współowadź - ebook
współowadź to zapis dorastania do własnego ciała i do świata, który rozpada się na naszych oczach. to poemat o kruchości, wstydzie, przemianie i o tym, że wszystko — roślina, owad, człowiek — drży jednym drżeniem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poezja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-440-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
rosną we mnie miliony obcych
serc
DRŻENIE JEST NADEJŚCIEM WIOSNY
nigdy nie wracaj do spalonych łąk kochanie
wioska w której żyły nasze sobowtóry już dawno zasnęła
dzikie koty zabijają pisklęta wielkie drzewa szumią
nadchodzi wiosna potężna obfita
rozleją się rzeki między domy szaleńców
i jednym z nich będę ja
ja głupiec
ja grzebacz palcem w ziemi
ja obrońca zdechłych mrówek
ja nosiciel obcych przestrzeni
ja koślawe dwa kolana
ja dumny pomyleniec złączony z przypadkowych genów
przytul mnie kochanie
bo tak mi daleko
MARCOWY PORANKU
kiedy tak tulisz drzewa
raz słońcem raz śniegiem
wąskim chodnikiem wyprowadzasz
kota w nieznane
to nie mam pytań
zostawiam puste kieszenie
szalik czapkę rękawiczki
zasmarkane chusteczki
dżdżownice wiedzą więcej tam pod ziemią
grzeją się przedsionki duszy jak małe nornice
w twarz mnie uderza potęga ciszy
to piękne to martwe to dobre to łaskawe
POBUDKA RAZ
skrawek spódnicy zażółcił się forsycjami
sól z dna oka matki pachnie ziemią przodków budzę się
z głodnego ciała
z idealnego świata w którym krew
to tylko podróż erytrocytów
Sofia zrywa bazie kotki
dla haftowanych włosów Igora
obie wiemy że wiosna że życie
jednak słowa umierają w nas dwa razy
c’est la vie c’est la mort
MIMETYZM
coś musiało w nas umrzeć
meduzy
gesty
kwiatki zawieszone na moście
welurowe słowa
latami głodne noce
jadły nas od kości
ktoś wtedy krzyknął
przyjdzie wiosna
kołysana żebrem diabła
zrozumieliśmy w jednej chwili
jak rozciągać skórę do granic
POCZTÓWKA Z WCZORAJ
zasypiam w skórze z łosia
jest marzec za oknem
pada zimny deszcz
jest rok w którym
umiera ostatni słoń na ziemi
to nic po prostu znowu coś się kończy
co miesiąc ogłaszają w telewizji koniec świata
a mimo to kwiaty kwitną
słońce zachodzi i wschodzi
pamiętasz?
obiecałeś mi kupić sadzonkę z lasu Aokigahara
tylko tam jeszcze rosną drzewa
już prawie nie słyszę śpiewu sikorek
za dziesięć dni rusza szesnasty lot na Marsa
pasażerowie mają w cenie
pokaz wskrzeszania wymarłych gatunków
kto wie może za kilkadziesiąt lat
nasze połówki będą pływać w formalinie
niczym krowa Hirsta
będziemy przyprawiać o dreszcze
małe formaty zamknięte w polnych kwiatach
czerwiec — król karmiciel unosi głowę
krwawym kłosem całuje niebo
dłonie brudne od truskawek
wycieram w spodnie
odsyłam lepkie czerwone fale
kocie oczy błyszczą jak potłuczone szkło
nigdy nie miałam kota na własność
nigdy nie miałam człowieka na własność
jeśli wiesz o czym mówię
susza wybiła z rytmu największą z rzek
wkradła się nawet w treść
jeśli wiesz o czym mówię
trzeba nam deszczu _mio caro
_trzeba miesiąca burz
serc
DRŻENIE JEST NADEJŚCIEM WIOSNY
nigdy nie wracaj do spalonych łąk kochanie
wioska w której żyły nasze sobowtóry już dawno zasnęła
dzikie koty zabijają pisklęta wielkie drzewa szumią
nadchodzi wiosna potężna obfita
rozleją się rzeki między domy szaleńców
i jednym z nich będę ja
ja głupiec
ja grzebacz palcem w ziemi
ja obrońca zdechłych mrówek
ja nosiciel obcych przestrzeni
ja koślawe dwa kolana
ja dumny pomyleniec złączony z przypadkowych genów
przytul mnie kochanie
bo tak mi daleko
MARCOWY PORANKU
kiedy tak tulisz drzewa
raz słońcem raz śniegiem
wąskim chodnikiem wyprowadzasz
kota w nieznane
to nie mam pytań
zostawiam puste kieszenie
szalik czapkę rękawiczki
zasmarkane chusteczki
dżdżownice wiedzą więcej tam pod ziemią
grzeją się przedsionki duszy jak małe nornice
w twarz mnie uderza potęga ciszy
to piękne to martwe to dobre to łaskawe
POBUDKA RAZ
skrawek spódnicy zażółcił się forsycjami
sól z dna oka matki pachnie ziemią przodków budzę się
z głodnego ciała
z idealnego świata w którym krew
to tylko podróż erytrocytów
Sofia zrywa bazie kotki
dla haftowanych włosów Igora
obie wiemy że wiosna że życie
jednak słowa umierają w nas dwa razy
c’est la vie c’est la mort
MIMETYZM
coś musiało w nas umrzeć
meduzy
gesty
kwiatki zawieszone na moście
welurowe słowa
latami głodne noce
jadły nas od kości
ktoś wtedy krzyknął
przyjdzie wiosna
kołysana żebrem diabła
zrozumieliśmy w jednej chwili
jak rozciągać skórę do granic
POCZTÓWKA Z WCZORAJ
zasypiam w skórze z łosia
jest marzec za oknem
pada zimny deszcz
jest rok w którym
umiera ostatni słoń na ziemi
to nic po prostu znowu coś się kończy
co miesiąc ogłaszają w telewizji koniec świata
a mimo to kwiaty kwitną
słońce zachodzi i wschodzi
pamiętasz?
obiecałeś mi kupić sadzonkę z lasu Aokigahara
tylko tam jeszcze rosną drzewa
już prawie nie słyszę śpiewu sikorek
za dziesięć dni rusza szesnasty lot na Marsa
pasażerowie mają w cenie
pokaz wskrzeszania wymarłych gatunków
kto wie może za kilkadziesiąt lat
nasze połówki będą pływać w formalinie
niczym krowa Hirsta
będziemy przyprawiać o dreszcze
małe formaty zamknięte w polnych kwiatach
czerwiec — król karmiciel unosi głowę
krwawym kłosem całuje niebo
dłonie brudne od truskawek
wycieram w spodnie
odsyłam lepkie czerwone fale
kocie oczy błyszczą jak potłuczone szkło
nigdy nie miałam kota na własność
nigdy nie miałam człowieka na własność
jeśli wiesz o czym mówię
susza wybiła z rytmu największą z rzek
wkradła się nawet w treść
jeśli wiesz o czym mówię
trzeba nam deszczu _mio caro
_trzeba miesiąca burz
więcej..