Wspomnienia - ebook
Piotr Wrangel (1878-1928) to postać w Polsce stosunkowo mało znana, choć jego nazwisko często pojawia się obok innych białych generałów, takich jak A. Denikin, A. Kołczak czy N. Judenicz. Podczas wojny domowej w Rosji był jednym z kluczowych przywódców antybolszewickich sił na południu kraju. W latach 1918-1919 dowodził korpusem konnym w armii gen. Antona Denikina. W kwietniu 1920 r. został dowódcą Sił Zbrojnych Południa Rosji. W czerwcu zajął rejony na północ od Krymu (Tauryda Północna). Po porażkach we wrześniu i październiku próbował bezskutecznie powstrzymać ofensywę bolszewicką na Krym.
Pod koniec 1920 r. znalazł się na emigracji, gdzie powstały i po raz pierwszy zostały opublikowane jego „Wspomnienia”.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18725-2 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przybyłem do Piotrogrodu rankiem. Wpadłem do domu przebrać się i wyruszyłem do sztabu okręgu. W drzwiach zderzyłem się z generałem Krasnowem, starym znajomym jeszcze z wojny japońskiej, który ostatnio dowodził 2. kombinowaną dywizją kozacką. Był niezwykle zdziwiony, słysząc o mojej nominacji na dowódcę 3. korpusu konnego. Okazało się, że prawie jednocześnie ze mną został skierowany przez sztab na dowódcę tego korpusu i już pełnił swoje obowiązki. W ostatnich czasach, przy ciągłych masowych zmianach w szeregach kadry dowódczej, takie nieporozumienia zdarzały się często. Nie miałem nic przeciw nieoczekiwanej komplikacji i postanowiłem, że nie będę się spieszyć z objęciem korpusu i najpierw zorientuję się w sytuacji.
Na czele okręgu stał dopiero co mianowany na to stanowisko pułkownik Połkownikow, były szef sztabu dywizji ussuryjskiej, który ostatnio dowodził pułkiem amurskim i z pułkiem tym brał udział w marszu generała Krymowa na Piotrogród. Powtórzyłem mu, co usłyszałem od generała Krasnowa i spytałem, czy wie coś na ten temat. Odparł, że także nic nie wie, że to najwyraźniej nieporozumienie i ponieważ moja nominacja jest późniejsza, to, jego zdaniem, powinienem przejąć korpus. Odpowiedziałem, że dopóki się to wszystko nie wyklaruje, nie pojadę do korpusu i będę w Piotrogrodzie czekać na wyjaśnienie sprawy.
Od pułkownika Połkownikowa po raz pierwszy dowiedziałem się szczegółów o ostatnich dniach generała Krymowa. Otóż zerwanie premiera z głównodowodzącym było dla oddziałów korpusu i dla samego generała Krymowa całkowitym zaskoczeniem. Telegram Kierenskiego, ogłaszający generała Korniłowa zdrajcą, został podany do wiadomości dopiero na stacji Dno. Według Połkownikowa, gdyby generał Krymow podjął wówczas stanowczą decyzję kontynuowania marszu na Piotrogród, miasto zostałoby zdobyte. Niestety, generał Krymow w ostatnich czasach nie był w dobrym stanie psychicznym, przeżywał dramat rodzinny i utracił pewność siebie. Zaskoczony telegramem, zaczął się wahać, prosić o wytyczne sztabu i tracił cenny czas. Zapał osłabł, pułki były w rozterce i pod wpływem przestępczej agitacji zaczął się ferment. Najbliżsi współpracownicy generała Krymowa, bezwolny szef tuziemnej dywizji książę Bagration i mało energiczny dowódca dywizji ussuryjskiej Gubin ostatecznie utracili panowanie nad wojskiem. Po dwóch dniach stało się jasne, że na sukces nie ma co liczyć. Do generała Krymowa przybył z polecenia Kierenskiego szef gabinetu ministra wojny Samarin i zaproponował mu rozmowę w Piotrogrodzie. Generał postanowił jechać. Przybył do Kierenskiego, miał z nim niezwykle burzliwą rozmowę, po której udał się na kwaterę porucznika Żurawskiego, swego byłego oficera ordynansowego, który ostatnio służył w kancelarii ministra wojny. Poprosił, by dano mu papier i pióro i zostawiono samego. Po paru minutach padł strzał. Samobójcę znaleziono na podłodze z przestrzeloną piersią. Zostawił list do żony. Na pytanie, co go skłoniło do takiego kroku, odpowiedział: „Postanowiłem umrzeć, gdyż zbyt kocham Ojczyznę”. Próbowano go ratować, przeprowadzono operację, ale na próżno; przed wieczorem zmarł.
