-
nowość
Wojna i uprzedzenie - ebook
Wojna i uprzedzenie - ebook
Schyłek szczecińskiego postapokaliptycznego lata 2004 r. Właśnie zakończył się nabór do Szkółki Kadetów Ministerstwa Miłości. Dla buzujących hormonami 14-latków mury szkoły z internatem i stołówką to idealne schronienie przed głodem, wygórowanymi ambicjami rodziców i mroczną przeszłością. To szansa na zmianę swojego przeznaczenia. Jednak w świecie 40i4 wszystko ma swoją cenę… Któż bowiem mógł przewidzieć, że właśnie tego roku heretycy spróbują przebudzić Przedwieczne Zło, a przeciążony obowiązkami dyktator Jawor i jego świta wyśmieją zagrożenie? Na barki uczniów spadnie ciężar wygospodarowania czasu między egzaminami i zadaniami domowymi, aby w porę zapieczętować coraz liczniej otwierające się Bramy do innych rzeczywistości. A to nie koniec zagrożeń – z Pustkowi nadciąga jeszcze jeden wróg. Na razie jest daleko, ale to kwestia czasu, kiedy przybędzie do Szczecina. Czy cena wejścia w dorosłość nie okaże się zbyt wysoka?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
14.08.2004 r.,
Szczecinzagrożenie ze strony mutantów: 2/10 w skali Rittera
Führer wyraził zgodę na demonstrację heteroseksualistów!
Nie jest wielką tajemnicą, że pomimo olbrzymiego oporu opinii publicznej mniejszości seksualne od wielu miesięcy próbowały uzyskać zgodę na przemarsz głównymi ulicami naszego pięknego miasta. Do tej pory kancelaria wodza konsekwentnie odrzucała te kontrowersyjne petycje. Wygląda jednak na to, że liderzy ugrupowań heteroseksualnych dopięli w końcu swego. Nasz wielki i wspaniałomyślny przywódca przychylił się do kolejnej prośby. Czym była podyktowana nagła zmiana stanowiska? Rzecznik kancelarii milczy, pojawiły się natomiast w tej sprawie oświadczenia ministerstw:
Ministerstwo Pokoju: „Nasz resort nie komentuje decyzji wodza Jawora, tylko się do nich stosuje. Jeśli taka jest wola naczelnika IV Rzeszy, zapewnimy mieszkańcom Szczecina ochronę i dopilnujemy, aby w trakcie pochodu nie doszło do żadnych niebezpiecznych incydentów”.
Ministerstwo Dobrobytu: „Zajmujemy się obecnie daleko ważniejszymi sprawami, związanymi z makrogospodarką naszego supermocarstwa i podniesieniem standardu życia WSZYSTKICH obywateli. Wydumane fanaberie mniejszościowej garstki, która nie rozumie, że funkcjonuje w większej całości, jaką jest społeczeństwo, leżą poza polem zainteresowania naszego resortu”.
Ministerstwo Miłości: „Jesteśmy wysoce może nie zszokowani, ale zadziwieni nagłą zmianą stanowiska wobec elementu heteroseksualnego. Nasz resort nie chciałby niczego pochopnie sugerować, ale należy zbadać, czy na Führera nie były wywierane jakieś naciski. Z jednej strony wydaje się to mało prawdopodobne, z drugiej strony wiemy, że lewacko-heteryckie lobby w naszym mieście jest wbrew pozorom bardzo silne i ma koneksje z obcymi mocarstwami. Pragniemy jednak jasno zaznaczyć: jeśli okaże się, że decyzja wodza Jawora była suwerenna, to resort Miłości tę decyzję uszanuje”.
A jakie stanowisko wobec decyzji wodza zajmujemy w Ministerstwie Prawdy? Otóż, szanowni czytelnicy, w Informatorze Ministerstwa Prawdy interesuje nas wyłącznie przekazywanie Państwu – mieszkańcom Szczecina – rzetelnych i prawdziwych faktów. Jakie by one nie były.* * *
16.08.2004 R.
OKOLICE PRZEDAPOKALIPTYCZNEGO KOMAROWA KOŁO ZAMOŚCIA
Porywisty wiatr hulał bezkarnie po spękanych Pustkowiach. Jak okiem sięgnąć – ani żywej duszy. W te okolice nie zapuszczały się nawet mutanty. Z gęstej jak kisiel mgły wyłoniły się dwie sylwetki. Mężczyzny i konia. Zarówno w człowieku, jak i w zwierzęciu było coś nie tak. Długo szli jednostajnym tempem, by w końcu zatrzymać się na niewielkim wzniesieniu. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. A potem stanął nienaturalnie nieruchomy. Podobnie nieruchomy pozostał jego wierzchowiec. Aż wreszcie rozległ się złowieszczy, zachrypnięty głos:
– Towarzysze-żołnierze! Osiemdziesiąt cztery lata temu wyruszyliśmy, aby zanieść Europie kaganek Rewolucji Ludowej! Galopowaliśmy dumnie na naszych wierzchowcach ku chwale najwspanialszej idei świata: Socjalizmu! Naszą wielką misję przerwali krnąbrni polscy obszarnicy. Ponieśliśmy klęskę.
Przerwał, aby jego słowa wybrzmiały.
– Długo, długo kości nasze i naszych koni czezły w ziemi – wznowił swoją przemowę mężczyzna – a żołnierski duch nie mógł zaznać spokoju z powodu niewypełnionego rozkazu. Lecz dzisiaj po reakcyjno-imperialistycznym kraju o nazwie Polska nie pozostał ani ślad, podczas gdy ogień rewolucji przetrwał i płonie nieprzerwanie! Teraz silniejszy niż kiedykolwiek przedtem! Dlatego wzywam was, abyście jeszcze raz dosiedli swych rumaków i ruszyli za mną, swoim generałem, wykonać wydany nam osiemdziesiąt cztery lata temu rozkaz!
Przez długą jak wieczność chwilę nic się nie działo. Wicher i pył wciąż wywijały ze sobą w szaleńczym tańcu.
A potem z ziemi wynurzyła się obszarpana ręka.
Za ręką pojawiły się najpierw głowa, później odziany w strzępki munduru tułów. Obok nieboszczyka wygrzebało się truchło konia Na piersi, boku i zadzie gniły resztki mięsa. Upiorne zwierzę wydało z siebie dźwięk – przerażającą parodię rżenia – i strząsnęło z siebie piach. Wszędzie wokół powstawali następni żołdacy i ich trupie rumaki. Setki, tysiące koni i jeźdźców. Niektórzy pochylali się po walające się tu i ówdzie kawały drewna, aby złożyć z nich furmanki. Inni wydobywali z ziemi oręż – ułamane lance, zardzewiałe szable, karabiny a nawet armaty i ckm-y. Armijny rozgardiasz. Bezładna zbieranina zaczęła formować się w szwadrony i chorągwie. Nieumarły wojak, na którego ramieniu ostał się pagon pułkownika, zbliżył się do przywódcy, skacząc groteskowo na jedynej ocalałej nodze. Trzasnął szablą w pochwie, po czym w geście salutu przyłożył kościane palce do wytarganej i dziurawej, oficerskiej czapki.
– Stawiamy się na wezwanie, generale Budionny!INFORMATOR MINISTERSTWA PRAWDY
28.08.2004 r., Szczecin
zagrożenie ze strony mutantów: 3/10 w skali Rittera
Mediacje Ministerstwa Dobrobytu zawieszone!
Wydawało się, że kryzys na linii Ministerstwo Pokoju–Ministerstwo Miłości może znaleźć swoje pozytywne zakończenie, kiedy propozycję mediacji między skłóconymi resortami wysunęło Ministerstwo Dobrobytu.
Przypomnijmy – do ostrego konfliktu między służbami stojącymi na straży IV Rzeszy doszło ponad rok temu, kiedy funkcjonariusze bezpieczeństwa wewnętrznego zastrzelili grupę wojskowych, w tym dwóch generałów. Szefowa resortu Miłości wzięła w obronę swoich podkomendnych, tłumacząc, że zabici oficerowie sprzedawali informacje o strategicznym znaczeniu szpiegom RZSRR, ponadto podczas zatrzymania oskarżeni sięgnęli po broń, a agenci Ministerstwa Miłości działali w obronie własnej. Z taką oceną sytuacji nie zgodziło się Ministerstwo Pokoju, które w ramach odwetu wysłało na teren jednej z placówek Ministerstwa Miłości oddział piechoty i czołg. Pojazd oddał strzał w jeden z budynków. Na szczęście obiekt był pusty i nikt nie zginął. Żołnierze aresztowali natomiast kilkudziesięciu pracowników administracyjnych. Interweniować musiał osobiście sam Führer. Dzięki naszemu wspaniałemu wodzowi nie doszło do rozlewu krwi, ale konflikt nie został zażegnany. Ministerstwo Dobrobytu zaoferowało zorganizowanie rozmów i wystąpienie w nich w roli rozjemcy. Po wielu miesiącach strony zaczęły zbliżać się do kompromisu.
Teraz ten kompromis zawisł jednak na włosku. Wysoko postawiony urzędnik Ministerstwa Miłości ujawnił bowiem zdjęcia z mocno zakrapianej alkoholem imprezy z udziałem prominentów resortu Dobrobytu. W trakcie fety nie brakowało też incydentów heteroseksualnych. Kontrowersja jest tym większa, że kierownictwo Dobrobytu planuje zwiększyć dobowy wymiar czasu pracy dla przeciętnego obywatela i jednocześnie apeluje do mieszkańców Szczecina, aby oszczędzali prąd, żywność oraz wodę. Stawia to pod wielkim znakiem zapytania reputację mediatora. Ministerstwo Miłości zapowiada liczne i drobiazgowe kontrole oraz przesłuchania – w tym samej szefowej Dobrobytu.
Znamy jej oficjalne stanowisko w sprawie:
– Każde z ministerstw jest ciałem niezależnym. To nie jest mój wymysł, a prawo ustanowione przez naszego wspaniałego wodza Jawora. Ministerstwo Miłości jako służba wewnętrzna może zwrócić się do mnie z uprzejmą prośbą o możliwość przesłuchania moich pracowników, jeśli zachodzi taka potrzeba. Wzywanie mnie, szefowej resortu, na przesłuchanie to ewidentna polityczna pokazówka, w której nie zamierzam brać udziału. Co więcej, pokazówka bez żadnego umocowania prawnego. Ja, jako minister, odpowiadam tylko przed Führerem i przed nikim więcej. I jeszcze jedno. Pozostałe ministerstwa w ostatnim czasie bardzo krytykują moje poczynania, przy czym jest to krytyka absolutnie niekonstruktywna, oparta na jakichś wyrwanych z kontekstu zdjęciach. Dlatego moja decyzja nie powinna nikogo zdziwić: obcinam przydziały wszystkim urzędnikom Miłości i Pokoju. Panom kolegom i paniom koleżankom z tych ministerstw sugeruję mniej krytykanctwa, a więcej pracy. Kto atakuje Dobrobyt IV Rzeszy, ten piłuje gałąź, na której sam siedzi.
Wysoko postawiony urzędnik Ministerstwa Pokoju, pragnący zachować anonimowość, skomentował:
– To polityczna decyzja; Ministerstwo Dobrobytu przerzuca na innych odpowiedzialność za swoje błędy.INFORMATOR MINISTERSTWA PRAWDY
31.08.2004 r., Szczecin
zagrożenie ze strony mutantów: 2/10 w skali Rittera
Otwarcie bydgoskiej fabryki paprykarza szczecińskiego
Wczoraj nastąpiło uroczyste uruchomienie linii produkcyjnej w bydgoskiej fabryce. Na taśmociągu wyjechały pierwsze puszki z paprykarzem szczecińskim. Przecięcia wstęgi oraz degustacji produktu dokonała osobiście szefowa Ministerstwa Dobrobytu, magister Swobodna. Minister skomentowała go krótko, acz treściwie:
– Produkt prima sort pierwszej klasy!
Na razie paprykarz trafi wyłącznie do sił zbrojnych i wysoko postawionych urzędników Dobrobytu oraz kancelarii Führera, ale wkrótce planowane jest otworzenie kolejnych linii produkcyjnych. Wtedy klasycznym szczecińskim rarytasem będzie mógł się rozkoszować każdy mieszkaniec IV Rzeszy. W niedalekiej przyszłości zostanie także ustanowione połączenie kolejowe między fabryką a Szczecińską Hipermetropolią.
Dodajmy, że uruchomienie produkcji było możliwe dzięki oczyszczeniu Bydgoszczu i okolic z mutantów przez naszych dzielnych, niosących pokój postapokaliptycznym Pustkowiom żołnierzy. Oznacza to, że nasze supermocarstwo powiększa terytorium i wpływy. Przy rozsianych po pustyni garnizonach jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne faktorie. Rośniemy w siłę! Tę wojskową, ale i tę ekonomiczną.
Ministerstwo Prawdy żywi nadzieję, że te doskonałe wieści pozwolą mieszkańcom naszego pięknego miasta nieco odetchnąć od heteroseksualnej awantury. Pewne małostkowe grupki, pomimo wspaniałomyślnej zgody Wielkiego Wodza Jawora na tak zwany Marsz Równości, eskalują swoje absurdalne żądania. Próbują między innymi wymusić zablokowanie głównych ulic Szczecina na czas manifestacji. Dla większości ciężko pracujących obywateli jest to niepotrzebne utrudnienie w imię wydumanych i oderwanych od rzeczywistości postulatów.* * *
1.09.2004 R., GODZ. 15.33
SZWALNIA DANA, SZCZECIN
– To ma być według ciebie dobrze spakowane zamówienie?! – ryczał wściekły brygadier. – Czy według ciebie w naszej szwalni tak wyglądają dobrze zapakowane mundury?! To idzie do armii, ty kretynie! To musi się dobrze prezentować! Jesteś pewien, że chcesz tutaj pracować?!
– Oczywiście, panie kierowniku. Przepraszam, panie kierowniku… – odpowiadał z pochyloną głową Krzysztof Abramski.
„Schowaj dumę do kieszeni”, rugany pracownik usiłował uspokoić samego siebie w myślach. „Wiesz, że to przejściowe. Wiesz, że warto wytrzymać”.
– Oczywiście, panie kierowniku! – przedrzeźnił przełożony. – Mam dość twoich nic niewartych zapewnień! Mam dosyć twojego kajania się, z którego nic nie wynika! Zostaniesz po swojej zmianie tak długo, aż wszystko spakujesz NA-LE-ŻY-CIE!
„O ty gnoju! Dobrze pamiętasz, że poprosiłem, aby dzisiaj wyjść godzinę wcześniej…”
Krzysztof był z natury człowiekiem cierpliwym i niezbyt mściwym, lecz nakaz pozostania dłużej w pracy akurat dzisiaj, kiedy miał ważne spotkanie, przy czym wcześniej złożył stosowne podanie oraz z góry odrobił dwie godziny w zeszłym tygodniu… – to przekroczyło jego próg wytrzymałości!
– Panie brygadierze, mundury zostaną złożone, tak jak trzeba – powiedział Abramski opanowanym tonem, w głowie już jednak otwierał mały mentalny zeszycik.
„Brygadier Mark Lubens – impotencja… A może to jednak za mocne?”
– Zapomnij o premii w tym miesiącu!
„Impotencja, uporczywe swędzenie żołędzi i kamień w woreczku żółciowym”, dopisał pracownik.
Tak naprawdę zamówienie było spakowane jak zawsze i Krzysztof wiedział, że brygadier drugiej zmiany zaakceptuje paczkę. Niestety pechowy pracownik musiał jak ostatni głupek udawać, że nad nią pracuje, przynajmniej aż czepialski Mark Lubens pójdzie do domu. A to oznaczało, że Krzysztof nie zdąży zjeść ciepłego posiłku i wyspać się przed czekającą go ceremonią.
„Trudno. Przynajmniej mam świadomość, że moje cierpienie nie jest bezcelowe. W gruncie rzeczy to luksus. Po Zagładzie większość ludzi nie ma nawet i tego. Muszę o tym pamiętać”.
Wychodząc późno z zakładu pracy, Krzysztof zobaczył, że na recepcji siedzi Basia – dziewczyna, która bardzo mu się podobała. Wiedział, że to zbyt heteroseksualne z jego strony, ale nic nie mógł poradzić na to, że zawsze w jej towarzystwie zapominał języka w gębie i trzęsły mu się ręce. Jednak dzisiaj po wydłużonej zmianie był już tak zmęczony, że nie miał siły się stresować.
– Cześć! – Wykrzesał z siebie uśmiech. – Chociaż taki plus z nieplanowanych nadgodzin, że mogliśmy się dzisiaj zobaczyć.
– Dzień… Cześć, Krzysztofie! – Czy mu się zdawało, czy zarumieniła się leciutko na jego komplement?
– I jak, rozważyłaś moją propozycję wspólnego spaceru w niedzielę? – Musiał zaraz wychodzić, więc od razu przeszedł do rzeczy.
– Oj, zupełnie nie miałam do tego głowy. Dam ci znać, dobrze?
„Tępa dzida!”, Abramski wściekł się nie na żarty. „Toż powiedziałaby «nie»! Dała spokój mnie i sobie! Ale, oczywiście, ona uwielbia te gierki! Lubi mieć śliniących się do niej wielbicieli. Może Führer ma rację i trzeba pójść na jakąś terapię konwersyjną? Bo z tymi babami to ciężka sprawa… Oj, Basiu, Basiu, przyjdzie czas, kiedy będziesz się płaszczyć i zabiegać o moją uwagę, ale wtedy będzie już za późno, bo wtedy to ja będę miał na pęczki adoratorek!”
– Dobrze, dobrze, będzie przecież jeszcze wiele niedziel.
Po tych słowach wybiegł czym prędzej, żeby złapać tramwaj numer trzy – najwyższa pora, jeśli nie chciał się spóźnić. Z pewnym wahaniem przeszedł do sekcji dla hetero. Tylko tam zauważył wolne miejsca siedzące, a chciał spróbować złapać chociaż kilka minut drzemki. Co naturalnie w trzęsącym się niemiłosiernie wagonie było z góry skazane na porażkę.
Krzysztof wysiadł na pętli przy Eckerberger Wald. Osobiście wolał polską nazwę – Lasek Arkoński. Szybkim krokiem poszedł w stronę ruin Wieży Quistorpa1. Na szczęście Abramski okazał się przewidujący – maskę i ceremonialny habit zabrał ze sobą do pracy. Gdyby musiał wracać do mieszkania, spóźniłby się, i to mocno. Przebrał się za drzewem jakieś pięćdziesiąt metrów od celu, rozglądając się przy tym, żeby nie zaszedł go jakiś mutant. Niby na skali Rittera były tylko dwa stopnie, ale w lesie na obrzeżach miasta zawsze mogło się coś przypałętać. Gdy wreszcie stanął przed pozostałymi ośmioma członkami założonego przez siebie zgromadzenia, ekscytacja sprawiła, że zapomniał o zmęczeniu.
– Witam was, bracia i siostry! – zaczął enigmatycznym głosem, tak innym od tego, który znali ludzie z jego pracy. – Wasza obecność i zaangażowanie niezwykle mnie cieszą. Niniejszym otwieram kolejne spotkanie naszej społeczności!
Jedynie tępy ból w lewym barku nie dawał o sobie zapomnieć. Przemawiający zrobił pauzę, żeby rozmasować obolałą część ciała. Po chwili podjął przemowę.
* * *
1.09.2004 R., GODZ. 10.40I4
BARNIMSTRASSE / ALEJA PIASTÓW, SZCZECIN
Po kilku minutach nadjechał właściwy tramwaj. Czwórka uczniów, kto wie, czy nie kierowana tajemną wolą (chorego) Wszechświata, wsiadła i pomknęła ku przeznaczeniu. Rozmawiali niewiele, bojąc się, że podsłucha ich ktoś niepowołany. Na kolejnych przystankach obserwowali legitymujące przechodniów liczne patrole – ministerialne służby zawsze były czujne, ale teraz, przed Marszem Równości, napięcie wydawało się jeszcze większe. Tym bardziej kadeci nie odważyli się zająć wolnych miejsc siedzących w sekcji dla hetero. Poranne niewyjaśnione zjawisko akustyczno-kolorystyczne również nie uspokajało nastrojów w mieście.
Peter powiedział, żeby wysiedli na Kaiser Wilhelm Platz – z wiadomych względów mało który mieszkaniec niemieckiego pochodzenia stosował nazwę nadaną przez Führera, czyli Plac Grunwaldzki. Za to polscy mieszkańcy używali jej z perwersyjną lubością. Chociaż Ministerstwo Prawdy uparcie informowało, że nie ma już Niemców i Polaków, tylko równoprawni obywatele IV Rzeszy Niemiecko-Polskiej, głębokie podziały wśród ludności były widoczne gołym okiem.
Neutralna dla wszystkich pozostała nazwa Alei Papieża Alucarda. Klatka numer czterdzieści trzy była pierwszą od strony placu. Philipa wyjęła znalezione we wraku limuzyny klucze i dostała się do środka. Przed drzwiami do samego mieszkania stanęła jak wryta.
– Coś się stało? – zapytała Ella.
W odpowiedzi czternastolatka podeszła do skrzynki na listy. Pod numerem jeden czekała zaadresowana do Irene Idgril koperta. Nie zastanawiając się wiele, Philipa rozerwała ją, rozłożyła znajdującą się w środku kartkę i zapoznała z jej treścią.
Droga Irene,
żywię nadzieję, że rozpoczęcie roku było udane. Stancję masz opłaconą na pierwszy miesiąc, w tym czasie powinnaś znaleźć sobie pracę, którą pogodzisz z nauką. Czynsz wynosi dwa tysiące dwieście jaworów miesięcznie plus opłaty. Pieniądze, które ode mnie otrzymałaś, powinny Ci z małą nawiązką wystarczyć na podręczniki i przybory szkolne. Szkółka zapewnia dzienne wyżywienie. Masz więc miesiąc, aby się wdrożyć. Jesteś zdolną dziewczynką i cała Rodzina wierzy, że nie zmarnujesz tego czasu.
Pora, abym wyjawił Ci Twoje drugie zadanie (pierwszym jest oczywiście nauka, zdanie egzaminów i dostanie się do struktur ministerstwa). Od pewnego czasu w polu zainteresowania Rodziny są ludzie określający siebie mianem druidów. Wiedza, którą dysponują, może okazać się bezcenna i zarazem bardzo pomocna w realizacji rodzinnych celów. Udało nam się ustalić, że to w Szczecinie znajduje się ich siedziba. Musimy poznać jej dokładną lokalizację. W szkółce i poza nią z pewnością poznasz wielu ludzi, nawiążesz nowe kontakty. Miej oczy i uszy szeroko otwarte. Aktywnie, ale dyskretnie poszukuj wszelkich informacji o druidach w stolicy IV Rzeszy. Nie podejmuj jednak wobec nich żadnych działań. Za jakiś czas skontaktuję się z Tobą i będę oczekiwał, że przekażesz mi wstępny raport. Liczę, że nie zawiedziesz mnie w tej sprawie.
Załączam pozdrowienia
Ojciec
PS: spal list po przeczytaniu.
– Co to? – zaciekawił się Nicol, ponieważ Philipa nie przeczytała wiadomości na głos.
– Wygląda na to, że mamy tutaj pokój opłacony na miesiąc – odparła wymijająco dziewczyna.
– Mamy? – Chłopak uniósł brew, ale zaraz przypomniał sobie, że nie ma ochoty nocować u ojców. Spanie w zatłoczonym dormitorium też nie było szczytem marzeń.
– Mam cię chronić, zapomniałeś? Trudno kogoś chronić, nie przebywając z nim w jednym pomieszczeniu.
– Ej, a myślisz, że ja też mógłbym u ciebie kimać? – zapytał Peter ze wstydem w głosie.
– Nicol jest najważniejszy, ale jeśli tylko jest miejsce, to pewka. Chodźmy zobaczyć do środka.
Mieszkanie było staroświeckie i cokolwiek zaniedbane. Dla Philipy przyzwyczajonej do życia na obrzeżach miasta czy nawet poza nim były to i tak wyżyny luksusu. Większość ze swoich czternastu lat spędziła znacznie bliżej panującej wokół miasta postapokaliptycznej rzeczywistości. Stolica IV Rzeszy, a przynajmniej jej centrum, była swoistą bańką, „zieloną wyspą” na oceanie wypalonej słońcem ziemi, z czego wielu mieszkańców nie zdawało sobie sprawy.
Na wnętrze składały się przedpokój (z obowiązkowym pawlaczem), łazienka, kuchnia i dwa pokoje. Zamknięte drzwi do jednego z nich i klapki w sieni świadczyły o tym, że mieszka tu jeszcze jeden lokator. Drzwi do drugiego pokoju były otwarte – tam też skierowali się kadeci. Stały tu łóżko, kanapa, szafa i dwa niedopasowane stoliki.
– W porządku, Peter, jeśli nie masz nic przeciwko spaniu na kanapie… Ej, zamierzasz tu palić?!
Ostatnie słowa Philipa niemal wykrzyknęła, widząc, że Peter wyjął z tornistra paczkę papierosów. Będąc „na bombce”, chłopak lubił puścić dymka.
– Taaak – oznajmił tonem, jakby to było naturalne, że każdy czternastolatek spożywa alkohol, a skoro spożywa alkohol, to wiadomo, że lubi do niego też zapalić. – Chyba nie masz nic przeciwko?
– Tak się składa, że mam! – zaprotestowała dziewczyna.
Młodzieniec się zasępił, ale tylko na chwilę.
– Mam pomysł! Siądę przy otwartym oknie! – Był z siebie dumny. – Dym wyleci na zewnątrz!
Jak powiedział, tak też zrobił, przy czym wiatr wwiał oczywiście dym do środka.
– Powiedziałeś, że możesz wiedzieć, dlaczego Wszechświat jest chory. – Kadetka skapitulowała i odpuściła temat papierosowego dymu, chociaż niewielkie wektory wskazywały, że jest dla niej szkodliwy. – Mów!
Peter zaciągnął się głęboko. I natychmiast się rozkaszlał. Philipa przewróciła oczami.
– No więc – zaczął Peter zduszonym głosem, kiedy odzyskał oddech – rodzice zmusili mnie, żebym poszedł do szkoły ministerstwa. I do zamieszkania w internacie. Powiedzieli, że mi to dobrze zrobi…
– Ja chciałam się dostać do Szkółki Kadetów, ale Ministerstwa Pokoju – wtrąciła się Ella, wykorzystując przerwę spowodowaną kolejnym atakiem kaszlu kolegi; pozostali milcząco zaakceptowali jej obecność. – No ale wylądowałam w Miłości. Tata nie był zbyt zadowolony… Ale to chwilowe! Dostanę się do Pokoju!
– Czekaj, Ella, po kolei. – Philipa była stanowcza. – Peter, co ma wysłanie cię do Szkółki Kadetów Ministerstwa Miłości przez twoich rodziców do choroby Wszechświata?
– Dajcie mi powiedzieć, to się dowiecie! – obruszył się chłopak, mimo że jego wypowiedź przerwał kaszel. – Wszystko zaczęło się… Mój wuj odprawił jakiś rytuał. To ostatnie, co pamiętam. A raczej najwcześniejsze. Nie pamiętam nic, co było wcześniej.
– O nie, zaczyna się. – Nicol zrobił znudzoną minę. – Kolejna pokręcona historia.
– Nicol, zamknij się! – Philipa potrafiła być władcza. – Nie rozumiem, co w tym jest bardziej pokręconego od tego, że ruch oporu zleca ci kradzież mapy z naszej szkoły. Szczerze mówiąc, to nie obchodzi mnie to. Ale obchodzi mnie, co Peter ma do powiedzenia!
– Dobra, już dobra – odpuścił kadet.
– Mów dalej! – zarządziła dziewczyna.
– Od tego czasu zaczęły się moje problemy. Wuj gdzieś przepadł. Rodzice zaczęli mnie unikać. Wtedy mój tata wpadł na ten „genialny” pomysł, że szkoła pomoże mi „wziąć się w garść”. Starzy pracują w kancelarii wodza, mają swoje kontakty. Wkręcili mnie do Ministerstwa Miłości. Ojciec powiedział, że Aleks, mój brat, jest już prawie dorosły i chciałby mieć więcej miejsca dla siebie. Mamy… to znaczy… mieliśmy wspólny pokój. Dlatego, zdaniem starego, skoro już idę do szkoły, powinienem zamieszkać w internacie. Oni… pozbyli się mnie!
„Pozbyli się problemu!”
Chłopakowi stanęły łzy w oczach. Poczuł, że jest wściekły.
– Hej, nie martw się! – powiedziała Ella niespodziewanie. – Teraz masz nas!
– Tak – potwierdziła niepewnie Philipa. – I nie musisz nocować w internacie. Możesz zostać u mnie na stancji, ile tylko chcesz… To znaczy, przynajmniej dopóki jest opłacona.
„Do diaska! Bycie dobrym w ludzi jest takie trudne… Czego Ty ode mnie wymagasz, co?”, skierowała myśli do Wszechświata.
– Musisz mi powiedzieć więcej o tym rytuale!
Młodzieniec potrząsnął głową, opanowując chęć płaczu.
„Za dużo alko… Albo może za mało?”, pomyślał.
– O rytuale… Nie wiem za dużo, co to był za rytuał. Wiem tylko, że obudziłem się w jakimś kręgu usypanym przez wuja w salonie moich rodziców. No a sam wuj, już mówiłem, zniknął i już nigdy się nie pojawił, ale…
Peter sięgnął do tornistra.
– Zostawił dzienniki. Jeden mam ze sobą. Kolejne mogą być w piwnicy moich starych. A ja dorobiłem sobie klucze! – zakończył z triumfem.
– Pokaż ten dziennik! – Philipa niemal rzuciła się na pokryty skórzaną okładką zeszyt.
– Ej, uważaj!
Koleżanka z taką siłą złapała za zapiski wuja, że Peter musiał je oddać, żeby się nie rozdarły.
– Wiele tam nie ma. Wuj pisze o… No właśnie o tym, że „równowaga została zaburzona”. Że coś lub ktoś chce „zdestabilizować rzeczywistość”. A to może prowadzić do jakichś przerażających rzeczy. Nie napisał dokładnie, do jakich rzeczy, ale wiele razy wspominał, że do bardzo, bardzo, bardzo złych. Opisuje jeszcze jakiś rytuał pieczętowania czy czegoś takiego. Ale z opisu wynika, że to inny rytuał niż ten, w którym uczestniczyłem. Chyba. Trudno zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jego zapiski są bardzo zagmatwane. Często odwoływał się do innych swoich dzienników. Dlatego pewnie dowiemy się więcej, gdy je zgarniemy.
– Musimy zdobyć te dzienniki! – Oczy Philipy płonęły. – Dzisiaj! Najlepiej teraz!
– To dobrze byłoby wyrobić się do osiemnastej, bo wtedy starzy wracają z roby – poinformował Peter.
– I tak nie mamy nic lepszego do roboty – zauważył Nicol, który od dłuższego czasu milczał i wydawał się bardzo zamyślony.
„Ciągle te tajemnice i dziwne wydarzenia; im bardziej ich unikam, tym jest ich więcej… To wszystko przez Literata! Drugi raz czegoś ode mnie chce i drugi raz wywraca moje życie do góry nogami!”
– Dzienniki wuja Petera, mapa w szkole – szeptała Philipa sama do siebie. – No i dziwny huk i fioletowe niebo. Facet, który miał zginąć od spadającej doniczki… Za dużo tego! Czego ty ode mnie wymagasz?! Mam tylko czternaście lat!
Nagle uczennica zdała sobie sprawę, że Wszechświat zwyczajnie nie mógł liczyć na nikogo innego. Przecież tylko ona rozumiała Jego znaki, Jego scholastyczną mowę. Lecz tym razem, tak jak nigdy wcześniej, nie była sama. Peter i Nicol wydawali się uwikłani we wszystko w co najmniej równym stopniu, jak ona sama. Ella też prawdopodobnie siedziała na stancji razem z nimi nie przez przypadek. Ale było jeszcze coś. Philipa cały czas wiedziała – przynajmniej w przybliżeniu – gdzie znajduje się człowiek, który wymknął się śmierci spod kosy. To tak, jakby miała z tyłu głowy rozpostartą mapę Szczecina, a nad nią mrugała wielka, żarówiastoczerwona strzałka. Na przykład teraz wskazywała, że mężczyzna przebywa w centrum miasta – jakieś dwa, trzy kilometry od nich.
– Posłuchajcie! – rzekła naraz Philipa uroczystym głosem. – To, że siedzimy w tej konkretnej chwili razem w jednym pokoju, to nie jest przypadek! Wiele czynników i okoliczności skrzyżowało nasze drogi, które splotły się ze sobą nierozerwalnie. Nie wiemy, jak to się zaczęło i jakie jest zagrożenie. Ale wspólnie, krok po kroku, dojdziemy do tego, o co w tym wszystkim chodzi. Czy jesteście ze mną?
Philipa Love wyciągnęła ręce – lewą ku Peterowi, prawą ku Nicolowi – i wystawiła po małym palcu każdej dłoni. Peter natychmiast powtórzył gest i zahaczył jej palec swoim. Czternastolatek poczuł nagle, że już nie jest sam. Za jego przykładem poszła Ella.
– Wchodzę w to! – rzekła i wyciągnęła dłoń do Nicola.
Chłopak się zawahał.
– Oj, Nicol! Nie bądź pała! – zawołał Peter.
– No dobra, niech wam będzie.
– A teraz przysięgnijmy – kontynuowała Philipa – że nie spoczniemy, dopóki się nie dowiemy, co dręczy Wszechświat, i że nigdy nie zostawimy jedno drugiego w potrzebie! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!
Zakończyła zdaniem, które zobaczyła kiedyś podkreślone w znalezionej książce pod tytułem Trzej muszkieterowie – w książce, która na jej drodze, tak jak wiele innych przedmiotów, nie znalazła się przypadkiem.
– Przysięgam! – powiedział Peter uroczyście.
– Przysięgam! – powtórzyła Ella.
– Okej, okej, przysięgam… – wymamrotał Nicol takim tonem, jakby wyświadczał pozostałym przysługę.
Przez chwilę trwali w milczeniu, podkreślając wagę złożonego przyrzeczenia. Wreszcie Philipa opuściła ręce i zakomenderowała:
– Nie ma czasu do stracenia! Za piętnaście minut idziemy po pozostałe dzienniki! Właśnie, Peter, czy mieszkanie twoich rodziców jest daleko? Po drodze możesz opowiedzieć mi więcej o swoim wuju. Musimy się dowiedzieć, jaka jest jego rola w tym wszystkim. Potem wrócimy do szkoły i wykradniemy mapę. Oczywiście nie oddamy jej Opozycji, nie ma mowy! Wieczorem chciałabym jeszcze trochę poczytać. A przypominam, że na siódmą rano mamy przysposobienie wojskowe. Człowieka, którego miała uśmiercić spadająca doniczka, dzisiaj już zabić nie zdążymy. Zrobimy to jutro.
– Laska, zwolnij trochę! – zaprotestował Peter. – Nikogo nie będziemy zabijać…
– Co? Kogo miała zabić spadająca doniczka? – dopytywała Ella, ale nie doczekała się odpowiedzi.
– Słuchaj, Peter, to, co grozi Wszechświatowi, czyli tym samym nam, nie zwolni. – Philipa znów wyrzucała słowa, jakby strzelała z karabinu. – Od jutra zaczynamy szkołę, będziemy mieć mniej czasu. Mamy go więcej teraz. Nie, to nie jest dobry moment, żeby zwalniać.
Kadet westchnął. Wypity dzisiaj alkohol utrudniał nadążenie za lotną koleżanką.
Mieli już wychodzić, kiedy Philipa drgnęła. Cofnęła się z przedpokoju do kuchni. Rozejrzała się. Jej wzrok spoczął na patelni emanującej lekką poświatą – poświatą widoczną tylko dla niej.
– Idziesz? – zapytała Ella.
– Tak, przypomniałam sobie, że muszę coś jeszcze zabrać.
– Patelnię? – zdziwiła się koleżanka.
– Nie pytaj.
Czwórka uczniów, nie poznawszy nieobecnego współlokatora, opuściła stancję na Alucarda. Do budynku, w którym mieściło się mieszkanie rodziców Petera, dotarli w dziesięć minut piechotą. Znajdował się na Moltkestraße lub na ulicy Wyzwolenia, jak kto woli. Vis-à-vis ponurego wieżowca o charakterystycznym kształcie, czyli Pazimu – siedziby samego Führera IV Postapokaliptycznej Rzeszy Niemiecko-Polskiej Zygmunta Jawora. Można śmiało powiedzieć, że mama i tata Petera do pracy mieli rzut beretem. Na parterze w ich bloku znajdował się nawet słynny bar śniadaniowy – Zic Heil! – tłumnie odwiedzany przez niższego szczebla urzędników kancelarii wodza.
– Wszyscy będziemy za bardzo rzucać się w oczy – stwierdził Peter. – Ella, Nicol, stańcie na czatach od strony podwórza. Philipa, idziemy!
Chłopak się domyślił, że koleżanka i tak nie wysiedzi na miejscu, więc postanowił zabrać ją ze sobą. Mimo że było jeszcze dosyć wcześnie, a rodzice pracowali zawsze raczej do późna, obleciał go strach.
„A co, jeśli tata wpadnie na chatę po obiad w przerwie?”, zaniepokoił się.
Jednocześnie nie chciał wyjść na tchórza przed koleżanką – otworzył drzwi klatki schodowej i dziarsko ruszył po schodach w górę.
Mieszkanie na szczęście było ciche i puste. Państwo Brown stali raczej nisko w urzędniczej hierarchii, ale jednak pracowali w strukturach władzy. Mieli spore szczęście, mogąc wychowywać swoich dwóch synów we własnym, dwupokojowym mieszkaniu. Do obiecującego schronienie Szczecina (który nie zawsze tej obietnicy dotrzymywał) szeroką rzeką napływali uchodźcy z Pustkowi. Zwłaszcza przez pierwsze kilka lat po tym, gdy spadły bomby, przybyło ich bardzo wielu, ale i teraz nie brakowało przybyszów. Przełożyło się to na przeludnienie, wydawałoby się, przestronnego miasta. Zdarzało się, że w centrum na metrażu, jakim dysponowali państwo Brown, gnieździło się po dziesięć i więcej osób. Niektórzy spali w barłogach na klatkach schodowych. Cóż, w przypadku starych kamienic, gdzie wychodek był wspólny i znajdował się na korytarzu, było to nawet zaletą. Masa ludzi pod dachem przesypiała tylko kilka godzin na dobę, większość czasu spędzając na ulicach. Poatomowa ludność miast cofnęła się w tym względzie do średniowiecza czy nawet antyku – w starożytnym Rzymie mieszkańcy licznych czynszowych kamienic również przebywali w ich wnętrzach tylko w nocy.
Wracając do postapokaliptycznego Szczecina, to do ciasnoty dochodziły przerwy w dostawach prądu czy bieżącej wody. Wtedy ludzie oblegali uliczne pompy2, niektóre zbudowane jeszcze przed wojną, ale nie atomową, tylko pierwszą światową. To cud, że wciąż działały. Należy jednak docenić, że kanalizacja i elektryczność w ogóle w mieście funkcjonowały. Po Zagładzie oferta Stolicy IV Rzeszy ze wszystkimi swoimi wadami nadal pozostawała bardzo atrakcyjna.
Peter skierował się do salonu.
– Gdzie idziesz? – Philipa wskazała na małą kwadratową szafkę w przedpokoju. – Przecież klucze do piwnicy są tutaj.
– Skąd wiesz? – zdziwił się chłopak.
– Po prostu wiem. – Wzruszyła ramionami.
– No tak, Wszechświat. Idę uzupełnić… zapasy.
To powiedziawszy, chłopak podszedł do barku ładnie wkomponowanego w meblościankę. Przy okazji włączył stojący obok telewizor.
– …kolejny raz, kiedy głowa Vaticano grozi naszemu wspaniałemu wodzowi ekskomuniką, próbując wywierać naciski i mieszać się tym samym w wewnętrzną politykę IV Rzeszy. Ministerstwo Prawdy z przykrością odnotowuje fakt, że papież nie umie docenić partnera, który prowadzi z Vaticano najbardziej intensywną wymianę handlową, a jego wysłannikom zaoferował najwięcej placówek na świątynie. Po raz kolejny okazuje się, że akt dobrej woli jest traktowany jako słabość i zaproszenie do wywierania nieuczciwych nacisków. Drogi Alucardzie, uprzejmie informujemy, że takie sztuczki z IV Rzeszą nie przejdą!
– Peter, nie mamy na to czasu! – syknęła Philipa.
– Luzik! Już idziemy!
Młodzieniec wyjął z plecaka napoczętą butelkę i napełnił ją ponownie, dolewając wódki z kilku różnych flaszek znajdujących się w barku. Z satysfakcją stwierdził, że nie było szans zobaczyć, że w którejkolwiek coś ubyło.
– …panie papieżu, takie imaginacje w XXI wieku w poatomowych realiach? Pozytywnym aspektem całej sytuacji jest fakt, że w obliczu infantylnej groźby Vaticano Minister Pokoju i Minister Miłości podały sobie ręce na zgodę i zapewniły publicznie, że stoją murem za Führerem!
– Chcesz kostkę? – Peter zobaczył, że w barku jest napoczęta tabliczka wyrobu czekoladopodobnego.
– …historię konfliktu między resortami rozpoczął incydent sprzed ponad roku…
Dziewczynka podeszła i wyłączyła telewizor.
– Peter! Dzienniki! – powiedziała z naciskiem.
– Dobra, dobra! – Kadet wrzucił sobie do ust kawałek pseudoczekolady.
Chciał jeszcze zajrzeć do mniejszego z pokoi, który dzielił z bratem, ale Philipa była zbyt niecierpliwa. Nagle kadet poczuł, że mimo iż swoją szkolną banicję rozpoczął nieledwie kilka godzin temu, cholernie tęskni za Aleksem. Nie był to jednak dobry moment na wspominki.
Dwójka uczniów wyszła z mieszkania. O mało nie podskoczyli ze strachu, kiedy na jednym z pięter otworzyły się drzwi. Kobieta, która w nich stanęła, obrzuciła uczniów podejrzliwym spojrzeniem, nic jednak nie powiedziała. Nawet „dzień dobry”. Zamknęła mieszkanie i zeszła na dół.
Wreszcie dotarli do piwnicy. Po krótkich poszukiwaniach znaleźli to, po co tu przyszli – karton z książkami, a w nim kilka zapisanych po brzegi drobnym pismem zeszytów. Philipa sięgnęła po nie natychmiast. Peter wziął za to nietypową, bo kwadratową książkę – Ty Jakuba Pawłowskiego.
– Moja mama się w niej zaczytywała – rzucił ni to do siebie, ni to do koleżanki.
Philipa nie usłyszała, otworzyła pierwszy z zeszytów.
– Nie tutaj! – zarządził chłopak. – Zobacz, ile tego jest. Do rana nie przeczytamy wszystkiego, a musimy jeszcze odnieść klucz od piwnicy na miejsce. Moi starzy nie mogą się dowiedzieć, że tu byłem.
– Już, już… – Niełatwo było oderwać dziewczynę od lektury.
– Philipa! Na stancji!
Zapakowali dzienniki do swoich plecaków, zamknęli piwnicę i poszli na górę, by odłożyć klucz dokładnie w to samo miejsce, z którego go zabrali. Peter przekręcił zamek w drzwiach mieszkania rodziców. Naraz Philipa otrzymała ostrzeżenie.
– Do góry! – nakazała Peterowi, ciągnąc go za rękaw.
– Ale…
– Do góry! – powtórzyła z naciskiem.
Wspięli się na półpiętro. Przez chwilę nic się nie działo. Zaraz jednak usłyszeli, że ktoś wchodzi po schodach. Kiedy Peter wyjrzał ostrożnie, żeby sprawdzić kto, momentalnie cofnął głowę.
– Mama… – wyszeptał ledwo słyszalnie.
Philipa tylko skinęła głową.
„Co ona tutaj robi o tej porze…?”
Chłopak wpadł w panikę. Zastanawiał się, jak by zareagował, gdyby jego mama ich przyłapała…
„A jak ona by zareagowała? Może w końcu by się do mnie odezwała…?”
Odczekali, aż kobieta wejdzie do mieszkania. Potem, najciszej jak się tylko dało, zeszli na sam dół i dołączyli do czekających na nich na zewnątrz Elli i Nicola.
– Misja zakończona sukcesem? – zapytał ten drugi.
– Strasznie się wynudziliśmy! – dodała Ella.
Peter zaczął odpowiadać, Philipa natomiast przestała cokolwiek słyszeć.
ZNAK!
Otrzymała kolejny znak. Kilkanaście metrów od niej wśród tłumu innych ludzi spokojnym krokiem przechadzał się patrol Ministerstwa Pokoju. Żołnierz i żołnierka. W pewnej odległości za mundurowymi szło dwoje młodych ludzi. Chłopak i dziewczyna. Żadne z nich nie mogło mieć dwudziestki. Ona – różowe włosy i tatuaż widoczny poprzez dziury jej porwanych spodni. On – postawione do góry włosy i zdecydowanie za duży i za ciepły jak na wrześniowe postapokaliptyczne słońce płaszcz. Za chwilę spod tego płaszcza wyciągnie pistolet, przepchnie się między przechodniami i wyceluje w plecy patrolowców. Philipa wiedziała, że tak właśnie będzie. To, czego nie wiedziała, to czy ostrzegać funkcjonariuszy Pokoju przed tym, co się stanie. Ponieważ Wszechświat dawał jej wybór!
„Dlaczego? Nigdy wcześniej nie musiałam decydować! Mieli ginąć ci źli – wszystko było jasne! A oni? Kim oni są?!”
Ale czasu na zastanawianie się nie było. Chłopak wsunął już prawą rękę pod połę płaszcza. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Philipa zareagowała instynktownie.
– Żołnierze! Uważajcie! Za wami!
Spojrzenia Petera, Nicola i Elli powędrowały za krzykiem koleżanki. Żołnierz zareagował zbyt późno – obejrzał się nie tam, gdzie trzeba, chciał zobaczyć, kto go woła. Jego partnerka wykazała się lepszym refleksem. Płynnie się obróciła, a jej ręka automatycznie powędrowała do karabinu. Spostrzegła wycelowaną w siebie lufę. „Postawione włosy” wydawał się kompletnie zaskoczony takim rozwojem wypadków. Jakby zapomniał o trzymanym przez siebie pistolecie. Jakiś przechodzień – było ich mnóstwo – wrzasnął na widok broni. Ludzie rozbiegli się momentalnie. Zaterkotał automat. Twarz chłopaka nadal wyrażała bezbrzeżne zdumienie, kiedy walił się martwy na chodnik. Różowowłosa uskoczyła w bok i rzuciła się do ucieczki. Zyskała dzięki temu jakieś pięć sekund życia. Kilka metrów przed nią był kiosk, za którym mogłaby się schować. Wystarczyło tam dotrzeć! Dalej w przyszłość nie wybiegała. Kiedy w głowie dziewczyny zaświtała iskierka nadziei, a mózg nakazał sercu wpompować w mięśnie największą możliwą dawkę adrenaliny, wściekłe ugryzienia ołowiu ścięły ją z nóg.
Bryznęła krew.
Ciało siłą rozpędu poleciało dalej. Z łomotem uderzyło w kiosk, odbiło się i jak worek kartofli gruchnęło o ziemię. Kolejna seria wprawiła korpus różowowłosej w upiorny pląs. Wreszcie zabójczy MP 40 umilkł, a z jego lufy uleciała cienka strużka dymu. Ale tego kadeci już nie widzieli. Przerażeni pobiegli za uciekającym tłumem – byle dalej od strzałów, byle dalej od rzezi. Nicol ciągnął za sobą zdezorientowaną Philipę.
– Peter Brown, czternastoletni Szczecinianin, kadet Szkółki Ministerstwa Miłości, twierdzi, że najwcześniejsze wspomnienie, jakie posiada, to przebudzenie się w centrum tajemniczego kręgu, który w salonie jego rodziców usypał wuj chłopca. Jaki rytuał przeprowadził krewny ucznia? Czy rytuał doszedł do skutku? Jakie cele chciał przy jego pomocy osiągnąć mężczyzna? Dlaczego i gdzie zniknął? Czy zrobił swojemu siostrzeńcowi krzywdę? A może Peter nie mówi prawdy? Może młodzieniec wszystko zmyślił, żeby zaimponować kolegom i koleżankom z klasy? Lub jego umysł stworzył tę historyjkę, aby ukryć przed świadomością to, co wydarzyło się w rzeczywistości? Być może było to coś na tyle przerażającego i traumatycznego, że mogłoby spustoszyć młody, dorastający umysł. Wszyscy przecież wiemy, jak działa mechanizm wyparcia. Dzienniki, które pozostawił po sobie wuj chłopca, stanowią jednak niezaprzeczalny fakt i zdają się poszlaką, która przynajmniej w części potwierdza wersję wydarzeń młodego kadeta. Treść rękopisów bez wątpienia rzuci na całą sprawę więcej światła. Dla Czynnika 40i4 mówił Daniel Akord.
1.
1 Quistorp był niemieckim przemysłowcem ze Szczecina. Z jego inicjatywy w Lasku Arkońskim powstała wieża widokowa. Obiekt został zniszczony pod koniec II wojny światowej, prawdopodobnie przez samych Niemców, ponieważ stanowił punkt orientacyjny dla radzieckiej artylerii ostrzeliwującej miasto. Ocalał parter i fragmenty pierwszego piętra. Wokół ruin narosło wiele miejskich legend – jedna z nich głosi, że sataniści odprawiali tam czarne msze. Na terenie wieży nakręcono też finałową strzelaninę w filmie Młode Wilki.
2.
2 Na ulicach Szczecina znajduje się około stu dwudziestu żeliwnych pomp, z czego dwadzieścia siedem lub dwadzieścia osiem (zależnie od źródeł) jest zabytkowa. Na każdej znajduje się herb miasta. Pompy powstały w drugiej połowie XIX wieku i z informacji, do których dotarłem, wynika, że większość z nich nadal działa i jest opatrzona tabliczką z napisem: „Woda zdatna do picia po przegotowaniu”.TELEINFORMATOR MINISTERSTWA PRAWDY
2.09.2004 r., Szczecin
zagrożenie ze strony mutantów: 3/10 w skali Rittera
Młodociana bohaterka
Ministerstwo Prawdy poszukuje dziewczynki, która w dniu wczorajszym na Geburt Platz (Plac Rodła) ostrzegła patrol Ministerstwa Pokoju przed zdradzieckim atakiem Totalnych Opozycjonistów. Bandyci podkradli się do naszych żołnierzy z zamiarem dokonania na nich brutalnego mordu i kradzieży broni. Zuchwałą zbrodnię pod samą siedzibą naszego Wielkiego Wodza udaremnił krzyk zatroskanej obywatelki. Czujni słudzy Pokoju zareagowali błyskawicznie. Obezwładnili zwyrodnialców i wezwali wsparcie. Jakież było zdziwienie patrolowców, kiedy się okazało, że alarm wzniosła niespełna piętnastoletnia dziewczynka, która zasalutowała naszym chwatom i jakby nigdy nic ruszyła w swoją stronę.
Teraz poszukujemy tej młodej, ale jakże dzielnej patriotki i prosimy wszystkich świadków zdarzenia o kontakt. Tak dzielną postawę należy koniecznie docenić! Jeśli nasza bohaterka ogląda nas teraz, niech wie, że IV Rzesza jest z niej dumna!