Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Woman Down. Kobieta na dnie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
2947 pkt
punktów Virtualo

Woman Down. Kobieta na dnie - ebook

Petra Rose jeszcze niedawno była na szczycie. Jej książki podbijały listy bestsellerów, publiczność kochała ich bohaterów i ją samą. Film na podstawie jednej z powieści miał być spełnieniem marzeń Petry, ale przez fatalny błąd straciła wszystko.

Osaczona przez media i odrzucona przez fanów Petra nie jest w stanie pisać. Aby dokończyć swoją najnowszą powieść, dzięki której ma nadzieję spłacić długi i odbudować wizerunek, wyjeżdża do domku na odludziu. Słowa nie chcą jednak płynąć, praca nad książką utyka w martwym punkcie.

Pewnego dnia Petrę budzi błysk policyjnych świateł. W jej samotni pojawia się Nathaniel Saint, śledczy badający sprawę wypadku, do którego doszło w okolicy. Zaintrygowana mężczyzną Petra proponuje mu, by doradzał jej podczas pracy nad powieścią.

Konsultacje szybko przeradzają się w płomienny romans. Saint staje się dla Petry źródłem niewyczerpanej inspiracji i wzorem głównego bohatera. Kobieta przekonuje się jednak, że ta fascynacja ma też mroczną stronę, a podjętej gry nie da się łatwo zakończyć. Każde spojrzenie i gest zacierają granicę między fikcją a rzeczywistością. Tylko czy Petra wciąż potrafi odróżnić jedno od drugiego?

Colleen Hoover powraca w najlepszym stylu! Przeczytaj najnowszą powieść autorki bestsellerowych romansów i thrillerów, które podbiły serca czytelników na całym świecie.

Colleen Hoover to autorka poruszających powieści, która w swoim dorobku ma książki z gatunku new adult, jak seria „Hopeless”, romanse, m.in. „It Ends with Us”, „Ugly Love” i „Reminders of Him”, a także historie w nurcie dark romance: „Verity”, „Too Late” i „Woman Down”. Zaczęła pisać dla przyjemności, ale pisarstwo szybko stało się jej pasją i sposobem na życie. Jej powieści trafiają na najwyższe miejsca list bestsellerów, są też bardzo wysoko oceniane przez czytelników, a kilka zostało zekranizowanych.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8399-605-9
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Drodzy czytelnicy,

niektórzy z was być może pamiętają opowiadanie _Saint_ zamieszczone lata temu w antologii _One More Step_. Ci z was, którzy go nie znają, wkrótce poznają je w znacznie obszerniejszej formie.

Wspomnianej antologii nie ma już od dawna na rynku, ale niektórzy z was nie przestawali prosić o więcej. Jakimś cudem zachowaliście ten krótki utwór w sercach, mimo że nie był oficjalnie dostępny. Dla mnie jako pisarki nie ma większej inspiracji niż czytelnicy domagający się rozwinięcia losów stworzonych przeze mnie postaci.

Sama chciałam dać tym postaciom przestrzeń, na jaką zasługiwały, i rozbudować świat zaledwie naszkicowany w opowiadaniu.

Wzięłam więc ten znany niektórym z was tekst i włożyłam całe serce w jego rozwinięcie.

Od wydania _It Starts with Us_ do publikacji książki, którą macie przed sobą, upłynęły trzy lata. Nie dlatego, że przez cały ten czas przerabiałam _Saint_ – próbowałam też nowych rzeczy poza pisaniem. Szczerze mówiąc, potrzebowałam chwili odpoczynku od kariery, która stała się dla mnie bardziej stresująca niż zwykle.

Ale to wszystko się zmieniło, gdy tylko wróciłam do tej historii. Praca nad książką przywróciła mi radość, jaką czułam, gdy pisałam oryginalne opowiadanie. Zmieniłam tytuł oraz nazwiska niektórych bohaterów, dodałam sceny i miejsca, wprowadziłam nowe postacie i zmieniłam kilka innych, gdzieniegdzie umieściłam też zwroty akcji, na które nie było miejsca w krótszej formie. Zależało mi na tym, żeby ci z was, którzy już znali tę historię, dostali całkowicie inną i nową książką, zachowującą fabułę i ton oryginalnego opowiadania. Nadawanie mu nowego życia przynosiło mi ogromną radość.

Pamiętajcie tylko, proszę, że nawet jeśli pisarze inspirują się własnym doświadczeniem i niektóre motywy tej książki przypominają wydarzenia z mojego życia, nie jest ona w żadnym razie odzwierciedleniem mojej drogi życiowej czy wyznawanych przeze mnie wartości. Ta powieść nie mówi też niczego o moim osobistym stosunku do koleżanek i kolegów po piórze czy w ogóle branży. To po prostu radosna wyprawa, w którą zabrały mnie moje postacie – nic więcej. Błagam, nie próbujcie wiązać mojego życia osobistego z tą opowieścią, bo nie ma między nimi żadnych powiązań. Jestem po prostu pisarką, która napisała powieść o pisarce – w żaden sposób nie popieram ani nie bronię jej przemyśleń czy postępowania.

Nadawanie opowiadaniu nowego wymiaru sprawiło mi prawdziwą radość. Mam nadzieję, że jesteście gotowi na zawroty głowy i będziecie się cieszyć tą zabawną, seksowną, a czasami również przerażającą jazdą!

Z wyrazami miłości,

Colleen HooverROZDZIAŁ 2

Nie wiem, czy ocalę cokolwiek ze swojej kreatywności, jeśli będę miała tu sąsiadów. Zwykle staram się unikać wynajmowania domów z sąsiadami, jednak okazuje się, że przy tej samej drodze co mój wynajęty domek znajduje się drugi budynek.

Przed dokonaniem rezerwacji przyjrzałam się zdjęciom satelitarnym okolicy, żeby się upewnić, że sąsiedztwo nie jest zbyt bliskie. Nie chcę słuchać dziecięcych wrzasków o każdej porze dnia i nocy. Wybrane przeze mnie miejsce zdawało się odosobnione, nie zauważyłam drugiego domu. Być może, gdy robiono zdjęcia, zakrywały go drzewa.

Domek, który wynajęłam, skrywa się na końcu mniej więcej półtorakilometrowej drogi. Do sąsiadów mam jakieś pół kilometra. Trochę mnie to uspokaja.

Preferuję odludzia bez wielkiego ruchu. Łatwo się rozpraszam. Im mniej widzę osób i im rzadziej muszę z kimś rozmawiać, tym łatwiej mi się skupić. Podczas jednego z takich pisarskich wyjazdów poznałam sąsiadów, zanim dotarłam do domku. Była to grupka kobiet, które wybrały się na wspólny weekend. Skończyło się tym, że piłyśmy co wieczór i niczego nie napisałam.

Nie każde rozproszenie uwagi musi być od razu złe, tym razem jednak takie jest, bo zbyt wiele zależy od dotrzymania przeze mnie terminu.

Dlatego głośno wzdycham, gdy widzę na ganku przed domkiem jakiegoś mężczyznę. Żywy, oddychający człowiek na posesji, do której właśnie dotarłam.

Biorąc pod uwagę wszystkie współczesne technologie, nie ma absolutnie żadnego powodu, by człowiek, od którego wynajęłam ten domek, spotykał się ze mną osobiście. A jednak jest tutaj. Nawet go nie poznałam, a już stał się dla mnie najbardziej irytującą istotą na świecie.

A, nie. Cofam to.

To corgi są najbardziej irytującymi istotami na świecie. Jest w ich sylwetce coś… niedokończonego. Zupełnie jakby Bóg chciał stworzyć nową rasę psów, ale porzucił ten pomysł w połowie, zostawiając je w zawieszeniu. Mają za długi tułów w stosunku do krępych łap, zbyt wielkie łby i wyglądają tak, jakby przy każdym kroku miały zaryć nosem o ziemię. Widząc takiego psa, nie potrafię powstrzymać myśli, że to kosmiczna pomyłka na czterech łapach.

Gdyby u stóp tego gościa pałętał się corgi, uwierzyłabym, że umarłam i trafiłam do piekła.

Facet uśmiecha się tak szeroko, że przez chwilę się boję, że twarz mu pęknie na pół, nie mogąc pomieścić wszystkich zębów. Promieniuje energią osoby, która zamierza się za wszelką cenę przypodobać, tak jakby chciał mi jeszcze raz sprzedać rezerwację, za którą już zapłaciłam dawno temu.

Czemu mam aż tak paskudny nastrój?

A, tak. Podcast.

Parkuję auto, opanowuję grymas na twarzy i sięgam po telefon. Zabieram też klucze z breloczkiem, który kryje w sobie gaz pieprzowy. Jeszcze nigdy nie musiałam go użyć, ale też rzadko przebywam sam na sam z obcymi ludźmi.

Wsuwam pojemniczek do kieszeni, muskając kciukiem kojąco chłodny metal. Znalazłam się w samym środku niczego, otoczona gęstwiną drzew, które zdają się połykać drogę za moimi plecami i mimo że bez wątpienia poradziłabym sobie z tym gościem, gdyby do czegoś doszło, nie jestem pewna, czy ktokolwiek usłyszałby moje wołanie o pomoc.

Gdzie te niedźwiedzie, kiedy są potrzebne?

Z jego profilu wiem, że nazywa się Louie Longsetter. Co to w ogóle za imię i nazwisko? Dobre dla postaci z sitcomu, a nie dla kogoś, kogo można naprawdę poznać i kto ma prawdziwych rodziców, którzy wypowiedzieli te dwa słowa kiedyś na głos i uznali, że ich połączenie będzie idealne.

Trudno uwierzyć, że ktoś, kto się tak nazywa, mógłby stanowić zagrożenie.

Ale coś w jego postawie – jakby czekał na mnie dłużej, niż planował – zmusza mnie do kwestionowania tego założenia.

Kiedy wyobrażam sobie mordercę o nazwisku Louie Longsetter, trudno mi się nie roześmiać z absurdalności tego pomysłu. Jednak jako kobieta, która przyjechała tutaj spędzić tygodnie w izolacji, nie mogę pozbyć się myśli, że ten człowiek może stanowić zagrożenie. Ta myśl jest niechciana i irytująca niczym kłujący cierń wbity w skórę.

– W samą porę! – wita mnie zbyt radośnie, zbyt promiennie, jak honorowego gościa, a nie kolejną najemczynię. Zbiega ze schodków ganku dziwnie sprężystym krokiem i zmierza w moją stronę, emanując niepokojącą gorliwością.

Radośni ludzie z miejsca wydają mi się niesympatyczni, choć sama się za to nie lubię. Wiem, że to moja wada, ale mam ich tak wiele, że szkoda mi czasu walczyć akurat z tą.

– Uroki GPS-u – odmrukuję i z nadmiernym pośpiechem otwieram bagażnik. Może i „Louie Longsetter” nie wydaje się nazwiskiem mordercy, ale jestem całkiem pewna, że był kiedyś seryjny zabójca Piczuszkin, więc wszystko możliwe.

Gospodarz zatrzymuje się obok mnie, sięga do bagażnika i chwyta wielkimi dłońmi moje walizki. Wyciąga je obie i z głuchym łoskotem kładzie je płasko na żwirze.

Krzywię się, zwalczając chęć, by na niego naskoczyć. To walizki RIMOWA – nowe, eleganckie, drogie i jak dotąd pozbawione zadrapań i zarysowań. Dostałam je kilka miesięcy temu w prezencie urodzinowym i używałam ich po raz pierwszy. Ich nieskazitelność budziła we mnie dumę.

Aż do teraz.

Schylam się szybko i tłumiąc irytację, ustawiam jedną z walizek pionowo.

Nieświadomy niczego Louie naśladuje moje ruchy i ustawia drugą walizkę w pozycji pionowej, po czym zaczyna ciągnąć ją za sobą, kierując się w stronę ganku. Kółka drapią żwir jak paznokcie skrobiące po tablicy, a ja wzdrygam się w duchu, podnosząc swoją walizkę z ziemi, by ją nieść.

– Pani jest tą Petrą Rose, prawda? Tą, co to książki pisze – upewnia się, zerkając na mnie przez ramię.

Tą, co to książki pisze?

Kiwam głową, idąc tuż za nim i próbując przywołać uprzejmy uśmiech.

– Tak jest. Przyjechałam szukać inspiracji. W ciszy – dodaję.

Na tylnym siedzeniu są jeszcze zakupy, które muszę wypakować, ale wolę mu o nich nie mówić. Chcę, żeby już sobie poszedł. Najlepiej, żeby go w ogóle nie było, gdy tu przyjechałam. Po to te wszystkie domy do wynajęcia mają zamki na kod i możliwość bezkontaktowego zameldowania się.

Wchodzimy po schodkach na ganek. Ja wciąż ostrożnie niosę walizkę, żeby kółka nie zarysowały schodów, podczas gdy Louie wlecze drugą za sobą, zupełnie jakby o to nie dbał.

– Nie znam żadnej z pani książek – wyznaje niemal przepraszającym tonem – ale żona twierdzi, że chyba jakąś czytała. – Sięga do kieszeni i wyjmuje pęk kluczy. – Za to widzieliśmy ten pani film i obiecałem żonie, że zapytam, co się stało z tą jakąś tam postacią, co to jej w nim brakuje. Sam nie wiem, o co jej szło. Za to po drodze tutaj wymyśliłem, co by się świetnie nadało na film – dodaje, wręczając mi klucze.

O Boże. Tylko nie to.

– Moje życie – oznajmia, unosząc brew, jakby spodziewał się, że będę pod wrażeniem. – Miałem szalone życie, mogłaby pani na tym zarobić kokosy.

Jestem pewna, że nie.

– Jakby były pani potrzebne jakieś pomysły… – ciągnie, wyraźnie nie rozumiejąc mojej miny.

Wchodzę mu w słowo, rozciągając usta w uśmiechu:

– Niestety potrafię pisać tylko fikcję.

Nie zliczę, ile razy ludzie chcieli mi się spowiadać ze swojego życia, gdy tylko usłyszeli, że piszę. Każdy z nich był przekonany, że jego życie nadaje się na wielką amerykańską powieść.

Może i tak było. Ale to nie ja ją napiszę.

– Myślę, że jakbym pani opowiedział…

– Jeśli to naprawdę takie dobre, powinien pan sam to spisać – przerywam mu, nie chcąc wyjść na nieuprzejmą. – Nikt nie zna lepiej tej historii, a poza tym nie powinno się oddawać swoich pomysłów za darmo. – Wciąż utrzymuję grzeczny ton, ale marzę tylko o tym, żeby Louie już sobie poszedł.

– Dysleksja – odpowiada i kręci głową ze smutnym uśmiechem. – Mam bardzo silną dysleksję. Nie wiem, czy zwróciła pani na to uwagę w moich mailach. Trochę się krępowałem odpisywać po tym, jak poznałem pani nazwisko i zobaczyłem, że jest pani pisarką. Bałem się, że mnie pani wyśmieje.

– Nigdy w życiu. Mój ojciec był dyslektykiem, a zarazem najmądrzejszym człowiekiem, jakiego znałam.

Louie znów się rozpromienia.

– Cholernie ciężko żyć z czymś takim. To smutne, że pani mama musiała się z tym mierzyć.

Nie odpowiadam, bo przecież powiedziałam mu chwilę temu, że to był mój ojciec, a nie matka. Może ma jakieś problemy z pamięcią? Albo słuchem?

– Taki dyslektyczny żarcik – tłumaczy w końcu, puszczając do mnie oko.

– Aha. – Uśmiecham się. – Nie zrozumiałam.

– Żona mówi, że nadałbym się na aktora. Sama nią jest. Aktorką, znaczy. A w każdym razie kimś w tym rodzaju. Ciężko to wyjaśnić, ale gra w dokumentach. Czyli teoretycznie to aktorstwo. – Dalej paple o aktorskich sukcesach swojej żony czy też raczej ich braku, ale przestałam go słuchać, bo…

O cholera.

Okazuje się, że fasada budynku nie ma nic wspólnego z jego wnętrzem.

Jest ono dużo nowocześniejsze, niż podejrzewałam – proste linie, gładkie wykończenia, wszystko wprost z czasopisma wnętrzarskiego. Rustykalność okazała się fasadowa – w środku wszystko lśni.

Spodziewałam się skrzypiących drewnianych podłóg, zapachu starej sosny i kojącej woni zimnego kominka. Zamiast tego witają mnie lśniące powierzchnie, ostre światło i minimalistyczny wystrój miejskiego loftu: podłogi z polerowanego betonu, lśniące w świetle wpuszczonych w sufit lamp nadających wszystkiemu szpitalny blask. Ściany są sterylnie białe i wiszą na nich duże abstrakcyjne obrazy w drogich ramach, zbyt wymyślne i przekombinowane jak na to miejsce.

Tradycyjne domki mają swój urok. Można się w nich schronić, mając do dyspozycji jedynie trzaskający ogień i odgłosy dzikich zwierząt na zewnątrz. Przyjechałam tu z nadzieją na chropowate, nieheblowane ściany i poczuciem, że zaznam spokoju w ramionach matki natury, z dala od świata.

Ale to?

Mam wrażenie, jakbym trafiła do domu wypoczynkowego dla pracowników technologicznego start-upu. Na pewno nie do pisarskiej samotni.

Wzdycham i ciągnę walizkę do salonu, kółka turkocą zbyt głośno w tej pustej przestrzeni. Słyszę za sobą Louiego i niemal mogę poczuć bijącą od niego dumę, gdy patrzy, jak reaguję na to, co widzę dookoła.

– Wygląda zupełnie inaczej niż w internecie – zauważam, odwracając się do niego.

– Właśnie skończyliśmy remont – wyjaśnia z dumą. – Jest pani pierwszym gościem, który trafił tu po nim. Jesteśmy z niego bardzo dumni, żona prawie wszystko sama wymyśliła. Ma dryg do takich rzeczy.

Ma to jakiś sens. I wyjaśnia kontrast między moim gospodarzem a tym miejscem.

Meble w salonie są sterylne. Czarna skórzana kanapa przypomina raczej eksponat na wystawie niż coś, w co można się zapaść i poczytać książkę. Szklany stolik odbija światło w zbyt wielu załamaniach, a krawędzie ma na tyle ostre, że w chwili nieuwagi można rozwalić sobie kolano.

Nawet kominek, po którym spodziewałam się rustykalnego ciepła, okazuje się elegancką nowoczesną instalacją gazową, ukrytą za szklaną fasadą. Migocze z mechaniczną precyzją, która natychmiast wzbudza tęsknotę za trzaskiem prawdziwego płonącego drewna.

Ale ze mnie rozkapryszona niewdzięcznica. Jak można się nie cieszyć z mieszkania w tak pięknym miejscu?

Tyle że… nie ma w nim żadnego uroku. Żadnej historii. To miejsce jest praktyczne, ale nie inspiruje. To raczej przestrzeń do wykonywania zadań, pracy, ale nie do tworzenia. Zależało mi na samotności, to prawda, ale chciałam też poczuć dzikość tego miejsca, surowe piękno lasu. Zamiast tego wylądowałam w luksusowym Airbnb, zbyt nieskazitelnym jak na mój bałaganiarski proces kreatywny.

Moja blokada pisarska jest tak paskudna, że wszystko za nią obwiniam. Nawet tak wspaniały dom.

Wzdycham. Może nie jest to taki azyl, na jaki liczyłam, ale biorąc pod uwagę paskudny nastrój, nie wiem, czy cokolwiek mogłoby liczyć na dobre przyjęcie z mojej strony.

– Bardzo ładnie – oferuję Louiemu przynajmniej strzępek reakcji, jakiej najpewniej oczekiwał.

– Powiem żonie, że się pani zakochała – mówi. – My tu blisko mieszkamy, kawałek tą drogą. Pewnie pani zauważyła. Pierwszy i jedyny oprócz tej chatki dom przy drodze – dodaje, patrząc na mnie tak, jakby spodziewał się, że zacznę wypytywać o szczegóły.

Kiwam głową, mając nadzieję, że to powstrzyma go od dalszych wyjaśnień.

– Wiem, że przyjechała pani pracować – dodaje – ale jakby nie była pani za bardzo zajęta, proszę wpaść do nas na obiad w tym tygodniu. Żona byłaby zachwycona, mogąc panią poznać. Mieszkamy tylko we dwoje i lubimy przyjmować gości, kiedy tylko możemy. – Uśmiecha się szeroko, a jego oczy znów błyszczą nadgorliwym blaskiem.

A może to desperacja?

Lub samotność?

Krzywię się, słysząc zaproszenie na obiad, ale maskuję to uśmiechem. Trudno mi wyobrazić sobie coś gorszego niż pogawędka przy stole z Louiem i jego żoną, która przeczytała jedną z moich książek i jest aktorką albo kimś w tym rodzaju. Nawet jeszcze jej nie poznałam, a już jestem tym zmęczona.

– Och, to bardzo miłe – odpowiadam z coraz bardziej wysilonym uśmiechem. – Ale naprawdę mam sporo roboty. Dam znać esemesem, jeśli znajdę czas, dobrze?

Przez chwilę w jego oczach widzę cień rozczarowania, ale bierze się w garść i kiwa głową.

– Oczywiście, oczywiście. W końcu przyjechała pani tu pisać. Tak tylko pomyślałem, że jakby potrzebowała pani przerwy… – Cichnie i macha ręką. – Cóż, jak będę potrzebny, to znajdzie mnie pani kawałek stąd, tą drogą.

– Dzięki, będę o tym pamiętać – odpowiadam i ponownie kiwam głową, tym razem bardziej zdecydowanie.

Znów macha niezręcznie dłonią i wychodzi. Zamykam za nim drzwi i opieram się o nie plecami, po czym przyglądam się niepokojąco nowoczesnej przestrzeni, którą mam przed sobą.

Dociera do mnie, że podwórko z widokiem na jezioro nie jest od zachodu.

Na tym etapie procesu twórczego zawsze wynajmuję dom z widokiem na zachód. Nic tak nie rozpala we mnie kreatywnego ognia jak zachód słońca. Niebo płonące odcieniami pomarańczu, różu i fioletu skłania mnie do pisania z pilnością, która jest równie ekscytująca, jak konieczna.

Tak to przynajmniej zwykle działa.

Tym razem jednak dokonałam rezerwacji na tyle późno, że musiałam się zadowolić podwórkiem z widokiem na wschód, i odczuwam tę różnicę każdą komórką swojego niepewnego, pozbawionego talentu jestestwa. Wschody słońca są zbyt ostre i wymagające, zbyt wczesne i zbyt wiele ode mnie oczekują. Z powodu ogromnych okien wychodzących na wschód będę ich doświadczać każdego ranka.

Być może będę mogła pisać w największej sypialni, czyli kolejnym pomieszczeniu, do którego zaglądam. Okno za łóżkiem wychodzi na zachód, ale gęste drzewa na pewno nie pozwalają ujrzeć zachodu słońca.

– O mało nie zapomniałem!

Szlag! Odwracam się, słysząc Louiego, i z trudem tłumię jęk. Stoję z ręką przyciśniętą do piersi i próbuję utrzymać gniew na wodzy, widząc, jak staje w drzwiach sypialni. Macha świstkiem papieru.

– Hasło do Wi-Fi i reszty. Zapomniałem też zostawić regulamin. – Kładzie kartkę na komodzie obok drzwi do sypialni. – Jak mówiłem, jest pani naszym pierwszym gościem od remontu, więc pewnie jeszcze o czymś zapomniałem. Jakby pojawiły się jakieś problemy albo coś nie działało, proszę dać znać…

– Dziękuję – przerywam mu ostrym tonem. – Już sobie poradzę.

Kiwa głową, ale wciąż szczerzy zęby w czymś, co u większości ludzi uchodziłoby za uśmiech, ale u niego to chyba podstawowy wyraz twarzy.

– Połamania nóg – mówi. – Czy czego tam się życzy pisarzom. – Rusza z powrotem w stronę wyjścia. – Połamania pióra? Klawiatury?

Zamykając za sobą drzwi, wciąż mamrocze kolejne wersje. Nienawidzę tego, że wie, kim i po co tu jestem. Mogłam nie robić tej rezerwacji ze służbowego maila, ale używam go od tak dawna, że zmiana na inny, bez imienia i nazwiska, wydawała mi się nadmiernym wysiłkiem.

Nie mogę się ukryć nawet przed facetem, który jest starszy od mojego ojca i mieszka pośrodku niczego. Nieważne, jak bardzo chciałabym uciec przed byciem Petrą Rose, jestem nią również tutaj. I tam. I, kurwa, wszędzie. Na okładce „People”, na stronach E! News i TMZ oraz w podcastach z dwoma tysiącami słuchaczy.

Przynajmniej starcza mi na rachunki. Jestem pewna, że wciąż robiłabym to samo, nawet gdyby moje pisanie nie zażarło tak, jak zażarło.

Mam przecież swoich obserwujących – powinnam to zmonetyzować i też zacząć wygadywać jakieś bzdury na własny temat. Pewnie zarobiłabym więcej, obrzucając siebie błotem, niż będąc sobą.

Zawsze bałam się utraty anonimowości. Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że dojdzie do tego na tak wielką skalę.

Zaczynając pisać, robiłam to dla czystej zabawy. Miałam taką potrzebę. To było coś, do czego mogłam uciec, kiedy życie stawało się zbyt chaotyczne. Ekscytowało mnie to, a ta ekscytacja udzielała się czytelnikom. Pisałam o wszystkim, na co miałam ochotę. Seksowni wojownicy MMA, obcy najeżdżający Ziemię, farmerzy zakochujący się w dziewczynach z miasta. Siedemnaście książek później miałam wyrobione nazwisko, opłacone rachunki i udane życie. Dotarłam na szczyt.

Niestety grawitacja ściąga wszystkich. I możecie wierzyć, zaliczyłam solidny upadek. Jakby ktoś przeciął linki w moim spadochronie i wrzucił to do relacji na żywo.

To dlatego wpakowałam się w te tarapaty. Z dawno zawalonym terminem i opóźnionymi ratami za hipotekę. A co było wisienką na torcie?

Blokada twórcza.

_Dalsza część w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij