Wojownicy i Czarodzieje. Drugie starcie z Wiedźmami - ebook
Wojownicy i Czarodzieje. Drugie starcie z Wiedźmami - ebook
Wiedźmy sieją spustoszenie, a niebezpieczeństwo czai się za każdym drzewem…
Wish znajduje Księgę zaklęć i uczy się panować nad swoją magiczną mocą. Czasami jej to nawet wychodzi. Tymczasem wiedźmia plama na dłoni Xara niebezpiecznie się powiększa. A to oznacza tylko jedno – Xar ma coraz mniej czasu, żeby pozbyć się złej magii.
Razem wyruszają po magiczne składniki do zaklęcia, które pozwoli im ostatecznie unicestwić Wiedźmy. Ale Xara i Wish dzieli najwyższy mur, jaki można sobie wyobrazić… i rodzinna tajemnica.
To, że w ogóle się spotkali, było dziełem niezwykłego przypadku. Czy to możliwe, że ich przeznaczeniem jest drugie starcie z Wiedźmami?
Wejdź do krainy Wojowników i Czarodziejów, mitycznych stworzeń i potężnej magii w ekscytującej powieści fantasy autorki książki Jak wytresować smoka.
Cressida Cowell - brytyjska pisarka i ilustratorka książek dla dzieci, autorka „Jak wytresować smoka?” , za którą została nagrodzona literacką nagrodą Gold Nestle Smarties Book. Aktywnie działa na rzecz szerzenia czytelnictwa wśród dzieci. Jednym z jej postulatów jest: zapewnienie każdemu dziecku prawo do posiadania własnej książki. Pisanie dla dzieci uważa za największy przywilej na świecie. Najbardziej cieszy ją, gdy czytelnicy opowiadają, że czytają jej książki całą rodziną. Prace nad każdą książką zaczyna od narysowania mapy nowego magicznego uniwersum.
| Kategoria: | Dla dzieci |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-8587-3 |
| Rozmiar pliku: | 15 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
yobraźcie sobie czasy olbrzymów.
Było to dawno, bardzo dawno temu, tak dawno, że Wyspy Brytyjskie nie wiedziały jeszcze, że są Wyspami Brytyjskimi, gdy cały kraj porastała puszcza i w tych dzikich lasach walczyły ze sobą dwa plemiona.
CZARODZIEJE, którzy zamieszkiwali te ziemie tak długo, jak sięga pamięć, mieli w sobie magię drzemiącą w samej puszczy i jeździli na olbrzymich śnieżnych kotach. Oraz WOJOWNICY, którzy zwalczali magię lśniącymi mieczami lub ogniem, żeby mogli budować grody, uprawiać pola i wznosić swój nowoczesny świat.
Wojownicy wygrywali, ponieważ mieli broń zrobioną z ŻELAZA…
…_a ŻELAZO było jedyną rzeczą, na którą nie działała magia._
Jest to opowieść o małym Czarodzieju i małej Wojowniczce. Oboje byli pogodni, weseli, z głowami pełnymi pomysłów, od urodzenia wpajano im jednak, żeby nienawidzili się wzajemnie. Jest to opowieść o tym, jak się poznali, zaprzyjaźnili i nauczyli patrzeć na świat z innej perspektywy, i naprawdę ta historia bardzo by chciała mieć SZCZĘŚLIWE zakończenie… ale niestety podczas ich ostatniej niesamowitej przygody…
_Niechcący uwolnili Króla Wiedźm, który przez całe stulecia był bezpiecznie zamknięty w wielkim głazie…_
_I do tej pięknej puszczy wróciły WIEDŹMY._
Nie chcę was straszyć, drodzy czytelnicy, ale: Wiedźmy miały pokryte piórami skrzydła, żrącą jak kwas krew, a każda ich łapa kończyła się pięcioma szponami, długimi i ostrymi jak świeżo naostrzona klinga.
Co nie miałoby większego znaczenia, gdyby Wiedźmy nie miały złych zamiarów.
Tylko że Wiedźmy były tego rodzaju potworami, które nienawidzą wszystkiego, co dobre, wyżerają serca małym ptaszkom i chcą zniszczyć świat oraz wszystko, co się w nim mieści.
A Król Wiedźm był ich panem i władcą…
Nikt nie wie, gdzie się ukrył teraz. To znaczy _ja_ wiem.
_Chcę tego chłopaka_ – snuł swoje mroczne, okrutne wizje Król Wiedźm. – _Chcę tego chłopaka, który jest już prawie mój, bo ON może sprowadzić mi dziewczynę, której magia działa na żelazo… A kiedy POSIĄDĘ tę moc, w końcu stanę się niepokonany…_
Nie bójcie się jednak, drodzy czytelnicy! To przecież niemożliwe. Xara zamknięto w wielkim więzieniu o nazwie Gorminkrag. A stamtąd nie sposób się _wydostać_, co może i nie jest przyjemne dla Xara, ale z tego wynika też, jak dwa i dwa jest cztery, że Król Wiedźm i Wiedźmy nie mogą się dostać do _środka_.
A co do Wish, cóż, jej przerażająca matka Sykoraks, wielka królowa Wojowników, żeby chronić podwładnych przed atakami Wiedźm, wybudowała na zachodnim krańcu swego królestwa gigantyczny mur, mur tak wysoki, że nawet olbrzym długokroczno-wysokobieżny, wspinając się na palce, nie jest w stanie nic zza niego zobaczyć.
Niemożliwe więc, by nasi bohaterowie się ze sobą spotkali ani żeby spotkali Króla Wiedźm w tak krótkiej historii jak ta.
To, że w ogóle się kiedyś spotkali, było dziełem niezwykłego przypadku.
Ale RAZ już się spotkali.
1. Ucieczka z Gorminkragu jest niemożliwa
ył kwadrans po północy, cztery tygodnie przed Wigilią Końca Zimy, gdy trzynastoletni chłopiec dyndał niebezpiecznie na niezbyt solidnym sznurze domowej roboty kołyszącym się na zewnątrz najmroczniejszej wieży Gorminkragu, Zamkniętego Zakładu Poprawczego dla Przedstawicieli Mrocznej Magii i Nieposłusznych Czarodziejów.
(Jest to, nawiasem mówiąc, przydługa i wymyślna nazwa więzienia, i to nie jakiegoś tam pierwszego lepszego więzienia, lecz najlepiej strzeżonego i najbardziej niedostępnego w całej puszczy).
Chłopiec miał na imię Xar (co się wymawia „Ksar” – nie wiem dlaczego, ortografia jest dziwna) i naprawdę, naprawdę, _naprawdę_ nie powinno go tam być.
Powinien znajdować się WEWNĄTRZ więzienia, nie NA ZEWNĄTRZ, bujając się przy oknie piętnaście metrów nad powierzchnią morza. To jedna z najważniejszych zasad dotyczących więzień i Xar powinien o tym wiedzieć.
Xar nie należał jednak do tych chłopców, którzy przestrzegają zasad.
Najpierw _działał_, a dopiero potem _myślał_, i właśnie z tego powodu w ogóle trafił do Zakładu Poprawczego Gorminkrag i zdobył opinię najniegrzeczniejszego i najbardziej nieokiełznanego chłopca w królestwie Czarodziejów od mniej więcej czterech pokoleń.
Sami się przekonajcie, czy ta opinia jest uzasadniona…
W minionym tygodniu na przykład:
_…dolał do wina strażników rogrodechów czegoś, co miało być eliksirem nasennym, a okazało się eliksirem na przeklinanie… przykleił tyłki wszystkich członków dowództwa drudów do krzeseł w nadziei, że dzięki temu uda mu się szybko uciec – zapomniał tylko o przyklejeniu krzeseł do podłogi, toteż drudzi po prostu rzucili się za nim w pogoń z przyklejonymi do zadków krzesłami… uraczył się skradzioną miksturą na niewidzialność, niestety spowodowała ona, że znikła tylko GŁOWA, w związku z czym drud odpowiedzialny za reedukację przeżył straszliwy szok, gdy odwiedził celę Xara, bo pomyślał, że nawiedziły ją bezgłowe DUCHY…_
Żaden z tych przejawów nieposłuszeństwa nie był w pełni _zamierzony_. Te wszystkie rzeczy po prostu działy się niechcący w trakcie podejmowanych przez Xara prób ucieczki, bo chociaż był chłopcem z natury pogodnym i wesołym, dwa miesiące pobytu w więzieniu zwarzyły nieco nawet _jego_ humor, nastroszone na głowie włosy przyklapły i chwilami popadał w lekkie przygnębienie.
Powszechnie było wiadomo, że z Gorminkragu nie da się uciec, Xar jednak nigdy nie zrażał się takimi drobiazgami jak rzeczy niemożliwe. Tak więc choć dla osoby postronnej jego położenie mogłoby się wydawać dość niefortunne, Xar był z siebie niesłychanie zadowolony jak na kogoś, kto ściska strzępiący się sznur i kołysze się gwałtownie nad morzem, w którym, jak wiadomo, pływa pełno gafonów, sztyletopławów i rybobrodaczy krwawych.
W jego szeroko otwartych oczach pobłyskiwały nadzieja i ekscytacja.
– Widzicie! – szepnął triumfalnie do swoich towarzyszy. – A nie mówiłem? Świetnie nam idzie! Już _prawie_ udało nam się uciec!
I Xar miał rację, naprawdę osiągnęli już wiele.
Zamknięty Zakład Poprawczy dla Przedstawicieli Mrocznej Magii i Nieposłusznych Czarodziejów powstał z myślą o przetrzymywaniu w nim najbardziej przerażających potworów z całego magicznego świata, takich jak licha, ogry wszelkich rozmiarów i zwyczajów, boboki, kelpie, czarnoludy, żeby wymienić tylko kilka, a nawet bardzo dawno temu, ośmielę się powiedzieć – WIEDŹMY, które już raz ponoć wyginęły, a niedawno pojawiły się znowu w tej części lasu.
NIKT, żaden mroczny chochlik, żaden rogrodech, choćby największy i najstraszniejszy, żaden nieposłuszny Czarodziej znający najbardziej demoniczne zaklęcia NIGDY nie zdołał uciec z Gorminkragu. Niektórzy oczywiście próbowali i legendy o śmiałych, acz nieudanych próbach ucieczki z więzienia chochliki przekazywały sobie z ust do ust od wielu lat. Nikomu jednak nie udało się z Gorminkragu wydostać żywym.
Nawet jeśli ktoś jakimś nieprawdopodobnym łutem szczęścia zdołałby opuścić mury więzienia, nie wywołując wrzasku strzegących go czaszek, ponure wieże Gorminkragu wzniesiono na siedmiu wyspach na morzu zwanym uroczo _Morzem Trupich Czaszek_, którego fale porwałyby każdego śmiałka, albo jeden z tych okrutnych morskich stworów, rybobrodaczy krwawych, wypłynąłby ze swojej jamy w Zatopionym Lesie na dnie morza i wciągnąłby go w głębiny.
Xar jako syn Króla Maga, w dodatku obdarzony niemałą charyzmą, miał dość liczną grupkę kompanów.
W tym momencie towarzyszyło mu pięcioro chochlików (Gryźzelda, Czasostrat, Kuligan, Ariel i Musztardet) – i były to piękne, groźnie wyglądające istoty przypominające skrzyżowanie bardzo małego człowieka i rozzłoszczonego owada – a także troje włochatków (Piskutek, Brzęczymrotka i Maleństwo), mniejszych, bardziej podobnych do pszczół stworzonek, które dopiero za jakiś czas wpełzną do kokonów i przeistoczą się w dorosłe chochliki.
Chochliki mogą świecić jak gwiazdy na nocnym niebie, te jednak w tym momencie przygasiły swoje światło do możliwie najsłabszego poziomu, nie chcąc zostać zauważone.
Wszystkie chochliki należały do Xara i po cichu, niepostrzeżenie zakradły się do więzienia, żeby mu pomóc w ucieczce.
– Mas racjem, panie! – wyszeptał Piskutek, jeden z włochatków. Piskutek był maleńką sześcionożną istotką, większą od trzmiela, wciąż jednak tak małą, że mieścił się w dłoni, i w tym momencie brzęczał rozemocjonowany wokół głowy Xara. – ZAWSE mas racjem! I dlatego jesteś nasym dowodzem i nigdy nie wciągujes nas w zadne kłupoty! Oo! Jaka fascyciekawa jamka.
Owa „fascyciekawa jamka” znajdowała się między otwartymi szczękami dużej trupiej czaszki. Piskutek wleciał do środka zbadać sytuację i szczęki zatrzasnęły się ze złowrogim kłapnięciem, oczodoły też zamknęły się szczelnie, jak gdyby wciąż miały powieki.
– Haloooo? – zabrzmiał niespokojnie ze środka głos Piskutka. – Halooo? Chyba się zatsasłem!
Chochliki zanosiły się śmiechem tak bardzo, że o mało nie pospadały na ziemię, Xar jednak szybko zareagował, zdenerwowany.
– Niech nikt się nie wychyla poza mury! – syknął. – Ten zamek otacza magiczne pole i można przez nie spokojnie przejść, gdy się wchodzi do środka, ale nie w DRUGĄ stronę!
Narażając się na niemałe niebezpieczeństwo, ponieważ czaszka znajdowała się tuż poza jego zasięgiem i musiał obwiązać nogę w kostce końcem sznura, zwisając głową w dół, Xar bardzo, bardzo ostrożnie i delikatnie rozwarł szczęki trupiej czaszki, żeby Piskutek mógł triumfalnie wyfrunąć na wolność, popiskując:
– Nic się nie stawło! Nie martwujcie się! NIC mi się nie stawło!
Xar rozbujał się na sznurze i wskoczył na półkę, gdzie poczuł się bezpieczniej. Wyjaśnił zainteresowanym kompanom, że są to wrzeszczące czaszki, które stanowią jedno z ostatnich zabezpieczeń więzienia. Jeśli się wystawi jeden choćby palec poza obręb więzienia, czaszki otwierają szczęki i wydają z siebie mrożące krew w żyłach zawodzenia, które budzą strażników Gorminkragu, ściągając ich uciekinierom na głowę.
Cały Xar. Chociaż przez całe swoje dotychczasowe życie pakował towarzyszy w przeróżne tarapaty, żeby mu oddać sprawiedliwość, zawsze robił wszystko, co w jego mocy, żeby ich z tych kłopotów wyciągnąć, nie bacząc na grożące mu w związku z tym niebezpieczeństwa.
Xarowi towarzyszył także gadający kruk – który teraz zasłaniał skrzydłami oczy, ten cały epizod ze zwisaniem do góry nogami i ratowaniem włochatka ze szczęk wrzaskliwej czaszki tak bardzo go zatrwożył – a także ponaddwumetrowy wilkołak z gatunku samotnych zębiaków o imieniu Samot, który na wspomnienie o więziennych strażnikach zaczął nerwowo pomrukiwać.
Xar poznał Samota w więzieniu i chociaż zaprzyjaźnianie się z wilkołakami z gatunku samotnych zębiaków nie jest tak naprawdę wskazane, ani Xar, ani wilkołak nie mieli specjalnie wyboru. Obaj chcieli uciec.
Wilkołak wydał stłumiony jęk niezadowolenia.
– Co mówi ten wilkołak? – spytał kruk.
Gadający kruk miał na imię Kaliburn i byłby pięknym ptakiem, niestety jego zadanie polegało na pilnowaniu Xara, żeby ten nie pakował się w kłopoty, i od ciągłych zmartwień wywołanych niewykonalnością powierzonego mu zadania bezustannie wypadały mu pióra.
– Zdaje się, że pyta, dlaczego zmierzamy w _tym_ kierunku – powiedział Xar.
Xar był wśród nich jedynym, którego uczono języka wilkołackiego, niestety na lekcjach często bywał rozkojarzony, a problem z wilkołakami polega na tym, że mówią bełkotliwie, czasem więc można pomylić mruknięcie z burknięciem albo oooarrghh z eerrggagh i opacznie je zrozumieć.
– Zmierzamy w _tę_ stronę – wyjaśniał Xar – bo chcemy zajrzeć do pokoju dowódcy drudów… To ważny krok w planie naszej ucieczki…
Wilkołak wydał z siebie zduszony skowyt trwogi i zamachał włochatymi łapami z takim przerażeniem, że o mało nie zleciał w dół.
– Nie powinieneś uciekać! A my nie powinniśmy ci pomagać! – oświadczył Kaliburn w przypływie zdenerwowania. – No ale skoro już ci _pomagamy_, to chyba ważne jest przy próbie ucieczki, żeby to robić _dyskretnie_? Miażdżyciel i zwierzęta czekają na nas na dole przy zachodnim murze…
(Miażdżyciel był długokroczno-wysokobieżnym olbrzymem i zarówno on, jak i wilki, śnieżne koty i niedźwiedź także należeli do drużyny Xara).
– Powinniśmy dołączyć do Miażdżyciela i reszty! – kontynuował Kaliburn. – Przedostać się przez mur, nikomu nic nie mówiąc, a już na pewno nie wpadając w gości do naczelnika więzienia na pogawędkę i filiżankę ziołowej herbatki!
– No i dlatego właśnie nikomu jeszcze nie udało się wydostać z tego śmierdzącego mamra – rzekł Xar. – Ile razy TY próbowałeś stąd uciekać, Samocie?
Wilkołak wybełkotał coś, co mogło brzmieć jak „dwadzieścia trzy”…
– Widzisz? – powiedział Xar. – Wszyscy musicie mi zaufać! Wymyśliłem plan i jest całkiem możliwe, że to najbardziej przebiegły, najgenialniejszy plan ucieczki w _całej_ historii puszczy…
Xar miał dużo zalet, lecz skromność nie była jedną z nich.
Centymetr po centymetrze grupka zsuwała się po sznurach, aż wylądowała na parapecie za oknem komnaty dowódcy drudów. Zajrzeli do środka.
Pokój mógł mieć kształt gwiazdy, koła lub pięciokąta, któż to wiedział? Ściany miały w zwyczaju się przemieszczać, podłoga wyglądała jak morze, sufit zaś równie dobrze mógłby być niebem. Od tego widoku mogło się zakręcić w głowie.
Jedynym nieruchomym punktem w całym pomieszczeniu był gigantyczny stół. Wokół niego siedziało i rozmawiało trzech Czarodziejów.
Jednym z Czarodziejów był dowódca drudów, naczelnik Gorminkragu; Xar wskazał na czarodziejski kij, który trzymał.
– To jest powód naszej wizyty… – wyszeptał. – _Czarodziejski kij dowódcy drudów kontroluje w tym zamku wszystko._
– Ooo nie… o nieee… – szeptał kruk Kaliburn zdjęty nagłą trwogą. – Nie mów mi, że planujesz ukraść Kij Dyrygujący Zamkiem…
Xar kiwnął głową. Istotnie taki miał plan.
– Świętnie! Świętnie! – pisnął Piskutek, fruwając dookoła tak podekscytowany, że o mało nie zrobiło mu się niedobrze.
– Ciii… – wszyscy próbowali go uciszyć.
Wilkołak burknął lakonicznie coś, co mogło być wyrazem aprobaty. Plan był właściwie niczego sobie. Przynajmniej było to coś, czego wilkołak nigdy wcześniej nie próbował.
Gdy jednak Xar zajrzał do komnaty, czując na ramieniu kudłaty ciężar futra wilkołaka, odskoczył tak gwałtownie, że o mało nie zleciał z parapetu.
Bo rozpoznał nagle pozostałych dwóch Czarodziejów, którzy rozmawiali z naczelnikiem Gorminkragu.
– _Mój ojciec… i mój brat…_ – wyszeptał.
Rzeczywiście był to Wielki Mag, Enkanzo Wspaniały, król Czarodziejów, a także starszy brat Xara, Lutek.
Xar poczuł, jak wzbiera w nim strach zmieszany ze wstydem, zaczynając się nieprzyjemnym ściśnięciem w żołądku, by po chwili uderzyć do głowy falą gorąca.
Tamtego dnia, gdy Xar został aresztowany przez drudów, Enkanzo i Lutek prowadzili ekspedycję w góry, by sprawdzić, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi im ze strony Wiedźm.
_Nie wiedzieli więc jeszcze, dlaczego Xar tu trafił… i Xar naprawdę, ale to naprawdę nie chciał, żeby się dowiedzieli…_
Nachylając się przez okno do środka, słyszał, choć z trudem, o czym toczy się rozmowa.
– Twoi żołnierze zakradli się do mojego królestwa pod moją nieobecność i porwali mi syna! – pieklił się Enkanzo. – Żądam, aby go w tej chwili uwolniono!
Ojciec Xara, Enkanzo, był wysokim, niesłychanie potężnym Czarodziejem i jego magia miała tak wielką moc, że obserwowanie go przysparzało pewnych trudności. Za sprawą magii jego zarysy się rozmazywały, falowały, drżały, a gdy mówił, z jego głowy ulatywały wielkie parujące obłoki czarów. Wyglądał na nieco zmęczonego, bo był już u kresu wytrzymałości, prowadząc wojnę z Wiedźmami.
Dowódca drudów był jeszcze wyższy, cienki jak pogrzebacz i przeraźliwie chudy, miał też niesamowicie długie brwi, które splatał w warkoczyki. Dożył w lesie tak sędziwego wieku, że teraz miał w sobie coś z drzewa. Palce poskręcały mu się jak gałązki, a zielona twarz pomarszczyła jak kora starego drzewa.
Miał dobre zamiary, był jednak przekonany, że w każdej bez wyjątku sprawie racja leży po jego stronie, pozostali natomiast się mylą. Z czasem taka postawa nie czyni nas łagodniejszymi, sprzyja raczej zgorzknieniu, bowiem z wiekiem wszelkie nasze cechy zdają się koncentrować i _on_ pod wpływem tego procesu zgorzkniał jak silna trucizna. Złe, krytyczne oczka błyszczały na pomarszczonej korowatej twarzy, a przypominające szpony palce zaciskały się zazdrośnie na czarodziejskim kiju.
– Nie trzymam tu Xara dla własnej rozrywki! – warknął. – Wasz przeklęty syn całkowicie zburzył spokój tego więzienia!
Cóż takiego zrobił?
_…bez żadnego powodu odciął pukiel włosów z ogona wielkiego włochatego łaniogra wyjącego, gdy ten spał w swojej celi, i od tamtej pory minęło pięć dni, a łaniogr wciąż wyje wściekle, przez co w zachodniej wieży przez całą noc nikt nie może zmrużyć oka…_
_– _Ach – rzekł w zamyśleniu Enkanzo – to te jęki, które dolatują z daleka?
– Nie zrobiłem tego _bez_ powodu! – zaprotestował Xar, szepcząc do swych kompanów. – Potrzebne mi były te włosy, żeby uciec w całkowicie niezawodnym przebraniu Wielkiej Stopy z brodą…
– _Nikt_ by nie uwierzył, że taki dzieciak jak ty zapuścił brodę! – stwierdził Kaliburn. – A Wielkie Stopy mają co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu!
– To był drobny feler tego poza tym niezawodnego planu – przyznał Xar.
Niejedyny.
Włochate łaniogry wyjące, gdy zmieniają futro na zimowe, przybierają piękny ciemnogranatowy kolor i Xara złapano w ciągu niecałych pięciu minut, ponieważ strażnicy zgadzali się z Kaliburnem: nie ma czegoś takiego jak Wielka Stopa wzrostu metr pięćdziesiąt, w dodatku z granatową brodą.
Dowódca drudów zaczynał się rozkręcać, wymieniając długą listę przewin Xara.
_…patrolującym strażnikom dosypał do majtek proszku na swędzenie… ukradł strażnikowi pelerynę z kapturem i wrzucił ją do dołu z wampirzymi psami… śmierdzące skarpety strażnika rogrodecha wrzucił do śniadaniowej owsianki, cuchnęła więc obrzydliwie zgniłymi jajami…_
_– _Wypadki… to wszystko wypadki i nieporozumienia… – szeptał z okna Xar.
– A potem, ze zwykłej bezmyślnej złośliwości – powiedział na koniec dowódca drudów – przykleił członków najwyższego dowództwa zadkami do krzeseł, gdy ci siedzieli spokojnie przy kolacji! Niewybaczalne, niezrozumiałe, _niedopuszczalne_ zachowanie!
Ten ostatni incydent szczególnie oburzał dowódcę drudów, był to bowiem człowiek szalenie dostojny i nie zachwycało go, że musi odwiedzać sanitorium z krzesłem przyczepionym do tyłka. Zasłonił je peleryną, ale to było dosyć duże krzesło i rogrodechy, wciąż napojone po czubki włochatych uszu miksturą na przeklinanie, wypowiedziały pod jego adresem sporo uwag, które nadal dotykały go do żywego, gdy je sobie przypominał.
– To było całkiem zabawne – przyznał Xar, uśmiechając się na wspomnienie tamtego psikusa – ale to też było niechcący! Nie powinni mnie zamykać, jeśli nie chcieli, żebym próbował uciec!
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_