Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wojna o Ziemie X - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
50,48
5048 pkt
punktów Virtualo

Wojna o Ziemie X - ebook

Bóg wyszedł na herbatę. Niebo złożyło wniosek o przedłużenie rozgrywki. Piekło wniosek odrzuciło. Europol dostał urlop zdrowotny. Warszawa dogryza loda. Szachownica czeka na kogoś, kto w końcu przeczyta zasady.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-782-0
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Bóg poszedł na herbatę

Bóg jest nieskończony, wszechwiedzący i wszechmocny.

To akurat wiedzą wszyscy — Niebo, Piekło, kilka agencji wywiadowczych, które i tak nie mogą tego opublikować, oraz jeden emeryt z Żoliborza, który napisał o tym cztery listy do redakcji i żaden nie przeszedł moderacji. Nieskończoność jest pojęciem trudnym w obsłudze codziennej, ale da się z nią żyć, jeśli się nie myśli za długo i nie siedzi zbyt blisko Kronosa na imprezie.¹

¹ Kronos, zwany też arcymistrzem entropii czasu, na imprezach nie pije. Stoi przy buczącej lodówce i poprawia wszystkich, którzy źle cytują Heraklita. Przez pięć tysięcy lat nikt nie powiedział mu, żeby przestał, bo nikt nie chce wiedzieć co się dzieje, gdy mu się to powie. Ale plany są tylko niejasne.

Problem zaczął się pewnego dnia, gdy Bóg — będąc nieskończonym, wszechwiedzącym i wszechmocnym — wyszedł na herbatę.

Nikt nie pamięta, kiedy.

Niebo przez chwilę czekało z uprzejmości. Piekło przez chwilę czekało ze strategicznych powodów. Potem oboje przestały czekać, bo wieczność jest zbyt długa na grzeczność, a strategia bez przeciwnika to szczegółowy plan zepsucia czegoś, co i tak nie działa.

Niebo twierdzi, że wie, ale nie powie, bo to jest wola Pana, a wola Pana nie podlega weryfikacji przez komisje. Piekło twierdzi, że to nieistotne, bo liczy się wynik, nie czas trwania rozgrywki. Kilka niezależnych podmiotów w Azji Mniejszej w ogóle nie odbiera telefonów, co jest osobną sprawą na osobną wieczność.

Szachownica jednak pozostała. Pionki pozostały. Zasady — przynajmniej te zapisane — też zostały, co byłoby pocieszające, gdyby nie fakt, że zasady bez arbitra to w gruncie rzeczy lista sugestii dla chętnych. Niebo i Piekło grają dalej z przyzwyczajenia i inercji. Nie dlatego, że muszą. Dlatego, że nikt nie wdrożył protokołu zakończenia rozgrywki i szczerze mówiąc, nikt nie jest pewien, czy taki protokół w ogóle istnieje.

Są oczywiście głosy, że zasady są niekompletne. Lucyfer — który upiera się, żeby mówić na siebie Dyrektor Operacyjny ds. Opozycji, co jest rodzajem tytułu zawodowego, z którego jest proporcjonalnie dumny — złożył w roku 1347 oficjalne zastrzeżenie do paragrafu siódmego Traktatu Niebiesko-Ziemskiego, dotyczącego procedury pozyskiwania dusz przez podstęp. Zastrzeżenie ma osiemnaście stron i jest napisane bardzo dobrą łaciną. Niebo przyjęło je do wiadomości, umieściło w odpowiedniej teczce i teczkę umieściło w odpowiedniej szafie. Szafa stoi w korytarzu między Działem Cudów Drobnych a Archiwum Modlitw Nieodebranych i nikt jej nie otwierał od pięciuset lat, co, jak twierdzi Lucyfer, potwierdza jego tezę.²

² Niebo twierdzi, że szafę otwierano regularnie, ale protokoły otwarcia są poufne. To jest właśnie ten typ argumentu, który wygrywa się przez samo jego użycie.

Gra nie jest do końca fair.

Nikt nie powiedział, że będzie.

Istnieje kolor, który widzą tylko ci, którym bardzo na tym nie zależy. Nie ma dla niego dobrej nazwy w żadnym żywym języku — po łacinie próbowano, po arabsku też, jeden scholastyk z Bolonii w roku 1243 użył terminu lux tertia absentia, co można przetłumaczyć jako trzecie światło nieobecne, po czym spalił notatki i zmienił specjalizację na botanikę. Kolor ten pojawia się w miejscach, gdzie zasady świata — te duże, wbudowane na poziomie rzeczywistości, nie te zapisane w traktatach — są wystarczająco cienko rozciągnięte, żeby przez nie przebijało. Miga. Znika. Jest dokładnie tam, gdzie nie patrzysz, i znika dokładnie wtedy, kiedy patrzysz — jak dobry dowód na istnienie Boga, który działa na tej samej zasadzie.³

³ Jeden z filozofów użył tego jako argumentu za istnieniem Boga. Inny użył tego jako argumentu przeciw. Oboje dostali katedrę, co jest dowodem, że system akademicki też ma swój własny protokół, niezależny od reszty.

Warszawa, lato 2025. Miasto żyje tak, jak żyje zawsze: głośno, nieregularnie i z głębokim lekceważeniem dla rozkładu jazdy. Na Saskiej Kępie ktoś grilluje kiełbasę w środku tygodnia i nikt nie pyta dlaczego, bo pogoda i tak niedługo się skończy. Tramwaj linii dwadzieścia sześć spóźnia się jedenaście minut na Wiatracznej. Na Starym Mieście turysta fotografuje Kolumnę Zygmunta dokładnie tak samo jak tysiąc turystów przed nim i jest z siebie bardzo zadowolony. Na Nowym Świecie ktoś płacze przez telefon przy witrynie z butami i nie wchodzi do środka, bo zakupy robiło się z inną osobą i to jest precyzyjnie ten typ bólu, który Warszawa rozumie doskonale i nie komentuje.

Nad Warszawą tego lata kolor miga częściej niż powinien.

Nikt tego nie widzi, bo wszyscy patrzą.

Pod powierzchnią Warszawy — a powierzchnia Warszawy jest pojęciem względnym, historycznie rzecz biorąc — coś się porusza.

Poniżej znajdują się cztery i pół historii. Możliwe, że je słyszałeś. Możliwe, że czytałeś o nich w kronice miejskiej między wiadomościami o remoncie Mostu Łazienkowskiego a promocją na kabanosy w Biedronce. Może wzruszyłeś ramionami, bo Warszawa ma swoje dziwne tygodnie i nie ma sensu się nad każdym pochylać.

Masz rację.

Ale to nie znaczy, że one nie miały sensu.

I. Weronika i zielone latarnie

Pub przy Puławskiej działał od dwunastu lat. Właściciel nazywał się Marek, miał sześćdziesiąt dwa lata, alergię na koty i filozofię życiową streszczoną w jednym zdaniu: dobry lokal to taki, w którym nic się nie dzieje, a kasa się zgadza. Przez dwanaście lat mu to wychodziło.⁴

⁴ To jest zdanie, które późniejsi analitycy Europolu podkreślali na żółto w dokumentacji i opatrywali adnotacją „patrz: ironiczna zapowiedź”. Europol ma cały dział do żółtego podkreślania rzeczy po fakcie. Jest to jeden z bardziej produktywnych działów, ponieważ po fakcie wszystko wygląda jak zapowiedź.

Dwunastego lipca, godzina 23:47. Wszystko przestało wychodzić.

Weronika Dążyborska siedziała przy barze od dwóch godzin, zamawiała wino i rozmawiała z barmanem tak, jak rozmawia się z barmanem: tyle, żeby nie siedzieć w ciszy, za mało, żeby się do czegokolwiek zobowiązać. Barman nazywał się Piotrek i miał dobry instynkt do ludzi — instynkt, który tego wieczoru mówił mu z narastającą intensywnością, żeby nie patrzeć kobiecie za długo w oczy.⁵

⁵ Instynkt przetrwania jest ewolucyjnym osiągnięciem gatunku ludzkiego i działa z zadziwiającą precyzją w sytuacjach, w których człowiek go zupełnie ignoruje. Gdyby instynkt przetrwania miał zdanie, prawdopodobnie złożyłby oficjalne zastrzeżenie do działu HR ewolucji i domagał się lepszej współpracy z działem podejmowania decyzji. Do tej pory tego nie zrobił, bo instynkt nie pisze maili. Szkoda.

Nie posłuchał.

— Zimno ci? — zapytał, bo musiał coś powiedzieć.

— Mnie? — Weronika uniosła kieliszek. — Nie. A tobie?

Piotrek zorientował się, że przez ostatnie pół minuty widzi własny oddech. W środku lipcowego wieczoru. W pubie z działającym ogrzewaniem, którego w lipcu nikt nie włączał, bo po co.

Zerknął na termometr nad barem.

Cztery stopnie.⁶

⁶ Cztery stopnie Celsjusza to temperatura, w której woda osiąga maksymalną gęstość, wino traci większość aromatu i barman zaczyna poważnie rozważać przeprowadzkę do Krakowa. Piotrek wtedy o Krakowie jeszcze nie myślał. Doszedł do tego wniosku dziesięć minut później, przy drzwiach wyjściowych, kiedy wszystko co się wydarzyło po „Cztery stopnie” już się wydarzyło.

Odwrócił się z powrotem — Weronika dopijała wino z miną kogoś, kto właśnie zamknął jakąś sprawę. Wstała. Zostawiła napiwek o dokładnie tyle za duży, żeby go zapamiętać. Wyszła.

Mężczyzna przy oknie nie wstał więcej.

Przyczyna zgonu w protokole brzmiała: nagłe zatrzymanie krążenia. Drugi patolog potwierdził. Temperaturę ciała denata zaprotokołowano jako anomalię techniczną termometru, co jest rodzajem wyjaśnienia, z którym trudno się kłócić, jeśli bardzo chce się wrócić do domu na kolację.⁷

⁷ Anomalia techniczna termometru jest oficjalnie trzecim najczęściej używanym wyjaśnieniem instytucjonalnym po „niezidentyfikowanym czynniku zewnętrznym” i „błędzie w protokole poprzedniej zmiany”. Wszystkie trzy oznaczają dokładnie to samo: coś się zdarzyło i wolimy nie wiedzieć co. Jest to podejście, które ma swoje zalety, szczególnie dla osób, które chcą spać przez całą noc.

Lokal spłonął tydzień później. Instalacja elektryczna — tak brzmi protokół straży pożarnej. Biegły nie wyjaśnił, dlaczego kontrola przeprowadzona trzy godziny wcześniej wykazała instalację sprawną. Biegły dostał nowe zlecenie zanim zdążył zadać właściwe pytania, co jest rodzajem szczęścia, o którym nie wiedział, że je ma.

Przez dwie doby po pożarze latarnie przy wejściu do pubu świeciły zielonym. Dostawca energii wysłał ekipę. Ekipa wróciła bez odpowiedzi i z minami sugerującymi chęć zmiany zawodu.⁸

⁸ Zielony jest kolorem, który w systemie sygnalizacji nadprzyrodzonej oznacza: transakcja zamknięta, strona przyjęta, potwierdzenie odbioru. Jest to kolor, którego oficjalnie nie ma w żadnym protokole żadnej ze stron, ponieważ obie strony twierdzą, że tego systemu nie używają. Kolor miga nad Warszawą przez lato tego roku częściej niż powinien. Nikt nie prowadzi statystyk — lub raczej: ktoś prowadzi, ale segregator z wynikami leży w tej samej szafie co zastrzeżenie Lucyfera z roku 1347.

Trzeciego dnia o świcie latarnie zgasły samoistnie.

Piotrek przeniósł się do Krakowa. Mówi, że chciał zmiany. Kraków przyjął go bez pytań, bo Kraków ma własne dziwne wieczory i dawno nauczył się nie pytać barmanów, skąd przyjeżdżają.

II. Róża przy Kolumnie

Tego lata w Warszawie — między czerwcem a lipcem — siedem osób zasnęło i nie obudziło się więcej.

Oficjalnie: przedawkowanie. Przy żadnej nie znaleziono substancji. Nieoficjalnie: Komenda Stołeczna miała w tej sprawie piętnaście stron notatek wewnętrznych i zero konkluzji, co jest pewnym rodzajem osiągnięcia administracyjnego.⁹

⁹ Piętnaście stron bez konkluzji to wynik, który w środowisku akademickim nazywa się doktoratem, w środowisku korporacyjnym raportem kwartalnym, a w środowisku policyjnym sprawą, przy której nikt nie chce siedzieć na odprawach. Komenda Stołeczna podjęła jedyną racjonalną decyzję: sprawozdanie złożono w terminie, segregator opatrzono właściwą sygnaturą i umieszczono na półce, gdzie dołączył do innych segregatorów, przy których nikt nie chce siedzieć na odprawach. Półka jest pełna. Nikt nie zamówił drugiej.

Wszystkie ofiary znaleziono spokojne. Relaksowane do stopnia, który jeden z biegłych określił w SMS-ie do kolegi, pisanym na służbowym numerze, czego nie powinien był robić, jako jakby im coś obiecano i dotrzymano obietnicy.¹⁰

¹⁰ SMS ten stał się najdłużej cytowanym dokumentem w wewnętrznej korespondencji wydziału, co biegły uznał za niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że napisał go lewą ręką, w tramwaju, po ósmej godzinie dyżuru, i nie sprawdził przecinków. Gdyby wiedział, że to zdanie przeżyje go w aktach sprawy, prawdopodobnie napisałby coś mniej poetyckiego i bardziej proceduralnego. Albo po prostu zadzwoniłby.

Jeden trzymał różę.

Czerwoną, świeżą. Bez liścia, bez kolca. Nikt ze znajomych nie pamiętał, żeby ją dostał. Nikt nie pamiętał, żeby ją kupił. Kamery przy kwiaciarniach w promieniu czterech ulic nie zarejestrowały go przy żadnym stoisku.

Analityk prowadzący sprawę — Tomasz Kret, trzydzieści siedem lat, piętnaście lat w służbie, człowiek który widział wystarczająco dużo, żeby przestać się dziwić i wystarczająco mało, żeby jeszcze nie pisać pamiętników — poświęcił różom osobne czternaście stron. Zbadał każdą kwiaciarnię w promieniu sześciu ulic, każdy market, każde stoisko przy metrze, każdy jeden wózek z tulipanami przy Dworcu Centralnym, prowadzony przez pana Edwarda, który działał tam od dziewiętnastu lat i pamiętał każdego klienta i każdą różę sprzedaną od 2014 roku z dokładnością, która sugerowała albo fotograficzną pamięć, albo całkowity brak życia towarzyskiego.¹¹

¹¹ Pan Edward miał fotograficzną pamięć i bogate życie towarzyskie, co jest możliwe, choć rzadkie. Nie sprzedał żadnej z tych róż. Potwierdził to czterokrotnie z rosnącym niepokojem, bo kiedy policja pyta cię o to samo pytanie czwarty raz z rzędu, zaczynasz się zastanawiać, czy problem leży w odpowiedzi, czy w pytającym. Tomasz Kret zadał je piąty raz. Pan Edward kupił sobie na wieczór herbatę i nie odbierał telefonów.

Róże nie miały żadnego wyjaśnienia.

Były piękne.

To był, zdaniem Tomasza Kreta, jedyny pewny fakt w całej sprawie — i fakt, który w raporcie końcowym nie pojawił się ani razu, bo piękne nie jest terminem proceduralnym i nie przejdzie recenzji przełożonego. Napisał zamiast tego nieustalona proweniencja florystyczna, co brzmi tak samo absurdalnie, ale przynajmniej zawiera łacinę.

Śledztwo zamknięto.

Tomasz Kret złożył wniosek urlopowy następnego dnia. Wniosek zaakceptowano z prędkością sugerującą, że przełożony już go przygotował.¹²

¹² Istnieje nieoficjalny protokół w Komendzie Stołecznej — niepisany, niepotwierdzony, nieistniejący według rzecznika prasowego — który mówi: jeżeli analityk zaczyna pisać raporty z epitetami, należy mu dać wolne. Tomasz Kret był trzecim w ciągu pięciu lat. Poprzedni dwaj wrócili po miesiącu i nie mówili o sprawach, przy których wzięli urlop. To jest jedyny protokół, który działa w stu procentach.

Metal-Bar przy Chmielnej nadal działa. Koncerty w każdy piątek i sobotę. Wstęp dziesięć złotych, za co w Warszawie nie można już kupić prawie niczego poza wstępem na koncert w Metal-Barze i herbatą w pewnej sieciówce, jeśli się poprosi bez mleka i syropu i nie patrzy na paragon.

Bar pachnie dymem, piwem i czymś jeszcze — czymś, czego nikt nie potrafi nazwać, a próbowało kilka osób po kilku piwach, zazwyczaj w okolicach jedenastej, przy drugim zespole, kiedy dźwięk staje się fizyczny i przestaje być tylko muzyką, a zaczyna być czymś, co czujesz raczej w mostku niż w uszach.¹³

¹³ Furfur — który ma swoje własne zdanie na temat liturgii i wyraża je za pośrednictwem wzmacniaczy Marshall i sekcji rytmicznej — traktuje Metal-Bar jako miejsce kultu w sensie dosłownym, nie przenośnym. Nikt z bywalców o tym nie wie. Nikt z bywalców nie pyta, bo Metal-Bar ma dobrą akustykę, piwo w rozsądnej cenie i nie włącza świateł między pierwszym a drugim setem, co jest, zdaniem stałych bywalców, jedyną oznaką prawdziwej kultury w całej tej dzielnicy.

Kilka z osób, które to próbowały opisać, mówiło o cieple.

Nie tym piwnym, nie tym tłumowym. Innym.

Głębszym.

III. Gwendolin i baseny

Trzy baseny. Trzy pożary. Jeden na miesiąc — maj, czerwiec, lipiec — jakby ktoś miał w kalendarzu zaznaczone i trzymał się agendy z uporem godnym lepszej sprawy.¹⁴

¹⁴ Agenda ta, gdyby istniała, byłaby dokumentem wyjątkowo precyzyjnym: data, godzina, adres, typ obiektu wodnego (basen kryty, basen zewnętrzny, basen rehabilitacyjny — ten ostatni z podgrzewaną wodą, co strażacy przyjęli z mieszanymi uczuciami). Ktokolwiek ją prowadził, prowadził ją rzetelnie. Biurokracja nadprzyrodzona — tak samo jak ta ziemska — nie znosi niedotrzymanych terminów.

Każdy pożar zaczął się w wodzie.

Woda nie płonie. To jest właściwość materii powszechnie znana i rzadko kwestionowana, z wyjątkiem trzech protokołów straży pożarnej z tamtego lata, w których słowa pożar i basen pojawiają się w tym samym zdaniu częściej niż powinny i nikt nie wydaje się z tego szczególnie zadowolony.¹⁵

¹⁵ Naczelnik jednostki przy Pradze — człowiek o trzydziestu latach doświadczenia, który osobiście gasił pożar chlewni, pożar muzeum instrumentów muzycznych i jeden pożar akwarium, przy którym wolał nie myśleć za długo — przeczytał trzeci protokół, odłożył go na biurko i powiedział do zastępcy: „Mamy problem z definicjami”. Zastępca powiedział: „Słucham?” Naczelnik powiedział: „Albo z fizyką”. Zastępca zamówił kawę dla obojga i więcej o tym nie rozmawiał, bo trzydzieści lat w służbie uczy jednego: niektóre pytania są lepsze bez odpowiedzi, szczególnie przed południem.

Przy każdym pożarze był strażak z jednostki na Pradze. Wysoki, spokojny, z bransoletami pod rękawem roboczym i fryzurą, którą się chowa pod hełmem i o której zapomina się od razu po zdjęciu hełmu, bo twarz nie zostawia w pamięci żadnego punktu zaczepienia. Wchodził pierwszy. Wychodził ostatni. Zawsze umazany sadzą, nigdy nieprzytomny, nigdy poparzony.

Jeden z ratowników — Bartek, sześć lat w służbie, człowiek który rejestruje szczegóły z nawyku i żałuje tego potem — zapytał go przy trzecim basenie, zanim wjechały wozy:

— Jak to możliwe, że woda się pali?

Strażak spojrzał na płomień nad niecką. Płomień był pomarańczowy przy powierzchni i prawie biały przy podstawie, co jest parametrem pożaru niemożliwym do uzyskania na wodzie.

— Woda nie pali się — odparł strażak spokojnie. — To co pod wodą.

Bartek chciał zapytać, co dokładnie jest pod wodą w basenie rehabilitacyjnym przy Grochowskiej i dlaczego płonie. Strażak wszedł do budynku zanim zdążył sformułować pytanie. Wrócił siedem minut później z nieprzytomną panią sprzątaczką na ramieniu i miną kogoś, kto zakończył zadanie i jest gotowy na następne.

Bartek napisał to do raportu. Bartek dostał uwagę za nieistotne szczegóły w raporcie. Bartek przestał pisać szczegóły do raportów.¹⁶

¹⁶ Jest to proces, który w środowisku zawodowym nosi nazwę „profesjonalizacji” i polega na stopniowym eliminowaniu z dokumentów służbowych wszystkiego, co jest prawdziwe, a trudne do wytłumaczenia. Większość instytucji osiąga pełną profesjonalizację po trzech do pięciu lat. Bartek wyrobił normę w sześć tygodni, co jest wynikiem ponadprzeciętnym.

Gwendolin — wysoka, rude włosy, sposób poruszania się kogoś, kto wie, że jest obserwowany i nie ma nic przeciwko temu — była widziana w pobliżu każdego z basenów przed zdarzeniem. Świadkowie opisywali ją zgodnie, co jest rzadkością w zeznaniach czegokolwiek.¹⁷

¹⁷ Zgodność zeznań jest statystycznie podejrzana — świadkowie zazwyczaj widzą różne wersje tej samej rzeczy, co jest właściwością ludzkiej percepcji, a nie dowodem kłamstwa, choć różnica ta rzadko jest doceniana przez sędziów. Kiedy wszyscy świadkowie mówią dokładnie to samo, oznacza to albo zmowę, albo że zobaczyli coś tak wyrazistego, że percepcja nie miała miejsca na własną interpretację. Gwendolin była tym drugim przypadkiem. Jest to rzadkie. Jest to niepokojące. Jest to, zdaniem pewnych frakcji, które nie udzielają wywiadów, absolutnie zamierzone.

Jeden ze świadków dodał, że patrzyła w ogień z wyrazem twarzy, który chciał opisać jako smutny, ale to słowo nie pasowało, więc ostatecznie napisał: skupiona, jakby szukała w płomieniach adresu.

Żadna ofiara nie wymagała hospitalizacji. Budynki nadają się do remontu.

Gwendolin nie figuruje w żadnej dostępnej bazie danych.¹⁸

¹⁸ Sprawdzono bazy danych Interpolu, Europolu, PESEL, NIP, REGON, bazy danych hoteli w promieniu dwudziestu kilometrów, portal społecznościowy LinkedIn — gdzie teoretycznie figurują wszyscy — oraz jeden nieoficjalny rejestr prowadzony przez pewną organizację, która oficjalnie nie istnieje i która miała w tej sprawie dokładnie tyle co pozostałe: nic. Analityk tej ostatniej organizacji dopisał do raportu: „Podmiot operuje poza standardową infrastrukturą identyfikacyjną. Zalecana ostrożność”. Potem doprecyzował: „Zalecana duża ostrożność”. Potem zakreślił oba zdania i napisał jedno: „Nie ścigać”. Jest to rzadkie zalecenie. Jest to zalecenie, które rozumieją tylko ludzie z bardzo długim stażem.

Jej imię pojawia się raz — w prywatnym liście pewnego botanika z Wiednia, napisanym w roku 1847:

Poznałem w Paryżu kobietę o imieniu Gwendolin, która patrzy na ogień tak, jakby płomień był jej coś winien. Nie wiem czego. Ona też chyba nie wie.

Botanik miał dobre pióro.

Botanik miał też, jak wynika z późniejszej korespondencji, bardzo złą pamięć do twarzy — zanotował Gwendolin jako brunetkę, chociaż napisał o rudych włosach trzy zdania wcześniej w tym samym liście, co sugeruje albo literacką nieuwagę, albo że Gwendolin nie wygląda tak samo dwa razy z rzędu. Jest to cecha, która tłumaczyłaby kilka rzeczy. Botanik nie wyciągnął tego wniosku, bo botaniści specjalizują się w rzeczach, które stoją w miejscu i dają się zmierzyć, a Gwendolin nie robiła ani jednego, ani drugiego.¹⁹

¹⁹ List trafił do archiwum Towarzystwa Naukowego w Wiedniu, gdzie przeleżał sto siedemdziesiąt osiem lat w teczce opatrzonej sygnaturą „korespondencja prywatna — bez wartości naukowej”. W roku 2025, w lipcu, ktoś zamówił fotograficzną kopię tej teczki przez system biblioteczny. Zamówienie przyszło z adresu IP zarejestrowanego w Warszawie. Adres IP nie istnieje w żadnej bazie dostawców usług internetowych. Bibliotekarz wykonał zlecenie, bo system przyjął zamówienie i wymagał realizacji, a bibliotekarz nie jest od sprawdzania ontologicznego statusu adresów IP. Jest od skanowania. Zeskanował. Teczka wróciła na miejsce. Nikt więcej jej nie zamawiał.

IV. A-666

Trzecia siedemnaście w nocy. Autostrada A-666, odcinek między Konotopą a granicą. ²⁰

²⁰ Numer autostrady A-666 pojawia się w rejestrach incydentów nadprzyrodzonych trzykrotnie częściej niż jakikolwiek inny odcinek drogowy w Europie Środkowej, co jest statystyką, której Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie prowadzi, ponieważ nie ma rubryki na „incydent nadprzyrodzony” w standardowym formularzu GDDKiA-17b. Jest natomiast rubryka „inne przyczyny”, która w dokumentacji tego odcinka jest wypełniona gęściej niż wszystkie pozostałe rubryki razem wzięte. Projektant numeracji nie żyje od 1987 roku. Nie jest to powiązane. Prawdopodobnie.

Monitoring potwierdził: przez cztery kilometry w żadnym kierunku — żadnego pojazdu, żadnego pieszego, żadnego roweru. Nic.

To jest zdanie, które brzmi niewinnie, dopóki się nie zastanowi, że autostrada między Konotopą a granicą o trzeciej siedemnaście w nocy powinna mieć przynajmniej dwa tiry, jednego kierowcę jadącego zbyt szybko i jednego jadącego zbyt wolno, oraz jeden samochód z tablicami z innego województwa, co jest statystyczną normą tego odcinka o każdej porze nocy i dnia. Cztery puste kilometry to nie jest cisza. To jest coś, co wypchnęło wszystko inne z drogi.²¹

²¹ Nie jest to pierwsza taka cisza na tym odcinku. W rejestrach lokalnych jednostek — tych nieoficjalnych, prowadzonych przez dyżurnych, którzy piszą więcej niż powinni i mniej niż wiedzą — pojawiają się trzy podobne przypadki: 2003, 2011 i 2019. Za każdym razem: cztery kilometry, około trzeciej w nocy, zero ruchu, jeden obiekt na poboczu. W 2003 roku był to porzucony wózek dziecięcy z numerem telefonu przyklejonym od spodu. Numer był nieczynny. W 2011 roku był to rower z przywiązaną do kierownicy kopertą. Koperta była pusta. W 2019 roku dyżurny nic nie napisał, bo wziął urlop dwa dni po zmianie i już nie wrócił do tej jednostki. To jest wzorzec, który wygląda jak wzorzec. Nikt nie powiedział tego głośno, bo głośne powiedzenie rzeczy, które wyglądają jak wzorzec, jest dokładnie tym, po czym dostaje się urlop.

BMW R 1250 GS, skradzione z Woli dziesięć dni wcześniej, stało na poboczu z widokiem na pole rzepaku. Kierowcy przy nim nie było. Żadnych śladów hamowania, żadnych uszkodzeń sugerujących kolizję, żadnego wyjaśnienia sugerującego kogokolwiek.

Był jeden ślad.

Jeden precyzyjny, głęboki, prosty — na zbiorniku paliwa, jakby ktoś uderzył w motocykl czymś, co porusza się z pewnością i nie waha się. Technik kryminalistyczny — Wojtek, jedenaście lat w zawodzie, człowiek który fotografował ślady narzędzi tak długo, że potrafił z grubsza powiedzieć co je zostawiło zanim jeszcze wyjął miarkę — przykucnął przy motocyklu, zmierzył ślad, wstał i przez długą chwilę patrzył w pole rzepaku.

— Co jest? — zapytał kolega.

— Kąt natarcia — odparł Wojtek.

— I co z nim?

— Jest pionowy.

Kolega patrzył na niego przez chwilę.

— Czyli ktoś uderzył z góry.

— Tak.

— Z jakiej wysokości?

Wojtek spojrzał na niebo. Niebo o trzeciej siedemnaście nad A-666 było czarne, bezchmurne i całkowicie pozbawione czegokolwiek, co mogłoby uderzyć z pionowym kątem natarcia w zbiornik paliwa zaparkowanego motocykla.

— Nie wiem — powiedział Wojtek.

Zapisał w notatniku: kąt pionowy, brak sugestii narzędzia, brak sugestii sprawcy, brak sugestii fizyki. To ostatnie zdanie wykreślił. Potem je przywrócił. Potem znowu wykreślił i napisał zamiast niego: wymaga weryfikacji.

Wszystko wymaga weryfikacji, gdy nie chce się napisać prawdy.²²

²² Prawda brzmiała tak: ślad wyglądał jak odcisk palca. Bardzo dużego palca. Takiego, do którego reszta dłoni musiałaby być proporcjonalna, co dawało wymiary, przy których Wojtek czuł się niekomfortowo zarówno w kontekście antropologicznym, jak i zawodowym. Wojtek nie napisał tego w raporcie. Wojtek napisał „nieregularne wgłębienie o nieustalonej genezie mechanicznej”, co jest zdaniem technicznie prawdziwym w tym sensie, że żadna znana mechanika go nie wyjaśnia.

Europol wydał komunikat. Komunikat był dobrze napisany. Zawierał dwie strony sformułowań sugerujących, że sprawa jest wyjaśniona. Nie zawierał wyjaśnienia, ale to jest rzadko zauważana różnica w komunikatach Europolu.²³

²³ Europol ma specjalną jednostkę redakcyjną — nieformalnie nazywaną „Działem Zdań Które Brzmią Jak Odpowiedź” — której zadaniem jest przekształcanie raportów bez wniosków w komunikaty z wnioskami. Dział ten jest bardzo wydajny. Nigdy nie mylą się gramatycznie. Wydajność merytoryczną trudno ocenić, bo nikt zewnętrzny nie porównuje komunikatów z raportami źródłowymi, co jest prawdopodobnie zamierzone przez obie strony.

Analityk, który widział zdjęcia z miejsca zdarzenia, napisał w raporcie wewnętrznym:

Ten ślad nie pochodzi od żadnego pojazdu. Ten ślad nie pochodzi od żadnego narzędzia. Ten ślad pochodzi z kierunku, w którym o 3:17 w nocy nie ma nic.

Potem dopisał pod spodem, jakby do siebie:

Ale coś tam było.

Potem zażądał reklasyfikacji materiałów. Potem dostał urlop zdrowotny.²⁴

²⁴ Jest to już czwarty analityk w tym roku, który dostał urlop zdrowotny po kontakcie z dokumentacją z odcinka A-666 lub okolic. Administracja Europolu jest z tego powodu lekko zaniepokojona — nie zawartością dokumentacji, ale kosztami zastępstw. Rozważane jest szkolenie BHP dla analityków pracujących z materiałami kategorii „nieustalona geneza”. W programie ma się znaleźć moduł o tym, żeby nie pisać do akt zdań zaczynających się od „ale”. To jest dobra zasada ogólna.

Motocykl odesłano właścicielowi. Właściciel zapłacił mandat za niezgłoszenie kradzieży w terminie i więcej nie pytał.

Właściciel był mądrym człowiekiem.

Ślad na zbiorniku pozostał. Lakiernik z Woli, do którego motocykl trafił trzy tygodnie później, próbował go wyrównać przez czterdzieści minut, po czym odłożył narzędzia, wyszedł na papierosa i wrócił z decyzją, że zostawi go jak jest.

— Nie da się usunąć? — zapytał właściciel.

— Da się — odparł lakiernik. — Ale po co.

To nie było zdanie z sensem, ale właściciel zrozumiał je doskonale.

Ślad został.²⁵

²⁵ Autostrada A-666 ma swoją własną historię, starszą od numeracji i starszą od asfaltu — historię odcinka ziemi, przez który coś przeszło dawno i co jakiś czas wraca sprawdzić, czy droga jest utrzymana we właściwym stanie. Lokalni nie mówią o tym głośno. Lokalni mówią: „nie jedź tamtędy po drugiej”. To jest wystarczające ostrzeżenie dla tych, którzy słuchają. Reszta dostaje komunikat Europolu.

V. Nota na marginesie

W marcu 2025 roku, przy Moście Karola w Pradze, zdarzył się incydent. Kategoria: zamach. Sprawcy: nieustaleni. Motyw: nieustalony. Narzędzie: nieustalone. ²⁶

²⁶ „Narzędzie: nieustalone” jest w dokumentacji Europolu formułą techniczną oznaczającą jedno z trzech: (a) narzędzie nie istnieje w żadnym katalogu narzędzi, (b) narzędzie istnieje, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chce go katalogować, albo (c) narzędzie jest oczywiste, ale jego oczywistość jest gorsza od braku wyjaśnienia. W przypadku Mostu Karola była to opcja (c). Jeden ze świadków powiedział: „To było jak ręka”. Drugi świadek powiedział: „To było jak światło”. Psychiatrzy potwierdzili, że oboje mówią prawdę. To jest właśnie ta sytuacja, w której opcja (c) okazuje się gorsza od pozostałych.

Jeden ranny. Dwóch świadków z trwałymi zaburzeniami percepcji — oboje opisywali to samo zdarzenie zupełnie innymi słowami, co normalnie świadczyłoby o kłamstwie, ale psychiatrzy orzekli, że oboje mówią prawdę, co jest rzadką sytuacją i nikt z niej nie był zadowolony.

Rannym był mężczyzna, którego dokumenty identyfikacyjne okazały się autentyczne pod każdym względem, z wyjątkiem jednego: mężczyzna o tym nazwisku i numerze paszportu urodził się w 1987 roku w Brnie, co zgadzało się z dokumentami, ale zdjęcie w paszporcie przedstawiało kogoś innego niż leżał na chodniku, co nie zgadzało się z niczym. Czeski wydział śledczy spędził na tym fakcie osiem godzin roboczych, po czym zdecydował, że mężczyzna jest ranny i to jest wystarczający priorytet na jeden dzień.²⁷

²⁷ Jest to podejście proceduralnie poprawne i egzystencjalnie zdrowe. Tożsamość leżącego człowieka to problem na jutro. Dziś człowiek potrzebuje karetki, nie filozofii. Filozofia zaczyna się potem, kiedy człowiek wstanie i będzie musiał wytłumaczyć, kim właściwie jest. Mężczyzna ze zdjęcia nie wstał. Mężczyzna z chodnika wstał, ale nie powiedział nic. To jest rozróżnienie, które w normalnych okolicznościach jest kłopotliwe. W okolicznościach Mostu Karola w marcu 2025 roku było to najmniejszy z kłopotów.

Problem był inny i prostszy, i dlatego właśnie nikt go nie powiedział głośno.

Problem był taki: przy Moście Karola o 14:23 w środę znajdowały się trzy osoby, których tam nie powinno być. Nie w sensie prawnym — Most Karola jest przestrzenią publiczną, każdy ma prawo na nim stać. W sensie głębszym, trudniejszym do zaprotokołowania, który można opisać jedynie jako: niektóre miejsca i niektóre chwile są zarezerwowane, i wejście na nie bez zaproszenia ma konsekwencje, które nie wymagają złych intencji, żeby być złymi.²⁸

²⁸ Wyobraź sobie szachownicę. Teraz wyobraź sobie, że jeden pionek postanawia stanąć na polu innego pionka — nie dlatego że chce grać, ale dlatego że to jest wygodne miejsce i miał tu przejść przy okazji. Szachownica nie reaguje na wygodę. Szachownica reaguje na ruch. I ktoś — coś — po drugiej stronie wykonuje odpowiedź. To nie jest metafora. To jest dosłowny opis tego, co zdarzyło się przy Moście Karola. Trzeba było być w złym miejscu o złej porze. Wszystkie trzy osoby zrealizowały oba warunki jednocześnie, co jest wynikiem statystycznie nieprawdopodobnym i logicznie nieuniknionym.

Emisariusz, który używał miecza, działał z ramienia frakcji, która preferuje jasne narzędzia i jednoznaczne wyniki. Michael — Archanioł, linia twarda, człowiek zasad w sensie dosłownym i metafizycznym jednocześnie — ma do mieczy stosunek, który można nazwać filozoficznym, gdyby filozofia dopuszczała tak mało kompromisów. Miecz jest prosty. Miecz jest uczciwy. Miecz mówi dokładnie to, co ma powiedzieć, i nie wymaga przypisów.²⁹

²⁹ To jest oficjalne stanowisko frakcji. Nieoficjalnie: miecze zostawiają ślady, a ślady rodzą pytania, a pytania rodzą analityków, a analitycy rodzą raporty, a raporty — jak wykazała praktyka ostatnich czterech przypadków — rodzą urlopy zdrowotne i koszty zastępstw. Niebo jest świadome tej sekwencji. Niebo twierdzi, że jest ona akceptowalna jako koszt operacyjny. Europol ma inne zdanie, ale Europol nie wie, że ma inne zdanie, bo Europol nie wie, że jest stroną w tej rozmowie.

Miecz — bo to był miecz, i śledczy który jako pierwszy to powiedział, powiedział to głosem człowieka który dobrze wie, że powie to tylko raz — był prosty, precyzyjny i jednoznaczny. Tak jak miecze są. Miecze nie są metaforami. Miecze nie są strukturalnymi elementami sytuacji ani wieszakami na ubrania ani nieustalonymi obiektami ostrokrawędziowymi o długości osiemdziesięciu centymetrów.

Śledczy napisał to w raporcie: miecz.

Przełożony odesłał raport z adnotacją: proszę o weryfikację narzędzia.

Śledczy zweryfikował: miecz.

Przełożony odesłał ponownie: proszę o alternatywne określenie.

Śledczy napisał: obiekt ostrokrawędziowy o długości około osiemdziesięciu centymetrów, jednosieczny, z rękojeścią.

Przełożony przyjął raport.³⁰

³⁰ Raport trafił do kategorii „broń biała — nieustalony typ”, gdzie spoczywa obok czternastu innych przypadków z ostatnich dwudziestu lat, w których oficjalne dokumenty zawierają sformułowanie „obiekt ostrokrawędziowy” w miejscu, gdzie świadkowie mówili „miecz”. Gdyby ktoś zebrał te czternaście przypadków na jednej mapie, mapa wyglądałaby jak szlak. Nikt tego nie zrobił, bo zbieranie takich map należy do kategorii zajęć, po których dostaje się urlop zdrowotny — a Europol ma już problem z kosztami zastępstw.

Cel był precyzyjny. Cios był precyzyjny. To, w co cios trafił, rozpadło się w pył — szybko, czysto, bez reszty — co jest jednym z tych wyników, które w raporcie operacyjnym wyglądają bardzo dobrze i w rzeczywistości wyglądają tak samo, z tym że rzeczywistość zostawia po sobie drobne szczegóły, których raport operacyjny woli nie uwzględniać.

Szczegół pierwszy: miecz, po tym jak cel przestał istnieć, musiał gdzieś trafić. Trafił w mur kościoła przy wschodnim wyjściu z mostu — kamienny, osiemnastowieczny, o gęstości odpowiedniej do zatrzymania czegoś, co porusza się z pewnością i nie waha się. Wbił się na pół długości ostrza i pozostał. Pionowo. Precyzyjnie. Z rękojeścią na wysokości stu dziewięćdziesięciu centymetrów od ziemi.

Szczegół drugi: podmiot, który przestał istnieć, zostawił po sobie płaszcz.

To jest właściwość pewnych bytów — tych, które przez długi czas nosiły coś na sobie i w sobie — że kiedy znikają, to co nosiły, zostaje. Płaszcz był ciężki, ciemny, z podszewką głębszą niż sugerowała zewnętrzna tkanina, i opadł na rękojeść miecza z precyzją, której nie można było zaplanować, ale która wyglądała jak zamierzona. Zawisł tam.³¹

³¹ Niebo odnotowało ten fakt w raporcie operacyjnym jako „element neutralny, niewymagający interwencji”. To jest kategoria, która w dokumentacji Nieba oznacza: widzimy, nie rozumiemy, nie dotykamy. Jest to rzadsza kategoria niż można by się spodziewać po organizacji bardziej wszechwiedzącej od pozostałych, i częstsza niż Niebo oficjalnie przyznaje.

Szczegół trzeci był problemem.

O godzinie 14:51 — dwadzieścia osiem minut po zdarzeniu, kiedy teren był już oficjalnie pusty i nieoficjalnie obserwowany z bezpiecznej odległości przez dwa podmioty z różnych frakcji, które nie wiedziały o sobie nawzajem, co jest rodzajem sytuacji, którą szachownica lubi — motocyklista wjechał w płaszcz.

Motocyklista nie powinien tam być. Most Karola jest zamknięty dla ruchu kołowego od 1978 roku, co jest faktem powszechnie dostępnym, szeroko nagłośnionym i całkowicie irrelewantnym dla osoby, która pędzi czymś na dwóch kołach przez teren, na którym trzydzieści minut wcześniej rozegrała się scena, przy której dwóch świadków nabyło trwałych zaburzeń percepcji. Nie jest jasne, skąd przyjechał. Nie jest jasne, dokąd jechał. Jest jasne, że płaszcz zawisł mu na kasku z szybkością sugerującą, że był na to gotowy — płaszcz, nie motocyklista.³²

³² Płaszcze zawieszone na mieczach wbitych w mury mają długą historię w folklorze europejskim jako symbol ostrzeżenia, zaproszenia lub oznakowania terytorium, zależnie od tradycji i szerokości geograficznej. Żadna z tych interpretacji nie tłumaczy, dlaczego ten konkretny płaszcz zachował się jak sieć. Folklorystka z Uniwersytetu Karola, która badała ten motyw przez siedemnaście lat, powiedziałaby, że to jest anomalia. Folklorystka z Uniwersytetu Karola nie była pytana, bo nikt nie wiedział, że jest właściwą osobą do zapytania. To jest, nawiasem mówiąc, standardowy problem z wiedzą specjalistyczną.

Kask znaleziono.

Leżał dwanaście metrów od miejsca zdarzenia, przy lewej balustradzie, z wizjerem zamkniętym i zapięciem nienaruszonym. Technik który go podniósł, podniósł go ostrożnie, bo kask z zamkniętym wizjerem ma określony ciężar, który informuje przez dłoń o tym, czy jest pusty, czy nie.

Ten był pusty.

Technik odłożył kask z miną człowieka, który zdecydował, że nie zapyta. To jest decyzja, którą podejmuje się szybko albo wcale — i technik był człowiekiem szybkim.³³

³³ Motocykla nie znaleziono. Motocyklisty nie znaleziono. Płaszcz wisiał na mieczu jeszcze przez czternaście godzin, po czym zniknął między jednym a drugim obchodem służb, co funkcjonariusz dyżurny zapisał jako „usunięto przez osobę nieustaloną”, bo to jest jedyne zdanie, które mieści się w formularzu. W płaszczu nikt nie szukał, bo płaszcz jest płaszczem i nie ma powodu, żeby szukać w płaszczu. Gdyby ktoś szukał — a nie szukał, co jest właściwą decyzją — mógłby znaleźć motor. I kilka innych rzeczy, które nie są motorem, ale są w tym samym miejscu co motor i które rodziłyby pytania gorszego rodzaju niż „skąd tu motor”. Płaszcz wiedział o tym. Dlatego zniknął zanim ktokolwiek wpadł na pomysł.

Analityk Europolu — inny niż ten od A-666, choć późniejsze zestawienia wykazały, że oboje chodzili na te same sesje terapeutyczne, co jest pewnie zbiegiem okoliczności — napisał w raporcie:

To nie wygląda jak żaden znany podmiot.

Zastanowił się przez chwilę.

Dopisał pod spodem:

To nie wygląda jak żaden możliwy podmiot.

Dostał urlop zdrowotny.³⁴

³⁴ Terapeuta, do którego chodzili obaj analitycy — i który w związku z tym miał w ciągu jednego roku dwóch pacjentów z dokumentami kategorii „niemożliwy podmiot” — napisał w swojej prywatnej notatce, której nikomu nie pokazał, bo jest terapeutą i wie, że są granice: „Coś się zaczyna”. Terapeuta miał rację. Terapeuci rzadko się mylą w kwestii tego, kiedy coś się zaczyna. Mylą się natomiast regularnie w kwestii tego, jak bardzo się zaczyna, bo skala nie jest widoczna z poziomu jednostkowej historii. Żeby zobaczyć skalę, trzeba być bardzo wysoko lub bardzo nisko. Terapeuta był dokładnie pośrodku. To jest, statystycznie rzecz biorąc, najgorsze miejsce na obserwację.

Podmiot, o którym mowa, dotarł do Warszawy sześć tygodni po incydencie. Zameldował się w apartamencie na Mokotowie. Zamówił kawę. Płaciła gotówką. Napiwku nie zostawiła, bo napiwki zostawia się wtedy, gdy chce się być zapamiętanym.

Ona nie chciała.³⁵

³⁵ Recepcjonista zapamiętał ją mimo to. Przez dwa tygodnie nie mógł powiedzieć dlaczego, bo to jest właśnie ta właściwość pewnych rzeczy: zostawiają ślad dokładnie wtedy, gdy bardzo starają się go nie zostawiać. Zapamiętał, że była wysoka. Zapamiętał, że zapłaciła gotówką. Zapamiętał, że kawę wypiła w całości, bez pośpiechu, z miną kogoś, kto pije kawę po raz pierwszy i chce zapamiętać jak smakuje — albo po raz ostatni i z tego samego powodu. Nie zapamiętał twarzy. Próbował. Twarz zostawiała w pamięci kształt bez szczegółów — jak dziura po gwoździu w ścianie, po której usunięto gwóźdź i zamalowano ścianę, ale kształt nadal tam jest, jeśli się wie, gdzie patrzeć.

To tyle, jeśli chodzi o cztery i pół historii.

Warszawa nie czyta raportów. Warszawa właśnie dogryza loda przy Łazienkach, kłóci się o parking z sąsiadem, który doskonale wie, że to jest nieformalne miejsce Tomka, i zagrywa kartę osiedlowego patriotyzmu z twarzą człowieka, który ma rację — i właśnie dlatego podnosi głos. Warszawa jest miastem, które ma swoją warstwę pod warstwą pod warstwą, i na każdej z nich dzieje się coś, o czym jest całkowicie przekonana, że nie jest jej sprawą.³⁶

³⁶ Warszawa ma w tej kwestii długą praktykę. Miasto, które było zrównane z ziemią i odbudowane, zrównane i odbudowane, zajęte i wyzwolone i zajęte i wyzwolone, nauczyło się jednej rzeczy ponad wszystkie inne: przetrwanie wymaga selektywnej nieuwagi. Nie jest to tchórzostwo. Jest to miejska mądrość przekazywana przez pokolenia w formie wzruszenia ramionami, które mówi: widziałem gorsze i przeżyłem. Szachownica wie o tym. Dlatego wybrała Warszawę.

Szachownica czeka.

Pionki są na miejscach.

Gdzieś w Warszawie ktoś krzyczy.Gdzieś indziej ktoś śpiewa. Żadne z nich nie wie jeszcze, że to te same strony tej samej szachownicy.³⁷

³⁷ Szachownica wie. Szachownica zawsze wie. Szachownica jest jedynym uczestnikiem tej gry, który rozumie wszystkie ruchy jednocześnie — przeszłe, obecne i te, które dopiero zostaną wykonane przez kogoś, kto myśli, że podejmuje własną decyzję. To jest definicja gry: przestrzeń, w której każdy jest przekonany, że gra. Niektórzy mają rację. Część I zaczyna się tutaj.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij