Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wspaniałe, cudowne życie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
2917 pkt
punktów Virtualo

Wspaniałe, cudowne życie - ebook

Alice Scott dostaje szansę, o jakiej marzyła od lat: ma udać się na Little Crescent Island i napisać tam biografię Margaret Ives, kobiety, która przez lata była ulubienicą tabloidów, bohaterką plotek, skandali i nagłówków gazet, aż w końcu zapadła się pod ziemię.

Po latach milczenia Margaret zgadza się wreszcie opowiedzieć swoją historię. Sęk w tym, że nie tylko Alice chce ją spisać.

Na Little Crescent Island pojawia się także Hayden Anderson, uznany autor, zdobywca nagrody Pulitzera, który ma dokładnie ten sam cel. Margaret daje im obojgu miesiąc próbny, po którym wybierze osobę, która spisze jej biografię.

W miarę jak kolejne fragmenty wspomnień układają się w niejednoznaczną, pełną sprzeczności historię o miłości, ambicji i cenie sławy, między Alice i Haydenem rodzi się uczucie, którego nie mogą ignorować w nieskończoność.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68872-36-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

1

Jest takie stare powie­dze­nie o histo­riach i o tym, że zawsze ist­nieją trzy wer­sje: twoja, moja i praw­dziwa. Gość, który powie­dział to po raz pierw­szy, pra­co­wał w prze­my­śle fil­mo­wym, ale jego słowa spraw­dzają się też w dzien­ni­kar­stwie.

Nie powin­ni­śmy opo­wia­dać się po żad­nej stro­nie. Mamy zaj­mo­wać się fak­tami. A z fak­tów buduje się prawdę.

Fakt: Robert Evans – pro­du­cent, kie­row­nik stu­dia fil­mo­wego i aktor, który ukuł tę chwy­tliwą man­trę na temat prawdy – sie­dem razy był żonaty.

Fakt: Ja, Alice Scott, dzien­ni­karka w „The Scratch”, aspi­ru­jąca bio­grafka, i w sumie to wszystko – nie jestem jesz­cze nawet ofi­cjal­nie dziew­czyną faceta, z któ­rym spo­ty­kam się od sied­miu mie­sięcy.

Fakt: Robert Evans miał metr sie­dem­dzie­siąt pięć, czyli był dokład­nie tego samego wzro­stu co ja.

Fakt: Całe moje życie praw­do­po­dob­nie wkrótce się zmieni, a zamiast biec chod­ni­kiem w stronę sta­ro­świec­kiego płotu ze szta­che­tami, który oddziela mnie od mojego naj­więk­szego życio­wego marze­nia, sie­dzę w wyna­ję­tym samo­cho­dzie, mam klimę włą­czoną na maksa i czy­tam na IMDb o czło­wieku, któ­rego nazwi­ska nie zna­łam jesz­cze przed trzema minu­tami, a robię to, ponie­waż przy­po­mniał mi się cytat z niego o histo­riach, a także dla­tego, że gram na czas.

Jestem raczej prze­jęta niż zde­ner­wo­wana, ale tak naprawdę pul­suje we mnie sporo emo­cji. Wzdy­cham po raz ostatni, gaszę sil­nik i otwie­ram drzwi.

Od razu ude­rza mnie upał w połu­dnie let­niego dnia w Geo­r­gii, to zna­jome i uko­chane uczu­cie, które staje się jesz­cze lep­sze dzięki sło­nej bry­zie wie­ją­cej znad oce­anu ota­cza­ją­cego wyspę Lit­tle Cre­scent.

Jesz­cze raz spraw­dzam, czy mam przy sobie notes, dyk­ta­fon i dłu­go­pis, a potem zatrza­skuję drzwi i schy­lam się, żeby w bocz­nym lusterku spraw­dzić, jak wygląda moja szybko łapiąca wil­goć grzywka.

Pró­buję zdu­sić uśmiech i zamie­nić go w neu­tralny wyraz twa­rzy. To ważne, żebym nie zdra­dzała się z emo­cjami.

Fakt: Jesz­cze ni­gdy w życiu nie udało mi się nie zdra­dzać z emo­cjami.

Otwie­ram bramę, stu­kam san­da­łami po kamien­nym chod­niku, gdy skrę­cam wzdłuż ściany zie­leni: sit _roeme­ria­nus_ i palma kabacz­kowa, opun­cja i soli­ród oraz – mój ulu­biony – dąb wir­gi­nij­ski.

Od jede­na­stu lat miesz­kam w Los Ange­les, ale za każ­dym razem, kiedy widzę połu­dniowy dąb wir­gi­nij­ski, myślę: dom.

Przede mną wyła­nia się tur­ku­sowy dom na drew­nia­nych palach, wspi­nam się po paru pod­nisz­czo­nych drew­nia­nych stop­niach i staję przed jaskra­wo­ró­żo­wymi drzwiami, ręcz­nie wyma­lo­wa­nymi w białe zawi­jasy.

W nagrodę znaj­duję odpo­wied­nio eks­cen­tryczny dzwo­nek do drzwi. To zna­czy, wygląda jak nor­malny, ale kiedy go wci­skam, roz­lega się taki dźwięk, jakby wiatr poru­szał dzwon­kami.

Jesz­cze nabie­ram powie­trza, zbie­ra­jąc się na odwagę, kiedy drzwi się otwie­rają, a niska, siwo­włosa kobieta w wybla­kłej fla­ne­lo­wej koszuli patrzy na mnie z gniewną miną.

– Dzień dobry. – Wycią­gam do niej dłoń. – Jestem Alice. Scott.

Przy­gląda mi się jasno­nie­bie­skimi oczami, włosy ma krótko ostrzy­żone.

– Z „The Scratch” – dodaję na wypa­dek, gdyby to jej się z czymś sko­ja­rzyło.

Nawet nie mruga.

– To zna­czy, nie przy­szłam w imie­niu „The Scratch”. Pra­cuję tam, ale tutaj przy­szłam w spra­wie książki.

Jej twarz pozo­staje nie­wzru­szona. Przez sekundę roz­wa­żam ewen­tu­al­ność, że to wszystko jest tylko jakimś bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym pod­stę­pem, być może zaaran­żo­wa­nym przez syna tej kobiety, faceta w śred­nim wieku, pla­nu­ją­cego to na swoim kom­pu­te­rze w piw­nicy, gdzie spę­dza całe dnie, wysy­ła­jąc mejle i dzwo­niąc po takich łatwo­wier­nych dzien­ni­kar­kach jak ja – wtedy mówi wyso­kim gło­sem i dodaje mu lek­kie drże­nie, żeby ucho­dzić za kobietę po osiem­dzie­siątce.

To nawet nie byłby pierw­szy raz.

Odchrzą­kuję i uśmie­cham się.

– Bar­dzo prze­pra­szam. Czy pani Mar­ga­ret?

W ogóle jej nie przy­po­mina, ale ostat­nie zdję­cia kobiety, z którą mam się spo­tkać, muszą mieć spo­koj­nie ze trzy­dzie­ści lat. Więc z tego, co mi wia­domo, mogłaby to być ta daw­niej wytworna, nie­mal legen­darna (przy­naj­mniej dla pew­nej pod­grupki ludzi, do któ­rej należę) Mar­ga­ret Grace Ives.

_Księż­niczka Tablo­idów_. Tak ją nazy­wano zarówno dla­tego, że odzie­dzi­czyła impe­rium mediowe Ives, jak i ze względu na te lata, kiedy jej cele­brycki sta­tus budził nie­mal nie­ustanne zain­te­re­so­wa­nie papa­raz­zich i dzia­łów plot­kar­skich.

Kobieta wybu­cha gło­śnym, szcze­rym śmie­chem i otwiera drzwi sze­rzej.

– Jestem Jodi – odzywa się z cie­niem jakie­goś nie­okre­ślo­nego akcentu, może nie­miec­kiego. – Zapra­szam do środka.

Wcho­dzę do chłod­nego kory­ta­rza, w powie­trzu uno­szą się aro­maty mięty i cytryny. Jodi się nie zatrzy­muje ani nawet nie zwal­nia ze względu na mnie, tylko idzie pro­sto w głąb domu, pozo­sta­wia­jąc mnie w tyle, żebym zamknęła za sobą drzwi.

– Jaki piękny dom – świer­go­czę.

– Gorę­cej tu niż w pie­kle, a do tego komary są gor­sze od wam­pi­rów – odpo­wiada.

Myślę o Rober­cie Evan­sie i jego: twoja, moja i praw­dziwa.

Z wąskiego kory­ta­rza skręca do dru­giego; cały ten dom jest prze­stron­nym, jasnym labi­ryn­tem zbu­do­wa­nym z bie­lo­nych desek oraz dodat­ków w kolo­rze mor­skiego szkła; na jego końcu znaj­duje się ogromny salon, a w nim ściany w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach skła­da­jące się z okien.

– Pro­szę tu zacze­kać, a ja pójdę po panią – oznaj­mia Jodi z wyczu­wal­nym roz­ba­wie­niem w gło­sie.

Otwiera jedne ze szkla­nych drzwi na tyłach i wycho­dzi na podwó­rze, do więk­szego i bar­dziej dzi­kiego ogrodu niż ten z przodu, z małym base­nem po jed­nej stro­nie.

Korzy­stam z oka­zji, żeby przejść się powoli po pokoju. Wciąż jesz­cze we mnie buzuje i uśmie­cham się tak sze­roko, że zaczyna mnie boleć szczęka. Kładę swoje rze­czy na niskim rat­ta­no­wym sto­liku do kawy i krzy­żuję ręce na piersi, żeby powstrzy­mać się od doty­ka­nia rze­czy wokół mnie. Ściany obwie­szone są sztuką, rośliny wiszą całymi kępami naprze­ciwko okien, a jesz­cze wię­cej rośnie w gli­nia­nych doni­cach sto­ją­cych na pod­ło­dze. Ple­ciony wia­trak wiruje leni­wie pod sufi­tem, a książki – w więk­szo­ści o ogrod­nic­twie – leżą w nie­ła­dzie sto­sami, pootwie­rane, z popę­ka­nymi grzbie­tami, pokry­wa­jąc każdą dostępną powierzch­nię drew­nia­nych anty­ków.

Prze­pięk­nie tu. W myślach już ukła­dam sobie, jak bym to opi­sała. Jedyny pro­blem w tym, że nie jestem pewna, czy w ogóle będę miała jakiś powód, by to opi­sy­wać.

Jak do tej pory nie dostrze­głam jesz­cze niczego, co wska­zy­wa­łoby na to, że jestem w domu Mar­ga­ret Ives. Żad­nych zdjęć jej wspa­nia­łej rodziny. Żad­nych egzem­pla­rzy, sta­rych czy nowych, dzie­siąt­ków wyda­wa­nych przez nich maga­zy­nów i gazet. Żad­nych opra­wio­nych obra­zów wystaw­nego Domu Ive­sów, w któ­rym Mar­ga­ret wycho­wy­wała się na wybrzeżu Kali­for­nii. Na kominku nie ma sta­tu­etek Grammy jej zmar­łego męża. Nic kon­kret­nego, co łączy­łoby ją z upa­dłym już medial­nym molo­chem ani też z rado­ściami i tra­ge­diami rodziny Ive­sów opi­sy­wa­nymi przez kon­ku­ren­cyjne gazety, z któ­rych wycinki Mar­ga­ret tak lubiła zbie­rać, kiedy była u szczytu popu­lar­no­ści.

Drzwi znów się otwie­rają, odwra­cam się i widzę Jodi. Zbie­ram się, by się dowie­dzieć, kto wła­ści­wie zapro­sił mnie, bym odbyła tę jede­na­sto­go­dzinną podróż samo­lo­tem, a potem jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut wyna­jętą Kią Rio.

I wtedy dostrze­gam kobietę sto­jącą tuż za nią.

Skur­czyła się o kilka cen­ty­me­trów, przy­brała tro­chę na wadze – podej­rze­wam, że w więk­szo­ści są to mię­śnie – a jej kie­dyś kru­czo­czarne włosy są teraz mie­szanką mysiego brązu i siwi­zny.

Nie widać po niej daw­nej wytwor­no­ści ani aury dużych pie­nię­dzy i wła­dzy, ale w błę­kit­nych oczach ma ten sam prze­bie­gły błysk co na wszyst­kich zdję­ciach, na jakich ją widzia­łam – to nie­uchwytne, nie­na­zy­walne coś, co zmie­niło ją z _dzie­dziczki pra­so­wej for­tuny_ w _księż­niczkę z pierw­szych stron gazet._

– Dzień dobry. – Zaska­kuje mnie cie­pło głosu Mar­ga­ret, podob­nie jak wcze­śniej pod­czas naszych kilku krót­kich roz­mów tele­fo­nicz­nych w tygo­dniach poprze­dza­ją­cych tę wyprawę. – Pew­nie jesteś Alice.

Ściąga ręka­wice ogro­dowe i rzuca je na pod­ło­kiet­nik naj­bliż­szego bia­łego rat­ta­no­wego krze­sła, idąc boso w moją stronę. Wyciera ręce o far­tuch, a potem wyciąga do mnie dłoń.

– Pani jest Mar­ga­ret – odzy­wam się.

Wszel­kie elo­kwentne, czy choćby składne zda­nia, jakie kie­dy­kol­wiek skon­stru­owa­łam, pisane były powoli. Te, które padają z moich ust, zwy­kle brzmią raczej wła­śnie w ten spo­sób.

Ona się śmieje.

– Wyda­wało mi się, że tego pani ocze­ki­wała.

Lekko ści­ska moją dłoń, potem opusz­cza rękę i pro­po­nuje mi gestem, żebym usia­dła.

– Tak, tego. – Opa­dam na kanapę, ona zaj­muje fotel naprze­ciw mnie. – Sta­ra­łam się na nic nie nasta­wiać. Nie udało się. Ni­gdy się nie udaje. Ale nie prze­staję się sta­rać.

– Naprawdę? – Wydaje się roz­ba­wiona. – Ja raczej mam prze­ciwny pro­blem. Nie umiem nie spo­dzie­wać się po ludziach naj­gor­szego.

Uśmie­cha się. Wygląda jed­no­cze­śnie pro­mien­nie i smutno. _Smu­ten­nie_.

To na przy­kład nie tra­fi­łoby do ofi­cjal­nie spi­sa­nego i zre­da­go­wa­nego zda­nia. Ale cho­dzi o to, co widzę ukryte gdzieś w tych jej błysz­czą­cych oczach: prawdę. Taką, jakiej jesz­cze dotąd nie sły­sze­li­śmy.

Jak to było uro­dzić się w świe­cie srebr­nych łyże­czek i zło­tych tale­rzy, peł­nym akto­rów pły­wa­ją­cych po pijaku w base­nie w twoim domu i poli­ty­ków przy­pie­czę­to­wu­ją­cych uści­skiem ręki zaku­li­sowe poro­zu­mie­nia przy twoim zabyt­ko­wym stole.

Jak to było zako­chać się w królu rock and rolla, i to z dziką wza­jem­no­ścią.

I oczy­wi­ście o tych wszyst­kich innych rze­czach. O skan­dalu, o sek­cie, o pro­ce­sie, o wypadku.

I wresz­cie o znik­nię­ciu Mar­ga­ret przed dwu­dzie­stu laty.

O tym, co się stało, ale też dla­czego.

I dla­czego teraz, po tak dłu­gim cza­sie, wresz­cie jest gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię.

Za Mar­ga­ret otwie­rają się ze skrzyp­nię­ciem drzwi i Jodi wraca do domu z koszem cytryn.

– Dzię­kuję, Jodi! – woła Mar­ga­ret, nie odwra­ca­jąc głowy.

Jodi chrząka. Nie mam poję­cia, czy te dwie kobiety są przy­ja­ciół­kami, part­ner­kami, pra­cow­nicą i pra­co­daw­czy­nią, czy może śmier­tel­nymi wro­gami, któ­rzy przy­pad­kiem miesz­kają razem.

Mar­ga­ret zakłada nogę na nogę.

– Uro­cze paznok­cie – zauważa, wska­zu­jąc brodą moją dłoń na kola­nie.

Ten moment poro­zu­mie­nia przy­pra­wia mnie nie­mal o zawrót głowy.

– Przy­kle­jane. – Pochy­lam się, żeby mogła się lepiej przyj­rzeć drob­nemu wzo­rowi w tru­skawki.

– Mogła­bym się zało­żyć – stwier­dza – że jesteś takim typem osoby, która stara się we wszyst­kim odnaj­do­wać piękno.

– A pani nie? – pytam zain­try­go­wana deli­kat­nym, smut­nym uśmie­chem, który drży na jej ustach.

Odpo­wiada mi nie­peł­nym wzru­sze­niem ramion, zna­czą­cym nie tyle „Nie wiem”, ile: „Nie podoba mi się to pyta­nie”.

A potem, jak przy­stało na panią Ives, zgrab­nie prze­kie­ro­wuje roz­mowę na inny temat.

– To jak mia­łoby to dzia­łać? Gdy­bym wyra­ziła zgodę.

Nie daję się znie­chę­cić. Wiem, że ona jesz­cze nie jest pewna na sto pro­cent, i wcale jej się nie dzi­wię.

– Jak tylko pani zechce – mówię.

Unosi jedną brew.

– A gdy­bym chciała, żeby dzia­łało to tak, jak zwy­kle się to robi?

– No, cóż – odpo­wia­dam. – Sama jesz­cze nie robi­łam dokład­nie cze­goś takiego. Zwy­kle zaj­muję się cha­rak­te­ry­sty­kami i syl­wet­kami. Spę­dzam z daną osobą kilka dni albo tygo­dni. Spi­suję moje obser­wa­cje, sypię dow­ci­pami. To jest zawsze per­spek­tywa z zewnątrz. W tym wypadku byłoby ina­czej. Cho­dzi­łoby o uchwy­ce­nie pani doświad­cze­nia. Z wewnętrz­nej per­spek­tywy. To zaję­łoby dużo wię­cej czasu, pew­nie kilka mie­sięcy, i to na pierw­szą turę zbie­ra­nia mate­ria­łów, żebym mogła napi­sać szkic i okre­ślić, czego mi bra­kuje. Wyna­ję­ła­bym sobie coś w pobliżu, usta­li­ły­by­śmy gra­fik, wydzie­li­ły­by­śmy czas na roz­mowy, ale też czas dla mnie, żebym mogła panią śle­dzić.

– Śle­dzić – powta­rza z roz­my­słem.

– Towa­rzy­szyć pani w zwy­czaj­nym życiu – wyja­śniam. – Spraw­dzić, co pani hoduje w ogro­dzie, z kim spę­dza pani czas. Pobyć z panią, z Jodi i innymi przy­ja­ciółmi, któ­rych ma pani w pobliżu.

Mar­ga­ret wysuwa brodę i zaci­ska oczy w reak­cji na swoje szyb­kie, szczere par­sk­nię­cie.

– Zrób mi, pro­szę, tę przy­jem­ność i powtórz to, kiedy tu wróci.

Led­wie parę sekund póź­niej Jodi wpada do pokoju, nio­sąc dwie szklanki lemo­niady. Sta­wia je gło­śno na sto­liku kawo­wym.

– Dzię­kuję, Jodi – odzy­wam się, chcąc zdo­być jej sym­pa­tię.

A ona masze­ruje z powro­tem tam, skąd przy­szła.

– Co ja bym bez cie­bie zro­biła! – woła za nią żar­to­bli­wie Mar­ga­ret.

– Nie mam poję­cia! – odkrzy­kuje Jodi, a potem znika za drzwiami.

Biorę mały łyk lemo­niady, który zmie­nia się w ogromny, bo jest prze­pyszna, świeża i orzeź­wia­jąca, liście mięty wirują w niej razem z kost­kami lodu.

Odsta­wiam szklankę i zmu­szam się, by wró­cić do sedna sprawy.

– Wie pani, jest wielu dużo bar­dziej doświad­czo­nych pisa­rzy, z któ­rymi mogłaby się pani spo­tkać. Setki ludzi byłyby zdolne wepchnąć mnie pod auto­bus, byle dostać tę pracę, i szcze­rze mówiąc, w pełni ich rozu­miem.

– Przy­kre – odpo­wiada Mar­ga­ret.

– Cho­dzi mi o to, że jeśli jest pani gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię, to zasłu­guje pani na przed­sta­wie­nie jej w dokład­nie taki spo­sób, jak pani sobie wymy­śli. Ona musi nale­żeć do pani, do nikogo innego. A to się może udać tylko w takim wypadku, jeśli zrobi to pani z kimś, komu cał­ko­wi­cie pani ufa. Obie­cuję jed­nak, że jeśli będzie pani chciała napi­sać tę książkę ze mną, pani głos znaj­dzie się w samym cen­trum. To dla mnie naj­waż­niej­sze. Dopil­no­wać, żeby to była pani histo­ria.

Jej uśmiech bled­nie, twarz poważ­nieje. Zmarszczki w kąci­kach oczu i zagię­cia w kąci­kach ust pogłę­biają się – to ślady jej prze­ży­tego życia, całego, nie tylko tych trzy­dzie­stu trzech lat spę­dzo­nych na świecz­niku, ale też trzy­dzie­stu póź­niej­szych, spę­dzo­nych samot­nie, oraz dwu­dzie­stu od chwili, w któ­rej znik­nęła.

– A co jeśli… – zaczyna powoli – ja wcale tego nie chcę?

Kręcę głową.

– Nie jestem pewna, czy rozu­miem.

– Jeśli nie chcę, żeby to była moja wer­sja tej histo­rii? – pyta. – Jeśli nie chcę całej tej okrop­nej prawdy? Jeśli mam już dość życia z wła­sną wer­sją wyda­rzeń, w któ­rej to ja jestem boha­terką? Jeśli chcę usiąść i choć raz obej­rzeć to wszystko w czarno-bia­łych bar­wach?

Jej pyta­nie mnie zaska­kuje. Jestem raczej przy­zwy­cza­jona do zapew­nia­nia moich roz­mów­ców, że nie zamie­rzam prze­krę­cać wszyst­kiego, co powie­dzą, w jakąś bru­talną roz­kła­dówkę. Że chcę poznać pełny obraz, dowie­dzieć się, jakimi są ludźmi.

W reak­cji na moje waha­nie Mar­ga­ret unosi brwi.

– Czy to pro­blem?

Prze­su­wam się na skraj kanapy.

– Jeżeli pani chce, żeby zostało to tak opo­wie­dziane… – powta­rzam. – Jeżeli pani tego chce, to tak wła­śnie zro­bimy.

Zasta­na­wia się długą chwilę.

– Jesz­cze jedno pyta­nie.

– Oczy­wi­ście.

Mogłaby zapy­tać o moje naj­bar­dziej zawsty­dza­jące doświad­cze­nie sek­su­alne, a ja bym wszystko jej wyśpie­wała. Muszę dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest przy mnie bez­pieczna.

Znów unosi szel­mow­sko szare brwi.

– Zawsze jesteś taka dziar­ska?

Wzdy­cham. To zbyt dłu­gie i poważne zle­ce­nie, żeby zała­twić to kłam­stwem.

– Tak – odpo­wia­dam. – Tak, taka wła­śnie jestem.

Jej chi­chot prze­rywa dźwięk wia­tru poru­sza­ją­cego szkla­nymi dzwo­necz­kami. Mar­ga­ret zerka na zegar ze sta­rego drewna, sto­jący na kominku bez sta­tu­etek Grammy.

– To będzie mój kolejny gość, z czter­na­stej. – Zrywa się na nogi. – Dałaś mi dużo do myśle­nia, Alice Scott.

Też się pod­ry­wam, biorę mój nie­wy­ko­rzy­stany notes i dyk­ta­fon.

– Mimo wszystko dzię­kuję. Naprawdę.

– Za cóż takiego? – pyta, szcze­rze zdu­miona, gdy pro­wa­dzi mnie przez labi­rynt kory­ta­rzy.

– Za dzi­siaj – odpo­wia­dam. – Za to, że dała mi pani szansę.

Szcze­rze mówiąc, naresz­cie mam jakiś temat zwią­zany z pracą, który mogę poru­szyć przy mamie i któ­rym jej od razu nie zanu­dzę.

– To tylko szansa – przy­po­mina mi Mar­ga­ret, kiedy docie­ramy do drzwi wej­ścio­wych. – Nie dzię­kuj mi za to. Każ­demu się tyle należy. A ja muszę jesz­cze potrzą­snąć kil­koma gałę­ziami, spraw­dzić, co z nich spad­nie.

– Abso­lut­nie rozu­miem, ale…

Ury­wam, bo ona otwiera jaskra­wo­ró­żowe drzwi, a ja zdaję sobie sprawę, jak bar­dzo się myli­łam.

Niczego nie rozu­mia­łam.

Gość Mar­ga­ret z czter­na­stej stoi na górze scho­dów w ciem­no­po­pie­la­tych chi­no­sach i bia­łym T-shir­cie.

Jed­nak to nie strój spra­wia, że tru­chleję i krew odpływa mi z twa­rzy – cho­ciaż sam pomysł wło­że­nia dłu­gich spodni w taką pogodę z pew­no­ścią daje mi do myśle­nia.

Cho­dzi o dobrze zbu­do­wa­nego, ciem­no­okiego męż­czy­znę z soko­lim nosem, który w nich przy­szedł.

Hay­den Ander­son.

Cztery lata temu można by powie­dzieć: „Hay­den Ander­son, ten dzien­ni­karz muzyczny” i byłoby to cał­kiem sto­sowne pod­su­mo­wa­nie. Ale gdyby on na­dal był dzien­ni­karzem muzycz­nym, nie zna­ła­bym jego nazwi­ska, a już na pewno nie wie­dzia­ła­bym, jak wygląda. Mam dobrą pamięć, ale nie zwy­kłam zapa­mię­ty­wać nagłów­ków doty­czą­cych Rol­ling Sto­ne­sów.

W każ­dym razie.

On nie jest już tylko „Hay­de­nem Ander­so­nem, dzien­ni­ka­rzem muzycz­nym”.

Jest „Hay­de­nem Ander­so­nem, lau­re­atem Nagrody Pulit­zera za bio­gra­fię”. Tym, który napi­sał tę opa­słą, wstrzą­sa­jącą opo­wieść o pio­sen­ka­rzu ame­ri­cany z demen­cją.

A teraz jest tym Hay­de­nem Ander­so­nem, któ­rego Mar­ga­ret wła­śnie okre­śliła jako kolejną gałąź do potrzą­śnię­cia. Gałąź z więk­szymi suk­ce­sami, bar­dziej znaną, bar­dziej wszystko.

Jego ciemne oczy zer­kają na mnie (cał­ko­wi­cie bez wyrazu, nie poznaje mnie; zresztą dla­czego by miał? Jestem naprawdę nie­cie­kawą gałę­zią), potem na Mar­ga­ret (wobec któ­rej oka­zuje tylko odro­binę mniej braku zain­te­re­so­wa­nia), po czym odzywa się niskim, dud­nią­cym gło­sem:

– Przy­sze­dłem za wcze­śnie?

– W samą porę – odpo­wiada ser­decz­nie Mar­ga­ret. – Alice wła­śnie wycho­dzi.

Wyraz twa­rzy Hay­dena opi­sa­ła­bym jako prze­lotne „kim do dia­bła jest Alice”, jakby już zapo­mniał, że tuż przed nim stoi jakiś inny czło­wiek albo może w ogóle mnie nie zauwa­żył za pierw­szym razem, kiedy spoj­rze­li­śmy sobie w oczy.

– Dzień dobry. – Otrzą­sam się na tyle, żeby moje organy wró­ciły do pracy, serce znów zaczęło pom­po­wać krew, płuca pobie­rają tlen, a moja dłoń wyciąga się w jego kie­runku.

On unosi powoli swoją, jakby ocze­ki­wał wię­cej infor­ma­cji, zanim zgo­dzi się na kon­takt fizyczny.

– Wła­śnie wycho­dzi­łam – mówię, i to na szczę­ście działa.

W końcu jego bar­dzo duża, bar­dzo cie­pła i bar­dzo sucha dłoń ota­cza moją, poru­sza się raz, a potem wraca do jego boku.

– Jesz­cze raz dzię­kuję – rzu­cam przez ramię do Mar­ga­ret i wybie­gam na chod­nik.

– Ode­zwę się – odpo­wiada, a ja zmu­szam się do uśmie­chu, jakby moje serce wcale nie pękało i jak­bym w ogóle nie miała się zaraz roz­pła­kać z powodu tej wyma­rzo­nej oferty pracy, co do któ­rej jestem na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pewna, że ucie­kła mi sprzed nosa.ROZDZIAŁ 2

2

Pierw­szy wie­czór spę­dzam w hotelu Grande Lucia, jedząc Twiz­zlery i szu­ka­jąc w inter­ne­cie infor­ma­cji o Hay­de­nie Ander­so­nie, a jed­no­cze­śnie prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, że jego poja­wie­nie się to nie koniec świata.

Naj­pierw czy­tam kil­ka­na­ście entu­zja­stycz­nych recen­zji jego książki. Potem naty­kam się na arty­kuł w „Publi­shers Weekly”, który sza­cuje, że w pierw­szym roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jego książka sprze­dała się w ponad milio­nie egzem­pla­rzy. Osta­tecz­nie, żeby sobie jesz­cze dowa­lić, oglą­dam wywiad z Hay­de­nem i z boha­te­rem jego książki, Lenem Stir­lin­giem, pod­czas któ­rego Len infor­muje pro­wa­dzą­cego wywiad, że roz­wa­żał powie­rze­nie swo­jej histo­rii dzie­wię­ciu pisa­rzom, zanim Hay­den poja­wił się na hory­zon­cie. Hay­den bez cie­nia żartu czy iro­nii pochy­lił się i dodał: „Lubię rywa­li­za­cję”.

Wydaję z sie­bie krótki jęk.

Na­dal ist­nieje jakaś szansa, że Mar­ga­ret będzie wolała pra­co­wać ze mną.

Może wola­łaby pra­co­wać z kobietą. Może zawsze kibi­cuje słab­szemu gra­czowi. Może po pro­stu z natury nie lubi wyso­kich, umię­śnio­nych, uta­len­to­wa­nych męż­czyzn piszą­cych takie bio­gra­fie, które nie tylko nikogo nie usy­piają przy czy­ta­niu, ale też potra­fią wie­lo­krot­nie dopro­wa­dzić czy­tel­nika do łez pod­czas samot­nego czy­ta­nia przy barze w naj­bliż­szej knaj­pie z taco­sami w High­land Park.

Ist­nieje wiele powo­dów, dla któ­rych Mar­ga­ret może nie chcieć współ­pra­co­wać z Hay­de­nem i na pewno jest też choćby kilka, dla któ­rych mogłaby chcieć pra­co­wać ze mną.

Powta­rzam to sobie, choć mój entu­zjazm nie jest taki szczery, kiedy wyglą­dam przez okno, głową w dół, w kie­runku plaży roz­cią­ga­ją­cej się za hote­lo­wym dzie­dziń­cem.

Powin­nam wie­dzieć, że taki sekret jak miej­sce zamiesz­ka­nia Mar­ga­ret nie będzie trwał wiecz­nie.

Wszystko zaczęło się cztery mie­siące temu, kiedy opu­bli­ko­wano moją syl­wetkę byłej dzie­cię­cej gwiazdy Belli Girardi. To arty­kuł, z któ­rego byłam abso­lut­nie naj­bar­dziej dumna w całej mojej dotych­cza­so­wej karie­rze. Mia­łam cały plik uro­czych mejli od daw­nych zna­jo­mych z pracy oraz piękne zrzuty z ekranu doku­men­tu­jące inter­ne­towe zachwyty nad tą histo­rią po jej publi­ka­cji.

I to wszystko samo w sobie było już wię­cej niż wystar­cza­ją­cym powo­dem, dla któ­rego dłu­gie tygo­dnie pisa­nia i popra­wia­nia tek­stu w tę i z powro­tem z moimi rese­ar­che­rami i redak­torką miały sens.

Jed­nak na końcu jed­nego krót­kiego mejla było coś jesz­cze.

LindaTakesBackHerLifeAt53 napi­sała: „Podoba mi się ten arty­kuł. PS Ta pio­senka Cosmo Sinc­la­ira o Mar­ga­ret Ives, o któ­rej roz­ma­wia­ły­ście z Bellą, jest jedną z moich ulu­bio­nych. Wie­dzia­łaś, że Mar­ga­ret mieszka teraz na wyspie w Geo­r­gii i sprze­daje sztukę pod fał­szy­wym nazwi­skiem?”.

I tyle. Żad­nych dodat­ko­wych infor­ma­cji. A kiedy odpi­sa­łam Lin­dzie, nie ode­zwała się już.

Dwa tygo­dnie spę­dzi­łam na poszu­ki­wa­niu związ­ków, jakie Mar­ga­ret może mieć z Geo­r­gią (żad­nych nie zna­la­złam), a także na wyszu­ki­wa­niu połą­czeń jej nazwi­ska ze „sztuką” i „wyspą”, bez­sku­tecz­nie. Mar­ga­ret Ives cał­ko­wi­cie zniknę-ła z życia publicz­nego we wcze­snych latach dwu­ty­sięcz­nych, a krą­żące na jej temat plotki dono­siły, że wyszła za jakie­goś wło­skiego plan­ta­tora oli­wek młod­szego od niej o połowę i zamiesz­kała po dru­giej stro­nie Atlan­tyku.

Począt­kowo byłam na dzie­więć­dzie­siąt pro­cent pewna, że Linda kła­mała lub miała fał­szywe infor­ma­cje.

Nie­moż­liwe, żeby Mar­ga­ret Ives miesz­kała w Geo­r­gii, na maleń­kiej wyspie utrzy­mu­ją­cej się z tury­styki, dzień jazdy samo­cho­dem od rodzin­nego domu swo­jego zmar­łego męża, Cosmo Sinc­la­ira, w zachod­nim Ten­nes­see.

Jed­nak ta sprawa nie dawała mi spo­koju. Taka plotka musiała mieć jakieś źró­dło, myśla­łam, mimo że jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­łam uci­szyć w sobie wro­dzony opty­mizm.

Zaczę­łam prze­trzą­sać fora inter­ne­towe. Wszystko, co zwią­zane z muzyką Cosmo, ze zdję­ciami rodziny Ive­sów, ze znik­nię­ciem Mar­ga­ret.

Nic. Ni­gdzie.

A potem zna­la­złam teo­rie spi­skowe. Ludzi wrzu­ca­ją­cych zdję­cia „Elvisa” w cen­trum han­dlo­wym w Tusca­lo­osa. Albo Johna F. Ken­nedy’ego ubra­nego w węd­kar­ski kape­lu­sik i pra­wie cał­kiem roz­piętą koszulę, odsła­nia­jącą białe włosy na kla­cie i złoty łań­cuch na szyi, w Miami. Chwilę mi zajęło, zanim zna­la­złam wątek o Mar­ga­ret, tylko dla­tego, że zwią­zana z jej histo­rią tajem­nica zdą­żyła z cza­sem zbled­nąć.

Ludzie wie­dzieli o fir­mie Ives Media, wie­dzą też o rodzin­nej oka­za­łej rezy­den­cji (będą­cej teraz w posia­da­niu pań­stwa i otwar­tej dla tury­stów). Wie­dzieli też oczy­wi­ście o całym tym bała­ga­nie zwią­za­nym z sio­strą Mar­ga­ret i jej sektą, potra­fili pew­nie przy­wo­łać w pamięci słynne czarno-białe zdję­cie Mar­ga­ret i Cosmo bie­gną­cych za rękę po scho­dach urzędu w dniu, kiedy zde­cy­do­wali się na spon­ta­niczny, cichy ślub, jego blond włosy przy­li­zane do tyłu, a jej uło­żone w modne w tam­tych cza­sach upię­cie w stylu Bri­gitte Bar­dot.

Jed­nak po tra­gicz­nej śmierci Cosmo wdowa w dużej mie­rze wyco­fała się z bla­sków fle­szy. Dla­tego, kiedy zupeł­nie znik­nęła przed dwu­dzie­stu laty, nikt już nie był nią aż tak bar­dzo zain­te­re­so­wany.

Więk­szość po pro­stu zaak­cep­to­wała fakt, że ni­gdy się nie dowiemy, jak poto­czyły się jej losy. Niczym kolejna Ame­lia Ear­hart, kobieta, która znik­nęła.

Jed­nak wciąż ist­niały pewne aktywne inter­ne­towe spo­łecz­no­ści gro­ma­dzące się wokół Mar­ga­ret Ives, zaan­ga­żo­wane w plotki krą­żące wokół jej znik­nię­cia. Pró­bo­wali je oba­lać albo ich dowo­dzić, w zależ­no­ści od punktu widze­nia. Trak­to­wano ich podob­nie jak spo­łecz­no­ści świ­rów od _true crime_, któ­rzy w kółko powta­rzają frag­menty sta­rych wywia­dów, uży­wa­jąc ich jako dowo­dów popie­ra­ją­cych ich ulu­bione teo­rie lub im zaprze­cza­ją­cych.

Te kon­kretne fora do niczego mnie nie dopro­wa­dziły.

Jed­nak forum Nie-Takie-Umarłe-Gwiazdy zawio­dło mnie aż tutaj, na wysepkę Lit­tle Cre­scent.

A jeżeli mnie udało się ją odna­leźć dzięki temu wpi­sowi, nie wia­domo, ilu kolej­nych Hay­de­nów Ander­so­nów leci w tej chwili lotem kra­jo­wym na Lit­tle Cre­scent.

Komórka brzę­czy obok mnie na mate­racu i macam chwilę ręką wkoło, zanim ją znajdę. Ści­ska mnie w żołądku – może to Mar­ga­ret pod­jęła już decy­zję – ale potem patrzę na ekran.

Theo. Tym razem czuję w brzu­chu coś zupeł­nie innego, to nie­spo­kojne trze­po­ta­nie, które towa­rzy­szy mi za każ­dym razem, kiedy odzywa się mój to obecny, to dawny, to znów obecny nie-chło­pak. „Jak poszło z dzie­dziczką?” – pyta w ese­me­sie.

Jestem wzru­szona, że pamię­tał. Zapewne zbyt wzru­szona. Przez ostat­nich kilka tygo­dni nie mówi­łam o niczym innym. Ale mimo wszystko! Ode­zwał się, żeby zapy­tać – to już coś!

Waham się, jak to ująć, i osta­tecz­nie decy­duję się na: „Jest intry­gu­jąca, dom ma wspa­niały i tak bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo chcia­ła­bym to zle­ce­nie”.

Sama prawda. Na nic by się nie przy­dało, gdy­bym dodała: „I jestem prze­ra­żona, że go nie dostanę, bo do gry dołą­czył potężny facet wysoki na metr dzie­więć­dzie­siąt, z Nagrodą Pulit­zera i mro­żą­cym krew w żyłach wzro­kiem Gor­gony”.

Przez minutę wpa­truję się w tele­fon, potem jesz­cze dwie, trzy. Odkła­dam go na bok. Theo przy­cią­gnął mnie swoją swo­bodną pew­no­ścią sie­bie i wylu­zo­wa­nym, bez­tro­skim spo­so­bem poru­sza­nia się po świe­cie. Jest coś pocią­ga­ją­cego w czło­wieku, który niczego nie trak­tuje zbyt poważ­nie. Dopóki nie trzeba się z nim wymie­niać ese­me­sami. Theo jest w tym okropny. Szcze­rze mówiąc, sama nie jestem za dobra, ale on jest kró­lem wysy­ła­nia wia­do­mo­ści, na które odpo­wia­dam natych­miast, a potem cze­kam cały dzień, aż moja odpo­wiedź zosta­nie odczy­tana.

Moż­liwe, że do tej pory moż­liwe stracę już wyma­rzone zle­ce­nie, cał­ko­wi­cie wto­pię się w to łóżko i pozo­sta­nie ze mnie kałuża znana daw­niej jako pisarka Alice Scott.

– Ogar­nij się, Scott! – wołam, zry­wa­jąc się na równe nogi i zatrza­sku­jąc gło­śno lap­top. – Jesteś na pięk­nej wyspie, bur­czy ci w brzu­chu i nie masz nic do roboty – mówię, chwy­tam komórkę i wci­skam stopy w san­dały. – Rów­nie dobrze można to jakoś wyko­rzy­stać.

* * *

Lit­tle Cre­scent jest waka­cyjną wysepką, ale nie toczy się tu modne nocne życie. Przy­jeż­dżają tu głów­nie albo eme­ryci, albo rodziny z dziećmi, a że jest dwu­dzie­sta pierw­sza, wtor­kowy wie­czór, przy głów­nym dep­taku naprawdę nie­wiele się dzieje.

Pierw­sza otwarta restau­ra­cja, jaką napo­ty­kam, nazywa się Fish Bowl i wywie­szone przed drzwiami menu naj­wy­raź­niej składa się w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z alko­holu i w dzie­się­ciu z owo­ców morza.

W środku jest cia­sno i cudow­nie kiczo­wato, ściany wyło­żono bam­bu­sową boaze­rią, z sufitu zwi­sają sieci rybac­kie, w które wplą­tano wszel­kiego rodzaju kolo­rowe pla­sti­kowe ryby oraz świe­cące w ciem­no­ści wodo­ro­sty. Kel­nerka z kucy­kiem, w cia­snej bia­łej koszuli i krót­kich szor­tach, prze­cho­dzi ener­gicz­nie obok mnie z tacą w dłoni i zaga­duje pogod­nie:

– Sia­daj, gdzie chcesz, kochana. Nie mamy dzi­siaj ruchu.

Jest wiele wol­nych sto­li­ków, ale przy barze sie­dzi dwóch star­szych dżen­tel­me­nów w takich samych koszul­kach do gry w krę­gle, a ja jestem w roz­mow­nym nastroju, więc idę w ich stronę. Jed­nak kiedy sia­dam na stołku dwa miej­sca od nich, kładą pie­nią­dze na lśnią­cym, ciem­nym drew­nia­nym bla­cie i szy­kują się do wyj­ścia.

Jeden z nich zauważa moje spoj­rze­nie, uśmie­cham się do niego.

On też się uśmie­cha.

– Bar­dzo pole­cam Miskę Kapi­tań­ską!

– Wezmę to pod uwagę – obie­cuję, a on przy­kłada palce do nie­wi­dzial­nego kape­lu­sza, po czym rusza w ślad za swoim towa­rzy­szem. Przy wyj­ściu obaj się zatrzy­mują, żeby poroz­ma­wiać z kel­nerką z kucy­kiem, a ona daje miło­śni­kowi Miski Kapi­tań­skiej całusa w poli­czek, więc albo wszy­scy się tu znają, albo po pro­stu mają obsługę naj­wyż­szej klasy.

Wra­cam do prze­glą­da­nia menu, wzna­wia­jąc wła­ści­wie swój odwieczny dyle­mat: czy zamó­wić tacos z rybą, czy rybę z fryt­kami.

Wciąż jesz­cze się nad tym zasta­na­wiam, kiedy ktoś gło­śno sta­wia tuż przede mną ogromną miskę pełną zadzi­wia­jąco nie­bie­skiego płynu, lodu, i jakieś pięć owo­co­wych szasz­ły­ków. Zasko­czona pod­no­szę wzrok, zza baru uśmie­cha się do mnie kel­nerka z kucy­kiem.

– Miska Kapi­tań­ska – oznaj­mia. – Dzięki uprzej­mo­ści samych kapi­ta­nów.

– Och. – Zer­kam w stronę drzwi wej­ścio­wych, ale tam­tych panów już nie ma. – Czego są kapi­ta­nami?

– Wujek Ralph jest kapi­ta­nem dru­żyny krę­gla­rzy, a Cecil kapi­ta­nem tej restau­ra­cji – wyja­śnia. – Obaj cie­szą się dużym powa­ża­niem, cho­ciaż Cecil oczy­wi­ście jest tu, co zro­zu­miałe, na tro­chę wyż­szej pozy­cji.

– Jasne, to pro­szę mu podzię­ko­wać następ­nym razem, kiedy go pani zoba­czy – odpo­wia­dam.

Kiwa głową, raz.

– Tak zro­bię. A pani będzie dziś coś jadła czy tylko pły­wała? – Wska­zuje brodą na gar­gan­tu­iczną miskę wście­kle nie­na­tu­ral­nie nie­bie­skiej cie­czy, a ja wybu­cham śmie­chem.

– Co w tym w ogóle jest? – pytam.

– Wszystko – odpo­wiada. – I jesz­cze tro­chę coca-coli.

Biorę malutki łyk przez neo­nową, różową słomkę, i mam wra­że­nie, jak­bym wła­śnie wcią­gnęła cukier, a potem wlała sobie do gar­dła ben­zynę, ale w przy­jemny spo­sób.

– Coś do jedze­nia? – pyta ponow­nie dziew­czyna z pla­kietką z imie­niem Sheri.

Mówię jej o moim dyle­ma­cie: taco czy ryba z fryt­kami.

– Taco – odpo­wiada zde­cy­do­wa­nie. – Pro­szę zawsze wybie­rać taco.

– Dosko­nale.

Odkła­dam na bok menu, a ona znika w drzwiach za barem. Zer­kam na mojego drinka i znowu wybu­cham śmie­chem. Ni­gdy nie zna­łam się za bar­dzo na drin­kach, ale tę mik­sturę ocie­ni­ła­bym dzie­sięć na dzie­sięć, za sam spo­sób poda­nia. Robię zdję­cie i wysy­łam je Theo, po czym zaczy­nam sku­bać pierw­szy owo­cowy szasz­łyk. „To ty jako drink – odpo­wiada natych­miast. – Baw się dobrze!”.

„Dzięki!” – odpo­wia­dam mu, odkła­dam komórkę i jesz­cze raz roz­glą­dam się po restau­ra­cji. Poza mną jest tu nie­wiele osób: pię­cio­oso­bowa rodzina przy sto­liku koło witryny i jakiś facet sie­dzący nad wodą z lodem i jedzący sałatkę w maleń­kim bok­sie na tyłach, przy przej­ściu do łazienki.

Dokład­nie w tym momen­cie pod­nosi wzrok znad swo­jej wody.

Pra­wie czarne włosy, zakrzy­wiony nos, surowa brew.

Odwra­cam się przo­dem do baru, pra­wie przy tym wywra­cam sto­łek. Chwy­tam się kra­wę­dzi blatu, żeby zła­pać rów­no­wagę, serce wali mi jak osza­lałe. To pew­nie nawet nie jest on. Pew­nie moja głowa i świe­cący w ciem­no­ści sufit spła­tały mi figla, two­rząc z cieni postać Hay­dena Ander­sona.

Biorę kolejny mały łyk Miski Kapi­tań­skiej, żeby się uspo­koić, a potem powoli, nie­zo­bo­wią­zu­jąco zer­kam przez ramię w kie­runku tam­tego boksu.

On już tu nie patrzy. Wpa­truje się w coś przed sobą z mocno zmarsz­czo­nymi brwiami. Zgar­biony nad maleń­kim sto­li­kiem, spra­wia wra­że­nie niedź­wie­dzia na dzie­cię­cym przy­ję­ciu, wszystko wokół niego wydaje się tro­chę za małe i zbyt kru­che.

To na pewno on.

A teraz, kiedy go widzę, mam cał­kiem sporą ochotę uciec i się scho­wać. Co w ogóle nie ma sensu.

On nie jest niedź­wie­dziem griz­zly. Jest gościem, który przy­pad­kiem pra­cuje w tym samym zawo­dzie co ja. Auto­rem książki, którą się zachwy­ci­łam!

Absur­dem byłoby trak­to­wa­nie go jak jakie­goś wroga tylko dla­tego, że oboje chcemy spi­sać histo­rię Mar­ga­ret. I absur­dem jest sie­dze­nie tu i igno­ro­wa­nie go, skoro znaj­du­jemy się w odle­gło­ści trzech metrów od sie­bie.

Powin­nam się przy­wi­tać.

Jesz­cze jeden łyk Miski Kapi­tań­skiej na szczę­ście, a potem zeska­kuję ze stołka, prze­cho­dzę przez restau­ra­cję i staję przed sto­li­kiem Hay­dena.

On nie pod­nosi głowy. Daję mu sekundę na dokoń­cze­nie strony, ale nawet kiedy stuka w czyt­nik i prze­cho­dzi na następną, nie odrywa od niego oczu.

– Dzień dobry! – świer­go­czę.

On się wzdryga na dźwięk mojego głosu, a potem powoli, bar­dzo powoli pod­nosi wzrok i przy­gląda mi się spod zmarsz­czo­nych brwi.

– Spo­tka­li­śmy się wcze­śniej – przy­po­mi­nam mu. – Jestem Alice.

– Pamię­tam – odpo­wiada, a jego głos jest dud­niący i bez wyrazu.

– W sumie od razu wie­dzia­łam, kim pan jest – dodaję.

Jedna z jego ciem­nych brwi wygina się w łuk.

Wsu­wam się do boksu, sia­dam naprze­ciwko niego, stu­kamy o sie­bie kola­nami. Zawsze się zasta­na­wia­łam, dla­czego tak czę­sto wyjąt­kowo wysocy męż­czyźni uma­wiają się z uro­czymi, drob­nymi kobie­tami, i teraz już wiem – naj­wy­raź­niej osoba tak wysoka jak Hay­den Ander­son nie może wygod­nie sie­dzieć naprze­ciw kogoś o wzro­ście powy­żej metra sześć­dzie­się­ciu. Jestem o pięt­na­ście cen­ty­me­trów za wysoka.

Obra­cam się więc, żeby przy­cup­nąć bokiem. On wciąż się we mnie wpa­truje z tą unie­sioną brwią, która wygląda jak znak zapy­ta­nia.

– Ze względu na pań­ską książkę – wyja­śniam. – _Nasz przy­ja­ciel Len_. Byłam nią zachwy­cona. To zna­czy, oczy­wi­ście. Wszy­scy, któ­rzy ją czy­tają, są zachwy­ceni. Po Pulit­ze­rze taka infor­ma­cja od przy­pad­ko­wej kobiety w barze pew­nie wydaje się tro­chę roz­cza­ro­wu­jąca, ale mimo wszystko chcia­łam to panu powie­dzieć.

Jego ramiona się roz­luź­niają, tylko odro­binę.

– Należy pani do krew­nych czy rodziny?

– Słu­cham?

– Mar­ga­ret – wyja­śnia.

– Och, ani jedno, ani dru­gie. – Macham dło­nią. – Ja też jestem dzien­ni­karką.

Ponow­nie wbija we mnie wzrok, tym razem mi się przy­gląda, skoro już ma tę nową infor­ma­cję. Jego tęczówki są jaśniej­sze niż myśla­łam. Brą­zowe, ale w jasnym odcie­niu.

– Jakiego rodzaju rze­czy pani pisze? – pyta.

– Prze­różne – odpo­wia­dam. – Dużo o kwe­stiach oby­cza­jo­wych, ale o popkul­tu­rze też. Pra­cuję w „The Scratch”.

Jego twarz pozo­staje cał­ko­wi­cie nie­wzru­szona. Pró­buję z innej strony.

– Był pan wcze­śniej w Geo­r­gii?

– To mój pierw­szy raz.

– Naprawdę? – Zasko­czył mnie. – Skąd pan pocho­dzi?

– Z Nowego Jorku.

– Z mia­sta czy ze stanu?

– Z mia­sta.

– Uro­dził się pan tam i wycho­wał?

– Nie.

– To gdzie pan dora­stał?

– W India­nie.

– Podo­bało się tam panu?

Robi nachmu­rzoną minę, jego sze­ro­kie usta wciąż ukła­dają się w cał­ko­wi­cie pro­stą linię.

– Dla­czego?

Śmieję się.

– Może pan roz­wi­nąć to „dla­czego”?

– Dla­czego chce pani wie­dzieć, czy podo­bało mi się dora­sta­nie w India­nie? – odpo­wiada, a jego twarz i głos są w rów­nym stop­niu gbu­ro­wate.

Powstrzy­muję uśmiech.

– Bo zasta­na­wiam się nad zaku­pem.

Jego oczy się zwę­żają, tęczówki jakby ciem­nieją.

– Zaku­pem czego?

– Indiany.

Wpa­truje się we mnie.

Już nie mogę się dłu­żej powstrzy­my­wać. Roz­ba­wie­nie mnie poko­nuje i znowu się śmieję.

– Po pro­stu pró­buję pana poznać – wyja­śniam.

On kła­dzie przed­ra­miona na stole, wygląda tak, jakby rzu­cał mi wyzwa­nie. Jego głowa prze­chyla się w lewo, a potem mówi coś, czego chyba w ogóle się nie spo­dzie­wa­łam:

– To nie zadziała.

Odsu­wam się, zasko­czona i zakło­po­tana.

– Co nie zadziała?

– Te pani próby zbi­cia mnie z tropu – odwar­kuje.

– O jakim tro­pie mówimy? – pytam, roz­glą­da­jąc się po opu­sto­sza­łej już zupeł­nie Fish Bowl. – Chwi­leczkę, cho­dzi o Sheri? – Odwra­cam się znów przo­dem do niego, a nasze kolana raz jesz­cze się zde­rzają.

– Co za Sheri? – pyta z pew­nym nie­sma­kiem.

– Nasza kel­nerka. – Zni­żam głos na wypa­dek, gdyby wyszła z kuchni. – Jeśli pró­buje pan zaga­dać, wystar­czy­łoby, żeby mi pan powie­dział, a ja wró­ci­ła­bym pro­sto do mojej miski…

– Nie cho­dzi o kel­nerkę – prze­rywa mi. – Tylko o książkę.

– O książkę? – powta­rzam.

I wtedy do mnie dociera. Cho­dzi mu o tę książkę. O książkę Mar­ga­ret.

Hay­den mówi dalej.

– Nie wiem, co to… – Macha mię­dzy nami swoją wielką dło­nią. – Co to mia­łoby na celu, ale mówimy o Mar­ga­ret Ives. Chcę tę robotę i nie zamie­rzam się wyco­fy­wać, więc może pani prze­stać.

W pierw­szej chwili nie jest to przy­jemne, kiedy obcy czło­wiek mówi do mnie w ten spo­sób. Ktoś, czyją pracę podzi­wia­łam, oskar­żył mnie wła­śnie o to, że pró­buję jakoś pokrzy­żo­wać mu zawo­dowe plany, pod­czas gdy ja naprawdę po pro­stu pró­bo­wa­łam się z nim poznać.

Jed­nak pod tym ukłu­ciem nara­sta jesz­cze inne uczu­cie, prze­ni­ka­jące powoli wszyst­kie moje koń­czyny.

Nadzieja.

Życie nauczyło mnie, że pra­wie wszystko ma swoje dobre strony. I to jedna z nich.

Hay­den marsz­czy czoło, zsuwa ręce ze stołu.

– Dla­czego pani to robi?

– Co robię?

– Uśmie­cha się pani – odpo­wiada cierpko.

Par­skam śmie­chem i wysu­wam się z boksu, żeby wstać, po czym pra­wie uno­szę się w powie­trzu w dro­dze do baru, bo jego reak­cja zdra­dziła mi jedną ważną rzecz – to zna­czy poza tym, że on jest nie­uf­nym cyni­kiem.

– Ponie­waż – wołam do niego – teraz już wiem, że mam jesz­cze szansę!

On prze­wraca oczami, a ja sia­dam na moim stołku, pod­eks­cy­to­wana, dokład­nie w momen­cie, kiedy Sheri otwiera drzwi kuchenne jed­nym bio­drem i wycho­dzi z koszy­kiem sma­żo­nych taco z rybą.

– Widzę, że Miska Kapi­tań­ska zadbała o pani uśmiech – zaga­duje.

– Jest świetna – odpo­wia­dam, bio­rąc kolejny, pełen wdzięcz­no­ści łyk. Szcze­rze mówiąc, pew­nie jeden z ostat­nich, jakie jestem w sta­nie wypić, o ile nie pla­nuję dziś wizyty w szpi­talu albo aresz­cie.

– Miło mi to sły­szeć – odpo­wiada. – Nie przy­je­chała pani autem, mam nadzieję?

– Nie, nocuję w Grande Lucia, więc dziś idę pie­szo – odpo­wia­dam.

– Oooo, spę­dzi­łam tam mio­dowy mie­siąc z moim mężem Rob­biem.

Sheri nie wygląda na wiek, w któ­rym mogłaby być zamężna, ale oce­niam chyba po stan­dar­dach Los Ange­les. Więk­szość dziew­czyn, z któ­rymi cho­dzi­łam do liceum, ma już mężów, a moi rodzice pobrali się w wieku dwu­dzie­stu trzech lat, choć moja sio­stra i ja uro­dzi­ły­śmy się dużo póź­niej.

– Podać coś jesz­cze? – pyta z jedną ręką na bio­drze.

– W sumie – odpo­wia­dam. – Chcia­ła­bym posłać komuś drinka, jeśli mogę.

Coś drob­nego, żeby popra­wić mu humor, podob­nie jak on przed chwilą popra­wił mój.

Wzrok Sheri podąża za moim ramie­niem w róg i zatrzy­muje się na jedy­nym poza mną gościem w restau­ra­cji.

– Co możemy zapro­po­no­wać? Whi­skey? Piwo?

– A macie coś jesz­cze więk­szego albo bar­dziej nie­bie­skiego od tego? – pytam, wska­zu­jąc swoją miskę.

– Nie, to musia­łaby być już tylko świeżo umyta toa­leta – odpo­wiada. – Ale mogę jesz­cze dorzu­cić tro­chę kan­dy­zo­wa­nego hibi­skusa dla pod­krę­ce­nia, jeśli pani sobie życzy.

– Tak – odpo­wia­dam. – To będzie ide­alne.ROZDZIAŁ 5

5

Mimo że Hay­den sie­dzi już w aucie z zamknię­tymi drzwiami, włą­czo­nymi świa­tłami i z war­czą­cym sil­ni­kiem, nie odjeż­dża, dopóki ja nie wsiądę do swo­jego samo­chodu.

Może mar­twi się, żebym nie została zamor­do­wana na ciem­nej wiej­skiej dro­dze nad bagnami, a może to tylko przy­pa­dek, ale wolę myśleć pozy­tyw­nie.

Nie może być taki zły, na jakiego wygląda. A nawet jeśli jest, to prze­cież nie będziemy spę­dzać razem czasu.

Otwie­ram okna i odjeż­dżam spod domu Mar­ga­ret, słu­cha­jąc koją­cych pomru­ków wie­czoru w Geo­r­gii.

Przez chwilę roz­wa­żam, czy nie zadzwo­nić do mamy, żeby prze­ka­zać jej dobre wie­ści. Ale jest już po dwu­dzie­stej dru­giej, a ona zawsze była raczej skow­ron­kiem niż sową. Poza tym pew­nie lepiej zacze­kać, aż dowiem się, co z tego wynik­nie. Dam jej znać, że jestem w pobliżu z powodu pracy, umó­wię się z nią na odwie­dziny, ale pocze­kam ze zdra­dza­niem szcze­gó­łów, aż będę wie­działa, w którą stronę prze­chyli się szala.

Zjeż­dżam z powro­tem na pra­wie pustą dwu­pa­smówkę łączącą stały ląd z Lit­tle Cre­scent i zwal­niam, żeby zatrzy­mać się na czer­wo­nym świe­tle. Hay­den sie­dzi w aucie obok. Też mnie zauważa. Macham mu. On marsz­czy brwi.

Zapala się zie­lone i oboje ruszamy.

Mam wra­że­nie, że sta­ramy się nie jechać obok sie­bie, ale świa­tła nam to cią­gle unie­moż­li­wiają. Mijamy Lit­tle Cro­is­sant i inne skle­piki, pusz­czam go przo­dem, żeby­śmy przy­naj­mniej nie wyprze­dzali się co chwilę nawza­jem.

Na skrzy­żo­wa­niu z Main Street jadę za nim w prawo, w kie­runku tury­stycz­nej czę­ści wyspy i na par­king hotelu Grande Lucia.

On skręca w alejkę w lewo, więc ja skrę­cam w prawo. Osta­tecz­nie lądu­jemy odda­leni od sie­bie o trzy miej­sca.

On idzie w kie­runku tych samych scho­dów, któ­rymi ja cho­dzę do mojego pokoju.

Zwal­niam krok, ale ku mojemu zasko­cze­niu on zatrzy­muje się w poło­wie pierw­szego pię­tra, kiedy zauważa, że idę za nim.

Nie tylko się zatrzy­muje, ale nawet odwraca się w moją stronę i nawią­zuje kon­takt wzro­kowy. To ogromny postęp w naszej rela­cji. Pew­nie nie­długo wymie­nimy się bran­so­let­kami przy­jaźni.

– Ponie­dzia­łek, środa, pią­tek – bur­czy.

– Dobre dni – odpo­wia­dam.

– Albo – dodaje – wto­rek, czwar­tek, sobota. Możesz wybrać, które chcesz. W ten spo­sób będziesz mogła spę­dzać z nią piąt­kowe albo sobot­nie wie­czory, jeśli będziesz chciała, a do tego możemy wymie­niać się nie­dzie­lami lub zro­bić z nich dni wolne, w zależ­no­ści od tego, jak ona posta­nowi.

Zatrzy­muję się na tym samym stop­niu co on, zasta­na­wiam się nad tą pro­po­zy­cją.

– Kiedy mie­li­by­śmy zacząć?

– Zamie­rzam zała­twić to wszystko jutro. – Pod­nosi doku­menty, które dosta­li­śmy od Mar­ga­ret. – Pią­tek i sobota to mogą być nasze pierw­sze dni pracy.

– Jak ją zna­la­złeś? – pytam.

Marsz­czy brwi.

– Nie zamie­rzam ci tego mówić.

– Naprawdę? Dla­czego?

– Bo na nic ci się ta infor­ma­cja nie przyda.

– Powiem ci, jak ja ją zna­la­złam – obie­cuję, kusząc go tą pro­po­zy­cją jak mar­chewką.

– Nie jestem cie­kaw.

Rusza w górę, a ja za nim.

Docie­ramy na pierw­sze pię­tro i oboje idziemy dalej.

– Już tu prze­cież jesteś – zauwa­żam. – Wie­dza o tym, jak się tu dosta­łam, na nic ci się nie przyda. Tak samo jeśli ja będę wie­działa, jak ty się dowie­dzia­łeś o Mar­ga­ret, nie zyskam tym żad­nej prze­wagi.

– Naprawdę nie rozu­miem, dla­czego ci na tym zależy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij