-
nowość
-
promocja
Wspaniałe, cudowne życie - ebook
Wspaniałe, cudowne życie - ebook
Alice Scott dostaje szansę, o jakiej marzyła od lat: ma udać się na Little Crescent Island i napisać tam biografię Margaret Ives, kobiety, która przez lata była ulubienicą tabloidów, bohaterką plotek, skandali i nagłówków gazet, aż w końcu zapadła się pod ziemię.
Po latach milczenia Margaret zgadza się wreszcie opowiedzieć swoją historię. Sęk w tym, że nie tylko Alice chce ją spisać.
Na Little Crescent Island pojawia się także Hayden Anderson, uznany autor, zdobywca nagrody Pulitzera, który ma dokładnie ten sam cel. Margaret daje im obojgu miesiąc próbny, po którym wybierze osobę, która spisze jej biografię.
W miarę jak kolejne fragmenty wspomnień układają się w niejednoznaczną, pełną sprzeczności historię o miłości, ambicji i cenie sławy, między Alice i Haydenem rodzi się uczucie, którego nie mogą ignorować w nieskończoność.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68872-36-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1
Jest takie stare powiedzenie o historiach i o tym, że zawsze istnieją trzy wersje: twoja, moja i prawdziwa. Gość, który powiedział to po raz pierwszy, pracował w przemyśle filmowym, ale jego słowa sprawdzają się też w dziennikarstwie.
Nie powinniśmy opowiadać się po żadnej stronie. Mamy zajmować się faktami. A z faktów buduje się prawdę.
Fakt: Robert Evans – producent, kierownik studia filmowego i aktor, który ukuł tę chwytliwą mantrę na temat prawdy – siedem razy był żonaty.
Fakt: Ja, Alice Scott, dziennikarka w „The Scratch”, aspirująca biografka, i w sumie to wszystko – nie jestem jeszcze nawet oficjalnie dziewczyną faceta, z którym spotykam się od siedmiu miesięcy.
Fakt: Robert Evans miał metr siedemdziesiąt pięć, czyli był dokładnie tego samego wzrostu co ja.
Fakt: Całe moje życie prawdopodobnie wkrótce się zmieni, a zamiast biec chodnikiem w stronę staroświeckiego płotu ze sztachetami, który oddziela mnie od mojego największego życiowego marzenia, siedzę w wynajętym samochodzie, mam klimę włączoną na maksa i czytam na IMDb o człowieku, którego nazwiska nie znałam jeszcze przed trzema minutami, a robię to, ponieważ przypomniał mi się cytat z niego o historiach, a także dlatego, że gram na czas.
Jestem raczej przejęta niż zdenerwowana, ale tak naprawdę pulsuje we mnie sporo emocji. Wzdycham po raz ostatni, gaszę silnik i otwieram drzwi.
Od razu uderza mnie upał w południe letniego dnia w Georgii, to znajome i ukochane uczucie, które staje się jeszcze lepsze dzięki słonej bryzie wiejącej znad oceanu otaczającego wyspę Little Crescent.
Jeszcze raz sprawdzam, czy mam przy sobie notes, dyktafon i długopis, a potem zatrzaskuję drzwi i schylam się, żeby w bocznym lusterku sprawdzić, jak wygląda moja szybko łapiąca wilgoć grzywka.
Próbuję zdusić uśmiech i zamienić go w neutralny wyraz twarzy. To ważne, żebym nie zdradzała się z emocjami.
Fakt: Jeszcze nigdy w życiu nie udało mi się nie zdradzać z emocjami.
Otwieram bramę, stukam sandałami po kamiennym chodniku, gdy skręcam wzdłuż ściany zieleni: sit _roemerianus_ i palma kabaczkowa, opuncja i soliród oraz – mój ulubiony – dąb wirginijski.
Od jedenastu lat mieszkam w Los Angeles, ale za każdym razem, kiedy widzę południowy dąb wirginijski, myślę: dom.
Przede mną wyłania się turkusowy dom na drewnianych palach, wspinam się po paru podniszczonych drewnianych stopniach i staję przed jaskraworóżowymi drzwiami, ręcznie wymalowanymi w białe zawijasy.
W nagrodę znajduję odpowiednio ekscentryczny dzwonek do drzwi. To znaczy, wygląda jak normalny, ale kiedy go wciskam, rozlega się taki dźwięk, jakby wiatr poruszał dzwonkami.
Jeszcze nabieram powietrza, zbierając się na odwagę, kiedy drzwi się otwierają, a niska, siwowłosa kobieta w wyblakłej flanelowej koszuli patrzy na mnie z gniewną miną.
– Dzień dobry. – Wyciągam do niej dłoń. – Jestem Alice. Scott.
Przygląda mi się jasnoniebieskimi oczami, włosy ma krótko ostrzyżone.
– Z „The Scratch” – dodaję na wypadek, gdyby to jej się z czymś skojarzyło.
Nawet nie mruga.
– To znaczy, nie przyszłam w imieniu „The Scratch”. Pracuję tam, ale tutaj przyszłam w sprawie książki.
Jej twarz pozostaje niewzruszona. Przez sekundę rozważam ewentualność, że to wszystko jest tylko jakimś bardzo skomplikowanym podstępem, być może zaaranżowanym przez syna tej kobiety, faceta w średnim wieku, planującego to na swoim komputerze w piwnicy, gdzie spędza całe dnie, wysyłając mejle i dzwoniąc po takich łatwowiernych dziennikarkach jak ja – wtedy mówi wysokim głosem i dodaje mu lekkie drżenie, żeby uchodzić za kobietę po osiemdziesiątce.
To nawet nie byłby pierwszy raz.
Odchrząkuję i uśmiecham się.
– Bardzo przepraszam. Czy pani Margaret?
W ogóle jej nie przypomina, ale ostatnie zdjęcia kobiety, z którą mam się spotkać, muszą mieć spokojnie ze trzydzieści lat. Więc z tego, co mi wiadomo, mogłaby to być ta dawniej wytworna, niemal legendarna (przynajmniej dla pewnej podgrupki ludzi, do której należę) Margaret Grace Ives.
_Księżniczka Tabloidów_. Tak ją nazywano zarówno dlatego, że odziedziczyła imperium mediowe Ives, jak i ze względu na te lata, kiedy jej celebrycki status budził niemal nieustanne zainteresowanie paparazzich i działów plotkarskich.
Kobieta wybucha głośnym, szczerym śmiechem i otwiera drzwi szerzej.
– Jestem Jodi – odzywa się z cieniem jakiegoś nieokreślonego akcentu, może niemieckiego. – Zapraszam do środka.
Wchodzę do chłodnego korytarza, w powietrzu unoszą się aromaty mięty i cytryny. Jodi się nie zatrzymuje ani nawet nie zwalnia ze względu na mnie, tylko idzie prosto w głąb domu, pozostawiając mnie w tyle, żebym zamknęła za sobą drzwi.
– Jaki piękny dom – świergoczę.
– Goręcej tu niż w piekle, a do tego komary są gorsze od wampirów – odpowiada.
Myślę o Robercie Evansie i jego: twoja, moja i prawdziwa.
Z wąskiego korytarza skręca do drugiego; cały ten dom jest przestronnym, jasnym labiryntem zbudowanym z bielonych desek oraz dodatków w kolorze morskiego szkła; na jego końcu znajduje się ogromny salon, a w nim ściany w siedemdziesięciu procentach składające się z okien.
– Proszę tu zaczekać, a ja pójdę po panią – oznajmia Jodi z wyczuwalnym rozbawieniem w głosie.
Otwiera jedne ze szklanych drzwi na tyłach i wychodzi na podwórze, do większego i bardziej dzikiego ogrodu niż ten z przodu, z małym basenem po jednej stronie.
Korzystam z okazji, żeby przejść się powoli po pokoju. Wciąż jeszcze we mnie buzuje i uśmiecham się tak szeroko, że zaczyna mnie boleć szczęka. Kładę swoje rzeczy na niskim rattanowym stoliku do kawy i krzyżuję ręce na piersi, żeby powstrzymać się od dotykania rzeczy wokół mnie. Ściany obwieszone są sztuką, rośliny wiszą całymi kępami naprzeciwko okien, a jeszcze więcej rośnie w glinianych donicach stojących na podłodze. Pleciony wiatrak wiruje leniwie pod sufitem, a książki – w większości o ogrodnictwie – leżą w nieładzie stosami, pootwierane, z popękanymi grzbietami, pokrywając każdą dostępną powierzchnię drewnianych antyków.
Przepięknie tu. W myślach już układam sobie, jak bym to opisała. Jedyny problem w tym, że nie jestem pewna, czy w ogóle będę miała jakiś powód, by to opisywać.
Jak do tej pory nie dostrzegłam jeszcze niczego, co wskazywałoby na to, że jestem w domu Margaret Ives. Żadnych zdjęć jej wspaniałej rodziny. Żadnych egzemplarzy, starych czy nowych, dziesiątków wydawanych przez nich magazynów i gazet. Żadnych oprawionych obrazów wystawnego Domu Ivesów, w którym Margaret wychowywała się na wybrzeżu Kalifornii. Na kominku nie ma statuetek Grammy jej zmarłego męża. Nic konkretnego, co łączyłoby ją z upadłym już medialnym molochem ani też z radościami i tragediami rodziny Ivesów opisywanymi przez konkurencyjne gazety, z których wycinki Margaret tak lubiła zbierać, kiedy była u szczytu popularności.
Drzwi znów się otwierają, odwracam się i widzę Jodi. Zbieram się, by się dowiedzieć, kto właściwie zaprosił mnie, bym odbyła tę jedenastogodzinną podróż samolotem, a potem jeszcze czterdzieści pięć minut wynajętą Kią Rio.
I wtedy dostrzegam kobietę stojącą tuż za nią.
Skurczyła się o kilka centymetrów, przybrała trochę na wadze – podejrzewam, że w większości są to mięśnie – a jej kiedyś kruczoczarne włosy są teraz mieszanką mysiego brązu i siwizny.
Nie widać po niej dawnej wytworności ani aury dużych pieniędzy i władzy, ale w błękitnych oczach ma ten sam przebiegły błysk co na wszystkich zdjęciach, na jakich ją widziałam – to nieuchwytne, nienazywalne coś, co zmieniło ją z _dziedziczki prasowej fortuny_ w _księżniczkę z pierwszych stron gazet._
– Dzień dobry. – Zaskakuje mnie ciepło głosu Margaret, podobnie jak wcześniej podczas naszych kilku krótkich rozmów telefonicznych w tygodniach poprzedzających tę wyprawę. – Pewnie jesteś Alice.
Ściąga rękawice ogrodowe i rzuca je na podłokietnik najbliższego białego rattanowego krzesła, idąc boso w moją stronę. Wyciera ręce o fartuch, a potem wyciąga do mnie dłoń.
– Pani jest Margaret – odzywam się.
Wszelkie elokwentne, czy choćby składne zdania, jakie kiedykolwiek skonstruowałam, pisane były powoli. Te, które padają z moich ust, zwykle brzmią raczej właśnie w ten sposób.
Ona się śmieje.
– Wydawało mi się, że tego pani oczekiwała.
Lekko ściska moją dłoń, potem opuszcza rękę i proponuje mi gestem, żebym usiadła.
– Tak, tego. – Opadam na kanapę, ona zajmuje fotel naprzeciw mnie. – Starałam się na nic nie nastawiać. Nie udało się. Nigdy się nie udaje. Ale nie przestaję się starać.
– Naprawdę? – Wydaje się rozbawiona. – Ja raczej mam przeciwny problem. Nie umiem nie spodziewać się po ludziach najgorszego.
Uśmiecha się. Wygląda jednocześnie promiennie i smutno. _Smutennie_.
To na przykład nie trafiłoby do oficjalnie spisanego i zredagowanego zdania. Ale chodzi o to, co widzę ukryte gdzieś w tych jej błyszczących oczach: prawdę. Taką, jakiej jeszcze dotąd nie słyszeliśmy.
Jak to było urodzić się w świecie srebrnych łyżeczek i złotych talerzy, pełnym aktorów pływających po pijaku w basenie w twoim domu i polityków przypieczętowujących uściskiem ręki zakulisowe porozumienia przy twoim zabytkowym stole.
Jak to było zakochać się w królu rock and rolla, i to z dziką wzajemnością.
I oczywiście o tych wszystkich innych rzeczach. O skandalu, o sekcie, o procesie, o wypadku.
I wreszcie o zniknięciu Margaret przed dwudziestu laty.
O tym, co się stało, ale też dlaczego.
I dlaczego teraz, po tak długim czasie, wreszcie jest gotowa opowiedzieć swoją historię.
Za Margaret otwierają się ze skrzypnięciem drzwi i Jodi wraca do domu z koszem cytryn.
– Dziękuję, Jodi! – woła Margaret, nie odwracając głowy.
Jodi chrząka. Nie mam pojęcia, czy te dwie kobiety są przyjaciółkami, partnerkami, pracownicą i pracodawczynią, czy może śmiertelnymi wrogami, którzy przypadkiem mieszkają razem.
Margaret zakłada nogę na nogę.
– Urocze paznokcie – zauważa, wskazując brodą moją dłoń na kolanie.
Ten moment porozumienia przyprawia mnie niemal o zawrót głowy.
– Przyklejane. – Pochylam się, żeby mogła się lepiej przyjrzeć drobnemu wzorowi w truskawki.
– Mogłabym się założyć – stwierdza – że jesteś takim typem osoby, która stara się we wszystkim odnajdować piękno.
– A pani nie? – pytam zaintrygowana delikatnym, smutnym uśmiechem, który drży na jej ustach.
Odpowiada mi niepełnym wzruszeniem ramion, znaczącym nie tyle „Nie wiem”, ile: „Nie podoba mi się to pytanie”.
A potem, jak przystało na panią Ives, zgrabnie przekierowuje rozmowę na inny temat.
– To jak miałoby to działać? Gdybym wyraziła zgodę.
Nie daję się zniechęcić. Wiem, że ona jeszcze nie jest pewna na sto procent, i wcale jej się nie dziwię.
– Jak tylko pani zechce – mówię.
Unosi jedną brew.
– A gdybym chciała, żeby działało to tak, jak zwykle się to robi?
– No, cóż – odpowiadam. – Sama jeszcze nie robiłam dokładnie czegoś takiego. Zwykle zajmuję się charakterystykami i sylwetkami. Spędzam z daną osobą kilka dni albo tygodni. Spisuję moje obserwacje, sypię dowcipami. To jest zawsze perspektywa z zewnątrz. W tym wypadku byłoby inaczej. Chodziłoby o uchwycenie pani doświadczenia. Z wewnętrznej perspektywy. To zajęłoby dużo więcej czasu, pewnie kilka miesięcy, i to na pierwszą turę zbierania materiałów, żebym mogła napisać szkic i określić, czego mi brakuje. Wynajęłabym sobie coś w pobliżu, ustaliłybyśmy grafik, wydzieliłybyśmy czas na rozmowy, ale też czas dla mnie, żebym mogła panią śledzić.
– Śledzić – powtarza z rozmysłem.
– Towarzyszyć pani w zwyczajnym życiu – wyjaśniam. – Sprawdzić, co pani hoduje w ogrodzie, z kim spędza pani czas. Pobyć z panią, z Jodi i innymi przyjaciółmi, których ma pani w pobliżu.
Margaret wysuwa brodę i zaciska oczy w reakcji na swoje szybkie, szczere parsknięcie.
– Zrób mi, proszę, tę przyjemność i powtórz to, kiedy tu wróci.
Ledwie parę sekund później Jodi wpada do pokoju, niosąc dwie szklanki lemoniady. Stawia je głośno na stoliku kawowym.
– Dziękuję, Jodi – odzywam się, chcąc zdobyć jej sympatię.
A ona maszeruje z powrotem tam, skąd przyszła.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła! – woła za nią żartobliwie Margaret.
– Nie mam pojęcia! – odkrzykuje Jodi, a potem znika za drzwiami.
Biorę mały łyk lemoniady, który zmienia się w ogromny, bo jest przepyszna, świeża i orzeźwiająca, liście mięty wirują w niej razem z kostkami lodu.
Odstawiam szklankę i zmuszam się, by wrócić do sedna sprawy.
– Wie pani, jest wielu dużo bardziej doświadczonych pisarzy, z którymi mogłaby się pani spotkać. Setki ludzi byłyby zdolne wepchnąć mnie pod autobus, byle dostać tę pracę, i szczerze mówiąc, w pełni ich rozumiem.
– Przykre – odpowiada Margaret.
– Chodzi mi o to, że jeśli jest pani gotowa opowiedzieć swoją historię, to zasługuje pani na przedstawienie jej w dokładnie taki sposób, jak pani sobie wymyśli. Ona musi należeć do pani, do nikogo innego. A to się może udać tylko w takim wypadku, jeśli zrobi to pani z kimś, komu całkowicie pani ufa. Obiecuję jednak, że jeśli będzie pani chciała napisać tę książkę ze mną, pani głos znajdzie się w samym centrum. To dla mnie najważniejsze. Dopilnować, żeby to była pani historia.
Jej uśmiech blednie, twarz poważnieje. Zmarszczki w kącikach oczu i zagięcia w kącikach ust pogłębiają się – to ślady jej przeżytego życia, całego, nie tylko tych trzydziestu trzech lat spędzonych na świeczniku, ale też trzydziestu późniejszych, spędzonych samotnie, oraz dwudziestu od chwili, w której zniknęła.
– A co jeśli… – zaczyna powoli – ja wcale tego nie chcę?
Kręcę głową.
– Nie jestem pewna, czy rozumiem.
– Jeśli nie chcę, żeby to była moja wersja tej historii? – pyta. – Jeśli nie chcę całej tej okropnej prawdy? Jeśli mam już dość życia z własną wersją wydarzeń, w której to ja jestem bohaterką? Jeśli chcę usiąść i choć raz obejrzeć to wszystko w czarno-białych barwach?
Jej pytanie mnie zaskakuje. Jestem raczej przyzwyczajona do zapewniania moich rozmówców, że nie zamierzam przekręcać wszystkiego, co powiedzą, w jakąś brutalną rozkładówkę. Że chcę poznać pełny obraz, dowiedzieć się, jakimi są ludźmi.
W reakcji na moje wahanie Margaret unosi brwi.
– Czy to problem?
Przesuwam się na skraj kanapy.
– Jeżeli pani chce, żeby zostało to tak opowiedziane… – powtarzam. – Jeżeli pani tego chce, to tak właśnie zrobimy.
Zastanawia się długą chwilę.
– Jeszcze jedno pytanie.
– Oczywiście.
Mogłaby zapytać o moje najbardziej zawstydzające doświadczenie seksualne, a ja bym wszystko jej wyśpiewała. Muszę dać jej do zrozumienia, że jest przy mnie bezpieczna.
Znów unosi szelmowsko szare brwi.
– Zawsze jesteś taka dziarska?
Wzdycham. To zbyt długie i poważne zlecenie, żeby załatwić to kłamstwem.
– Tak – odpowiadam. – Tak, taka właśnie jestem.
Jej chichot przerywa dźwięk wiatru poruszającego szklanymi dzwoneczkami. Margaret zerka na zegar ze starego drewna, stojący na kominku bez statuetek Grammy.
– To będzie mój kolejny gość, z czternastej. – Zrywa się na nogi. – Dałaś mi dużo do myślenia, Alice Scott.
Też się podrywam, biorę mój niewykorzystany notes i dyktafon.
– Mimo wszystko dziękuję. Naprawdę.
– Za cóż takiego? – pyta, szczerze zdumiona, gdy prowadzi mnie przez labirynt korytarzy.
– Za dzisiaj – odpowiadam. – Za to, że dała mi pani szansę.
Szczerze mówiąc, nareszcie mam jakiś temat związany z pracą, który mogę poruszyć przy mamie i którym jej od razu nie zanudzę.
– To tylko szansa – przypomina mi Margaret, kiedy docieramy do drzwi wejściowych. – Nie dziękuj mi za to. Każdemu się tyle należy. A ja muszę jeszcze potrząsnąć kilkoma gałęziami, sprawdzić, co z nich spadnie.
– Absolutnie rozumiem, ale…
Urywam, bo ona otwiera jaskraworóżowe drzwi, a ja zdaję sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Niczego nie rozumiałam.
Gość Margaret z czternastej stoi na górze schodów w ciemnopopielatych chinosach i białym T-shircie.
Jednak to nie strój sprawia, że truchleję i krew odpływa mi z twarzy – chociaż sam pomysł włożenia długich spodni w taką pogodę z pewnością daje mi do myślenia.
Chodzi o dobrze zbudowanego, ciemnookiego mężczyznę z sokolim nosem, który w nich przyszedł.
Hayden Anderson.
Cztery lata temu można by powiedzieć: „Hayden Anderson, ten dziennikarz muzyczny” i byłoby to całkiem stosowne podsumowanie. Ale gdyby on nadal był dziennikarzem muzycznym, nie znałabym jego nazwiska, a już na pewno nie wiedziałabym, jak wygląda. Mam dobrą pamięć, ale nie zwykłam zapamiętywać nagłówków dotyczących Rolling Stonesów.
W każdym razie.
On nie jest już tylko „Haydenem Andersonem, dziennikarzem muzycznym”.
Jest „Haydenem Andersonem, laureatem Nagrody Pulitzera za biografię”. Tym, który napisał tę opasłą, wstrząsającą opowieść o piosenkarzu americany z demencją.
A teraz jest tym Haydenem Andersonem, którego Margaret właśnie określiła jako kolejną gałąź do potrząśnięcia. Gałąź z większymi sukcesami, bardziej znaną, bardziej wszystko.
Jego ciemne oczy zerkają na mnie (całkowicie bez wyrazu, nie poznaje mnie; zresztą dlaczego by miał? Jestem naprawdę nieciekawą gałęzią), potem na Margaret (wobec której okazuje tylko odrobinę mniej braku zainteresowania), po czym odzywa się niskim, dudniącym głosem:
– Przyszedłem za wcześnie?
– W samą porę – odpowiada serdecznie Margaret. – Alice właśnie wychodzi.
Wyraz twarzy Haydena opisałabym jako przelotne „kim do diabła jest Alice”, jakby już zapomniał, że tuż przed nim stoi jakiś inny człowiek albo może w ogóle mnie nie zauważył za pierwszym razem, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy.
– Dzień dobry. – Otrząsam się na tyle, żeby moje organy wróciły do pracy, serce znów zaczęło pompować krew, płuca pobierają tlen, a moja dłoń wyciąga się w jego kierunku.
On unosi powoli swoją, jakby oczekiwał więcej informacji, zanim zgodzi się na kontakt fizyczny.
– Właśnie wychodziłam – mówię, i to na szczęście działa.
W końcu jego bardzo duża, bardzo ciepła i bardzo sucha dłoń otacza moją, porusza się raz, a potem wraca do jego boku.
– Jeszcze raz dziękuję – rzucam przez ramię do Margaret i wybiegam na chodnik.
– Odezwę się – odpowiada, a ja zmuszam się do uśmiechu, jakby moje serce wcale nie pękało i jakbym w ogóle nie miała się zaraz rozpłakać z powodu tej wymarzonej oferty pracy, co do której jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna, że uciekła mi sprzed nosa.ROZDZIAŁ 2
2
Pierwszy wieczór spędzam w hotelu Grande Lucia, jedząc Twizzlery i szukając w internecie informacji o Haydenie Andersonie, a jednocześnie przekonując samą siebie, że jego pojawienie się to nie koniec świata.
Najpierw czytam kilkanaście entuzjastycznych recenzji jego książki. Potem natykam się na artykuł w „Publishers Weekly”, który szacuje, że w pierwszym roku w Stanach Zjednoczonych jego książka sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy. Ostatecznie, żeby sobie jeszcze dowalić, oglądam wywiad z Haydenem i z bohaterem jego książki, Lenem Stirlingiem, podczas którego Len informuje prowadzącego wywiad, że rozważał powierzenie swojej historii dziewięciu pisarzom, zanim Hayden pojawił się na horyzoncie. Hayden bez cienia żartu czy ironii pochylił się i dodał: „Lubię rywalizację”.
Wydaję z siebie krótki jęk.
Nadal istnieje jakaś szansa, że Margaret będzie wolała pracować ze mną.
Może wolałaby pracować z kobietą. Może zawsze kibicuje słabszemu graczowi. Może po prostu z natury nie lubi wysokich, umięśnionych, utalentowanych mężczyzn piszących takie biografie, które nie tylko nikogo nie usypiają przy czytaniu, ale też potrafią wielokrotnie doprowadzić czytelnika do łez podczas samotnego czytania przy barze w najbliższej knajpie z tacosami w Highland Park.
Istnieje wiele powodów, dla których Margaret może nie chcieć współpracować z Haydenem i na pewno jest też choćby kilka, dla których mogłaby chcieć pracować ze mną.
Powtarzam to sobie, choć mój entuzjazm nie jest taki szczery, kiedy wyglądam przez okno, głową w dół, w kierunku plaży rozciągającej się za hotelowym dziedzińcem.
Powinnam wiedzieć, że taki sekret jak miejsce zamieszkania Margaret nie będzie trwał wiecznie.
Wszystko zaczęło się cztery miesiące temu, kiedy opublikowano moją sylwetkę byłej dziecięcej gwiazdy Belli Girardi. To artykuł, z którego byłam absolutnie najbardziej dumna w całej mojej dotychczasowej karierze. Miałam cały plik uroczych mejli od dawnych znajomych z pracy oraz piękne zrzuty z ekranu dokumentujące internetowe zachwyty nad tą historią po jej publikacji.
I to wszystko samo w sobie było już więcej niż wystarczającym powodem, dla którego długie tygodnie pisania i poprawiania tekstu w tę i z powrotem z moimi researcherami i redaktorką miały sens.
Jednak na końcu jednego krótkiego mejla było coś jeszcze.
LindaTakesBackHerLifeAt53 napisała: „Podoba mi się ten artykuł. PS Ta piosenka Cosmo Sinclaira o Margaret Ives, o której rozmawiałyście z Bellą, jest jedną z moich ulubionych. Wiedziałaś, że Margaret mieszka teraz na wyspie w Georgii i sprzedaje sztukę pod fałszywym nazwiskiem?”.
I tyle. Żadnych dodatkowych informacji. A kiedy odpisałam Lindzie, nie odezwała się już.
Dwa tygodnie spędziłam na poszukiwaniu związków, jakie Margaret może mieć z Georgią (żadnych nie znalazłam), a także na wyszukiwaniu połączeń jej nazwiska ze „sztuką” i „wyspą”, bezskutecznie. Margaret Ives całkowicie zniknę-ła z życia publicznego we wczesnych latach dwutysięcznych, a krążące na jej temat plotki donosiły, że wyszła za jakiegoś włoskiego plantatora oliwek młodszego od niej o połowę i zamieszkała po drugiej stronie Atlantyku.
Początkowo byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że Linda kłamała lub miała fałszywe informacje.
Niemożliwe, żeby Margaret Ives mieszkała w Georgii, na maleńkiej wyspie utrzymującej się z turystyki, dzień jazdy samochodem od rodzinnego domu swojego zmarłego męża, Cosmo Sinclaira, w zachodnim Tennessee.
Jednak ta sprawa nie dawała mi spokoju. Taka plotka musiała mieć jakieś źródło, myślałam, mimo że jednocześnie próbowałam uciszyć w sobie wrodzony optymizm.
Zaczęłam przetrząsać fora internetowe. Wszystko, co związane z muzyką Cosmo, ze zdjęciami rodziny Ivesów, ze zniknięciem Margaret.
Nic. Nigdzie.
A potem znalazłam teorie spiskowe. Ludzi wrzucających zdjęcia „Elvisa” w centrum handlowym w Tuscaloosa. Albo Johna F. Kennedy’ego ubranego w wędkarski kapelusik i prawie całkiem rozpiętą koszulę, odsłaniającą białe włosy na klacie i złoty łańcuch na szyi, w Miami. Chwilę mi zajęło, zanim znalazłam wątek o Margaret, tylko dlatego, że związana z jej historią tajemnica zdążyła z czasem zblednąć.
Ludzie wiedzieli o firmie Ives Media, wiedzą też o rodzinnej okazałej rezydencji (będącej teraz w posiadaniu państwa i otwartej dla turystów). Wiedzieli też oczywiście o całym tym bałaganie związanym z siostrą Margaret i jej sektą, potrafili pewnie przywołać w pamięci słynne czarno-białe zdjęcie Margaret i Cosmo biegnących za rękę po schodach urzędu w dniu, kiedy zdecydowali się na spontaniczny, cichy ślub, jego blond włosy przylizane do tyłu, a jej ułożone w modne w tamtych czasach upięcie w stylu Brigitte Bardot.
Jednak po tragicznej śmierci Cosmo wdowa w dużej mierze wycofała się z blasków fleszy. Dlatego, kiedy zupełnie zniknęła przed dwudziestu laty, nikt już nie był nią aż tak bardzo zainteresowany.
Większość po prostu zaakceptowała fakt, że nigdy się nie dowiemy, jak potoczyły się jej losy. Niczym kolejna Amelia Earhart, kobieta, która zniknęła.
Jednak wciąż istniały pewne aktywne internetowe społeczności gromadzące się wokół Margaret Ives, zaangażowane w plotki krążące wokół jej zniknięcia. Próbowali je obalać albo ich dowodzić, w zależności od punktu widzenia. Traktowano ich podobnie jak społeczności świrów od _true crime_, którzy w kółko powtarzają fragmenty starych wywiadów, używając ich jako dowodów popierających ich ulubione teorie lub im zaprzeczających.
Te konkretne fora do niczego mnie nie doprowadziły.
Jednak forum Nie-Takie-Umarłe-Gwiazdy zawiodło mnie aż tutaj, na wysepkę Little Crescent.
A jeżeli mnie udało się ją odnaleźć dzięki temu wpisowi, nie wiadomo, ilu kolejnych Haydenów Andersonów leci w tej chwili lotem krajowym na Little Crescent.
Komórka brzęczy obok mnie na materacu i macam chwilę ręką wkoło, zanim ją znajdę. Ściska mnie w żołądku – może to Margaret podjęła już decyzję – ale potem patrzę na ekran.
Theo. Tym razem czuję w brzuchu coś zupełnie innego, to niespokojne trzepotanie, które towarzyszy mi za każdym razem, kiedy odzywa się mój to obecny, to dawny, to znów obecny nie-chłopak. „Jak poszło z dziedziczką?” – pyta w esemesie.
Jestem wzruszona, że pamiętał. Zapewne zbyt wzruszona. Przez ostatnich kilka tygodni nie mówiłam o niczym innym. Ale mimo wszystko! Odezwał się, żeby zapytać – to już coś!
Waham się, jak to ująć, i ostatecznie decyduję się na: „Jest intrygująca, dom ma wspaniały i tak bardzo, bardzo, bardzo chciałabym to zlecenie”.
Sama prawda. Na nic by się nie przydało, gdybym dodała: „I jestem przerażona, że go nie dostanę, bo do gry dołączył potężny facet wysoki na metr dziewięćdziesiąt, z Nagrodą Pulitzera i mrożącym krew w żyłach wzrokiem Gorgony”.
Przez minutę wpatruję się w telefon, potem jeszcze dwie, trzy. Odkładam go na bok. Theo przyciągnął mnie swoją swobodną pewnością siebie i wyluzowanym, beztroskim sposobem poruszania się po świecie. Jest coś pociągającego w człowieku, który niczego nie traktuje zbyt poważnie. Dopóki nie trzeba się z nim wymieniać esemesami. Theo jest w tym okropny. Szczerze mówiąc, sama nie jestem za dobra, ale on jest królem wysyłania wiadomości, na które odpowiadam natychmiast, a potem czekam cały dzień, aż moja odpowiedź zostanie odczytana.
Możliwe, że do tej pory możliwe stracę już wymarzone zlecenie, całkowicie wtopię się w to łóżko i pozostanie ze mnie kałuża znana dawniej jako pisarka Alice Scott.
– Ogarnij się, Scott! – wołam, zrywając się na równe nogi i zatrzaskując głośno laptop. – Jesteś na pięknej wyspie, burczy ci w brzuchu i nie masz nic do roboty – mówię, chwytam komórkę i wciskam stopy w sandały. – Równie dobrze można to jakoś wykorzystać.
* * *
Little Crescent jest wakacyjną wysepką, ale nie toczy się tu modne nocne życie. Przyjeżdżają tu głównie albo emeryci, albo rodziny z dziećmi, a że jest dwudziesta pierwsza, wtorkowy wieczór, przy głównym deptaku naprawdę niewiele się dzieje.
Pierwsza otwarta restauracja, jaką napotykam, nazywa się Fish Bowl i wywieszone przed drzwiami menu najwyraźniej składa się w dziewięćdziesięciu procentach z alkoholu i w dziesięciu z owoców morza.
W środku jest ciasno i cudownie kiczowato, ściany wyłożono bambusową boazerią, z sufitu zwisają sieci rybackie, w które wplątano wszelkiego rodzaju kolorowe plastikowe ryby oraz świecące w ciemności wodorosty. Kelnerka z kucykiem, w ciasnej białej koszuli i krótkich szortach, przechodzi energicznie obok mnie z tacą w dłoni i zagaduje pogodnie:
– Siadaj, gdzie chcesz, kochana. Nie mamy dzisiaj ruchu.
Jest wiele wolnych stolików, ale przy barze siedzi dwóch starszych dżentelmenów w takich samych koszulkach do gry w kręgle, a ja jestem w rozmownym nastroju, więc idę w ich stronę. Jednak kiedy siadam na stołku dwa miejsca od nich, kładą pieniądze na lśniącym, ciemnym drewnianym blacie i szykują się do wyjścia.
Jeden z nich zauważa moje spojrzenie, uśmiecham się do niego.
On też się uśmiecha.
– Bardzo polecam Miskę Kapitańską!
– Wezmę to pod uwagę – obiecuję, a on przykłada palce do niewidzialnego kapelusza, po czym rusza w ślad za swoim towarzyszem. Przy wyjściu obaj się zatrzymują, żeby porozmawiać z kelnerką z kucykiem, a ona daje miłośnikowi Miski Kapitańskiej całusa w policzek, więc albo wszyscy się tu znają, albo po prostu mają obsługę najwyższej klasy.
Wracam do przeglądania menu, wznawiając właściwie swój odwieczny dylemat: czy zamówić tacos z rybą, czy rybę z frytkami.
Wciąż jeszcze się nad tym zastanawiam, kiedy ktoś głośno stawia tuż przede mną ogromną miskę pełną zadziwiająco niebieskiego płynu, lodu, i jakieś pięć owocowych szaszłyków. Zaskoczona podnoszę wzrok, zza baru uśmiecha się do mnie kelnerka z kucykiem.
– Miska Kapitańska – oznajmia. – Dzięki uprzejmości samych kapitanów.
– Och. – Zerkam w stronę drzwi wejściowych, ale tamtych panów już nie ma. – Czego są kapitanami?
– Wujek Ralph jest kapitanem drużyny kręglarzy, a Cecil kapitanem tej restauracji – wyjaśnia. – Obaj cieszą się dużym poważaniem, chociaż Cecil oczywiście jest tu, co zrozumiałe, na trochę wyższej pozycji.
– Jasne, to proszę mu podziękować następnym razem, kiedy go pani zobaczy – odpowiadam.
Kiwa głową, raz.
– Tak zrobię. A pani będzie dziś coś jadła czy tylko pływała? – Wskazuje brodą na gargantuiczną miskę wściekle nienaturalnie niebieskiej cieczy, a ja wybucham śmiechem.
– Co w tym w ogóle jest? – pytam.
– Wszystko – odpowiada. – I jeszcze trochę coca-coli.
Biorę malutki łyk przez neonową, różową słomkę, i mam wrażenie, jakbym właśnie wciągnęła cukier, a potem wlała sobie do gardła benzynę, ale w przyjemny sposób.
– Coś do jedzenia? – pyta ponownie dziewczyna z plakietką z imieniem Sheri.
Mówię jej o moim dylemacie: taco czy ryba z frytkami.
– Taco – odpowiada zdecydowanie. – Proszę zawsze wybierać taco.
– Doskonale.
Odkładam na bok menu, a ona znika w drzwiach za barem. Zerkam na mojego drinka i znowu wybucham śmiechem. Nigdy nie znałam się za bardzo na drinkach, ale tę miksturę ocieniłabym dziesięć na dziesięć, za sam sposób podania. Robię zdjęcie i wysyłam je Theo, po czym zaczynam skubać pierwszy owocowy szaszłyk. „To ty jako drink – odpowiada natychmiast. – Baw się dobrze!”.
„Dzięki!” – odpowiadam mu, odkładam komórkę i jeszcze raz rozglądam się po restauracji. Poza mną jest tu niewiele osób: pięcioosobowa rodzina przy stoliku koło witryny i jakiś facet siedzący nad wodą z lodem i jedzący sałatkę w maleńkim boksie na tyłach, przy przejściu do łazienki.
Dokładnie w tym momencie podnosi wzrok znad swojej wody.
Prawie czarne włosy, zakrzywiony nos, surowa brew.
Odwracam się przodem do baru, prawie przy tym wywracam stołek. Chwytam się krawędzi blatu, żeby złapać równowagę, serce wali mi jak oszalałe. To pewnie nawet nie jest on. Pewnie moja głowa i świecący w ciemności sufit spłatały mi figla, tworząc z cieni postać Haydena Andersona.
Biorę kolejny mały łyk Miski Kapitańskiej, żeby się uspokoić, a potem powoli, niezobowiązująco zerkam przez ramię w kierunku tamtego boksu.
On już tu nie patrzy. Wpatruje się w coś przed sobą z mocno zmarszczonymi brwiami. Zgarbiony nad maleńkim stolikiem, sprawia wrażenie niedźwiedzia na dziecięcym przyjęciu, wszystko wokół niego wydaje się trochę za małe i zbyt kruche.
To na pewno on.
A teraz, kiedy go widzę, mam całkiem sporą ochotę uciec i się schować. Co w ogóle nie ma sensu.
On nie jest niedźwiedziem grizzly. Jest gościem, który przypadkiem pracuje w tym samym zawodzie co ja. Autorem książki, którą się zachwyciłam!
Absurdem byłoby traktowanie go jak jakiegoś wroga tylko dlatego, że oboje chcemy spisać historię Margaret. I absurdem jest siedzenie tu i ignorowanie go, skoro znajdujemy się w odległości trzech metrów od siebie.
Powinnam się przywitać.
Jeszcze jeden łyk Miski Kapitańskiej na szczęście, a potem zeskakuję ze stołka, przechodzę przez restaurację i staję przed stolikiem Haydena.
On nie podnosi głowy. Daję mu sekundę na dokończenie strony, ale nawet kiedy stuka w czytnik i przechodzi na następną, nie odrywa od niego oczu.
– Dzień dobry! – świergoczę.
On się wzdryga na dźwięk mojego głosu, a potem powoli, bardzo powoli podnosi wzrok i przygląda mi się spod zmarszczonych brwi.
– Spotkaliśmy się wcześniej – przypominam mu. – Jestem Alice.
– Pamiętam – odpowiada, a jego głos jest dudniący i bez wyrazu.
– W sumie od razu wiedziałam, kim pan jest – dodaję.
Jedna z jego ciemnych brwi wygina się w łuk.
Wsuwam się do boksu, siadam naprzeciwko niego, stukamy o siebie kolanami. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego tak często wyjątkowo wysocy mężczyźni umawiają się z uroczymi, drobnymi kobietami, i teraz już wiem – najwyraźniej osoba tak wysoka jak Hayden Anderson nie może wygodnie siedzieć naprzeciw kogoś o wzroście powyżej metra sześćdziesięciu. Jestem o piętnaście centymetrów za wysoka.
Obracam się więc, żeby przycupnąć bokiem. On wciąż się we mnie wpatruje z tą uniesioną brwią, która wygląda jak znak zapytania.
– Ze względu na pańską książkę – wyjaśniam. – _Nasz przyjaciel Len_. Byłam nią zachwycona. To znaczy, oczywiście. Wszyscy, którzy ją czytają, są zachwyceni. Po Pulitzerze taka informacja od przypadkowej kobiety w barze pewnie wydaje się trochę rozczarowująca, ale mimo wszystko chciałam to panu powiedzieć.
Jego ramiona się rozluźniają, tylko odrobinę.
– Należy pani do krewnych czy rodziny?
– Słucham?
– Margaret – wyjaśnia.
– Och, ani jedno, ani drugie. – Macham dłonią. – Ja też jestem dziennikarką.
Ponownie wbija we mnie wzrok, tym razem mi się przygląda, skoro już ma tę nową informację. Jego tęczówki są jaśniejsze niż myślałam. Brązowe, ale w jasnym odcieniu.
– Jakiego rodzaju rzeczy pani pisze? – pyta.
– Przeróżne – odpowiadam. – Dużo o kwestiach obyczajowych, ale o popkulturze też. Pracuję w „The Scratch”.
Jego twarz pozostaje całkowicie niewzruszona. Próbuję z innej strony.
– Był pan wcześniej w Georgii?
– To mój pierwszy raz.
– Naprawdę? – Zaskoczył mnie. – Skąd pan pochodzi?
– Z Nowego Jorku.
– Z miasta czy ze stanu?
– Z miasta.
– Urodził się pan tam i wychował?
– Nie.
– To gdzie pan dorastał?
– W Indianie.
– Podobało się tam panu?
Robi nachmurzoną minę, jego szerokie usta wciąż układają się w całkowicie prostą linię.
– Dlaczego?
Śmieję się.
– Może pan rozwinąć to „dlaczego”?
– Dlaczego chce pani wiedzieć, czy podobało mi się dorastanie w Indianie? – odpowiada, a jego twarz i głos są w równym stopniu gburowate.
Powstrzymuję uśmiech.
– Bo zastanawiam się nad zakupem.
Jego oczy się zwężają, tęczówki jakby ciemnieją.
– Zakupem czego?
– Indiany.
Wpatruje się we mnie.
Już nie mogę się dłużej powstrzymywać. Rozbawienie mnie pokonuje i znowu się śmieję.
– Po prostu próbuję pana poznać – wyjaśniam.
On kładzie przedramiona na stole, wygląda tak, jakby rzucał mi wyzwanie. Jego głowa przechyla się w lewo, a potem mówi coś, czego chyba w ogóle się nie spodziewałam:
– To nie zadziała.
Odsuwam się, zaskoczona i zakłopotana.
– Co nie zadziała?
– Te pani próby zbicia mnie z tropu – odwarkuje.
– O jakim tropie mówimy? – pytam, rozglądając się po opustoszałej już zupełnie Fish Bowl. – Chwileczkę, chodzi o Sheri? – Odwracam się znów przodem do niego, a nasze kolana raz jeszcze się zderzają.
– Co za Sheri? – pyta z pewnym niesmakiem.
– Nasza kelnerka. – Zniżam głos na wypadek, gdyby wyszła z kuchni. – Jeśli próbuje pan zagadać, wystarczyłoby, żeby mi pan powiedział, a ja wróciłabym prosto do mojej miski…
– Nie chodzi o kelnerkę – przerywa mi. – Tylko o książkę.
– O książkę? – powtarzam.
I wtedy do mnie dociera. Chodzi mu o tę książkę. O książkę Margaret.
Hayden mówi dalej.
– Nie wiem, co to… – Macha między nami swoją wielką dłonią. – Co to miałoby na celu, ale mówimy o Margaret Ives. Chcę tę robotę i nie zamierzam się wycofywać, więc może pani przestać.
W pierwszej chwili nie jest to przyjemne, kiedy obcy człowiek mówi do mnie w ten sposób. Ktoś, czyją pracę podziwiałam, oskarżył mnie właśnie o to, że próbuję jakoś pokrzyżować mu zawodowe plany, podczas gdy ja naprawdę po prostu próbowałam się z nim poznać.
Jednak pod tym ukłuciem narasta jeszcze inne uczucie, przenikające powoli wszystkie moje kończyny.
Nadzieja.
Życie nauczyło mnie, że prawie wszystko ma swoje dobre strony. I to jedna z nich.
Hayden marszczy czoło, zsuwa ręce ze stołu.
– Dlaczego pani to robi?
– Co robię?
– Uśmiecha się pani – odpowiada cierpko.
Parskam śmiechem i wysuwam się z boksu, żeby wstać, po czym prawie unoszę się w powietrzu w drodze do baru, bo jego reakcja zdradziła mi jedną ważną rzecz – to znaczy poza tym, że on jest nieufnym cynikiem.
– Ponieważ – wołam do niego – teraz już wiem, że mam jeszcze szansę!
On przewraca oczami, a ja siadam na moim stołku, podekscytowana, dokładnie w momencie, kiedy Sheri otwiera drzwi kuchenne jednym biodrem i wychodzi z koszykiem smażonych taco z rybą.
– Widzę, że Miska Kapitańska zadbała o pani uśmiech – zagaduje.
– Jest świetna – odpowiadam, biorąc kolejny, pełen wdzięczności łyk. Szczerze mówiąc, pewnie jeden z ostatnich, jakie jestem w stanie wypić, o ile nie planuję dziś wizyty w szpitalu albo areszcie.
– Miło mi to słyszeć – odpowiada. – Nie przyjechała pani autem, mam nadzieję?
– Nie, nocuję w Grande Lucia, więc dziś idę pieszo – odpowiadam.
– Oooo, spędziłam tam miodowy miesiąc z moim mężem Robbiem.
Sheri nie wygląda na wiek, w którym mogłaby być zamężna, ale oceniam chyba po standardach Los Angeles. Większość dziewczyn, z którymi chodziłam do liceum, ma już mężów, a moi rodzice pobrali się w wieku dwudziestu trzech lat, choć moja siostra i ja urodziłyśmy się dużo później.
– Podać coś jeszcze? – pyta z jedną ręką na biodrze.
– W sumie – odpowiadam. – Chciałabym posłać komuś drinka, jeśli mogę.
Coś drobnego, żeby poprawić mu humor, podobnie jak on przed chwilą poprawił mój.
Wzrok Sheri podąża za moim ramieniem w róg i zatrzymuje się na jedynym poza mną gościem w restauracji.
– Co możemy zaproponować? Whiskey? Piwo?
– A macie coś jeszcze większego albo bardziej niebieskiego od tego? – pytam, wskazując swoją miskę.
– Nie, to musiałaby być już tylko świeżo umyta toaleta – odpowiada. – Ale mogę jeszcze dorzucić trochę kandyzowanego hibiskusa dla podkręcenia, jeśli pani sobie życzy.
– Tak – odpowiadam. – To będzie idealne.ROZDZIAŁ 5
5
Mimo że Hayden siedzi już w aucie z zamkniętymi drzwiami, włączonymi światłami i z warczącym silnikiem, nie odjeżdża, dopóki ja nie wsiądę do swojego samochodu.
Może martwi się, żebym nie została zamordowana na ciemnej wiejskiej drodze nad bagnami, a może to tylko przypadek, ale wolę myśleć pozytywnie.
Nie może być taki zły, na jakiego wygląda. A nawet jeśli jest, to przecież nie będziemy spędzać razem czasu.
Otwieram okna i odjeżdżam spod domu Margaret, słuchając kojących pomruków wieczoru w Georgii.
Przez chwilę rozważam, czy nie zadzwonić do mamy, żeby przekazać jej dobre wieści. Ale jest już po dwudziestej drugiej, a ona zawsze była raczej skowronkiem niż sową. Poza tym pewnie lepiej zaczekać, aż dowiem się, co z tego wyniknie. Dam jej znać, że jestem w pobliżu z powodu pracy, umówię się z nią na odwiedziny, ale poczekam ze zdradzaniem szczegółów, aż będę wiedziała, w którą stronę przechyli się szala.
Zjeżdżam z powrotem na prawie pustą dwupasmówkę łączącą stały ląd z Little Crescent i zwalniam, żeby zatrzymać się na czerwonym świetle. Hayden siedzi w aucie obok. Też mnie zauważa. Macham mu. On marszczy brwi.
Zapala się zielone i oboje ruszamy.
Mam wrażenie, że staramy się nie jechać obok siebie, ale światła nam to ciągle uniemożliwiają. Mijamy Little Croissant i inne sklepiki, puszczam go przodem, żebyśmy przynajmniej nie wyprzedzali się co chwilę nawzajem.
Na skrzyżowaniu z Main Street jadę za nim w prawo, w kierunku turystycznej części wyspy i na parking hotelu Grande Lucia.
On skręca w alejkę w lewo, więc ja skręcam w prawo. Ostatecznie lądujemy oddaleni od siebie o trzy miejsca.
On idzie w kierunku tych samych schodów, którymi ja chodzę do mojego pokoju.
Zwalniam krok, ale ku mojemu zaskoczeniu on zatrzymuje się w połowie pierwszego piętra, kiedy zauważa, że idę za nim.
Nie tylko się zatrzymuje, ale nawet odwraca się w moją stronę i nawiązuje kontakt wzrokowy. To ogromny postęp w naszej relacji. Pewnie niedługo wymienimy się bransoletkami przyjaźni.
– Poniedziałek, środa, piątek – burczy.
– Dobre dni – odpowiadam.
– Albo – dodaje – wtorek, czwartek, sobota. Możesz wybrać, które chcesz. W ten sposób będziesz mogła spędzać z nią piątkowe albo sobotnie wieczory, jeśli będziesz chciała, a do tego możemy wymieniać się niedzielami lub zrobić z nich dni wolne, w zależności od tego, jak ona postanowi.
Zatrzymuję się na tym samym stopniu co on, zastanawiam się nad tą propozycją.
– Kiedy mielibyśmy zacząć?
– Zamierzam załatwić to wszystko jutro. – Podnosi dokumenty, które dostaliśmy od Margaret. – Piątek i sobota to mogą być nasze pierwsze dni pracy.
– Jak ją znalazłeś? – pytam.
Marszczy brwi.
– Nie zamierzam ci tego mówić.
– Naprawdę? Dlaczego?
– Bo na nic ci się ta informacja nie przyda.
– Powiem ci, jak ja ją znalazłam – obiecuję, kusząc go tą propozycją jak marchewką.
– Nie jestem ciekaw.
Rusza w górę, a ja za nim.
Docieramy na pierwsze piętro i oboje idziemy dalej.
– Już tu przecież jesteś – zauważam. – Wiedza o tym, jak się tu dostałam, na nic ci się nie przyda. Tak samo jeśli ja będę wiedziała, jak ty się dowiedziałeś o Margaret, nie zyskam tym żadnej przewagi.
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ci na tym zależy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki