Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wokanda pożądania - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 czerwca 2026
16,77
1677 pkt
punktów Virtualo

Wokanda pożądania - ebook

Blanka Nowicka ma dwadzieścia dwa lata i plan na wakacje: pilnować młodszej siostry i umierać z nudów. Plan zmienia się w jedną sekundę - tę, w której widzi ogłoszenie na balkonie kamienicy na Grochowskiej. Kancelaria prawna szuka sekretarki. Blanka nie ma doświadczenia, nie ma odpowiednich kwalifikacji i nie ma pojęcia, że mężczyzna, który za chwilę poda jej rękę, wywróci jej życie do góry nogami. Mecenas Aleksander Morawski ma trzydzieści osiem lat, perfumy, które zostają w powietrzu długo po tym, jak wyjdzie z pokoju, i uśmiech, od którego przestaje się myśleć. Jest rodzajem mężczyzny, przy którym zasady przestają obowiązywać. Starszy. Bezczelny. Niebezpieczny w sposób, który nie ma nic wspólnego z przemocą. Ma też przeszłość, o której nie mówi, kobietę, o której nie chce mówić, i sekrety, które Blanka będzie odkrywać warstwa po warstwie — jak akt sprawy, w której stawką jest coś więcej niż wygrana. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 444 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Rozdział 1. Wakacje 3

Rozdział 2. Rozmowa 10

Rozdział 3. Wino 15

Rozdział 4. Suka 20

Rozdział 5. Blond włos 25

Rozdział 6. Prąd 30

Rozdział 7. Stenogram 35

Rozdział 8. Matowe oczy 39

Rozdział 9. Dwieście tysięcy 44

Rozdział 10. Awizo 49

Rozdział 11. Torba 53

Rozdział 12. Żul i Adonis 59

Rozdział 13. Suka 63

Rozdział 14. Wizja lokalna 67

Rozdział 15. Filiżanka 71

Rozdział 16. Louis Vuiton 75

Rozdział 17. Psia pogoda 79

Rozdział 18. Kurwiarz 86

Rozdział 19. Harpia 94

Rozdział 20. Numer dwa 99

Rozdział 21. Płock 105

Rozdział 22. Koszelówka 112

Rozdział 23. Pełnia 119

Rozdział 24. E-mail jednominutowy 128

Rozdział 25. Nakaz 135

Rozdział 26. Test lojalności 139

Rozdział 27. Biegły 145

Rozdział 28. Como 149

Rozdział 29. Tak 155

OD AUTORKI 1611 ROZDZIAŁ 1. WAKACJE

Czerwiec w Warszawie pachniał mokrym asfaltem i lipami.

Rano padało - jeden z tych krótkich, gwałtownych deszczy, które potrafią spaść i zniknąć w pół godziny, zostawiając po sobie tylko rozgrzane powietrze pełne wilgoci i błyszczące kałuże na chodnikach. Teraz słońce świeciło mocno, ptaki darły się w krzakach przy akademiku jak opętane, a Blanka Nowicka szła ulicą z głową lekko uniesioną ku niebu i mrużyła oczy .

- Wiedziałaś, że ten Paweł z naszej grupy nie zdał egzaminu z prawa administracyjnego? - rzuciła, nie patrząc na Klarę.

Klara prychnęła.

- No, zamiast się uczyć, to latał za tą grubą Kaśką.

Wybuchnęły śmiechem jednocześnie - tym rodzajem śmiechu, który wybucha nagle i bez ostrzeżenia, trochę za głośno jak na spokojną ulicę. Blanka zacisnęła usta, żeby się opanować, ale to nic nie dało. Klara już się zaśmiewała, zasłaniając twarz dłonią.

Szły przez teren wokół akademika - między budynkami numer dziewięć i dwanaście, wzdłuż starego asfaltowego chodnika popękanego przez korzenie lip. Po nocnym deszczu trawa przy murach błyszczała intensywną zielenią. Przy ławce pod drzewem siedziały dwie dziewczyny z kawą z automatu i wpatrzone w telefony; na balkonie pierwszego piętra ktoś rozwieszał mokre pranie. Zapach parującej wilgoci mieszał się z lipowym słodkawym aromatem, który Blanka kojarzyła z całym tym rokiem - z Warszawą, z Kickiego, z tym osobliwym uczuciem bycia gdzieś pomiędzy.

- Kiedy jedziesz do domu? - zapytała, gdy skręciły w stronę bramy.

- W sobotę.

- Wykwaterują cię w weekend?

Klara machnęła ręką z taką swobodą, jakby kwestia logistyki akademickiej w ogóle jej nie dotyczyła.

- No co ty, ta baba z akademika pracuje do piątku. Jutro wszystko zdam. A prześpię się pod twoją pierzynką.

- Pod moją pierzynką. - Blanka uniosła brew.

- Pod twoją pierzynką - powtórzyła Klara z absolutnym spokojem i roześmiała się.

Blanka też się roześmiała. Tak po prostu, bo śmiech przy Klarze przychodził łatwo - bez wysiłku, bez powodu, czasem zupełnie bez sensu.

- A kiedy ty wracasz do Brzezin?

- Za tydzień. W poniedziałek mam jeszcze egzamin ustny z prawa konstytucyjnego i koniec.

- I co, nuda w Brzezinach?

Blanka wzruszyła ramionami.

- Będę pilnować młodszej siostry.

Klara spojrzała na nią z takim wyrazem twarzy, jakby to był najsmutniejszy scenariusz wakacji, jaki słyszała w życiu. Blanka chciała coś odpowiedzieć, ale właśnie weszły w bramę wychodzącą na ul. Grochowską - i mimowolnie zrobiły to, co wszystkie dziewczyny robią, gdy nagle napotykają nieznajomych mężczyzn w ciemniejszym, zamkniętym przestrzenią miejscu: umilkły.

W bramie stało dwóch chłopaków. Może dwadzieścia, może dwadzieścia trzy lata. Piwo w rękach o tej porze dnia, oparci plecami o mur z cegły, rozmawiali leniwie. Gdy dziewczyny przechodziły, jeden z nich - ten wyższy, w wyblakłej koszulce - gwizdnął.

Blanka zacisnęła szczękę. Nie przyspieszyła od razu - zrobiła to z klasą, spokojnie, tak żeby wyglądało na naturalny krok, a nie ucieczkę. Klara szła obok niej ramię w ramię. Wymieniły spojrzenia - błysk porozumienia, zero słów - i obie jednocześnie lekko dodały tempa.

Za nimi rozległ się śmiech. Niski, zadowolony z siebie.

Blanka poczuła to charakterystyczne ukłucie - nie strach, ale irytację. To drugie zawsze bardziej.

***

Przed przejściem dla pieszych zaświeciło się czerwone.

Tramwaj - 3 albo 26, Blanka nawet nie zdążyła sprawdzić - właśnie ruszył z przystanku po drugiej stronie Grochowskiej. Klara wydała z siebie dźwięk będący krzyżówką westchnienia i przekleństwa.

- Znowu nam uciekł tramwaj.

Ulica Grochowska o tej porze żyła swoim zwykłym czerwcowym rytmem - samochody, starszy pan z psem, para z wózkiem. Po drugiej stronie szerokiej jezdni stała kamienica. Blanka patrzyła na nią od strony przystanku - cztery piętra, fasada w kolorze kremowym, balkony z kutym żelazem. Solidna, trochę pompatyczna, trochę piękna. Taka kamienica, na którą się patrzy i od razu wiadomo, że ma historię.

I właśnie wtedy Blanka to zobaczyła.

Na balkonie drugiego piętra wisiało ogłoszenie - duży biały karton, trochę przykrzywiony przez wcześniejszy deszcz, a na nim przyklejony mały baner w kolorze granatowym. Z odległości przystanku nie było widać wszystkiego, ale jedno słowo rzucało się wyraźnie:

„KANCELARIA”

I niżej, mniejszymi literami: „poszukuje sekretarki”.

- Tam jest jakaś kancelaria? - Klara zmrużyła oczy, wyciągając szyję.

- Chyba tak.

Stały przez chwilę. Zaświeciło się zielone. Blanka nie ruszyła.

W jej głowie coś mrugnęło - nie plan, bo to było za duże słowo. Bardziej impuls. Ciekawość. Może lekka desperacja, bo perspektywa całych wakacji w Brzezinach przy siedmiolatce, która oglądała w kółko te same bajki, brzmiała coraz mniej zachęcająco.

- Chodź, zobaczymy, kogo szukają.

Klara obróciła się do niej z szeroko otwartymi oczami.

- Słucham?

Blanka już ją ciągnęła za rękaw.

Klara zrobiła wielkie oczy - te swoje klasyczne Klara-nie-wierzy-w-to-co-się-dzieje oczy - i parsknęła śmiechem, dając się ciągnąć.

***

Z bliska kamienica robiła jeszcze większe wrażenie.

Wejście było masywne - ciężkie drzwi z kutymi elementami, próg wytarty przez dziesiątki lat kroków, a ściany przy wejściu pokryte szarym tynkiem, na którym ktoś w różnych momentach dziejów przyklejał i odklejał szyldy. Teraz wisiało ich kilka: gabinet lekarski, biuro rachunkowe, jakaś firma konsultingowa - i jeden, który od razu przykuł uwagę Blanki.

Ciemna tabliczka. Mosiężne litery. Elegancja bez krzyku.

„Kancelaria Prawna. Mecenas Aleksander Morawski. Lokal 18.”

Klara już miała rękę na domofonie.

- Klara - zaczęła Blanka.

- No chciałaś się dowiedzieć, przecież.

I nacisnęła.

Cisza. Sekunda, dwie. Blanka miała już otwierać usta, żeby powiedzieć, że to był głupi pomysł i w ogóle po co to, gdy w domofonie rozległ się głos. Niski. Spokojny. Taki, który nie pyta, tylko stwierdza.

- Słucham.

Klara się nie wahała.

- Ja w sprawie ogłoszenia.

Cisza.

A potem - nie odpowiedź, tylko dźwięk zwalniającego zamka. Ciężkie drzwi drgnęły i uchyliły się same.

Blanka i Klara spojrzały na siebie.

- No to idziemy - powiedziała Klara.

***

Klatka schodowa uderzyła w nie chłodem i zapachem.

Nie stęchlizną, nie tym charakterystycznym smrodem starych warszawskich kamienic - ale czymś innym. Czymś starannie utrzymanym. Woskiem do podłóg może, albo po prostu samym kamieniem, który ma w sobie tę własną, mineralną woń. Schody były szerokie - niemal monumentalne, jak na budynek, który nie był przecież żadną rezydencją. Stopnie z ciemnego lastryko, wytarte pośrodku do lekko innego odcienia niż przy ścianach, lśniły w świetle wpadającym przez okno na półpiętrze. Balustrada z kutego żelaza, gruba, solidna. Sufit ginął gdzieś wysoko ponad nimi - Blanka mimowolnie uniosła głowę. Ponad trzy i pół metra, może więcej. Dźwięk kroków rozchodził się tu inaczej niż na zewnątrz. Głębiej. Wyraźniej.

- O Boże - mruknęła Klara cicho, rozglądając się. - To nie jest zwykła kamienica.

Blanka nic nie powiedziała, ale miała to samo wrażenie.

Weszły na drugie piętro.

Eleganckie, ciemne drzwi. Drewno w ciemnym brązie, mosiężna klamka, nad nią dyskretna tabliczka z numerem lokalu. Blanka uniosła rękę i zapukała.

Nic.

Cisza za drzwiami. Żadnych kroków, żadnego głosu.

- Może wyszedł - zaczęła Blanka, już odwracając się.

Klara nacisnęła klamkę.

Drzwi się otworzyły.

***

Poczekalnia była jak coś wyjętego z innego czasu.

Nie w sensie zaniedbania - wprost przeciwnie. Ale w sensie nieśpieszności. Jakby tutaj czas zwalniał nieco, dostosowując się do rytmu miejsca, a nie odwrotnie. Na ścianach wisiały oprawione grafiki - Blanka rozpoznała styl, choć nie znała konkretnych widoków: przedwojenna Warszawa, ulice ze zdjęć, których już nie ma, tramwaje na tle kamienic, które nie przeżyły. Trzy fotele tapicerowane w ciemnozieloną tkaninę stały przy ścianie z regularną, nieco ceremonialną symetrią. Pomiędzy nimi okrągły stolik - na nim rozłożone gazety i tygodniki, ułożone z lekką pozorną niedbałością, która jednak musiała być zaplanowana.

Przy ścianie naprzeciwko siedział mężczyzna. Około sześćdziesiątki, marynarka sztruksowa w kolorze ciemnego brązu, ręce złożone na kolanach, spojrzenie znużone i spokojne zarazem - spojrzenie kogoś, kto na takie rzeczy czeka regularnie i dawno przestał się tym denerwować.

- Dzień dobry - powiedziały obie jednocześnie.

Mężczyzna skinął głową z minimalnym uchyleniem głowy, jak się kłania ktoś przyzwyczajony do poczekalni i do zachowywania formy nawet w chwilach nieznacznych.

Po obu stronach poczekalni były drzwi. Na jednych, po prawej, wisiała tabliczka: „Sekretariat” Na drugich, po lewej, ciemniejsze drewno, dwuskrzydłowe, potężniejsze, bardziej milczące - i tabliczka: „Mecenas Aleksander Morawski”.

Klara podeszła do drzwi z napisem „Sekretariat” i zapukała.

- Proszę.

***

Sekretariat był jasny.

Duże okno wychodziło na podwórze - i przez to okno wpadało inne światło niż to od ulicy, spokojniejsze, rozsiane przez korony drzew rosnących w wewnętrznym dziedzińcu. Drzewa stały jeszcze w pełni wiosennej zieleni, gęste, nieruchome w tym bezwietrznym południu. Na ich tle pokój wyglądał jak wnętrze ze starannie dobranego katalogu: białe biurko o prostych liniach, designerski fotel w kolorze białej skóry, nowoczesny komputer, dokumentacja ułożona w perfekcyjnych stosach - a pod tym wszystkim stary parkiet z ciemnego drewna, ułożony w jodełkę, lekko skrzypiący przy każdym kroku, pamiętający czasy, gdy w tym budynku działo się coś zupełnie innego.

Za biurkiem siedziała kobieta.

Blanka oceniła ją szybko, bo kobiety zawsze tak robią - nie ze złośliwości, po prostu ze zwykłej czujności. Około pięćdziesiąt lat. Otyła, ale nosząca swoje ciało z taką pewnością siebie, że słowo "otyła" traciło jakoś przy niej swój zwykły ciężar. Ubrana elegancko - zbyt elegancko jak na codzienny czwartek w kancelarii, i Blanka nie wiedziała, czy to standard tego miejsca, czy po prostu natura tej kobiety. Głęboki dekolt, perły, usta pomalowane ciemną czerwienią. Twarz piękna, oczy inteligentne i zmęczone jednocześnie. Coś w rodzaju Moniki Bellucci za biurkiem prawnika - trochę absurdalne i trochę olśniewające.

Nie zaprosiła ich do siedzenia.

- Przyszłyśmy w sprawie pracy - powiedziała Klara.

Kobieta spojrzała na nie. Powoli. Z góry na dół, potem z powrotem. Taki rodzaj spojrzenia, który jest formą uprzejmej, starannie zawoalowanej oceny.

- Jakie macie kwalifikacje?

Klara uśmiechnęła się.

- Jesteśmy studentkami drugiego roku prawa na UW. W zasadzie już trzeciego.

Kobieta - pani Krystyna, jak Blanka miała się niebawem dowiedzieć - uśmiechnęła się.

To nie był ciepły uśmiech. To był uśmiech kogoś, kto już wie, co powie, i czeka tylko na odpowiedni moment, żeby to powiedzieć z należytą gracją.

- Proszę pani. To nie są kwalifikacje na stanowisko kierownika sekretariatu prawnika.

Blanka uniosła brew, zanim zdążyła się powstrzymać.

- A jakie trzeba mieć?

Pani Krystyna westchnęła - tak lekko, tak precyzyjnie, że westchnienie brzmiało prawie jak zdanie.

- Młoda osobo. Najlepiej mieć kwalifikacje praktyczne, to znaczy pracować wcześniej u jakiegoś prawnika lub w sądzie. Znać systemy biurowe. Znać zwyczaje.

I na tym skończyła. Przeniosła wzrok z powrotem na monitor - gest wyraźny jak zamknięte drzwi.

Blanka poczuła ukłucie. Nie upokorzenie - raczej ten specyficzny rodzaj irytacji, który czuje się, gdy ktoś ocenia cię po pozorach i uważa, że to wszystko, co jest do ocenienia.

Szturchnęła Klarę łokciem w plecy, sygnalizując: „wychodzimy”. Klara nabrała powietrza, jakby szykowała się do riposty, i Blanka już wiedziała, że ta riposta będzie kolorowa - ale zanim Klara zdążyła otworzyć usta, stało się coś innego.

Blanka poczuła zapach.

Wcześniej niż go zobaczyła - co potem, wiele tygodni później, w zupełnie innym kontekście, wydało jej się znaczące.

Zapach perfum. Męskich. Głęboki, ciepły, z nutą drzewną i czymś ostrym pod spodem - nie mdły, nie nachalny, ale taki, który zajmuje przestrzeń wokół siebie i sprawia, że powietrze staje się nagle inne. Gęstsze. Bardziej obecne.

Odwróciła się.

Stał w drzwiach.

Nie w drzwiach sekretariatu - w tych, które prowadziły bezpośrednio z gabinetu, ciemnych, dwuskrzydłowych drzwiach, które Blanka myślała, że są zamknięte. Teraz stały uchylone i on wypełniał to uchylenie sobą - tak naturalnie, jakby drzwi zostały zaprojektowane z myślą o tej konkretnej sylwetce.

Sto osiemdziesiąt osiem centymetrów. Barki szerokie, ale ciało szczupłe - taki rodzaj budowy, który sugeruje siłę bez konieczności jej demonstrowania. Biała koszula - tylko koszula, żadnej marynarki - z rękawami podwiniętymi do łokci. Pod materiałem zarys mięśni ramion i przedramion, żyły lekko zaznaczone. Dłonie, które spoczywały swobodnie po bokach - duże, spokojne dłonie.

Blanka uniosła wzrok.

Twarz była tym, co ją zatrzymało.

Czarne włosy - ciemne jak atrament, lekko falujące, zaczesane niedbale z czołem - i broda. Czarna, lśniąca, przystrzyżona krótko w tym włoskim stylu, który jest zarazem niezwykle staranny i sprawia wrażenie niedbałości. Orli nos. Szczęka ostra, wyraźna. I usta - Blanka zatrzymała się na nich dłużej niż powinna, bo były takie, które się pamięta: pełne jak na mężczyznę, namiętne, z lekko opuszczonymi kącikami, które robiły z wyrazu twarzy coś niejasnego - surowość czy zmysłowość, trudno było powiedzieć.

Oczy miał piwne. I błyszczące. I wbite w panią Krystynę.

- Pani Krystyno - powiedział.

Dwa słowa. Niski głos, spokojny głos, głos kogoś, kto nie musi podnosić go, żeby zostać usłyszanym. W tych dwóch słowach było wszystko, co potrzebne: prośba i rozkaz jednocześnie, granica wyznaczona bez unoszenia tonu.

Rzucił sekretarce spojrzenie - krótkie, jednoznaczne - a potem obrócił wzrok na dziewczyny.

- Zapraszam panie do mojego gabinetu.

Nie czekał na odpowiedź.

Odwrócił się i wszedł z powrotem w głąb ciemnych drzwi, a Blanka poczuła ten zapach jeszcze raz - kiedy przechodziła obok, kiedy przekraczała próg jego gabinetu, kiedy powietrze między nimi przez sekundę stało się czymś konkretnym i namacalnym.

Za ich plecami rozległ się westchnienie pani Krystyny.

Głębsze tym razem. Pełne rezygnacji, która musiała być wypracowywana latami.2 ROZDZIAŁ 2. ROZMOWA

Gabinet mecenasa Morawskiego był dokładnie taki, jak powinien być gabinet mężczyzny, który nie musi nikomu niczego udowadniać.

Blanka weszła za nim i poczuła to od razu - tę specyficzną grawitację miejsca, które ma własne zasady. Nie przepych, nie ostentacja. Coś innego. Ciężar. Potężne biurko z ciemnego dębu zajmowało środek pokoju jak coś naturalnego, jakby wyrosło tu samo, a nie zostało wniesione przez cztery pary rąk. Ściany zabudowane biblioteczkami po sam sufit - i te same sufity, ponad trzy i pół metra nad głową, przez które gabinet miał w sobie coś katedralnego. Grube woluminy w skórzanych oprawach stały w równych szeregach, kodeksy i komentarze, wszystko z tą samą powagą co właściciel. Na skórzanej kanapie w kolorze koniaku, przy oknie, leżał niedbale zarzucony ciemny żakiet. Przez szerokie okno wpadał odblask ulicy - i stłumiony, daleki dźwięk tramwaju na Grochowskiej.

Aleksander Morawski obszedł biurko i usiadł.

Nie gestykulował. Nie zapraszał słowami. Spojrzał na dwa fotele po swojej stronie biurka z taką naturalnością, jakby ich usadzenie było kwestią prawa fizyki, nie towarzyskich konwenansów.

Usiadły.

Blanka złożyła ręce na kolanach i poczuła na sobie jego wzrok - spokojny, analityczny, taki, który nie stara się nic ukryć, bo nie ma takiej potrzeby.

- Która z pań szuka pracy? - zapytał. - Niestety jest jedno miejsce.

Dziewczyny spojrzały na siebie.

W tym spojrzeniu zmieściło się całkiem dużo: pytanie Klary, wzruszenie ramion Blanki, i ta sekunda nierozstrzygnięcia, która potrafi trwać znacznie dłużej niż sekunda.

- Panie mecenasie - odezwała się Klara z tym swoim rozbrajającym tonem - my tylko tak z ciekawości tutaj zajrzałyśmy. Właściwie.

Aleksander uśmiechnął się.

Blanka nie była gotowa na ten uśmiech.

Zęby miał białe i równe - perłowe, jak ze starej czarno-białej fotografii aktora, którego się pamięta przez całe życie. Uśmiech zmieniał mu twarz: ta surowość, którą nosiła każda jego rysa z osobna, gdzieś na chwilę odpływała, i w jej miejscu pojawiało się coś, co było prawie - prawie - ciepłem.

Blanka patrzyła na te zęby ułamek sekundy za długo.

I zupełnie bezwiednie, zanim zdążyła uruchomić tę część głowy, która sprawdza, czy to dobry pomysł, powiedziała:

- Ja szukam pracy. Mam doświadczenie.

Klara obróciła się do niej wolno. Jak w zwolnionym tempie. Z miną człowieka, który jest świadkiem czegoś nieodwracalnego.

- W ubiegłym roku przez kilka miesięcy pracowałam w sekretariacie sądu w Brzezinach. - Blanka mówiła spokojnie, bo kiedy już się weszło w coś po kolana, nie było sensu się wahać. - Byłam wtedy po pierwszym roku prawa.

Aleksander oparł łokcie o biurko. Splótł dłonie.

- Co pani robiła w sądzie?

- Pracowałam w wakacje, więc wszystko - odparła. - Bo pracownicy byli na urlopach. Protokołowałam na rozprawach - i w wydziale karnym, i cywilnym. Wykonywałam zarządzenia sędziów. Pracowałam na biurze podawczym, robiłam wszystkie czynności techniczne związane z wysyłką korespondencji.

Mówiła i widziała, jak jego wzrok się zmienia - nie dramatycznie, nie w sposób czytelny dla kogoś nieważnego. Ale zmieniał się. Jakby coś kalibrował.

- Od kiedy może pani zacząć?

- W poniedziałek mam ostatni egzamin - powiedziała. - Prawo konstytucyjne, ustny. Więc od wtorku.

Uśmiechnął się po raz drugi.

Ten sam uśmiech. Blanka poczuła zapach jego perfum - może dlatego, że pochylił się lekko do przodu, może dlatego, że jej zmysły były teraz wyostrzone w sposób, który trochę ją irytował. Ciepło, drewno, coś pieprznego pod spodem. Zapach kogoś, kto nie zmienia perfum pod wpływem mody.

- Proszę pani - powiedział - zapraszam, jeśli pani chce, już w poniedziałek. Po egzaminie. Jestem cały dzień w kancelarii, więc możemy załatwić sprawy techniczne związane z pani zatrudnieniem.

Blanka słuchała jego głosu może o sekundę za długo, żeby to było neutralne. Miał głos, który był miękki i stanowczy jednocześnie - balansował między nimi jak po linie, nigdy nie wpadając ani w jedno, ani w drugie. Ciepły. Pewny. Taki, do którego się wraca, bo coś w nim jest nie do końca wyjaśnione.

- Nie pyta pani o wynagrodzenie?

Blanka mrugnęła.

- Panie mecenasie - powiedziała - chcę nabyć doświadczenia. Pieniądze to drugorzędna sprawa.

Coś przebiegło przez jego twarz - może rozbawienie, może coś mniej czytelnego.

- Ja za pracę zawsze godnie płacę - odparł. - Dla dobrych pracowników mam premię.

Wstał.

Blanka obserwowała to bez specjalnego zamiaru obserwowania - po prostu tak się stało. Wstał zza biurka i obszedł je z tej strony, gdzie siedziała Klara, i Blanka miała chwilę, żeby zobaczyć, jak się porusza. Zgrabnie. Bez pośpiechu, ale bez zbędnych ruchów - każdy krok miał w sobie coś precyzyjnego, jak u kogoś, kto wie, ile miejsca zajmuje w przestrzeni i nie przeprasza za to. Gdy podawał Klarze rękę, Blanka zobaczyła, jak pod materiałem białej koszuli napinają się mięśnie ramion.

Odwróciła wzrok. Za późno, żeby to miało znaczenie, ale odwróciła.

Stanął przed nią.

Był wysoki - z siedzenia bardziej niż z dystansu. Podał rękę.

- Do zobaczenia, pani Blanko.

Uścisk był pewny i krótki. Dłoń ciepła. Blanka poczuła to przez ułamek sekundy i puściła.

***

Pokój numer - Blanka nigdy nie pamiętała numeru, mówiła po prostu „nasz pokój” - wyglądał jak zawsze: dwa łóżka pod przeciwległymi ścianami, szafa na ubrania napchana do niemożliwości, regał na książki, na którym stały głównie podręczniki i parę rzeczy, które nie zmieściły się w szafie. Na biurku - bo było jedno wspólne, między łóżkami - Klary notes z harmonogramem sesji, już nieaktualny. Na podłodze przy łóżku Blanki, ułożone w staranną niestaranność, rzeczy, które miała spakowane od tygodnia.

Siedziały naprzeciwko siebie, każda na swoim łóżku, kolana prawie stykające się pośrodku. W pokoju było gorąco - okno otwarte, ale bez wiatru.

Klara patrzyła na nią przez chwilę z miną, którą Blanka znała za dobrze.

A potem złożyła ręce, prostując plecy, i powiedziała głosem niskim i starannie modulowanym:

- Pani Blanko - jest mi szalenie miło, że będziemy razem pracować.

Blanka wytrzymała może dwie sekundy.

Potem parsknęła.

Klara już się śmiała - tym swoim głośnym, rozbrajającym śmiechem, który nie przejmuje się, czy ktoś za ścianą akurat śpi. Blanka zakryła twarz poduszką i śmiała się w nią, bo śmiać się przy Klarze to była zupełnie oddzielna umiejętność, którą nabywało się przez współzamieszkanie.

Gdy Klara się uspokoiła, oparła brodę na rękach i spojrzała na Blankę z wyrazem twarzy łączącym rozbawienie z autentyczną konsternacją.

- Co ci strzeliło do głowy z tą pracą?

Blanka wzruszyła ramionami.

- Impuls. Kobieca intuicja.

- „Kobieca intuicja.” - Klara powtórzyła to tonem człowieka cytującego coś szczególnie nieprzekonującego. - Kawał ciastka z tego mecenasa, co?

- Klara. - Blanka spojrzała na nią z powagą, która była prawie szczera. - Musimy myśleć poważnie. Od października jesteśmy na trzecim roku. Trzeba się gdzieś zaczepić. Zdobyć doświadczenie.

Jeszcze zanim skończyła zdanie, usłyszała, jak ono brzmi.

Klara uniosła brew.

- Taaaa - powiedziała. - Doświadczenie.

I znowu ten śmiech.

Blanka otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale właśnie wtedy rozległo się pukanie.

Krótkie, energiczne, pukanie kogoś, kto puka nie po to, żeby spytać o pozwolenie, ale żeby uprzedzić o wejściu. Nim którakolwiek z nich zdążyła powiedzieć *proszę*, drzwi się otworzyły.

Kobieta miała może sześćdziesiąt lat - niska, szczupła, z krótkimi siwymi włosami zaczesanymi do tyłu z wojskową dokładnością. Twarz zmęczona, ale przytomna.

- Dzień dobry paniom.

Weszła do małego korytarzyka łączącego ich pokój z sąsiednim - tego charakterystycznego akademikowego rozwiązania, gdzie dwa pokoje i łazienka tworzą niby-mieszkanie, segment oddzielony od reszty świata wspólnym przedsionkiem. Wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi do drugiego pokoju. Weszła. Po chwili wyszła, mierząc coś wzrokiem albo myślami.

Dziewczyny obserwowały ją z łóżek z milczącą solidarnością kogoś, kto wie, że za chwilę coś się wyjaśni.

- Pani Ewo - odezwała się Klara tonem niewinnym jak letni deszcz - czyżby ktoś miał się na wakacje wprowadzić?

Pani Ewa westchnęła.

To był westchnienie kogoś, kto westchnął już tyle razy w tej samej sprawie, że westchnienie stało się odruchem bezwarunkowym.

- Noo.

- Kto, jeśli można spytać?

- Studenci z wymiany. Z Algierii.

Klara zamrugała.

- Do tego pokoju? Obok nas?

- Szukam właśnie - powiedziała pani Ewa, co brzmiało jak potwierdzenie i odmowa jednocześnie.

- Pani Ewo. - Klara siedziała wyprostowana, z miną kogoś, kto zaraz wykona gest obywatelski. - Tam okno jest popsute. Dziewczyny mówiły, że wieje im na łóżko.

Pani Ewa spojrzała na nią. Długo. Tym spojrzeniem, które akademikowe panie Ewy doskonalą przez lata pracy z ludźmi, którzy zawsze mają jakąś rację i zawsze mają jakiś cel.

Westchnęła po raz drugi. Głębiej.

- Szukam dalej.

Już wychodziła.

- Pani Ewo - rzuciła Klara za nią - mogę do pani przyjść z wyprawką?

Pani Ewa zatrzymała się w drzwiach.

Nie odwróciła się. Stała przez chwilę z ręką na framudze, patrząc gdzieś przed siebie, i Blanka widziała jej profil - zmęczony, ale nie pozbawiony czegoś w rodzaju rezygnacji, która jest prawie życzliwością.

- Za pół godziny jestem u siebie - powiedziała. - Zapraszam.

I zamknęła za sobą drzwi.

Klara odwróciła się do Blanki z tym swoim triumfującym spojrzeniem, które pojawiało się zawsze, gdy plan - nawet najbardziej doraźny i improwizowany - zaczął działać.

Blanka pokręciła głową.

Ale się uśmiechnęła.

Na sąsiedniej ulicy przejechał tramwaj. Daleki, stłumiony, po tamtej stronie świata.3 ROZDZIAŁ 3. WINO

Przez otwarte okno wpadał ciepły, letni wiatr - taki, który w czerwcu pojawia się dopiero po zmroku, gdy miasto oddaje ciepło nagromadzone przez cały dzień i przez chwilę pozwala sobie na oddech.

Na łóżku Klary, teraz ze zwykłym gołym materacem, Klara siedziała po turecku ze szklanką od herbaty. Wino w szklance miało kolor rubinu i pachniało dobrze. Wielka butelka na biurku była w połowie pusta.

Blanka siedziała naprzeciwko, na swoim łóżku - kołdra, poduszka, koc, wszystko jeszcze rozłożone po poprzedniej nocy. Jej szklanka stała na podłodze obok stopy.

- Od kiedy zaczynasz tę pracę? - zapytała.

- W poniedziałek. - Klara pociągnęła łyk. - Mama Pawła powiedziała, że mogę przyjść trochę później, jak będzie zastępca prezydenta.

- A kim dokładnie jest mama Pawła?

- Zastępca naczelnika wydziału nieruchomości.

Blanka przez chwilę przyswajała tę informację.

- Szycha na miarę Siedlec.

Klara prawie się zachłysnęła winem.

- Paweł też będzie w jej wydziale pracował?

- Ekzaktly.

Śmiech. Ten rodzaj śmiechu, który jest trochę za głośny na dziesięć wieczór, ale na Kickiego nikt się już tym nie przejmował.

- I tak można? - powiedziała Blanka. - Mama i synek w jednym urzędzie?

- To są Siedlce - odparła Klara z filozoficznym spokojem. - Nie Warszawa. Inne zwyczaje.

Blanka wzięła szklankę z podłogi i pociągnęła większy łyk. Wino było słodkawe, niezbyt zimne, i szumiało jej już lekko w głowie - nie nieprzyjemnie, bardziej jak ta faza wieczoru, gdy wszystko robi się nieco mniejsze i łatwiejsze do zniesienia.

Wstała. Wzięła głębszy wdech i podeszła do okna.

Na zewnątrz było ciemno - uliczka między budynkami akademika, kilka latarni, gdzieś w głębi stłumiony dźwięk muzyki z otwartego okna kilka pięter niżej. Pod blokiem po drugiej stronie uliczki ktoś stał i palił. Blanka widziała tylko ognik papierosa, który co chwilę lekko rozbłyskał w ciemności i gasł, rozbłyskał i gasł - rytm spokojny jak oddech.

Wtedy uświadomiła sobie, że ma na sobie tylko cienką halkę.

Cienką, letnią halkę, która przy oknie i przy latarni była prawdopodobnie prawie przezroczysta.

Zaciągnęła zasłonkę. Wróciła na łóżko.

- Nie wiem, co ty widzisz w tym Pawle - powiedziała, siadając. - Lata ciągle za tą puszystą Kaśką.

Klara wzruszyła ramionami z absolutnym brakiem żalu.

- Może lata, ale ona go olewa. A poza tym mi się podoba, a jak mi się coś podoba, to wiesz, że nie ma przede mną żadnych granic.

- To twoja dewiza życiowa.

- I jak dotąd działa.

Śmiech znowu - i cisza po nim, ta dobra cisza, która jest dowodem na to, że komuś jest z kimś naprawdę dobrze.

- Ile będziesz płacić za pokój w wakacje? - zapytała Klara.

- Jesteś zaskoczona - powiedziała Blanka - bo tylko czterysta pięćdziesiąt miesięcznie.

- Nie jest źle.

- I dziękuję ci za ocalenie przed Algierczykami.

Klara prychnęła.

- To było dobre. - Przez chwilę obie myślały o pani Ewie i jej westchnieniach, i o tym, jak ostatecznie Algierczycy wylądowali piętro niżej. - Widzisz, uratowałam cię. Choć z drugiej strony - może by to byli jacyś przystojniacy?

- Książęta pustyni, akurat. - Blanka pokręciła głową. - Już my wiemy, jacy to studenci. Pewnie na GLOVO będą jeździć.

- No i miała byś gratis pizzę.

Blanka chciała coś odpowiedzieć, ale Klara już wstawała. Podeszła do szafy, stanęła tyłem do Blanki i zaczęła coś w niej szukać - schylona, grzebiąca w dolnej półce. Blanka spojrzała na nią bezwiednie: długie, zgrabne nogi wystające ze sportowych spodenek, jasna skóra w poświacie lampki nocnej.

Klara wyprostowała się i odwróciła gwałtownie.

- Voilà.

W dłoni trzymała butelkę. Białe, nieodkorkowane., z przyklejonym paragonem.

- Mam jeszcze jedno winko.

- Skąd to masz?

- Dostałam zwrot kaucji za kołdrę - oznajmiła Klara z godnością. - Czternaście sześćdziesiąt siedem złotych do zwrotu i proszę, jest winko.

Blanka patrzyła na nią przez chwilę.

- Ja myślę - powiedziała - że bez wypicia tej drugiej butelki nie zniosłabym twojego chrapania za uchem.

- Oj tam. - Klara machnęła butelką. - Będzie nam cieplej razem pod kołderką.

***

W nocy było ciepło.

Blanka spała od może godziny, kiedy się obudziła - nagle, bez wyraźnego powodu, z tym nieprzyjemnym uczuciem, że coś ją wyrwało ze snu, ale nie pamięta co. Mrugnęła w ciemność. Poczekała.

Spojrzała na zegarek.

Wpół do trzeciej.

Leżała na boku, twarzą do ściany. Wino nadal szumiało gdzieś z tyłu głowy - nie boleśnie. Klara przytuliła się do niej w nocy, jak to miała w zwyczaju, i teraz leżała za jej plecami, objąwszy ją w pół ramieniem.

I wtedy Blanka uświadomiła sobie, dlaczego się obudziła.

Puff.

Cisza.

Chrap.

Puff.

Chrap.

Regularnie, niezmordowanie, z tą rytmiczną determinacją, która była prawie hipnotyczna, gdyby nie to, że była też całkowicie nie do zniesienia.

Blanka wpatrywała się w ścianę.

W głowie zaczęło jej się kręcić - powoli, leniwie, jak obrazy puszczane zbyt wolno. Dzisiaj. Kancelaria. Te schody z lastryko, zimne i szerokie. Pani Krystyna z jej spojrzeniem. Poczekalnia z grafikami przedwojennej Warszawy.

I gabinet.

To biurko. Ten głos. Ta biała koszula z podwiniętymi rękawami.

Rozmowa z mamą wieczorem - mama odebrała po trzecim dzwonku, co znaczyło, że siedziała przy telewizorze. Blanka powiedziała: "mamo, chyba zostaję w Warszawie na wakacje, mam pracę." Mama nie zapytała, co za praca, czy dobrze płatna, czy bezpieczna, czy blisko akademika. Mama powiedziała: "a co ja zrobię z Zuzią."

Blanka westchnęła cicho do poduszki.

Kochała Zuzię. Kochała ją bezwarunkowo i szczerze, tę swoją siedmioletnią siostrę z warkoczami, która oglądała Psi Patrol z takim skupieniem, jakby to były dokumenty o szczególnej wadze historycznej. Kochała - ale dwa miesiące, codziennie, w Brzezinach, w lipcowym upale, bez niczego do roboty poza pilnowaniem, żeby Zuzia nie rozbiła głowy na huśtawce ...

Tak. To była dobra decyzja.

Pracować. Zdobywać doświadczenie.

Puff. Chrap.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij