Wrócę do ciebie, Anielo - ebook
Czy miłość może przetrwać wojnę, czas i milczenie? I czy prawda ukryta w starych listach pozwala wreszcie pogodzić się z przeszłością?
Weronika wraca do Tarnobrzega tylko na chwilę – tak przynajmniej sobie obiecuje. Pogrzeb ojca zmusza ją do powrotu do miasta i wspomnień, od których uciekała latami. Podczas porządkowania starego mieszkania znajduje niepozornego misia z dzieciństwa. W jego wnętrzu ukryte są listy, które przenoszą ją do świata Anieli.
Aniela, młoda kobieta z Machowa, tuż przed wybuchem wojny zaznała szczęścia, które szybko zostało jej odebrane. Okupacja, konspiracja i dramatyczne wybory stają się jej codziennością, a pisane w ukryciu listy – jedyną rozmową z mężem i sposobem na przetrwanie.
Dla Weroniki ta historia staje się kluczem do zrozumienia własnej rodziny, a także do odkrycia uczuć, na które dotąd nie pozwalała sobie liczyć. Bo są miłości, które potrafią przetrwać wojnę, czas i milczenie – i czekają, aż ktoś je odnajdzie.
Opowieść o kobietach, które musiały być silne, o miłości wystawionej na próbę historii i o tym, że nawet po latach odnalezione słowa potrafią zmienić czyjeś życie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-4112-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka nie jest niczyją biografią, jednak jest oparta na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce na terenie Tarnobrzega. Takich jak powszechna mobilizacja, wypędzenie Żydów z Tarnobrzega, założenie getta, a później jego zlikwidowanie. Prawdziwe było również to, że na Skalnej Górze odbywały się egzekucje Żydów. Oczywiście sama gazeta „Odwet” istniała i była drukowana od marca 1940 roku. A wcześniej była wydawana jako „Wiadomości Radiowe”. Grupa „Odwet” i wywodzący się z niej oddział „Jędrusie” znany jest głównie mieszkańcom regionów, ale gazeta „Odwet” i działania „Jędrusiów” miały w okresie okupacji o wiele większe znaczenie. To tajne pismo było jednym z najważniejszych na terenie Generalnej Guberni, a maksymalny nakład osiągnął około 10 tysięcy. Pismo było drukowane co tydzień.PROLOG
SIERPIEŃ 1919
MACHÓW
_Łoj, uśniejze my, uśnij,_
_Albo me urośnij._
_Łoj, kiedyś mi się przydas,_
_W pole gąski wygnos_¹.
Zdawało się, że śpiew z przeciąganymi sylabami kołysał sam czas, a maleńki skarb w ramionach wypełniał cały świat znaczeniem – maleńki, a tak wielki dla niej. Pomyśleć, że przez jakiś czas w jej głowie potrafiła pojawić się myśl, że żałuje, i wtedy starała się szybko ją odgonić, bo przecież każde życie to dar. Ale gdy mała przyszła na świat, stała się wszystkim. Nigdy nie podejrzewała, że może pokochać kogoś tak mocno.
Niemowlę w powijakach sennie zamykało oczka i łapczywie chwytało pierś, by zyskać jeszcze parę kropel mleka, które wypełniało jego brzuszek i zwiastowało piękne sny. Wiedziała, że te wieczory z małą, na ławce pod chatą, chylą się już ku końcowi, bo zbliża się jesień. Póki jednak mogła, korzystała z ostatnich letnich promieni. Zachwycała się zachodzącym słońcem za polami, obserwowała czerwień gałęzi jabłoni uginających się od owoców i wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało jej życie za parę lat. Wdychała zapach ziół – mięty, którą miała zebrać, ale mała zaczęła płakać, a każda jej łza była jak cierń w sercu, jak gorycz wrotyczu, który miała zawiesić nad drzwiami i przy kołysce, ale jakoś ciągle nie mogła się do tego zebrać. Bo też nie widziała powodu, aby ktoś mógł chcieć skrzywdzić takie maleństwo. Ona sama zaś w życiu już wystarczająco wycierpiała i nie wierzyła, że jeszcze coś złego może być jej pisane. Teraz miała ją i… jego.
Złote włosy mieniły mu się w słońcu niczym łany pszenicy, które lśniły za nim. Zbliżały się żniwa, a ona czuła żal, że już niedługo nie będzie mogła się napawać widokiem złotych kłosów na tle zachodzącego słońca. Na razie z lubością wpatrywała się zmrużonymi oczami w zbliżającą się postać na tle pola.
– Wszystko dobrze? – zapytał niepewnie z lekkim uśmiechem błąkającym się w kąciku ust. Może to jej rozmarzony wyraz twarzy tak go zaskoczył, ale nie mogła nic poradzić na ogarniającą ją błogość z powodu otaczającej aury.
– Jak nigdy. – Uśmiechnęła się do niego, na co wyraźnie się odprężył i odwzajemnił uśmiech. – Gotowi do żniw?
– Tak, jutro zaczynamy. – Położył dłoń na jej policzku, czym sprawił, że ciepło przepłynęło z miejsca, które dotknął, aż do jej serca. – A jak nasza córeczka? – Spojrzał na dziecko z miłością w oczach, którą mógłby obdarować parę osób. Kruszynka spała wtulona w pierś i nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielkie ma dla nich znaczenie.
– Radosna, jak zawsze. – Uniosła się powoli, objęła w pasie ukochanego, przytuliła się i wsłuchała w rytmiczne uderzenia serca. Nie słyszała dzieci bawiących się we wsi ani poszczekujących psów w oddali, tylko to jedno serce, które biło dla niej.
– Oby tak pozostało, oby jej życie proste było i lekkie. By żadnych zmartwień nie miała.
– Tego ci, nasza Anielko, życzymy. – Pocałowała maleństwo w czoło i zamknęła oczy, aby życzenie wypowiedziane przez nich miało szansę się spełnić.31 SIERPNIA 2025
RZESZÓW
Ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej nie lubiłam jeździć busami. Zwłaszcza tymi kursującymi między małymi miastami. Dzisiaj trafiłam na fotel, który – nawet gdy delikatnie się oparłam plecami – od razu rozkładał się do pozycji leżącej i atakował pasażera z tyłu. Całą drogę siedziałam więc napięta jak struna i przeklinałam w myślach swój los. Chociaż wiem, że mogło być gorzej. Zresztą bywało nieraz. Podróż w towarzystwie osoby pachnącej przetrawionym trunkiem lub takiej, która za cel postawiła sobie nieustannie zabawiać mnie rozmową, potrafiła być jeszcze bardziej uciążliwa. Szczególnie gdy podróż trwała ponad godzinę. W sumie to może nawet powinnam być wdzięczna, że przez tyle czasu musiałam utrzymać wyprostowane plecy. Zdrowe nawyki, nienaganna postawa i takie tam.
Poza tym mogłam skupić się na czymś innym. Nie na rozmyślaniu o tym, że wracam do miejsca, które przez całe moje dzieciństwo było koszmarem. Miejsca, którego wspomnienia bolały do żywego. Na dodatek jechałam na najbardziej smętną okazję, jaka mogła się przytrafić – na pogrzeb. Chociaż… patrząc na to ogólnie, powinnam się cieszyć. Uznać to za nowy start, bo w końcu zmarła osoba, która większość mojego życia zamieniła w piekło. Przez niego uciekłam z domu, gdy tylko osiągnęłam pełnoletność, i starałam się zacząć żyć normalnie na tyle, na ile pozwoliła mi moja pokrzywiona psychika. Dlaczego więc nie czułam ulgi? Dlaczego nadal trzymałam dłonie mocno zaciśnięte, by nie drżały, a noga niemal całą drogę nerwowo mi podskakiwała? Wiedziałam, że choć jego już nie ma, mój strach i ból nadal są we mnie.
– Przystanek Tarnobrzeg – usłyszałam w głośnikach.
Bus już zwalniał. Pogrążona w myślach nie zwróciłam uwagi na zbliżające się znajome krajobrazy. Po prawej stronie Jezioro Tarnobrzeskie, w którym odbija się słońce. W tle za nim nieczynne kominy dawnej kopalni siarki. Po lewej wał przeciwpowodziowy, a za nim łąki i Wisła. Te miejsca były moim azylem. Kiedyś często tu przychodziłam, zawsze wtedy, gdy musiałam odetchnąć, bo świat stawał się zbyt głośny, a myśli zbyt ciężkie.
Wzięłam walizkę i gdy tylko bus się zatrzymał, wyszłam i zaczerpnęłam wielki haust powietrza. Plecy miałam spięte po podróży, ale wiedziałam, że kryło się za tym również to napięcie wewnętrzne, nad którym nie mogłam zapanować.
– Weronika!
Prawie podskoczyłam zaskoczona wołaniem.
Tuż przede mną pojawiła się mama. Uśmiechnięta, chociaż zmęczona. Widziałam też w jej oczach smutek, którego nie rozumiałam. Nie potrafiłam pojąć. Napuchnięte oczy i wysuszone usta zdradzały, że płakała. Do tego siwe włosy zaczęły wypierać czarną farbę i stworzyły odrost, który dodawał jej lat. Chociaż może nie tylko o włosy chodziło, lecz o to, co ta kobieta przeżyła.
– Cześć, mamuś. – Gdy się objęłyśmy, poczułam to, co czuje się tylko w ramionach matki. Spokój, ciepło, które emanują jedynie z matczynej skóry. Kojący dotyk. Nie da się go podrobić. Dzisiaj jednak w ruchach mamy czułam napięcie. Gdy się od niej odsunęłam, zobaczyłam w jej oczach łzy, a zaraz po nich na jej twarzy wykwitł grymas, który przyniósł jeszcze więcej łez. Dlaczego płakała? – Przestań, mamo, proszę…
– Zobacz, co się musiało stać, żebyś w końcu przyjechała do domu… – wyszeptała, patrząc mi w oczy.
Przez dłuższą chwilę mieliłam w ustach odpowiedź. Tak kusiło, aby powiedzieć prawdę, że wróciłam, bo w końcu umarł ten, przez którego uciekłam. Widziałam jednak stan mamy. Nie chciałam jej dokładać.
– Ale już jestem, chodźmy do domu – powiedziałam tylko i z jedną ręką na jej ramieniu ruszyłam w stronę naszego osiedla.
Pewnie każdy podziwiałby dawno niewidziane rodzinne miasto i wypatrywał zmiany w jego wyglądzie. Ale nie ja. Miałam z nim wyłącznie złe wspomnienia, które starałam się wyrzucić z głowy, żeby wesprzeć mamę, a nie być dla niej ciężarem.
– Może… pójdziemy wybrać razem wiązankę? – Zatrzymała się przed kwiaciarnią i spojrzała na mnie prosząco tymi smutnymi oczami. Nie chciałam zabić jej nadziei.
– Jeśli masz taką potrzebę, dobrze. – Siliłam się, żeby moja odpowiedź nie brzmiała zbyt sucho. Chciałam być wsparciem. Naprawdę chciałam. Tyle że sama takiego wsparcia nie miałam i powoli traciłam już siły.
Gdy weszłyśmy do kwiaciarni, do mojego nosa dotarł silny słodki zapach, aż musiałam powstrzymać chęć kichnięcia. Uśmiechnięta pani zza lady odłożyła stroik, który akurat tworzyła. Zauważyłam, że wcześniej pogładziła rośliny.
– Dzień dobry, czym mogę służyć? – Jej uśmiech, pogodny wyraz twarzy jakoś nie pasowały mi do tego miejsca. Owszem, kwiaty mogły być symbolem czegoś nowego: miłości, przyjaźni lub wyrazem zwykłego szacunku. Z drugiej strony mocno wiązały się również z pożegnaniem. Czasami ze złamanym sercem, odejściem na emeryturę, ale i śmiercią.
– Potrzebujemy wiązanki na pogrzeb. Na pojutrze.
– Oczywiście, zapraszam za mną, pokażę różne gotowe kompozycje.
Ruszyłyśmy za nią. Z ulgą wyszłam na zewnątrz. Na dworze jakoś lepiej mi się oddychało. Wskazała nam leżące na ziemi wiązanki. Wpatrywałam się w nie zupełnie bez emocji.
– Która ci się podoba, Weroniko? Może ta? – Ciszę nagle przerwał głos mamy.
Byłam rozkojarzona, przebodźcowana i zmęczona. Miałam wszystkiego dość po podróży, po zderzeniu z tym światem, a mama wymagała ode mnie jakichś decyzji.
– Tak, ta będzie dobra – odpowiedziałam beznamiętnie. Już nie chciało mi się nawet udawać.
Mama wpatrywała się we mnie, pewnie podejrzewając, że jestem smutna, przygnębiona okolicznościami. Jakże w wielkim błędzie była! To znaczy czułam smutek, lecz z innego powodu, niż zakładała.
– W takim razie zapraszam do środka. Tam wybierzemy szarfę i napis – powiedziała kobieta. Nadal uśmiechała się od ucha do ucha. Teraz czułam, że to jest co najmniej niestosowne. Nie wybierałyśmy bukietu na ślub, więc skąd ten uśmiech? A może tylko mnie to przeszkadzało, a ona chciała nas jedynie pocieszyć?
– Ta niebieska jest piękna. – Mama zdecydowała się na jedną z wielu pokazanych wstążek. Tylko skinęłam głową.
– Dobrze, w takim razie jaki napis?
Mama spojrzała na mnie, ale nie doczekała się odpowiedzi, więc skierowała wzrok na kobietę przed nami.
– Najukochańszemu mężowi i tacie. Jola i Weronika.
Kwiaciarka przytaknęła, a ja miałam wrażenie, że świat się zatrzymał. Tacie. Najukochańszemu. Zabrakło mi powietrza, czułam walące serce. Wiedziałam, że albo wyjdę z tej przesyconej zapachami kwiaciarni, albo tam padnę na ziemię i dam mamie kolejny powód do zmartwień.
– Mamo, muszę pilnie zadzwonić, będę na dworze, dobrze? – rzuciłam szybko i nawet nie czekałam na odpowiedź. Po prostu wyszłam.
Już za drzwiami zaczerpnęłam haust powietrza, który był jednym z tych ratujących życie. Moje serce zaczęło się uspokajać. Usiadłam na pobliskiej ławeczce, choć spróchniała i brudna od ptasich odchodów niezbyt nadawała się na spoczynek. Trudno, w tamtym momencie nie miało to dla mnie znaczenia. Zwłaszcza że gdy usiadłam i ukryłam twarz w dłoniach, poczułam na policzkach coś, czego już dawno nie czułam. Coś, na co sobie nie pozwalałam. Łzy.1–2 WRZEŚNIA 1939
TARNOBRZEG
Powietrze było ciężkie, jakby niebo od rana szykowało się do płaczu. Pachniało świeżym chlebem z piekarni przy rynku, dzieci biegały jeszcze po pozostałościach kałuż z wczorajszego deszczu. Słychać było gwar ludzi, którzy załatwiali swoje sprawy, robili zakupy, plotkowali, a niektórzy śmiali się beztrosko, jakby nie wyczuwali tego, co unosi się w powietrzu. Przystanęłam przy słupie ogłoszeniowym, gdzie został przyklejony nowy plakat. Nie zdążył dobrze wyschnąć – litery rozmazywała wilgoć, ale zdołałam przeczytać pierwsze słowo: „WOJNA”.
Zakręciło mi się w głowie; serce przyspieszyło, jakby samo chciało uciec. Rzuciłam się biegiem do domu, czując, że coś już się wydarzyło – coś nieodwracalnego. Mokra ziemia pryskała spod moich butów, a łzy mieszały się z pierwszymi kroplami deszczu. Gdy dotarłam do domu teściów, deszcz zdążył rozpadać się na tyle, że byłam przemoczona do suchej nitki. Groźba wojny wydawała mi się nierealna. Przecież dopiero zaczęło być dobrze. Wzięliśmy z Arturem ślub, nie mogliśmy się sobą nasycić – swoją obecnością, swoim dotykiem. Byliśmy tak szczęśliwi. W końcu. Weszłam do domu i powiesiłam płaszcz. Poruszałam się niespiesznie, jakbym miała nadzieję, że w ten sposób spowolnię to, co nadchodzi. Bo zatrzymać tego nie mogłam, choćbym chciała. Otworzyłam drzwi do naszego pokoju. Na środku stał on. W ciszy wpatrywał się w coś za oknem. W oczach miał coś, czego wcześniej nie znałam. Bardzo mnie to przestraszyło. A jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam, co trzyma w rękach. Wezwanie do mobilizacji. Spojrzał na mnie i już wszystko wiedziałam. Nie musiałam pytać. Objęliśmy się mocno, z całej siły, jakby świat i to, co się w nim działo, na moment przestało istnieć. Płakaliśmy oboje, choć on próbował udawać, że się trzyma. Wcisnął mi w dłoń kartkę. Była złożona na cztery, mała i miękka od wielokrotnego trzymania w rękach.
– Na wszelki wypadek – szepnął.
Nawet na nią nie spojrzałam. Wsadziłam ją do fartuszka, jednej z ważniejszych dla mnie rzeczy. Uszyła go mi matka wiele lat temu. Z domu rodzinnego zabrałam niewiele, w tym właśnie ten fartuszek.
– Przeczytam, gdy wrócisz, Arturze. Razem przeczytamy. Ja też będę pisać. – Pogładziłam go po policzku. Czule, ale mocno dociskałam palce do jego skóry, jakbym chciała nauczyć się tego, co zaraz mi odbiorą. Wodziłam nimi po twarzy, którą gładziłam każdego dnia. Dotykałam oczu, które obserwowały mnie, gdy zasypiałam, i ust, które dawały mi nie tylko rozkosz, ale i radość.
Artur przytaknął, chociaż obydwoje przeczuwaliśmy, że ta chwila wspólnego czytania może nie nadejść. Ja – chociaż wolałabym wydrzeć sobie serce – przeczuwałam, że ono boli mnie nie bez powodu. Boli, bo traci miłość swojego życia.
– Mama i tata ci pomogą, ale gdy zrobi się bardzo źle, proszę, wróć do Machowa. Tam będziesz bezpieczna.
– Wiesz, że nie wrócę tam…
– Tu chodzi o twoje życie, Anielo. Nie o dumę. Wiem, że nie czułaś się tam szczęśliwa, ale lepiej, żebyś była w Machowie, zwłaszcza gdyby Niemcy weszli do miasta… Jesteś dla mnie wszystkim. Jedyne, co da mi spokój, to myśl, że w razie problemów po prostu poprosisz o pomoc… – W jego głosie brzmiała rozpacz, której tak bardzo nie chciałam słyszeć. Przytaknęłam, ocierając kolejne łzy z policzka. – Tak bardzo cię kocham… – dodał.
– Może razem się tam przeprowadzimy? Będzie mi z tobą raźniej przy nim… – Z trudem wypowiadałam imię tego człowieka, więc zazwyczaj tego nie robiłam. Zresztą nie chciałam o tym teraz rozmyślać. – Ty niedługo wrócisz. Niemcy są daleko, walki pewnie nawet tutaj nie dotrą… – Słyszałam, co ludzie mówią, sama nie wierzyłam, żeby mogło być inaczej.
– Obiecaj, kochana, że zrobisz wszystko, by przeżyć. Wszystko. – Ścisnął moje ramiona, jakby zamierzał przywołać mnie do porządku.
– Oczywiście, Arturze – zapewniłam, chociaż nie miałam ochoty go słuchać.
– Pójdziesz ze mną do przychodni do ojca? Niedługo muszę iść na zbiórkę, a jeszcze się z nim nie pożegnałem.
Ze ściśniętym gardłem pokiwałam głową i wyszłam z Arturem. Nawet nie pomyślałam wcześniej o tym, że moja teściowa już o wszystkim wie i przeżywa to równie mocno jak ja. Ale nie widziałam jej nigdzie w domu i nie mogłam pocieszyć.
Na rogu ulicy wisiał plakat – wizerunek prezydenta Mościckiego. Deszcz rozmazywał tusz, spływał po twarzy jak łzy. Napisy wzywały do obrony ojczyzny. Pod plakatem była już spora kałuża – brudna, szara. Artur zatrzymał mnie w poczekalni; poprosił, żebym usiadła. Wiedział, że ich pożegnanie będzie dla mnie trudne, więc wolał mi go oszczędzić. Miał rację, patrzenie na dwóch silnych mężczyzn, którzy wpadają sobie w ramiona, zalewając się łzami, dziś przepełniłoby czarę goryczy. A gdy ojciec wyszedł odprowadzić nas wzrokiem, nie odwróciłam się do niego ani razu, aby nie widzieć spojrzenia pełnego bólu i rozpaczy.
Wróciliśmy do domu. Nadal nigdzie nie widziałam matki Artura. Stała za to spakowana walizka. Artur bez sprawdzania zawartości wziął ją i odwrócił się do mnie ze smutkiem na twarzy.
– Już musisz iść? Nie możesz jutro? – błagałam. Zrobiłabym wszystko, aby zatrzymać go choć na chwilę dłużej.
– Muszę – odpowiedział wprost, czym złamał mi serce. – Anielo… nie wiem, kiedy wrócę. Nie wiem, czy w ogóle wrócę.
Chciałam mu przerwać, ale pokręcił głową, gdy otwierałam usta.
– Ale ty masz żyć. Dla nas, rozumiesz? Dla siebie. Dla tej dziewczyny, którą spotkałem trzy lata temu. Tej, która odmieniła całe moje życie i nadała mu sens. – Zamilkł na chwilę, przełknął głośno ślinę. Deszcz bębnił o okna, jakby cały świat teraz płakał. – Jeśli przyjdzie moment walki, to walcz. Jeśli przyjdzie ci rozpaczać, to płacz, ale nigdy się nie poddawaj. Nie pozwól, żeby twoje serce zgasło, błagam… Ty jesteś moim wszystkim, moim światłem i nawet jeśli mnie nie będzie… ono ma świecić dalej. Pamiętaj, proszę, że cię kocham i nie przestanę do ostatniego oddechu. A teraz muszę iść, bo ponad wszystko chcę, żebyś była bezpieczna. I zrobię wszystko, by tak było.
Nie było słów, które równałyby się z tym, co powiedział mi Artur, a nawet jeśli takie istniały, to ja nie zdołałabym ich wypowiedzieć. Zresztą nie musiałam. On wiedział. Później po raz ostatni mnie uścisnął, po raz ostatni pocałował i po raz ostatni na mnie spojrzał. Po raz ostatni przed tym piekłem, które miało nas rozdzielić. Gdy wyszedł, czułam, że nie mam już dokąd iść. Nie mam po co iść. Nie mam już powodu, aby żyć.
------------------------------------------------------------------------
Obudziłam się w pustym łóżku, które intensywnie nim pachniało. To pogłębiało mój ból, ale nie mogłam oddychać, kiedy nie czułam jego zapachu. Deszcz już nie padał, a zza okien słońce powoli zalewało pokój. Otworzyłam okna, podmuch wiatru wywołał gęsią skórkę. Policzki miałam ściągnięte od wysuszonych śladów łez, a usta piekły mnie, kiedy przeciągałam po nich językiem. W oddali słychać było zwykłe odgłosy mieszkańców okolicy: tupot biegających dzieci, rozmowy sąsiadów, codzienna krzątanina. Widziałam matki spacerujące ze swoimi pociechami za rękę – śmiały się, jak gdyby nigdy nic. Każdy miał jakiś plan, jakiś cel. Tylko nie ja. Miasto jak co dzień budziło się do życia. Patrzyłam przez okno, czując, że cały ten ruch wokół jest niczym sen. Sen, który nie należy do mnie. Na który nie mam wpływu, nie mogę go zakończyć. Niespieszno mi było schodzić do teściowej i teścia. Nie chciałam oglądać ich tragedii i dodawać im własnej zgryzoty. Jeszcze nie. Wiedziałam, że muszę w końcu to zrobić i pomóc im, bo tego właśnie życzyłby sobie Artur, lecz jeszcze chwilę musiałam pobyć sama. Tak spędziłam kolejne godziny, wpatrując się a to w ścianę, a to w okno.
Aż nagle, tuż po dziesiątej, rozległ się na zewnątrz warkot. Dziwny, nie potrafiłam go rozpoznać, nigdy takiego nie słyszałam. Gdy wyjrzałam za okno, zobaczyłam nad Tarnobrzegiem samolot. Najpierw jeden, potem doleciały kolejne. Przez to nie zorientowałam się, że ktoś wbiega po schodach.
– Anielo, uciekaj od okna i na ziemię, to Niemcy!
Zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, pierwszy wybuch rozdarł powietrze niczym krzyk. Rzuciłam się na podłogę i przysłoniłam uszy, ale nadal wszystko słyszałam. Drugi wybuch. Trzeci. Ziemia drżała pod nogami, serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Zaczęłam nucić, a później śpiewać kołysankę, którą usypiała mnie mama. Jedyne, co mogło zabrać moje myśli z dala od tego piekła. „Łoj uśnijze mi, uśnij…”. Zamknęłam oczy i przeniosłam się na majowe pola mojej wsi. Pachniało tam jaśminem, bzem, kwitnącą jabłonią. Wszystko to na chwilę pozwoliło mi zapomnieć, że jestem w samym środku piekła.
Czwarty wybuch. Piąty. Szósty.
Potem cisza. Tak przejmująca, że straszyła bardziej niż te wybuchy. Zwiastowała coś o wiele gorszego. Nasz dom stał nawet niedraśnięty bombą, lecz coś we mnie zburzyło się na zawsze. Na zawsze.
------------------------------------------------------------------------
_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_