała dłonią sukienkę i naciągnęła ją przez głowę, a następnie wsunęła stopy w parę brzydkich drewniaków.
– Mama zmyje mi głowę, jeśli się spóźnię – mruknęła, zapinając guziki swetra. – Wiesz, jaka jest... Nawet na wakacjach robi z igły widły.
Kiedy Jimmy się roześmiał, w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Wczesnowieczorne słońce podkreśliło głęboką zieleń jego oczu.
– Wakacje – westchnął, niechętnie się podnosząc. – Pamiętasz jeszcze, co to takiego?
Przyciągnął ją ku sobie i obcałował jej szyję.
– Pewnego dnia, Beo, zwiedzimy całą Europę. Nie będzie żadnych godzin policyjnych ani drutów kolczastych. Tylko puste plaże i zimne piwko.
Jimmy La Mottée był synem rolnika z Saint Ouen. Gdyby go tak bardzo nie kochała, nie zadawałaby sobie tyle trudu, by się z nim zobaczyć. Podróż rowerem – z oponami zrobionymi z węża ogrodowego – z Saint Helier do jego domu na zachodnim krańcu wyspy była wyczerpująca. Szczególnie że Bea mocno podupadła na zdrowiu. Przed wojną taka wycieczka nie stanowiła dla niej problemu, ale teraz po każdej przejażdżce czuła, jakby miała wypluć płuca.
Dla niej piekło zaczynało się o osiemnastej, kiedy zamykano urząd pocztowy przy Broad Street. Bea spojrzała na swoje chude nogi. Z głodu bolał ją żołądek. Nie chciała jednak narzekać – przecież wszyscy tutaj doświadczali niedostatku. Niemniej trzy lata okupacji dały jej w kość. Miała wrażenie, że nawet jej dusza zmarniała.
Nagle uświadomiła sobie, czego brakowało jej bardziej niż porządnego posiłku. Najbardziej brakowało jej wizyt w bibliotece, gdzie pracowała siostra Jimmy’ego i zarazem jej najlepsza przyjaciółka Grace. Tęskniła za książkami. Za możliwością zatracenia się w magii hollywoodzkich filmów. Za kąpielami nago w bezchmurne noce. Życie mieszkańców wysp znalazło się w żelaznym uścisku macek niemieckiego okupanta.
Nagle uświadomiła sobie, że Jimmy zadał jej pytanie, i Bea wróciła do rzeczywistości.
– Hę? Mówiłeś coś?
– To dopiero urocza odpowiedź na moje oświadczyny...
Patrzył na nią z lekko drwiącym uśmieszkiem i ziarenkami piachu w jasnych włosach.
– Nie żartuj sobie! Zaraz... chyba nie pytasz serio, prawda?
– Beo, proszę cię. To ważne.
Jimmy pociągnął ją w dół, aby oboje usiedli na wydmie, osłonięci przed nieproszonymi gośćmi.
– Chcę się z tobą ożenić.
– Widzę, że coś kombinujesz. O co chodzi?
Ze śmiechem przeczesał włosy, wytrzepując z nich piasek.
– Nic się przed tobą nie ukryje. Zamierzam opuścić wyspę. – Zacisnął szczękę.
– Kiedy? – zapytała surowo.
– Jutro, jeśli warunki pozwolą. Posłuchaj, Beo, musisz mi uwierzyć. Będę na ciebie czekał w Anglii. Po wojnie do mnie dołączysz i weźmiemy ślub. Może nawet przeprowadzimy się do Londynu. Nie możesz całe życie pracować tu na poczcie.
– A-ależ, Jimmy, to szaleństwo. Jesteś rolnikiem, nie rybakiem. Co ty wiesz o morzu? Prądy wokół Jersey są śmiertelnie niebezpieczne.
– Jest nas trzech. Na wschodzie czeka na nas francuski rybak z benzyną.
– Przecież nie da się uciec ze wschodniego wybrzeża. To byłoby samobójstwo.
– Wiem, wypłyniemy z zachodniego.
– To jeszcze bardziej niebezpieczne! Musielibyście trafić na idealny prąd. Inaczej, jeśli nie wylecicie w powietrze na minie, rozbijecie się o skały.
– Denis Vibert dopłynął do Anglii dwuipółmetrową łódką wiosłową – bronił się Jimmy, nabierając piasku w dłoń i przesypując go między palcami. – Poza tym – dodał gorzko – jestem zabezpieczony.
Odchylił połę płaszcza i pokazał Bei fragment pistoletu.
– Walther P38 – oznajmił z dumą, jakby pokazywał jej utuczone cielę.
– Niemiecki? – zdziwiła się. – Ukradłeś?
– Daj spokój, Beo, zabrać szkopom to nie kradzież.
Dziewczynę ogarnęła panika.
– A... pamiętasz, jak w zeszłym roku skończyli Dennis Audrain, Peter Hassall i Maurice Gould? Dennis utonął, a tamtych Niemcy wsadzili do więzienia gdzieś na kontynencie. Nie. To zbyt niebezpieczne, zwłaszcza jeśli zamierzasz zabrać ze sobą tę broń.
Jimmy upuścił ostatnie ziarenko i spojrzał na Beę.
– Beo, na dziesięciu, którzy nie dali rady, przypada jeden, któremu się udało. Co oznacza, że to możliwe. Nawet jeśli trafię do willi na Gloucester Street, przynajmniej będę miał co opowiadać wnukom.
_Będę miał co opowiadać wnukom?_
Okupacja to nie bajka o bohaterach, nie ma w niej szczęśliwych zakończeń. Jedyne, co ze sobą przynosi, to niepewność, głód i desperację ludzi usiłujących przetrwać. Bea spojrzała w dal, na zatokę Saint Ouen. Złociste piaski przystani były teraz oszpecone przez zasieki, których widok mroził dziewczynie krew w żyłach. Dawniej Jersey urzekała swoim pięknem, a teraz zmieniono ją w ponurą fortecę. Bea miała wrażenie, jakby zamknięto ich w szczelnej skorupie z betonu i stali. Dniami i nocami maszyny i ludzie nieustannie pracowali, by uczynić te starożytne zielone wyspy częścią potężnego systemu umocnień Wału Atlantyckiego Hitlera.
Zamknęła oczy, by odciąć się od widoku przypominającego jej o wojnie, i skupiła się na chłodnej morskiej bryzie, która poruszała jej włosami. Jimmy westchnął. Jego ego mocno ucierpiało, kiedy rodzice zabronili mu wstąpić do wojska. Z przykrością więc patrzył, jak rówieśnicy odpływali wraz z ewakuantami, by zaciągnąć się do armii. Nie mógł się pogodzić z myślą, że podczas gdy oni walczą, on doi krowy. I chociaż rodzice twierdzili, że praca w gospodarstwie to również szlachetny i bohaterski wkład w wysiłek wojenny, patriocie pokroju Jimmy’ego to nie wystarczało.
– Beo... – trącił ją ramieniem. – Nie proszę cię o pozwolenie – zaznaczył. – Uciekam i kropka. – Ujął jej dłoń i łagodniejszym już tonem dodał: – Ale chciałbym to zrobić, wiedząc, że zgodziłaś się za mnie wyjść. Proszę, uwierz mi. Jeśli zostanę, postradam rozum.
– O proszę, wielkie dzięki!
– Nie, źle mnie zrozumiałaś. Spróbuj spojrzeć na to z mojej strony. Moi bracia walczą u boku Brytyjczyków, a ja co robię? Hoduję pszenicę na chleb dla szkopów. Nawet dziś się do mnie przyczepili, że niby za mało. Zupełnie jakby nie rozumieli, że matka natura nie zważa na rozkazy Feldkommandantur 515. A jeszcze wcześniej przyłapałem jednego fryca, jak macał krowom wymiona. Kazał mi przynieść rejestr wydojonego mleka, żeby sprawdzić, czy nie sprzedajemy go na czarnym rynku.
Umilkł i przetarł dłonią twarz pokrytą lekkim zarostem.
Był wyraźnie wzburzony. Wprost kipiał gniewem.
– Czuję się jak zwierzę w klatce, Beo. Nie widzisz? Ta wyspa stała się więzieniem bez ścian.
Dziewczyna pogładziła go po szyi. Czuła pod dłonią jego mięśnie napięte jak struny.
– Dobrze. Zrobisz, jak postanowiłeś. Ale żeby była jasność: jesteś stuknięty.
– A czy ty jesteś równie stuknięta, żeby za mnie wyjść?
Roześmiała się, bo gdyby tego nie zrobiła, musiałaby się rozpłakać.
– Mam chyba kuku na muniu.
– Czy to znaczy „tak”?
Skinęła głową i stłumiła łzy. Nigdy nie pozwoliłaby, żeby zobaczył ją zapłakaną. Nawet kiedy zmarł jej ojciec, nie pokazała nikomu swojego wzruszenia.
– Och, Beo, nie masz pojęcia, jak bardzo mnie uszczęśliwiłaś – oznajmił Jimmy i przywarł ustami do warg dziewczyny. Czuła jednak obawę płynącą z pocałunków i zimno pistoletu wrzynającego się twardo w pierś.
Wyjął coś z kieszeni.
– Ojej, Jimmy... – obróciła w palcach podniszczony cynowy pierścionek.
– Zobacz, wygrawerowałem nasze inicjały. _JLM BG_.
– To tylko tymczasowo, aż upoluję coś lepszego – wyjaśnił, czekając na jej reakcję. W tym momencie Bea poczuła pełnię ciężaru, monotonii i niedostatku spowodowanych okupacją.
Wsunęła pierścionek na palec.
– To jest coś lepszego. – Bea delikatnie pocałowała ukochanego. – Tak bardzo cię kocham, Jimmy La Mottée.
Nagle poczuła charakterystyczny zapach i ogarnął ją strach. Jimmy również się zorientował i instynktownie padł na ziemię, ciągnąc za sobą dziewczynę.
Przez zarośla dostrzegli patrol Organizacji Todta prowadzący plażą grupę rosyjskich i polskich pracowników przymusowych wykorzystywanych do budowy niemieckich obiektów wojskowych. Wracali do obozu z pobliskiego kamieniołomu. Bea cicho jęknęła na widok żałosnych łachmanów, w które byli ubrani – całych ubłoconych, pokrytych cementem, brudem i wszami.
Zaczęto ich zwozić na wyspę w sierpniu minionego roku. Początkowo niewielkimi grupami, ale z czasem były tak liczne, że teraz miało się wrażenie, jakby cała wyspa zapełniła się tymi nieszczęśnikami. Bea wielokrotnie widziała ich obozy rozsiane po Jersey: podłużne drewniane baraki otoczone drutem kolczastym, pełne ludzi udręczonych głodem i cierpieniem. Na polach nie było już słodko pachnących frezji i goździków ani pysznych pomidorów czy młodych ziemniaków. Tylko chodzące szkielety.
Kiedy te sztywne, melancholijne sylwetki się zbliżyły, Bea nie mogła oderwać wzroku od ich twarzy i pustych oczu skrytych pod daszkami czapek. Zmusiła się i przyjrzała jednemu dokładniej, starając się dostrzec w nim człowieka, a nie istotę, która dla Niemców była tylko _Untermensch_, czyli podczłowiekiem.
– To przecież jeszcze chłopiec – mruknęła z przerażeniem.
– Ćśśś. Skoro wracają, jest już po godzinie policyjnej. Pamiętaj, jesteśmy na terenie wojskowym. Zastrzelą nas, jeśli nas zobaczą.
Chłopiec miał nie więcej niż piętnaście lat. Gdy ich mijał, Bea się wzdrygnęła. Chociaż sama była wychudzona, on wyglądał jak kościotrup obleczony skórą.
Zanim zdążyła się powstrzymać, sięgnęła do swojej torby i wyjęła z niej starą rzepę znalezioną przy drodze. Z całej siły rzuciła ją nad wydmą i obserwowała, jak warzywo odbija się, po czym turla pod nogi chłopca.
Jimmy spojrzał na nią gwałtownie, wybałuszając oczy ze strachu.
– _Halt!_ – krzyknął strażnik, którego szorstki akcent poniósł się z wiatrem.
Robotnicy rzucili się na rzepę, ale chłopiec, choć był niższy i wątlejszy od pozostałych, zdążył ją chwycić i pożreć, aż z ust pociekła mu piana zmieszana z ziemią.
– Bea, coś ty zrobiła? – szepnął Jimmy.
Do chłopaka podszedł strażnik w mundurze khaki z włosami błyszczącymi jak lakierowana skóra i ostrymi rysami twarzy. Ze spokojem człowieka głaszczącego ulubione zwierzę uniósł karabin i uderzył chłopca kolbą w policzek. Bea usłyszała trzask pękającej kości i dźwięk osuwającego się ciała. – _Nehmen Sie Ihren Hut ab!_¹ Z rozcięcia na czole młodego więźnia obficie spływała krew. Uniósł twarz i ściągnął nakrycie głowy.
– Dlaczego nie masz czapki? Zakładaj! – rozkazał strażnik, puszczając oko do swoich towarzyszy.
Gdy tylko chłopak wykonał polecenie, tamten zadał mu kolejny cios w głowę. Tym razem pod wpływem uderzenia czapka poleciała do tyłu. Inny strażnik roześmiał się i nałożył ją młodzieńcowi z powrotem, po czym gestem przywołał bijącego. We dwóch podnieśli chłopca, którego zakrwawione nogi zawisły bezwładnie nad ziemią.
Bea uświadomiła sobie ponurą prawdę. Dla tych drani to tylko chora zabawa, w której sprawdzają, ile razy chłopakowi spadnie z głowy czapka, zanim go zabiją.
– N-nie mogę na to patrzeć – szepnęła. Oczy zaszły jej łzami. Odwróciła się i podpełzła do wydmy, przy której w przydrożnych zaroślach ukryli z Jimmym rowery.
Oparła się o ramę, przytłoczona poczuciem winy i głupotą swojego zachowania. Palący ból i złość na samą siebie obudziły w niej inne, nieproszone i mroczne wspomnienia. _Głuche dudnienie bomb. Krew spływająca między deski łodzi rybackiej jej ojca._ Tamtego letniego dnia 1940 roku pola Jersey zaczerwieniły się od krwi i pomidorów. Bea pracowała do późna na poczcie, kiedy nadleciały bombowce. W ten wieczór, gdy jej ojciec wykrwawił się na swojej łodzi. Przejęci strachem, zdezorientowani i przytłoczeni żalem mieszkańcy zastanawiali się wówczas, co będzie dalej.
Po trzech latach wiedzieli aż za dobrze. Sama właśnie to zobaczyła. Nie pierwszy raz.
– Nienawidzę ich – syknęła, czując, jak gniew wypełnia wszystkie zakamarki jej duszy. – Nienawidzę tych bydlaków! Jimmy wziął ją w ramiona i przysunął usta do jej ucha.
– Widzisz, Beo? Rozumiesz już, dlaczego muszę uciec? Trzeba opowiedzieć o tym ludziom. Niemcy wmawiają Anglii, że prowadzą tu wzorową okupację. Nasi muszą się dowiedzieć, co tu się naprawdę dzieje.
Kiwnęła głową. Zdziwiło ją, że się z nim zgodziła. Ale jeszcze bardziej zaskoczyło ją to, że po raz pierwszy, odkąd niemiecka bomba rozszarpała jej ojca, zaczęła płakać.
Wiatr mknął przez wysoką trawę porastającą wydmę, wzbijając w górę piach, który smagał ich twarze.
– Tak mi przykro, Beo – powiedział Jimmy, z trudem powstrzymując łzy. – Zostań ze mną tej nocy, proszę.
Skinęła głową i uniosła drobną, wyraźnie zarysowaną brodę.
– Zostanę. Bo postanowiłam, że ucieknę z tobą. Ja też muszę się wydostać z tej wyspy.