Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wolmord. Dzieci kosmosu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 lipca 2026
9,99
999 pkt
punktów Virtualo

Wolmord. Dzieci kosmosu - ebook

Wolmord. Tom 1: Dzieci kosmosu to monumentalny początek nowej sagi fantasy. Jeśli uwielbiasz epickie uniwersa, skomplikowane intrygi oraz bohaterów z krwi i kości, ta powieść jest dla Ciebie. Nad światem wisi widmo rozłamu – równowaga między księżycami została zachwiana. W tym niespokojnym czasie poznajemy bliźnięta: Korę, władającą żywiołem wody wojowniczkę, oraz Khora, pana ognia. Pod czujnym okiem tajemniczego Żukmistrza – mistrza portali i magicznych stworzeń – rodzeństwo wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, by dowieść swojej wartości. Każdy krok przybliża ich do odkrycia prawdy o własnym pochodzeniu, ale pojawienie się Aime i Elzy wprowadza do ich świata wątki zdrady, zakazanej magii oraz intryg, które mogą doprowadzić do katastrofy. Czy Kora i Khor zdołają udźwignąć ciężar swojego dziedzictwa, nim mroczne siły z piekielnego wymiaru przejmą władzę? Zanurz się w świecie Wolmordu i rozpocznij niezapomnianą przygodę już dziś!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384556757
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tom I

Alva’Thar

Prolog — Szepty Księżyców:

„Na początku były dwa światła.

Pierwsze — Cyrys, który dawał życie, rozświetlał rzeki i pola, a jego blask rodził nadzieję.

Drugie — Serbrus, który strzegł równowagi, zamykał bramy i więził to, co nie powinno przejść.

Razem tworzyli harmonię, a Wolmord trwał w ich spojrzeniu.

Lecz nadszedł czas, gdy świat zapomniał o dawnych przysięgach.

Smoki zaczęły ryczeć w imię własnej chwały, mistrzowie szukać mocy większej niż ich serca, a bogowie milczeć, jakby sami bali się tego, co nadchodzi.

Wtedy księżyce odwróciły się od siebie.

Cyrys rozświetlał tylko połowę prawdy, a Serbrus zamknął drugą w cieniu.

I od tej chwili każdy, kto sięgnie po moc, będzie musiał wybrać:

czy stanie w blasku, czy w cieniu.

A kiedy nadejdzie dzień, w którym księżyce spojrzą na siebie ponownie, równowaga zostanie złamana.

I wtedy Wolmord pozna swój prawdziwy los.”Rozdział I — Bliźnięta

Nie każda opowieść rodzi się w świecie, który znamy. Ta zaczyna się w miejscu, gdzie gwiazdy świecą inaczej, a wiatr niesie szepty pradawnych istot. W krainie zwanej Wolmord — planecie utkanej z magii, legend i odwiecznych rytuałów.

Tutaj ludzie żyją ramię w ramię z mitycznymi stworzeniami. Każdy może mieć swojego towarzysza — istotę, którą da się oswoić, nauczyć mówić, a nawet związać z własną duszą. Ale są też bestie dzikie, nieujarzmione, które można zdobyć tylko w walce. Do tego potrzeba magicznego klejnotu lub zaklętej biżuterii i słów, które otwierają więź między światami.

Wolmord przypomina Ziemię, lecz jest od niej bardziej kapryśny. Ma czyste, błękitne niebo, na którym czasami leniwie suną chmury. Raz pada deszcz, a czasami świeci słońce. Bywają dni, gdy ciszę rozdziera grzmot, a niebo przecinają błyskawice, zwiastując burze i tornada, które potrafią zmienić oblicze całych krain

Morza Wolmordu są jak zwierciadła dusz jego mieszkańców. Bywają dni, gdy ich tafla jest tak spokojna i gładka, że przypomina kryształowe lustro. Wtedy żeglarze mówią, że można dostrzec w wodzie nie tylko odbicie chmur i gwiazd, ale i własne przeznaczenie. Innym razem morza zamieniają się w kipiące otchłanie: fale sięgają wysokości wież zamków, a wiatr wyje jak stado wilków.

W głębinach kryją się stworzenia, które nigdy nie ujrzały światła dnia — olbrzymie ryby o oczach jak latarnie, węże morskie oplatające całe statki, a także duchy marynarzy, którzy zginęli w odmętach. A dalej, poza horyzontem, rozciągają się oceany niezbadane, gdzie nie dotarła żadna mapa. Tam woda zmienia barwę na srebrzystą, a fale niosą melodie, których nie potrafi powtórzyć żaden instrument. Mówi się, że w tych krainach czas płynie inaczej, a podróżnik może wrócić po roku, choć w jego świecie minęło ledwie kilka dni.

Góry oplatające kontynenty Wolmordu są jak kręgosłupy tej planety. Strzeliste szczyty wznoszą się ponad chmury, a ich wierzchołki lśnią wiecznym śniegiem. W nocy odbijają blask księżyców — Cyrysa i Serbrusa — tworząc srebrne katedry światła. Między górami kryją się doliny tak głębokie, że słońce zagląda tam tylko na chwilę. W takich miejscach rodzą się legendy o smokach, które nigdy nie opuściły swych gniazd.

Pod górami rozciągają się jaskinie pełne kryształów, które świecą własnym blaskiem. Niektóre z nich są tak wielkie, że wewnątrz mogłyby zmieścić się całe miasta. Echo w tych pieczarach brzmi jak głos pradawnych bogów, a każdy krok odbija się tam jak modlitwa.

Lasy Wolmordu są dwojakie. Jedne, świetliste, pełne drzew o liściach mieniących się barwami tęczy. Nocą rozpalają się tam tysiące świetlików, tworząc drugie niebo — tym razem ukryte pod koronami drzew. Inne, mroczne, tak gęste, że światło słońca nigdy nie dotyka ziemi.

Tam drzewa zdają się żyć własnym życiem, a ich korzenie oplatają wszystko, co stanie na drodze.

Są też morza traw, falujące na wietrze jak oceany. O świcie przybierają barwę złota, w południe zielenieją, a w świetle księżyców srebrzą się niczym rzeka gwiazd.

Nad Wolmordem czuwa jedno słońce i trzy księżyce. Ich układy na niebie wyznaczają rytm magii, wpływają na przypływy, sny i zaklęcia.

Wolmord skrywa sekrety starsze niż ludzie.

Pierwsze Stworzenia żyły tu, zanim pojawiła się magia. Były jak dłonie samej planety — to one ukształtowały góry, oceany i niebo. Ich oddech drążył doliny, a ich kroki wznosiły szczyty. Dopiero później świat został nasycony czarami — najpierw światłem, które rozświetliło niebo i nadało barwę wodom, a potem cieniem, który wypełnił szczeliny i nauczył istoty lęku.

Ślady Pierwszych wciąż istnieją. Są ruiny, które nie poddają się czasowi, choć wokół nich rozsypały się całe królestwa. Są kamienie, które szepczą, gdy dotknie się ich dłonią, a ich głos przypomina echo dawno zapomnianych pieśni. Są też miejsca, gdzie rzeczywistość jest cienka jak pajęczyna — wystarczy jedno drżenie, by pękła i odsłoniła inne światy, równoległe i obce, a jednak dziwnie znajome.

Świat Wolmordu dzieli się na trzy wielkie kontynenty, każdy inny, każdy pełen własnych kultur i tajemnic. Ale istnieją także granice, których nie dostrzega zwykłe oko.

Wysoko ponad ziemią unoszą się światy w przestworzach — miasta dryfujące wśród chmur, gdzie ulice oplatają mosty z mgły, a wieże wyrastają z samych obłoków. Głębiej, pod ziemią, rozciągają się królestwa ciemności — światy podziemne, gdzie żyją istoty, które nigdy nie widziały słońca, a ich oczy świecą jak kryształy w mroku.

Cały Wolmord jest nasycony magią. Każdy kamień, każde źdźbło trawy, każdy podmuch wiatru niesie w sobie jej echo. Nikt jeszcze nie poznał wszystkich tajemnic tej planety, a ci, którzy próbowali, ginęli albo wracali odmienieni, jakby dotknęli czegoś, czego nie powinni.

Historia Wolmordu zaczyna się w dniu, gdy Kora i Khor, bliźnięta o sercach pełnych ognia, kończą siedemnaście lat. Choć różni ich płeć, są do siebie niezwykle podobni — jak dwa odbicia w lustrze, które jednak nigdy nie są identyczne.

Kora jasnowłosa wojowniczka wody. Jej włosy były jasne jak promienie słońca o świcie, spływały falami na ramiona i plecy, mieniąc się złotem i srebrem w zależności od światła. Jej oczy przypominały rozżarzone kryształy — pełne blasku, ale i głębi, w której krył się spokój oceanu. Smukła, gibka, zawsze gotowa do ruchu. W jej krokach była lekkość, jakby taniec i walka były jednym. Spokojniejsza niż brat, bardziej wyważona, lecz w chwilach gniewu stawała się jak sztorm — niepowstrzymana i niszcząca. Kora była jak woda: potrafiła być łagodna i kojąca, ale też nieokiełznana, zdolna zatopić całe krainy.

Khor ciemnowłosy władca ognia. Jego włosy były ciemne jak nocne niebo, gęste i ciężkie, spadające na czoło w nieposkromionych pasmach. Jego oczy miały barwę głębszą niż ocean — błękit, w którym można było utonąć, bo krył w sobie spokój i burzę jednocześnie. Postawny, silny, wyprostowany, z ramionami szerokimi jak tarcza.

W jego ruchach była pewność, ale i porywczość, jakby każdy gest był iskrą gotową zapłonąć. Odważny, czasem impulsywny, z sercem płonącym pasją. Jego słowa potrafiły rozgrzać lub zranić równie mocno jak ostrze. Khor był jak ogień: dawał ciepło i życie, ale potrafił też spalić, jeśli ktoś zbliżył się zbyt lekkomyślnie.

Choć różnił ich temperament, byli jak dwie połowy jednego serca. Ona — ocean, który koi i pochłania. On — ogień, który rozpala i niszczy. Razem tworzyli równowagę. Ona uczyła go cierpliwości, on popychał ją do działania. Ona była głębią, on — błyskiem.

Od dzieciństwa przygotowywali się na ten moment: wybór pierwszego towarzysza. To nie tylko rytuał dorosłości, ale także próba, która miała pokazać, kim naprawdę są.

Niektórzy mówili, że narodziny bliźniąt były przepowiedziane w dawnych pieśniach. Że ogień i ocean miały spotkać się w jednym pokoleniu, by otworzyć nową erę Wolmordu. Ich droga do Żukmistrza nie była więc tylko podróżą po stworzenia. To był początek opowieści, w której światło i cień, ogień i woda, siostra i brat staną się dwiema stronami tej samej legendy.Rozdział II — Pierwsze stworzenia

Ścieżka prowadziła ich coraz wyżej, ku Szczytowi Żukmistrza — miejsca, o którym szeptano w wioskach i miastach Wolmordu z mieszaniną czci i lęku. Tam mieszkał czarodziej, strażnik portali stworzeń, ten, którego imię znali wszyscy, lecz niewielu miało odwagę wypowiedzieć je głośno.

Sadu Ronso. Żukmistrz.

Wśród wszystkich mistrzów, nauczycieli i czarodziejów, którzy zapisali się w historii Wolmordu, to właśnie on był najstarszy i — jak mówiły legendy — najpotężniejszy z żyjących magów.

Nie imponował wzrostem. Miał zaledwie sto trzydzieści centymetrów, a jednak w jego obecności nawet najwyżsi wojownicy czuli się mali. To nie ciało, lecz aura sprawiała, że górował nad każdym, kto stanął przed nim.

Żukmistrz był hybrydą człowieka i żuka.

Jego twarz, poorana zmarszczkami, o ziemistym, zielonkawo-brązowym odcieniu skóry, przypominała maskę wyrzeźbioną przez czas. Oczy miał wielkie, ciemne i błyszczące jak onyksy, odbijające światło w sposób nieludzki, jakby w ich głębi kryły się inne światy. Z czoła wyrastały trzy cienkie, segmentowane czułki, które drgały, gdy skupiał się na magii. Mówiono, że dzięki nim wyczuwa zakłócenia w tkance rzeczywistości, tak jak owad wyczuwa drgania powietrza.

Był przygarbiony, lecz stabilny. Każdy jego krok był powolny, wyważony, jakby stąpał po granicy dwóch światów.

Pod ciężkim płaszczem krył się chitynowy pancerz, połyskujący w świetle niczym czarne szkliwo.

Jego szata była długa, ciemna, z kapturem, który zdawał się starszy niż on sam. Materiał był ciężki, przetarty, ale zdobiony subtelnymi wzorami przypominającymi sieć owadzich skrzydeł. Na ramionach spoczywał płaszcz, którego brzegi były postrzępione, jakby nadgryzione przez czas. W dłoni trzymał laskę — krótki, skręcony kij z drewna, zakończony kryształem pulsującym jak odwłok świetlika. Kryształ nie tylko świecił, ale zdawał się oddychać, jakby był żywą istotą.

Wokół Żukmistrza powietrze drżało, jakby wibrowało od tysięcy skrzydeł.

Kiedy przemówił, jego głos był niski, chrapliwy, a każde słowo brzmiało jak echo pradawnych zaklęć. Nawet cisza po jego wypowiedzi zdawała się cięższa, jakby świat wstrzymywał oddech.

Jego obecność sprawiała, że portale same otwierały się w cieniu jego kroków, a stworzenia — nawet te dzikie i nieujarzmione — milkły i kłaniały się, jakby rozpoznawały w nim swojego pana.

Był władcą portali. Potrafił otwierać przejścia między światami jednym gestem dłoni. Był zaklinaczem stworzeń, a jego więź z istotami Wolmordu sięgała głębiej niż więź zwykłych ludzi z ich towarzyszami.

Żukmistrz był jak żywa przypowieść. Jego niski wzrost przypominał, że wielkość nie mierzy się ciałem, lecz duchem.

Owadzia natura symbolizowała wytrwałość, siłę wspólnoty i zdolność do przetrwania w każdych warunkach. Trzy czułki były znakiem jego trójdzielnej mądrości: wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Niektórzy mówili, że Sadu Ronso pamięta czasy, gdy Wolmord dopiero nasiąkał magią. Że widział Pierwsze Stworzenia i rozmawiał z nimi w językach, których nikt już nie zna. Inni twierdzili, że sam jest jednym z nich — że jego ludzka forma to tylko maska, a prawdziwe oblicze Żukmistrza kryje się w cieniu portali.

Żukmistrz nie był tylko nauczycielem. Był granicą. Żywą linią oddzielającą świat ludzi od świata pradawnych istot.

W jego twierdzy panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest skrzydeł niewidzialnych owadów. Portale lśniły wzdłuż ścian jak żywe lustra, w których migotały obrazy niezliczonych istot — od najmniejszych, skrzydlatych duszków, po olbrzymie bestie, których sam widok mógłby złamać serce wojownika.

Żukmistrz uniósł laskę, a kryształ na jej końcu rozjarzył się pulsującym światłem.

— Możecie wybrać dowolne stworzenie — jego głos zabrzmiał jak echo w kamiennej sali. — Ale pamiętajcie, że nie wszystko jest wam dostępne. Smoki, Feniksy, Behemoty, Hydry i inne elitarne istoty… te wymagają ukończenia szkolenia.

Khor zrobił krok naprzód. Jego oczy błyszczały, gdy spoglądał na portale. W jednym z nich ujrzał skrzydła bielsze niż śnieg i sylwetkę, która zdawała się promieniować światłem.

— Pegaz — wyszeptał, a w jego głosie brzmiała mieszanina zachwytu i pewności. — To on. To mój wybór.

Żukmistrz skinął głową. Czułki na jego czole drgnęły, a powietrze w sali zadrżało. Z portalu wysunął się blask, który uformował się w naszyjnik. W jego sercu pulsował kryształ, w którym zaklęty był Pegaz.

— Dotknij go, a przybędzie. Wezwij go, a usłyszy twój głos, choćbyś był na krańcu świata. — Żukmistrz podał naszyjnik Khoro­wi.

Chłopak ujął go drżącą dłonią, a w jego oczach pojawił się płomień dumy.

— „Bracie…” — odezwała się Kora, patrząc na niego z lekkim uśmiechem. — „Zawsze marzyłeś o wolności nieba.”

— „A ty?” — odparł Khor, unosząc podbródek. — „Co wybierzesz, siostro oceanu?”

Kora spojrzała na portale. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetce, która wyłaniała się z mroku: olbrzym, którego rogi lśniły jak ostrza, a w dłoni dzierżył topór wykuty ze smoczego tijanu. Jego oddech był jak grzmot, a każdy ruch emanował siłą.

— Minotaur — powiedziała stanowczo. — Niech będzie moim towarzyszem. Niech jego siła stanie się moją tarczą i moim orężem.

Żukmistrz uniósł laskę po raz drugi. Tym razem z portalu wysunął się pierścień, ciężki, zdobiony runami, które jarzyły się czerwienią. W jego wnętrzu pulsowała sylwetka Minotaura, jakby czekał tylko na wezwanie.

— On odpowie na twój gniew i twoją wolę. Ale pamiętaj, Koro: kto wybiera siłę, musi nauczyć się ją poskramiać.

Dziewczyna ujęła pierścień i wsunęła go na palec. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega fala energii, ciężka i potężna, jakby sama ziemia oddała jej część swojej mocy.

Żukmistrz spojrzał na rodzeństwo, a jego oczy błyszczały jak dwa czarne klejnoty.

— Oto wasze pierwsze kroki. Ale to dopiero początek.

Uniósł laskę i z powietrza wysunął się zwój, na którym rozpostarła się mapa. Linie drżały, jakby były żywe, a punkty na niej pulsowały niczym serca.

— Tu znajdziecie misje, które musicie wykonać. Dopiero wtedy zdobędziecie prawo do stworzeń elitarnych.

Khor i Kora spojrzeli na siebie. W ich oczach tlił się ogień i ocean — dwie siły, które od tej chwili miały iść razem.Rozdział III — Labirynt i las

Tak zaczyna się ich podróż — ku przygodzie, ku przeznaczeniu, ku tajemnicy, która czeka w sercu Wolmordu.

Pierwsza misja prowadziła ich do Labiryntu Przemiany. Nie był on zwykłym tworem kamienia i magii. To żywa budowla, wykuta w sercu skalnej przełęczy, gdzie ziemia od wieków drżała od pradawnych zaklęć. Mówiono, że nie został zbudowany ręką człowieka, lecz wyrósł sam, jakby skały ułożyły się w korytarze pod wpływem woli bogów.

Wejście do Labiryntu przypominało paszczę olbrzymiego stwora. Łuk skalny, porośnięty mchem i czarnymi pnączami, tworzył bramę, która zdawała się oddychać. Nad nią wyrzeźbione były twarze — jedne uśmiechały się złowrogo, inne płakały kamiennymi łzami. Nie było wiadomo, czy to dzieło dawnych rzeźbiarzy, czy kaprys samej natury.

Powietrze przy wejściu było ciężkie, pachniało wilgocią, rdzą i ozonem, jakby burza nigdy stąd nie odeszła.

Kora zatrzymała się przed bramą i spojrzała na brata.

— „Czujesz to?” — wyszeptała. — „Jakby sam labirynt nas obserwował.”

Khor zmrużył oczy, a jego dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza. — „Nie tylko obserwuje. On czeka.”

Wnętrze tonęło w mroku, rozświetlanym jedynie blaskiem kryształów, które wyrastały ze ścian niczym zamrożone błyskawice. Jedne świeciły bladym błękitem, inne pulsowały czerwienią, jakby w ich wnętrzu płynęła krew. Ściany były chropowate, zimne, czasem wilgotne od sączącej się wody. W niektórych miejscach pokrywały je runy, które zmieniały kształt, gdy tylko odwracało się wzrok.

Podłoga była nierówna, pełna szczelin. Zdarzało się, że kamień nagle zapadał się pod stopami, odsłaniając przepaść, której dna nie sposób było dostrzec. Każdy korytarz zdawał się prowadzić w inną stronę, a echo kroków mieszało się z odgłosami, które nie należały do nikogo.

Labirynt nie był tylko miejscem fizycznym — był także próbą umysłu. Ściany potrafiły zmieniać kształt, a korytarze wydłużały się w nieskończoność. Czasem pojawiały się obrazy bliskich, które kusiły, by zejść z właściwej ścieżki. Kamienne kolumny spadały nagle z sufitu, podmuchy wiatru gasiły światło kryształów, a całe sale obracały się jak tryby w machinie, zmieniając układ przejść.

W ciemności słychać było głosy — jedne obiecywały pomoc, inne groziły. Nie wiadomo było, czy to echo, duchy, czy sam Labirynt przemawiał.

— „Słyszysz to?” — spytała Kora, a jej głos odbił się dziesiątkami zniekształconych powtórzeń.

— „Tak…” — odpowiedział Khor, a echo powtórzyło jego słowa, lecz innym tonem, jakby mówiła je obca istota.

Labirynt składał się nie tylko z korytarzy, ale i z ogromnych sal.

Pierwsza była Sala Zwierciadeł. Ściany pokrywały lustra z czarnego szkła. Każde odbicie pokazywało inną wersję tego, kim podróżnik mógłby się stać: bohatera, tyrana, martwego wojownika, dziecko, starca. Kora i Khor zatrzymali się przed swoimi odbiciami, a ich serca zabiły szybciej.

Kolejna była Sala Echa, gdzie każde słowo powtarzało się dziesiątki razy, ale zniekształcone, jakby mówiły je inne istoty. Nawet oddech brzmiał tu jak szept tłumu.

Ostatnim etapem Labiryntu była Sala Przemiany — serce budowli, gdzie magia była najgęstsza, a powietrze drżało od niewidzialnej mocy.

Gdy Kora i Khor przekroczyli próg, powitały ich chochliki — drobne, skrzydlate istoty, które wyglądały jak skrzyżowanie nietoperza i dziecka o zbyt dużych oczach. Ich spojrzenia lśniły jak krople rtęci, zimne i nieludzkie.

Ich skrzydła były cienkie jak pergamin, ale ostre jak brzytwy, a każdy trzepot niósł ze sobą sykliwy śmiech, który odbijał się od ścian labiryntu jak szydercze echo. Zęby miały drobne, lecz ostre, a pazury wydłużone, idealne do drapania i rozszarpywania.

Nie były silne, ale ich przewagą była liczba i przebiegłość. Potrafiły nagle zniknąć w cieniu, by po chwili wyskoczyć zza pleców, szepcząc do ucha obelgi i kłamstwa, które mieszały w głowie.

Kora poczuła, jak jeden z nich musnął jej ramię, a w głowie rozbrzmiał głos:

— „On cię zdradzi… twój brat cię zdradzi…”

Dziewczyna zacisnęła pięści, wiedząc, że to tylko iluzja, ale serce i tak zabiło szybciej. Spojrzała na Khora, jakby chciała upewnić się, że to wciąż on, jej brat, a nie cień podszeptów.

— „Nie słuchaj ich, Koro!” — zawołał Khor, widząc jej drżenie. — „To kłamstwa!”

W tej samej chwili uniósł dłoń i po raz pierwszy przywołał Pegiego. Skrzydlaty rumak zstąpił z portalu jak posłaniec niebios, a jego kopyta zadudniły o kamienną posadzkę. Z nozdrzy buchnęła para, a skrzydła rozpostarły się szeroko, rozświetlając mrok blaskiem srebrzystych piór.

Widząc to, chochliki zawyły i wzbiły się w powietrze, tworząc wir czarnych cieni. Ich sykliwy chór rozbrzmiał w całym labiryncie, a echo niosło się jak ostrzeżenie.

Z cienia wyłonił się Cerber — piekielny ogar o trzech głowach.

Pierwsza głowa zionęła ogniem, a każdy oddech rozżarzał powietrze do czerwoności. Druga pluła lodem, a jej oddech zamrażał kryształy na ścianach, które pękały z trzaskiem. Trzecia niosła truciznę — z pyska kapała czarna, gęsta ślina, która syczała, gdy spadała na kamień, wypalając w nim dziury.

Jego ciało było masywne, pokryte czarną sierścią, która miejscami przypominała łuski. Oczy wszystkich trzech głów jarzyły się jak węgle, a ogon, zakończony kolcem, uderzał o ziemię niczym młot bojowy.

Cerber, wspierany przez chmarę chochlików, osaczył Pegaza.

— „Wzbij się! Oślep ich!” — krzyknął Khor.

Pegaz, z hukiem skrzydeł, poderwał się w górę. Powietrze zawyło, a wir piasku i odłamków kryształów wzbił się w powietrze, oślepiając chochliki. Te, oślepione, zaczęły wpadać na siebie, ich sykliwy śmiech zamienił się w wrzask.

Cerber jednak nie dał się zwieść. Jedna głowa zionęła ogniem, druga lodem, trzecia jadem — trzy żywioły uderzyły jednocześnie, tworząc chaos, w którym nawet Pegaz miał trudności, by utrzymać się w powietrzu.

Kora poczuła, jak jej serce ściska strach. — „Khor! On nas zmiażdży!” — zawołała, ale w jej głosie brzmiała też determinacja.

W tej samej chwili przywołała Mino — swego Minotaura. Potężny wojownik runął na Cerbera, a ziemia zadrżała pod jego ciężarem. Jego topór z tijanowej stali rozciął mrok, a iskry posypały się jak gwiazdy.

Minotaur starł się z Cerberem w walce, która była jak zderzenie dwóch światów.

Topór uderzał o kły, skrzydła Pegaza rozcinały powietrze, a chochliki wirowały wokół jak rojowisko szerszeni.

— „Razem, Koro!” — krzyknął Khor, a jego głos odbił się echem od ścian.

— „Razem!” — odpowiedziała, unosząc dłoń, jakby jej własna wola mogła wesprzeć Mino.

To nie była zwykła próba. To był test ich więzi. Ogień i ocean, światło i cień musiały walczyć jako jedno.

Gdy Minotaur zadał decydujący cios, a Cerber runął na ziemię, labirynt zadrżał. Kryształy rozbłysły jaśniej, a chochliki rozpierzchły się w panice, znikając w szczelinach skał.

Pierwsze zadanie zostało zakończone. Ale Kora i Khor wiedzieli, że to dopiero początek.

Dalej labirynt otworzył się na egzotyczny las — tropikalny raj ukryty w kamiennym sercu góry. Powietrze było ciężkie od zapachu żywicy, słodkiego i lepkiego, który osiadał na języku niczym miód. Liście szeptały w języku, którego Kora i Khor nie znali, a jednak czuli, że każde drżenie gałęzi niesie znaczenie, jakby sam las próbował ich powitać.

Światło wpadało przez sklepienie koron wąskimi smugami, które tańczyły na ziemi, rozświetlając mech i paprocie. W oddali szemrała woda, a gdzieś ponad nimi rozbrzmiewał śpiew ptaków o barwach tak jaskrawych, że wyglądały jak żywe klejnoty.

Z gęstwiny wyszły Koroludy — drzewa o ludzkich duszach, potomkowie dawnych ludzi, którzy zostali zatopieni w żywicy i spleceni z korą. Ich sylwetki były potężne, a zarazem dostojne. Twarze przypominały maski wyrzeźbione z drewna, poorane sękami i żyłami żywicy, która spływała jak łzy. Oczy mieli głębokie, bursztynowe, w których tlił się blask pradawnej mądrości.

Ich brody były jak długie, zwisające korzenie, a na głowach nosili korony z gałęzi i porostów. Każdy ich krok brzmiał jak trzask pękającej gałęzi, a jednak poruszali się z gracją, jakby byli częścią samej ziemi.

Nie przyszli walczyć. Ich głosy były głębokie, szorstkie, przypominające szum wichru w koronach drzew.

— „Nie jesteście wrogami” — odezwał się najstarszy z nich, którego korona z gałęzi przypominała jelenie poroże. Jego głos niósł się jak echo burzy. — „Ale w głębi tego lasu czai się cień, którego nawet my się lękamy. Idźcie ostrożnie.”

Kora i Khor wymienili spojrzenia. Po raz pierwszy od wejścia do labiryntu poczuli, że ktoś ich rozumie, że nie są sami w tej próbie.

Inny Korolud podszedł bliżej i podał rodzeństwu kryształowe naczynie wypełnione gęstym, złocistym płynem.

— „To sok żywicy” — powiedział, a jego oczy błysnęły ciepłem. — „Uleczy wasze rany i ukoi serca. Przyjmijcie go jako dar.”

Kora skinęła głową z wdzięcznością, a jej głos zadrżał lekko:

— „Dziękujemy. Nie zapomnimy tej dobroci.”

W zamian Kora i Khor pomogli Koroludom nawodnić ich osadę. Wioska była spleciona z żywych drzew, których konary tworzyły dachy, a pnie — ściany domostw. Strumienie, które niegdyś płynęły obficie, teraz wyschły, a ziemia spękała.

Khor, z pomocą Pegaza, wzbił się ponad las i odnalazł ukryte źródło, które zostało zasypane kamieniami. Kora, wraz z Minotaurem, odsunęła głazy, a woda znów popłynęła, rozlewając się po kanałach wykutych w korzeniach.

Koroludy uniosły ramiona ku niebu, a ich głosy zabrzmiały jak pieśń wiatru, jak modlitwa drzew do samej planety.

— „Ziemia znów oddycha. Jesteście przyjaciółmi lasu.”

Następnego dnia, już ze swoimi towarzyszami, rodzeństwo zostało zaproszone do serca wioski. Tam, w cieniu największego drzewa, nauczyli się rozmawiać z Mino i Pegim.

Pegaz z początku odpowiadał tylko gestami i spojrzeniami, ale dzięki sokowi Koroludów jego głos stał się wyraźniejszy w myślach Khora.

Minotaur, dotąd dziki i nieufny, usiadł obok Kory, a jego oddech zwolnił. Gdy dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu, spojrzał na nią oczami, w których po raz pierwszy nie było gniewu, lecz spokój.

— „Mino…” — wyszeptała Kora. — „Tak będę cię nazywać. Jesteś moim towarzyszem.”

Minotaur skinął głową, a jego ryk zabrzmiał jak przyjęcie przysięgi.

— „A ty, Pegi” — powiedział Khor, głaszcząc szyję Pegaza. — „Razem polecimy dalej, dokądkolwiek los nas poprowadzi.”

Wieczorem wioska rozbrzmiała pieśnią Koroludów. Ich głosy były jak szum lasu, jak trzask ognia i jak echo pradawnych czasów. Kora i Khor siedzieli przy ognisku z żywicy, która paliła się jasnym, złotym płomieniem, a ich serca były spokojne.

Wiedzieli, że droga przed nimi będzie trudna, ale teraz nie byli już sami. Mieli siebie, mieli swoich towarzyszy i mieli błogosławieństwo lasu.

W mroku lasu rozległo się wycie, które nie należało do żadnego znanego zwierzęcia. Echo niosło się po koronach drzew, a ptaki zerwały się z gałęzi w panice. Chwilę później ciszę rozdarł trzask łamanych konarów.

Z nieba runęła Chimera — skrzydlata bestia, której widok mroził krew w żyłach.

Jej głowa była głową tygrysa szablozębnego, z kłami długimi jak miecze, ociekającymi śliną, która syczała, gdy spadała na ziemię. Ciało miała orła, pokryte piórami o barwie nocy, a skrzydła rozpościerały się szeroko, zasłaniając gwiazdy.

Z jej grzbietu wyrastał ogon węża, wijący się jak żywy bat, którego jad mógł zabić w sekundę. Jej ryk był mieszaniną ryku, skrzeku i syku — dźwiękiem, który brzmiał jak głos samego chaosu.

Mino nie czekał. Minotaur runął naprzód, a ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem. Jego topór błysnął w świetle księżyców i z hukiem uderzył w skrzydło Chimery. Kości pękły, a pióra rozsypały się jak czarne płatki.

Bestia zawyła i poderwała się w powietrze, trzepocząc zranionym skrzydłem. Jej lot był chwiejny, ale wciąż śmiertelnie groźny.

— „Mino, uważaj!” — krzyknęła Kora, widząc, jak ogon węża próbuje owinąć się wokół szyi jej towarzysza.

Chimera pikowała w stronę bohaterów. Jej szpony rozdarły powietrze, a ogon błysnął jadem. Pegaz wzbił się, by osłonić Khora, ale potwór uderzył go jednym ciosem. Krew rozprysła się na liściach, a skrzydła Pegiego zadrżały.

— „Pegi!” — krzyknął Khor, serce ścisnęło mu się w gniewie i strachu.

Pegaz, choć ranny, wciąż trzepotał skrzydłami, starając się utrzymać w powietrzu.

Khor poczuł, jak coś w nim pęka. Jakby wszystkie lata treningu, wszystkie sny i wszystkie lęki zebrały się w jednym punkcie. Jego ciało drżało, a powietrze wokół niego zgęstniało.

— „Nie… skrzywdzisz… ich!” — wyszeptał, a jego głos brzmiał jak grzmot.

Z jego dłoni wystrzeliła fala ki — czysta, nieokiełznana energia, która rozdarła noc. Uderzyła w Chimerę z taką siłą, że bestia zatrzymała się w locie, jakby czas na chwilę stanął w miejscu. Jej skrzydła rozpadły się w pył, ogon węża zwisł bezwładnie, a rycząca paszcza roztrzaskała się w świetle eksplozji.

Chimera runęła na ziemię, a jej ciało rozpadło się w chmurę czarnego dymu, który rozwiał się wśród drzew.

Kora patrzyła na brata szeroko otwartymi oczami.

— „Khor… co to było?”

On sam stał jeszcze chwilę, dysząc ciężko, a jego dłonie wciąż drżały od mocy, która dopiero co przez niego przepłynęła.

— „Nie wiem…” — odpowiedział cicho. — „Ale czuję, że to dopiero początek.”
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij