Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Woland - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
6,06
606 pkt
punktów Virtualo

Woland - ebook

Trzydziestopięcioletnia Katarzyna, zagubiona w codzienności i własnych lękach, spotyka w parku tajemniczego mężczyznę. Przedstawia się jako Woland, czyli Szatan. Ich rozmowy stają się dla niej niepokojącą podróżą przez pytania o sens życia, miłość, śmierć i wolność. Między ironią a czułością rodzi się niezwykła więź, wystawiona na próbę przez bolesną stratę. „Woland” to kameralna opowieść o samotności, nadziei i odwadze, by spojrzeć prawdzie prosto w oczy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-390-7
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nie taki diabeł straszny?

Wieczór przyszedł do miasta jak cichy gość, który nie chce nikomu przeszkadzać, a jednak zajmuje cały pokój. Zmierzch rozlał się po ulicach miękkim, fioletowym światłem, a latarnie w parku zapalały się jedna po drugiej, jakby ktoś odliczał sekundy do czegoś, co dopiero miało się wydarzyć. Wyszłam z domu bez konkretnego celu — tak sobie to wmawiałam. Prawda była prostsza i boleśniejsza: uciekłam od własnych myśli tylko po to, by dogoniły mnie wśród drzew.

O tej godzinie park brzmiał własnym rytmem: cichym szumem liści, urywanym świergotem ptaka szukającego nocnego schronienia, stukaniem obcasów kogoś, kto jeszcze wierzył, że szybki krok rozwiąże jego problemy. Powietrze pachniało wilgocią, trawą i ciepłem asfaltu, który oddawał ostatnie resztki dnia. Minęłam plac zabaw, na którym puste, zastygłe w bezruchu huśtawki przypominały obrazy z dawnych lat. Kiedyś rozbrzmiewały śmiechem i dziecięcym piskiem, a teraz odpowiadały jedynie cichym skrzypnięciem na każdy podmuch wiatru.

Szłam powoli, celowo. Jakbym bała się dojść do miejsca, w którym będę musiała nazwać to, co we mnie siedziało. Od tygodni, a może miesięcy, nosiłam w sobie pytanie, które nie miało formy jednego zdania, tylko całą chmurę ciężkich słów. Po co to wszystko? Po co praca, rozmowy, obietnice składane w pośpiechu, plany na przyszłość, które zawsze wydają się ważniejsze niż teraźniejszość? I dlaczego, kiedy wreszcie na chwilę przystaję, czuję pustkę, jakby ktoś wyjął ze mnie wewnętrzny kompas?

Mieszkałam sama w niedużej kawalerce na czwartym piętrze starej kamienicy. Okno wychodziło na podwórze-studnię. To mieszkanie było całym moim światem — kuchenny stół, wąskie łóżko, regał z książkami i wiecznie cicho szumiąca lodówka. Nie uczyłam się, nie pracowałam. Od miesięcy żyłam na rencie z powodu choroby, która odebrała mi siły i dawną pewność siebie. Dni zlewały się ze sobą tak bardzo, że czasem trudno było mi odróżnić wtorek od piątku.

Najgorsza była jednak samotność. Bolesna, lepka, wszechobecna. Nie miałam przyjaciół, nikogo, do kogo mogłabym zadzwonić bez poczucia, że przeszkadzam. Jedyną osobą, która jeszcze trzymała mnie przy powierzchni, była mama. Od trzech lat była wdową i potrzebowała więcej wsparcia, niż mogłam jej dać. Wiedziałam, że powinnam być silna — dla niej, dla nas obu — ale w środku czułam się coraz mniejsza, coraz bardziej przezroczysta.

Dlatego właśnie wyszłam wtedy z domu. Nie po zakupy, nie na spacer, nawet nie po to, żeby zaczerpnąć powietrza. Wyszłam, bo ściany kawalerki zaczynały mnie dusić, a cisza stawała się głośniejsza niż jakikolwiek hałas miasta. W parku mogłam udawać, że jestem częścią czegoś większego, że moje myśli rozpływają się między drzewami razem z wieczorną mgłą.

Przeszłość i teraźniejszość mieszały się we mnie jak dwa niespokojne nurty. Słuchałam własnych kroków na żwirowej alejce i próbowałam przekonać samą siebie, że to tylko kolejny zwyczajny wieczór, jeden z wielu. Ale gdzieś głęboko wiedziałam, że nie był zwyczajny. Że coś we mnie powoli dojrzewało do zmiany — choć jeszcze nie potrafiłam nazwać jakiej.

Przy stawie zatrzymałam się na moment. Choć woda wydawała się ciemna, tętniła życiem — na jej powierzchni migotały światła latarni niczym rozsypane drobne. Pomyślałam o szczęściu. O tym, że ludzie mówią o nim jak o przedmiocie, który można znaleźć pod kamieniem, jeśli tylko dobrze się rozejrzeć. A ja miałam wrażenie, że szczęście to raczej pogoda: nie da się go zatrzymać w słoiku, można tylko nauczyć się chodzić w deszczu albo doceniać słońce, kiedy przyjdzie.

— Trudno uwierzyć, że ktoś jeszcze myśli w podobny sposób — usłyszałam nagle.

Głos był spokojny, nieco ironiczny, ale nie szyderczy. Odwróciłam się i poczułam lekki dreszcz, jakby w moich żyłach zamiast krwi popłynęło zimne powietrze.

Na ścieżce, kilka kroków ode mnie, stał mężczyzna. Ubrany elegancko — zbyt elegancko jak na park o tej porze — w drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Na głowie miał szary beret, dziarsko załamany nad uchem, a pod pachą niósł laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Trzymał ją tak swobodnie, jakby była przedłużeniem jego myśli. Wyglądał na ponad czterdzieści lat. Twarz miał gładko wygoloną, spojrzenie osobliwe — prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Czarne brwi, z których jedna była uniesiona wyżej od drugiej, nadawały mu wyraz nieustannego zdziwienia. Brunet. W całej postaci było coś podejrzanie bliskiego, jak wspomnienie kogoś, kto pojawia się w snach, lecz znika z pamięci o poranku.

— Przepraszam… — zaczęłam, bo w takich sytuacjach człowiek zawsze próbuje zaczepić się o grzeczność.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

— Nie ma za co przepraszać, Katarzyno.

Zamarłam.

— Skąd pan zna moje imię?

Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał w górę. Podążyłam za jego wzrokiem.

Księżyc w pełni wynurzył się zza chmur, olbrzymi i jasny, jakby niebo nagle przypomniało sobie o swoim obowiązku. Wszystko wokół stało się wyraźniejsze: pnie drzew, krawędzie ławek, drobne fale na wodzie. A jednocześnie świat zrobił się bardziej nierealny, jak scena oświetlona reflektorem.

— Księżyc — powiedział mężczyzna — to stary współpracownik ludzkich nocy. Zawsze był świadkiem pytań, na które nikt nie chce odpowiadać.

Przełknęłam ślinę.

— Kim pan jest?

Odwrócił się do mnie i w jego oczach zobaczyłam coś, co trudno opisać: spokój kogoś, kto nie musi się spieszyć, i chłodną ciekawość kogoś, kto zna zbyt wiele.

— Woland — przedstawił się, jakby podawał nazwisko zwyczajnego przechodnia. — Być może słyszałaś.

Serce uderzyło mi mocniej. Woland. To imię nie powinno istnieć w moim parku, w moim wieczorze, w mojej rzeczywistości. A jednak stał przede mną, bardziej realny niż moje wątpliwości.

— To niemożliwe — wyszeptałam.

— Oczywiście — odparł z zadowoleniem. — Najciekawsze rzeczy zawsze są niemożliwe, dopóki się nie wydarzą.

Zrobiłam krok w tył, ale moje nogi jakby przyrosły do ziemi. Strach mieszał się ze zdumieniem i — ku mojemu wstydowi — z czymś jeszcze: z ulgą. Jakby ktoś wreszcie przyszedł do mnie z odpowiedzią, nawet jeśli miałaby być okrutna.

— Dlaczego… dlaczego tu jesteś? — zapytałam.

Woland przesunął laseczką po żwirze, rysując niewidzialny znak.

— Powiedzmy, że spaceruję. A ty? Szukasz sensu życia i przyszłości, prawda? Wyglądasz, jakbyś niosła w kieszeni kamień, który udaje pytanie.

— Nie jestem pewna, czy sens istnieje — przyznałam. — A jeśli istnieje, to może nie dla wszystkich.

— Ach — mruknął. — To już coś. Zwątpienie jest początkiem uczciwości.

Usiedliśmy na ławce, jakby to było najnaturalniejsze na świecie: ja, kobieta z myślami ciężkimi jak mokra wełna, i on — ktoś, kto nie powinien pojawić się w żadnym parku, chyba że park jest tylko dekoracją. Ławka była chłodna, drewno lekko wilgotne. Księżyc świecił nad nami jak oko.

— Mówisz: „sens” — zaczął Woland, opierając się wygodnie. — A co dokładnie masz na myśli? Ludzie używają tego słowa, jakby to była moneta, którą da się włożyć do automatu i dostać szczęście.

Zastanowiłam się.

— Chcę wiedzieć, czy moje życie… ma jakikolwiek powód. Czy to, co robię, ma znaczenie. Czy ja sama mam znaczenie. Bo czasem czuję, że wszystko jest tylko ruchem: rano wstaję, wieczorem zasypiam, a w środku dnia próbuję udawać, że coś buduję.

Woland uśmiechnął się lekko.

— A gdybyś dowiedziała się, że nie ma żadnego „powodu” z góry? Że nie istnieje plan, do którego jesteś dopasowana?

— Wtedy byłoby mi… lżej? — powiedziałam z zaskoczeniem. — Ale też straszniej. Bo jeśli nie ma planu, to mogę wszystko zepsuć.

— Możesz wszystko zepsuć nawet wtedy, gdy plan jest — odparł. — Różnica polega na tym, że w planie łatwiej znaleźć winnego.

Zamilkłam. Wiatr przeszedł przez park, poruszając gałęzie. Liście zaszeleściły jak odległe oklaski.

— Ludzie często mylą sens z usprawiedliwieniem — ciągnął Woland. — Sens ma być dowodem, że ich cierpienie nie poszło na marne. Ale cierpienie rzadko potrzebuje dowodu. Ono po prostu jest.

— To brzmi… okrutnie — powiedziałam cicho.

— Okrutna jest nieprawda, która udaje pocieszenie — odparł bez wahania. — Prawda bywa bezlitosna, ale przynajmniej nie kłamie.

Spojrzałam na staw. Woda była wciąż czarna, a jednak pełna odbić.

— A śmierć? — zapytałam nagle, bo to pytanie zawsze czaiło się za innymi. — Jeśli wszystko kończy się śmiercią, to po co żyć?

Woland uniósł brew, jakby docenił trafność pytania.

— O, śmierć. Ludzie boją się jej jak ciemnego pokoju, a przecież większość z nich w ciemnym pokoju śpi najlepiej. Powiedz mi, Katarzyno, czy przeszkadza ci, że książka ma ostatnią stronę?

— Nie — odpowiedziałam. — Gdyby nie miała, byłaby… męcząca. Bez końca.

— Właśnie. Koniec nadaje kształt. Bez śmierci życie byłoby rozlewającą się masą zdarzeń, bez wagi. A jednak ludzie pragną nieśmiertelności, bo mylą ją z brakiem bólu.

Poczułam, że w gardle rośnie mi gula.

— Ale przecież to niesprawiedliwe — powiedziałam. — Że ktoś znika. Że nie ma go już wcale.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— „Wcale” to słowo, które was fascynuje. Tak lubicie absoluty. Albo wszystko, albo nic. A życie nie jest absolutem. Jest ruchem między. Znikanie też bywa różne.

— Co masz na myśli?

— Ktoś znika z twoich oczu, ale zostaje w twoich gestach, w twoich słowach, w sposobie, w jaki patrzysz na świat. Czasem ludzie zostają w was bardziej niż byli, kiedy oddychali. To też cię nie pociesza?

Zastanowiłam się. Przypomniałam sobie babcię, jej dłonie pachnące mąką, jej powiedzenia, które nagle wychodziły mi z ust w sytuacjach zupełnie nowych. Babci nie było, a jednak była.

— Trochę — przyznałam.

— A jednak pragniesz czegoś więcej. Chcesz gwarancji — skwitował Woland. — Powiedz mi, co zrobiłabyś, gdybyś miała pewność, że twoje życie ma sens?

— Byłabym odważniejsza — odpowiedziałam natychmiast. — Nie odkładałabym rzeczy na później. Nie bałabym się, że wybieram źle.

— A więc nie chodzi o sens, tylko o lęk — podsumował. — Sens jest dla ciebie lekarstwem na strach przed własnym wyborem.

Zacisnęłam dłonie na kolanach.

— Może — wyszeptałam. — Ale czy to złe? Czy ludzie nie potrzebują czegoś, co ich prowadzi?

— Prowadzić może wiele rzeczy. Miłość. Ambicja. Ciekawość. Nawet rozpacz — odparł. — Widzisz, Katarzyno, ludzkie życie jest dziwnie piękne właśnie dlatego, że nie jest gwarantowane. Gdybyś miała pewność, że wszystko ma sens, przestałabyś pytać. A gdy przestajesz pytać, zaczynasz umierać za życia.

Słuchałam go, a park wokół zdawał się oddychać razem z nami. Czas spowolnił, jakby noc też przysiadła na ławce i chciała posłuchać.

— Skoro tak — powiedziałam — to jak żyć?

Woland zaśmiał się cicho, jakby to pytanie rozbawiło go swoją naiwną szczerością.

— Jak żyć? Widzisz, to pytanie jest piękne, bo nie ma jednej odpowiedzi. Ale mogę ci dać kilka wskazówek, jeśli już musisz mieć coś do kieszeni zamiast kamienia.

— Słucham — powiedziałam, bo w tej chwili naprawdę słuchałam, całą sobą.

— Po pierwsze: nie traktuj przyszłości jak wyroku. Przyszłość jest zbiorem możliwości, a nie gotowym korytarzem. Po drugie: nie zakładaj, że cierpienie jest błędem. Ono bywa narzędziem. Po trzecie: jeśli chcesz sensu, nie szukaj go w wielkich hasłach. Szukaj go w czynach, które możesz powtórzyć jutro.

— To brzmi… niemal prosto.

— Proste rzeczy są najtrudniejsze — odparł. — Bo nie da się ich obejść sprytem.

Zamilkliśmy na chwilę. Nad stawem przeleciał ptak, czarny cień na tle księżyca. W oddali ktoś zamknął drzwi samochodu, dźwięk odbił się od drzew.

— Wolandzie — zaczęłam ostrożnie. — A ty? Jaki jest twój sens?

Patrzył na mnie tak, jak nauczyciel patrzy na ucznia, który zadał pytanie wykraczające poza program.

— Ja nie jestem z tych, którzy potrzebują sensu — powiedział spokojnie. — Jestem funkcją. Równowagą. Lustrem. Czasem karą, czasem próbą. Zbyt wiele imion, zbyt wiele historii. Ale jeśli chcesz to ująć po ludzku: jestem przypomnieniem, że świat nie jest waszą własnością.

Przeszedł mnie dreszcz.

— A to znaczy… że mamy się bać?

— Macie pamiętać — poprawił. — Strach jest krótkotrwały. Pamięć jest skuteczniejsza.

Noc trwała, a nasza rozmowa płynęła jak rzeka, raz spokojna, raz burzliwa. Pytałam o wolną wolę, o to, czy dobro ma sens bez zła, czy człowiek jest z natury samotny. Woland odpowiadał raz zagadkami, raz prostymi zdaniami, które zostawiały we mnie ślad jak paznokieć na skórze.

— Samotność — podjął w pewnym momencie — jest ceną za świadomość. Zwierzęta nie cierpią samotności tak, jak wy, bo nie budują w sobie całych światów. A wy budujecie. I potem dziwicie się, że czasem siedzicie w tych światach sami.

— Czyli jesteśmy skazani? — zapytałam.

— Nie. Jesteście zdolni. Skazanie to słowo dla tych, którzy chcą się usprawiedliwić. Zdolność oznacza odpowiedzialność.

Kiedy księżyc zaczął blednąć, a w powietrzu pojawiła się ledwo wyczuwalna nuta świtu, zauważyłam, że jest mi… inaczej. Nie lekko, nie radośnie, ale jakby bardziej przejrzyście. Jakby ktoś w mojej głowie uchylił okno.

Na wschodzie niebo przybrało kolor rozcieńczonego różu. Pierwszy ptak odezwał się nieśmiało, jakby sprawdzał, czy wolno już śpiewać.

— To już? — zapytałam, bo nagle poczułam żal, że noc się kończy.

— Świt jest zawsze bezczelny — odparł Woland. — Wchodzi bez zaproszenia i udaje, że przynosi nadzieję.

— A nie przynosi?

— Przynosi to, co mu pozwolisz przynieść — powiedział. — Nadzieja też jest wyborem, Katarzyno. Nie stanem.

Wstałam z ławki. Nogi miałam zdrętwiałe, ale głowę dziwnie jasną. Woland również się podniósł, otrzepał płaszcz, jakby kończył zwyczajny wieczór.

— Spotkamy się jeszcze? — wyrwało mi się. Sama nie wiedziałam, czy tego chcę, czy się boję.

Przez chwilę milczał, patrząc na park, który powoli budził się z nocy: mgła nad trawą, blade światło na ścieżkach, pierwsze kroki porannego biegacza w oddali.

— Jeśli tego potrzebujesz — stwierdził w końcu. — Ale pamiętaj: nie przychodzę po to, by rozwiązywać wasze życie. Tylko by je naświetlić.

— Za trzy dni — powiedziałam nagle, jakbym chciała zamknąć to w konkret, w datę, w umowę. — Tu, w parku. O świcie… albo w nocy.

Woland uśmiechnął się, tym razem cieplej, choć wciąż z cieniem ironii.

— Za trzy dni — potwierdził. — W tym samym miejscu. Niech to będzie twoja mała próba cierpliwości.

— A jeśli nie przyjdę?

— Wtedy świat się nie zawali — odparł. — I to też będzie odpowiedź.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale słowa nie przyszły. Może dlatego, że wszystko, co ważne, już zostało wypowiedziane, a reszta byłaby tylko próbą zatrzymania chwili. Woland odwrócił się i ruszył alejką, która prowadziła w głąb parku. Szło mu się lekko, jakby wcale nie dotykał ziemi.

Patrzyłam za nim, dopóki nie zlał się z cieniem drzew. A kiedy zniknął, nie miałam pewności, czy naprawdę tu był, czy moja noc postanowiła opowiedzieć mi historię, której potrzebowałam.

Ale ławka pod moją dłonią pozostała chłodna. Powietrze pachniało świtem. I w mojej głowie, zamiast kamienia, leżało coś innego: ciche, niepewne przekonanie, że sens życia nie jest odpowiedzią, którą się znajduje, tylko pytaniem, z którym uczy się żyć — dzień po dniu, wybór po wyborze.

Ruszyłam w stronę wyjścia z parku. Wschodzące słońce zaczynało barwić korony drzew, a świat wyglądał, jakby dopiero co został stworzony. I pomyślałam, że skoro mam wrócić tu za trzy dni, to warto te trzy dni przeżyć uważniej. Nie po to, by zasłużyć na sens — tylko po to, by go nie przegapić.Chodzenie po wodzie

Do parku wróciłam równo po trzech dniach, chociaż miałam wrażenie, że w tym czasie zegar nie posuwał się naprzód, lecz jakby krążył wokół mnie, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Każdy poranek zaczynał się pytaniem, czy tamto spotkanie było realne, a każdy wieczór kończył cichą pewnością, że nawet jeśli było tylko złudzeniem, to i tak odcisnęło we mnie zbyt wyraźny ślad, by je zlekceważyć. Myśli stały się bardziej uważne, jakby nauczyły się chodzić ciszej. Przestałam szarpać przyszłość za rękaw, domagając się odpowiedzi natychmiast.

Tego dnia park wyglądał inaczej niż zwykle — nie dlatego, że się zmienił, lecz dlatego, że ja patrzyłam uważniej. Słońce wisiało nisko, ciepłe i złote, a jego światło przesączało się przez liście, tworząc na ścieżkach plamy przypominające fragmenty snu. Ludzie mijali mnie w oddali, ale ich głosy brzmiały jak zza szyby. Miałam wrażenie, że wchodzę w przestrzeń zawieszoną między tym, co zwyczajne, a tym, co jeszcze nienazwane.

— Trzy dni to wystarczająco długo, by zwątpić — odezwał się znajomy głos.

Odwróciłam się powoli. Woland stał oparty o drzewo, jakby czekał tam od zawsze. Jego obecność nie wywołała we mnie strachu — raczej dziwny spokój, który pojawia się wtedy, gdy coś nieuniknionego wreszcie się wydarza.

— I wystarczająco krótko, by jeszcze chcieć wierzyć — odpowiedziałam.

Uśmiechnął się, jakby ta odpowiedź go rozbawiła.

— Wiara nie jest cnotą — wyjaśnił. — Jest narzędziem. Można nią budować albo niszczyć.

Ruszyliśmy razem w głąb parku. Ścieżka, którą znaliśmy, zaczęła się niepostrzeżenie zmieniać. Drzewa rosły rzadziej, przestrzeń stawała się szersza, a powietrze gęstniało od ciepła i zapachu wody. W końcu zobaczyłam jezioro — rozległe, ciche, niemal nieruchome. Jego powierzchnia była tak gładka, że odbijała niebo bez zniekształceń, jakby nie chciała dodawać od siebie żadnej interpretacji.

— Tu świat mówi ciszej — zauważyłam.

— Bo nie musicie go przekrzykiwać — odparł Woland. — W miastach krzyczycie, by zagłuszyć własne myśli.

Usiedliśmy na brzegu. Trawa była ciepła, nagrzana słońcem. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając tej szczególnej ciszy, która nie była pustką, lecz obecnością.

— Powiedz mi — zaczęłam — dlaczego człowiek ma tylko jedno życie? Dlaczego wszystko musi się zmieścić w tak krótkim czasie?

Woland spojrzał na linię horyzontu, gdzie słońce zaczynało swój powolny, nieśpieszny taniec ku zachodowi.

— Jedno życie to koncentrat — powiedział. — Gdybyście mieli ich wiele, rozcieńczylibyście każde z nich odkładaniem spraw na później. „Następnym razem” to największy złodziej sensu.

— Ale uczymy się tak wolno — zaprotestowałam. — Często rozumiemy coś dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

— „Za późno” to ludzkie złudzenie — odparł spokojnie. — Zrozumienie nigdy nie przychodzi w złym momencie. Tylko wasze oczekiwania są źle ustawione.

Popatrzyłam na swoje dłonie, jakby mogły mi podpowiedzieć odpowiedź.

— Czyli błędy są konieczne?

— Są nieuniknione — sprostował. — A skoro nieuniknione, przestają być wyłącznie błędami. Stają się językiem, którym życie do was mówi.

Wstał i podszedł bliżej wody. Słońce odbiło się w jeziorze tak jasno, że musiałam zmrużyć oczy.

— Boję się — przyznałam. — Że jedno życie to za mało, by stać się tym, kim mogłabym być.

— A ja powiem ci coś, co może ci się nie spodobać. Nigdy nie staniesz się „wszystkimi wersjami siebie”. I to jest wasza wolność. Wybór zawsze oznacza rezygnację.

Zrobił krok na wodę.

Serce podeszło mi do gardła. Jego stopa dotknęła tafli jeziora, ale nie zatonęła. Woda nawet nie drgnęła, jakby uznała ten gest za oczywisty.

— To sprzeczne z każdym prawem — wyszeptałam.

— Prawa są umowami — powiedział. — A umowy można renegocjować.

Wyciągnął do mnie rękę.

— Chodzenie po wodzie nie jest cudem — dodał. — Jest decyzją. Wyborem innej interpretacji rzeczywistości.

Zawahałam się. W głowie krzyczał rozsądek, pamięć o ciężarze ciała, o grawitacji, o zimnie i głębokości. A jednak zrobiłam krok. Potem drugi. Woda była chłodna, ale stabilna, jakby przyjęła mnie warunkowo — na kredyt zaufania.

— Dlaczego to działa? — zapytałam, idąc coraz dalej.

— Bo przestałaś pytać: „czy wolno” — odpowiedział. — Zaczęłaś pytać: „czy chcę”.

Szliśmy powoli, a jezioro zdawało się nie mieć końca. Słońce zsuwało się coraz niżej, a wraz z nim świat przybierał cieplejsze, pełniejsze barwy — jakby dzień celowo zwalniał, chcąc zachwycić na pożegnanie.

— Czy jedno życie wystarcza, by kochać? — zapytałam nagle, bo to pytanie zawsze było najtrudniejsze.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— Miłość nie mierzy się czasem — spostrzegł. — Mierzy się intensywnością obecności. Czasem jedno spotkanie waży więcej niż całe lata.

— A jeśli miłość się kończy?

— Wszystko się kończy. Ale to nie unieważnia tego, co było. Koniec nie jest zaprzeczeniem sensu, tylko jego domknięciem.

Dotarliśmy na środek jeziora. Wokół nas rozciągała się cisza, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Nie była pusta — była pełna światła, wody i oddechu. Poczułam, że stoję w miejscu, które istnieje tylko dlatego, że ktoś je właśnie przeżywa.

— Czego ode mnie chcesz? — zapytałam wprost.

Woland uśmiechnął się lekko.

— Niczego. Najtrudniejsza prawda brzmi: nikt nie przychodzi, by was zbawić. Przychodzimy tylko przypomnieć, że możecie iść sami.

Był bardzo blisko. Zobaczyłam w jego oczach coś, co nie było ani drwiną, ani chłodem — raczej skupieniem. Jego dłoń dotknęła mojego policzka, delikatnie, jakby sprawdzał, czy naprawdę istnieję.

Pocałunek był spokojny, niemal cichy. Nie było w nim pośpiechu ani obietnic. Był jak znak interpunkcyjny w zdaniu, które dopiero zaczynałam rozumieć. Woda pod nami nie poruszyła się ani na moment, jakby i ona uznała tę chwilę za oczywistą.

— To nie zmienia świata — powiedział cicho, odsuwając się odrobinę.

— Ale zmienia mnie — odparowałam, zaskoczona własną pewnością.

Słońce dotknęło horyzontu. Cienie wydłużyły się, a jezioro zaczęło przyjmować barwy wieczoru.

— Jedno życie — zaznaczył Woland — nie jest karą. Jest zaproszeniem. Nie musicie go rozumieć w całości. Wystarczy, że będziecie w nim obecni.

Wracaliśmy ku brzegowi w milczeniu. Kiedy zeszliśmy z wody, trawa była chłodna, a świat znów wyglądał zwyczajnie — aż podejrzanie zwyczajnie.

— Czy jeszcze się spotkamy? — zapytałam.

— To zależy od tego, czy będziesz mnie potrzebować — odpowiedział. — A najlepiej, żebyś kiedyś przestała.

Skinęłam głową. Tym razem nie czułam straty.

Kiedy odszedł, jezioro pozostało spokojne, słońce zniknęło, a ja stałam tam jeszcze chwilę, wiedząc, że jedno życie naprawdę może wystarczyć — jeśli odważę się nie prosić o drugie.Demony przeszłości

Zaprosiłam go do siebie niemal odruchowo, jakby ta decyzja zapadła we mnie dużo wcześniej, zanim jeszcze zdążyłam ją nazwać. Trzecie spotkanie nie miało w sobie napięcia pierwszego ani cudu drugiego. Było ciche, zwyczajne, a przez to najbardziej niepokojące. Bo cud w parku czy na jeziorze można wytłumaczyć snem, metaforą, chwilowym pęknięciem rzeczywistości. Ale zaprosić Wolanda do swojej kawalerki — to znaczyło wpuścić go do przestrzeni, w której nie było dokąd uciec.

Mieszkałam na czwartym piętrze starej kamienicy. Schody skrzypiały pod stopami, a zapach czyjejś kolacji unosił się w powietrzu. Pomyślałam z lekkim rozbawieniem, że to chyba najbardziej ludzka sceneria, jaką mogłam mu zaproponować.

— Herbata? — zapytałam, gdy zamknęłam za nami drzwi.

— Herbata to doskonały wynalazek — odparł Woland, rozglądając się po mieszkaniu z niekłamaną ciekawością. — Uczy cierpliwości. Trzeba poczekać, aż woda przestanie wrzeć, a liście oddadzą to, co mają w sobie najważniejsze.

Moja kawalerka była niewielka: jeden pokój, aneks kuchenny, łazienka z oknem wychodzącym na podwórze-studnię. Nic wyjątkowego. Kanapa w kolorze wyblakłej zieleni, regał z książkami, których nie czytałam od lat, stół pamiętający lepsze czasy. A jednak poczułam nagle wstyd — nie z powodu bałaganu, lecz przez świadomość, że to właśnie tutaj przeżyłam najwięcej samotności.

Postawiłam czajnik na gazie. Cisza między nami nie była niezręczna. Przeciwnie — miała w sobie coś gęstego, jakby każde z nas słuchało nie tylko drugiego, ale i samego miejsca.

— Dlaczego ludzie tak rzadko doceniają to, co mają? — zapytałam nagle, nie odwracając się od blatu kuchennego. — Dlaczego zauważamy wartość rzeczy dopiero wtedy, gdy je tracimy?

Woland zdjął płaszcz i położył go starannie na oparciu krzesła.

— Ponieważ posiadanie usypia czujność — odpowiedział. — To, co jest stałe, staje się przezroczyste. Patrzycie przez to, zamiast na to.

Zalałam herbatę wrzątkiem. Para uniosła się w górę, na chwilę zasłaniając świat.

— Czyli jesteśmy skazani na niewdzięczność? — zapytałam.

— Nie. Jesteście skazani na przyzwyczajenie — poprawił. — A przyzwyczajenie to najcichszy złodziej sensu. Nie zabiera nagle. Zabiera po trochu, aż przestajecie pamiętać, co było cenne.

Usiedliśmy przy stole. Podsunęłam mu kubek. Przez chwilę trzymał go w dłoniach, jakby sprawdzał jego ciężar, temperaturę, istnienie.

— Ludzie myślą, że szczęście powinno być intensywne — ciągnął. — A ono często jest dyskretne. Tak dyskretne, że trzeba się nauczyć je zauważać. Ale wy wolicie dramaty. Łatwiej je nazwać.

— Bo dramat boli — powiedziałam. — A ból jest… wyraźny.

— Właśnie. — Skinął głową. — Ból krzyczy. Spokój szepcze. A wy rzadko pochylacie się, by usłyszeć szept.

Przenieśliśmy się na kanapę. Usiadłam pierwsza, podwijając nogi pod siebie. Woland usiadł obok, blisko, lecz nie naruszając granicy. Przez chwilę patrzyliśmy przed siebie, na okno, za którym powoli zapadał wieczór.

— Wiesz — odezwałam się — często myślę, że gdybym potrafiła docenić to, co mam, moje życie wyglądałoby inaczej.

— Docenianie nie zmienia faktów — odparł spokojnie. — Zmienia relację z nimi. To ogromna różnica.

Czułam jego obecność wyraźniej niż wcześniej. Nie jak ciężar, lecz jak pole magnetyczne, które delikatnie, lecz konsekwentnie przesuwa wszystko wokół.

— A ty? — zapytałam. — Czy ty coś doceniasz?

Uśmiechnął się lekko.

— Doceniam chwile, w których ludzie przestają mnie się bać i zaczynają słuchać.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Był tak blisko, że dostrzegłam drobne linie wokół jego oczu — nie zmęczenia, lecz skupienia. Przez moment żadne z nas się nie poruszyło. Cisza zgęstniała, ale tym razem była inna niż wcześniej — cieplejsza, pulsująca.

Jego dłoń dotknęła mojej, zupełnie przypadkiem, jakby świat sam źle obliczył odległość. Nie cofnęłam jej. Przeciwnie — pozwoliłam, by to przypadkowe zetknięcie trwało o ułamek sekundy dłużej niż wypadało.

— Katarzyno — powiedział cicho — to, co rzadkie, bywa mylone z tym, co zakazane.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego przysunęłam się odrobinę bliżej. Nasze ramiona zetknęły się lekko. To wystarczyło, by coś w powietrzu drgnęło, jak struna dotknięta zbyt delikatnie, by zabrzmieć głośno, a jednak wyraźnie.

To, co wydarzyło się potem, nie miało w sobie gwałtowności. Było raczej jak powolne zbliżanie się dwóch myśli, które przez długi czas krążyły wokół siebie, aż w końcu uznały, że nie ma sensu dalej udawać obojętności. Jego obecność stała się ciepłem, a ciepło — obietnicą bez słów. Świat zwęził się do oddechów, do drobnych gestów, do ciszy, która nie potrzebowała komentarza.

Czułam się tak, jakbym na moment wyszła poza czas — nie w cudowny sposób znany z jeziora, lecz w bardziej ludzki, kruchy. Jakby ktoś na chwilę wyłączył przyszłość i przeszłość, zostawiając tylko teraźniejszość, gęstą i prawdziwą.

Kiedy wszystko ucichło, a wieczór na dobre zajął miejsce dnia, oparłam głowę o oparcie kanapy. Nagle poczułam zmęczenie — nie fizyczne, lecz takie, które przychodzi po zbyt długim noszeniu rzeczy niewypowiedzianych.

— Jest coś, o czym ci nie mówiłam — odezwałam się w końcu.

Woland nie poruszył się, ale wiedziałam, że słucha.

— Moja przeszłość… — zawahałam się. — Była pełna ciszy, która bolała. Samotności, która nie miała nic wspólnego z wyborem. Byłam otoczona ludźmi, a jednak czułam się niewidzialna. Każda próba bliskości kończyła się odejściem. Albo moim, albo cudzym.

Słowa zaczęły płynąć same, jakby czekały na odpowiedni moment.

— Były dni, kiedy wstawałam tylko dlatego, że bałam się nie wstać. Noce, kiedy rozmawiałam z sufitem, bo nikt inny nie odpowiadał. Czułam rozpacz tak gęstą, że wydawała się mieć ciężar. I myślałam wtedy, że to już zawsze. Że nic więcej mnie nie spotka.

Głos mi zadrżał, ale mówiłam dalej.

— Najgorsze było to, że zaczęłam wierzyć, że na to zasługuję.

Woland odwrócił się do mnie wreszcie. Jego spojrzenie było spokojne, pozbawione litości, ale pełne czegoś znacznie cenniejszego — zrozumienia.

— Cierpienie lubi udawać prawdę — powiedział cicho. — Mówi: „tak już jest”, „tak będzie zawsze”, „to twoja wina”. A wy mu wierzycie, bo brzmi przekonująco.

— A jeśli miało rację? — zapytałam szeptem.

— Nie miało — odparł bez wahania. — Ból nie jest prorokiem. Jest tylko świadkiem chwili.

Poczułam, jak coś we mnie pęka — nie gwałtownie, lecz jak stara skorupa, która wreszcie przestaje być potrzebna. Łzy pojawiły się same, ciche, bez dramatyzmu.

— Czy to wszystko… — zaczęłam — zostanie kiedyś wynagrodzone?

Woland położył dłoń na mojej, pewnie, uspokajająco.

— Tak. Ale nie w sposób, jakiego oczekujesz. Nie jako nagroda za cierpienie, lecz jako zdolność, której inni nie będą mieli. Ból, który przeżyłaś, nie był daremny. Nauczył cię widzieć więcej, czuć głębiej, nie brać rzeczy za oczywiste.

— Nie chciałam tej lekcji — wyszeptałam.

— Nikt jej nie chce — odparł. — Ale kiedy już ją masz, staje się twoją siłą.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się sama ze swoją przeszłością. Nie zniknęła. Ale przestała mnie przygniatać.

— Twój ból — dodał — zostanie pewnego dnia wynagrodzony nie przez świat, lecz przez ciebie samą. Przestaniesz się za niego wstydzić. Przestaniesz się nim definiować.

Za oknem zapaliły się pierwsze światła. Miasto żyło dalej, nieświadome, że w małej kawalerce na czwartym piętrze ktoś właśnie nauczył się oddychać odrobinę swobodniej.

Siedzieliśmy tak długo, bez pośpiechu. I pomyślałam, że może właśnie tego człowiek nie docenia najbardziej: chwil, w których nie musi niczego udowadniać. Wystarczy, że jest.Powrót do parku

Jesień przyszła tego roku łagodnie, jakby chciała oszczędzić ludziom gwałtownych pożegnań z latem. Powietrze było przejrzyste, ciepłe w słońcu i chłodne w cieniu, nasycone zapachem liści, które dopiero zaczynały rozumieć, że ich czas zieleni dobiega końca. Szłam obok Wolanda parkową alejką, a pod stopami cicho trzaskały pierwsze suche liście — jeszcze nie złote, raczej nieśmiałe, jakby kolor dopiero ćwiczył nową rolę.

— Jutro kończę trzydzieści pięć lat — powiedziałam nagle, bardziej do siebie niż do niego. — Dziwne uczucie.

— Dziwne, bo liczby udają znaczenie — odpowiedział spokojnie. — A wy pozwalacie im decydować o nastroju.

Uśmiechnęłam się. Miał rację, a jednocześnie wiedziałam, że to nie tylko liczba. To suma doświadczeń, strat, chwil zawieszonych w pamięci jak obrazy, których nie da się zdjąć ze ściany.

Zatrzymaliśmy się na moment przy starym kasztanowcu. Woland sięgnął do wnętrza płaszcza i wyjął bukiet. Białe róże, długie łodygi, ostre kolce. Ich jasność kontrastowała z jesienną paletą parku.

— To dla ciebie — wyznał.

Wzięłam kwiaty w dłonie. Pachniały czysto, intensywnie, jakby nie należały do żadnej konkretnej pory roku.

— Białe róże… i kolce — zauważyłam.

— Niewinność jest mitem — odparł. — Ale czystość doświadczenia już nie. Kolce przypominają, że piękno bez ceny bywa kłamstwem.

— To chyba najbardziej… prawdziwy bukiet, jaki kiedykolwiek dostałam — powiedziałam cicho.

Ruszyliśmy dalej. Park był pełen ludzi, a jednocześnie czułam się, jakbyśmy szli przez przestrzeń wydzieloną tylko dla nas. Rozmowy innych brzmiały jak szum, dzieci biegały w oddali, ktoś śmiał się zbyt głośno — wszystko to istniało, ale nie domagało się mojej uwagi.

— Trzydzieści pięć lat — powtórzyłam. — A mam wrażenie, jakby dopiero co zaczynałam szkołę podstawową. Jakby czas zrobił mi jakiś okrutny żart.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— Czas nie żartuje — powiedział. — On tylko nie tłumaczy się ze swoich metod.

Usiedliśmy na ławce, tej samej, na której spotkaliśmy się po raz pierwszy. Drewno było chłodne, ale słońce ogrzewało plecy.

— Dlaczego — zapytałam — niektóre wspomnienia są tak żywe? Tak bolesne, jakby wydarzyły się wczoraj, a nie lata temu? Przecież minęło tyle czasu. Powinno być łatwiej.

— „Powinno” to jedno z waszych ulubionych słów — odpowiedział Woland. — Używacie go, by zmusić rzeczywistość do posłuszeństwa. Ale pamięć nie zna obowiązków.

— To znaczy?

— Wspomnienia nie starzeją się razem z wami. One istnieją poza czasem, bo zostały zapisane emocją. A emocja nie liczy lat.

Zamyśliłam się.

— Czyli jeśli coś bolało bardzo mocno… — zaczęłam.

— …to będzie bolało długo — dokończył. — Nie dlatego, że jesteś słaba. Dlatego, że byłaś obecna.

— To niesprawiedliwe — powiedziałam. — Czuję się czasem tak, jakby moje życie było poszatkowane. Jedną nogą stoję tu, drugą tam, w przeszłości.

— Przeszłość nie jest miejscem — odparł Woland. — Jest relacją. A relacje rzadko kończą się definitywnie.

— Ale ja nie chcę tam wracać — zbuntowałam się. — Chcę iść dalej.

— I idziesz — odparł spokojnie. — Ale nie myl „iść dalej” z „zapomnieć”. Zapomnienie nie jest warunkiem ruchu.

Spojrzałam na bukiet róż spoczywający na moich kolanach.

— Wszyscy mówią, że czas leczy rany — powiedziałam. — A ja mam wrażenie, że on je tylko konserwuje.

Woland uśmiechnął się smutno.

— Czas niczego nie leczy — oznajmił. — On tylko zmienia formę bólu. To wy go leczcie — albo nie.

— A jeśli nie potrafię?

— Wtedy uczysz się z nim żyć. To też jest forma odwagi.

Podniosłam wzrok. Drzewa nad nami tworzyły sklepienie z liści, przez które słońce przesączało się drobnymi plamami światła. Pomyślałam, że dokładnie tak działa pamięć: zostawia jasne punkty i cienie, a całość nigdy nie jest jednolita.

— Boję się jutra — przyznałam. — Urodziny zawsze mnie rozstrajają. To jak podsumowanie, którego nikt mnie nie uczył pisać.

— Nie jesteś zobowiązana do bilansu — powiedział Woland. — Życie nie jest raportem.

— A jednak wszyscy pytają: co osiągnęłaś? gdzie jesteś? dokąd zmierzasz?

— Pytają, bo sami nie znają odpowiedzi — odparł. — Wasze pytania często mówią więcej o pytającym niż o adresacie.

Wstaliśmy jednocześnie z ławki, Woland stanął przede mną. Delikatnie objął mnie ramieniem. Jego gest był pewny, ale nie zawłaszczający. Czułam ciepło, spokój, i coś jeszcze — rodzaj zgody na to, że nie wszystko musi być rozwiązane.

— Przepraszam — powiedział nagle.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

— Za co?

— Za to — wyszeptał — że nawet ja nie mam mocy, by cofać czas. Ani go przyspieszać. Nie mogę sprawić, byś nagle poczuła się starsza albo młodsza w sposób, który by cię zadowolił.

— Wiem — odpowiedziałam. — Ale i tak… dziękuję.

— Czas jest jedyną siłą, z którą nawet ja nie negocjuję — dodał. — On nie podlega pokusom.

Szliśmy dalej, wolno, bez celu. Park zmieniał się z każdą minutą — światło stawało się bardziej miękkie, cienie dłuższe. Jesień pokazywała swoją łagodniejszą twarz.

— Wiesz — powiedziałam po chwili — czasem czuję się, jakbym dopiero zaczynała. Jakbym była dzieckiem w zbyt dużym ciele.

— To bardzo dobry znak — odparł Woland. — Najgorsze, co może się wam przydarzyć, to poczucie, że już wszystko wiecie.

— Ale świat oczekuje, że będę „ustawiona”.

— Świat lubi ludzi przewidywalnych — odparł. — Są wygodni. Ale ty nie masz obowiązku być wygodna.

Zatrzymaliśmy się przy stawie. Woda była spokojna, odbijała niebo jak lustro.

— Czy to źle — zapytałam — że wciąż się uczę?

— To jedyny sensowny sposób istnienia — odpowiedział. — Uczyć się, oduczać, uczyć na nowo.

Przyciągnął mnie bliżej. Jego ramię było pewnym punktem, jakby świat na chwilę zgodził się nie chwiać.

— Obiecuję ci coś — powiedział, patrząc na wodę. — Skoro nie mogę zmienić czasu, mogę zmienić twoją uważność. Zostanę przy tobie. I sprawię, że nauczysz się delektować każdą chwilą.

— A jeśli znowu będę cierpieć?

— Będziesz — odparł bez wahania. — Ale nie będziesz sama. A to zmienia wszystko.

Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Zapach jesieni, róż, chłodnej wody i ciepłego powietrza zmieszał się w jedno.

— Trzydzieści pięć lat — powiedziałam jeszcze raz. — To nie brzmi już tak strasznie.

— Bo liczby tracą moc, kiedy przestajecie im się kłaniać — odpowiedział.

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Park powoli pustoszał. A ja pomyślałam, że może jutro, w dniu moich urodzin, nie będę świętować lat, które minęły. Może będę świętować to, że wciąż potrafię się dziwić. I że ktoś — nawet taki jak Woland — obiecał iść obok mnie, krok po kroku, przez czas, którego nie da się oswoić, ale można nauczyć się w nim oddychać.Trzydzieste piąte urodziny

Dwudziesty pierwszy września obudził mnie światłem, które miało w sobie coś odświętnego. Słońce nie było już letnio bezczelne, nie stało wysoko jak pewny siebie zwycięzca. Raczej przesuwało się po niebie spokojnie, jak ktoś, kto zna swój rytm i nie musi niczego udowadniać. Powietrze było rześkie, a jednocześnie miękkie — pachniało mokrym brukiem po nocnej mżawce i pierwszymi liśćmi, które zaczynały spadać z drzew, jakby nie było w tym żadnej tragedii, tylko naturalny gest.

Trzydzieści pięć lat.

Powiedziałam tę liczbę w myślach, jeszcze zanim podniosłam się z łóżka. W poprzednich latach robiłam to z ukłuciem paniki, jakby za liczbą stał ktoś z notesem, gotowy odhaczyć moje sukcesy i porażki. Dziś brzmiała inaczej: nie jak wyrok, lecz jak informacja. Jak nazwisko na liście pasażerów, które mówi tylko tyle, że jestem w drodze.

Wstałam, zaparzyłam kawę, ale wypiłam ją szybko, trochę jak pretekst. Tak naprawdę czekałam na herbatę — tę, którą miałam wypić w mojej ukochanej, kameralnej kawiarence. To miejsce było dla mnie jak kieszeń świata: małe, przytulne, z oknami od ulicy, w których odbijało się życie przechodniów, a jednocześnie dawało poczucie, że można się schować i oddychać. Bywałam tam od lat. Znałam kształt stolików, zapach cynamonu, brzmienie łyżeczek uderzających o filiżanki. Znałam nawet skrzypnięcie drzwi, które brzmiało jak prywatne „dzień dobry”.

To właśnie tam zaprosiłam Wolanda.

Nie dlatego, że chciałam go oswoić — bo jak oswoić coś, co istnieje poza zwykłym porządkiem? Raczej dlatego, że chciałam sprawdzić, czy ta nowa część mojego życia potrafi znieść zwyczajność. Czy Woland, z całym swoim chłodem i tajemnicą, zmieści się w miejscu pachnącym kardamonem i domowym ciastem.

Spotkaliśmy się pod parkiem, tak jak zwykle. Woland wyglądał jak zawsze: elegancki, spokojny, jakby dzień urodzin był tylko kolejną datą w ludzkim kalendarzu, a jednak w jego spojrzeniu dostrzegłam coś, co mogłabym nazwać uważnością. Jakby pamiętał.

— Wszystkiego, co lubisz — powiedział zamiast klasycznego „wszystkiego najlepszego”.

— To brzmi jak zaklęcie — odparłam, uśmiechając się.

— Zaklęcia są często najprostsze. Trzeba tylko wiedzieć, co się wypowiada.

Szliśmy przez miasto. Ludzie mijali nas, nie zwracając szczególnej uwagi. A jednak czułam, że idę obok kogoś, kto niesie ze sobą inną temperaturę rzeczywistości. Jakby powietrze wokół niego było bardziej nasycone.

Kawiarenka była tam, gdzie zawsze. Z zewnątrz niepozorna: mały szyld, wytarte litery, kilka doniczek z wrzosem. W środku ciepło otuliło nas natychmiast. Zapach herbat i świeżo mielonej kawy mieszał się z aromatem pieczonych jabłek. Na półkach stały słoiki z miodem i konfiturami, a przy oknie ktoś czytał książkę, nieświadomy, że tuż obok może siedzieć ktoś, kto powinien pozostać literacką postacią.

Usiedliśmy w moim ulubionym miejscu — mały stolik w rogu, obok lampki z żółtym kloszem. Kelnerka, która znała mnie z widzenia, uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo. Zamówiłam herbatę z imbirem i pomarańczą, dla Wolanda — czarną, mocną, bez dodatków. Nie pytałam, skąd wiem. Po prostu wiedziałam.

— To miejsce jest… ciche — powiedział Woland, kiedy przyniesiono nam filiżanki.

— Właśnie dlatego je kocham — odparłam. — Tu nawet myśli mówią szeptem.

Wziął łyk herbaty i uniósł brew.

— Ludzie tworzą takie schronienia, żeby nie zwariować — zauważył. — A potem i tak wynoszą w sobie hałas.

— Ty nie masz schronień?

Woland uśmiechnął się z lekką ironią.

— Ja jestem schronieniem dla własnych sprzeczności. Wystarcza.

Upiłam łyk swojej herbaty. Ciepło rozlało się po gardle i klatce piersiowej, jakby ktoś w środku mnie zapalił małą lampkę.

— Wiesz — zaczęłam, patrząc na parę unoszącą się z filiżanki — odkąd spotkałam cię po raz pierwszy… moje życie się zmieniło.

Nie powiedziałam tego ostrożnie. Powiedziałam wprost, bo w dzień urodzin słowa udające skromność wydają mi się niepotrzebne.

Woland nie zareagował od razu. Patrzył na mnie tak, jakby czekał, aż dopowiem resztę.

— Stało się pełniejsze — ciągnęłam. — Jakby kolory wróciły na swoje miejsce. Jakby ktoś wyostrzył obraz. Nagle zauważyłam rzeczy, które wcześniej były tłem. Dźwięki, zapachy, twarze. I… przestałam ciągnąć za sobą przeszłość.

Zawahałam się, ale tylko na chwilę.

— Zerwałam z nią definitywnie. Zostawiłam ten pękaty bagaż przykrych lat. Nie mówię, że wszystko zniknęło, ale… to już nie jest mój dom. To tylko historia, którą pamiętam.

Woland przyglądał mi się z nieodgadnioną mieszanką aprobaty i czegoś, co mogło być ostrzeżeniem.

— Ludzie często mylą „zerwanie” z „wypchnięciem” — powiedział cicho. — A wypchnięte rzeczy lubią wracać.

— Wiem — odpowiedziałam. — Ale tym razem to nie było wypchnięcie. To było… pożegnanie. Bez dramatu. Bez ostatniej kłótni. Jak zamknięcie drzwi, za którymi nie ma już nikogo.

— To rzadkie — przyznał. — I kosztowne.

— Tak. Ale opłacalne.

W kawiarni ktoś śmiał się cicho, ktoś przestawiał krzesło. Z ulicy dochodził dźwięk przejeżdżającego tramwaju. Wszystko było zwyczajne — a ja czułam, jakby moje serce miało w sobie małe święto.

— Mogę ci powiedzieć coś jeszcze? — zapytałam, nagle mniej pewna.

— Oczywiście — odparł.

Zacisnęłam palce na filiżance, jakbym potrzebowała oparcia.

— Ty mnie onieśmielasz — stwierdziłam w końcu. — Nie w taki… teatralny sposób. Po prostu… kiedy jesteś blisko, czuję się jak ktoś, kto stoi na progu czegoś ogromnego. I czasem to mnie przeraża. Wzbudzasz we mnie silne odczucia. Taka intensywność… jest dla mnie nowa.

Woland nie uśmiechnął się tym razem. Jego twarz była spokojna, poważna. Powoli położył dłoń na mojej dłoni, która spoczywała na blacie. Jego palce były ciepłe, pewne, a jednocześnie delikatne.

— Intensywność bywa mylona z niebezpieczeństwem — powiedział. — A przecież nie wszystko, co mocne, jest destrukcyjne. Czasem to po prostu prawda.

— A jeśli nie umiem tego unieść?

— Nauczysz się. Nie ode mnie. Przez siebie. Ja mogę tylko… być obok.

Ścisnął lekko moją dłoń.

— Obiecuję, że pozostanę blisko, Katarzyno — dodał. — Tak blisko, jak pozwolisz. Bez przymusu. Bez gry.

To zdanie, wypowiedziane przez kogoś takiego jak on, zabrzmiało jak coś niepokojąco ludzkiego. I właśnie dlatego uderzyło mnie mocniej niż komplementy, które dostawałam kiedyś od innych.

— Dziękuję — wyszeptałam.

— Nie dziękuj. Przyjmij — odparł.

Piliśmy herbatę jeszcze długo. Rozmawialiśmy o rzeczach, które normalnie wypowiada się tylko w najcichszych momentach: o tym, że człowiek boi się szczęścia, bo nie ufa jego trwałości; o tym, że wolność nie polega na braku więzi, tylko na wyborze więzi; o tym, że czasami największą odwagą jest pozwolić sobie na spokój.

— Ludzie nie doceniają tego, co mają — powiedział Woland, powracając do tematu, który zaczęliśmy wcześniej — bo ich wyobraźnia jest zawsze głodna. Wymyślają sobie brak i potem go karmią.

— A może po prostu jesteśmy uczeni, że „więcej” znaczy „lepiej” — zauważyłam.

— „Więcej” znaczy „więcej”. „Lepiej” to inna kategoria. Ale wy mieszacie je chętnie, bo to usprawiedliwia pościg.

— A jeśli ktoś nie chce gonić?

— Wtedy musi być gotów na niezrozumienie — zawyrokował Woland. — Świat lubi ludzi w biegu. Bo w biegu nie zadaje się pytań.

Poczułam, że w tej kawiarni, w tym zapachu pomarańczy i imbiru, w tych rozmowach, jest coś, co przypomina mi, że życie może być subtelne. Że nie musi być ciągłym udowadnianiem czegokolwiek.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, zdziwiłam się, jak bardzo ściemniało. Jakby czas, zasłuchany w naszą rozmowę, przesunął wskazówki bez mojej zgody. Ulica była mokra, odbijała światła latarni. Powietrze ochłodziło się, ale nie przyjemnie — raczej rześko, jakby noc chciała oczyścić miasto z resztek dnia.

— Zmrok przyszedł szybko — mruknęłam.

— Zawsze przychodzi szybciej niż się wydaje — odpowiedział Woland. — To jedna z niewielu rzeczy, w których jesteście zgodni z naturą.

Odprowadzał mnie do domu bez słowa sprzeciwu, jakby to było oczywiste. Szliśmy wolno, a ja wciąż trzymałam bukiet białych, ciernistych róż. Kolce czasem kłuły mnie w palce, ale nie puszczałam. W pewnym sensie lubiłam to ukłucie — przypominało, że piękno ma swoje granice, że trzeba je trzymać uważnie.

Kiedy dotarliśmy pod moją kamienicę, klatka schodowa wyglądała jak zawsze: ciemna, z żółtym światłem żarówki, z zapachem starego tynku i czyjegoś prania. A jednak ta zwyczajność, zamiast mnie przytłaczać, dawała mi poczucie zakorzenienia.

Zatrzymałam się przy drzwiach wejściowych.

— Dziękuję za dziś — powiedziałam.

— To ty stworzyłaś ten dzień — odparł. — Ja tylko… pojawiłem się w nim.

Chciałam się uśmiechnąć, ale w tym momencie Woland zrobił krok bliżej. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wziął mnie w ramiona. Nie gwałtownie. Raczej stanowczo, jak ktoś, kto wie, że wahanie potrafi zniszczyć najważniejsze chwile.

Poczułam jego ciepło, zapach płaszcza, ciszę wokół. Bukiet róż przycisnął się do mojego boku, a kolce niemal nieznacznie ukłuły mnie przez materiał — jak dyskretne przypomnienie, że to się dzieje naprawdę.

— Katarzyno — powiedział cicho, niemal przy moim uchu. — Nie bój się tego, co czujesz.

A potem mnie pocałował.

Ten pocałunek był odważniejszy niż poprzedni — mniej pytający, bardziej pewny. Nie był jednak agresywny. Był jak decyzja, która nie potrzebuje uzasadnienia. Jak zamknięcie kręgu, który zaczął się tamtej pierwszej nocy w parku, pod pełnią księżyca.

Zamarłam na sekundę, a potem odpowiedziałam. I w tej krótkiej chwili poczułam, jak coś we mnie się układa — nie jak puzzle, które trzeba dopasować na siłę, lecz jak oddech, który wreszcie trafia w swój rytm.

Kiedy się odsunął, patrzył na mnie uważnie.

— Trzydzieści pięć lat — powiedziałam szeptem, czując, że uśmiech wraca mi na usta. — I dopiero teraz mam wrażenie, że naprawdę zaczynam.

— To najlepszy moment, żeby zaczynać — skonstatował Woland.

Stałam jeszcze chwilę w jego ramionach, zanim weszłam do klatki. A gdy zamknęłam za sobą drzwi, nie czułam pustki. Czułam ciepło, które zostało mi na wargach i w dłoniach — ciche, wyraźne, jak obietnica, że jutro, pojutrze i wszystkie następne dni mogą być czymś więcej niż tylko kolejnymi kartkami kalendarza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij