Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wróbel Eryk. Wędrówka w chmurach - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 kwietnia 2026
2804 pkt
punktów Virtualo

Wróbel Eryk. Wędrówka w chmurach - ebook

Nowe przygody, nowe kłopoty i… ci sami, niezawodni przyjaciele!

Wróbel Eryk trafił do szpitala, by zregenerować siły po jednej z ekscytujących wypraw. Gdy jednak dochodzą go wieści o tajemniczym zniknięciu Marioli, żony Dżeka, dzielny ptak natychmiast zapomina o nadwyrężonym skrzydle i wraz z przyjaciółmi rusza na pomoc!

Misja ratunkowa szybko zmienia się w kolejną wielką przygodę. Grupa bojowa z Chwalimierza podąża tropem niepokojących przestępstw, odwiedza podejrzane stodoły i rozszyfrowuje zagadkowe rysunki, aż trafia na północ Polski, gdzie czekają ją szokujące odkrycia.

Śledztwa, pościgi, ukryte sejfy i tajemnice sięgające gwiazd – to może wydawać się zbyt wiele dla wesołej gromady, ale odważny Eryk wie, że poradzi sobie w każdych okolicznościach.
Zwłaszcza że ma u boku przyjaciół, na których zawsze może liczyć!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-504-1
Rozmiar pliku: 887 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WĘDRÓWKA W CHMURACH

Za­mil­kły wdzięcz­ne pta­sząt hej­na­ły,

Wi­cher o szy­by ło­mo­ce;

Zo­stał się tyl­ko wró­be­lek mały,

Co gdzieś na da­chu świe­go­ce.

I choć je­sien­ne hu­czą po­świ­sty,

Choć co­raz mglist­szy blask słoń­ca,

On — syn po­czci­wy strze­chy oj­czy­stej,

Wier­nym jej zo­stał do koń­ca.

Choć mróz mu czę­sto da się we zna­ki,

Choć kwi­li nie­raz o gło­dzie:

On nie po­le­ci, jak inne pta­ki,

Gdzieś się wy­grze­wać na wscho­dzie!

On woli zo­stać na swoj­skiej roli,

Gdzie ziar­na w kło­sach mu ro­sną,

Bo wie, że Bóg mu i tu po­zwo­li,

Cie­szyć się słoń­cem i wio­sną.

O! ja cię ko­cham ptasz­ku po­czci­wy,

W sza­rej, ubo­giej odzie­ży!

Bo ty mnie uczysz, jak wła­sne niwy,

Nad wszyst­ko ko­chać na­le­ży.

Wła­dy­sław Beł­za

Wę­drów­ka w chmu­rach– Nie mia­łem więk­szych chę­ci słu­chać roz­ka­zów, lecz te­raz mu­sia­łem – sam do sie­bie mó­wił Eryk, le­żąc na od­dzia­le chi­rur­gii zwie­rzę­cej.

Mi­ja­ją­cy dru­gi ty­dzień re­kon­wa­le­scen­cji po zła­ma­niu skrzy­dła był dla nie­go cza­sem kon­tem­pla­cji i roz­wa­żań z in­ny­mi pa­cjen­ta­mi na te­mat ży­cia. Nie chcąc słu­chać na­wet pie­lę­gnia­rek, po­ka­zy­wał swój pe­łen upar­to­ści i bun­tow­ni­czy cha­rak­ter.

– Jest już po dwu­dzie­stej dru­giej, a pana nie ma w po­ko­ju. – Su­ro­wa pie­lę­gniar­ka po­spie­sza­ła Ery­ka, wra­ca­ją­ce­go od ko­le­gów z in­ne­go od­dzia­łu.

– Spo­koj­nie, pani ko­cha­na, gra­li­śmy so­bie we wró­blo­we sza­chy, to taka gra, gdzie trze­ba my­śleć i prze­wi­dy­wać, ta gra zaj­mu­je nam tyle cza­su, że na­ru­szy­li­śmy ci­szę noc­ną – tłu­ma­czył się Wró­bel.

– Ja już znam te wa­sze sza­chy. Na­śmie­wa­cie się ze wszyst­kie­go, a szcze­gól­nie z nas, a jak kasz­le­cie i du­si­cie się, to za­raz po­mo­cy wo­ła­cie! – krzy­cza­ła roz­draż­nio­na pie­lę­gniar­ka.

– Na­sza in­te­li­gen­cja nie po­zwo­li na­śmie­wać się bez po­wo­du. Zde­cy­do­wa­nie ko­rzyst­niej­szy jest dla nas roz­wój umy­słu i prze­su­wa­nie pion­ków w od­po­wied­nie miej­sce. Je­śli ma Pani ocho­tę, za­pra­szam na par­tyj­kę – w swo­im sty­lu od­po­wie­dział Eryk.

Wró­ciw­szy do swo­je­go łóż­ka, spo­glą­dał przez okno na księ­życ. Była peł­nia, za­pew­ne to czas od­pły­wów i przy­pły­wów. Wie­dział, że pręd­ko nie za­śnie. Przy­zwy­cza­ił się do przy­gód, dresz­czy­ku emo­cji, ży­cia na kra­wę­dzi, ry­zy­ka. Nie ża­ło­wał ostat­niej ak­cji z ciot­ką Lolą. Wła­śnie tam prze­zię­bił swo­je pió­ra, w kon­se­kwen­cji lą­du­jąc w tym nie­przy­jem­nym miej­scu… No­ca­mi szcze­gól­nie my­ślał o mi­nio­nych la­tach i licz­nych przy­go­dach. Nie chciał od tego ucie­kać. Za­raz po wyj­ściu ze szpi­ta­la pla­no­wał być ak­tyw­nym Wró­blem. Umie­jęt­ność pa­ko­wa­nia się w róż­ne kło­po­ty we­szła mu w krew. Tak roz­my­śla­jąc, za­my­kał po­wo­li swo­je cięż­kie po­wie­ki, od­pły­wa­jąc w kra­inę snu. Pie­lę­gniar­ka ro­bią­ca ob­chód jesz­cze spoj­rza­ła na nie­sfor­ne­go Ery­ka, by spraw­dzić, czy wszyst­ko z nim w po­rząd­ku. Z sali do­bie­ga­ły je­dy­nie od­gło­sy chra­pa­nia.

***

Na­stęp­ne­go dnia już od rana go­ści­li u nie­go: Bru­no, Tajo, Pan Kulą w Płot, jeż Bo­lek, Ja­cek Bom­ba, go­łąb Ben, Ma­rio­la, Dżek, Nic­poń, pies Le­sio, nie­dzwiedź Ka­zi­mierz, pies Bej, dzia­dek Zbych, ko­men­dant So­kol­ni­kov, li­sto­nosz Wło­dzi­mierz, Pani Wró­bel­ko­wa. List pod­no­szą­cy na du­chu wy­słał rów­nież od­by­wa­ją­cy swo­ją karę w wię­zie­niu – ochro­niarz Hen­ryk. Przy­by­ło jesz­cze kil­ku przy­ja­ciół z wio­ski. Sala pę­ka­ła w szwach, a bied­ne pie­lę­gniar­ki nie mia­ły po­my­słu, jak wy­go­nić część go­ści Ery­ka, aby na­stał wresz­cie spo­kój.

– Przy­nio­słam ci na­sze ulu­bio­ne pla­cusz­ki, masz tu­taj osiem­dzie­siąt por­cji. Jedz, abyś miał siłę na dal­sze przy­go­dy! – Ma­rio­la wy­ję­ła ogrom­ny kar­ton z plac­ka­mi, a po­zo­sta­li nie mo­gli uwie­rzyć wła­snym oczom, że wzo­ro­wa go­spo­dy­ni była w sta­nie wy­my­ślić coś tak wy­jąt­ko­we­go.

– Otwórz­my je te­raz i wszy­scy spró­buj­my tych wspa­nia­łych pysz­no­ści! – po­wie­dział do wszyst­kich Eryk, wie­dząc, że w ten spo­sób je­dze­nie się nie zmar­nu­je, a Ma­rio­la usły­szy za­pew­ne po­chleb­ne ko­men­ta­rze i bę­dzie z sie­bie bar­dzo dum­na.

Na to ha­sło wie­lu spo­śród zgro­ma­dzo­nych go­ści uśmiech­nę­ło się, wy­cze­ku­jąc ze znie­cier­pli­wie­niem na pierw­szy kęs plac­ka.

Jak moż­na było się spo­dzie­wać, to­wa­rzy­stwo za­ja­da­ło ze sma­kiem tak, że Ma­rio­la mu­sia­ła roz­pi­sy­wać go­ściom swój prze­pis na te sma­ko­wi­te pla­cusz­ki.

Bru­no ze śmier­tel­ną po­wa­gą po­sta­no­wił za­de­mon­stro­wać to, cze­go na­uczył się na kur­sie tań­ca, a ta­niec zwa­ny fa­cho­wo Pasz­te­cik Dens pre­zen­to­wał się wy­jąt­ko­wo efek­tow­nie. Le­żą­cy obok Wró­bla świ­stak z po­ła­ma­ny­mi rę­ka­mi w gip­sie pró­bo­wał na­wet na ko­niec bić mu bra­wo. Ta­niec zro­bił fu­ro­rę wśród wszyst­kich do­oko­ła, lecz dy­żu­ru­ją­ce tego dnia pie­lę­gniar­ki mia­ły już wszyst­kie­go na­praw­dę do­syć. Eryk nie chciał pu­ścić do domu go­ści, któ­rzy sie­dzie­li u nie­go cały dzień, ale zbli­ża­ła się póź­na go­dzi­na i mu­siał od­po­cząć. Jego le­cze­nie mia­ło po­trwać jesz­cze kil­ka dni, za­nim cały i zdro­wy wró­ci do domu, do swo­ich bli­skich.

– Wiem, że nie lu­bisz słu­chać czy­ichś roz­ka­zów, ale dla two­je­go do­bra wy­trzy­maj jesz­cze kil­ka dni i wró­cisz do nas – szep­nął Ery­ko­wi Tajo na od­chod­ne.

– Jesz­cze ty­dzień i słu­cha­li­by mo­ich… – w swo­im sty­lu od­po­wie­dział przy­ja­cie­lo­wi scho­ro­wa­ny Wró­bel.

Zno­wu na­sta­ła ci­sza. Wró­bel uważ­nie ob­ser­wo­wał z okna inne pta­ki, szcze­gól­nie kru­ki. Do­ce­niał ich wy­jąt­ko­wą in­te­li­gen­cję. Kie­dy zaś pa­trzył na go­łę­bie, ba­wi­ło go, że ich ko­le­dzy, kie­dy o mały włos nie zo­sta­li roz­je­cha­ni na dro­dze, wra­ca­li w to samo miej­sce, po­peł­nia­jąc ten sam błąd i na­ra­ża­jąc się czę­sto na tra­gicz­ny ko­niec swo­jej eg­zy­sten­cji na zie­mi. Kru­ki były inne – one uczy­ły się na wła­snych błę­dach i wy­cią­ga­ły z nich wnio­ski. Na­wet kie­dy zja­dły, nie zo­sta­wia­ły po so­bie pa­pier­ków na zie­mi, tyl­ko trans­por­tu­jąc je w dzio­bie, na­tych­miast wy­rzu­ca­ły w wy­zna­czo­ne miej­sce, pro­sto do ko­sza na śmie­ci, a scho­wa­ny za drze­wem, bę­dą­cy w po­de­szłym wie­ku je­den z kru­ków w oku­la­rach czy­tał so­bie książ­kę. Wró­bel z da­le­ka nie mógł prze­czy­tać ty­tu­łu, ale samo to zro­bi­ło na nim nie­ma­łe wra­że­nie.

Na łóż­ku obok Ery­ka świ­stak już gło­śno chra­pał, co bar­dzo iry­to­wa­ło Wró­bla, ale wi­dząc, że smacz­nie śpi, na­wet nie pró­bo­wał go bu­dzić. Na­prze­ciw­ko łóż­ko zaj­mo­wał Ryś – na na­zwi­sko miał Scha­bo­wy i nie było w tym nic dziw­ne­go, bo zwierz ten lu­bił jeść wy­pie­czo­ne da­nia w po­sta­ci scha­bo­wych, a jego do­le­gli­wo­ścią była prze­wle­kle bo­lą­ca wą­tro­ba. Mimo za­le­ca­nej przez pana dok­to­ra die­ty ko­le­dzy czę­sto przy­no­si­li Scha­bo­we­mu do szpi­ta­la jego ulu­bio­ny przy­smak, a ten w nocy pod łóż­kiem za­ja­dał się do woli, cier­piąc na bóle do rana. Po­ku­sa była jed­nak tak sil­na, że po­mi­mo do­le­gli­wo­ści nie mógł opa­no­wać swo­je­go uza­leż­nie­nia i nie miał za­mia­ru re­zy­gno­wać z tak pysz­nej przy­jem­no­ści.

Od stro­ny drzwi tuż przy kra­nie z wodą le­żał cier­pią­cy na de­men­cję je­leń Ja­nek. Hi­sto­ria jego przy­by­cia do tego miej­sca rów­nież była cie­ka­wa. W pięk­ną, je­sien­ną, sło­necz­ną so­bo­tę ra­zem z ko­le­gą szar­żu­jąc po wiej­skich dro­gach i po­pi­su­jąc się pa­le­niem opon przed sar­na­mi, do­strze­gli ogrom­ne­go po­two­ra wy­ry­wa­ją­ce­go chwa­sty, je­den po dru­gim. W pierw­szej chwi­li byli pew­ni, że ich pole na­wie­dził ogrom­ny go­ryl. Nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwi­li, zdo­by­li się na od­wa­gę i po­sta­no­wi­li za­trzy­mać ha­nieb­ne czy­ny po­two­ra, wjeż­dża­jąc w nie­go z mak­sy­mal­ną pręd­ko­ścią, aby do­stał za swo­je. Sa­mo­chód wy­sko­czył do góry, prze­la­tu­jąc przez rów koło dro­gi, i z ca­łym im­pe­tem wbił się w „go­ry­la”. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że to nie go­ryl, tyl­ko ogrom­ny kom­bajn. Ja­nek prze­szedł ope­ra­cję na gło­wę i te­raz do­cho­dził do sie­bie. Na szczę­ście jego ko­le­ga uszko­dził so­bie tyl­ko ko­la­no.

Je­leń, bę­dąc zwie­rzę­ciem bar­dzo ła­sym na róż­ne przy­sma­ki, wy­czuł za­pach plac­ków Ma­rio­li le­żą­cych na sza­fecz­ce Wró­bla. Któ­re­goś dnia Eryk zo­rien­to­wał się, że na ta­le­rzu bra­ku­je mu kil­ku por­cji. Za­py­tał szyb­ko Jan­ka, czy ten nie pod­bie­ra cza­sem jego plac­ków. Ja­nek, ob­li­zu­jąc się i prze­żu­wa­jąc reszt­ki pysz­nych sma­ko­ły­ków, skła­mał ner­wo­wo, że to nie jego spraw­ka. Wró­bel, nie pod­da­jąc się, użył swo­je­go wro­dzo­ne­go spry­tu i za­dał py­ta­nie tro­chę ina­czej:

– A czy pla­cek był pysz­ny?

– Tak! Tak! Pal­ce li­zać, Wró­bel­ku! – bez wa­ha­nia od­po­wie­dział Je­leń. I taki to wła­śnie by­stry oka­zał się Ja­nek.

Eryk po­czę­sto­wał go resz­tą, wi­dząc, jak bar­dzo jego ko­le­ga z sali jest głod­ny. Nikt go nie od­wie­dzał, pra­wie za­wsze był sam, jego ro­dzi­na wy­je­cha­ła do Szwe­cji, gdy ten był mały, a on pro­wa­dził ży­cie włó­czę­gi i sa­mot­ni­ka. Wró­bel kil­ka razy za­uwa­żył, że Ja­nek pła­cze od­wró­co­ny do ścia­ny.

– Każ­dy musi cza­sem uro­nić łzę… – po­wie­dział Eryk, pa­trząc nie­prze­rwa­nie w okno.

Ja­nek nic się nie ode­zwał, a w sali moż­na było usły­szeć mla­ska­nie Scha­bo­we­go i chra­pa­nie świ­sta­ka.

Po chwi­li we­szła pie­lę­gniar­ka, na­rze­ka­jąc na swo­je­go męża, bo ten nie wy­cho­dzi z psem, tyl­ko sie­dzi w klap­kach i czy­ta dziu­ra­wą ga­ze­tę, po­pi­ja­jąc mle­ko z kar­to­nu, a ona ma cią­gle coś do „ro­bo­ty”. Kry­ty­ko­wa­ła rów­nież jego sta­le po­więk­sza­ją­cy się brzuch, jak­by się bała, że wy­buch­nie i cała ka­mie­ni­ca, w któ­rej miesz­ka­ją, się za­wa­li.

Tak wła­śnie wy­glą­da­ły pro­ble­my ży­cia szpi­tal­ne­go Ery­ka, jed­nak on nie za­mie­rzał tu­taj go­ścić zbyt dłu­go. Już tyl­ko kil­ka dni dzie­li­ło go od wyj­ścia z tego przy­tła­cza­ją­ce­go miej­sca. Pew­nej nocy, kie­dy wszy­scy smacz­nie spa­li, uda­ło mu się wy­mknąć przez okno i od­wie­dzić Chwa­li­mierz.

Przy oka­zji po­spa­ce­ro­wał po mie­ście. Lu­bił cza­sem świa­tła więk­szej aglo­me­ra­cji. Wte­dy mia­sto sta­wa­ło się inne niż za dnia, bar­dziej ta­jem­ni­cze i nie­bez­piecz­ne. Eryk ob­ser­wo­wał lu­dzi, wi­dząc ich zmar­twie­nia, fru­stra­cje i tro­ski. To nie byli szczę­śli­wi lu­dzie. Szczę­ście było wi­docz­ne tyl­ko u nie­któ­rych, a resz­ta gło­śnym śmie­chem pró­bo­wa­ła za­tu­szo­wać zmar­twie­nia i pro­ble­my dnia co­dzien­ne­go. Cho­dzi­li i pili z bu­te­lek coś, co da­wa­ło im po­zor­ną ra­dość. Nie­któ­rzy ska­ka­li, a jesz­cze inni ba­wi­li się kul­tu­ral­nie, tań­cząc i uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

Eryk po­sta­no­wił, że za­gląd­nie do jed­nej z dys­ko­tek, z któ­rej sły­chać było gło­śną mu­zy­kę. Na wej­ściu stał bar­czy­sty ochro­niarz w opi­na­ją­cej czar­nej ko­szul­ce, któ­ry zu­peł­nie nie za­uwa­żył Ery­ka prze­my­ka­ją­ce­go pod jego no­ga­mi. Ochro­niarz ów był bo­wiem sku­pio­ny na kon­su­mo­wa­niu ryżu z du­żej mi­ski. Kie­dy Eryk był już w środ­ku, szyb­ko wszedł na par­kiet, pró­bu­jąc swo­ich sił w tań­cu. Dla ma­łe­go wró­bla była to wal­ka o ży­cie, gdyż każ­da z kil­ku­dzie­się­ciu tu­pią­cych stóp mo­gła go zmiaż­dżyć, mimo wszyst­ko Eryk do­brze się ba­wił. W pew­nej chwi­li do­słow­nie kil­ka cen­ty­me­trów od nie­go ru­nę­ło coś przy­po­mi­na­ją­ce­go ludz­kie cia­ło. To je­den z tań­czą­cych po­tknął się o cu­dzą nogę i upadł z hu­kiem na par­kiet. Ale na­wet mimo tego na­głe­go za­mie­sza­nia Eryk ba­wił się zna­ko­mi­cie przez kil­ka go­dzin.

W pew­nej chwi­li spo­co­ny wy­szedł z tłu­mu i po­now­nie do­strzegł ochro­nia­rza z mi­ską.

– Ko­le­go… a czy to przy­pad­kiem nie jest mi­ska Taja? – Wró­bel po­my­ślał przed chwi­lą, że to wła­sność jego przy­ja­cie­la, więc po­sta­no­wił za­py­tać.

– Taja? To moja mi­ska. Pre­zent od mamy. Kie­dy mia­łem trzy lata, ja­dłem z niej kasz­kę – od­po­wie­dział na­pa­ko­wa­ny ochro­niarz z ogrom­ną po­wa­gą.

Eryk nie kon­ty­nu­ował roz­mo­wy. Ta od­po­wiedź w zu­peł­no­ści mu wy­star­czy­ła, wy­ja­śnia­jąc spra­wę. Miał już oczy zmę­czo­ne od ko­lo­ro­wych świa­teł. Bo­la­ła go gło­wa i pra­gnął szyb­ko stam­tąd uciec.

Ciem­ny­mi ulicz­ka­mi szedł w stro­nę szpi­ta­la. Pod­świa­do­mie nie chciał tam wra­cać. Usiadł na chwi­lę na ław­ce, a tuż obok sie­bie do­strzegł star­sze­go pana w czap­ce, ze spa­lo­nym pa­pie­ro­sem w ustach. Ów re­cy­to­wał sam do sie­bie wier­sze, a po­tem na cały głos śpie­wał sta­re lu­do­we pio­sen­ki, tu­piąc przy tym no­ga­mi, na któ­rych wid­nia­ły sta­re, zde­ze­lo­wa­ne skó­rza­ne buty. Re­cy­ta­cja i póź­niej­szy śpiew naj­wi­docz­niej po­chło­nę­ły go tak bar­dzo, że w ogó­le nie zwró­cił uwa­gi na sie­dzą­ce­go obok Wró­bla. Moc­no na­sa­dzo­na żu­chwa nie za­my­ka­ła się choć­by na chwi­lę. W koń­cu wstał i gwiż­dżąc ener­gicz­nie na pal­cach, po­sta­no­wił spró­bo­wać swo­ich sił w ste­po­wa­niu. Nie zwa­żał na prze­chod­niów. Był szczę­śli­wy – tu i te­raz. Nie ocze­ki­wał ni­cze­go od ni­ko­go, nie czuł zło­ści i czer­pał z tej chwi­li moż­li­wie naj­wię­cej. Na ko­niec zdjął swo­ją po­bru­dzo­ną ma­ry­nar­kę i wy­ma­chi­wał nią do­oko­ła, po czym po­biegł za róg sta­rej ka­mie­ni­cy i znik­nął Ery­ko­wi na za­wsze. Mały Wró­bel po­czuł jed­nak, że w jego pa­mię­ci czło­wiek ten po­zo­sta­nie na wie­ki.

Nie­bo ro­bi­ło się co­raz ja­śniej­sze. Po­sta­no­wił, że od­wie­dzi swo­ich daw­nych ko­le­gów ze sta­rych cza­sów, któ­rzy czę­sto prze­sia­dy­wa­li w gę­stym blusz­czu tuż obok ko­ścio­ła uni­wer­sy­tec­kie­go. Sta­rzy kum­ple nie spo­dzie­wa­li się Ery­ka, a już na pew­no nie o tak wcze­snej po­rze, bar­dzo jed­nak ucie­szy­li się na jego wi­dok. Kon­su­mu­jąc wspól­nie świe­ży sło­necz­nik i rzod­kiew­kę, prze­ga­da­li cały po­ra­nek, jak za sta­rych cza­sów. Nie­ste­ty Wró­bel mu­siał za­koń­czyć przy­jem­ne roz­mo­wy i wró­cić do szpi­ta­la, choć nie miał ocho­ty tam sie­dzieć na­wet mi­nu­ty dłu­żej.

Jako że – gdy wró­cił – miał jesz­cze tro­chę cza­su do po­bud­ki, po­sta­no­wił na­pi­sać po­dzię­ko­wa­nia dla pie­lę­gnia­rek. Gdy zaś otrzy­mał wy­pis, ze­brał swo­je rze­czy i udał się do swo­je­go domu w Chwa­li­mie­rzu – do przy­ja­ciół i Pani Wró­bel­ko­wej. Już po chwi­li od jego wyj­ścia za­smu­co­ne pie­lę­gniar­ki tę­sk­ni­ły za ma­łym, za­baw­nym i in­te­li­gent­nym Ery­kiem, któ­ry za­wsze po­tra­fił skwi­to­wać czy­jąś wy­po­wiedź od­po­wied­nią ri­po­stą. Czę­sto nie­zbyt do­god­ną dla roz­mów­cy.

Eryk szcze­gól­nie po­trze­bo­wał te­raz ci­szy i od­po­czyn­ku. Dwa razy w ty­go­dniu cho­dził dwie wio­ski da­lej na re­ha­bi­li­ta­cję do kre­ta Kon­stan­te­go. Ćwi­cze­nia były cięż­kie, ale do­brze wie­dział, że musi się temu pod­dać. Ze łza­mi w oczach po­ko­ny­wał swój ból, każ­de­go dnia ro­biąc ogrom­ne po­stę­py. Za każ­dym ra­zem na ko­niec za­jęć Kon­stan­ty miał przy­go­to­wa­ną dla Ery­ka spe­cjal­ną na­gro­dę – na sto­le cze­ka­ła na nie­go duża, ape­tycz­na rzod­kiew­ka. Re­ha­bi­li­tant wie­dział, co zro­bić, aby zmo­ty­wo­wać do pra­cy swo­je­go pa­cjen­ta. Po wszyst­kich ćwi­cze­niach Eryk za­ja­dał się swo­im przy­sma­kiem, roz­ma­wia­jąc z kre­tem na te­ma­ty współ­cze­snej fi­lo­zo­fii świa­ta. Kon­stan­ty uwiel­biał dy­wa­go­wać na po­li­tycz­ne i hi­sto­rycz­ne te­ma­ty. Mą­dre roz­mo­wy trwa­ły nie­kie­dy po kil­ka go­dzin. Ten fakt bar­dzo de­ner­wo­wał Pa­nią Wró­bel­ko­wą, cze­ka­ją­cą z nie­cier­pli­wo­ścią na swo­je­go uko­cha­ne­go w domu. Kie­dy wra­cał, było już póź­no.

Pew­ne­go razu po po­wro­cie z re­ha­bi­li­ta­cji Eryk zdzi­wił się, kie­dy zo­ba­czył, kto sie­dzi w jego po­ko­ju. To był Dżek; sku­lo­ny i pła­czą­cy – cały czas ude­rzał ze zło­ści pię­ścią w fo­tel.

– Nie ma jej! Wró­ci­łem ze spa­ce­ru i nie ma jej! My­śla­łem, że na ko­la­cję do­sta­nę jaj­ko na mięk­ko, tak jak obie­ca­ła, a tu­taj nic… zo­sta­ły tyl­ko uchy­lo­ne drzwi. To po­rwa­nie! – krzy­czał zde­ner­wo­wa­ny.

– Za­pew­ne mó­wisz o Ma­rio­li. Pew­nie wy­szła na chwi­lę do pa­ła­cu i wró­ci! – od­po­wie­dział spo­koj­nie Eryk.

– Nie! Szu­ka­łem jej wszę­dzie: w pa­ła­cu, w le­sie, ob­sze­dłem całą wio­skę i oko­li­cę. Nie ma jej już kil­ka go­dzin! – mó­wił Dżek.

– Mu­si­my się do­wie­dzieć, czy ktoś ją wi­dział, to waż­ne… – Te­raz już wró­bel za­nie­po­ko­ił się ca­łym wy­da­rze­niem.

Dżek zo­stał u Ery­ka w domu. Obaj roz­ma­wia­li, a po­tem przy­ja­ciel za­snął i spał tak aż do rana.

Na­stęp­ne­go dnia nie­ste­ty Ma­rio­la w dal­szym cią­gu nie wró­ci­ła do domu. W tym mo­men­cie żar­ty się skoń­czy­ły. Cała gru­pa za­czę­ła prze­szu­ki­wać te­ren i py­tać na­po­tka­nych lu­dzi, czy nie wi­dzie­li cha­ry­zma­tycz­nej żony Dże­ka, ale nie­ste­ty nikt nie do­strzegł ni­cze­go, co mo­gło­by przy­kuć uwa­gę. Ma­rio­la za­pa­dła się pod zie­mię. Mi­ja­ła już pierw­sza doba od jej za­gi­nię­cia. Eryk z ner­wów prze­stał czuć ból kon­tu­zjo­wa­ne­go skrzy­dła, gdyż te­raz in­ten­syw­nie my­ślał, co zro­bić, aby ją od­na­leźć całą i zdro­wą. Mar­twił się, ma­jąc świa­do­mość, jacy osob­ni­cy prze­wi­nę­li się przez jego ży­cie, uprzy­krza­jąc je jemu i jego przy­ja­cio­łom.

– Jak spo­tkam tego, kto po­rwał Ma­rio­lę, to po­szar­pię go moc­niej niż re­ki­ny w oce­anie! – ode­zwał się zde­ner­wo­wa­ny Tajo, któ­ry od­wie­dził Ery­ka.

***

Była go­dzi­na szes­na­sta – dru­ga po­ło­wa li­sto­pa­da, do­kład­nie dzień po tym, kie­dy cała wio­ska zo­sta­ła po­ru­szo­na za­gi­nię­ciem uko­cha­nej Dże­ka, kie­dy Ma­rio­la spa­ce­ro­wa­ła le­śną dro­gą bie­gną­cą bli­sko Szcze­pa­no­wa. To­wa­rzy­szył jej gro­no­staj, któ­ry przez więk­szość cza­su spra­wiał wra­że­nie za­my­ślo­ne­go. Szli ra­zem w głąb lasu i roz­ma­wia­li.

– Ma­rio­la? Ja­kie śmiesz­ne masz imię. Nie znam ni­ko­go, kto ma tak na imię! – po­wie­dział zwie­rzak.

– Dużo znasz lu­dzi i zwie­rząt? – za­py­ta­ła Ma­rio­la.

– No wła­śnie, ilu ja mam zna­jo­mych?… – Za­czął mru­żyć oczy, co było zna­kiem in­ten­syw­ne­go za­my­śle­nia. Po chwi­li stwier­dził, że nie ma ni­ko­go.

– A jak ty masz na imię? – spy­ta­ła Ma­rio­la.

– Edek! Je­stem Edek. Chciał­bym, abyś mi po­mo­gła zna­leźć jed­ną rzecz. Zgu­bi­łem się i do­tar­łem tu­taj, do Chwa­li­mie­rza. Tyl­ko ty mo­żesz mi po­móc, będę ci bar­dzo wdzięcz­ny. Z tobą na pew­no znaj­dę te je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju kred­ki.

– Gro­no­staj Edek, któ­ry szu­ka kre­dek, na­wet w snach nie przy­pusz­cza­ła­bym, że taka sy­tu­acja mnie kie­dyś spo­tka. Idę z tobą tyle ki­lo­me­trów, nie wie­dząc tak na­praw­dę, cze­mu ich szu­kam. Ale po­wiem szcze­rze: po­do­ba mi się to, choć nie wiem dla­cze­go. Na wio­sce pew­nie mnie szu­ka­ją. Mia­łam już tro­chę do­syć co­dzien­ne­go ro­bie­nia plac­ków i wy­ko­ny­wa­nia w kół­ko tych sa­mych czyn­no­ści. Szu­ka­nie two­ich kre­dek jest zde­cy­do­wa­nie cie­kaw­sze – stwier­dzi­ła Ma­rio­la.

– Je­stem tego pew­ny! Mało mam przy­ja­ciół, bo nikt mnie nie ro­zu­mie. Tłu­ma­czę wszyst­kim, jak być wol­nym, choć cza­sem czu­ję, że sam nie je­stem, mimo że ro­bię co­dzien­nie to, co chcę… – wy­znał Edek.

– My tak na­praw­dę ni­g­dy do koń­ca nie bę­dzie­my wol­ni. Na­wet te­raz, gdy szu­kasz swo­ich kre­dek, mu­sisz uwa­żać na inne zwie­rzę­ta, aby cię nie za­ata­ko­wa­ły. Je­steś sku­pio­ny nie na szu­ka­niu i od­kry­wa­niu, ale na wy­pa­try­wa­niu ewen­tu­al­nych wro­gów.

– Może masz ra­cję… – od­rzekł pa­trzą­cy na za­chmu­rzo­ne nie­bo Edek.

– Na­sze skry­te pra­gnie­nia czę­sto wy­ni­ka­ją z na­szej prze­szło­ści, opo­wiedz mi o niej – po­pro­si­ła Ma­rio­la, prze­czu­wa­jąc, że po­ru­szy­ła draż­li­wy te­mat.

– Nie znam cię, a poza tym po co ci ta wie­dza? Nikt ni­g­dy nie chciał słu­chać o mo­jej prze­szło­ści, więc dla­cze­go ty chcesz? – Edek się zde­ner­wo­wał.

– Zdą­ży­łeś mnie tak szyb­ko oce­nić? Ale ro­zu­miem… Szcze­gól­nie lu­dzie mają tę przy­pa­dłość szyb­kie­go oce­nia­nia dru­giej oso­by. Le­d­wo na ko­goś spoj­rzą i mają ob­raz ca­łe­go ży­cia już od uro­dzin, ale czę­sto się w swym osą­dzie mylą – stwier­dzi­ła. – Mnie czę­sto bio­rą za sza­lo­ną wa­riat­kę. Jed­nak naj­bliż­si przy­ja­cie­le wie­dzą, że je­stem bar­dzo in­te­li­gent­ną blon­dyn­ką z kla­są… Już taka je­stem: pięk­na i mą­dra – do­koń­czy­ła swój opis Ma­rio­la.

– No tak, ale ty twar­do stą­pasz po zie­mi, je­steś sil­na – wy­szep­tał Edek, kie­ru­jąc po­now­nie swój wzrok w górę.

– Ach, wi­dzisz… Opo­wiedz mi więc, pro­szę, o swo­jej prze­szło­ści, bo bar­dzo mnie to cie­ka­wi – wró­ci­ła do te­ma­tu Ma­rio­la.

– Mia­łem osiem lat i czę­sto za­da­wa­łem py­ta­nia. Nie wie­dzia­łem, jak mam się za­cho­wy­wać. Star­si ko­le­dzy tyl­ko się śmia­li, że nie po­tra­fię wy­ko­nać róż­nych rze­czy, jak na przy­kład wspi­nać się po drze­wach lub za­cze­piać dzi­ków, któ­re po­tem go­ni­ły nas po ca­łym le­sie. Nie chcia­łem tego ro­bić, bo nie lu­bi­łem ni­ko­mu do­ku­czać. Moi ko­le­dzy byli jed­nak na­tręt­ni i po­wie­dzie­li, że je­śli tego nie będę ro­bił, to będę do­sta­wał od nich man­to. Mu­sia­łem wy­ko­ny­wać głu­pie roz­ka­zy, z któ­rych tyl­ko oni się cie­szy­li. W moim domu rów­nież nie było we­so­ło. Czę­sto nie mie­li­śmy co jeść, cho­dzi­li­śmy głod­ni, w domu było zim­no, a ro­dzi­ce czę­sto się kłó­ci­li. Któ­re­goś dnia po­sta­no­wi­łem uciec. Da­le­ko mnie wy­wia­ło, przy­wia­ło mnie tu­taj aż spod Lu­bli­na, ale pro­ble­my się nie skoń­czy­ły, trwa­ją do dzi­siaj.

Po wy­pro­wadz­ce z ro­dzin­ne­go domu za­pra­gną­łem ma­lo­wać… sie­dzia­łem go­dzi­na­mi na łące i ołów­kiem szki­co­wa­łem róż­ne kra­jo­bra­zy. Na­stęp­nie po­sta­no­wi­łem użyć kre­dek. Żywe ko­lo­ry do­da­wa­ły cha­rak­te­ru moim pra­com, były od­zwier­cie­dle­niem mo­jej wy­obraź­ni. Pew­ne­go dnia, gdy na chwi­lę zo­sta­wi­łem swo­je pra­ce pod drze­wem, za­sta­łem je znisz­czo­ne przez ban­dę dzi­ków, a moje kred­ki skra­dzio­no. Nie mia­łem moż­li­wo­ści wy­tłu­ma­czyć dzi­kom, że kie­dyś do­ku­cza­łem im przez mo­ich ko­le­gów i że to nie moja wina. Ze­msta jed­nak mnie nie omi­nę­ła. Do­sta­łem od nich na­ucz­kę. Nie pod­da­łem się jed­nak i cią­gle ry­su­ję. Nie­kie­dy czy­tam li­te­ra­tu­rę pięk­ną, aby zy­skać jesz­cze głęb­sze in­spi­ra­cje. To mnie bu­du­je, spra­wia, że czu­ję się praw­dzi­wie wol­nym Ed­kiem. W ci­szy mo­że­my stwo­rzyć na­praw­dę wiel­kie rze­czy. Cią­gle jed­nak mam wra­że­nie, że spo­ty­ka­ją mnie róż­ne przy­kro­ści i nie mogę się od nich uwol­nić. Gdy za­czy­na mi się do­brze ukła­dać, za­raz po­tem na­po­ty­kam pro­blem i tra­cę całą mo­ty­wa­cję do ży­cia… – opo­wie­dział swo­ją hi­sto­rię.

– Wie­lu spo­śród lu­dzi i zwie­rząt na­po­ty­ka pro­ble­my, ale wszyst­ko za­le­ży od na­sze­go na­sta­wie­nia. Je­że­li, dro­gi Edku, bę­dziesz cały czas my­ślał o prze­szło­ści, to ni­cze­go nie na­ma­lu­jesz, nie roz­wi­niesz swo­ich umie­jęt­no­ści. Bę­dziesz sku­piał się na ze­mście na tych, któ­rzy cię zra­ni­li. Nie bój się, bo to wła­śnie lęk nas ogra­ni­cza przed dzia­ła­niem i wie­lu przez nie­go prze­gry­wa. Gdy­bym ja się bała, nie by­ła­bym tak sil­ną oso­bą, któ­ra po­tra­fi so­bie po­ra­dzić w każ­dej sy­tu­acji, nie tyl­ko kie­dy przy­pa­lę plac­ki w domu… – Ma­rio­la za­nu­rzy­ła się głę­biej w swo­im umy­śle.

– Do­brze, to spró­bu­ję być te­raz od­waż­ny i za­po­mnę te wszyst­kie złe rze­czy! – krzyk­nął Edek.

– Wiesz, Edek… nie­któ­rych rze­czy nie da się za­po­mnieć. Mu­sisz je pa­mię­tać. To są two­je do­świad­cze­nia, na któ­rych się uczysz. To z nich wy­cho­dzi pew­na na­uka na przy­szłość. W tym mo­men­cie ży­cia już wiesz, komu mo­żesz ufać, a komu nie. Czyż nie tak? – za­py­ta­ła.

– Hmmm. Masz ra­cję… – Nie za­prze­czył. – Ja ni­g­dy nie prze­sta­nę ich szu­kać… Ni­g­dy nie prze­sta­nę szu­kać mo­ich kre­dek, chcę je zno­wu mieć i ma­lo­wać ży­wy­mi ko­lo­ra­mi lasy, oce­any, nie­bo. Wte­dy czu­ję, że je­stem w miej­scu, gdzie po­wi­nie­nem być, i czu­ję spo­kój… – mó­wił.

– Ile już prze­sze­dłeś, szu­ka­jąc swo­ich kre­dek? –za­py­ta­ła.

– Nie wiem, ale za sobą mam już set­ki za­cho­dów słoń­ca i set­ki prze­mie­rzo­nych dróg. Wi­dzia­łem góry, mo­rze, czy­jeś roz­ter­ki, łzy, uśmie­chy…

Ma­rio­la po­pa­trzy­ła na Edka z wiel­kim zdzi­wie­niem. W tym mo­men­cie zro­zu­mia­ła jed­ną rzecz. Tak na­praw­dę Edek nie chciał zna­leźć swo­ich kre­dek. On upa­try­wał cel w ich szu­ka­niu. Ko­chał tę dro­gę, któ­rą prze­mie­rzał w ich po­szu­ki­wa­niu. Gdy­by je od­szu­kał, stra­cił­by sens ży­cia. A tak co­dzien­nie szedł przed sie­bie z na­dzie­ją, że je znaj­dzie. Ta na­dzie­ja da­wa­ła mu siłę do ży­cia i ra­dość. Wy­ru­sza­jąc co­dzien­nie w dro­gę, czuł za­sad­ność swo­je­go wę­dro­wa­nia.

– Po­mo­gę ci, będę szu­ka­ła ich ra­zem z tobą. Co­dzien­nie będą nam się przy­tra­fiać nowe przy­go­dy, co­dzien­nie los przy­nie­sie nam nowe wy­zwa­nia i nie bę­dzie­my smut­ni. Któ­re­goś dnia znaj­dzie­my kred­ki, a wte­dy na­ma­lu­jesz pięk­ny pej­zaż pe­łen ży­wych ko­lo­rów – mó­wi­ła do Edka Ma­rio­la.

– Na­praw­dę chcesz iść ze mną da­lej? Na pew­no za­uwa­ży­łaś już, że je­stem nud­ny, i za­strze­gam, że nie lu­bię cią­gle roz­ma­wiać w cza­sie po­dró­ży. Wolę de­lek­to­wać się pięk­ny­mi wi­do­ka­mi niż zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie kła­pać pyszcz­kiem – twar­do po­sta­wił swo­je wa­run­ki Edek.

– Trud­no mi bę­dzie, po­nie­waż lu­bię mó­wić, ale po­sta­ram się do­sto­so­wać do two­ich za­sad, Edku. – Ma­rio­la wy­pu­ści­ła cięż­ko po­wie­trze z płuc, pod­kre­śla­jąc tym sa­mym, iż de­kla­ru­jąc swój udział w tych po­szu­ki­wa­niach, ma twar­dy orzech do zgry­zie­nia.

Po głę­bo­kiej i war­to­ścio­wej roz­mo­wie szli la­sem w ci­szy. Ma­rio­la sta­ra­ła się usza­no­wać proś­bę Edka i sku­pia­ła swo­je my­śli na tym, co przed chwi­lą usły­sza­ła. Wi­dzia­ła obok sie­bie po­ra­nio­ne­go zwie­rza­ka, któ­ry błą­dził, szu­ka­jąc swo­je­go miej­sca na świe­cie. A co bę­dzie, kie­dy znu­dzi mu się wę­drów­ka i uzna, że to wszyst­ko jest bez sen­su? A co, je­że­li sa­mot­ność go po­grą­ży? Te trud­ne py­ta­nia po­ja­wia­ły się w jej gło­wie, ale nie zna­ła na nie od­po­wie­dzi.***

Tym­cza­sem w ko­lej­ce do jed­ne­go z dol­no­ślą­skich urzę­dów stał wró­bel Eryk, już pra­wie go­dzi­nę cze­ka­jąc na swo­ją ko­lej. Chciał spraw­nie i szyb­ko za­ła­twić swą spra­wę, ale po­wo­li tra­cił na to na­dzie­ję – jego cier­pli­wość się koń­czy­ła.

– Na­stęp­ny, pro­szę! – ode­zwa­ła się pani w oku­la­rach ze szpi­cza­stym no­sem, kon­su­mu­ją­ca w po­śpie­chu ka­nap­kę z ko­tle­tem i ma­jo­ne­zem.

– Dzień do­bry. Chciał­bym zło­żyć po­da­nie o miej­sce par­kin­go­we pod pa­ła­cem w Chwa­li­mie­rzu dla mo­je­go sa­mo­lo­tu. – Eryk z uśmie­chem po­ło­żył na la­dzie po­da­nie.

– Pan się na­zy­wa Eryk Wró­bel?… Wró­bel ma na imię czy Eryk, bo już nie wiem? – za­py­ta­ła urzęd­nicz­ka.

– Je­stem wró­blem, jak pani wi­dzi, i mam na imię Eryk. Nie mam na­zwi­ska – od­po­wie­dział.

– Pa­nie wró­blu, tu­taj co­dzien­nie przy­cho­dzą róż­ni lu­dzie i mó­wią, że są ko­ta­mi, li­sa­mi, hie­na­mi. Skąd ja mam wie­dzieć, żeś się pan nie prze­brał i nie je­steś pan oszu­stem wy­łu­dza­ją­cym miej­sca po­sto­jo­we? Poza tym bra­ku­je tu­taj stu zło­tych opła­ty ca­ło­ścio­wej.

Eryk był bez­sil­ny. Cier­pli­wość – to było je­dy­ne sło­wo, ja­kie mu się w tym mo­men­cie na­su­wa­ło.

– Pro­szę, to po­da­ru­nek. My­ślę, że to bę­dzie wspa­nia­łe po­łą­cze­nie do pani ka­na­pecz­ki. Po­pra­wi hu­mor i nada smak ży­ciu. – Eryk wsu­nął przez okrą­gły luf­cik w szy­bie dwa duże pęta kieł­ba­sy gło­gow­skiej, do­kła­da­jąc resz­tę pie­nię­dzy, któ­re był wi­nien.

Urzęd­nicz­ka szyb­kim ru­chem za­bra­ła przy­smak i z uśmie­chem pod­bi­ła po­da­nie wró­bla.

– Niech pan po­cze­ka… Pan się po­my­lił, tu­taj po­win­na być na­pi­sa­na mar­ka sa­mo­cho­du, a nie „An­to­nov 2”. Nie sły­sza­łam, aby była taka mar­ka auta jak An­to­nov 2. Może BMW dwa, trzy lub czte­ry, ale nie ża­den An­to­nov. – Pani zza biur­ka ewi­dent­nie nie wie­rzy­ła w sło­wa Ery­ka.

– To zdję­cie mo­je­go sa­mo­lo­tu, dro­ga pani. – Kie­dy Eryk wy­cią­gnął zdję­cie ob­ra­zu­ją­ce sa­mo­lot, urzęd­nicz­ka pra­wie spa­dła z fo­te­la z ka­nap­ką w ustach.

– Masz pan to po­zwo­le­nie i już pro­szę mnie nie na­cho­dzić. Nie chcę skoń­czyć z za­wa­łem ser­ca. Przyj­mu­jąc się tu­taj, nie wie­dzia­łam, że spo­tka mnie tyle dzi­wacz­nych sy­tu­acji, uff… na­stęp­ny!… Na­stęp­ny, po­wie­dzia­łam! – Pani do­no­śnym gło­sem wo­ła­ła już ko­lej­ne­go pe­ten­ta, gry­ząc spo­ry ka­wa­łek kieł­ba­sy po­da­ro­wa­nej przez Ery­ka. – Cze­kać! Za­raz, za­raz! Jaki sa­mo­lot? Jaki wró­bel? Pan lata sa­mo­lo­tem? Pan jest bez­czel­ny, żeby mi ta­kie bzdu­ry tu­taj mó­wić! I jesz­cze chce pan miej­sce? Pew­nie chce­cie ja­kiś in­te­res ro­bić na tym miej­scu, sprze­da­wać ba­kła­ża­ny albo inne re­we­la­cje! Ja was wszyst­kich znam! – Za­trzy­mu­jąc Ery­ka, urzęd­nicz­ka krzy­cza­ła na cały urząd.

– Dro­ga pani, ten sa­mo­lot po­mógł nam ura­to­wać wie­lu lu­dzi i wie­le zwie­rząt. Chcę, aby stał w bez­piecz­nym miej­scu, po­nie­waż wcze­śniej par­ko­wa­łem w le­sie i czę­sto ten sa­mo­lot sta­wał się obiek­tem za­baw miej­sco­wych ban­dzior­ków. Je­śli pani nie po­tra­fi tego zro­zu­mieć, to chciał­bym się spo­tkać z dy­rek­to­rem, a je­śli nie, to nie trać­my już cza­su na te ja­ło­we roz­mo­wy. Mu­szę le­cieć na re­ha­bi­li­ta­cję mo­je­go skrzy­dła. – Eryk bar­dzo się zde­ner­wo­wał.

Pani urzęd­nicz­ka szarp­nę­ła moc­no gło­wą na znak bun­tu. Wło­ży­ła po­da­nie do szu­fla­dy z na­pi­sem „za­twier­dzo­ne” i nie­zgrab­nie usia­dła, za­kła­da­jąc nogę na nogę.

Eryk wy­szedł z pew­nym nie­sma­kiem i smut­kiem, my­śląc przy tym, że ci, któ­rzy po­win­ni mu być wdzięcz­ni, utrud­nia­ją mu nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie w ma­łej wio­sce na Dol­nym Ślą­sku.

– Mamy trop! Nasz kret Kon­stan­ty zna­lazł coś, co może nas za­in­te­re­so­wać – rzekł je­den z Bra­ci P. na spo­tka­niu w domu Taja.

– Mam na­dzie­ję, że to ja­kiś kon­kret­ny do­wód – po­waż­nym gło­sem ode­zwał się Tajo.

– Wczo­raj bli­sko miej­sco­wo­ści Szcze­pa­nów, od­ko­pu­jąc się z tu­ne­lu bli­sko pew­ne­go drze­wa, zna­la­złem znisz­czo­ną, po­szar­pa­ną kart­kę z ma­lun­kiem, na któ­rym wid­nia­ły ko­nie. Na­ma­lo­wa­na była tam rów­nież ta­blicz­ka z tą miej­sco­wo­ścią. Cała pra­ca pod­pi­sa­na była imie­niem „Edek” – mó­wił Kon­stan­ty.

– Ale co to ma wspól­ne­go z Ma­rio­lą? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny Dżek.

– A to, że w tam­tym re­jo­nie dzia­ła nie­bez­piecz­na gru­pa krad­ną­ca ko­nie. Po­łą­czy­li­śmy te fak­ty i do­brze by­ło­by spraw­dzić tam­tej­szy te­ren – rzekł je­den z Bra­ci P.

– Jak tyl­ko Eryk ochło­nie po wi­zy­cie w urzę­dzie, a ja po­mo­czę sto­py w mo­jej mi­sce, na pew­no spraw­dzi­my ten te­ren. – W gło­sie Taja dało się wy­czuć spo­kój.

– Nie ma na co cze­kać, dziad­ku! Le­ci­my te­raz! Ta spra­wa nie może cze­kać.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij