Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wskrzesiciel - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
4941 pkt
punktów Virtualo

Wskrzesiciel - ebook

Śmierć to dopiero początek…

Edynburg, Szkocja, 1828 rok. Naiwny, lecz zdeterminowany James Willoughby porzucił luksusowe, bezpieczne życie w Oksfordzie, by spełnić marzenie o studiowaniu chirurgii w Edynburgu. Ten miejski uniwersytet, będący istnym symbolem odkryć medycznych w epoce Nowego Oświecenia, oferuje Jamesowi wszystko, czego pragnie – z wyjątkiem możliwości pracy na ludzkich zwłokach.

Aby to zrobić, musi zapisać się do jednej z prywatnych szkół na Surgeon’s Square, za cenę, na którą go nie stać. W desperacji zawiera układ z Aneurinem „Nye” MacKinnonem, przystojnym młodzieńcem z artystycznym zmysłem do anatomii i bezgraniczną pasją do wiedzy. Nye obiecuje pomóc mu zdobyć upragnione doświadczenie chirurgiczne – ale James szybko zdaje sobie sprawę, że zawarł pakt z diabłem… Nye jest złodziejem zwłok. A James nieświadomie stał się jego wspólnikiem. Uzależniony od Nye'a i jego szlachetnej misji, James szybko wkracza w szeregi podziemnych Zmartwychwstańców – złodziei zwłok, znanych z kradzieży świeżych zwłok z cmentarzy, wykorzystywanych jako preparaty anatomiczne.

Zanim się obejrzy, James zostaje wciągnięty w intrygę na śmierć i życie, w której rywalizujące gangi złodziei toczą ze sobą makabryczny wyścig o władzę i prestiż…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384303085
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Jeśli wierzyć opowieściom mojej matki, mój ojciec zmarł przedwcześnie ze wstydu, którym się okrył ze względu na moją decyzję o porzuceniu studiów w Oksfordzie. Według jej narracji to właśnie mój lekkomyślny akt buntu, a nie jego picie, zamiłowanie do hazardu i długi, ostatecznie wpędził go do grobu.

Być może więc lepiej, że nie dożył chwili, gdy pół roku później o mały włos uniknąłem aresztowania za przemycanie nagiego trupa w taczce na Chambers Street tuż przed północą. Jednakże wolałbym nie wybiegać zbyt daleko naprzód. Chciałem powiedzieć, że wstyd, który rzekomo przyniosłem ojcu, doprowadził go do śmierci z upokorzenia, czyniąc mnie wyłącznie winnym, jeśli chodzi o wydarzenia, które rozegrały się po jego odejściu.

Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że ojciec nigdy nie miał wobec mnie wysokich oczekiwań, więc fakt, że zdołałem go tak dogłębnie rozczarować, był w istocie niemałym osiągnięciem. Jako trzeciemu synowi skromnie uposażonej rodziny od wczesnych lat wbijano mi do głowy, że będę musiał zapewnić sobie środki do życia, i to nie byle jakie, lecz stosowne do pozycji, jaką powinien zajmować mężczyzna mojego stanu. Kiedy byłem mały, ojciec zakładał, że pójdę w ślady wuja i wybiorę karierę wojskową, ale szybko stało się jasne, że ani zdolności przywódcze, ani odwaga nie należą do moich najmocniejszych stron. Zajmowałem się wyłącznie zajęciami odpowiednimi dla osób o znacznie łagodniejszym charakterze. Wszyscy pamiętają, że stroniłem od ryzykownych wyczynów moich braci i dzikich harców po terenie rodzinnej posiadłości, by ukrywać się w bibliotece z książką, bardziej zadowolony z towarzystwa słów niż rodzeństwa. Co więcej, moja drobna postura sprawiała, że nieustannie doznawałem upokorzeń we współzawodnictwie sportowym, które uznałem za sprzeczne z moją naturą i którego unikałem, kiedy tylko się dało, ku rozczarowaniu ojca.

W związku z powyższym zdecydowano, że powinienem zostać duchownym. Karierę w Kościele uznawano za jedną z najlepszych szans na to, by nieposiadający majątku dżentelmen mógł się wybić w społeczeństwie. Poczyniono przygotowania do mojego wyjazdu do Oksfordu, gdzie miałem zdobyć dyplom, jednocześnie torując sobie drogę do jednej z niepoślednich parafii. Ojciec nakazał mi to swoim nieomylnym, monotonnym głosem znad mahoniowego blatu biurka trzy dni przed moim wyjazdem na uniwersytet latem 1828 roku. Przedstawił mi także szczegółowe zestawienie moich tygodniowych zasobów finansowych oraz listę nazwisk i tytułów rówieśników odpowiedniego stanu, z którymi, według ojcowskiego polecenia, powinienem się zadawać.

Niedługo później zrozumiałem, że nie jestem stworzony do życia w strukturach kościelnych. Choć nie nadawałem się na przywódcę, było oczywiste, że jestem jeszcze gorszym podwładnym i wyznawcą. Zarówno monotonię codzienności duchowieństwa, jak i tradycję Kościoła uważałem za wyjątkowo odpychające. Klasyka mnie nudziła, retoryka wprawiała w zakłopotanie, a nieliczne wykłady z teologii, na które uczęszczałem, nie wzbudzały we mnie zachwytu. Uświadomiłem sobie, że tak samo, jak nie potrafiłem chwycić za broń i dowodzić batalionem, nie mogłem też zajmować się legendami i mitami. Manewry wojskowe i dylematy kościelne bladły w porównaniu z pasją, którą czułem, czytając o biologii. Zaczęło do mnie nieodparcie docierać, że w głębi duszy jestem człowiekiem Nauki.

I to nie byle jakiej nauki, lecz nauki o samym człowieku, jego ciele, ścięgnach i kościach, humorach i krwi. Esencja życia, czyli organy, dzięki którym istniejemy, zdawała mi się prawdziwym cudem! Odkrywać tajemnice istoty ludzkiej znaczyło bezpośrednio przyglądać się arcydziełu Boga, i właśnie to po raz pierwszy rozpaliło we mnie wewnętrzny ogień. Kiedy przerzucałem pełne fascynujących treści strony kolejnych tomów znakomitej uniwersyteckiej kolekcji podręczników anatomii, nie miałem wątpliwości, że moim powołaniem jest zostać lekarzem.

Dla każdego nowoczesnego człowieka oznaczało to nieuchronny wyjazd do Edynburga, wiodącego ośrodka odkryć medycznych, miasta Hume’a i Nowego Oświecenia, miejsca, któremu w dążeniu do naukowego postępu nie dorównywały żadne uczelnie kontynentalne. Jeśli ktoś chciał być prawdziwie współczesnym lekarzem epoki, nie było dyplomu lepszego niż ten z tamtejszego uniwersytetu.

Gdy więc nadciągnął przenikliwy chłód jesieni, ponownie spakowałem kufry, uregulowałem długi i wróciłem do rodzinnego domu, kipiąc zapałem i pękając z dumy, by z całą bezmyślną gwałtownością szalonego młodzieńca oznajmić, że obrałem inną życiową drogę. Ku mojemu rozgoryczeniu zamiary te spotkały się z nieprzejednanym sprzeciwem wszystkich zainteresowanych. Byłem nieustępliwy. Od popołudniowej herbaty aż po kolację moja determinacja była poddawana najsurowszym próbom, ale nie pozwoliłem, by poniosły mnie emocje, z zachowaniem uprzejmości nakazując, by bezwzględne przesłuchanie ustało. Reszta wieczoru upłynęła w przewidywalnie ponurej, przytłaczającej ciszy, podczas gdy ja trwałem niewzruszenie przy swoim.

Tamtej nocy mój ojciec zmarł we śnie. Można więc powiedzieć, że lekko niesprawiedliwe obarczenie mnie winą przez matkę nie było całkiem pozbawione podstaw, choć osobiście uważam, że nie było to najgorsze wyjście z sytuacji. Odczuwam ulgę, myśląc, że ojciec nigdy nie dowiedział się o moich występkach, z których wspomniany już trup w taczce był ledwie najmniejszym. Nie wiedziałem jeszcze, że ten fizyczny kontakt ze śmiercią będzie pierwszym z wielu. Nie zdawałem sobie sprawy, że w tamtej chwili jej bliskość całkowicie mną zawładnęła i popchnęła mnie ku działaniu w sposób, w jaki potrafi to uczynić tylko pierwsze zderzenie ze śmiertelnością.

A jednak muszę podkreślić, że ostatecznie nie jest to opowieść o Śmierci, lecz raczej o Życiu, a nawet o Miłości. To historia tego, jak wyrwałem się ze szponów rozsypującego się dziedzictwa dawnych epok i wkroczyłem w nowoczesną epokę Rozumu i Nauki. To opowieść o tym, jak uciekłem z więzienia archaicznych przesądów ku wolności oświecenia, jak z nawet najbardziej krwawej gleby może wyrosnąć róża, jak z cienia może wyłonić się światło i jak z rozpaczy może narodzić się miłość.

To, drogi czytelniku, jest historia mojego Zmartwychwstania.I. ZAPROSZENIE

Moje przybycie do Edynburga zostało, całkiem stosownie, obwieszczone prawdziwą ulewą. Było mi z tego powodu wstyd, ale przenikliwy chłód bardzo mnie zaskoczył. Tak daleko na północ zapuszczałem się wcześniej tylko dwa razy i oba przypadły na skąpane w słońcu lato. Niestety doświadczenia te wypełniły mój umysł romantycznymi wyobrażeniami o Szkocji, opartymi na mglistych wspomnieniach beztroskich dni spędzonych na nasłonecznionych wrzosowiskach, z umiarkowanymi wiatrami surowych Highlands targającymi włosy, z wrzosem i ostem pod stopami.

Prawdziwy Edynburg nie tylko nie przystawał do miłych wspomnień dzikiej przyrody, lecz także obnażył, że tak naprawdę nie doświadczyłem wcześniej życia miejskiego. W porównaniu z marzycielskimi więziami Oksfordu zbitki osmalonych sadzą cegieł, tworzące poszarpane czarne kąty na tle nieba, jawiły się mojemu wybrednemu oku jako prymitywne, nie mówiąc już o węglowej mazi wyściełającej brukowane ulice. Przybyłem do miasta w pierwszym tygodniu listopada, na samym początku semestru zimowego, i szybko zrozumiałem, że chytre uśmieszki, którymi moi znajomi wymieniali się na wieść o moim zamiarze wyruszenia na Północ o tej porze roku, nie były całkiem bezpodstawne. Jeszcze zanim wyszedłem z powozu, dobrze wiedziałem, że tweedowy płaszcz nie zapewni mi dostatecznej ochrony.

Postanowiłem wynająć pokój z ogłoszenia wywieszonego w holu Królewskiego Towarzystwa Medycznego, które było moim pierwszym przystankiem po przyjeździe. Z pewnością przejęłoby to moją matkę zgrozą, bo w przeciwieństwie do Oksfordu tutejszy uniwersytet nie zapewniał ani tragarzy, ani sprzątaczek, więc sam miałem dbać o swoje lokum. Szczęście jednak zdawało się mi sprzyjać, gdyż na liście widniało wiele wolnych miejsc do wynajęcia, których właściciele zachwalali położenie w okolicy sal wykładowych oraz stałą cenę śniadań i herbaty. Kazałem woźnicy udać się do pierwszego zajazdu z wykazu.

W innych okolicznościach musiałbym określić gospodę Hope & Anchor mianem najzwyczajniej obrzydliwej. Okna były oblepione kilkoma warstwami brudu, klamka niepokojąco śliska w dotyku, wnętrze zaś ciemne i zadymione. Po niekończącej się podróży z Bath, połączonej z dezorientacją obcego w nieznanym mieście i przygnębiająco nieprzyjazną pogodą, wydała się jednak moim zmęczonym oczom najprzytulniejszym i najbardziej uroczym zajazdem, jaki można sobie wyobrazić. Barman był ujmująco szorstki, dokładnie taki, jakim wyobrażałem sobie każdego rodowitego Szkota, a perspektywa życia pośród miejscowej ludności napawała mnie radością. Poprosiłem więc o pokój i niezwłocznie wróciłem do powozu, by czekać na tragarza.

Szybko okazało się jednak, że Hope & Anchor nie świadczy takich usług. Co więcej, woźnica odmówił jakiejkolwiek pomocy poza bezceremonialnym zrzuceniem mojego kufra i torby na przemoczoną deszczem ulicę i oddaleniem się w zapadającą noc. Pożegnał się ze mną zaledwie muśnięciem kapelusza. I tak oto, siłą własnych rąk i z determinacją człowieka przepełnionego nowo zdobytą niezależnością, dokonałem swojego pierwszego oficjalnego wejścia do gospody jako jej mieszkaniec.

Nie było to, prawdę mówiąc, wejście pełne gracji. Nie zdołałem w całości unieść kufra z powodu jego nieporęcznego kształtu, więc ciągnąłem go za sobą, podczas gdy mosiężne ćwieki mocujące spód skrzyni piszczały w proteście na drewnianej podłodze. Uchwyt mojej torby był śliski od deszczu i nie mniej niż trzy razy wypuściłem ją z rąk, torując sobie drogę między gęsto ustawionymi stołami, przy których lustrujący mnie goście pochylali się nad kuflami ciemnego piwa. Miałem wrażenie, że podąża za mną niepokojąca cisza. Postanowiłem ją zignorować i ruszyłem ku wewnętrznym schodom, po czym zacząłem się na nie wspinać.

Cóż, bardziej próbowałem to robić. Jak się okazało, pokonywanie stromych stopni z bagażem w rękach było znacznie trudniejsze, niż myślałem kiedyś, gdy obserwowałem tragarzy przy pracy. Z wielkim wysiłkiem pokonałem połowę drogi, po czym kufer wymknął mi się z rąk. Odwróciłem się z przerażeniem, by patrzeć, jak z łoskotem spada w dół, wydając przy tym ogłuszający, kakofoniczny huk. Mój strach dodatkowo spotęgował fakt, że bagaż wpadł prosto w wyciągnięte ramiona młodego, kędzierzawego nieznajomego, który miał pecha skręcić w klatkę schodową w najmniej dogodnym z możliwych momentów.

Z okrzykiem zaskoczenia zdołał w ostatniej chwili zaprzeć się nogami i zatrzymać kufer zawieszony pod niebezpiecznym kątem i grożący dalszym zsuwaniem się. Patrzyłem, jak napiera na niego nieporęczny ciężar. Muszę jednak zauważyć, że w mgnieniu oka odzyskał panowanie nad sobą. Wyglądał na rozbawionego, gdy rzucił spojrzenie w górę schodów w moją stronę.

– Chyba coś panu upadło? – Na jego wargach błąkał się cień uśmiechu, lecz jego nonszalancki stosunek do faktu, że prawie zszedł z tego świata pod ciężarem staczającego się bagażu, tylko nieznacznie pomógł stłumić rozpalający moje policzki rumieniec upokorzenia.

– Przepraszam, bardzo przepraszam, po stokroć przepraszam. – W pośpiechu znów wypuściłem torbę z rąk, schodząc po schodach, by wyratować młodego mężczyznę z kłopotliwej sytuacji. Poczułem ulgę, ale też trochę się obraziłem, gdy się roześmiał.

– Spokojnie, dam radę. Proszę zostawić torbę na szczycie schodów, a potem wrócić tutaj. Razem wniesiemy tę bestię.

– Och, eee, tak, oczywiście, ma pan rację.

Pospiesznie zastosowałem się do jego polecenia i wkrótce pracowaliśmy w duecie, prowadząc krnąbrną bestię po schodach, co okazało się znacznie łatwiejsze niż manewrowanie nią w pojedynkę. Nieznajomy bez wahania wydawał mi instrukcje, gdy niezgrabnie cofałem się po stopniach, a ja w zamian skrzętnie ukrywałem zakłopotanie wywołane jego ciągłym chichotaniem nad moją niezdarnością.

Na mocy niewypowiedzianej dżentelmeńskiej umowy zdobyliśmy szczyt schodów, po czym wydaliśmy okrzyk triumfu i wykonaliśmy ostatni wysiłek, popychając bestię w kierunku sypialni. Na koniec, wycieńczeni, niezręcznie opadliśmy po obu jej stronach.

Nieznajomy wciąż się uśmiechał, a wysiłek najwyraźniej nie stłumił jego rozbawienia. Jego reakcja okazała się zaraźliwa, więc uśmiechnąłem się w odpowiedzi.

On pierwszy odzyskał oddech.

– A więc wnioskuję, że jest pan nowy w mieście i nie targa pan tego tylko dla rozrywki miejscowych gapiów? – Poklepał kufer z dobroduszną miną.

Odetchnąłem głęboko i wytarłem pot z czoła grzbietem dłoni, tylko po to, by odkryć, że zmieszał się z deszczówką, co nadało mu mało estetyczny, słony połysk.

– Właśnie przyjechałem z Bath. Zaczynam w tym tygodniu szkołę medyczną.

Mój rozmówca uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Pan też? Wspaniale. Jest tu cała grupa chłopaków z nowego rocznika, właśnie pijemy piwo na dole. Powinien pan do nas dołączyć.

Przenosząc pot z ręki na skośny splot moich spodni, pokręciłem smętnie głową.

– Proszę na mnie spojrzeć. Nie mogę się tak pokazać w towarzystwie. Nie jestem odpowiednio ubrany na kolację, nie mówiąc już o…

Ku mojemu zaskoczeniu nieznajomy wybuchnął śmiechem.

– Słuchaj, kolego. Nie wiem, jak to wyglądało w pubach w Bath, ale tutaj zwykle podchodzimy do spraw nieco swobodniej.

Przyjrzałem mu się uważnie, próbując wydedukować jego pochodzenie z kilku szczegółów rozświetlonych skąpym światłem lampy w korytarzu. Mówił z cywilizowanym akcentem, londyńskim albo przynajmniej z tamtych okolic, buty miał porządnie podzelowane, a koszulę starannie skrojoną. Był jednak bez marynarki i kamizelki, krawat miał luźno zawiązany pod szyją, a rękawy podwinięte powyżej nadgarstków. Po miesiącach noszenia obowiązkowych czapek i tog w Oksfordzie jego sposób pojmowania ogłady wydawał mi się niepoważny, a część mnie chciała wątpić w jego pozornie szczere intencje.

A jednak w jego oczach nie było złośliwości, w tonie osądu ani w mowie wahania. Doszedłem do wniosku, że nie miał powodu, aby narażać mnie na większą jeszcze kompromitację niż ta, której doświadczyłem na skutek własnej fizycznej nieporadności i nieudolności przy czymś tak prostym jak dźwiganie własnej torby. W końcu byłem w tym mieście obcy, a moje pochodzenie i tradycje rodzinne nie miały tu żadnego znaczenia. Byłem wreszcie wolny od sztywnych obyczajów, których musiałem się trzymać w domu. Nagle zrozumiałem, że powinienem pozwolić sobie na zasłużony kufel piwa z nowymi towarzyszami.

Skinąwszy krótko głową na znak zgody, wyciągnąłem rękę.

– W takim razie z przyjemnością do was dołączę. James. – Uznałem, że sytuacja nie wymaga używania tytułu.

Uścisnął moją dłoń i, ku mojemu zdumieniu, zerwał się na nogi, pociągając mnie za sobą.

– Charlie. A teraz zanieśmy bestię do twojego pokoju i wracajmy na dół, zanim ominie nas cała zabawa.

Szybko uporaliśmy się z wniesieniem kufra do zaciemnionej izby, której numer odpowiadał temu na moim świeżo zdobytym kluczu. Przyznaję, że nie zadałem sobie trudu, by przyjrzeć się nowemu lokum, bo Charlie najwyraźniej palił się do powrotu do pubowych rozrywek, a ja nie chciałem go dłużej zatrzymywać. Zaledwie chwilę później prowadził mnie z powrotem w zadymiony gwar, z rumieńcem podniecenia na policzkach, który zresztą odbijał się także na moich.

To właśnie tutaj miało się rozpocząć moje nowe życie niezależnego mężczyzny, pełne osobistych odkryć, hałaśliwych barów i świeżo zawartych przyjaźni, poluzowanych krawatów i podwiniętych rękawów, ciemnego piwa i zabrudzonych szklanek oraz lepkich podłóg, wzniosłych idei, przyziemnych plotek i wszystkiego, co się z tym wiąże. Choć to myśl o wspaniałościach związanych z tym, czego można doświadczyć na sali operacyjnej, przywołała mnie na Północ, w tamtej chwili zrozumiałem, że był to tylko podstawowy aspekt tego, co miało mi pokazać życie, które po raz pierwszy było całkowicie moje. Zamierzałem zrobić wszystko, by przeżyć je w pełni.

Zbliżyliśmy się do loży, w której tłoczyło się trzech dżentelmenów w moim wieku. Pochylali się nad jakimś nie do końca rozpoznawalnym przedmiotem leżącym na powierzchni ciemnego dębowego stołu. Najwyższy z nich, z burzą rudych włosów i ubrany w jaskrawozielony płaszcz, szturchał ową rzecz widelcem, podczas gdy pozostali dwaj niemal piszczeli z zachwytu.

– Ej, chłopaki!

Trzy głowy jednocześnie zwróciły się w naszą stronę. Spojrzeli na nas z poczuciem winy, lecz gdy zauważyli, że nadchodzi Charlie, natychmiast wrócili do konspiracyjnej radości.

– Charlie, gdzieś ty był? – zawołał gorączkowo rudowłosy. – Hamish przyniósł ucho!

– Cicho. Chryste, znowu nas przez ciebie wyrzucą – warknął chłopak z ptasim nosem po jego lewej stronie, który przy bliższym spojrzeniu wyglądał na znacznie młodszego od pozostałych, choć ponury wyraz twarzy dodawał mu przedwczesnej dojrzałości.

Rudowłosy dżentelmen, a może raczej chłopak, biorąc pod uwagę jego wyraźnie niedżentelmeńskie zachowanie, przewrócił oczami i kontynuował teatralnym szeptem:

– Nadal ma ślimak.

Z obrzydzeniem zwróciłem się ku Charliemu, który ku mojemu zaskoczeniu wyglądał na zachwyconego tą perspektywą.

– Naprawdę? Trzyma się?

– Owszem.

– Znakomicie. – Przepchnął się do przodu i wyrwał widelec z ręki Rudowłosego, po czym pochylił się nad stołem, by samemu obejrzeć okaz, zostawiając mnie w niezręcznym zawieszeniu. Mojej obecności nie przeoczył Ptasi Nos, który rzucił mi spojrzenie pełne niedowierzania.

– A ty to kto? – Miał tak silny szkocki akcent, że ledwo go rozumiałem.

– Och, to James – mruknął Charlie, nie podnosząc wzroku znad miejsca, w którym dłubał w niepokojącym splocie bladych włóknistych strzępów wystających z ucha. – Dopiero co przyjechał z Bath, zaczyna z nami semestr zimowy w tym tygodniu.

Rudowłosy uniósł brwi.

– Ach, kolejny aspirujący medyk, co?

Bezradnie wzruszyłem ramionami.

– Mam nadzieję.

– Obyś lepiej sobie radził ze skalpelem niż z bagażem – wtrącił Ptasi Nos. Rudowłosy szturchnął go przyjaźnie łokciem. Poczułem, jak na policzki znów wypływa mi rumieniec. Najwyraźniej moje mało dostojne wejście nie umknęło uwadze tych bywalców.

– Nie przejmuj się nim, jest po prostu złośliwy – ciągnął Rudowłosy z uśmiechem. – Jestem Phillip, a to Hamish, nasz człowiek z branży, który przynosi nam różne urocze zabawki.

Przełknąłem niepewnie ślinę.

– Zabawki?

Hamish kokieteryjne wzruszył ramionami i odchylił się na oparcie.

– Różne drobiazgi ze szkoły, w której pracuję. Chcesz pobawić się uchem? Mamy zapasowy widelec. – Uniósł go i z wyraźną sugestią zamachał nim w moją stronę.

– Eee, nie teraz, dziękuję. – Gorączkowo szukałem sensownej wymówki, lecz na szczęście przerwał mi krępy, jasnowłosy mężczyzna siedzący po prawej stronie Hamisha.

– Luke – powiedział pogodnie. – A skoro już stoisz, to wypada, żebyś postawił następną kolejkę.

– Z przyjemnością. – Ucieszony z pretekstu, by się pozbierać, odwróciłem się i ruszyłem w stronę baru po piwo, z głową wirującą od myśli.

A więc to byli owi studenci medycyny, którzy mieli mi towarzyszyć w pogoni za najwyższym poziomem wiedzy, jaki kiedykolwiek osiągnął człowiek. Zgromadzeni wokół obskurnego stolika w pubie, szturchający ludzkie ucho widelcem. Na samą myśl poczułem ucisk w żołądku.

Oczywiście wiedziałem, że w trakcie edukacji medycznej zetknę się z ciałami zmarłych, ale w mojej wyobraźni zawsze odbywało się to w sposób wysoce cywilizowany, w uświęconych murach sali operacyjnej, pod czujnym okiem mistrza sztuki lekarskiej, który z nabożną powagą demonstrował właściwą technikę. Myśl o obcowaniu z odciętą częścią ciała przy piwie w miejscowej spelunie, bez poszanowania jakichkolwiek obyczajów, była dla mnie w najwyższym stopniu odrażająca.

A jednak tak właśnie się stało.

Ci ludzie, na dobre i na złe, mieli stać się moimi towarzyszami. Od dawna wiedziałem, że Uniwersytet w Edynburgu różni się od Oksfordu i Cambridge nie tylko znacznie bardziej zróżnicowanym pochodzeniem studentów, lecz także pragmatyczną filozofią nauczania. Przybyli tu w tym samym celu co ja, by poszerzać wiedzę o ludzkim ciele, by zastąpić uprzedzenia i przesądy prawdziwą wiedzą, by nauczyć się leczyć i uzdrawiać ku dobru ludzkości. To miała być nasza wspólna misja. A ja, jako nowicjusz na rozwijającej się scenie akademickiej, nie miałem prawa wyznaczać granic przyzwoitości w szybko zmieniającym się świecie nauk medycznych.

Z nowo nabytą determinacją ustawiłem kufle na tacy i przecisnąłem się z powrotem do loży, gdzie powitała mnie salwa hałaśliwych okrzyków. Ten prosty gest koleżeństwa dodał mi animuszu. Z westchnieniem ulgi wsunąłem się na wolne miejsce obok Charliego, po czym wznieśliśmy toast za moje przybycie. Spoglądając na ich rozentuzjazmowane twarze, z łatwością zignorowałem odcięte ucho, które stanowiło makabryczne centrum tego wesołego obrazka.

– No więc – zaczął Charlie, stukając do połowy opróżnionym kuflem o blat i zwracając się do mnie – co cię tu sprowadziło, Jamesie?

Upiłem łyk gorzkiego i niemal niepokojąco gęstego piwa, zmusiłem się, by je przełknąć, i przybrałem pozór swobodnej obojętności.

– Chcę zostać lekarzem. Wcześniej studiowałem w Oksfordzie – celowo zignorowałem dość niegrzeczną reakcję w postaci pomruku Hamisha – ale wiedziałem, że jeśli chcę uprawiać medycynę we właściwy sposób, w duchu Nowego Oświecenia, to Edynburg jest jedynym miejscem dla mnie. Więc opuściłem Oksford i oto jestem.

– To wiele wyjaśnia – mruknął Hamish do swojego kufla i mimo całej mojej dobrej woli poczułem, że zaczyna mnie irytować jego upór.

– Co dokładnie masz na myśli?

Hamish wychylił kolejny łyk piwa i otarł usta grzbietem dłoni.

– Nic takiego, mój drogi. Tylko że wydajesz się za wielkim panem jak na te okolice. Nie jesteś z tych, co to, jak by to ująć, potrafią ubrudzić sobie ręce. – Pochylił się i groźnie pstryknął w moją stronę płatek ucha.

– Ej, Hamish, daj spokój, on tylko…

– Nie, Charlie, wszystko w porządku. – Pomimo mojego pochodzenia i głębokiego szacunku dla etykiety nigdy nie należałem do osób, które wycofują się z werbalnej potyczki, i z pewnością nie zamierzałem zacząć dziś, pierwszej nocy mojego nowego życia. – Właściwie to właśnie dlatego opuściłem Oksford. Uczyliśmy się tylko teorii i hipotez, a mnie brakowało działania i wniosków. To była zabawa, a nie praca. Używaliśmy mózgu, ale zapominaliśmy o rękach. Tutaj chciałbym używać i tego, i tego.

– Ach, czyli będziesz też chodził na wykłady z chirurgii? – zapytał z entuzjazmem Luke.

Wykłady z chirurgii? Czy to było coś innego niż szkolenie lekarskie? Powoli zaczęło do mnie docierać, że być może powinienem był lepiej zapoznać się z programem studiów przed przyjazdem.

Było jednak za późno, by się wycofać. Koledzy wpatrywali się we mnie uważnie, a poprawna odpowiedź zdawała się aż nadto oczywista.

– Naturalnie. Wykłady z chirurgii. Jak najbardziej.

– Świetnie – podchwycił Charlie. – A Hamish załatwi nam wejście do jednej z najlepszych prywatnych szkół w mieście.

– Prywatnych szkół? – Byłem kompletnie zdezorientowany. Czy nie mieliśmy się uczyć na uniwersytecie?

Moje zakłopotanie zostało jednak natychmiast zagłuszone przez Hamisha, który machał rękami i cmokał językiem.

– Ach, przykro mi, że muszę was rozczarować, ale u Knoxa już wszystko zajęte na ten semestr. Radźcie sobie sami.

Rozległ się chór jęków, co na szczęście dało mi okazję, by po cichu zadać Charliemu pytanie:

– Co to za Knox? – Z każdą chwilą coraz bardziej niepokoiła mnie własna niewiedza.

Charlie najwyraźniej nie wyczuł delikatności sytuacji i odpowiedział wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli:

– Doktor Knox prowadzi jedną z prywatnych szkół chirurgicznych w mieście. Hamish pracuje tam jako asystent laboratoryjny i stamtąd bierze te wszystkie urocze ciekawostki. – Machnął od niechcenia w stronę ucha.

– Wybaczcie pytanie, ale czy przypadkiem nie studiujecie na uniwersytecie? Po co wam prywatna szkoła chirurgii, skoro już jesteście zapisani na wszystkie wykłady potrzebne do uzyskania dyplomu?

Wybuchł śmiech, lecz ku mojej uldze nie był ani złośliwy, ani pogardliwy, lecz raczej szczery.

Phillip odezwał się pierwszy.

– Byłeś kiedyś na wykładzie z anatomii? Mam na myśli tutaj, na uniwersytecie.

Pokręciłem głową.

– Nie.

– Cóż, są trochę… bezużyteczne – ciągnął dyplomatycznie. – Stu dwudziestu studentów na sali, wszyscy wyciągają szyje ponad tłumem, żeby w ogóle coś zobaczyć. Jestem teraz na trzecim roku i na terenie uniwersytetu nie zbliżyłem się do ciała bardziej niż na dziewięć metrów.

Zmarszczyłem brwi, bo ta informacja stała w sprzeczności z tym, co dotąd wiedziałem o medycznym kształceniu w Edynburgu. Miasto miało być sercem praktyki chirurgicznej. Jak to możliwe, że student trzeciego roku miał tak ograniczony dostęp do niezbędnych zajęć?

– A więc w prywatnych szkołach jest inaczej? – zapytałem niepewnie.

Hamish prychnął nad kuflem.

– Można tak powiedzieć – mruknął.

Stanowczo go zignorowałem i znów zwróciłem się do Phillipa:

– Inaczej, ale w jaki sposób?

Phillip splótł palce, położył dłonie przed sobą, a jego oczy błysnęły figlarnie.

– Słyszałeś kiedyś o paryskiej metodzie sekcji? – rzucił, a gdy po raz kolejny pokręciłem głową, wyjaśnił: – Chodzi o to, że każdy student anatomii dostaje osobne ciało do preparowania.

To była oszałamiająca myśl.

– Osobne ciało? Dla każdego studenta?

Charlie skinął głową, z oczami rozświetlonymi entuzjazmem.

– Dokładnie tak. Zdobywasz praktyczne doświadczenie z anatomii, sekcji, diagnostyki, zanim pierwszy pacjent stanie na twojej drodze. Tak robi się na kontynencie, a Edynburg jest jedynym miastem na Wyspach, które to podchwyciło. To właśnie czyni je wyjątkowym. To dlatego jest prawdziwą kolebką nauki. To dlatego tu przyjechaliśmy. – Wskazał na kiwające się głowy wokół stołu.

Świat wokół mnie zawirował.

– Więc jak dostaniemy się do prywatnej szkoły?

Hamish znów się wtrącił, tym razem, ku mojej uldze, z dużo mniejszą dozą drwiny.

– U Knoxa już komplet na ten semestr, ale sporo innych szkół organizuje w tym tygodniu dni otwarte dla kandydatów. Słyszałem, że Malstrom chce przyjąć dwudziestu, więc najlepiej spróbować tam. W czwartek jest pokaz.

– Doskonale. – Charlie uniósł w moją stronę brwi. – No to co, Jamesie… Jesteś gotowy ubrudzić te pańskie rączki?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij