Facebook - konwersja
Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-280-3285-9
Język:
Polski
Data wydania:
8 czerwca 2016
Rozmiar pliku:
7,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
39,99
Cena w punktach Virtualo:
3999 pkt.

Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - opis ebooka

Najbardziej sensacyjna biografia roku!
Historia życia Władimira Putina, którą czyta się jak kryminał.

Znakomita autorka, znawczyni problematyki rosyjskiej ujawnia nieznane na ogół fakty z życia prezydenta Rosji.  Skąd wziął się w KGB, czy rzeczywiście wygrywał wybory, jak naprawdę rozpoczął wojnę w Czeczenii i na Ukrainie, jakie ma związki z Al-Kaidą i tzw. Państwem Islamskim, jak wiele osób wysłał na cmentarz; jakim był mężem, jakim jest ojcem i czy czuje się samotny?

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

W carskim dworku z XIX wieku w miejscowości Nowo-Ogariowo pod Moskwą, nad rzeką o takiej samej nazwie, niemal codziennie od 2000 roku, mniej więcej o wpół do dziewiątej rano budzi się niewysoki mężczyzna. Niedługo po przebudzeniu, odziany w dres z jedwabno-bawełnianej materii, zaczyna ćwiczyć na specjalnie dla niego zbudowanej siłowni. W trakcie ćwiczeń ogląda w telewizji najnowsze wiadomości na kilku krajowych kanałach. Po rozgrzewce udaje się na basen. Czasem przepływa tylko tysiąc metrów, czasem więcej. Potem przychodzi pora na przemienną kąpiel w mniejszych basenach: gorąca woda ma 40 stopni, chłodna – 12.

Przy stole nakrytym do śniadania białą porcelaną zasiada około południa. Menu jest raczej skromne: kasza z jogurtem lub twaróg z miodem, żółty ser, masło. I koktajl o tajemniczym składzie, najprawdopodobniej z sokiem buraczanym i chrzanem.

Potem mężczyzna udaje się do gabinetu, gdzie pod flagą Federacji Rosyjskiej i herbem państwowym otwiera teczkę z najpilniejszymi dokumentami do podpisu. Następnie zagląda do teczki z dokumentami tajnymi…

Jeśli tego dnia jedzie do najważniejszej z komnat w twierdzy otoczonej długim na 2235 metrów murem grubości dochodzącej do 6 metrów, to kilkanaście opancerzonych aut przemyka na sygnale ulicami, na których już dużo wcześniej wstrzymano ruch. Do swojego miejsca pracy dociera przeznaczoną tylko dla niego windą i przeznaczonym tylko dla niego korytarzem. Pracuje długo, nieraz do północy. A bywa i tak, że jego podwładni są wzywani późnym wieczorem do jego rezydencji pod miastem.

Gdy odchodzą, zostaje sam. Kiedyś biegały tu dzieci, krzątała się żona. Jeszcze niedawno przyjacielsko trącała go nosem ukochana czarna labradorka. Ale i jej zabrakło…

Kim jest urzędujący w fortecy, od lat narzucający światu swoją wolę zagadkowy samotnik z Kremla, Władimir Władimirowcz Putin? I jakim państwem stała się Rosja pod jego rządami?

Krystyna Kurczab-RedlichCzęść I Dzieciństwo od kulis

Raz… Niewielki biały samolot unosi się w powietrze. Dwa… Ostro przechyla się na lewą stronę. Trzy… Zanim doliczymy do dziesięciu, może dwunastu, ryje w beton.

Jest 9 marca 2000 roku. Godzina ósma czterdzieści jeden. Lotnisko Szeremietiewo. Ginie dziewięć osób, wśród nich – oprócz członków załogi – dwie znane w ówczesnej Rosji postacie: Zija Bażajew i Artiom Borowik. Zija Bażajew to właściciel ogromnej kompanii naftowej Alians, niezwykle sprawny przedsiębiorca, działacz państwowy, inicjator wielu działań charytatywnych. Artiom Borowik to szef holdingu Sowierszenno Siekrietno (Ściśle Tajne), wydającego gazetę o takim samym tytule oraz czasopismo „Wiersija”, a także autor telewizyjnego programu również noszącego nazwę Sowierszenno Siekrietno. Dziennikarz znany z rzetelności i odwagi.

Z wraku samolotu znikają ich telefony komórkowe. Znika też teczka z dokumentami Borowika.

Akta śledztwa w tej sprawie od początku opatrzone są klauzulą „Ściśle tajne”.

Trzy lata później.

W zawalonym książkami gabinecie Ogólnorosyjskiego Instytutu Materiałów Lotniczych naprzeciwko starszego pana o mocno pomarszczonej sympatycznej twarzy siedzi jasnowłosa kobieta i bardzo się dziwi. Naczelna redaktorka gazety „Sowierszenno Siekrietno” Galina Sidorowa rozmawia o problemach rosyjskiego przemysłu lotniczego z Josifem Fridlyanderem, jednym z największych w kraju specjalistów zajmujących się stopami metali używanymi w lotnictwie. Ten dziewięćdziesięcioletni naówczas człowiek uczestniczył w pracach komisji badającej przyczyny praktycznie wszystkich katastrof lotniczych w ciągu kilkudziesięciu lat. Także katastrofy jaka-40 z 9 marca 2000 roku. Galina Sidorowa się dziwi, bo miły starszy pan właśnie powiedział: „W moim sejfie leżą papiery związane z tą katastrofą, ale nie mogę ich pokazać. Klauzula »Tajne«”. „Zdziwiona zadałam pytanie – pisze – jak to możliwe, przecież oficjalne rezultaty pracy komisji już opublikowano, na co Fridlyander tylko rozłożył ręce. Jasne, że ten naukowiec przez większą część życia pracujący w którejś z instytucji objętych tajemnicą państwową nie mógł się wtedy podzielić ze mną swoją wiedzą. »Pomyślę, jak to zrobić« – powiedział na pożegnanie. Ale choć rozmawialiśmy jeszcze nieraz, a Josif Naumowicz dzwonił nawet z życzeniami świątecznymi, ciągle smutno powtarzał: »Jeszcze nie mogę«”¹.

Josif Fridlyander zmarł w 2009 roku. Zawartość jego sejfu służba bezpieczeństwa instytutu przejrzała i zniszczyła.

Galinę Sidorową, posła nadzwyczajnego i pełnomocnego, członka Rady Polityki Obronnej, a od 2012 roku przewodniczącą Komitetu Wykonawczego Międzynarodowego Instytutu Prasy, trudno posądzać o konfabulowanie.

Początek prezydenckiej kampanii wyborczej Władimira Putina wypadł latem 1999 roku, a szczyt zimą roku 2000 – od początku stycznia po koniec marca.

W telewizji i gazetach pełno było Putina. Ilość jednak nie przechodziła w jakość: wiedziano wprawdzie mniej więcej, co robił w życiu, gdzie pracował, ale – w gruncie rzeczy – nie wiedziano, kim jest. Niewinne pytanie „Who is mister Putin?” zadane rosyjskim politykom przez amerykańską dziennikarkę Trudy Rubin na Forum Ekonomicznym w Davos w styczniu 2000 roku nie doczekało się wtedy odpowiedzi i nadal wirowało w powietrzu. A że wolność słowa rozhulana za czasów prezydenta Jelcyna jeszcze miała się dobrze, zdecydowanie nie we wszystkich pismach i programach telewizyjnych dominował ton adoracji.

Oto w czasopiśmie Artioma Borowika „Wiersija” z 18 stycznia 2000 roku ukazuje się tekst pod niemieckim tytułem Das ist Putin z jego fotografią w czapce niemieckiego oficera z okresu drugiej wojny światowej. Autorzy usiłują rozwikłać kilka niezbyt pochlebnych dla bohatera zagadkowych wydarzeń z wcześniejszych etapów jego życia. Niespodziewanie do najbardziej tajemniczego okresu, o którym pod koniec artykułu piszą, należy ten – wydawałoby się – najniewinniejszy: dzieciństwo Putina. Otóż większość informacji na ten temat jest ściśle tajna.

Rozwiązanie jednej z zagadek nastąpiło jak w kiepskim serialu. Jedni w nie uwierzyli, inni nie. Na wierze dobrze jest się opierać wówczas, gdy do dowodów sięgnąć nie można. Jeśli zaś można, warto się z nimi zapoznać.

Wedle tego kiepskiego scenariusza początek życia prezydenta wyglądał zupełnie inaczej niż w oficjalnej biografii: nie ten ojciec, nie ta matka, nie to miejsce urodzenia, nie ta data. Pytanie jednak, czy w ogóle powinno nas obchodzić skrywane za tymi faktami cudze nieszczęście? Czy nie należałoby raczej wzruszyć ramionami i nie zauważać problemu? Dla polityków liczy się postępowanie drugiego polityka, a nie to, co skrywa jego metryka czy psychologiczna podszewka. Dla obserwatorów jednak, dla dziennikarzy czy biografów pytanie, dlaczego polityk zachowuje się tak, a nie inaczej ma ogromne znaczenie. Tym większe, im bardziej jego działania wpływają na losy innych ludzi, społeczeństw, świata. Są politycy tacy jak Gandhi czy Havel, są tacy jak Hitler czy Stalin.

Truizmem jest twierdzenie, że szczęśliwe, a przynajmniej normalne dzieciństwo lepiej rokuje niż nieszczęśliwe i nienormalne. Oczywiście nie wszyscy, którym szczęśliwe dzieciństwo było dane, wyrośli na porządnych ludzi, podobnie jak nie wszyscy, którym szło jak po grudzie, stali się zbrodniarzami. Tak czy inaczej, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś jest, jaki jest, nie sposób nie zajrzeć za kulisy jego dzieciństwa.

„Tak, jestem matką Wołodii” – wyznaje gruzińskiej gazecie „Alija” Wiera Nikołajewna z domu Putin, od kilkudziesięciu lat żyjąca w Gruzji, w wiosce Metechi. Jest początek stycznia 2000 roku. W Metechi zapewne jeszcze częściej niż w Tbilisi od lat brakuje prądu (w stolicy nie ma go czasem i przez dwa tygodnie, pojawia się na krótko i znowu znika). Telewizory w większości mieszkań są, ale ludzie odzwyczaili się od ich włączania. Często nawet nafty do lamp brakuje. Prowincja Gruzji żyje swoim ciężkim, biednym życiem. Niewiele obchodzi ją polityka własnego prezydenta Szewardnadzego, a jeszcze mniej sprawy Rosji, od której Gruzinom udało się odłączyć prawie dziesięć lat wcześniej. Dlatego sylwestrowy fajerwerk, jaki 31 grudnia 1999 roku odpalił Rosjanom prezydent Jelcyn, ogłaszając swoim następcą Władimira Putina, w gruzińskiej wiosce nie został zauważony.

Do wyznania Wiery z domu Putin może by wcale nie doszło, gdyby nie to, że w Metechi pojawili się ludzie szczególnie zainteresowani nią i rodziną jej męża Gieorgija Osiepaszwilego. Przybysze rozpytywali o synka Wiery, Wołodię, który przyjechał tu jako maleńki chłopczyk, żył u Osiepaszwilich, a zniknął, gdy miał niemal dziesięć lat. Przybysze prosili też o pokazanie zdjęć małego Wowy, a potem wszystkie zabrali, niektóre nawet bez wiedzy właściciela. Dużo tego nie było, kilka sztuk. Dopiero wtedy mieszkańcy Metechi zdali sobie sprawę z metamorfozy ich Wowy we Władimira Władimirowicza Putina.

Być może wszystko skończyłoby się na wioskowym szumie, gdyby nie to, że 3 stycznia 2000 roku do przedstawicielstwa Czeczeńskiej Republiki Iczkeria w Tbilisi przyszedł pewien Gruzin z informacją, że tuż obok, we wsi Metechi żyje prawdziwa matka Władimira Putina, którą on może im przywieźć za pół miliona dolarów. Czeczeni wyśmiali go, znając już z internetu biografię kandydata na prezydenta Rosji. Czarno na białym napisano w niej, że jego matka od roku nie żyje.

Sprawę zaczęli traktować poważniej, gdy pod koniec rozmowy pojęli, że gość jest z gruzińskich służb specjalnych, które chciałyby się pozbyć tej niewygodnej osoby cudzymi rękami. O Czeczenach porywaczach głośno było wtedy na świecie, więc przypisanie im jeszcze jednego porwania nikogo by nie zdziwiło, a oni nie mieliby najmniejszej szansy udowodnienia swojej niewinności, zwłaszcza w warunkach toczącej się w Republice wojny.

Gruzin położył na stole stare zdjęcie ciepło okutanego dzieciaka oraz ekspertyzę potwierdzającą, że to dziecięca fotografia Władimira Putina. Potem włączył magnetofon, z którego popłynęły nagrane rozmowy z mieszkańcami wioski wspominającymi syna Wiery o imieniu Wowa, który przez lata żył wśród nich. Czeczeni zrozumieli, że jeśli Wiera Nikołajewna z domu Putin to istotnie prawdziwa matka przyszłego prezydenta Rosji, musi być osobą bardzo w tej chwili dla niego niewygodną i może jej się coś złego przydarzyć.

Stało się też jasne, że ujawnione podczas kampanii wyborczej poważne i w dodatku dość pikantne kłamstwo w biografii pretendenta może być miną, na której wprawdzie kandydat do objęcia władzy na Kremlu w powietrze nie wyleci, ale za której sprawą jego wizerunek mocno ucierpi. Wszystkim przeciwnikom Putina sprawiłoby to radość, Czeczenom zaś szczególną. Od pół roku rosyjskie bomby obracały ich kraj w perzynę, czołgi go rozjeżdżały, a obywateli torturowano niemal na każdym posterunku wojskowym – wszystko to na rozkaz dowodzącego „operacją antyterrorystyczną” Władimira Putina.

Szef Czeczeńskiego Centrum Informacyjnego w Tbilisi Chizir Ałdamow bezzwłocznie porozumiał się więc ze swoim szefem Wachą Ibragimowem i obaj postanowili zasłyszane rewelacje sprawdzić, a jeśliby się potwierdziły – nagłośnić. Tylko tak zyskaliby dla siebie i Wiery Nikołajewnej polisę asekuracyjną. Do nagłośnienia potrzeba jednak – oprócz relacji mieszkańców i samej Wiery – jeszcze materialnych dowodów, choćby w postaci zdjęć, a te ze wsi już ktoś zabrał.

Do Wiery Nikołajewnej Czeczeni pojechali z dziennikarzami gruzińskiej gazety „Alija”.

W wiosce Metechi w pobliżu szkoły stoi niewielki dom, przy nim obrośnięta winem altana. Tam Wacha Ibragimow pierwszy raz spotyka niewielkiego wzrostu kobietę o zamaszystych ruchach i jasnych, głęboko osadzonych oczach.

„Niezręcznie mi to wszystko wspominać – mówi spłoszona obecnością dziennikarzy Wiera Nikołajewna. – Trudno wracać do starych błędów, pomyłek… Minęło już przecież pół wieku”².

A jednak próbuje mówić. Zacina się, śpiewne rosyjskie słowa wygrzebując spod usypiska gardłowej mowy gruzińskiej, usiłuje zamknąć całe lata w kilku prostych zdaniach. Jej błękitne, wyblakłe oczy to jaśnieją, jakby podświetlone od środka, to mętnieją zasnute łzami, bezzębne usta rozciąga uśmiech lub sznuruje płacz.

„Urodziłam się…” – zaczyna i zaraz przerywa, wstaje, idzie w głąb domu i wraca z pożółkłym, poplamionym dowodem osobistym³.

Wiera Nikołajewna Putin urodziła się 6 września 1926 roku we wsi Tieriechino, niedaleko niewielkiego miasta Oczer, w obwodzie permskim na Uralu, jako jedyna dziewczynka wśród czwórki dzieci Anny Ilijczynej i Nikołaja Iłłarionowicza Putinów. Po wojnie zdecydowała się na naukę w miejskim Technikum Mechanizacji Rolnictwa. W tamtych powojennych czasach do szkół chodziły uczennice jeszcze niedawno harujące w zakładach zbrojeniowych i uczniowie, którzy właśnie rozstali się z karabinem. Więcej wśród nich było kobiet niż dziewcząt, więcej mężczyzn niż chłopców. Tam się właśnie spotkali: dorosła już Wiera Nikołajewna i Płaton Priwałow, mężczyzna, którego imię i nazwisko jeszcze dziś z trudem przechodzi jej przez gardło.

Przez jakiś czas mieszkali razem. Wiera była przekonana, że się pobiorą. Była już w ciąży, gdy…

„Przyszła paczka do niego, z jakimś jedzeniem – wspomina. – Wyjechał na kilka dni, no to paczkę otworzyłam. A tam słonina i list od żony. Zanim wrócił, już mnie nie było. Uciekłam do rodziców”.

Nieślubne dziecko nie stanowiło w powojennej Rosji wielkiego problemu. Rodzice przyjęli córkę bez wyrzutów i zapewne się cieszyli z przyjścia wnuka na świat we wrześniu 1950 roku. Rok później Wiera, wtedy już technik elektromechanik, wyjechała na praktykę z chłodnego Uralu aż do gorącego Uzbekistanu, do Taszkientu. Obok hotelu robotniczego, gdzie mieszkała, stał barak – świetlica, dokąd przychodzili żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej, wśród nich Gieorgij Osiepaszwili, przystojny Gruzin. Tak się poznali. Gruzja, kraina pomarańczy i winorośli, jawiła się mieszkańcom biednej powojennej Rosji jako kraj mlekiem i miodem płynący, dlatego Wiera bez zastrzeżeń uwierzyła w opowieści Gieorgija, że jest bogaty i ma duży dom w Tbilisi.

Na surowym Uralu, gdzie dorastała, niewiele zapewne rozmawiało się o nieokiełznanej fantazji ludzi Kaukazu, toteż gdy Gieorgij powiedział: „Wychodzę z wojska, potrzebna mi żona, nie chcę być w domu sam, matka umarła, ojciec ponownie się ożenił”, Wiera zdecydowała się w ciągu trzech dni.

„Wszystko stało się tak szybko” – wzdycha po latach. Może dlatego, że kiedy sobie wcześniej w Swiatki – jak to w Rosji od wieków w zwyczaju – przed świętem Trzech Króli wróżyła, w lustrze ujrzała mężczyznę w mundurze, podobnego do Gieorgija, a może dlatego, że chciał być z nią, mimo iż miała dziecko z innym, a może po prostu się zakochała… Tak czy inaczej, nie uciekła z wioski Metechi, gdzie Gieorgij nie miał nawet własnej chałupy, a w domu ojca zamiast podłogi było klepisko, nie uciekła, tylko po roku poprosiła matkę, żeby przywiozła jej tam synka. Anna Ilijczyna zrobiła to mimo oporu ze strony ojca Wiery, który nie pogodził się z wyborem jedynaczki. Ten stary komunista ponoć nienawidził Stalina (który był Gruzinem), a Gruzję uważał za kraj obcy i dziki, gdzie można spędzić wakacje, ale nie całe życie.

W tym miejscu właściwie kończy się prolog pisanego przez los scenariusza z Wierą Nikołajewną z domu Putin, po mężu Osiepaszwili, w roli głównej i na scenę wstępuje właściwy bohater.

Miał niespełna trzy lata, gdy po raz pierwszy ziemia osunęła mu się spod nóg. Został wyrwany z przyjaznych pieleszy domku w Tieriechino, z objęć kobiety, którą pewnie uważał za mamę, i mężczyzny będącego jak ojciec, i pozostawiony tam, gdzie wszystko było obce: nowa matka, nowy ojciec, nowy dom. Psychologowie twierdzą, że z czynników, które najbardziej wpływają na rozwój emocjonalny dziecka, zwłaszcza trzylatka (między innymi spokój, czułość, zaspokajanie potrzeb), najważniejsza jest potrzeba bezpieczeństwa⁴. Skoro zaś „na brak poczucia bezpieczeństwa w dużym stopniu wpływają rozstania z osobami najbliższymi, a dziecko przeżywa je tym mocniej, im jest młodsze, gdyż wtedy jego więzi z osobami bliskimi są najsilniejsze”⁵, możemy sobie wyobrazić szok małego Władimira po transplantacji na gruzińską ziemię. Układ nerwowy trzylatka jest jeszcze słaby, a rozpoczynające się formowanie własnego ja i wiary w siebie – bardzo wątłe. Łatwo je na tym etapie wzmocnić albo stłumić. W tym ostatnim przypadku mogą według psychologów wystąpić poważne zaburzenia, skłonność do kłamstw, agresywne, a nawet psychopatyczne, zachowania.

Ale przecież matka sprowadziła synka powodowana tęsknotą i miłością, więc może nie ma co przywiązywać nadmiernej wagi do krakania specjalistów od duszy ludzkiej? Dziecko miało dom? Miało, choć biedny. Matkę? Też, i to kochającą. Ponadto jasnowłosy i jasnooki chłopczyk nowej rodzinie się spodobał, można nawet usłyszeć, że był jej ulubieńcem. Zapewne dlatego w czasach, gdy aparat fotograficzny na wsi należał do rzadkości, ktoś zrobił małemu zdjęcie. Wowoczka nie ma na nim szczęśliwej miny. Jego ojczym Gieorgij podarował to zdjęcie swojemu bratu Wachtangowi mieszkającemu w Gori. Na odwrocie niewprawną ręką napisano po rosyjsku: „Na pamiątkę Ninie i Wachtangowi od Gogi. Syn Wowka. Wowka bardzo płakał, fotografować się nie chciał, zabrał fotografowi dzwoneczek i do domu, do domu… I tak zamiast bohaterem i wojakiem okazał się płaksą ten Wowik”.

Jeśli nawet było tam chłopcu dobrze lub chociażby znośnie, to krótko. Gieorgij pracował w cegielni i właśnie kończył nowy dom. Wiera Nikołajewna spodziewała się dziecka. Ojczymowi cudzy chłopczyk zaczął zawadzać. Tymczasem cudzy chłopczyk rósł i oswajał się z goniącym go słowem nabiczwari, biezrodnyj, czyli bez rodziny, nieznanego ojca, bękart. Kaukaz to Kaukaz, swoje prawa ma. Pozamałżeńskie dziecko się w nich nie mieści. Kobieta, która je urodziła – też nie. Im chłopak robił się starszy, tym boleśniej się o tym przekonywał.

„Ojczym go bił?” – pyta Wierę Nikołajewną Wacha Ibragimow.

„Bić to nie bił, ale go tu nie chciał”⁶ – odpowiada kobieta.

A cóż innego ma mówić o mężu, z którym przeżyła tysiące dni i nocy i który kręci się tu gdzieś w pobliżu… Po latach, grabiąc suche liście wokół jego grobu, Wiera Nikołajewna powie, z mozołem przebijając się przez wspomnienia: „Kłótliwy był . Ciężkich chwil nie brakowało. Ale zawsze byliśmy razem . On mnie potrzebował . Jeśli z kimś się pobił, nie rozmawiałam z nim miesiącami. Ale to on szukał zgody, nie ja . Takie było nasze małżeństwo. I dobre, i złe. Wszystkiego po trochu. Takie życie… Sama siebie nie rozumiem”⁷.

A co tu rozumieć? Zatarte już dzisiaj emocje, kiedyś wyraziste i jasne, to była miłość.

W Metechi wystarczy odejść dalej od domu Wiery Nikołajewnej, zaczepić paru dawnych sąsiadów i zapytać o małego Wowę, by usłyszeć:

„O tu, pod tym domem, gdzie mieszkał, często kucał, opierał się o ścianę i milczał. Taki biedny chłopczyk . Wiera go broniła, ale Gieorgij go bił, bił pasem. No i za kołnierz nie wylewał . Raz Wowa był zamknięty w domu, strasznie zmarzł i zaczął krzyczeć, a ściany tu cienkie: »Ciociu Lilo, pomóż! Strasznie mi zimno!«. Smutne to było”⁸.

„Bywało, że Goga kijem mu przyłożył i z domu na chłód wygnał, a i na ubranie skąpił, bo u nich się nie przelewało: chłopak zawsze w łatanych portkach chodził – wspomina sąsiad Osiepaszwilich, Mamuko. – Nikt nie miał tego za złe Godze. No bo kto ma ochotę cudzym dzieckiem się zajmować? W dodatku, gdy wszyscy za plecami się naśmiewają. Gadają: »Przytaszczyła Wierka bękarta, a od kogo – nie pamięta«. Długo Goga to znosił, aż w końcu go przegnał”⁹.

„Od czasu naszej przeprowadzki mieszkaliśmy po sąsiedzku – wspomina Dali Gziriszwili. – Wowa miał wtedy chyba pięć lat. Byliśmy rówieśnikami. On drobny, jasnowłosy, ruchy miał szybkie, zamaszyste, jak u matki… Nie wiedziałam, że ma na imię Władimir. Wołało się na niego Wowa. Wszyscy go znali pod tym imieniem. Było mi go żal, oni żyli bardzo biednie. Zawsze dawałam mu jabłka, gruszki, winogrona, bo myśmy mieli winnicę. On brał wszystko. Zwykle czekał na mnie w tym samym miejscu, niedaleko ich bramy, wiedział, że zawsze coś dla niego schowałam . Nieraz razem się bawiliśmy. Smutny był taki . Często chodził na ryby . Wiedziałam, że nie jest synem Gieorgija. Bardzo złościł się i płakał, kiedy go w dzieciństwie przezywali z powodu matki, nie wytrzymywał tego. Wioskowi wiedzieli, że go to złości, dokuczali mu, naśmiewali się, a on to brał bardzo serio i płakał”¹⁰.

„Ciche, smutne, zamknięte dziecko – usłyszał Wacha Ibragimow od Nory Gogolaszwili, nauczycielki pierwszych klas szkoły podstawowej w Metechi. – Bardzo dobrze się uczył. A z zabaw najbardziej lubił walkę. Wcześnie zapisał się na sambo^(I). W pocerowanych rzeczach chodził . Kupowałam mu podręczniki. Im ciężko było. Mówiłam jego matce, że jeśli oddałaby go do adopcji, chętnie wezmę. Bardzo go było żal. Przylgnął do mnie jak kociak”¹¹.

„Mówią, że był pan jedynym przyjacielem Wowy, że obaj byliście prymusami, prawda to?” – Wacha Ibragimow zagaduje Gabriela Dataszwilego. „Tak. Poza mną Wowa faktycznie nie miał przyjaciół”. „Był z niego zabijaka? Rozrabiał?” – dopytuje Ibragimow. „Nie, na odwrót, był cichym, zamkniętym chłopakiem. Po lekcjach często chodził z wędką nad rzekę, sam. Czasem przychodził do mnie i razem się bawiliśmy, a to w wojnę, a to fechtunku się uczyliśmy, w piłkę graliśmy i biliśmy się. On w tym był lepszy przez to jego sambo”¹².

Pewnego dnia Wowka zniknął. Przerażonej Wierze Nikołajewnej oznajmiono, że więcej go nie zobaczy. Już prawie dziesięcioletniego chłopca tym razem zdeponowano w domu bezdzietnego majora w Tbilisi. Rolę doręczyciela wzięła na siebie siostra Gieorgija. Dała się jednak uprosić i po paru dniach wskazała matce adres syna. Czy ta matka mogła zrobić coś innego, niż wywieźć go stąd jak najdalej? Do rodzinnego domu na Ural.

„Bardzo chciałam zostać na Uralu – opowiadała po latach dziennikarzom. – Chciałam zostać z Wowką, oderwać się od tego wieśniaczego życia, chciałam się uczyć… Ale czy to mogłam? W Metechi czekały dwie córki, a Gieorgij po dwóch dniach przysłał telegram: »Wracaj natychmiast!«. I groził sprowadzeniem przez milicję… Faktycznie wyszło na to, że Wowę zamieniałam na dziewczynki”¹³.

Przed wyjazdem mały Putin podarował jedynemu przyjacielowi, Gabrielowi Dataszwilemu, swoją fotografię z podpisem: „Na pamiątkę Gabrielowi od Wowy”.

„Tyle lat ją przechowywałem – mówi Gabriel. – Ostatnio szukałem, ale przepadła. Pojęcia nie mam jak i kiedy. No ale jeśli Wowa Putin pamięta życie w Metechi, powinien pamiętać i mnie”¹⁴.

„Wowka strasznie płakał, kiedy odchodziłam. Serce mi pękało, ale nawet go nie przytuliłam. Jednak w najstraszniejszym koszmarze nie mogłoby mi się przyśnić, że żegnam się z nim na zawsze”¹⁵ – mówiła do kamery Wiera Nikołajewna, a łzy, jedna za drugą, szukały drogi wśród zmarszczek i bruzd jej twarzy.

We współczesnym scenariuszu nie może zabraknąć telefonu. 20 stycznia 2000 roku Wacha Ibragimow dzwoni więc z Tbilisi do Moskwy, do znajomego Czeczena Zii Bażajewa, który pyta:

– Słyszałeś? W Groznym piekło. Ruscy zastosowali broń chemiczną. Zrobili z nas poligon!

– A czego można się spodziewać po armii z takimi dowódcami?

– Podobno Putin to kythla .

– Słyszałem. Myślisz, że to prawda?

– To jest prawda – odpowiada Ibragimow. – Rozmawialiśmy z jego matką, przyrodnią siostrą i świadkami jego dzieciństwa.

– To byłaby bomba w Moskwie! Przecież trwa kampania wyborcza – ekscytuje się Bażajew.

– Ale w Moskwie nikt nie zaryzykuje takiego tematu – wątpi Ibragimow. – Wszyscy tam na punkcie Putina powariowali.

– Ja jednak spróbuję – oświadcza Bażajew.

Po trzech dniach następuje kolejna odsłona dramatu i 23 stycznia z Moskwy do Tbilisi dzwoni Zija Bażajew i uroczyście oznajmia, że Artiom Borowik z telewizyjnego programu „Sowierszenno Siekrietno” bardzo się zainteresował tematem i uważa, że to „prawdziwa bomba”, pod warunkiem jednak, że znajdą się jakieś zdjęcia, bo bez nich „sprawa zostanie przedstawiona tak, jakby jakieś zapadłe Metechi chciało sobie przypisać zasługę wychowania przyszłego prezydenta Rosji”¹⁶. Radzi też, żeby się z tymi poszukiwaniami nie afiszować i dzwonić, gdy uda się zdjęcia znaleźć.

Wydawało się, że to zadanie niewykonalne.

Mijał luty. Czas umykał. Czas – wróg tych, którzy czekają, tych, którzy się spieszą, i tych, którzy marzą – jak tam i wtedy – że prawda zdoła wstrząsnąć światem. Tym dalekim światem, w którym długi żółty budynek dawnego KGB^(II), przemianowanego teraz na FSB^(III), na placu Łubianka i eleganckie gabinety Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej na placu Starym, i paradne kremlowskie sale zamieniono w sztaby bojowe operacji „Następca”.

Operacja zakończy się wyborami 26 marca. I nie zakłóci jej żadna burza w szklance metechijskiej wody.

„Podczas całego okresu pracy w Metechi, no i w Tbilisi, czuliśmy, jak potężne siły próbują nam przeszkodzić – wspominał Wacha Ibragimow. – W tamtym czasie, gdy toczyła się już wojna Rosji z Czeczenią, przedstawicielowi Czeczeńskiej Republiki Iczkeria w Tbilisi, do niedawna traktowanemu jak, powiedzmy, przedstawiciel Francji, odebrano status dyplomatyczny i potraktowano go jak zwykłego obywatela Gruzji. Co rusz się zjawiali panowie w cywilu, żądając, byśmy zakończyli wizyty w Metechi, a jeśli nie zakończymy, grozili wielkimi kłopotami. Oficjalnego nakazu w tej sprawie nie mieli. Działali na prośbę szefów, kolegów byłego naczelnika KGB Igora Giorgadzego. Tego samego, który oskarżony o zamach na prezydenta Szewardnadzego musiał uciekać z Gruzji i skrył się pod Moskwą na daczy chronionej przez tamtejsze służby. Giorgadze i Putin dobrze się znali: kończyli tę samą moskiewską akademię KGB, tyle że Giorgadze wcześniej. To on podarował Putinowi kaukaskiego owczarka o imieniu Małysz, którego widać na wielu zdjęciach Putina z tamtych czasów. Sami giebesznicy już do Metechi nie przyjeżdżali, widocznie się uspokoili, odkąd zabrali ludziom zdjęcia Wowy i zakazali o nim gadać”.

Nie uspokoili się jednak Czeczeni i niektórzy gruzińscy dziennikarze. Dawid Kikaliszwili z telewizji Rustawi 2 miał szczęście: trafił do mieszkającej w Tbilisi przyrodniej siostry Putina, o imieniu Sofija, tuż po tym, jak się jej udało wydobyć zdjęcie brata od znajomego giebesznika. Właśnie ta fotografia, z dedykacją: „Na pamiątkę Gabrielowi od Wowy”, zniknęła z domu Gabriela Dataszwilego i pokazana została w programie Kikaliszwilego „60 minut”. Czeczeni otrzymali kopię. Następną niespodziankę sprawił sam Gieorgij Osiepaszwili: od brata Wachtanga z Gori przywiózł zrobione niemal przed pół wiekiem zdjęcie chłopaczka z nieszczęśliwą miną, opatrzone dopiskiem o Wowiku, co okazał się płaksą.

Jest 7 marca 2000 roku. Znów dzwoni telefon.

Z relacji Wachy Ibragimowa:

„W Tbilisi z radością krzyczałem w słuchawkę:

– Są fotografie! Udało się! Mimo wszystko!

W Moskwie ucieszył się Zija:

– Wspaniale! Wielki sukces! Trzeba szybko je tutaj przekazać. Przygotujcie się. Za dwa albo trzy dni Artiom zadzwoni do was wieczorem i powie, kogo i kiedy przyśle po materiały. Spieszy się, już przygotowuje program w telewizji.

Z Tbilisi jeszcze dorzucają:

– Dla Artioma mamy też ważne materiały z 1999 roku. O wysadzaniu domów. A do Metechi pojedziemy z pomocą humanitarną. Przyda się Wierze Nikołajewnej.

– Znakomicie! – cieszą się w Moskwie. – Będzie świetne tło do programu Artioma. Tylko zbierzcie jak najwięcej dziennikarzy.

– Jasne! – odpowiadają w Tbilisi”¹⁷.

Rozmówcy kończą i spokojnie wsuwają telefony do kieszeni.

Każdy chyba z innym uczuciem. Wacha Ibragimow uczestniczył w tych wydarzeniach nie we własnym imieniu, lecz – jakkolwiek by to patetycznie zabrzmiało – w imieniu narodu czeczeńskiego. Podczas gdy Zija Bażajew, choć też Czeczen, cały ten sensacyjny epizod lokował na dalszym planie, jako coś mogącego ewentualnie zaszkodzić kampanii wyborczej niechcianego kandydata na prezydenta. Bo Zija Bażajew był przede wszystkim biznesmenem, jego kompania Alians dobrze się już umocowała na Zachodzie, a odkąd reanimowała Rafinerię Chersońską, jedną z największych na Ukrainie, zyskała mocną pozycję w handlu ropą w Rosji i całej poradzieckiej okolicy. Loty wynajętym jakiem-40 należały do rutynowego rozkładu zajęć Bażajewa. Także w locie planowanym na 9 marca nie było nic szczególnego. Aż do chwili, gdy tamtego późnego popołudnia 8 marca Artiom Borowik raptownie zmienił swoje plany moskiewskie na kijowskie, wziął do ręki telefon, wystukał numer Bażajewa i powiedział: „Lecę z tobą jutro”.

Dlaczego zmienił plany? Może jako właściciel holdingu Sowierszenno Siekrietno chciał doprecyzować warunki przejęcia przez Bażajewa pisma „Wiersija”? Ale przecież widywali się często i wszystko w tej sprawie było już ustalone… Pewnie chciał osobiście przejąć nieznane dokumenty z września 1999 roku dotyczące niedawnych ataków terrorystycznych, które wstrząsnęły Rosją: władza przypisywała je Czeczenom, lecz jej przeciwnicy widzieli w nich rękę FSB^(IV). Dokumenty przygotowane przez Ibragimowa mogły te przypuszczenia potwierdzać. Niewątpliwie interesował się on również tajemnicą dzieciństwa Wowy. Jej ujawnienie dopełniłoby serię krytycznych wobec Putina artykułów, które już się ukazały w podlegających mu czasopismach. Miał uzasadnioną nadzieję, że nagłośnienie przykrego sekretu kandydata na prezydenta zmniejszy jego szanse w nadchodzących wyborach. I może z tych wszystkich powodów wolał telefonować do Tbilisi z Kijowa, a nie z Moskwy, gdzie – jak wyjawił Nikołajowi Zjatkowowi z gazety „Argumienty i Fakty” – po ostatnich publikacjach na temat Putina do tego stopnia poczuł się niebezpiecznie, że zapewnił sobie ochronę osobistą. Któryś z ochroniarzy wspominał, że rankiem 9 marca 2000 roku Artiom Borowik wychodził z domu w świetnym nastroju. I w takim nastroju wzbił się jakiem-40, o numerze 88170, w powietrze.

A w Gruzji tego dnia od rana Wacha Ibragimow zwijał się jak w ukropie, przygotowując ogromne przyjęcie dla oczekiwanych gości. Zgodnie z poleceniem „Zbierzcie jak najwięcej dziennikarzy” zawiadomiono, kogo się dało – dziennikarzy miejscowych i zagranicznych, nie wyłączając rosyjskich. Spodziewano się około pięćdziesięciu osób, a zgodnie z tradycyjną kaukaską gościnnością stół musiał być bogato zastawiony nawet w ubogiej wiosce.

Czekano jednak daremnie.

„Z dwóch autokarów, które się pojawiły u wlotu do Wąwozu Punkijskiego, gruzińskie władze nie wypuściły ani jednego dziennikarza. Pod eskortą wozów milicyjnych, przy niemal całkowicie zasłoniętych oknach odwieziono ich z powrotem, nigdzie się po drodze nie zatrzymując. Było to tym dziwniejsze, że dotychczas nikt nie miał trudności z dojazdem do Metechi”¹⁸ – wspominał Wacha Ibragimow.

Późnym wieczorem, wróciwszy do odległego o wiele kilometrów domu, włączył telewizor i usłyszał: „Dziś rano na lotnisku Szeremietiewo…”.

Ibragimow został z całą sprawą sam.

Nagłaśnianą przez niego wiadomość z Metechi wszędzie przyjmowano jak czeczeńską przedwyborczą kaczkę dziennikarską. Tymczasem 13 marca eksplodowała dawno zapowiadana przez media bomba: ukazała się niewielka książeczka o skromnym tytule Ot pierwogo lica. Razgowory s Władimirom Putinym (Z pierwszej ręki. Rozmowy z Władimirem Putinem)¹⁹. Miała posłużyć jako wizytówka nieznanego narodowi bohatera. Dołączono do niej zdjęcie ucznia Wowy w wieku około czternastu lat. Fotografię wyłowił z internetu Wacha Ibragimow i natychmiast pomknął z nią do Metechi. Zakładał, że różnica między wyglądem niemal dziesięcioletniego chłopca, który wioskę opuszczał, a czternastolatka widocznego na zdjęciu nie może być wielka, więc ciekaw był reakcji osób, które małego Wowę wspominały. Spotkania z nimi filmował.

Najbardziej zaskakująco zachowała się Wiera Nikołajewna: ledwie rzuciwszy okiem na zdjęcie, zawołała: „On, on!”, zaniosła się płaczem i uciekła. Inni mówili (także do kamery): „To on! Jasne, że on!”. Wykrzykiwali: „Na tysiąc procent Wowa”. Lub wzruszali ramionami: „No, podobny, ale głowy nie dam”. Albo: „Nie mogę uwierzyć, że to ten sam. Wiem tylko, że w drugiej klasie siedziałem w ławce z chłopcem, którego zwali Wowa, a na nazwisko miał Putin. W czwartej klasie już go w naszej szkole nie było”. Stare kobiety wyrywały sobie zdjęcie z rąk, mówiły: „O, Wowka się znalazł, a Wierka tak ryczała, że go na zawsze straciła”. Jakiś staruszek wspomniał, że mu haczyk wędkarski z palca wyjmował, kto inny – że się z nim bawił albo bił, albo na ryby chodził…

Uczeń Wowa

Niechętna Czeczenom przyrodnia siostra Władimira, Sofija, fizycznie bardzo do niego podobna, krzyczała, że jeśli jej bratu coś się przez nich przydarzy, to ich pozabija, ale kiedy się uspokoiła, przyznała, że gdy pierwszy raz zobaczyła Władimira Putina na telewizyjnym ekranie, omal nie zemdlała. I że jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat wcześniej szukała go przez milicję obwodu permskiego i wysyłała telegramy do miejscowości Tieriechino, skąd najpierw jej odpowiadano, że go tam nie ma, potem – żeby go więcej nie szukała. Więc ona pytań o niego ma dość, bo w pracy już na nią krzywo patrzą, jakby nagle rozum straciła, przypisując sobie nieistniejące pokrewieństwo. Na koniec wybuchła: „No, co się pytacie?! Nie widzicie?! Spójrzcie na niego i na mnie. Jeśli nie tak, to ciekawe, jak miałby wyglądać mój brat”²⁰.

Materiały zebrane przez nieszczęsnego Czeczena dotarły wprawdzie do pisma „Sowierszenno Siekrietno”, lecz zanim ukazały się w numerze 16. pod tytułem Naszli li w gorach Gruzji mat’ priezydenta Rossii? (Czy w górach Gruzji odnaleziono matkę prezydenta Rosji?), był już 25 kwietnia. Minął miesiąc od wyborów i wiadomość o smutnym dzieciństwie prezydenta nadawała się co najwyżej do wykorzystania w scenariuszu jakiegoś kiepskiego serialu.

Odtąd nikt już nie wzbraniał dziennikarzom wstępu do zapadłej gruzińskiej wioski Metechi.

Ze specjalistycznych formułek używanych przez urząd ustalający przyczyny katastrofy jaka-40 o numerze pokładowym 88170 wieje nudą. W oficjalnym raporcie czytamy o „klapach podniesionych pod zbyt ostrym kątem”, o „naziemnym oblodzeniu samolotu, które przyczyniło się do zmniejszenia nośnych właściwości skrzydła”, o obecności na skrzydle „zamarzniętych cząsteczek wody, śniegu, szronu, co doprowadziło do przerwania strumienia powietrza i utraty sterowności”, o „nieprawidłowym nachyleniu lotek”, o „chwilowym obniżeniu wydolności pracy silników”. Dziesiątki stron wypełnionych słowami utworzyły kurtynę oddzielającą widzów od rozgrywającego się na scenie epilogu.

Za kulisami jednak przez cały czas krzątali się ci, którzy w urzędowe protokoły nie uwierzyli: dziennikarze śledczy holdingu Sowierszenno Siekrietno, ich koledzy z „Nowej Gaziety” oraz adepci dziennikarstwa z Uniwersytetu Państwowego w Rostowie nad Donem, którzy podsumowali całe dochodzenie w obszernym, niezwykle szczegółowym raporcie. Wszyscy oni wciągnęli do śledztwa ekspertów specjalizujących się w katastrofach tego typu samolotów. Zastrzegli przy tym, że „o ewentualnym zamachu powiedzą tylko wtedy, gdy zdobędą poważne dowody”. I zdecydowali się to zrobić, mimo że wielu ludziom – jak przyznawali – te dowody „mogą wydać się nieprawdopodobne”, niczym z dreszczowca. Wydarzenia ostatnich lat potwierdziły jednak, że nawet najbardziej fantastyczne pomysły, takie jak choćby użycie do otrucia ludzi radioaktywnego talu czy polonu 10, przeniknęły ze scenariuszy fikcyjnych thrillerów do prawdziwego życia. A raczej do planów całkiem prawdziwej śmierci.

Śledczy zza kulis stawiają pytania. Zarówno proste, jak i bardziej złożone. Do prostych należy kwestia, czemu pozostałe samoloty startujące tamtego dnia o tej samej porze z lotniska Szeremietiewo wzbijały się w powietrze i kontynuowały lot bez lodowych przeszkód, a także – o jakim oblodzeniu mowa, skoro nawet członkowie komisji Federalnej Służby Transportu Lotniczego badającej szczątki jaka-40 tuż po katastrofie obecności żadnych „zamarzniętych cząsteczek” nie stwierdzili?

Inne pytania są trudniejsze i mają znaczenie zasadnicze.

Dlaczego wynajęty przez Ziję Bażajewa samolot o numerze 87440 zamieniono nocą na maszynę o numerze 88170, właśnie tę, która się rozbiła? Dlaczego część lewego skrzydła zniknęła bez śladu albo jeszcze na lotnisku, albo już w transporcie do Instytutu Techniki Lotniczej, gdzie miała być poddana badaniom? Dlaczego nie można ustalić, kto tamtej nocy zbliżał się do samolotu? Dlaczego pilotom, mimo prawidłowo wykonywanych manewrów, nie udało się przeciwdziałać przechyłowi w lewo? Czym ten przechył został spowodowany? I na koniec: dlaczego całe śledztwo nadal jest objęte tajemnicą?

Z ustaleń ekspertów wynika, iż część lewego skrzydła samolotu pokryto płynnym mazutem o specjalnym składzie opracowanym w laboratoriach KGB pod koniec istnienia ZSRR. Substancja ta zmienia strukturę przedmiotu, na którego powierzchni się znajduje, i udaremnia jego funkcje. To tłumaczyłoby dziwne zachowanie się lotek lewego skrzydła i utratę sterowności maszyny. Czyżby o tym właśnie mówiły ukryte w sejfie Josifa Fridlyandera dokumenty? Ekspert ten znał się przecież nie tylko na stosowanych w lotnictwie stopach metali, lecz także na preparatach mogących te stopy niszczyć.

W maju 2015 roku dziennikarze niemieckiej gazety „Die Zeit” odwiedzili niemal dziewięćdziesiecioletnią Wierę Nikołajewną w Metechi. Nie chciała z nimi rozmawiać. Krewni oświadczyli, że „ludzie ze służb specjalnych zabronili im wszelkich kontaktów z dziennikarzami”. Opowiedzieli jednak o tym, że pielęgniarki, które pojawiły się tu parę lat temu i pobrały od niej krew do analizy, były pracownicami tych służb. Jeszcze raz potwierdzili, że odebrano im wszystkie zdjęcia i dokumenty poświadczające, że Władimir Putin to jej syn.

Dziennikarze „Die Zeit” zwrócili się też do kancelarii prezydenta z pytaniem, „czy możliwy jest związek państwa rosyjskiego ze śmiercią Bażajewa i Borowika, ale rzecznik prasowy prezydenta nie odniósł się do tej kwestii”²¹.
mniej..

BESTSELLERY