Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

World of Warcraft. Więzy krwi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 czerwca 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

World of Warcraft. Więzy krwi - ebook

Oficjalny powieściowy prequel World of Warcraft: Midnight

Przeznaczeniem Aratora Wybawiciela jest heroizm. Syn Wysokiego Egzarchy Turalyona oraz legendarnej Allerii Bieżywiatr od najmłodszych lat dźwigał brzemię ich dziedzictwa… dziedzictwa, które przypadło mu w udziale już jako niemowlęciu w dniu, gdy Alleria i Turalyon zniknęli w Mrocznym Portalu.

Ta podróż zaprowadziła ich dalej, niż zdołaliby sobie wyobrazić. I choć na Azeroth nie było ich zaledwie kilka dekad, sami doświadczyli tysiąca lat nieustannej wojny przeciwko Płonącemu Legionowi – demonicznej armii dążącej do zagłady wszelkich światów. Powrócili, kiedy ich syn był już dorosłym mężczyzną zaprzysiężonym Zakonowi Srebrnej Dłoni. I choć po rozstrzygającej bitwie Legion rychło upadł, konsekwencji tysiąca lat rozłąki między członkami rodziny nie dało się już łatwo przezwyciężyć.

Teraz, po niedawnych wydarzeniach w Khaz Algar, Arator wyrusza na wyprawę. Chce sprawdzić pogłoski o osobliwej poświacie bijącej z ruin dawno porzuconej bazy Legionu. Turalyon i Alleria pragną mu towarzyszyć, by raz na zawsze unicestwić swego odwiecznego wroga, nim ten ponownie zagrozi ich światu. W miarę jak rodzina odkrywa tajemnicę, Arator próbuje pogodzić bohaterskie dziedzictwo swoich rodziców z ich niedoskonałą naturą, którą zdążył już poznać. Odnajduje w sobie bezwarunkową szlachetność ojca, przenikliwość umysłu matki oraz ich niezłomne oddanie obronie Azeroth.

Życie Aratora to ciągły konflikt ich największych cnót i słabości… które wychodzą na jaw, gdy demoniczne zagrożenie okazuje się dawnym porucznikiem Płonącego Legionu, zamierzającym wykorzystać Azeroth jako początek nowej kampanii zniszczenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68639-18-6
Rozmiar pliku: 4,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG RUINY WAROWNI SPACZENIA, SURAMAR ZNISZCZONE WYSPY

– Masz jakieś wątpliwości…

– Nie mam – skłamał Dionaar i skrzywił się w duchu, słysząc drżenie własnego głosu. – Po prostu uważam… że może zbytnio igramy z losem. To wszystko.

Młody shal‘dorei zadarł głowę i spojrzał na demoniczną budowlę. Została wzniesiona przez dawno pokonanego wroga i teraz była już tylko ruiną. Dionaar wiedział, że powinna ona jedynie przypominać o przeszłości – o wielkim zwycięstwie.

A jednak opowieści o tym miejscu nie dawały się łatwo wymazać z pamięci. I właśnie to napawało go niepokojem.

– Na pewno nikt nas nie śledził? – zapytał Korentyn, prostując plecy. Był wyższy i szczuplejszy od Dionaara, niemal kościsty. Cechowała go typowa dla siedemnastolatków brawura, a także pewność siebie, o której Dionaar mógł tylko pomarzyć. Migoczący, pomarańczowy płomień pochodni igrał na jego zmarszczonym czole i ostrych jak brzytwa rysach, rzucając drgający cień jego profilu.

Jest butny i sprytny, ale niezbyt mądry – pomyślał Dionaar. Dwa tygodnie temu w akcie buntu Korentyn wyciął sobie na grzbiecie dłoni ochronny glif, chwaląc się nim wszystkim uczniom, którzy chcieli słuchać. Gdyby poświęcił choć trochę czasu na naukę, jego wyczyn może i przyniósłby jakiś pożytek. Ale oczywiście nie zrobił tego, więc wszystko sknocił i glif był zupełnie bezużyteczny. Kiedy jego rodzice się o tym dowiedzieli, wściekli się i orzekli, że będzie go nosić, dopóki nie zarobi wystarczająco dużo, aby go sobie usunąć.

Dużo gada, mało robi… – dodał w myślach Dionaar, choć ścisnęło mu żołądek.

– Niczego nie zauważyłem… – zaczął, potrząsając energicznie głową – ale może się tu pojawić jakiś patrol.

– Ukryjemy się i poczekamy, aż przejdzie – odparł Korentyn i wzruszył lekceważąco ramionami.

– Jeśli nas dostrzegą…

Korentyn roześmiał się i dźgnął go palcem wskazującym w tors:

– To po prostu wypchnę cię do przodu. Wziąłbyś winę na siebie, prawda?

Dionaar spuścił wzrok i nic nie odpowiedział. To niesprawiedliwe. Korentyn zawsze się popisywał i był na pierwszym planie, a Dionaar, niczym jakiś sługus, rozpowiadał wszystkim o jego wspaniałych dokonaniach lub o upiornych opuszczonych miejscach, w które się razem zapuszczali. Nawet teraz oczekiwano od Dionaara, że przekona innych, by się wymknęli i na własne oczy przekonali, czy potworności, przed którymi ostrzegał ich Korentyn, są prawdziwe.

Towarzysz poklepał go po ramieniu.

– No, rozchmurz się, wstawię się za tobą, jeśli rodzice dadzą ci szlaban. Ale dziś wieczorem musisz być w najlepszej formie, bo zaplanowałem coś wyjątkowego – powiedział i szturchnął stopą duży worek, który wziął ze sobą. Jego zawartość nieco się poruszyła, Dionaar nie miał jednak pojęcia, co może być w środku.

– Co to?

– Nie mogę zdradzić tajemnicy – odparł Korentyn, pociągając nosem. – Nie bój się, przynajmniej wiesz, że to ściema.

Mimo iż Dionaar brał udział we wszystkich ich wybrykach, niektóre z pomysłów Korentyna nadal go przerażały.

– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? Przyjdzie Vanaur i siostry Mystralin, a ich wuj należy do Straży Zmierzchu. Co zrobimy, jeśli powiedzą…

– Nie zrobią tego, bo też wpadną w tarapaty. – Korentyn przewrócił oczami. – Nie zachowuj się jak dzieciak. No dalej, rusz się. Ach, czekaj! Zanim przyjdą, powiedz im, że czarnoksiężnicy orków wykorzystywali magię spaczenia do okradania z lat życia własnych dzieci, żeby szybciej dorastały do walki!

– Co? – Dionaar nigdy wcześniej o tym nie słyszał. – Kor, kompletnie zmyślasz. I nie, nie powiem im tego.

▪▪▪

– Że co…? – szepnęła Renae z przerażeniem w głosie.

Dionaar skinął z powagą głową:

– Wysysali z nich życie dzięki magii spaczenia, aby w ciągu kilku sekund postarzać je o wiele lat!

– Chciałabym być starsza… – powiedziała Julyan.

– Ale nie aż tak – odparł Vanaur.

Każdy z nastolatków niósł pochodnię, z wyjątkiem naj­młodszej z nich, która kurczowo trzymała się ramienia siostry.

– Pamiętajcie, musimy być bardzo cicho – upomniał ich Dionaar. – Nie rozmawiajcie, nawet szeptem. Demony mają doskonały słuch.

Popatrzyli na niego z szeroko otwartymi oczami i pokiwali głowami.

– Zabiorę was tam, gdzie ostatnio widziałem magię spaczenia, musimy jednak uważać, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Bo jeśli nas znajdą…

– To nas zjedzą – szepnęła znów Renae.

– Nie. – Vanaur przewrócił oczami. – Nie słyszałaś? Wyssą z ciebie życie i sprawią, że się zestarzejesz!

– Och, mogą was zjeść potem – dodał Dionaar. – Lepiej nie zatrzymujmy się tam zbyt długo, abyśmy nie musieli się o tym przekonać…

Wszyscy energicznie skinęli głowami.

– I jeszcze jedno. Nikomu nie możecie powiedzieć, co tu widzieliście. Ani słowa. Pod żadnym pozorem.

– Czy nie powinniśmy jednak… To znaczy, jeśli w tych ruinach naprawdę jest demon…

– Powiadomiłem już… yyy… Straż Zmierzchu – skłamał Dionaar. – To nasza ostatnia szansa, żeby go zobaczyć, zanim się nim zajmą.

Zgodzili się bez słowa, a Dionaar uniósł pochodnię i ruszył w ciemność.

Podążył krótką, łatwą ścieżką, którą doskonale znał. Westchnął i wskazał na kałużę „krwi demona” (wody zagęszczonej lśniącymi blaszkami grzybów), „kość ofiary” (którą Korentyn zachował z resztek po urodzinowej pieczeni z jelenia) oraz „róg demona” (kolejną pozostałość po nieszczęsnym jeleniu).

Siostry Mystralin były wystarczająco zaniepokojone, ale Vanaur zaczynał się nudzić.

– Obiecałeś nam spaczoną magię…

– Spaczona magia pojawia się tylko wtedy, gdy machina zostaje zasilona duszami niewinnych – odparł Dionaar.

Te słowa miały być sygnałem dla Korentyna, ale nic się nie wydarzyło.

– Jeśli ją zobaczymy, to znaczy, że zabawiliśmy zbyt długo – dodał głośniej. – A tego byśmy nie chcieli.

Wciąż nic.

Co się dzieje? – pomyślał Dionaar.

Korentyn wspomniał o jakiejś niespodziance, ale może jego sztuczka nie zadziałała? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy jego żarty przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Mimo to powinien był już przynajmniej włączyć lampę z zielonym szkłem i rozpylić dym…

– Wiedziałem – odezwał się Vanaur. – To tylko kolejny z tych waszych głupich żartów. Ty i Korentyn naprawdę nie powinniście…

Nagle urwał, a głos uwiązł mu w gardle. Otworzył szeroko usta i wbił wzrok w przestrzeń za Dionaarem. Ten westchnął z ulgą. Dzięki bogom. Skąpali się w znajomej, upiornej zieleni przefiltrowanego światła, któremu jednak towarzyszył dziwny zapach… Przypominał smród zgniłych jaj. Spaczenie śmierdziało jak zgniłe jaja! A więc to była ta niespodzianka!

Wtedy Dionaara dopadło uczucie strachu tak potężne, że ugięły się pod nim kolana. Pozostali krzyknęli, zupełnie porzucając obietnicę zachowania ciszy, i pobiegli z powrotem tą samą drogą, którą tu dotarli. Dziko podskakujące pomarańczowe płomienie ich pochodni stawały się coraz mniejsze, aż w końcu całkiem zniknęły w ciemności.

Dionaar upuścił swoją pochodnię i nawet nie próbował jej podnieść. Zakrył głowę rękami i starając się złapać oddech, zwinął się w kłębek. Zaczerpnął powietrza, lecz jego usta wypełnił odrażający odór zgniłych jaj przemieszany z czymś jeszcze, czymś znacznie mniej niewinnym – smrodem czegoś martwego.

I wtedy rozległ się krzyk.

Dobiegał tuż zza skały, wysoki, czysty i budzący grozę. Dionaar nigdy nie słyszał, by Korentyn wydawał z siebie takie dźwięki, nie ulegało jednak wątpliwości, że dochodziły z jego trzewi. Zacisnął powieki, aby nie patrzeć na zieloną poświatę, lecz ta zdawała się przenikać jego skórę. Potwornie bolało go zdarte gardło; zdał sobie sprawę, że krzyczał, by zagłuszyć wrzaski Kora, który zapewne dogorywał… umierał…

Wtem zapadła zupełna cisza, przerywana jedynie dyszeniem Dionaara i łomotem jego rozszalałego serca.

– Wszystko w porządku, Dio? Wygląda na to, że przestraszyłem cię bardziej niż ich!

Głos należał do Korentyna i brzmiał… normalnie. Wydawał się wręcz podekscytowany.

Dionaar drżał na całym ciele, ale powoli uniósł głowę i zobaczył swojego szeroko uśmiechniętego towarzysza.

– Niezły żart, co?

Dionaar poczuł uderzenie silnych emocji – najpierw ulgę, potem złość i dezorientację. Ale przede wszystkim radość. Wstał i rzucił się przyjacielowi na szyję.

– Wszystko w porządku – odezwał się Korentyn, poklepując go niezręcznie po plecach. – Nic mi nie jest. Naprawdę…

Po chwili Dionaar odsunął się o krok i zamachnął się na niego, klnąc siarczyście. Korentyn zrobił unik i z łatwością odparł atak, a potem głośno się roześmiał. Kiedy Dionaar nieco się uspokoił, Korentyn wyjaśnił mu, co zrobił. Od jakiegoś czasu przygotowywał zgniłe jaja oraz mięso, a do tego kilkakrotnie przećwiczył wrzask nad brzegiem morza, gdzie jego głos ginął pośród szumu fal.

– Spisałem się aż nazbyt dobrze – powiedział, odpalając pochodnię Dionaara od własnej. – Podejrzewam, że siostry Mystralin udadzą się prosto do wuja ze Straży Zmierzchu, aby donieść, że widziały tu magię spaczenia – ciągnął z szerokim uśmiechem. – No dobrze, koniec imprezy, ale przynajmniej… cóż… wyszedłem z niej w dobrym stylu.

– Powinniśmy powiedzieć naszym rodzicom to samo – przerwał mu Dionaar. – Żeby nas nie obwiniali.

– Masz rację. Chodźmy. Chyba że musisz zmienić spodnie?

– Och, zamknij się!

Mistyfikacja Korentyna dobiegła końca i Dionaar znów odzyskał humor. Nawet jeśli rodzice odkryją, że to ich sprawka, cieszył się, że to był tylko głupi żart.

Korentyn położył dłoń na ramieniu przyjaciela, zachęcając go, aby się odwrócił. Dionaar zamarł.

Zza głazu wystawała czyjaś ręka. Na jej grzbiecie widniała na wpół zagojona blizna błędnie wyrytego glifu.

Korentyn roześmiał się, podążając wzrokiem za spojrzeniem towarzysza:

– Wygląda całkiem przekonująco, prawda? Chciałem nią pomachać, jakbym próbował się stamtąd wydostać, ale dzieciaki uciekły, nim zdążyłem to zrobić! Wielka szkoda!

– T-tak – mruknął Dionaar, wpatrując się w dłoń. – Rzeczywiście szkoda…

– Chodź – powiedział Korentyn. – Wynośmy się stąd.

Zaczął snuć plany ich kolejnego psikusa, jeszcze nim dotarli do wyjścia.

W pewnej chwili Dionaar odwrócił się, aby jeszcze raz spojrzeć na nienaturalną, zieloną poświatę. Mógłby przysiąc, że dłoń drgnęła.ROZDZIAŁ 1 KAPLICA ŚWIETLISTEJ NADZIEI, WSCHODNIE PLAGOWISKA WSCHODNIE KRÓLESTWA

Stuk, stuk, stuk…

Odgłosy uderzeń młotka o stal nie były niczym wyjątkowym przed Kaplicą Świetlistej Nadziei. Tym razem jednak nie odpowiadał za nie mistrz rzemiosła Wilhelm, zwykle naprawiający broń i zbroje rycerzy Srebrnej Dłoni. Opryskliwy krasnolud opierał się o trawiasty pagórek i spoglądał na szarobrązowe niebo nad Wschodnimi Plagowiskami, nucąc kowalskie przyśpiewki w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami lagera Grzmotopiwny. Przerwał tylko po to, by rzucić pytanie półelfiemu czempionowi, który zaoferował, że zastąpi go w kuźni.

– Jak długo bydzies wymachiwoł tymi swoimi chudziutkimi ronckami, synku? – powiedział Wilhelm z błyskiem w oku i wąsem mokrym od piany. Nazwany przez niego „synkiem” Arator Wybawiciel uśmiechnął się i otarł pot z czoła.

– Nie po raz pierwszy żałuję, że nie dysponuję krasnoludzką muskulaturą – odparł i westchnął z przesadą.

– Ha, nie kozdy moze miec tyle scyńścia! – roześmiał się głośno Wilhelm.

Ramiona Aratora niewątpliwie nadawały się do tego zadania, musiał on jednak pracować w wysokiej temperaturze, a zarówno jego ludzka, jak i elfia natura nie zapewniały krasnoludzkiej odporności na żar. Zdjął więc górną część zbroi i odłożył ją na bok, odsłaniając parę smoczych tatuaży na umięśnionych ramionach. Obydwa wizerunki zostały wykonane w tym samym stylu i obrysowane złotem, lecz wypełniały je różne barwy: pierwszy był jasny niczym Biała Pani, jeden z dwóch księżyców Azeroth, a drugi czarny jak węgiel.

Tuż obok niego siedział Winthrop, na oko dziesięcioletni chłopiec. Był on najnowszym giermkiem słynnego paladyna lorda Graysona Shadowbreakera i pełnił tę samą funkcję co Arator, gdy dopiero wstępował do zakonu. Oczyszczenie i wyklepanie wgnieceń w lordowskiej zbroi, czyli zadania, których podjął się Arator, należały tak naprawdę do chłopca. Dzisiaj jednak Winthrop odwiedził Kaplicę Świetlistej Nadziei po raz pierwszy i był tak oszołomiony elitarnym towarzystwem, w jakim się znalazł, że niespecjalnie dawał sobie radę nawet z naprawą przeszywanicy swojego pana.

– Nie mogę uwierzyć, że zechciałeś mi pomóc – zwrócił się do Aratora. – Ty… syn Wysokiego Egzarchy Turalyona i Allerii Bieżywiatr! Ich pomniki stoją w Dolinie Bohaterów i śpiewa się o nich pieśni. Jesteś sławny właściwie od urodzenia!

Arator słyszał to tak często, że zdążyło go to znużyć. Nie mógł jednak winić chłopca, bo ten miał dobre intencje. Mimo że sam był od niego znacznie starszy, to lata półelfa nie mijały tak szybko jak ludzkie. Było to jedno z wielu wyzwań, jakie stawiała przed nim jego wyjątkowa krew. Miał ogromne doświadczenie i niejedno już widział, a jednak pod wieloma względami czuł większą więź z nowym giermkiem niż ze swoim panem.

– Jak już mówiłem, lubię pomagać – odparł chłopcu z uśmiechem.

Sam doskonale pamiętał, iloma zadaniami go obarczono, kiedy został giermkiem Graysona. Zdobywanie takich umiejętności jak naprawa zbroi było oczywiście ważne, ale młody Win wydawał się przytłoczony codziennymi obowiązkami. Arator wierzył, że nie ma zadań zbyt błahych, by się nimi nie zająć, jeśli w ten sposób można się komuś przysłużyć.

Brązowe oczy Winthropa zwęziły się, a chłopiec spojrzał w stronę lorda Graysona, pogrążonego w rozmowie z jednym z jego dawnych giermków, po czym mruknął:

– Mam nadzieję, że nie będzie na nas zły.

Arator rozumiał obawy chłopca. Wysoki, dobrze zbudowany lord, który w zamierzchłych czasach stracił prawe oko w walce, budził szacunek nawet bez zbroi, gawędząc z kimś swobodnie. Jako jeden z najwybitniejszych paladynów Wichrogrodu wyszkolił wielu z ich grona, a Aratora zabrał nawet kilkakrotnie na posiedzenia rady wojennej. Trudno nie czuć się w jego towarzystwie onieśmielonym. Wzbudzał respekt i Arator z całą pewnością nie chciałby się z nim zetrzeć w walce. Same treningi z nim były wystarczająco trudne. Ale Grayson był lojalny względem zakonu i służył Światłości znacznie dłużej niż większość z nich.

– Nie martw się – zapewnił chłopca. – Domyśli się, że to był mój pomysł, a nie twój. Zapewniam cię.

– Nie chciałbym, aby się na ciebie gniewał.

– Nie pogniewa się.

– Wszyscy mi powtarzają, jakie to szczęście, że mnie wybrał, ale… – Winthrop westchnął i spuścił wzrok. – Jest taki… silny i pewny siebie. Podczas ćwiczeń potrafi powalić mnie na ziemię w kilka sekund. Tyle o nim słyszałem. To prawdziwy bohater! Jest kimś więcej niż rycerzem, jest lordem! Nie mogę go zawieść – dodał, po czym sięgnął po przeszywanicę i zabrał się za jej naprawę z nową determinacją.

Uśmiech Aratora nieco przygasł. Choć był synem legendarnych postaci, był też – jak ujął to niewinnie Winthrop – tylko rycerzem Zakonu Srebrnej Dłoni. Niejeden uznałby to za wystarczający zaszczyt, lecz lekceważący ton chłopca doskonale odzwierciedlał myśli samego Aratora. Zdobył rangę dawno temu i w pełni zasłużenie. Otrzymał nawet tytuł. Światłość od czasu do czasu podsuwała paladynom wskazówki dotyczące cudzego przeznaczenia. Ojca Aratora poruszyła do tego stopnia, że nadał słynnemu Utherowi tytuł „Światłodzierżcy”. Z kolei Arator został nazwany „Wybawicielem”, choć nie wiedział, kogo lub co miałby kiedyś wybawić. Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że jak dotąd zakon pozwalał mu zabiegać o zaszczyty, nigdy ich nie udzielając.

Starał się tym zbytnio nie przejmować, choć inni, młodsi od niego, otrzymywali awanse na polu walki, wciąż jeszcze dyszący i zakrwawieni. Ich towarzysze, zmęczeni, ale podbudowani zwycięstwem, wiwatowali na ich cześć chrapliwymi głosami. Zawsze, kiedy nawiedzały go takie myśli, Arator wyrzucał sobie, że jest zazdrosny i ma zbyt bujną wyobraźnię. Podobnie było teraz. Wstąpił do zakonu rycerzy Srebrnej Dłoni, aby wesprzeć szczytny cel i choć uznanie dla jego wysiłków sprawiało mu przyjemność, z pewnością nie było mu potrzebne, by kontynuować misję.

Arator zdążył wziąć udział w kilku wojnach i choć walczył umiejętnie, wykazując się męstwem, jego wysiłki pozostawały niezauważone. Albo, jak gorzko zauważył, nie robiły na jego zwierzchnikach dobrego wrażenia. Reguły zakonu zdawały się nie mieć końca, a on nagiął lub złamał większość z nich. Czasem zwracał nadmierną uwagę na lokalnych mieszkańców, czasem zbyt długo zwlekał z podjęciem decyzji albo pozyskiwał informacje z wątpliwych źródeł. Członkowie zakonu nieustannie kwestionowali jego metody, ale zauważył, że nie zgłaszali zastrzeżeń co do wyników jego poczynań. Niektórzy pośrednio lub wprost sugerowali, że lekceważenie protokołu i zasad może kiedyś zaszkodzić jego pozycji w zakonie, lecz Arator odsuwał od siebie tę myśl. Dla niego sprawa była prosta: jeśli nie mógł zmienić świata ani poprawić warunków życia zwykłych ludzi, to jakiż sens miało bycie rycerzem Srebrnej Dłoni?

W rzeczywistości jednak Arator postanowił wesprzeć młodego Winthropa nie tylko z dobrej woli. Został wezwany do Kaplicy Świetlistej Nadziei przez lorda Maxwella Tyrosusa, jednego z głównych przywódców zakonu. Arator zdawał sobie sprawę, że lord był niezwykle zajętym człowiekiem, więc nie zaskoczyło go, że musiał czekać na audiencję. Potrzebował czegoś, co odciągnęłoby jego myśli od nadchodzącego spotkania. Doskonale wiedział, dlaczego go wezwano, nie wiedział natomiast, co wyniknie z tej rozmowy.

Nagle Winthrop zerwał się na równe nogi, upuszczając przeszywanicę.

– Lordzie Tyrosusie! – zawołał, a jego głos podskoczył o pół oktawy z ekscytacji i zachwytu.

Arator poczuł tylko ostre jak nóż rozczarowanie, dostrzegłszy wyraz pooranej czasem twarzy rycerza. Była to złowieszcza przepowiednia tonu czekającej ich rozmowy. Opanował emocje, aby lord nie dostrzegł, jak silny był to dla niego cios. Wstał i odłożył zbroję Graysona tuż obok Winthropa, który nadal wpatrywał się w Tyrosusa szeroko otwartymi oczami.

– Dobra robota, młody człowieku! – odezwał się lord, rzucając okiem na postępy chłopca. – Ale może mógłbyś się trochę pospieszyć, co?

Winthrop przełknął ślinę i potrząsnął energicznie głową, niezdolny wydobyć ani słowa.

– Chodź. Oddamy wspólnie cześć Światłości – zwrócił się Tyrosus do Aratora.

Równym krokiem udali się do Sanktuarium Światłości. Wkrótce otoczył ich zapach i chłód kamiennych ścian. Od czasów inwazji Płonącego Legionu Sanktuarium stanowiło główną siedzibę rycerzy Srebrnej Dłoni i Arator znał je dobrze. Bywał tu niejednokrotnie w sprawach dotyczących zakonu lub wyłącznie po to, by spędzić czas w otoczeniu Światłości, czerpać inspirację z obserwacji, jak inni doskonalą swoje umiejętności, i oddawać cześć tym, którzy odeszli.

Zatrzymali się przed grobowcem legendarnego Tyriona Fordringa, jednego z pięciu paladynów – pierwszych w historii Azeroth. W dawnych czasach arcybiskup Alonsus Faol powołał ich, by objęli dowództwo nad zakonem. Chciał połączyć łaskę Światłości z mocą młota i stworzyć zastęp rycerzy, którzy byliby zarówno kapłanami, jak i wojownikami. I choć Światłość skłaniała się ku sztywnym regułom oraz porządkowi, Tyrion był przekonany, że jest również łagodna i zdolna do kompromisu. Dostrzegał ją we wszystkim, co napotykał na swej drodze, słynął z empatii nawet wobec niegdysiejszych wrogów, a zarazem nigdy nie bał się podnieść młota lub miecza w obliczu niesprawiedliwości… Nawet jeśli oznaczało to sprzeciwienie się innym paladynom. Nawet jeśli oznaczało to wygnanie zarówno z domu, jak i zakonu.

Dla Aratora walka u boku Tyriona w bitwie na Strzaskanym Wybrzeżu, podczas beznadziejnej, choć zaciętej walki, która przyniosła im ogromne straty, w tym śmierć samego paladyna, była największym zaszczytem.

Tyrion zginął tak, jak żył – do ostatniego tchu służąc mieszkańcom Azeroth. To był rodzaj dziedzictwa, jakie Arator sam chciał po sobie zostawić. Nie listę zwycięstw osiągniętych dzięki ścisłemu przestrzeganiu archaicznych zasad, lecz gobelin utkany ze służby ich światu, w którym każda nić byłaby czynem, słowem lub myślą.

– Bohaterstwo nigdy nie było powszechne, ale też nigdy całkowicie nie zaniknęło – odezwał się cicho lord Tyrosus, jakby wypowiadając na głos myśli Aratora. – Nawet jeśli pozostaje niezauważone przez historię, zapisuje się w sercach dobrych ludzi. Niektórzy są szkoleni, aby walczyć. Inni to zwykli ludzie, którzy odkrywają je w sobie i podejmują wyzwanie, gdy nadchodzi odpowiedni moment. Fordring nauczył nas, że bohaterskie czyny nie muszą się ograniczać do pola walki. Mogą oznaczać wierność ideałom, nawet jeśli trzeba w związku z tym poświęcić niemal wszystko.

– Znam każdą opowieść o Tyrionie – odparł Arator. – Zawsze zabiegał o pokój. Cieszę się, że przed śmiercią doczekał się sojuszu między Hordą i Przymierzem, nawet jeśli nie trwał on zbyt długo.

Lord Tyrosus skinął głową.

– Rzucanie się w wir walki wymaga znacznie mniejszej odwagi niż ponoszenie tak dotkliwych konsekwencji za właściwe postępowanie. To jedna z naszych najbardziej godnych podziwu i najrzadszych cech. Współczucie, prawdziwa sprawiedliwość i odwaga… one są dla paladynów najważniejsze. Prawdziwe bohaterstwo jest jednak czymś więcej.

Serce Aratora zamarło. Te słowa brzmiały niczym zwiastun złych wiadomości. Odwrócił się, ale nie spojrzał na lorda Tyrosusa, którego twarz pozostawała bez wyrazu, a ręce lekko splecione z tyłu. Pod wpływem instynktu, najpewniej odziedziczonego po matce, chciał zakończyć rozmowę i mieć to już za sobą, ugryzł się jednak w język.

– W ostatnich latach paladyni oraz czempioni coraz lepiej wywiązują się z zadań zakonu i niejeden z nich dokonał niezwykłych czynów. Mimo to niewielu zasłużyło na wyróżnienia przewyższające tytuł rycerza – ciągnął lord Tyrosus. Z nietypową dla siebie poufałością położył dłoń na ramieniu Aratora, aby ten spojrzał mu w twarz.

– Aratorze, obserwujemy cię już od pewnego czasu. Zważywszy na twój rodowód, trudno byłoby tego nie robić. Jesteś nad wyraz utalentowany nie tylko na polu bitwy, masz w sobie także łagodność i inne cechy, jakie powinien posiadać paladyn. Na przykład dziś poświęciłeś swój czas, aby pomóc młodemu Winthropowi. Lecz jak dotąd nie zauważyliśmy, abyś wzniósł się na prawdziwe wyżyny bohaterstwa. Dlatego twoja kandydatura nie znajdzie się wśród pretendentów do lordowskiego tytułu.

– Rozumiem, lordzie Tyrosusie. – Arator skinął głową. – Będę się nadal doskonalił, aby jeszcze skuteczniej służyć tym, których przysiągłem chronić.

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – zapewnił Tyrosus, lekko ściskając jego ramię. – Ufam, że będę świadkiem objawienia prawdy o twoim tytule. Jestem pewien, że zadziwisz nas wszystkich.

Arator wyczuł w tych słowach prawdziwe ciepło i szczerość. Lord Tyrosus dodał:

– Skoro w twoich żyłach płynie krew Wysokiego Egzarchy Turalyona i słynnej Allerii Bieżywiatr, to właściwie urodziłeś się po to, aby zostać bohaterem.

No tak. Ten argument nieuchronnie pojawiał się w każdej rozmowie z kimkolwiek powołanym do służby. Arator nie mógł od tego uciec, odszukał więc w pamięci utartą odpowiedź:

– Dziękuję, mój panie. To rzeczywiście ważna misja, zarówno zaszczytna, jak i odpowiedzialna.

Ta odpowiedź najwyraźniej zadowoliła starszego mężczyznę.

– Możesz już odejść, jeśli chcesz dołączyć do swojego młodego wielbiciela na zewnątrz – powiedział.

– Sądzę, że Winthrop słusznie skupia teraz całą swoją uwagę na przeszywanicy lorda Graysona – odparł Arator, czym wyraźnie rozbawił Tyrosusa. – Jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym chwilę zostać i rozważyć to, o czym rozmawialiśmy.

– Oczywiście. Jest wiele do przemyślenia, a nie istnieje lepsze miejsce na głęboką zadumę…

Arator nasłuchiwał, aż odgłosy kroków ucichną, po czym odwrócił się, aby spojrzeć na oblicze wyryte w kamiennej rzeźbie. Należało do Wysokiego Egzarchy Turalyona, jego ojca, który – podobnie jak Tyrion – był jednym z pięciu pierwszych paladynów.

Przypomniał sobie słowa Tyrosusa wypowiedziane z pełnym przekonaniem: „Właściwie urodziłeś się po to, aby zostać bohaterem”.

Czyżby? – zastanawiał się. Naprawdę?

Odkąd wystarczająco podrósł, aby zrozumieć, co to oznacza, przedstawiano go jako „syna Turalyona i Allerii” i tak też o nim mówiono. Mimo że sam nigdy nie ubiegał się o przywileje z tytułu swojego pochodzenia i nawet ich nie akceptował, to jego legendarni rodzice byli tak powszechnie znani, że ukrycie własnej tożsamości w grupie rówieśników było niemożliwe. Odmowa lorda Tyrosusa zabolała go częściowo dlatego, że choć pracował ciężej niż większość, chcąc udowodnić swoją wartość i umiejętności, jego osiągnięcia były zawsze porównywane lub przyćmiewane przez osiągnięcia jego słynnych rodziców.

Życie Allerii i Turalyona przypadło na niezwykłe czasy. Arator również musiał się zmierzyć z wieloma niebezpieczeństwami, od demonów przez nieumarłych aż po zniszczenie samej Azeroth. Stawiał im czoła podobnie jak wielu przedstawicieli zarówno Hordy, jak i Przymierza, walczących z niezwykłą zręcznością, oddaniem i pasją. Jednak to, co dawniej uważano za niezwykłe, teraz już takie nie było i choć Arator cieszył się, że jego towarzysze z pola bitwy doskonale się sprawowali, nie mógł przestać myśleć o wyczynach swoich rodziców, dokonywanych konsekwentnie i skutecznie nie tylko na Azeroth, lecz także w innych światach.

Arator zdał sobie sprawę, że choć był w połowie człowiekiem i w połowie elfem, to zamiast łączyć te dwa światy, coraz mniej czuł się częścią któregokolwiek z nich. Odrzucenie jego kandydatury do tytułu lorda uświadomiło mu jednak coś jeszcze. Stał się dorosły i niezależny na długo przed powrotem jego rodziców. Pod wieloma względami wciąż ich poznawał, nawet jeśli jego życie zostało nieodwracalnie ukształtowane przez ich dziedzictwo, przez wyobrażenia na ich temat. Po tak długiej nieobecności Arator niczego nie pragnął mocniej, niż przebywać z nimi i uczyć się od nich… lecz zarazem pragnął być inny i zostawić swój własny ślad, by nie oceniano go wyłącznie przez ich pryzmat.

Stracił rachubę czasu, musiał jednak klęczeć i rozmyślać w cieniu pomnika ojca dość długo, bo kiedy wstał, nogi miał zesztywniałe, a serce chyba jeszcze cięższe niż wcześniej.

Wyszedł na zewnątrz, mrużąc oczy od światła.

– W samą porę! – zabrzmiał przyjazny, znajomy głos. – Czekam tu zaledwie od paru chwil.

– Liadrin! – wykrzyknął Arator, zapominając na chwilę o zmartwieniach. – Co tu robisz?

– Przywiozłam ci specjalną przesyłkę – odparła, wskazując na mały, owinięty tkaniną pakunek, który trzymała w rękach.

Lady Liadrin dowodziła paladynami sin’dorei, ­czyli Krwawymi Rycerzami. Była głową ich zakonu, a niegdyś także kapłanką, która chwyciła za broń, aby walczyć w obronie swojego ludu. I choć Liadrin bardzo się różniła od Turalyona, pod tym względem ich historia była dokładnie taka sama.

Kiedy rodzice Aratora zniknęli za Mrocznym Portalem, jego wychowaniem zajęli się ciotka Vereesa oraz liczni przyjaciele oddani jego rodzinie. Podczas gdy Sylwana, druga z jego ciotek, pełniła obowiązki generał tropicieli, które bez reszty ją pochłaniały, jej zastępca Lor’themar Theron wziął młodego Aratora pod swoje skrzydła.

Gdy Quel’Thalas zostało zdziesiątkowane przez siły Plagi, odbudową królestwa zajęli się właśnie Lor’themar i Liadrin. Nie zapomnieli jednak o Aratorze. Lor’themar od najmłodszych lat szkolił go w zgodzie z tradycją Obieżyświatów, a Liadrin była jego najbliższą powiernicą, z którą łatwo mu się rozmawiało, która ceniła jego przyjaźń i pilnie strzegła jego tajemnic. Zawsze traktowała go z życzliwością i mówiła prawdę, kiedy tego potrzebował. Przez wszystkie te lata darzył ją nieustającą sympatią i wdzięcznością.

– Trudno cię złapać – ciągnęła, a kiedy dostrzegła wyraz jego twarzy, zmarszczyła brwi. – Nie mów mi, że dostałeś burę…

– Nie – odparł pospiesznie. – To nic takiego.

– Rozumiem – skwitowała Liadrin takim tonem, jakby doskonale wiedziała, że to nieprawda. – Może to poprawi ci humor – dodała, wręczając mu pakunek i rozwiązując wstążkę.

Arator natychmiast rozpoznał zawartość: miód z Bryzokwietnej Pasieki. Wyjął słoik i włożył go do swojej torby.

– Dzięki.

– Nawet nie zapytałeś, która z bliźniaczek ci go przysłała – westchnęła, gdy Arator beznamiętnie wzruszył ramionami. – Rozchmurz się. Przyniosłam też butelkę Słonecznego wytrawnego.

▪▪▪

Usiedli na wyschniętej, pożółkłej trawie pagórka w pobliżu Kaplicy Świetlistej Nadziei. Arator wbił wzrok w budowlę i w wyjątkowo nieelegancki sposób pociągnął z butelki doskonałego trunku. Następnie cichym, monotonnym głosem przytoczył słowa lorda Tyrosusa.

Liadrin spojrzała na niego ze współczuciem i sięgnęła po trunek.

– Rozumiem jego punkt widzenia – dodał Arator – ale poczułem się sfrustrowany i rozczarowany.

– I zniechęcony?

– Tak… też.

Liadrin upiła łyk wina i oddała mu butelkę.

– A jak się czujesz teraz?

Na ustach Aratora pojawił się pozbawiony radości uśmiech.

– Sfrustrowany, rozczarowany i zniechęcony.

Liadrin się roześmiała.

– Zdziwiłoby cię, gdybym powiedziała, że doskonale znam te emocje?

Tego się nie spodziewał. Liadrin zawsze wydawała mu się pewna siebie, nieustraszona. Dowodziła zakonem Krwawych Rycerzy z pasją, a dzięki dążeniu do perfekcji oraz odwadze inspirowała jego członków do samodoskonalenia, świecąc przykładem tak jasnym, jak Światłość, którą władała. Jej kolejne słowa były jeszcze bardziej zaskakujące:

– Dobrze wiesz, że moja droga do rycerstwa była dość kręta. Z perspektywy czasu zaczęłam jednak doceniać wszystkie nieudane podejścia, ślepe zaułki i popełnione błędy. Gdyby nie one, nie zdobyłabym umiejętności, dzięki którym doszłam do punktu, w którym teraz jestem. Ty też kroczysz swoją drogą, Aratorze, i jest ona równie wyjątkowa, jak ty sam.

– Nie ma skrótów przez pola, co?

– Obawiam się, że nie. Musisz przejść każdy jej krok. I może ona zaprowadzić cię do miejsc, do których wcale nie chcesz się udawać.

– Jak na kapłankę nie najlepiej radzisz sobie z poprawianiem mi humoru.

– Już dawno zaniechałam tego powołania. Chcę ci tylko powiedzieć, że to nie jest najlepszy moment, aby zastanawiać się nad tym, jaki napis będzie widnieć na tablicy pod twoim pomnikiem.

Arator pomyślał o tym, co robił tuż przed spotkaniem Liadrin, i nie mógł się powstrzymać od śmiechu.

– No cóż, przychodzą mi do głowy jedynie słowa: „Sromotna porażka dwojga wielkich bohaterów”. – Uniósł butelkę do ust, ale Liadrin zdążyła go powstrzymać ręką.

– Aratorze… – zaczęła cicho. – Spójrz na mnie.

Niechętnie odwrócił wzrok. Jej spojrzenie było spokojne i pełne życzliwości.

– Znam cię od wielu lat. Patrzyłam, jak wyrastasz na silnego, serdecznego i szczerego mężczyznę. Odmowa lorda Tyrosusa to nie jest koniec. Z czasem docenią twoją wyjątkowość. Albo…

Liadrin przerwała, jakby zastanawiała się nad słowami, które miała właśnie wypowiedzieć.

– Albo…?

– Wczoraj spotkałam się z Lordem Regentem i Pierwszą Arkanistką – powiedziała po chwili milczenia, starannie dobierając słowa. – Thalyssra otrzymała doniesienia o możliwej aktywności demonów w pobliżu ruin Warowni Spaczenia.

Arator uniósł brew. Słyszał, że podczas ostatniej bitwy Azeroth z Płonącym Legionem demon Azoran uczynił z Warowni Spaczenia swoją bazę. Znajdowała się w niej machina dusz – urządzenie, które żywiło się duszami i przekształcało je w magię spaczenia. Azoran planował wykorzystać tę maszynę do zasilania statku dowodzenia, którym zamierzał zaatakować armie Azeroth. Azorana zabito, a atak szczęśliwie udaremniono.

– Myślałem, że dzięki działaniom shal’dorei wszystkie machiny dusz Legionu zostały unieszkodliwione – powiedział.

– Tak. Tak było. A przynajmniej… tak im się wydawało – odparła Liadrin. – Tamtejsi mieszkańcy zgłosili jednak, że widzieli coś, co wyglądało jak poświata spaczenia rozciągająca się nad tym obszarem.

– Niepokojące.

– Owszem. Thalyssra poprosiła niewielki oddział Krwawych Rycerzy o rozpoznanie terenu i złożenie raportu. Ja myślę, że poradziłbyś sobie z tym w pojedynkę.

– Mam po prostu… zbadać teren i złożyć raport? To mógłby zrobić nawet Winthrop… No, prawie.

Liadrin wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy:

– Aratorze, pomyśl przez chwilę. Jeśli udasz się do Suramaru i zgłosisz się na ochotnika, przejmiesz inicjatywę. Nie będziesz już musiał czekać, aż Srebrna Dłoń powierzy ci jakieś zadanie. Poza tym… zwrócisz na siebie uwagę Pierwszej Arkanistki Suramaru i najprawdopodobniej także Lorda Regenta Quel’Thalas. Oni postrzegają to, co jest ważne, zupełnie inaczej niż Srebrna Dłoń. Oczywiście nie mogę ci nic obiecać, ale jeśli się sprawdzisz, być może zechcą cię pozytywnie zaopiniować starszyźnie zakonu. Może Srebrna Dłoń cię nie docenia? Nie zaszkodzi, jeśli inni przywódcy przypomną im, jakie to szczęście, że jesteś w ich szeregach.

– Doceniam twoje słowa – powiedział Arator ze wzruszeniem.

– Nie wypowiadałabym ich, gdybym nie była przekonana o ich prawdziwości – odparła i Arator wiedział, że tak właśnie jest.

– Naprawdę myślisz, że ona to zrobi?

Liadrin sięgnęła po butelkę i wypiła ostatni łyk.

– No cóż – powiedziała. – Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij