Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wolmord - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
12,10
1210 pkt
punktów Virtualo

Wolmord - ebook

Wolmord. Tom 1: Dzieci kosmosu to monumentalny początek nowej sagi fantasy. Jeśli uwielbiasz epickie uniwersa, skomplikowane intrygi oraz bohaterów z krwi i kości, ta powieść jest dla Ciebie. Nad światem wisi widmo rozłamu — równowaga między księżycami została zachwiana. W tym niespokojnym czasie poznajemy bliźnięta: Korę, władającą żywiołem wody wojowniczkę, oraz Khora, pana ognia. Pod czujnym okiem tajemniczego Żukmistrza…


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-675-7
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tom I

Alva’Thar

Prolog — Szepty Księżyców:

„Na początku były dwa światła.

Pierwsze — Cyrys, który dawał życie, rozświetlał rzeki i pola, a jego blask rodził nadzieję.

Drugie — Serbrus, który strzegł równowagi, zamykał bramy i więził to, co nie powinno przejść.

Razem tworzyli harmonię, a Wolmord trwał w ich spojrzeniu.

Lecz nadszedł czas, gdy świat zapomniał o dawnych przysięgach.

Smoki zaczęły ryczeć w imię własnej chwały, mistrzowie szukać mocy większej niż ich serca, a bogowie milczeć, jakby sami bali się tego, co nadchodzi.

Wtedy księżyce odwróciły się od siebie.

Cyrys rozświetlał tylko połowę prawdy, a Serbrus zamknął drugą w cieniu.

I od tej chwili każdy, kto sięgnie po moc, będzie musiał wybrać:

czy stanie w blasku, czy w cieniu.

A kiedy nadejdzie dzień, w którym księżyce spojrzą na siebie ponownie, równowaga zostanie złamana.

I wtedy Wolmord pozna swój prawdziwy los.”Rozdział I — Bliźnięta

Nie każda opowieść rodzi się w świecie, który znamy. Ta zaczyna się w miejscu, gdzie gwiazdy świecą inaczej, a wiatr niesie szepty pradawnych istot. W krainie zwanej Wolmord — planecie utkanej z magii, legend i odwiecznych rytuałów.

Tutaj ludzie żyją ramię w ramię z mitycznymi stworzeniami. Każdy może mieć swojego towarzysza — istotę, którą da się oswoić, nauczyć mówić, a nawet związać z własną duszą. Ale są też bestie dzikie, nieujarzmione, które można zdobyć tylko w walce. Do tego potrzeba magicznego klejnotu lub zaklętej biżuterii i słów, które otwierają więź między światami.

Wolmord przypomina Ziemię, lecz jest od niej bardziej kapryśny. Ma czyste, błękitne niebo, na którym czasami leniwie suną chmury. Raz pada deszcz, a czasami świeci słońce. Bywają dni, gdy ciszę rozdziera grzmot, a niebo przecinają błyskawice, zwiastując burze i tornada, które potrafią zmienić oblicze całych krain

Morza Wolmordu są jak zwierciadła dusz jego mieszkańców. Bywają dni, gdy ich tafla jest tak spokojna i gładka, że przypomina kryształowe lustro. Wtedy żeglarze mówią, że można dostrzec w wodzie nie tylko odbicie chmur i gwiazd, ale i własne przeznaczenie. Innym razem morza zamieniają się w kipiące otchłanie: fale sięgają wysokości wież zamków, a wiatr wyje jak stado wilków.

W głębinach kryją się stworzenia, które nigdy nie ujrzały światła dnia — olbrzymie ryby o oczach jak latarnie, węże morskie oplatające całe statki, a także duchy marynarzy, którzy zginęli w odmętach. A dalej, poza horyzontem, rozciągają się oceany niezbadane, gdzie nie dotarła żadna mapa. Tam woda zmienia barwę na srebrzystą, a fale niosą melodie, których nie potrafi powtórzyć żaden instrument. Mówi się, że w tych krainach czas płynie inaczej, a podróżnik może wrócić po roku, choć w jego świecie minęło ledwie kilka dni.

Góry oplatające kontynenty Wolmordu są jak kręgosłupy tej planety. Strzeliste szczyty wznoszą się ponad chmury, a ich wierzchołki lśnią wiecznym śniegiem. W nocy odbijają blask księżyców — Cyrysa i Serbrusa — tworząc srebrne katedry światła. Między górami kryją się doliny tak głębokie, że słońce zagląda tam tylko na chwilę. W takich miejscach rodzą się legendy o smokach, które nigdy nie opuściły swych gniazd.

Pod górami rozciągają się jaskinie pełne kryształów, które świecą własnym blaskiem. Niektóre z nich są tak wielkie, że wewnątrz mogłyby zmieścić się całe miasta. Echo w tych pieczarach brzmi jak głos pradawnych bogów, a każdy krok odbija się tam jak modlitwa.

Lasy Wolmordu są dwojakie. Jedne, świetliste, pełne drzew o liściach mieniących się barwami tęczy. Nocą rozpalają się tam tysiące świetlików, tworząc drugie niebo — tym razem ukryte pod koronami drzew. Inne, mroczne, tak gęste, że światło słońca nigdy nie dotyka ziemi.

Tam drzewa zdają się żyć własnym życiem, a ich korzenie oplatają wszystko, co stanie na drodze.

Są też morza traw, falujące na wietrze jak oceany. O świcie przybierają barwę złota, w południe zielenieją, a w świetle księżyców srebrzą się niczym rzeka gwiazd.

Nad Wolmordem czuwa jedno słońce i trzy księżyce. Ich układy na niebie wyznaczają rytm magii, wpływają na przypływy, sny i zaklęcia.

Wolmord skrywa sekrety starsze niż ludzie.

Pierwsze Stworzenia żyły tu, zanim pojawiła się magia. Były jak dłonie samej planety — to one ukształtowały góry, oceany i niebo. Ich oddech drążył doliny, a ich kroki wznosiły szczyty. Dopiero później świat został nasycony czarami — najpierw światłem, które rozświetliło niebo i nadało barwę wodom, a potem cieniem, który wypełnił szczeliny i nauczył istoty lęku.

Ślady Pierwszych wciąż istnieją. Są ruiny, które nie poddają się czasowi, choć wokół nich rozsypały się całe królestwa. Są kamienie, które szepczą, gdy dotknie się ich dłonią, a ich głos przypomina echo dawno zapomnianych pieśni. Są też miejsca, gdzie rzeczywistość jest cienka jak pajęczyna — wystarczy jedno drżenie, by pękła i odsłoniła inne światy, równoległe i obce, a jednak dziwnie znajome.

Świat Wolmordu dzieli się na trzy wielkie kontynenty, każdy inny, każdy pełen własnych kultur i tajemnic. Ale istnieją także granice, których nie dostrzega zwykłe oko.

Wysoko ponad ziemią unoszą się światy w przestworzach — miasta dryfujące wśród chmur, gdzie ulice oplatają mosty z mgły, a wieże wyrastają z samych obłoków. Głębiej, pod ziemią, rozciągają się królestwa ciemności — światy podziemne, gdzie żyją istoty, które nigdy nie widziały słońca, a ich oczy świecą jak kryształy w mroku.

Cały Wolmord jest nasycony magią. Każdy kamień, każde źdźbło trawy, każdy podmuch wiatru niesie w sobie jej echo. Nikt jeszcze nie poznał wszystkich tajemnic tej planety, a ci, którzy próbowali, ginęli albo wracali odmienieni, jakby dotknęli czegoś, czego nie powinni.

Historia Wolmordu zaczyna się w dniu, gdy Kora i Khor, bliźnięta o sercach pełnych ognia, kończą siedemnaście lat. Choć różni ich płeć, są do siebie niezwykle podobni — jak dwa odbicia w lustrze, które jednak nigdy nie są identyczne.

Kora jasnowłosa wojowniczka wody. Jej włosy były jasne jak promienie słońca o świcie, spływały falami na ramiona i plecy, mieniąc się złotem i srebrem w zależności od światła. Jej oczy przypominały rozżarzone kryształy — pełne blasku, ale i głębi, w której krył się spokój oceanu. Smukła, gibka, zawsze gotowa do ruchu. W jej krokach była lekkość, jakby taniec i walka były jednym. Spokojniejsza niż brat, bardziej wyważona, lecz w chwilach gniewu stawała się jak sztorm — niepowstrzymana i niszcząca. Kora była jak woda: potrafiła być łagodna i kojąca, ale też nieokiełznana, zdolna zatopić całe krainy.

Khor ciemnowłosy władca ognia. Jego włosy były ciemne jak nocne niebo, gęste i ciężkie, spadające na czoło w nieposkromionych pasmach. Jego oczy miały barwę głębszą niż ocean — błękit, w którym można było utonąć, bo krył w sobie spokój i burzę jednocześnie. Postawny, silny, wyprostowany, z ramionami szerokimi jak tarcza.

W jego ruchach była pewność, ale i porywczość, jakby każdy gest był iskrą gotową zapłonąć. Odważny, czasem impulsywny, z sercem płonącym pasją. Jego słowa potrafiły rozgrzać lub zranić równie mocno jak ostrze. Khor był jak ogień: dawał ciepło i życie, ale potrafił też spalić, jeśli ktoś zbliżył się zbyt lekkomyślnie.

Choć różnił ich temperament, byli jak dwie połowy jednego serca. Ona — ocean, który koi i pochłania. On — ogień, który rozpala i niszczy. Razem tworzyli równowagę. Ona uczyła go cierpliwości, on popychał ją do działania. Ona była głębią, on — błyskiem.

Od dzieciństwa przygotowywali się na ten moment: wybór pierwszego towarzysza. To nie tylko rytuał dorosłości, ale także próba, która miała pokazać, kim naprawdę są.

Niektórzy mówili, że narodziny bliźniąt były przepowiedziane w dawnych pieśniach. Że ogień i ocean miały spotkać się w jednym pokoleniu, by otworzyć nową erę Wolmordu. Ich droga do Żukmistrza nie była więc tylko podróżą po stworzenia. To był początek opowieści, w której światło i cień, ogień i woda, siostra i brat staną się dwiema stronami tej samej legendy.Rozdział II — Pierwsze stworzenia

Ścieżka prowadziła ich coraz wyżej, ku Szczytowi Żukmistrza — miejsca, o którym szeptano w wioskach i miastach Wolmordu z mieszaniną czci i lęku. Tam mieszkał czarodziej, strażnik portali stworzeń, ten, którego imię znali wszyscy, lecz niewielu miało odwagę wypowiedzieć je głośno.

Sadu Ronso. Żukmistrz.

Wśród wszystkich mistrzów, nauczycieli i czarodziejów, którzy zapisali się w historii Wolmordu, to właśnie on był najstarszy i — jak mówiły legendy — najpotężniejszy z żyjących magów.

Nie imponował wzrostem. Miał zaledwie sto trzydzieści centymetrów, a jednak w jego obecności nawet najwyżsi wojownicy czuli się mali. To nie ciało, lecz aura sprawiała, że górował nad każdym, kto stanął przed nim.

Żukmistrz był hybrydą człowieka i żuka.

Jego twarz, poorana zmarszczkami, o ziemistym, zielonkawo-brązowym odcieniu skóry, przypominała maskę wyrzeźbioną przez czas. Oczy miał wielkie, ciemne i błyszczące jak onyksy, odbijające światło w sposób nieludzki, jakby w ich głębi kryły się inne światy. Z czoła wyrastały trzy cienkie, segmentowane czułki, które drgały, gdy skupiał się na magii. Mówiono, że dzięki nim wyczuwa zakłócenia w tkance rzeczywistości, tak jak owad wyczuwa drgania powietrza.

Był przygarbiony, lecz stabilny. Każdy jego krok był powolny, wyważony, jakby stąpał po granicy dwóch światów.

Pod ciężkim płaszczem krył się chitynowy pancerz, połyskujący w świetle niczym czarne szkliwo.

Jego szata była długa, ciemna, z kapturem, który zdawał się starszy niż on sam. Materiał był ciężki, przetarty, ale zdobiony subtelnymi wzorami przypominającymi sieć owadzich skrzydeł. Na ramionach spoczywał płaszcz, którego brzegi były postrzępione, jakby nadgryzione przez czas. W dłoni trzymał laskę — krótki, skręcony kij z drewna, zakończony kryształem pulsującym jak odwłok świetlika. Kryształ nie tylko świecił, ale zdawał się oddychać, jakby był żywą istotą.

Wokół Żukmistrza powietrze drżało, jakby wibrowało od tysięcy skrzydeł.

Kiedy przemówił, jego głos był niski, chrapliwy, a każde słowo brzmiało jak echo pradawnych zaklęć. Nawet cisza po jego wypowiedzi zdawała się cięższa, jakby świat wstrzymywał oddech.

Jego obecność sprawiała, że portale same otwierały się w cieniu jego kroków, a stworzenia — nawet te dzikie i nieujarzmione — milkły i kłaniały się, jakby rozpoznawały w nim swojego pana.

Był władcą portali. Potrafił otwierać przejścia między światami jednym gestem dłoni. Był zaklinaczem stworzeń, a jego więź z istotami Wolmordu sięgała głębiej niż więź zwykłych ludzi z ich towarzyszami.

Żukmistrz był jak żywa przypowieść. Jego niski wzrost przypominał, że wielkość nie mierzy się ciałem, lecz duchem.

Owadzia natura symbolizowała wytrwałość, siłę wspólnoty i zdolność do przetrwania w każdych warunkach. Trzy czułki były znakiem jego trójdzielnej mądrości: wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Niektórzy mówili, że Sadu Ronso pamięta czasy, gdy Wolmord dopiero nasiąkał magią. Że widział Pierwsze Stworzenia i rozmawiał z nimi w językach, których nikt już nie zna. Inni twierdzili, że sam jest jednym z nich — że jego ludzka forma to tylko maska, a prawdziwe oblicze Żukmistrza kryje się w cieniu portali.

Żukmistrz nie był tylko nauczycielem. Był granicą. Żywą linią oddzielającą świat ludzi od świata pradawnych istot.

W jego twierdzy panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest skrzydeł niewidzialnych owadów. Portale lśniły wzdłuż ścian jak żywe lustra, w których migotały obrazy niezliczonych istot — od najmniejszych, skrzydlatych duszków, po olbrzymie bestie, których sam widok mógłby złamać serce wojownika.

Żukmistrz uniósł laskę, a kryształ na jej końcu rozjarzył się pulsującym światłem.

— Możecie wybrać dowolne stworzenie — jego głos zabrzmiał jak echo w kamiennej sali. — Ale pamiętajcie, że nie wszystko jest wam dostępne. Smoki, Feniksy, Behemoty, Hydry i inne elitarne istoty… te wymagają ukończenia szkolenia.

Khor zrobił krok naprzód. Jego oczy błyszczały, gdy spoglądał na portale. W jednym z nich ujrzał skrzydła bielsze niż śnieg i sylwetkę, która zdawała się promieniować światłem.

— Pegaz — wyszeptał, a w jego głosie brzmiała mieszanina zachwytu i pewności. — To on. To mój wybór.

Żukmistrz skinął głową. Czułki na jego czole drgnęły, a powietrze w sali zadrżało. Z portalu wysunął się blask, który uformował się w naszyjnik. W jego sercu pulsował kryształ, w którym zaklęty był Pegaz.

— Dotknij go, a przybędzie. Wezwij go, a usłyszy twój głos, choćbyś był na krańcu świata. — Żukmistrz podał naszyjnik Khoro­wi.

Chłopak ujął go drżącą dłonią, a w jego oczach pojawił się płomień dumy.

— „Bracie…” — odezwała się Kora, patrząc na niego z lekkim uśmiechem. — „Zawsze marzyłeś o wolności nieba.”

— „A ty?” — odparł Khor, unosząc podbródek. — „Co wybierzesz, siostro oceanu?”

Kora spojrzała na portale. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetce, która wyłaniała się z mroku: olbrzym, którego rogi lśniły jak ostrza, a w dłoni dzierżył topór wykuty ze smoczego tijanu. Jego oddech był jak grzmot, a każdy ruch emanował siłą.

— Minotaur — powiedziała stanowczo. — Niech będzie moim towarzyszem. Niech jego siła stanie się moją tarczą i moim orężem.

Żukmistrz uniósł laskę po raz drugi. Tym razem z portalu wysunął się pierścień, ciężki, zdobiony runami, które jarzyły się czerwienią. W jego wnętrzu pulsowała sylwetka Minotaura, jakby czekał tylko na wezwanie.

— On odpowie na twój gniew i twoją wolę. Ale pamiętaj, Koro: kto wybiera siłę, musi nauczyć się ją poskramiać.

Dziewczyna ujęła pierścień i wsunęła go na palec. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega fala energii, ciężka i potężna, jakby sama ziemia oddała jej część swojej mocy.

Żukmistrz spojrzał na rodzeństwo, a jego oczy błyszczały jak dwa czarne klejnoty.

— Oto wasze pierwsze kroki. Ale to dopiero początek.

Uniósł laskę i z powietrza wysunął się zwój, na którym rozpostarła się mapa. Linie drżały, jakby były żywe, a punkty na niej pulsowały niczym serca.

— Tu znajdziecie misje, które musicie wykonać. Dopiero wtedy zdobędziecie prawo do stworzeń elitarnych.

Khor i Kora spojrzeli na siebie. W ich oczach tlił się ogień i ocean — dwie siły, które od tej chwili miały iść razem.Rozdział III — Labirynt i las

Tak zaczyna się ich podróż — ku przygodzie, ku przeznaczeniu, ku tajemnicy, która czeka w sercu Wolmordu.

Pierwsza misja prowadziła ich do Labiryntu Przemiany. Nie był on zwykłym tworem kamienia i magii. To żywa budowla, wykuta w sercu skalnej przełęczy, gdzie ziemia od wieków drżała od pradawnych zaklęć. Mówiono, że nie został zbudowany ręką człowieka, lecz wyrósł sam, jakby skały ułożyły się w korytarze pod wpływem woli bogów.

Wejście do Labiryntu przypominało paszczę olbrzymiego stwora. Łuk skalny, porośnięty mchem i czarnymi pnączami, tworzył bramę, która zdawała się oddychać. Nad nią wyrzeźbione były twarze — jedne uśmiechały się złowrogo, inne płakały kamiennymi łzami. Nie było wiadomo, czy to dzieło dawnych rzeźbiarzy, czy kaprys samej natury.

Powietrze przy wejściu było ciężkie, pachniało wilgocią, rdzą i ozonem, jakby burza nigdy stąd nie odeszła.

Kora zatrzymała się przed bramą i spojrzała na brata.

— „Czujesz to?” — wyszeptała. — „Jakby sam labirynt nas obserwował.”

Khor zmrużył oczy, a jego dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza. — „Nie tylko obserwuje. On czeka.”

Wnętrze tonęło w mroku, rozświetlanym jedynie blaskiem kryształów, które wyrastały ze ścian niczym zamrożone błyskawice. Jedne świeciły bladym błękitem, inne pulsowały czerwienią, jakby w ich wnętrzu płynęła krew. Ściany były chropowate, zimne, czasem wilgotne od sączącej się wody. W niektórych miejscach pokrywały je runy, które zmieniały kształt, gdy tylko odwracało się wzrok.

Podłoga była nierówna, pełna szczelin. Zdarzało się, że kamień nagle zapadał się pod stopami, odsłaniając przepaść, której dna nie sposób było dostrzec. Każdy korytarz zdawał się prowadzić w inną stronę, a echo kroków mieszało się z odgłosami, które nie należały do nikogo.

Labirynt nie był tylko miejscem fizycznym — był także próbą umysłu. Ściany potrafiły zmieniać kształt, a korytarze wydłużały się w nieskończoność. Czasem pojawiały się obrazy bliskich, które kusiły, by zejść z właściwej ścieżki. Kamienne kolumny spadały nagle z sufitu, podmuchy wiatru gasiły światło kryształów, a całe sale obracały się jak tryby w machinie, zmieniając układ przejść.

W ciemności słychać było głosy — jedne obiecywały pomoc, inne groziły. Nie wiadomo było, czy to echo, duchy, czy sam Labirynt przemawiał.

— „Słyszysz to?” — spytała Kora, a jej głos odbił się dziesiątkami zniekształconych powtórzeń.

— „Tak…” — odpowiedział Khor, a echo powtórzyło jego słowa, lecz innym tonem, jakby mówiła je obca istota.

Labirynt składał się nie tylko z korytarzy, ale i z ogromnych sal.

Pierwsza była Sala Zwierciadeł. Ściany pokrywały lustra z czarnego szkła. Każde odbicie pokazywało inną wersję tego, kim podróżnik mógłby się stać: bohatera, tyrana, martwego wojownika, dziecko, starca. Kora i Khor zatrzymali się przed swoimi odbiciami, a ich serca zabiły szybciej.

Kolejna była Sala Echa, gdzie każde słowo powtarzało się dziesiątki razy, ale zniekształcone, jakby mówiły je inne istoty. Nawet oddech brzmiał tu jak szept tłumu.

Ostatnim etapem Labiryntu była Sala Przemiany — serce budowli, gdzie magia była najgęstsza, a powietrze drżało od niewidzialnej mocy.

Gdy Kora i Khor przekroczyli próg, powitały ich chochliki — drobne, skrzydlate istoty, które wyglądały jak skrzyżowanie nietoperza i dziecka o zbyt dużych oczach. Ich spojrzenia lśniły jak krople rtęci, zimne i nieludzkie.

Ich skrzydła były cienkie jak pergamin, ale ostre jak brzytwy, a każdy trzepot niósł ze sobą sykliwy śmiech, który odbijał się od ścian labiryntu jak szydercze echo. Zęby miały drobne, lecz ostre, a pazury wydłużone, idealne do drapania i rozszarpywania.

Nie były silne, ale ich przewagą była liczba i przebiegłość. Potrafiły nagle zniknąć w cieniu, by po chwili wyskoczyć zza pleców, szepcząc do ucha obelgi i kłamstwa, które mieszały w głowie.

Kora poczuła, jak jeden z nich musnął jej ramię, a w głowie rozbrzmiał głos:

— „On cię zdradzi… twój brat cię zdradzi…”

Dziewczyna zacisnęła pięści, wiedząc, że to tylko iluzja, ale serce i tak zabiło szybciej. Spojrzała na Khora, jakby chciała upewnić się, że to wciąż on, jej brat, a nie cień podszeptów.

— „Nie słuchaj ich, Koro!” — zawołał Khor, widząc jej drżenie. — „To kłamstwa!”

W tej samej chwili uniósł dłoń i po raz pierwszy przywołał Pegiego. Skrzydlaty rumak zstąpił z portalu jak posłaniec niebios, a jego kopyta zadudniły o kamienną posadzkę. Z nozdrzy buchnęła para, a skrzydła rozpostarły się szeroko, rozświetlając mrok blaskiem srebrzystych piór.

Widząc to, chochliki zawyły i wzbiły się w powietrze, tworząc wir czarnych cieni. Ich sykliwy chór rozbrzmiał w całym labiryncie, a echo niosło się jak ostrzeżenie.

Z cienia wyłonił się Cerber — piekielny ogar o trzech głowach.

Pierwsza głowa zionęła ogniem, a każdy oddech rozżarzał powietrze do czerwoności. Druga pluła lodem, a jej oddech zamrażał kryształy na ścianach, które pękały z trzaskiem. Trzecia niosła truciznę — z pyska kapała czarna, gęsta ślina, która syczała, gdy spadała na kamień, wypalając w nim dziury.

Jego ciało było masywne, pokryte czarną sierścią, która miejscami przypominała łuski. Oczy wszystkich trzech głów jarzyły się jak węgle, a ogon, zakończony kolcem, uderzał o ziemię niczym młot bojowy.

Cerber, wspierany przez chmarę chochlików, osaczył Pegaza.

— „Wzbij się! Oślep ich!” — krzyknął Khor.

Pegaz, z hukiem skrzydeł, poderwał się w górę. Powietrze zawyło, a wir piasku i odłamków kryształów wzbił się w powietrze, oślepiając chochliki. Te, oślepione, zaczęły wpadać na siebie, ich sykliwy śmiech zamienił się w wrzask.

Cerber jednak nie dał się zwieść. Jedna głowa zionęła ogniem, druga lodem, trzecia jadem — trzy żywioły uderzyły jednocześnie, tworząc chaos, w którym nawet Pegaz miał trudności, by utrzymać się w powietrzu.

Kora poczuła, jak jej serce ściska strach. — „Khor! On nas zmiażdży!” — zawołała, ale w jej głosie brzmiała też determinacja.

W tej samej chwili przywołała Mino — swego Minotaura. Potężny wojownik runął na Cerbera, a ziemia zadrżała pod jego ciężarem. Jego topór z tijanowej stali rozciął mrok, a iskry posypały się jak gwiazdy.

Minotaur starł się z Cerberem w walce, która była jak zderzenie dwóch światów.

Topór uderzał o kły, skrzydła Pegaza rozcinały powietrze, a chochliki wirowały wokół jak rojowisko szerszeni.

— „Razem, Koro!” — krzyknął Khor, a jego głos odbił się echem od ścian.

— „Razem!” — odpowiedziała, unosząc dłoń, jakby jej własna wola mogła wesprzeć Mino.

To nie była zwykła próba. To był test ich więzi. Ogień i ocean, światło i cień musiały walczyć jako jedno.

Gdy Minotaur zadał decydujący cios, a Cerber runął na ziemię, labirynt zadrżał. Kryształy rozbłysły jaśniej, a chochliki rozpierzchły się w panice, znikając w szczelinach skał.

Pierwsze zadanie zostało zakończone. Ale Kora i Khor wiedzieli, że to dopiero początek.

Dalej labirynt otworzył się na egzotyczny las — tropikalny raj ukryty w kamiennym sercu góry. Powietrze było ciężkie od zapachu żywicy, słodkiego i lepkiego, który osiadał na języku niczym miód. Liście szeptały w języku, którego Kora i Khor nie znali, a jednak czuli, że każde drżenie gałęzi niesie znaczenie, jakby sam las próbował ich powitać.

Światło wpadało przez sklepienie koron wąskimi smugami, które tańczyły na ziemi, rozświetlając mech i paprocie. W oddali szemrała woda, a gdzieś ponad nimi rozbrzmiewał śpiew ptaków o barwach tak jaskrawych, że wyglądały jak żywe klejnoty.

Z gęstwiny wyszły Koroludy — drzewa o ludzkich duszach, potomkowie dawnych ludzi, którzy zostali zatopieni w żywicy i spleceni z korą. Ich sylwetki były potężne, a zarazem dostojne. Twarze przypominały maski wyrzeźbione z drewna, poorane sękami i żyłami żywicy, która spływała jak łzy. Oczy mieli głębokie, bursztynowe, w których tlił się blask pradawnej mądrości.

Ich brody były jak długie, zwisające korzenie, a na głowach nosili korony z gałęzi i porostów. Każdy ich krok brzmiał jak trzask pękającej gałęzi, a jednak poruszali się z gracją, jakby byli częścią samej ziemi.

Nie przyszli walczyć. Ich głosy były głębokie, szorstkie, przypominające szum wichru w koronach drzew.

— „Nie jesteście wrogami” — odezwał się najstarszy z nich, którego korona z gałęzi przypominała jelenie poroże. Jego głos niósł się jak echo burzy. — „Ale w głębi tego lasu czai się cień, którego nawet my się lękamy. Idźcie ostrożnie.”

Kora i Khor wymienili spojrzenia. Po raz pierwszy od wejścia do labiryntu poczuli, że ktoś ich rozumie, że nie są sami w tej próbie.

Inny Korolud podszedł bliżej i podał rodzeństwu kryształowe naczynie wypełnione gęstym, złocistym płynem.

— „To sok żywicy” — powiedział, a jego oczy błysnęły ciepłem. — „Uleczy wasze rany i ukoi serca. Przyjmijcie go jako dar.”

Kora skinęła głową z wdzięcznością, a jej głos zadrżał lekko:

— „Dziękujemy. Nie zapomnimy tej dobroci.”

W zamian Kora i Khor pomogli Koroludom nawodnić ich osadę. Wioska była spleciona z żywych drzew, których konary tworzyły dachy, a pnie — ściany domostw. Strumienie, które niegdyś płynęły obficie, teraz wyschły, a ziemia spękała.

Khor, z pomocą Pegaza, wzbił się ponad las i odnalazł ukryte źródło, które zostało zasypane kamieniami. Kora, wraz z Minotaurem, odsunęła głazy, a woda znów popłynęła, rozlewając się po kanałach wykutych w korzeniach.

Koroludy uniosły ramiona ku niebu, a ich głosy zabrzmiały jak pieśń wiatru, jak modlitwa drzew do samej planety.

— „Ziemia znów oddycha. Jesteście przyjaciółmi lasu.”

Następnego dnia, już ze swoimi towarzyszami, rodzeństwo zostało zaproszone do serca wioski. Tam, w cieniu największego drzewa, nauczyli się rozmawiać z Mino i Pegim.

Pegaz z początku odpowiadał tylko gestami i spojrzeniami, ale dzięki sokowi Koroludów jego głos stał się wyraźniejszy w myślach Khora.

Minotaur, dotąd dziki i nieufny, usiadł obok Kory, a jego oddech zwolnił. Gdy dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu, spojrzał na nią oczami, w których po raz pierwszy nie było gniewu, lecz spokój.

— „Mino…” — wyszeptała Kora. — „Tak będę cię nazywać. Jesteś moim towarzyszem.”

Minotaur skinął głową, a jego ryk zabrzmiał jak przyjęcie przysięgi.

— „A ty, Pegi” — powiedział Khor, głaszcząc szyję Pegaza. — „Razem polecimy dalej, dokądkolwiek los nas poprowadzi.”

Wieczorem wioska rozbrzmiała pieśnią Koroludów. Ich głosy były jak szum lasu, jak trzask ognia i jak echo pradawnych czasów. Kora i Khor siedzieli przy ognisku z żywicy, która paliła się jasnym, złotym płomieniem, a ich serca były spokojne.

Wiedzieli, że droga przed nimi będzie trudna, ale teraz nie byli już sami. Mieli siebie, mieli swoich towarzyszy i mieli błogosławieństwo lasu.

W mroku lasu rozległo się wycie, które nie należało do żadnego znanego zwierzęcia. Echo niosło się po koronach drzew, a ptaki zerwały się z gałęzi w panice. Chwilę później ciszę rozdarł trzask łamanych konarów.

Z nieba runęła Chimera — skrzydlata bestia, której widok mroził krew w żyłach.

Jej głowa była głową tygrysa szablozębnego, z kłami długimi jak miecze, ociekającymi śliną, która syczała, gdy spadała na ziemię. Ciało miała orła, pokryte piórami o barwie nocy, a skrzydła rozpościerały się szeroko, zasłaniając gwiazdy.

Z jej grzbietu wyrastał ogon węża, wijący się jak żywy bat, którego jad mógł zabić w sekundę. Jej ryk był mieszaniną ryku, skrzeku i syku — dźwiękiem, który brzmiał jak głos samego chaosu.

Mino nie czekał. Minotaur runął naprzód, a ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem. Jego topór błysnął w świetle księżyców i z hukiem uderzył w skrzydło Chimery. Kości pękły, a pióra rozsypały się jak czarne płatki.

Bestia zawyła i poderwała się w powietrze, trzepocząc zranionym skrzydłem. Jej lot był chwiejny, ale wciąż śmiertelnie groźny.

— „Mino, uważaj!” — krzyknęła Kora, widząc, jak ogon węża próbuje owinąć się wokół szyi jej towarzysza.

Chimera pikowała w stronę bohaterów. Jej szpony rozdarły powietrze, a ogon błysnął jadem. Pegaz wzbił się, by osłonić Khora, ale potwór uderzył go jednym ciosem. Krew rozprysła się na liściach, a skrzydła Pegiego zadrżały.

— „Pegi!” — krzyknął Khor, serce ścisnęło mu się w gniewie i strachu.

Pegaz, choć ranny, wciąż trzepotał skrzydłami, starając się utrzymać w powietrzu.

Khor poczuł, jak coś w nim pęka. Jakby wszystkie lata treningu, wszystkie sny i wszystkie lęki zebrały się w jednym punkcie. Jego ciało drżało, a powietrze wokół niego zgęstniało.

— „Nie… skrzywdzisz… ich!” — wyszeptał, a jego głos brzmiał jak grzmot.

Z jego dłoni wystrzeliła fala ki — czysta, nieokiełznana energia, która rozdarła noc. Uderzyła w Chimerę z taką siłą, że bestia zatrzymała się w locie, jakby czas na chwilę stanął w miejscu. Jej skrzydła rozpadły się w pył, ogon węża zwisł bezwładnie, a rycząca paszcza roztrzaskała się w świetle eksplozji.

Chimera runęła na ziemię, a jej ciało rozpadło się w chmurę czarnego dymu, który rozwiał się wśród drzew.

Kora patrzyła na brata szeroko otwartymi oczami.

— „Khor… co to było?”

On sam stał jeszcze chwilę, dysząc ciężko, a jego dłonie wciąż drżały od mocy, która dopiero co przez niego przepłynęła.

— „Nie wiem…” — odpowiedział cicho. — „Ale czuję, że to dopiero początek.”

Pegaz osunął się na ziemię, ranny, lecz żywy. Kora uklękła przy nim, przykładając dłoń do jego szyi, czując szybkie, ale mocne bicie serca. Mino stanął obok, trzymając topór jak strażnik, gotów odeprzeć każdy kolejny atak.

W lesie znów zapadła cisza. Ale nie była to cisza spokoju — to była cisza, która zwiastowała, że większe niebezpieczeństwa dopiero nadchodzą.

Kora spojrzała na brata. W jej oczach mieszał się strach i podziw.

— „Khor… jeśli ta moc jest w tobie, musisz ją zrozumieć. Inaczej ona zrozumie ciebie.”

Khor spuścił wzrok, a jego pięści wciąż drżały.

— „Wiem. Ale teraz… teraz najważniejsze, że żyjemy.”

Nad nimi księżyce Wolmordu rozświetlały las srebrnym blaskiem, a w powietrzu unosił się zapach spalonego powietrza i żywicy. To była noc zwycięstwa, ale i ostrzeżenia.Rozdział IV — Wioska Mistrzów

Po wyjściu z lasu, gdzie echo pieśni Koroludów wciąż brzmiało w ich sercach, Kora i Khor trafili do osady mistrzów — miejsca, które było jak żywe serce Wolmordu.

Osada rozciągała się na rozległej równinie, otoczonej górami, które lśniły runami widocznymi tylko w świetle księżyców. Z oddali wyglądała jak miasto utkane ze światła i dymu, a im bliżej podchodzili, tym wyraźniej czuli pulsującą w powietrzu magię.

Alchemicy pracowali w kamiennych warsztatach, gdzie powietrze pachniało siarką, ziołami i metalem. Ich kociołki bulgotały, a opary unosiły się w barwach zieleni i fioletu, tworząc fantastyczne kształty, które rozpływały się w powietrzu.

Magowie unosili się nad placem, ćwicząc zaklęcia, które rozświetlały niebo błyskami błękitu i złota. Każdy gest dłoni kreślił w powietrzu runy, które wirowały, zanim znikały jak iskry.

Kowale wykuwali broń, której klingi śpiewały, gdy uderzały o kowadła. Echo ich pracy mieszało się z hukiem zaklęć, tworząc symfonię stali i magii.

Władcy run rzeźbili symbole w kamieniach, a każdy znak pulsował własnym światłem, jakby w ich dłoniach rodziły się nowe prawa rzeczywistości.

Mistrzowie portali otwierali przejścia, przez które można było zajrzeć do innych światów — czasem tylko na chwilę, zanim zamknęły się jak powieki. W tych krótkich momentach można było dostrzec obce nieba, oceany pełne dziwnych stworzeń, a nawet miasta, które nie istniały w tym świecie.

Było to miejsce, gdzie każdy oddech niósł moc, a każdy krok przypominał, że magia i rzemiosło są tu jednością.

Kora i Khor zatrzymali się na placu, chłonąc widok.

— „To… jest jak sen” — wyszeptała Kora, a jej oczy lśniły zachwytem.

— „Nie sen” — odparł Khor, zaciskając dłonie w pięści. — „To początek naszej drogi.”

Chwilę później rozdzielili się, każdy wybierając własną ścieżkę.

Kora postanowiła szkolić się w walce wręcz i w opanowaniu swoich towarzyszy. Jej serce płonęło pragnieniem, by ujarzmić stworzenie, które od dawna nawiedzało jej sny — Hydrę.

Khor udał się do Sanktuarium Magii, gdzie w ciszy i skupieniu miał wzmocnić swoje zdolności telepatyczne i siłę ki.

Kora dotarła do twierdzy, która wyglądała jak świątynia wyrzeźbiona z żywego kamienia. Jej mury oplatały pnącza, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł i mokrej ziemi. Wysokie schody prowadziły ku wejściu, a każdy stopień zdawał się szeptać w języku, którego nie znała.

Na szczycie schodów czekała Mistrzyni Kamara — kapłanka stworzeń. Jej sylwetka była smukła, a oczy lśniły zielenią, jakby odbijały światło lasu. W dłoni trzymała laskę zakończoną kryształem, w którym wirowały obrazy zwierząt — od najmniejszych owadów po smoki.

Kamara uniosła laskę, a kryształ rozbłysnął.

— „Pragniesz ujarzmić Hydrę?” — zapytała głosem, który brzmiał jak szelest liści, ale w tonie kryła się nuta ostrzeżenia.

Kora uniosła podbródek.

— „Tak. Od dawna widzę ją w snach. Wiem, że to moje przeznaczenie.”

Kamara uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu czaiła się powaga.

— „Hydra nie poddaje się nikomu. Jej głowy są jak lęki i gniewy, które kryją się w sercu. Jeśli chcesz spróbować, musisz najpierw zdobyć kroplę wody z dna oceanu. Tylko ona otworzy ci drogę.”

Kora poczuła, jak serce przyspiesza. To nie była tylko próba siły — to był test odwagi i wiary w siebie.

Kora udała się do Khora, który trenował w wiosce mistrzów. Zastała go w chwili, gdy siedział w kręgu run, a jego ciało otaczała aura błękitnej energii. Runy pulsowały, jakby oddychały razem z nim.

— „Bracie, potrzebuję cię.”

Khor otworzył oczy. W jego spojrzeniu widać było zmęczenie, ale i determinację.

— „Niechętnie opuszczam naukę…” — powiedział cicho, a jego głos drżał od wysiłku. Pot spływał mu po skroni, a dłonie wciąż drżały od mocy. — „Ale jeśli to ważne, pójdę z tobą.”

Kora uśmiechnęła się lekko, a w jej oczach błysnęła wdzięczność.

— „Razem, jak zawsze.”

Wspólnie, na grzbiecie Pegaza, wznieśli się w przestworza. Wiatr smagał ich twarze, a pod nimi rozciągały się równiny i lasy Wolmordu, mieniące się w blasku księżyców jak morze zieleni i srebra. Pegaz trzepotał skrzydłami, a każdy jego ruch rozcinał powietrze niczym ostrze.

Kora objęła grzywę stworzenia, czując, jak serce bije jej szybciej.

— „Czujesz to, bracie? Jakby cały świat patrzył na nas z góry.”

Khor uśmiechnął się krótko, choć w jego oczach tliła się powaga.

— „Nie patrzy. On nas sprawdza.”

W tej samej chwili niebo rozdarło się blaskiem. Przed nimi ukazała się postać otoczona światłem — miała twarz ludzką, ale nieziemską, a jej głos brzmiał jak echo anielskich chórów.

— „Prawda czeka w krypcie na bagnach, na północ od wioski mistrzów.”

Rodzeństwo spojrzało na siebie, a serca zabiły im szybciej.

— „Musicie odnaleźć urnę, na której spisana jest przepowiednia.”

Słowa zawisły w powietrzu jak pieczęć losu. Po chwili postać zniknęła, a niebo znów stało się ciemne i ciche.

Na brzegu oceanu powitał ich widok niezwykły. Plaża miała piasek w kolorze bladego różu, a fale rozbijały się o brzeg, niosąc ze sobą zapach soli i tajemnicy. Horyzont zdawał się drżeć, jakby woda kryła w sobie coś więcej niż tylko głębię.

Khor spojrzał na siostrę.

— „Jakie jest moje zadanie?”

Kora odwróciła się ku niemu, a w jej oczach błyszczała determinacja.

— „Stwórz wokół mnie bańkę z tlenem i barierą ciśnieniową. Potem zepchnij mnie na samo dno.”

Khor skinął głową i uniósł dłonie. Aura błękitnej energii otoczyła Korę, tworząc przejrzystą sferę. Pot spływał mu po czole, a dłonie drżały od wysiłku.

— „Wytrzymam…” — wyszeptał, choć sam czuł, że siły go opuszczają.

Kora, widząc jego zmagania, sięgnęła po własną moc. W jej dłoniach pojawiły się dwa magiczne wachlarze, które rozbłysły błękitnym światłem. Jednym ruchem rozcięła wodę przed sobą i, niczym błyskawica, pomknęła w głąb oceanu.

Na samym dnie panowała cisza, którą zna tylko głębia. Ciemność była gęsta, a jedynym światłem były kryształy wyrastające z dna, jarzące się jak uśpione gwiazdy. Kora czuła, jak ciśnienie przygniata jej ciało, ale jej serce biło mocniej niż strach.

Wyciągnęła małą buteleczkę i zaczarowaną strzykawkę. Przebiła barierę i pobrała kroplę wody z samego dna. Kropla rozbłysła w szkle jak żywy klejnot, jakby zawierała w sobie echo pradawnych oceanów.

Telepatyczny szept połączył ich umysły.

— „Jeszcze chwila, siostro…” — wyszeptał Khor, mobilizując resztki sił.

Bańka uniosła Korę ku powierzchni, a fala wyrzuciła ją na brzeg. Leżała przez moment, dysząc ciężko, a piasek różowej plaży kleił się do jej skóry.

Khor podbiegł do niej, pomagając jej wstać.

— „Masz ją?”

Kora uniosła buteleczkę, w której błyszczała kropla wody.

— „Mam. I czuję, że to dopiero początek.”

Kora udała się do Mistrzyni Kamary. Kapłanka stworzeń, widząc kroplę, uśmiechnęła się z uznaniem.

— „Z wielką przyjemnością będę cię uczyła. Odpocznij, bo jutro czeka cię ciężki dzień.”

Kora poczuła, że właśnie otworzyła drzwi do nowego rozdziału swojego przeznaczenia.

W tym samym czasie, gdy Kora przygotowywała się do swego rytuału, Khor kończył trening ducha. Jego mistrzowie nauczyli go panować nad własnym gniewem, wsłuchiwać się w głos Pegaza i wyciszać umysł, aż stawał się jak spokojna tafla jeziora. Ale wiedział, że to dopiero początek.

Kolejnym krokiem była wyprawa na wulkan, gdzie mieszkał Zaklinacz Feniksa — strażnik ognia odrodzenia.

W połowie drogi na szczyt znajdowała się chata mistrza Fjiu. Była to budowla z czarnego kamienia, opleciona korzeniami, które przetrwały nawet w tym piekle. Dach pokrywały popioły, a z komina unosił się dym o zapachu siarki i ziół.

Przed chatą siedział starzec o twarzy pooranej zmarszczkami, które przypominały spękaną ziemię. Jego oczy jarzyły się jak dwa węgle, a dłonie drżały, gdy opierał się na lasce.

— „Przynieś mi dzban lawy, a otrzymasz trening” — powiedział głosem chrapliwym, jakby sam wulkan przemawiał przez niego. — „Pamiętaj, ujarzmić Feniksa może tylko czysta i dobra dusza.”

Khor skinął głową, nie odpowiadając słowem. Wiedział, że to próba, której nie można obejść.

Razem z Pegazem ruszył w górę. Wulkan ryczał ogniem, a powietrze drżało od gorąca.

Ziemia była spękana, a z każdej szczeliny buchała para. Kamienie były tak rozgrzane, że stopiłyby żelazo, a niebo nad kraterem przybrało barwę krwi.

Pegaz stąpał ostrożnie, jego skrzydła drżały, a nozdrza parowały od gorąca.

— „Jeszcze kawałek, przyjacielu” — szepnął Khor, głaszcząc jego szyję.

Na moment zatrzymali się przy skalnym występie, gdzie lawa spływała jak rzeka światła. Khor usiadł obok Pegaza, a płomienie odbijały się w jego oczach. To była ich chwila „ogniska” — nie z drewna i iskier, lecz z samego serca ziemi.

— „Jeśli upadnę, Pegi… dokończysz tę drogę beze mnie” — wyszeptał. Pegaz zarżał cicho, jakby sprzeciwiał się tym słowom, a jego skrzydła otuliły chłopaka niczym płaszcz.

Gdy tylko próbował napełnić naczynie lawą, ziemia zadrżała. Z wnętrza skał wyłonił się skalny olbrzym — żywiołak ognia i ziemi.

Jego ciało było zbudowane z głazów, które spajały rozżarzone pęknięcia. Każdy ruch powodował, że z jego wnętrza sypały się iskry i płonące odłamki. Oczy miał jak dwa kraterowe ognie, a jego oddech był gorętszy niż sam wulkan.

— „Nie jesteś godzien!” — ryknął głosem, który był jak grzmot i trzask lawy.

Potwór uderzył pięścią w ziemię, a fala ognia rozlała się po zboczu. Khor runął na kamienie, czując, jak gorąco pali mu skórę.

Podniósł się, chwiejny, ale zdeterminowany.

— „Nie odejdę bez tej próby!” — krzyknął, a jego głos odbił się echem od ścian krateru.

Skupił się, a jego ciało otoczyła aura błękitnej energii. Ki pulsowała w jego dłoniach, aż powietrze wokół zadrżało.

Żywiołak zamachnął się ponownie, ale Khor uskoczył i uderzył w jego pierś falą energii. Głazy rozpadły się, a rozżarzone pęknięcia rozsypały się jak deszcz iskier.

Olbrzym zawył, a jego ciało rozpadło się na fragmenty, które spadły wprost do krateru.

Ale Khor wiedział, że to nie koniec. Żywiołak nie zginął — tylko wrócił do swego żywiołu.

Miał jednak czas. Szybko napełnił dzban lawą, której blask pulsował jak serce. Czuł, że każdy oddech w tym miejscu jest walką o życie, ale nie ustąpił.

Pegaz, choć zmęczony, uniósł go z powrotem w dół zbocza.

Mistrz Fjiu czekał przed chatą. Gdy zobaczył dzban, jego oczy rozbłysły.

— „Dobrze. Masz odwagę i siłę. Ale pamiętaj, Khorze — ujarzmić Feniksa może tylko ten, kto nie nosi w sercu cienia. Jutro rozpoczniemy twój trening.”

Khor skinął głową. Wiedział, że to dopiero początek… ale w głębi serca czuł, że płomień, który dziś rozpalił, nigdy już nie zgaśnie.Rozdział V — Krypta

Minęły tygodnie. Bliźnięta ukończyły swoje szkolenia i podziękowały mistrzom, którzy otworzyli przed nimi nowe ścieżki.

Kora stała się Zaklinaczką Dusz — mistrzynią w ujarzmianiu stworzeń, szczególnie wodnych, i w tworzeniu broni utkanej z czystej energii. Jej wachlarze i włócznie powstawały z samego światła, a każde zaklęcie niosło echo pradawnych pieśni.

Khor został Magiem Umysłu — telepatą zdolnym zaklinać wybrane istoty, mistrzem Feniksa, którego płomienie oczyszczały i niszczyły zarazem. Jego aura była jak ocean — spokojna na powierzchni, ale kryjąca w sobie burzę.

Teraz razem wyruszyli ku krypcie na bagnach, o której mówił duch.

Bagna były jak inny świat. Mgła była gęsta jak mleko, spowijała drzewa i wodę, tłumiła każdy dźwięk. Krople rosy osiadały na włosach i ubraniach, a powietrze pachniało gnijącymi liśćmi i wilgocią.

— „Nie widzę nawet własnej dłoni…” — mruknęła Kora, mrużąc oczy.

— „Pegi, rozgoń to.” — polecił Khor.

Pegaz rozpostarł skrzydła i z mocnym trzepotem rozciął mgłę. Opary rozstąpiły się, ukazując w oddali sylwetkę krypty.

Jej mury były czarne, porośnięte mchem, a wejście przypominało paszczę bestii.

Przed wejściem stały dwie istoty. Szaregęsi — hybrydy gęsi i wilka.

Ich ciała były masywne, nogi porośnięte sierścią, a skrzydła, choć krótkie, trzepotały nerwowo, rozpryskując błoto. Z dziobów sterczały wilcze kły, ociekające śliną, a ich oczy jarzyły się czerwienią. Ich głosy były mieszaniną syku i wycia, dźwiękiem, który przypominał koszmarne echo.

— „Nie przejdziecie…” — zawyły jednocześnie, a ich głosy rozniosły się po bagnach, sprawiając, że drzewa zadrżały, a woda w kałużach zafalowała.

Kora przywołała Mino. Minotaur runął do szarży, a ziemia zadrżała pod jego kopytami. Jego topór zatoczył szeroki łuk i powalił jedną z bestii.

Ale Szaregęsi nie były zwykłymi strażnikami. Upadły, lecz zaraz podniosły się, ich rany zarosły, a oczy zapłonęły jeszcze mocniej.

— „One się regenerują!” — krzyknęła Kora, a w jej głosie brzmiała złość i niepokój.

Nie tracąc czasu, wyczarowała włócznię z energii. Jej ostrze rozbłysło błękitem, a gdy ugodziła jedną z bestii, rozległ się syk, jakby uderzyła w samą mgłę. Potwór zawył i cofnął się, ale nie padł.

Druga Szaragęś rzuciła się na Minotaura, wbijając kły w jego ramię. Mino zawył, a Kora poczuła, jak jej serce ściska strach.

— „Mino! Wytrzymaj!” — zawołała, a jej wachlarze rozbłysły, tworząc tarczę światła, która odrzuciła bestię.

W tym czasie Khor uniósł się w powietrze. Jego oczy rozbłysły błękitem, a wokół niego pojawiła się aura Feniksa — płomienie tańczące w powietrzu.

— „Dosyć.” — jego głos zabrzmiał jak grzmot, a echo poniosło się po bagnach.

Oba potwory uniosły się wraz z nim, szarpiąc się i wijąc w powietrzu, jakby niewidzialne dłonie zacisnęły się na ich ciałach. Szaregęsi syczały i wyły, ich skrzydła trzepotały rozpaczliwie, a błoto pod nimi kipiało od energii.

Khor skupił całą swoją moc.

— „Wracajcie do cienia, z którego wyszłyście!” — ryknął, a jego aura rozbłysła jak słońce.

Cisnął nimi o ziemię z taką siłą, że błoto i kamienie rozprysły się na wszystkie strony. Szaregęsi zawyły po raz ostatni i już się nie podniosły.

Mgła znów zaczęła gęstnieć, jakby chciała ukryć to, co się wydarzyło. Kora spojrzała na brata, a w jej oczach błyszczał podziw i ulga.

— „Twoja moc… jest coraz silniejsza.”

Khor opadł na ziemię, ciężko oddychając. Spojrzał na siostrę i wskazał na włócznię, która wciąż jarzyła się w jej dłoni.

— „A twoja coraz piękniejsza. Światło, które tworzysz… ono nie tylko rani, ono daje nadzieję.”

Kora uśmiechnęła się lekko, choć w jej oczach wciąż tlił się cień niepokoju.

Przed nimi majaczyła krypta. Jej wejście zdawało się pulsować ciemnym światłem, jakby sama czekała na ich przybycie.

— „To dopiero początek.” — szepnęła Kora.

I razem ruszyli ku bramie, za którą kryła się przepowiednia, mogąca odmienić los całego Wolmordu.

Mroczny grobowiec otworzył się przed nimi jak paszcza pradawnego potwora. Pajęczyny zwisały z sufitu ciężkimi zasłonami, a każdy krok rodzeństwa wzniecał tumany kurzu, które tańczyły w świetle kryształów, jarzących się w ścianach niczym uwięzione dusze.

Powietrze było ciężkie, przesycone zapachem wilgoci i starości. Echo kroków odbijało się od kamiennych ścian, powracając jak głosy tych, którzy dawno temu tu zginęli.

— „Czujesz to?” — szepnęła Kora, ściskając wachlarz energii, który pojawił się w jej dłoni.

— „Tak… jakby sam czas tu stanął.” — odpowiedział Khor, a jego głos brzmiał jakby stłumiony przez mury.

Po kilku metrach korytarz otworzył się w ogromną komnatę. Jej sklepienie ginęło w mroku, a ściany oblepione były półkami, na których piętrzyły się zwoje, całuny i księgi.

— Zwoje były kruche, zapisane runami, które jarzyły się słabym światłem, jakby wciąż żyły.

— Księgi miały oprawy ze skóry i metalu, a ich grzbiety zdobiły symbole, których nie potrafili odczytać.

— Całuny spoczywały w skrzyniach, a ich tkanina pachniała kurzem i starą magią, jakby wciąż przechowywała echo dawnych rytuałów.

Pergaminy pachniały kurzem, ale też czymś więcej — czystą magią, która przetrwała wieki.

Kora i Khor, zafascynowani, zaczęli czytać. Ich palce przesuwały się po liniach run, a słowa same układały się w ich umysłach, jakby księgi chciały być zrozumiane.

Z każdą stroną odkrywali coś nowego.

— „To… to jest kronika Wolmordu.” — wyszeptała Kora, a jej oczy błyszczały.

— „Nie tylko kronika. To… przepowiednia.” — dodał Khor, czując, jak jego serce bije szybciej.

Dowiedzieli się, że Mistrz Żukmistrz nie był tylko nauczycielem, którego znali. Był pierwszym i najpotężniejszym kapłanem Wolmordu — zaklinaczem stworzeń, magiem i wojownikiem.

To on jako pierwszy otworzył portale na górze Gordo, stając się ich strażnikiem. To on czuwał nad równowagą między mroczną a bajeczną stroną krainy.

W chwili, gdy czytali, komnata zdawała się ożywać. Świece, które dawno powinny zgasnąć, zapłonęły bladym płomieniem.

Cienie zatańczyły na ścianach, a w powietrzu rozległ się cichy szelest, jakby ktoś przewracał kolejne strony ksiąg.

— „Khorze…” — głos Kory zadrżał. — „On… on wciąż tu jest. Czuję to.”

Khor uniósł głowę. W mroku, ponad regałami, przez chwilę zdawało mu się widzieć sylwetkę — niską, przygarbioną, z laską i czułkami drgającymi w powietrzu.

— „Żukmistrz…” — wyszeptał, ale gdy mrugnął, obraz zniknął.

Rodzeństwo zamknęło księgę, a cisza znów spowiła komnatę. Ale w ich sercach pozostała świadomość: Żukmistrz nie był tylko mistrzem. Był fundamentem Wolmordu.

A jeśli przepowiednia mówiła prawdę, to ich własna droga była spleciona z jego losem bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczali.

W jednej z ksiąg natrafili na fragment, który sprawił, że serca zabiły im szybciej:

„W czeluściach jaskini, gdzie światło nie sięga, czeka Kryształowa Wiedźma Aime — demoniczna czarodziejka mrocznego światła. U jej boku śpi Kościany Smok, którego oddech zamienia życie w popiół. Razem strzegą tajemnicy, której nie wolno odkryć tym, którzy nie są gotowi.”

Kora poczuła dreszcz na plecach. Wachlarz w jej dłoni zadrżał, jakby reagował na imię Wiedźmy.

— „A więc to ona… strażniczka przepowiedni.”

Khor zmrużył oczy, a jego aura rozbłysła na moment, jakby Feniks w nim samym zareagował na te słowa.

— „Jeśli to prawda, to nasza droga dopiero się zaczyna.”

Zapis mówił też o urnie z wypaloną przepowiednią, ukrytą gdzieś w tej krypcie. To samo usłyszeli od tajemniczej postaci w przestworzach. Równowaga w Wolmordzie słabła, a odpowiedź kryła się w słowach urny.

Rodzeństwo rozdzieliło się, by szukać szybciej. Korytarze były pełne zakamarków, a każdy z nich krył inne tajemnice: skrzynie pełne kości, runiczne tablice, a nawet posągi, które zdawały się śledzić ich wzrokiem. W pewnym momencie Kora przysięgłaby, że jeden z posągów poruszył głową, a echo jej kroków brzmiało jak cudze.

Po godzinach Kora przywołała brata telepatycznie. Jej głos rozbrzmiał w jego umyśle jak szept:

— „Znalazłam ją.”

W ciemnym kącie komnaty spoczywało zakurzone naczynie. Razem przetarli je z kurzu, a na jego powierzchni ukazały się wypalone znaki.

Khor uniósł urnę i odczytał słowa, które rozbrzmiały w ciszy jak echo z innego wymiaru:

„Gdy dwie błękitne iskry zawalczą, wszystko wróci do tego, co było… a wtedy będzie lepiej niż było.”

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i niepokojące. Kryształy w ścianach zadrżały, jakby same reagowały na przepowiednię.

Kora spojrzała na brata, ale nic nie powiedziała. Jej oczy błyszczały, jakby w głębi duszy już rozumiała znaczenie przepowiedni. Jednak zachowała swoje przemyślenia dla siebie.

Khor poczuł, że te słowa nie były tylko zapisem historii. Były ostrzeżeniem. I zapowiedzią.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij