-
nowość
-
promocja
Wróbel Eryk. Wędrówka w chmurach - ebook
Wróbel Eryk. Wędrówka w chmurach - ebook
Nowe przygody, nowe kłopoty i… ci sami, niezawodni przyjaciele!
Wróbel Eryk trafił do szpitala, by zregenerować siły po jednej z ekscytujących wypraw. Gdy jednak dochodzą go wieści o tajemniczym zniknięciu Marioli, żony Dżeka, dzielny ptak natychmiast zapomina o nadwyrężonym skrzydle i wraz z przyjaciółmi rusza na pomoc!
Misja ratunkowa szybko zmienia się w kolejną wielką przygodę. Grupa bojowa z Chwalimierza podąża tropem niepokojących przestępstw, odwiedza podejrzane stodoły i rozszyfrowuje zagadkowe rysunki, aż trafia na północ Polski, gdzie czekają ją szokujące odkrycia.
Śledztwa, pościgi, ukryte sejfy i tajemnice sięgające gwiazd – to może wydawać się zbyt wiele dla wesołej gromady, ale odważny Eryk wie, że poradzi sobie w każdych okolicznościach.
Zwłaszcza że ma u boku przyjaciół, na których zawsze może liczyć!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-504-1 |
| Rozmiar pliku: | 887 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zamilkły wdzięczne ptasząt hejnały,
Wicher o szyby łomoce;
Został się tylko wróbelek mały,
Co gdzieś na dachu świegoce.
I choć jesienne huczą poświsty,
Choć coraz mglistszy blask słońca,
On — syn poczciwy strzechy ojczystej,
Wiernym jej został do końca.
Choć mróz mu często da się we znaki,
Choć kwili nieraz o głodzie:
On nie poleci, jak inne ptaki,
Gdzieś się wygrzewać na wschodzie!
On woli zostać na swojskiej roli,
Gdzie ziarna w kłosach mu rosną,
Bo wie, że Bóg mu i tu pozwoli,
Cieszyć się słońcem i wiosną.
O! ja cię kocham ptaszku poczciwy,
W szarej, ubogiej odzieży!
Bo ty mnie uczysz, jak własne niwy,
Nad wszystko kochać należy.
Władysław Bełza
Wędrówka w chmurach– Nie miałem większych chęci słuchać rozkazów, lecz teraz musiałem – sam do siebie mówił Eryk, leżąc na oddziale chirurgii zwierzęcej.
Mijający drugi tydzień rekonwalescencji po złamaniu skrzydła był dla niego czasem kontemplacji i rozważań z innymi pacjentami na temat życia. Nie chcąc słuchać nawet pielęgniarek, pokazywał swój pełen upartości i buntowniczy charakter.
– Jest już po dwudziestej drugiej, a pana nie ma w pokoju. – Surowa pielęgniarka pospieszała Eryka, wracającego od kolegów z innego oddziału.
– Spokojnie, pani kochana, graliśmy sobie we wróblowe szachy, to taka gra, gdzie trzeba myśleć i przewidywać, ta gra zajmuje nam tyle czasu, że naruszyliśmy ciszę nocną – tłumaczył się Wróbel.
– Ja już znam te wasze szachy. Naśmiewacie się ze wszystkiego, a szczególnie z nas, a jak kaszlecie i dusicie się, to zaraz pomocy wołacie! – krzyczała rozdrażniona pielęgniarka.
– Nasza inteligencja nie pozwoli naśmiewać się bez powodu. Zdecydowanie korzystniejszy jest dla nas rozwój umysłu i przesuwanie pionków w odpowiednie miejsce. Jeśli ma Pani ochotę, zapraszam na partyjkę – w swoim stylu odpowiedział Eryk.
Wróciwszy do swojego łóżka, spoglądał przez okno na księżyc. Była pełnia, zapewne to czas odpływów i przypływów. Wiedział, że prędko nie zaśnie. Przyzwyczaił się do przygód, dreszczyku emocji, życia na krawędzi, ryzyka. Nie żałował ostatniej akcji z ciotką Lolą. Właśnie tam przeziębił swoje pióra, w konsekwencji lądując w tym nieprzyjemnym miejscu… Nocami szczególnie myślał o minionych latach i licznych przygodach. Nie chciał od tego uciekać. Zaraz po wyjściu ze szpitala planował być aktywnym Wróblem. Umiejętność pakowania się w różne kłopoty weszła mu w krew. Tak rozmyślając, zamykał powoli swoje ciężkie powieki, odpływając w krainę snu. Pielęgniarka robiąca obchód jeszcze spojrzała na niesfornego Eryka, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Z sali dobiegały jedynie odgłosy chrapania.
***
Następnego dnia już od rana gościli u niego: Bruno, Tajo, Pan Kulą w Płot, jeż Bolek, Jacek Bomba, gołąb Ben, Mariola, Dżek, Nicpoń, pies Lesio, niedzwiedź Kazimierz, pies Bej, dziadek Zbych, komendant Sokolnikov, listonosz Włodzimierz, Pani Wróbelkowa. List podnoszący na duchu wysłał również odbywający swoją karę w więzieniu – ochroniarz Henryk. Przybyło jeszcze kilku przyjaciół z wioski. Sala pękała w szwach, a biedne pielęgniarki nie miały pomysłu, jak wygonić część gości Eryka, aby nastał wreszcie spokój.
– Przyniosłam ci nasze ulubione placuszki, masz tutaj osiemdziesiąt porcji. Jedz, abyś miał siłę na dalsze przygody! – Mariola wyjęła ogromny karton z plackami, a pozostali nie mogli uwierzyć własnym oczom, że wzorowa gospodyni była w stanie wymyślić coś tak wyjątkowego.
– Otwórzmy je teraz i wszyscy spróbujmy tych wspaniałych pyszności! – powiedział do wszystkich Eryk, wiedząc, że w ten sposób jedzenie się nie zmarnuje, a Mariola usłyszy zapewne pochlebne komentarze i będzie z siebie bardzo dumna.
Na to hasło wielu spośród zgromadzonych gości uśmiechnęło się, wyczekując ze zniecierpliwieniem na pierwszy kęs placka.
Jak można było się spodziewać, towarzystwo zajadało ze smakiem tak, że Mariola musiała rozpisywać gościom swój przepis na te smakowite placuszki.
Bruno ze śmiertelną powagą postanowił zademonstrować to, czego nauczył się na kursie tańca, a taniec zwany fachowo Pasztecik Dens prezentował się wyjątkowo efektownie. Leżący obok Wróbla świstak z połamanymi rękami w gipsie próbował nawet na koniec bić mu brawo. Taniec zrobił furorę wśród wszystkich dookoła, lecz dyżurujące tego dnia pielęgniarki miały już wszystkiego naprawdę dosyć. Eryk nie chciał puścić do domu gości, którzy siedzieli u niego cały dzień, ale zbliżała się późna godzina i musiał odpocząć. Jego leczenie miało potrwać jeszcze kilka dni, zanim cały i zdrowy wróci do domu, do swoich bliskich.
– Wiem, że nie lubisz słuchać czyichś rozkazów, ale dla twojego dobra wytrzymaj jeszcze kilka dni i wrócisz do nas – szepnął Erykowi Tajo na odchodne.
– Jeszcze tydzień i słuchaliby moich… – w swoim stylu odpowiedział przyjacielowi schorowany Wróbel.
Znowu nastała cisza. Wróbel uważnie obserwował z okna inne ptaki, szczególnie kruki. Doceniał ich wyjątkową inteligencję. Kiedy zaś patrzył na gołębie, bawiło go, że ich koledzy, kiedy o mały włos nie zostali rozjechani na drodze, wracali w to samo miejsce, popełniając ten sam błąd i narażając się często na tragiczny koniec swojej egzystencji na ziemi. Kruki były inne – one uczyły się na własnych błędach i wyciągały z nich wnioski. Nawet kiedy zjadły, nie zostawiały po sobie papierków na ziemi, tylko transportując je w dziobie, natychmiast wyrzucały w wyznaczone miejsce, prosto do kosza na śmieci, a schowany za drzewem, będący w podeszłym wieku jeden z kruków w okularach czytał sobie książkę. Wróbel z daleka nie mógł przeczytać tytułu, ale samo to zrobiło na nim niemałe wrażenie.
Na łóżku obok Eryka świstak już głośno chrapał, co bardzo irytowało Wróbla, ale widząc, że smacznie śpi, nawet nie próbował go budzić. Naprzeciwko łóżko zajmował Ryś – na nazwisko miał Schabowy i nie było w tym nic dziwnego, bo zwierz ten lubił jeść wypieczone dania w postaci schabowych, a jego dolegliwością była przewlekle boląca wątroba. Mimo zalecanej przez pana doktora diety koledzy często przynosili Schabowemu do szpitala jego ulubiony przysmak, a ten w nocy pod łóżkiem zajadał się do woli, cierpiąc na bóle do rana. Pokusa była jednak tak silna, że pomimo dolegliwości nie mógł opanować swojego uzależnienia i nie miał zamiaru rezygnować z tak pysznej przyjemności.
Od strony drzwi tuż przy kranie z wodą leżał cierpiący na demencję jeleń Janek. Historia jego przybycia do tego miejsca również była ciekawa. W piękną, jesienną, słoneczną sobotę razem z kolegą szarżując po wiejskich drogach i popisując się paleniem opon przed sarnami, dostrzegli ogromnego potwora wyrywającego chwasty, jeden po drugim. W pierwszej chwili byli pewni, że ich pole nawiedził ogromny goryl. Nie zastanawiając się ani chwili, zdobyli się na odwagę i postanowili zatrzymać haniebne czyny potwora, wjeżdżając w niego z maksymalną prędkością, aby dostał za swoje. Samochód wyskoczył do góry, przelatując przez rów koło drogi, i z całym impetem wbił się w „goryla”. Szybko jednak okazało się, że to nie goryl, tylko ogromny kombajn. Janek przeszedł operację na głowę i teraz dochodził do siebie. Na szczęście jego kolega uszkodził sobie tylko kolano.
Jeleń, będąc zwierzęciem bardzo łasym na różne przysmaki, wyczuł zapach placków Marioli leżących na szafeczce Wróbla. Któregoś dnia Eryk zorientował się, że na talerzu brakuje mu kilku porcji. Zapytał szybko Janka, czy ten nie podbiera czasem jego placków. Janek, oblizując się i przeżuwając resztki pysznych smakołyków, skłamał nerwowo, że to nie jego sprawka. Wróbel, nie poddając się, użył swojego wrodzonego sprytu i zadał pytanie trochę inaczej:
– A czy placek był pyszny?
– Tak! Tak! Palce lizać, Wróbelku! – bez wahania odpowiedział Jeleń. I taki to właśnie bystry okazał się Janek.
Eryk poczęstował go resztą, widząc, jak bardzo jego kolega z sali jest głodny. Nikt go nie odwiedzał, prawie zawsze był sam, jego rodzina wyjechała do Szwecji, gdy ten był mały, a on prowadził życie włóczęgi i samotnika. Wróbel kilka razy zauważył, że Janek płacze odwrócony do ściany.
– Każdy musi czasem uronić łzę… – powiedział Eryk, patrząc nieprzerwanie w okno.
Janek nic się nie odezwał, a w sali można było usłyszeć mlaskanie Schabowego i chrapanie świstaka.
Po chwili weszła pielęgniarka, narzekając na swojego męża, bo ten nie wychodzi z psem, tylko siedzi w klapkach i czyta dziurawą gazetę, popijając mleko z kartonu, a ona ma ciągle coś do „roboty”. Krytykowała również jego stale powiększający się brzuch, jakby się bała, że wybuchnie i cała kamienica, w której mieszkają, się zawali.
Tak właśnie wyglądały problemy życia szpitalnego Eryka, jednak on nie zamierzał tutaj gościć zbyt długo. Już tylko kilka dni dzieliło go od wyjścia z tego przytłaczającego miejsca. Pewnej nocy, kiedy wszyscy smacznie spali, udało mu się wymknąć przez okno i odwiedzić Chwalimierz.
Przy okazji pospacerował po mieście. Lubił czasem światła większej aglomeracji. Wtedy miasto stawało się inne niż za dnia, bardziej tajemnicze i niebezpieczne. Eryk obserwował ludzi, widząc ich zmartwienia, frustracje i troski. To nie byli szczęśliwi ludzie. Szczęście było widoczne tylko u niektórych, a reszta głośnym śmiechem próbowała zatuszować zmartwienia i problemy dnia codziennego. Chodzili i pili z butelek coś, co dawało im pozorną radość. Niektórzy skakali, a jeszcze inni bawili się kulturalnie, tańcząc i uśmiechając się do siebie.
Eryk postanowił, że zaglądnie do jednej z dyskotek, z której słychać było głośną muzykę. Na wejściu stał barczysty ochroniarz w opinającej czarnej koszulce, który zupełnie nie zauważył Eryka przemykającego pod jego nogami. Ochroniarz ów był bowiem skupiony na konsumowaniu ryżu z dużej miski. Kiedy Eryk był już w środku, szybko wszedł na parkiet, próbując swoich sił w tańcu. Dla małego wróbla była to walka o życie, gdyż każda z kilkudziesięciu tupiących stóp mogła go zmiażdżyć, mimo wszystko Eryk dobrze się bawił. W pewnej chwili dosłownie kilka centymetrów od niego runęło coś przypominającego ludzkie ciało. To jeden z tańczących potknął się o cudzą nogę i upadł z hukiem na parkiet. Ale nawet mimo tego nagłego zamieszania Eryk bawił się znakomicie przez kilka godzin.
W pewnej chwili spocony wyszedł z tłumu i ponownie dostrzegł ochroniarza z miską.
– Kolego… a czy to przypadkiem nie jest miska Taja? – Wróbel pomyślał przed chwilą, że to własność jego przyjaciela, więc postanowił zapytać.
– Taja? To moja miska. Prezent od mamy. Kiedy miałem trzy lata, jadłem z niej kaszkę – odpowiedział napakowany ochroniarz z ogromną powagą.
Eryk nie kontynuował rozmowy. Ta odpowiedź w zupełności mu wystarczyła, wyjaśniając sprawę. Miał już oczy zmęczone od kolorowych świateł. Bolała go głowa i pragnął szybko stamtąd uciec.
Ciemnymi uliczkami szedł w stronę szpitala. Podświadomie nie chciał tam wracać. Usiadł na chwilę na ławce, a tuż obok siebie dostrzegł starszego pana w czapce, ze spalonym papierosem w ustach. Ów recytował sam do siebie wiersze, a potem na cały głos śpiewał stare ludowe piosenki, tupiąc przy tym nogami, na których widniały stare, zdezelowane skórzane buty. Recytacja i późniejszy śpiew najwidoczniej pochłonęły go tak bardzo, że w ogóle nie zwrócił uwagi na siedzącego obok Wróbla. Mocno nasadzona żuchwa nie zamykała się choćby na chwilę. W końcu wstał i gwiżdżąc energicznie na palcach, postanowił spróbować swoich sił w stepowaniu. Nie zważał na przechodniów. Był szczęśliwy – tu i teraz. Nie oczekiwał niczego od nikogo, nie czuł złości i czerpał z tej chwili możliwie najwięcej. Na koniec zdjął swoją pobrudzoną marynarkę i wymachiwał nią dookoła, po czym pobiegł za róg starej kamienicy i zniknął Erykowi na zawsze. Mały Wróbel poczuł jednak, że w jego pamięci człowiek ten pozostanie na wieki.
Niebo robiło się coraz jaśniejsze. Postanowił, że odwiedzi swoich dawnych kolegów ze starych czasów, którzy często przesiadywali w gęstym bluszczu tuż obok kościoła uniwersyteckiego. Starzy kumple nie spodziewali się Eryka, a już na pewno nie o tak wczesnej porze, bardzo jednak ucieszyli się na jego widok. Konsumując wspólnie świeży słonecznik i rzodkiewkę, przegadali cały poranek, jak za starych czasów. Niestety Wróbel musiał zakończyć przyjemne rozmowy i wrócić do szpitala, choć nie miał ochoty tam siedzieć nawet minuty dłużej.
Jako że – gdy wrócił – miał jeszcze trochę czasu do pobudki, postanowił napisać podziękowania dla pielęgniarek. Gdy zaś otrzymał wypis, zebrał swoje rzeczy i udał się do swojego domu w Chwalimierzu – do przyjaciół i Pani Wróbelkowej. Już po chwili od jego wyjścia zasmucone pielęgniarki tęskniły za małym, zabawnym i inteligentnym Erykiem, który zawsze potrafił skwitować czyjąś wypowiedź odpowiednią ripostą. Często niezbyt dogodną dla rozmówcy.
Eryk szczególnie potrzebował teraz ciszy i odpoczynku. Dwa razy w tygodniu chodził dwie wioski dalej na rehabilitację do kreta Konstantego. Ćwiczenia były ciężkie, ale dobrze wiedział, że musi się temu poddać. Ze łzami w oczach pokonywał swój ból, każdego dnia robiąc ogromne postępy. Za każdym razem na koniec zajęć Konstanty miał przygotowaną dla Eryka specjalną nagrodę – na stole czekała na niego duża, apetyczna rzodkiewka. Rehabilitant wiedział, co zrobić, aby zmotywować do pracy swojego pacjenta. Po wszystkich ćwiczeniach Eryk zajadał się swoim przysmakiem, rozmawiając z kretem na tematy współczesnej filozofii świata. Konstanty uwielbiał dywagować na polityczne i historyczne tematy. Mądre rozmowy trwały niekiedy po kilka godzin. Ten fakt bardzo denerwował Panią Wróbelkową, czekającą z niecierpliwością na swojego ukochanego w domu. Kiedy wracał, było już późno.
Pewnego razu po powrocie z rehabilitacji Eryk zdziwił się, kiedy zobaczył, kto siedzi w jego pokoju. To był Dżek; skulony i płaczący – cały czas uderzał ze złości pięścią w fotel.
– Nie ma jej! Wróciłem ze spaceru i nie ma jej! Myślałem, że na kolację dostanę jajko na miękko, tak jak obiecała, a tutaj nic… zostały tylko uchylone drzwi. To porwanie! – krzyczał zdenerwowany.
– Zapewne mówisz o Marioli. Pewnie wyszła na chwilę do pałacu i wróci! – odpowiedział spokojnie Eryk.
– Nie! Szukałem jej wszędzie: w pałacu, w lesie, obszedłem całą wioskę i okolicę. Nie ma jej już kilka godzin! – mówił Dżek.
– Musimy się dowiedzieć, czy ktoś ją widział, to ważne… – Teraz już wróbel zaniepokoił się całym wydarzeniem.
Dżek został u Eryka w domu. Obaj rozmawiali, a potem przyjaciel zasnął i spał tak aż do rana.
Następnego dnia niestety Mariola w dalszym ciągu nie wróciła do domu. W tym momencie żarty się skończyły. Cała grupa zaczęła przeszukiwać teren i pytać napotkanych ludzi, czy nie widzieli charyzmatycznej żony Dżeka, ale niestety nikt nie dostrzegł niczego, co mogłoby przykuć uwagę. Mariola zapadła się pod ziemię. Mijała już pierwsza doba od jej zaginięcia. Eryk z nerwów przestał czuć ból kontuzjowanego skrzydła, gdyż teraz intensywnie myślał, co zrobić, aby ją odnaleźć całą i zdrową. Martwił się, mając świadomość, jacy osobnicy przewinęli się przez jego życie, uprzykrzając je jemu i jego przyjaciołom.
– Jak spotkam tego, kto porwał Mariolę, to poszarpię go mocniej niż rekiny w oceanie! – odezwał się zdenerwowany Tajo, który odwiedził Eryka.
***
Była godzina szesnasta – druga połowa listopada, dokładnie dzień po tym, kiedy cała wioska została poruszona zaginięciem ukochanej Dżeka, kiedy Mariola spacerowała leśną drogą biegnącą blisko Szczepanowa. Towarzyszył jej gronostaj, który przez większość czasu sprawiał wrażenie zamyślonego. Szli razem w głąb lasu i rozmawiali.
– Mariola? Jakie śmieszne masz imię. Nie znam nikogo, kto ma tak na imię! – powiedział zwierzak.
– Dużo znasz ludzi i zwierząt? – zapytała Mariola.
– No właśnie, ilu ja mam znajomych?… – Zaczął mrużyć oczy, co było znakiem intensywnego zamyślenia. Po chwili stwierdził, że nie ma nikogo.
– A jak ty masz na imię? – spytała Mariola.
– Edek! Jestem Edek. Chciałbym, abyś mi pomogła znaleźć jedną rzecz. Zgubiłem się i dotarłem tutaj, do Chwalimierza. Tylko ty możesz mi pomóc, będę ci bardzo wdzięczny. Z tobą na pewno znajdę te jedyne w swoim rodzaju kredki.
– Gronostaj Edek, który szuka kredek, nawet w snach nie przypuszczałabym, że taka sytuacja mnie kiedyś spotka. Idę z tobą tyle kilometrów, nie wiedząc tak naprawdę, czemu ich szukam. Ale powiem szczerze: podoba mi się to, choć nie wiem dlaczego. Na wiosce pewnie mnie szukają. Miałam już trochę dosyć codziennego robienia placków i wykonywania w kółko tych samych czynności. Szukanie twoich kredek jest zdecydowanie ciekawsze – stwierdziła Mariola.
– Jestem tego pewny! Mało mam przyjaciół, bo nikt mnie nie rozumie. Tłumaczę wszystkim, jak być wolnym, choć czasem czuję, że sam nie jestem, mimo że robię codziennie to, co chcę… – wyznał Edek.
– My tak naprawdę nigdy do końca nie będziemy wolni. Nawet teraz, gdy szukasz swoich kredek, musisz uważać na inne zwierzęta, aby cię nie zaatakowały. Jesteś skupiony nie na szukaniu i odkrywaniu, ale na wypatrywaniu ewentualnych wrogów.
– Może masz rację… – odrzekł patrzący na zachmurzone niebo Edek.
– Nasze skryte pragnienia często wynikają z naszej przeszłości, opowiedz mi o niej – poprosiła Mariola, przeczuwając, że poruszyła drażliwy temat.
– Nie znam cię, a poza tym po co ci ta wiedza? Nikt nigdy nie chciał słuchać o mojej przeszłości, więc dlaczego ty chcesz? – Edek się zdenerwował.
– Zdążyłeś mnie tak szybko ocenić? Ale rozumiem… Szczególnie ludzie mają tę przypadłość szybkiego oceniania drugiej osoby. Ledwo na kogoś spojrzą i mają obraz całego życia już od urodzin, ale często się w swym osądzie mylą – stwierdziła. – Mnie często biorą za szaloną wariatkę. Jednak najbliżsi przyjaciele wiedzą, że jestem bardzo inteligentną blondynką z klasą… Już taka jestem: piękna i mądra – dokończyła swój opis Mariola.
– No tak, ale ty twardo stąpasz po ziemi, jesteś silna – wyszeptał Edek, kierując ponownie swój wzrok w górę.
– Ach, widzisz… Opowiedz mi więc, proszę, o swojej przeszłości, bo bardzo mnie to ciekawi – wróciła do tematu Mariola.
– Miałem osiem lat i często zadawałem pytania. Nie wiedziałem, jak mam się zachowywać. Starsi koledzy tylko się śmiali, że nie potrafię wykonać różnych rzeczy, jak na przykład wspinać się po drzewach lub zaczepiać dzików, które potem goniły nas po całym lesie. Nie chciałem tego robić, bo nie lubiłem nikomu dokuczać. Moi koledzy byli jednak natrętni i powiedzieli, że jeśli tego nie będę robił, to będę dostawał od nich manto. Musiałem wykonywać głupie rozkazy, z których tylko oni się cieszyli. W moim domu również nie było wesoło. Często nie mieliśmy co jeść, chodziliśmy głodni, w domu było zimno, a rodzice często się kłócili. Któregoś dnia postanowiłem uciec. Daleko mnie wywiało, przywiało mnie tutaj aż spod Lublina, ale problemy się nie skończyły, trwają do dzisiaj.
Po wyprowadzce z rodzinnego domu zapragnąłem malować… siedziałem godzinami na łące i ołówkiem szkicowałem różne krajobrazy. Następnie postanowiłem użyć kredek. Żywe kolory dodawały charakteru moim pracom, były odzwierciedleniem mojej wyobraźni. Pewnego dnia, gdy na chwilę zostawiłem swoje prace pod drzewem, zastałem je zniszczone przez bandę dzików, a moje kredki skradziono. Nie miałem możliwości wytłumaczyć dzikom, że kiedyś dokuczałem im przez moich kolegów i że to nie moja wina. Zemsta jednak mnie nie ominęła. Dostałem od nich nauczkę. Nie poddałem się jednak i ciągle rysuję. Niekiedy czytam literaturę piękną, aby zyskać jeszcze głębsze inspiracje. To mnie buduje, sprawia, że czuję się prawdziwie wolnym Edkiem. W ciszy możemy stworzyć naprawdę wielkie rzeczy. Ciągle jednak mam wrażenie, że spotykają mnie różne przykrości i nie mogę się od nich uwolnić. Gdy zaczyna mi się dobrze układać, zaraz potem napotykam problem i tracę całą motywację do życia… – opowiedział swoją historię.
– Wielu spośród ludzi i zwierząt napotyka problemy, ale wszystko zależy od naszego nastawienia. Jeżeli, drogi Edku, będziesz cały czas myślał o przeszłości, to niczego nie namalujesz, nie rozwiniesz swoich umiejętności. Będziesz skupiał się na zemście na tych, którzy cię zranili. Nie bój się, bo to właśnie lęk nas ogranicza przed działaniem i wielu przez niego przegrywa. Gdybym ja się bała, nie byłabym tak silną osobą, która potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji, nie tylko kiedy przypalę placki w domu… – Mariola zanurzyła się głębiej w swoim umyśle.
– Dobrze, to spróbuję być teraz odważny i zapomnę te wszystkie złe rzeczy! – krzyknął Edek.
– Wiesz, Edek… niektórych rzeczy nie da się zapomnieć. Musisz je pamiętać. To są twoje doświadczenia, na których się uczysz. To z nich wychodzi pewna nauka na przyszłość. W tym momencie życia już wiesz, komu możesz ufać, a komu nie. Czyż nie tak? – zapytała.
– Hmmm. Masz rację… – Nie zaprzeczył. – Ja nigdy nie przestanę ich szukać… Nigdy nie przestanę szukać moich kredek, chcę je znowu mieć i malować żywymi kolorami lasy, oceany, niebo. Wtedy czuję, że jestem w miejscu, gdzie powinienem być, i czuję spokój… – mówił.
– Ile już przeszedłeś, szukając swoich kredek? –zapytała.
– Nie wiem, ale za sobą mam już setki zachodów słońca i setki przemierzonych dróg. Widziałem góry, morze, czyjeś rozterki, łzy, uśmiechy…
Mariola popatrzyła na Edka z wielkim zdziwieniem. W tym momencie zrozumiała jedną rzecz. Tak naprawdę Edek nie chciał znaleźć swoich kredek. On upatrywał cel w ich szukaniu. Kochał tę drogę, którą przemierzał w ich poszukiwaniu. Gdyby je odszukał, straciłby sens życia. A tak codziennie szedł przed siebie z nadzieją, że je znajdzie. Ta nadzieja dawała mu siłę do życia i radość. Wyruszając codziennie w drogę, czuł zasadność swojego wędrowania.
– Pomogę ci, będę szukała ich razem z tobą. Codziennie będą nam się przytrafiać nowe przygody, codziennie los przyniesie nam nowe wyzwania i nie będziemy smutni. Któregoś dnia znajdziemy kredki, a wtedy namalujesz piękny pejzaż pełen żywych kolorów – mówiła do Edka Mariola.
– Naprawdę chcesz iść ze mną dalej? Na pewno zauważyłaś już, że jestem nudny, i zastrzegam, że nie lubię ciągle rozmawiać w czasie podróży. Wolę delektować się pięknymi widokami niż zupełnie niepotrzebnie kłapać pyszczkiem – twardo postawił swoje warunki Edek.
– Trudno mi będzie, ponieważ lubię mówić, ale postaram się dostosować do twoich zasad, Edku. – Mariola wypuściła ciężko powietrze z płuc, podkreślając tym samym, iż deklarując swój udział w tych poszukiwaniach, ma twardy orzech do zgryzienia.
Po głębokiej i wartościowej rozmowie szli lasem w ciszy. Mariola starała się uszanować prośbę Edka i skupiała swoje myśli na tym, co przed chwilą usłyszała. Widziała obok siebie poranionego zwierzaka, który błądził, szukając swojego miejsca na świecie. A co będzie, kiedy znudzi mu się wędrówka i uzna, że to wszystko jest bez sensu? A co, jeżeli samotność go pogrąży? Te trudne pytania pojawiały się w jej głowie, ale nie znała na nie odpowiedzi.***
Tymczasem w kolejce do jednego z dolnośląskich urzędów stał wróbel Eryk, już prawie godzinę czekając na swoją kolej. Chciał sprawnie i szybko załatwić swą sprawę, ale powoli tracił na to nadzieję – jego cierpliwość się kończyła.
– Następny, proszę! – odezwała się pani w okularach ze szpiczastym nosem, konsumująca w pośpiechu kanapkę z kotletem i majonezem.
– Dzień dobry. Chciałbym złożyć podanie o miejsce parkingowe pod pałacem w Chwalimierzu dla mojego samolotu. – Eryk z uśmiechem położył na ladzie podanie.
– Pan się nazywa Eryk Wróbel?… Wróbel ma na imię czy Eryk, bo już nie wiem? – zapytała urzędniczka.
– Jestem wróblem, jak pani widzi, i mam na imię Eryk. Nie mam nazwiska – odpowiedział.
– Panie wróblu, tutaj codziennie przychodzą różni ludzie i mówią, że są kotami, lisami, hienami. Skąd ja mam wiedzieć, żeś się pan nie przebrał i nie jesteś pan oszustem wyłudzającym miejsca postojowe? Poza tym brakuje tutaj stu złotych opłaty całościowej.
Eryk był bezsilny. Cierpliwość – to było jedyne słowo, jakie mu się w tym momencie nasuwało.
– Proszę, to podarunek. Myślę, że to będzie wspaniałe połączenie do pani kanapeczki. Poprawi humor i nada smak życiu. – Eryk wsunął przez okrągły lufcik w szybie dwa duże pęta kiełbasy głogowskiej, dokładając resztę pieniędzy, które był winien.
Urzędniczka szybkim ruchem zabrała przysmak i z uśmiechem podbiła podanie wróbla.
– Niech pan poczeka… Pan się pomylił, tutaj powinna być napisana marka samochodu, a nie „Antonov 2”. Nie słyszałam, aby była taka marka auta jak Antonov 2. Może BMW dwa, trzy lub cztery, ale nie żaden Antonov. – Pani zza biurka ewidentnie nie wierzyła w słowa Eryka.
– To zdjęcie mojego samolotu, droga pani. – Kiedy Eryk wyciągnął zdjęcie obrazujące samolot, urzędniczka prawie spadła z fotela z kanapką w ustach.
– Masz pan to pozwolenie i już proszę mnie nie nachodzić. Nie chcę skończyć z zawałem serca. Przyjmując się tutaj, nie wiedziałam, że spotka mnie tyle dziwacznych sytuacji, uff… następny!… Następny, powiedziałam! – Pani donośnym głosem wołała już kolejnego petenta, gryząc spory kawałek kiełbasy podarowanej przez Eryka. – Czekać! Zaraz, zaraz! Jaki samolot? Jaki wróbel? Pan lata samolotem? Pan jest bezczelny, żeby mi takie bzdury tutaj mówić! I jeszcze chce pan miejsce? Pewnie chcecie jakiś interes robić na tym miejscu, sprzedawać bakłażany albo inne rewelacje! Ja was wszystkich znam! – Zatrzymując Eryka, urzędniczka krzyczała na cały urząd.
– Droga pani, ten samolot pomógł nam uratować wielu ludzi i wiele zwierząt. Chcę, aby stał w bezpiecznym miejscu, ponieważ wcześniej parkowałem w lesie i często ten samolot stawał się obiektem zabaw miejscowych bandziorków. Jeśli pani nie potrafi tego zrozumieć, to chciałbym się spotkać z dyrektorem, a jeśli nie, to nie traćmy już czasu na te jałowe rozmowy. Muszę lecieć na rehabilitację mojego skrzydła. – Eryk bardzo się zdenerwował.
Pani urzędniczka szarpnęła mocno głową na znak buntu. Włożyła podanie do szuflady z napisem „zatwierdzone” i niezgrabnie usiadła, zakładając nogę na nogę.
Eryk wyszedł z pewnym niesmakiem i smutkiem, myśląc przy tym, że ci, którzy powinni mu być wdzięczni, utrudniają mu normalne funkcjonowanie w małej wiosce na Dolnym Śląsku.
– Mamy trop! Nasz kret Konstanty znalazł coś, co może nas zainteresować – rzekł jeden z Braci P. na spotkaniu w domu Taja.
– Mam nadzieję, że to jakiś konkretny dowód – poważnym głosem odezwał się Tajo.
– Wczoraj blisko miejscowości Szczepanów, odkopując się z tunelu blisko pewnego drzewa, znalazłem zniszczoną, poszarpaną kartkę z malunkiem, na którym widniały konie. Namalowana była tam również tabliczka z tą miejscowością. Cała praca podpisana była imieniem „Edek” – mówił Konstanty.
– Ale co to ma wspólnego z Mariolą? – zapytał zniecierpliwiony Dżek.
– A to, że w tamtym rejonie działa niebezpieczna grupa kradnąca konie. Połączyliśmy te fakty i dobrze byłoby sprawdzić tamtejszy teren – rzekł jeden z Braci P.
– Jak tylko Eryk ochłonie po wizycie w urzędzie, a ja pomoczę stopy w mojej misce, na pewno sprawdzimy ten teren. – W głosie Taja dało się wyczuć spokój.
– Nie ma na co czekać, dziadku! Lecimy teraz! Ta sprawa nie może czekać.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.