Wojownicy i Czarodzieje. Jak upolować Wiedźmę - ebook
Wojownicy i Czarodzieje. Jak upolować Wiedźmę - ebook
Kiedyś istniała magia, która wypełniała ciemne lasy. Dopóki nie przybyli Wojownicy…
Xar to Czarodziej, który nie ma czarodziejskiej mocy i zrobi wszystko, aby ją zdobyć. Wish, córka królowej Wojowników, brzydzi się magią i kiedy odkrywa, że przedmioty zaczynają magicznie ożywać w jej rękach, robi wszystko, aby to ukryć.
Od dziecka wpajano im, żeby nienawidzić siebie nawzajem. Czarodzieje i Wojownicy byli tak bardzo zajęci walką między sobą, że nie zauważyli powrotu Pradawnego Zła. Teraz muszą zapomnieć o kłótniach, żeby razem dotrzeć do lochów Żelaznego Grodu Wojowników, gdzie coś, co śpi od setek lat, właśnie zaczyna się budzić...
Książka nagrodzona przez młodych czytelników
Blue Peter Book Award.
Cressida Cowell - Brytyjska pisarka i ilustratorka książek dla dzieci, autorka „Jak wytresować smoka?” , za którą została nagrodzona literacką nagrodą Gold Nestle Smarties Book. Aktywnie działa na rzecz szerzenia czytelnictwa wśród dzieci. Jednym z jej postulatów jest: zapewnienie każdemu dziecku prawo do posiadania własnej książki. Pisanie dla dzieci uważa za największy przywilej na świecie. Najbardziej cieszy ją, gdy czytelnicy opowiadają, że czytają jej książki całą rodziną. Prace nad każdą książką zaczyna od narysowania mapy nowego magicznego uniwersum.
„Na pierwszy rzut okiem książka wydaje się długa i gruba. Jednak ciekawe, nieraz śmieszne ilustracje sprawiają, że czyta się milej i można łatwiej wyobrazić sobie wydarzenia. Mimo wielu stron książkę szybko się czyta, ponieważ każde wydarzenie trzyma cię w napięciu. Po prostu nie można się powstrzymać, zanim nie dowiesz się co zdarzy się na następnej stronie i jak potoczą się losy bohaterów. Podczas czytania można parskać śmiechem, jak i bać się o głównych bohaterów. Bardzo polecam dla fanów Harrego Pottera oraz fanów przygód i fantastyki!”
Michalina, lat 12,
„Czarodzieje oraz Wojownicy są zagorzałymi wrogami. Roszczą sobie prawo do panowania nad lasem i nie uznają kompromisów. Los jednak płata wszystkim figla i splata przeznaczenie Xara oraz Nadziejki. Razem będą musieli stawić czoła wrogowi znacznie przewyższającego rangą Czarowników i Wojowników razem wziętych!
Książka jest bardzo dobrze napisana – czyta się ją jednym tchem, a ciekawość ,,co będzie dalej” nie pozwala oderwać się od fabuły ani na chwilę!
Dodatkowo – co jest charakterystyczne dla książek pani Cowell, między treścią znajduje się wiele ilustracji, obrazków, imitacji ksiąg z zaklęciami oraz innych niespodzianek dla czytelników.
,,Wojownicy i Czarodzieje. Jak upolować wiedźmę” to w zasadzie klasyczna historia o walce dobre ze złem, ale bez zbędnej pompy i górnolotnych tekstów. To opowieść z której można wynieść refleksje na temat stereotypowego postrzegania innych, wiary we własne możliwości oraz przyjaźni ponad granicami. Bardzo polecam!”
Julita Pasikowska-Klica,
| Kategoria: | Dla dzieci |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-8586-6 |
| Rozmiar pliku: | 15 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
iedyś istniała magia.
W pradawnych czasach na Wyspach Brytyjskich, tak dawno temu, że nie wiedziały jeszcze, że są Wyspami Brytyjskimi, w tamtejszych ciemnych lasach pełno było magii.
Może się wam wydawać, że wiecie, jak ciemny las wygląda.
Otóż mogę wam od razu powiedzieć, że nie wiecie. Te lasy były tak ciemne, że nie uwierzylibyście, iż jest to możliwe, ciemniejsze niż plamy atramentu, ciemniejsze niż środek nocy, ciemniejsze niż sam kosmos, zarośnięte i splątane jak serce Wiedźmy. Teraz takie lasy nazywa się puszczą – ciągnęły się w każdą stronę świata tak daleko, jak tylko można sobie wyobrazić, kończąc się dopiero tam, gdzie zaczynało się morze.
Lasy te zamieszkiwały różne ludzkie plemiona.
Czarodzieje, którzy znali się na magii.
I Wojownicy, którzy się na magii nie znali.
Czarodzieje mieszkali w puszczy od zawsze i zamierzali w niej mieszkać po wsze czasy razem ze wszystkimi innymi czarodziejskimi istotami.
Aż pojawili się Wojownicy. Najeźdźcy przybyli zza mórz i chociaż nie znali się na magii, mieli ze sobą nową broń zwaną przez nich ŻELAZEM, a żelazo było jedyną rzeczą, na którą magia nie działała.
Wojownicy mieli żelazne miecze, żelazne tarcze oraz żelazne zbroje i nawet przeraźliwe czary Wiedźm były bezsilne wobec tego metalu.
Najpierw Wojownicy stoczyli bój z Wiedźmami i po długiej i strasznej wojnie całkowicie je wytępili. Nikt po Wiedźmach nie płakał, bo stosowały podłe czary, najgorsze czary, tego rodzaju czary, które wyrywają skrzydełka skowronkom, zabijają dla zabawy, mogą doprowadzić do zagłady całego świata i wszystkich razem z nim.
Wojownicy na tym jednak nie poprzestali. Sądzili, że skoro jakieś czary są złe, to znaczy, że WSZYSTKIE czary są złe.
Teraz więc Wojownicy próbowali się także pozbyć Czarodziejów, ogrów, wilkołaków, swarliwej zgrai dobrych i złych chochlików, które świeciły jak małe gwiazdy w ciemności, rzucając na siebie nawzajem psotne zaklęcia, oraz olbrzymów, które stąpały powoli i ostrożnie przez las większe niż mamuty i łagodne jak niemowlęta.
Wojownicy poprzysięgli sobie, że nie spoczną, dopóki nie zniszczą MAGII DO CNA w całym ciemnym lesie, który karczowali żelaznymi siekierami tak szybko, jak tylko się dało, i wznosili grody, zamieniali lasy w pola uprawne i budowali swój nowoczesny świat.
Jest to opowieść o małym Czarodzieju i małej Wojowniczce, którym od urodzenia wpajano, żeby nienawidzić się nawzajem jak zarazy.
Historia zaczyna się od znalezienia GIGANTYCZNEGO CZARNEGO PIÓRA.
Czyżby Czarodzieje i Wojownicy byli tak bardzo zajęci walką ze sobą, że nie zauważyli powrotu prawiecznego zła?
Czy to pióro naprawdę mogło być piórem Wiedźmy?
1. Pułapka na Wiedźmę
o była jak na listopad ciepła noc, zbyt ciepła dla Wiedźm, tak przynajmniej opowiadano. Wiedźmy oczywiście podobno wyginęły, Xar jednak słyszał o tym, jak bardzo cuchną, i wydawało mu się, że czuje teraz, w ciszy ciemnego lasu, słaby, acz wyraźny smród palonych włosów i nieżywych od dawna myszy z niewielką domieszką żmijowego jadu – zapach, którego się nie da zapomnieć.
Xar był nieokrzesanym chłopcem z plemienia Czarodziejów i jechał na grzbiecie olbrzymiego śnieżnego kota w części puszczy tak mrocznej, splątanej i zarośniętej, że nazywano ją Strasznym Gajem.
Nie powinno go tam być, bo Straszny Gaj leżał na terytorium wroga i gdyby Wojownicy go schwytali, cóż, według tego, co się mówiło, ukatrupiliby go na miejscu. Skrócili o głowę. Zgodnie ze swoim jakże sympatycznym zwyczajem.
Xar jednak ani trochę nie wyglądał na zmartwionego.
Był wesołym małym morusem z wielkim czubem włosów na głowie, które wystrzeliwały od czoła w górę, jakby przypadkowo zetknęły się z niewidzialną pionową wichurą.
Śnieżny kot, którego dosiadał, nazywał się Królkot i był szlachetnym stworzeniem o wyglądzie olbrzymiego rysia, zdecydowanie zbyt dystyngowanym dla takiego zuchwalca jak Xar. Królkot miał lśniące łapy, tak krągłe, że aż wyglądały nierealnie, futro tak głębokie i miękkie jak śnieżny puch, w kolorze tak intensywnie srebrzystym, że wpadał niemal w błękit. Pędził szybko, lecz cicho przez las, strzygąc spiczastymi uszami o czarnych końcówkach, bo się bał, chociaż był zbyt dumny, by dać to po sobie poznać.
Jeszcze rano ojciec Xara, mag Enkanzo, władca Czarodziejów, przypomniał wszystkim, że nikomu nie wolno postawić w Strasznym Gaju choćby jednego palca u nogi.
Xar był jednak najbardziej nieposłusznym chłopcem w królestwie Czarodziejów od jakichś czterech pokoleń i jeśli czegoś się zakazywało, on tym bardziej tego pragnął.
Na przykład w poprzednim tygodniu Xar związał brody dwóm najstarszym i najbardziej szanowanym Czarodziejom, gdy zasnęli obok siebie w czasie uczty. Nalał do świńskiego koryta odrobinę napoju miłosnego, toteż świnie zapałały szalonym i namiętnym uczuciem do najmniej lubianego nauczyciela Xara i wydając z siebie głośne i pełne entuzjazmu kwiknięcia i cmoknięcia, chodziły za nim krok w krok, dokądkolwiek się udawał.
Przez przypadek puścił z dymem drzewa w zachodniej części obozu Czarodziejów.
Większości z tych rzeczy Xar właściwie nie zrobił całkowicie umyślnie. Po prostu ponosiło go w ferworze zabawy.
Żaden z powyższych przejawów nieposłuszeństwa nie był wszak nawet w połowie tak poważny jak to, co Xar robił w tym momencie.
Nad głową Xara leciał duży czarny kruk.
– Xarze, to jest naprawdę bardzo, ale to bardzo zły pomysł – ostrzegał. Gadający kruk miał na imię Kaliburn i byłby całkiem przystojnym ptakiem, niestety miał za zadanie chronić Xara przed kłopotami i stres związany z tą niewykonalną misją sprawiał, że wypadały mu pióra. – To bynajmniej nie jest w porządku, żeby narażać na takie niebezpieczeństwo swoje zwierzęta, chochliki i innych młodych Czarodziejów…
Xar jako syn Króla Maga, w dodatku obdarzony wielką charyzmą, miał mnóstwo towarzyszy: sforę pięciu wilków, trzy śnieżne koty, niedźwiedzia, ośmioro chochlików, potężnego olbrzyma o imieniu Miażdżyciel i gromadkę innych młodocianych Czarodziejów. Wszyscy podążali za nim jak zahipnotyzowani i trzęśli się ze strachu, udając, że się niczego nie boją.
– Och, niepotrzebnie tak się martwisz – zapewnił Kaliburna Xar i zatrzymawszy Królkota, zeskoczył na ziemię. – Spójrz tylko na tę prześliczną polankę… widzisz… jest CAŁKOWICIE bezpieczna, tak jak reszta lasu.
Rozpromieniony rozejrzał się z satysfakcją, jak gdyby zatrzymali się w uroczej leśnej dolinie z kicającymi króliczkami i małymi sarenkami, a nie na zimnej, upiornej polanie, gdzie cisy pochylały się groźnie, a pędy jemioły wisiały niczym łzy czarnoksiężnika.
Pozostali Czarodzieje dobyli mieczy, a futro warczących śnieżnych kotów nastroszyło się ze strachu do tego stopnia, że wyglądały jak włochate purchawki. Wilki krążyły niespokojnie, usiłując utworzyć wokół ludzi ochronny krąg.
Tylko mniejsze chochliki podzielały entuzjazm Xara, ale to dlatego, że były jeszcze za młode i głupiutkie.
Nie wiem, czy widzieliście kiedyś chochlika, może więc dobrze by było je teraz opisać.
Xarowi towarzyszyło pięć większych chochlików, z których wszystkie przypominały kształtem człowieka skrzyżowanego z groźnym eleganckim owadem. Gdy są rozdrażnione lub znudzone (co dzieje się często), mrugają jak gwiazdy, a z uszu puszcza im się fioletowy dym. Są tak przezroczyste, że widać ich bijące serca.
Były tam też trzy mniejsze i młodsze chochliki, które nazywa się włochatkami, póki są chochlikowymi dziećmi. Ulubieńcem Xara było ciekawskie i głupiutkie stworzonko o imieniu Piskutek.
– Ojej, jak tu cudnie! Jak cudnie! – radował się Piskutek. – To jest nieprawdomozebnie najcudnowniejsa łąka, jaką w zyciu widziałem! A co to za fascyciekawy kwiat? Niech zgadnę! Jaśkier! Stękrotka! Pelarwonia! Zonkwil!
Wleciał między górne gałęzie szczególnie ponurego i złowrogiego drzewa, a następnie przycupnął na brzegu jednego z mięsistych kwiatów, którego liście miały na krawędziach groźne kolce i którego nazwa brzmiała w rzeczy samej chochliłówka. Kwiat zatrzasnął się z prędkością pułapki na myszy i uwięził biednego Piskutka w środku.
Kaliburn wylądował na ramieniu Xara i westchnął ciężko.
– Nie lubię mówić: A nie mówiłem – burknął – ale jesteśmy na tej całkowicie bezpiecznej polance w Strasznym Gaju od półtorej minuty, a ty już straciłeś jednego ze swoich towarzyszy, którego pożarła mięsożerna roślina.
– Bzdura – odparł przyjaźnie Xar. – Wcale go nie straciłem. Na tym właśnie polega rola przywódcy. Gdy moi towarzysze wpadają w tarapaty, ja spieszę im na ratunek, bo tak postępują przywódcy.
Xar wspiął się na drzewo i sześćdziesiąt metrów nad ziemią, kiwając się niebezpiecznie na kilku trzeszczących, niezbyt grubych gałęziach, wyciągnął sztylet i rozchylił kwiat chochliłówki, by w ostatniej chwili uwolnić dyszącego Piskutka.
– Nic się nie stawło! – zachrypiał Piskutek. – NIC się nie stawło! Nie cuję lewej nogi, ale nic się nie stawło!
– Nie martw się, Piskutku! To tylko soki trawienne chochliłówki, za kilka godzin czucie wróci! – zawołał Xar, schodząc z drzewa. – Widzicie? Jestem wielkim przywódcą! Trzymajcie się mnie, a nic wam się nie stanie!
Młodzi Czarodzieje wyglądali, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiali.
W tym momencie z leśnych ciemności za nimi wyłonił się Lutek, starszy brat Xara, siedząc okrakiem na wielkim szarym wilku, a towarzyszyła mu jeszcze liczniejsza gromada chochlików, zwierząt i młodych Czarodziejów.
Xar aż zesztywniał, bo nie znosił starszego brata.
Lutek był dużo wyższy od Xara. Wzrostem dorównywał niemal ojcu, znakomicie radził sobie z czarami, był przystojny, bystry i doskonale o tym wiedział. Był najbardziej zadufanym w sobie Czarodziejem, jakiego można sobie wyobrazić, i często skarżył na Xara, żeby wpakować go w kłopoty.
– Co ty tu robisz, Lutek? – zagrzmiał podejrzliwie Xar.
– Och, pojechałem tylko za tobą, żeby zobaczyć, co niewiarygodnie głupiego i bezsensownego robi tym razem mój malutki braciszek – wyjaśnił od niechcenia Lutek.
– Wielcy przywódcy tacy jak ja nie organizują bezsensownych wypraw! – fuknął Xar. – Jesteśmy tu z ważnego POWODU. Nie twój interes, ale… – zastanawiał się, czy nie wcisnąć Lutkowi jakiegoś wymyślonego na poczekaniu kłamstwa, ale koniecznie chciał mu zaimponować i to było od niego silniejsze – …planujemy schwytać Wiedźmę – pochwalił się dumnie Xar.
Ajaj… ajajaj… ajajajajaj.
Po raz pierwszy Xar wspomniał swoim towarzyszom o celu ekspedycji i jakoś wcale się nie ucieszyli z tej wiadomości.
Wiedźmę!
Niedźwiedź, śnieżne koty i wilki znieruchomiały i zadygotały. Nawet Ariel, najbardziej zuchwały i nieustraszony ze wszystkich chochlików Xara, wzleciał do nieba i na chwilę zniknął.
– W tej części Strasznego Gaju kryją się Wiedźmy, wiem o tym – wyszeptał Xar podekscytowany, jak gdyby Wiedźma była rozkosznym prezentem, który ofiarował swojej świcie.
Zaległa długa cisza, a potem Lutek i jego towarzysze zaczęli się śmiać.
Śmiali się, śmiali i śmiali.
– Oj, daj spokój, Xarku – wydusił w końcu Lutek, gdy już mógł mówić. – Nawet ty musisz wiedzieć, że Wiedźmy wyginęły setki lat temu.
– No… wiem – rzekł Xar. – A co, jeśli niektóre z nich przeżyły i cały ten czas się ukrywały? Patrz, co znalazłem na tej polanie nie dalej jak wczoraj!
Ostrożnie wydobył z plecaka gigantyczne wprost czarne pióro.
Było ogromne, jak pióro wrony, tylko dużo, dużo większe. Czarne, przechodzące na końcu w ciemną, lśniącą zieleń jak na głowie kaczki krzyżówki.
– To pióro Wiedźmy… – wyszeptał Xar.
Lutek uśmiechnął się z najwyższą wyższością, na jaką było go stać.
– To tylko pióro jakiegoś wielgachnego ptaka – zakpił – jakiejś wrony olbrzymki… W tym lesie żyją naprawdę dziwne stwory.
Xar zmarszczył brwi i zatknął pióro za pas.
– Nigdy nie widziałem aż tak wielkiego ptaka – burknął zrzędliwie.
– To wszystko bzdury. – Lutek uśmiechnął się drwiąco. – Tylko bezmózg taki jak ty by w to uwierzył. Wiedźmy zostały wytępione raz na zawsze.
Nadleciał Kaliburn, trzepocząc skrzydłami, i wylądował na głowie Xara.
– Zawsze to bardzo długo – stwierdził.
– A widzisz! – triumfował Xar. – Kaliburn to ptasi wróż, który potrafi zajrzeć w przyszłość i przeszłość, i jego zdaniem Wiedźmy nie zniknęły na dobre!
– Wiem tylko, że gdyby Wiedźmy z jakiegoś powodu nie wyginęły, nikt nie chciałby się z nimi spotykać po ciemku – oznajmił Kaliburn i zadrżał. – Do czego potrzebna ci Wiedźma, Xarku?
– Zamierzam schwytać Wiedźmę – wyjaśnił Xar – wydobyć z niej magiczną moc i sam z niej korzystać.
Zapadła przeraźliwa cisza.
W końcu odezwał się Lutek:
– To, mój braciszku, najgorszy plan w całej historii planowania.
– Po prostu mi zazdrościsz, że sam na coś takiego nie wpadłeś – rzekł Xar.
– Mam do ciebie kilka pytań – powiedział Lutek. – Jak zamierzasz schwytać Wiedźmę, to po pierwsze.
– Mamy to – objaśnił Xar, wyciągając z plecaka sieć i podnosząc ją do góry. Nie można mu było przynajmniej odmówić entuzjazmu. – Jeden z nas zgłosi się na ochotnika i pozwoli się skaleczyć, a krew zwabi tu Wiedźmę…
– O, ekstra – rzekł uśmiechnięty Lutek. – Więc teraz zamierzasz zranić jednego ze swoich żałosnych towarzyszy? W lesie, gdzie roi się od oszalałych wilkołaków i łasych na krew rogrodechów? Daj spokój, zwariowałeś do reszty… Ten plan jest tak samo beznadziejny jak ty…
Xar nie zwracał na niego uwagi.
– …a potem schwytam ją w sieć, gdy nas zaatakuje. Poproszę następne pytanie.
– Dobra. Pytanie numer dwa – odparł Lutek. – Żaden z żyjących Czarodziejów nie widział nigdy Wiedźmy, więc skąd wiesz, jak wygląda?
Xar otworzył plecak i wyciągnął tom wielkości dużego atlasu pod tytułem _Księga zaklęć_.
Każdy Czarodziej jest uzbrojony w tę księgę, którą dostaje z chwilą narodzin. Księga Xara wyglądała na mocno sfatygowaną wskutek częstego przeglądania. Jedna część była niewidzialna (przypadkowo wpadła do mikstury na niewidzialność), inna część była tak przypalona, że nie można było nic odczytać (stało się tak, gdy Xar niestety zaprószył ogień w obozie Czarodziejów), i wiele kartek nie trzymało się grzbietu, toteż rozsypywały się wszędzie (to skutek zbyt wielu przygód, żeby się nie wdawać w szczegóły).
Xar otworzył księgę na stronie ze spisem treści, gdzie bardzo dużą złotą czcionką zapisano wszystkie litery alfabetu.
Przeliterował „Wiedźmy”, stukając po kolei w każdą z liter, i frrrrrrrrrrrrr, księga sama zaczęła się kartkować – zdawało się, że trwa to nieskończoność – i przerzucać strony jak niekończącą się talię kart, mijając błyskawicznie początkowe rozdziały, aż zatrzymała się w odpowiednim miejscu.
– To bardzo dziwne… Nie jest napisane, jak wyglądają… ale są zielone… podobno… – wycedził.
Ktoś twierdził, że Wiedźmy potrafią zniknąć i że mają kwas zamiast krwi. Ktoś inny utrzymywał, że tryskają z oczu krwią.
– Jestem pewien, że ją rozpoznamy, gdy się nam ukaże – stwierdził Xar, niecierpliwie zatrzaskując _Księgę zaklęć_. – Podobno są strasznie obrzydliwe, prawda?
– Potwornie – przyznał poważnym tonem Kaliburn. – To najbardziej przerażające istoty, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemi…
– Więc nawet jeśli złapiesz tę swoją Wiedźmę, jak ją przekonasz, żeby ci oddała swoją czarodziejską moc? – dopytywał się Lutek. – Wyobrażam sobie, że niewidzialne, tryskające zieloną krwią Wiedźmy, które są najbardziej przerażającymi istotami, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemi, nie będą ci chciały oddać swojej mocy, jeśli tylko je ładnie poprosisz…
– A wiesz – powiedział przebiegle Xar – że już o tym pomyślałem?
Teatralnym gestem włożył rękawiczki, sięgnął do plecaka i wyjął… niewielki rondel.
Znowu cisza.
– Zdajesz sobie sprawę, że to jest rondel? – spytał Lutek.
– To nie jest jakiś tam zwyczajny rondel – wyjaśnił Xar z chytrą miną. Po czym, zanim wygłosił swoje zdumiewające oświadczenie, zrobił głęboki wdech. – Ten konkretny rondel jest zrobiony z ŻELAZA…
Większość Czarodziejów przerażona zrobiła krok w tył. Chochliki wydały z siebie pełne grozy okrzyki. Jedynie Lutek pozostawał niewzruszony.
Co więcej, zaczął się śmiać tak bardzo, że o mało się nie przewrócił.
– A to dobre… Chcesz się bić z Wiedźmą uzbrojony w rondel! – szydził. – Żaden z ciebie wielki przywódca, Xareczku, jesteś łgarzem i niedojdą, nasz ojciec się za ciebie wstydzi… A ja już wiem, dlaczego tak bardzo chcesz ukraść Wiedźmie magię. Dziś wieczorem z okazji nadchodzącej zimy odbędzie się turniej czarodziejski, a TY nie umiesz czarować… XAR NIE UMIE CZAROWAĆ… – naśmiewał się z brata Lutek.
Xar aż poczerwieniał ze wstydu, a potem pobladł ze złości.
To, że nie umiał jeszcze czarować, było jednym z tych wstydliwych defektów, z którymi nikt się nie obnosi. Dzieci Czarodziejów nie rodziły się z czarodziejską mocą, magia budziła się w nich, gdy miały około dwunastu lat. Xar skończył już trzynaście, a jego moc wciąż pozostawała uśpiona.
Próbował czarów. Próbował przez tyle godzin, że trudno byłoby je zliczyć. Naprawdę prostych sztuczek, takich jak przesuwanie przedmiotów samą myślą. Czuł się jednak tak, jakby chciał poruszać mięśniem, którego tak naprawdę nie miał. „Rozluźnij się – powtarzali wszyscy. – Rozluźnij się, a to przyjdzie samo”. Tylko że cały czas miał wrażenie, jakby próbował coś przestawić nieistniejącymi rękoma.
I ostatnio zaczął się martwić: a jeśli to się NIGDY nie stanie? Mało prawdopodobne, ale jaki byłby wstyd dla całej rodziny, gdyby syn Króla Maga NIE MIAŁ CZARODZIEJSKIEJ MOCY.
Na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_