Zapytałem Połkownikowa, jak to się stało, że on, uczestnik ataku Korniłowa na Piotrogród, mógł zostać mianowany dowódcą Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego. Połkownikow odrzekł, że sam był zdziwiony i dodał:
– Pan przecież także został mianowany dowódcą 3. korpusu i zapewne również się pan tego nie spodziewał.
Ze sztabu okręgu poszedłem na Bulwar Pałacowy do Nowego Klubu, żeby dowiedzieć się czegoś o hrabim Pahlenie, którego los mnie mocno niepokoił. Dowiedziałem się, że w ostatnich dniach był nieobecny w mieście i wrócił dopiero poprzedniego dnia. Wstąpiłem do niego wieczorem. Okazało się, że w pierwszych dniach po zerwaniu sztabu głównego z rządem hrabia Pahlen i większość pracujących z nim oficerów zmuszeni byli się ukrywać, aby uniknąć aresztowania; najbardziej skompromitowani uciekli z miasta. W ostatnich dniach aresztowania ustały, nadzór osłabł i niektórzy spośród ukrywających się postanowili wrócić. Hrabia Pahlen ukrywał się tuż pod miastem w majątku Wsiewołożskiego Riabowo. Powiedział mi, że marsz Korniłowa na Piotrogród kompletnie zaskoczył jego organizację. Konfliktu między rządem a sztabem nikt się wówczas nie spodziewał, nie poczyniono więc żadnych przygotowań. Już po zerwaniu do Pahlena przybył jakiś nieznany mu pułkownik, który odmówił podania nazwiska i nie okazał żadnych dokumentów. Został jakoby przysłany przez Krymowa i miał za zadanie uprzedzić o wymarszu Krymowa na Piotrogród. Hrabia Pahlen, obawiając się prowokacji, odmówił rozmowy z pułkownikiem. Do dziś zresztą nie wiedział, czy rzeczywiście była to prowokacja, czy nie.
Nazajutrz rano przyjechali do mnie dowódca pułku primorskiego, pułkownik Szepułow, i nerczyńskiego – Makowkin. Poprzedniego dnia w Carskim Siole, gdzie stacjonowała dywizja, dowiedzieli się o mojej nominacji i przyjeździe do Piotrogrodu, postanowili więc mnie odwiedzić. Słysząc, że moja nominacja jest jeszcze wątpliwa, prosili, bym z niej nie rezygnował i musiałem im to obiecać. Nie ukrywali, że w korpusie panuje wielkie rozprzężenie, że w niektórych pułkach Kozacy aresztowali oficerów. Mimo to, jak twierdzili, można było jeszcze podnieść ducha bojowego i dyscyplinę w oddziałach. Tłumaczyli klęskę generała Krymowa tymi samymi przyczynami co Połkownikow, chociaż rola Połkownikowa ich zdaniem była nieco inna.
Wieczorem zatelefonował do mnie Połkownikow i prosił, bym przyszedł do sztabu okręgu. Dowiedziałem się od niego, że „z uwagi na obecną sytuację i moją postawę polityczną” minister wojny Wierchowski nie uważa za możliwe mianowanie mnie dowódcą korpusu rozlokowanego w pobliżu stolicy, że „wódz naczelny” przyznał mu rację i że zostanie mi zaproponowane inne stanowisko. Odparłem, że żadnej innej nominacji nie przyjmę i będę zabiegać o przejście w stan spoczynku. Połkownikow zauważył, że obecnie nie zwalnia się wyższych dowódców do rezerwy i że jest rozkaz ministra wojny zabraniający starań w tym kierunku. Pojechałem do Samarina, który również twierdził, że nie uda mi się uzyskać dymisji. Pozostawał sztab. Nowego szefa sztabu wodza naczelnego, generała Duchonina, zupełnie nie znałem. Generał kwatermistrz i generał dyżurny byli także ludźmi nowymi i zupełnie mi obcymi, ale zastępcą szefa sztabu do spraw cywilnych był W. Wyrubow, mój kolega z lat studenckich i z czasów mojej służby ochotniczej, w gwardii konnej, a jego – w pułku kawalergardów. Wysłałem do niego telegram z prośbą o pomoc w uzyskaniu dymisji.
Rano dano mi znać, że przybyły do Piotrogrodu dowódca Frontu Północnego generał Czeremisow chce mnie widzieć i prosi, abym przyjechał o dwunastej w południe do Pałacu Zimowego, gdzie ma być w tym czasie u Kierenskiego. Od Kamieńca widziałem generała Czeremisowa po raz pierwszy. Zaproponował mi przejście pod jego komendę i wyjazd z nim do Pskowa. Podziękowałem za propozycję i powiedziałem, że stanowczo chcę odejść ze służby.
Tego samego dnia otrzymałem telegram generała Duchonina wzywający mnie do sztabu.
Po przyjeździe do Mohylewa stawiłem się u generała Duchonina. Widziałem go po raz pierwszy. Średniego wzrostu, pulchny, rumiany, o gęstych kędzierzawych włosach, bardzo młodo wyglądający, robił wrażenie człowieka łagodnego i skromnego. Zaczął mnie namawiać, bym zmienił decyzję, przekonywać, że w obecnych warunkach obowiązkiem wyższych dowódców jest pozostać w armii, że tylko ich obecność umożliwi opanowanie rozkładu. Twardo stałem przy swoim. Tego samego dnia złożyłem raport na ręce generała Duchonina. Pisałem, że mianowano mnie dowódcą 3. korpusu, ale nie dopuszczono do objęcia tej funkcji. Z uwagi na swoją dotychczasową służbę przyczynę tej decyzji upatruję jedynie w moich przekonaniach politycznych „nie wszystkim odpowiadających”, że „przekonań swoich nigdy nie zmieniałem i nie będę ich zmieniać dla dogodzenia komukolwiek” i prosiłem o udzielenie mi dymisji.
Po kilku dniach generał Duchonin przekazał mi przez Wyrubowa wiadomość, że „wódz naczelny” nie uznał za możliwe zwolnienia w stan spoczynku jednego z wyższych dowódców kawalerii. Po kilku zaś następnych dniach zaproponowano mi funkcję dowódcy Mińskiego Okręgu Wojskowego, na co, oczywiście, odpowiedziałem odmownie.
Znalazłem się w dość dziwnej sytuacji: nie miałem nic do roboty, a jednocześnie nie mogłem sobą rozporządzać. Postanowiłem czekać i nie przyjmować żadnych nominacji. Z każdym dniem widziałem wyraźniej, że postępującego rozkładu armii nie da się już powstrzymać.
Zamieszkałem w wagonie Wyrubowa. Sam Wyrubow mieszkał na piętrze w pałacu. Ogarnęło mnie przykre uczucie, kiedy po raz pierwszy wszedłem do jego gabinetu. Tutaj rok temu widziałem cesarza. Pokój prawie się od tego czasu nie zmienił. Wagon, w którym mieszkałem, należał kiedyś do wielkiego księcia Siergieja Michajłowicza i był urządzony bardzo komfortowo. Złożyłem zapotrzebowanie na dwa konie i codziennie udawałem się na długie przejażdżki. Obiady i kolacje jadałem zazwyczaj wraz z Wyrubowem u naszego wspólnego przyjaciela hrabiego K. Benkendorfa, brata mojego poległego kolegi pułkowego i przyjaciela, bratanka marszałka dworu. Hrabia Benkendorf pełnił służbę przy attaché wojskowych obcych przedstawicielstw. Spędzaliśmy długie jesienne wieczory na niekończących się dyskusjach na aktualne tematy. W dyskusjach tych nieodmiennie napadaliśmy na Wyrubowa za ugodowość i „politykę kompromisu”. W tym czasie uznałbym za całkowicie absurdalną myśl, że dwa lata później Benkendorf znajdzie się w Gruzji jako dyplomata, przedstawiciel władz sowieckich.
Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że koniecznie należy zreorganizować armię na nowych zasadach, że bez tego nie da się jej uzdrowić. Jak twierdził Wyrubow, nad problemem tym pracuje sztab naczelnego wodza. Podstawą organizacji miała być rzekomo zasada terytorialności, przy czym szczególnie obstawał generał kwatermistrz Diterichs. Zacząłem dowodzić, że system terytorialny niczego nie załatwi, że w obecnej sytuacji zasada terytorialności może doprowadzić jedynie do rozczłonkowania armii, a wraz z nią kraju, i że w momencie, kiedy trwa wojna, organizacji takiej praktycznie wprowadzić się nie da. Moim zdaniem dla uzdrowienia armii, jeśli jeszcze nie jest za późno, konieczne jest, aby przede wszystkim rząd ustąpił od tak zwanej demokratyzacji armii i rewolucyjnej dyscypliny, aby wprowadzono w życie tak zwany program Korniłowa. Pod tym warunkiem widziałem możliwość rozpoczęcia prac nad uzdrowieniem armii. Korzystając z zimowego zastoju i tego, że Niemcy skierowali znaczną część sił na Front Zachodni, można było, przesuwając stopniowo część korpusów na tyły, wyodrębnić w oddziałach najsłabszy element, a pozostałymi uzupełnić wydzielone w dywizjach bataliony szturmowe, które mogłyby zostać rozwinięte w pułki i brygady. Wedle tych obliczeń liczba dywizji piechoty byłaby niższa, o ile pamiętam, dwukrotnie, ale za to byłyby one zdatne do walki.
Wydzielone z pułków niepożądane elementy można by było sformować w bataliony robocze o zaostrzonym rygorze. Mogłyby one zostać użyte w służbach tyłowych i powrót z nich do szeregów powinien być dopuszczalny jedynie po określonym czasie służby i otrzymaniu odpowiedniej opinii przełożonych. Służba liniowa powinna według mnie posiadać więcej przywilejów służbowych i materialnych w porównaniu z tyłową. Oczywiście, wszystkie te środki mogły przynieść pomyślne rezultaty jedynie pod warunkiem zmiany ogólnego porządku w armii.
Wyrubow, który jak zawsze się zapalał, zaczął mnie prosić, żebym się podjął szczegółowego opracowania tej sprawy. Nie przywiązując do tego żadnej wagi, wykręcałem się żartami. Jednak po kilku dniach Wyrubow znów wrócił do tematu i poinformował mnie, że powiedział o moich projektach Duchoninowi i Diterichsowi i że obaj nadzwyczaj się nimi zainteresowali. Diterichs prosił, żebym do niego wstąpił. Kilka dni później powtórzył zaproszenie i osobiście mnie poprosił, żebym wyłożył na piśmie ów projekt. Wziąłem do pomocy podpułkownika Sztabu Generalnego Jakowlewa i po około dziesięciu dniach przedstawiłem propozycje.
Wydział cywilny (obecnie nawet sprawami armii zajmowali się cywile) zażądał wielu poprawek, ale nie odrzucił podstawowych założeń. Projekt wysłano do Piotrogrodu. Oczywiście, absolutnie nie wierzyłem, że wszystkie przewidziane w projekcie środki zostaną wprowadzone w życie; występując z nim, miałem na uwadze co innego – możliwość nawiązania kontaktu z licznymi oddziałami, a zwłaszcza z batalionami szturmowymi, złożonymi z ochotników, głównie oficerów. Jeden taki batalion pod dowództwem podpułkownika Sztabu Generalnego Manakina znajdował się w kwaterze głównej. Był to wzorowy oddział. W wypadku nieuniknionego rozpadu armii może udałoby się ocalić przynajmniej niewielki, dobrze zorganizowany, silny jej rdzeń. Szesnastego października Kierenski zatwierdził przedstawioną przez Wyrubowa notatkę służbową, której podstawę stanowił mój projekt. Oficerowie dyżurni otrzymali polecenie opracowania szczegółów personalnych.
Szef sztabu naczelnego wodza i jego zastępca do spraw cywilnych mieli wyjechać do Piotrogrodu na otwarcie Przedparlamentu¹⁷. Skorzystałem z tej okazji, by pojechać do stolicy. Jechałem z Wyrubowem w jego wagonie. Na obiad przyszedł generał Duchonin, który siedział u nas do dziesiątej, wyraźnie zadowolony, że może odpocząć od codziennych spraw, i opowiadał wiele o swojej dawnej służbie. Ze szczególną przyjemnością wspominał czasy, kiedy dowodził 105. pułkiem łuckim. Pułk pod jego komendą stoczył wiele sławnych bojów. Świadczyły o tym Krzyże św. Jerzego zdobiące pierś i szyję generała.
Pierwsze posiedzenie Przedparlamentu jeszcze raz podkreśliło bezsiłę władzy i brak jedności na górze.
Dwudziestego piątego października rozległy się w Piotrogrodzie pierwsze wystrzały z krążownika „Aurora”. Kierenski uciekł, pozostali członkowie Rządu Tymczasowego zasiedli w Pałacu Zimowym pod osłoną żeńskich batalionów i dzieci junkrów. W stolicy powtórzyły się dni lutowe. Na ulicach trwała strzelanina, przemykały ciężarówki z uzbrojonymi żołnierzami.
Kwatera główna w tych dniach wrzała. Bezustannie obradował komitet armijny. Generałowie Duchonin, Diterichs i Wyrubow nie odchodzili od aparatów Hughesa. Nadeszła wiadomość o marszu generała Krasnowa z 3. korpusem na Piotrogród, za nim miały ruszyć następne oddziały. Ale już w dwa dni później zaczęto mówić o „zdradzie generała Czeremisowa”. W sztabie dowódcy Frontu Północnego już się toczyła haniebna rozgrywka. Generał Czeremisow dość przejrzyście dawał do zrozumienia, że w najbliższych dniach zamierza zostać wodzem naczelnym. Eszelony, wezwane do Piotrogrodu przez rząd, Czeremisow zatrzymał w drodze; Kozacy ussuryjscy zaczęli się bratać z bolszewikami. Jeszcze raz w sferach wyższych wojskowych zapanowały bezład, niezdecydowanie, zdrada i tchórzostwo.
W tym czasie nagle, przejazdem przez Mohylew, przybył generał Odincow. Nie widziałem go od czasu jego niegodnego zachowania w czasie wystąpienia Korniłowa. Wstąpił do mnie bardzo zmieszany. Dowiedziałem się, że skierowano go do Piotrogrodu, do dyspozycji szefa Sztabu Generalnego. W tym czasie daleki byłem od myśli, że po dwóch tygodniach wróci do kwatery głównej i w imieniu wodza naczelnego chorążego Krylenki poleci generałowi Duchoninowi opuścić posterunek.
Pierwszego listopada Kierenski uciekł, zdradziwszy swych kolegów z rządu, armię i Rosję. Piątego listopada, dekretem Sownarkomu wodzem naczelnym został mianowany chorąży Krylenko. W kwaterze głównej czyniono jeszcze próby sformowania „demokratycznego rządu”, którego premierem miał zostać W. Czernow. Byłem u Wyrubowa, kiedy zameldowano o jego przybyciu. Chcąc uniknąć spotkania z tym panem, co prędzej wyszedłem z gabinetu. Jednocześnie z Czernowem przybył także były minister wojny, generał Wierchowski. Miałem okazję go widzieć i zrobił na mnie wrażenie zarozumiałego zera. W dniu, w którym dowiedziałem się o mianowaniu wodzem naczelnym chorążego Krylenki, postanowiłem opuścić armię. Generał Duchonin już mnie nie zatrzymywał. Wziąłem niezbędne papiery i wstąpiłem do Wyrubowa, by się pożegnać. Był bardzo zdenerwowany, właśnie wrócił od Duchonina, który otrzymał wiadomość, że Krylenko wydał wojskom rozkaz „rozpoczęcia rokowań z nieprzyjacielem”. Krylenko telegrafował do Duchonina żądając, by ten przekazał swą funkcję szefowi garnizonu, generałowi Boncz-Brujewiczowi. Niezdarny, tępy i wyjątkowo pozbawiony zasad Boncz-Brujewicz zdążył się wkraść w łaski mohylewskiej rady delegatów. Generał Duchonin zaproponował Diterichsowi i Wyrubowowi, że zwolni ich z przysięgi, że go nie opuszczą. Wyrubow odmówił, zdecydowany do końca dzielić los głównodowodzącego, Diterichs zaś postanowił wprawdzie zostać, ale jako „osoba prywatna”, zaopatrzony w rozkaz podpisany przez Duchonina o odkomenderowaniu do Armii Kaukaskiej. Wyrubow powiedział, że generał Duchonin zamierza przenieść kwaterę główną do Kijowa.
Z ciężkim sercem opuszczałem armię. Osiem miesięcy temu Rosja obaliła swego Monarchę. Wedle słów osób będących u władzy, przewrót państwowy miał na celu uwolnienie kraju od rządu, który zmierzał do zawarcia haniebnego separatystycznego pokoju. Nowy rząd napisał na swym sztandarze: „Wojna do zwycięskiego końca”. Po upływie ośmiu miesięcy rząd ów haniebnie zdał Rosję na łaskę i niełaskę zwycięzcy. Winnym tej hańby był nie tylko bezwolny i nieudolny rząd. Odpowiedzialność dzielili z nim także wyżsi dowódcy i cały naród rosyjski. Wielkie słowo „wolność” naród ten zastąpił słowem „przemoc” i zdobytą wolność zamienił w szaleństwo, grabież i mord.
Pod bolszewickim butem
Po niespokojnym, nerwowym życiu w kwaterze głównej zdumiony byłem, zastając na Krymie zupełnie inną, pokojową i, że tak powiem, głęboko prowincjonalną atmosferę.
Już w pierwszych dniach zamętu schroniło się tutaj mnóstwo rodzin z Moskwy, Piotrogrodu i Kijowa. Ludzie ci, przeważnie bogaci i niezależni, niezwiązani ze służbą albo tacy, którzy ją porzucili, najczęściej obojętni politycznie, stworzyli na Krymie szczególną atmosferę daleką od walki politycznej i niepokojów większości wielkich ośrodków Rosji. W okolicach Jałty zamieszkała po przewrocie także spora część rodziny cesarskiej: sędziwa cesarzowa – matka Maria Fiodorowna z córkami, wielkimi księżnymi Ksenią Aleksandrowną i Olgą Aleksandrowną, wielcy książęta Mikołaj Mikołajewicz, Piotr Mikołajewicz i Aleksander Michajłowicz z rodzinami. W samej Jałcie, w Ałupce, Simenzie i Gurzufie mieszkało sporo osób z petersburskiego towarzystwa – naszych starych znajomych. Wszyscy często się widywali. Wielu starało się przenieść na tutejszy grunt zwykły tryb życia petersburskiego.
O groźnej rzeczywistości przypominały tylko wiadomości, dość nieregularnie przychodzące z pocztą. W kilka dni po przyjeździe dowiedziałem się z gazet o tragicznej śmierci generała Duchonina i ucieczce więźniów bychowskich¹⁸. Z rzadka docierały wiadomości o tym, że demokratyczna Rada Ukraińska przechyla się coraz bardziej w lewo i że nad Donem szykuje się „kontrrewolucja”¹⁹. Znając Kozaków, niezbyt wierzyłem w trwałość tej ostatniej. Uważałem, że wcześniej czy później kozactwo da się wciągnąć w wir rewolucji i opamięta się, gdy tylko poczuje na własnej skórze rozkosze komunistycznego reżymu.
Beztroskie życie na Krymie nie trwało długo. Wkrótce z północy nadeszły pierwsze wieści o wystąpieniach w miastach i wsiach rozmaitej zbieraniny, która zamierzała się zjednoczyć pod czerwonym sztandarem. Tu i ówdzie zdarzały się już napaści na majątki ziemskie.
Będąc któregoś dnia w sprawach majątkowych w Melitopolu, po raz pierwszy zobaczyłem na tamtejszym dworcu czerwone wojska; to wracali po krwawej lekcji marynarze Floty Czarnomorskiej, rozbici przez generała Kaledina pod Rostowem. Ludzie ci, o bezczelnych zwierzęcych twarzach, obwieszeni taśmami nabojów, z granatami za pasem, bezładnymi grupkami zdążali do Sewastopola, wdzierając się do wagonów pasażerskich, wyrzucając kobiety i dzieci, bijąc kolejarzy.
Idąc za przykładem Donu i Ukrainy, w pobliżu nadciągającej czerwonej fali, postanowili się także zorganizować, w postaci Kurułtaju, krymscy Tatarzy²⁰. Świeżo sformowany rząd tatarski miał charakter koalicyjny, chociaż przeważała w nim „polityka demokratyczna”, której zapalonym rzecznikiem był premier i minister wojny Seydahmet, podobnie jak pan Kierenski, również adwokat. Seydahmeta popierały, oprócz elementów demokratycznych, także grupy turkofilskie. Rząd miał do dyspozycji garstkę sił zbrojnych: krymski pułk dragonów, zajmujący garnizony Symferopola, Bachczysaraju i Jałty, uzupełniony przez Tatarów krymskich, kilka batalionów oficerskich i chyba dwie baterie polowe. W garnizonie sewastopolskim i sewastopolskiej artylerii dawno już doszły do głosu nastroje bolszewickie. W Symferopolu, miejscu pobytu Kurułtaju, sformowano spiesznie sztab armii, którego szefem został pułkownik Sztabu Generalnego Makucha. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu, otrzymałem z Jałty podpisany przezeń telegram z wiadomością, że rząd krymski proponuje mi stanowisko dowódcy armii. Proszono, bym przybył na rozmowy do Symferopola. Tego samego dnia ogłoszono na Krymie powszechną mobilizację, dzięki której, wedle wyliczeń sztabu, miano w krótkim czasie sformować cały korpus i rozwinąć kawalerię w brygadę. Postanowiłem pojechać do Symferopola i wyjaśnić sprawę na miejscu, zanim udzielę jakiejkolwiek odpowiedzi na przedstawioną mi propozycję.
W Symferopolu, stolicy Krymu, panowało niezwykłe wprost ożywienie: odbywała się rejestracja oficerów, trwały jakieś narady, bezustannie obradowały jakieś komisje. Szef sztabu, pułkownik Makucha, zrobił na mnie wrażenie człowieka skromnego i rzeczowego. Całkowicie pochłonięty zagadnieniami techniki, nie interesował się polityką. Polityka zaś była tu okraszona typową kierenszczyzną – cywilny krymski dowódca, podobnie jak jego kolega w Piotrogrodzie, chciał się oprzeć na armii, którą widział zdemokratyzowaną, z odpowiednimi komitetami i komisarzami. Już po pierwszych słowach zamienionych z Seydahmetem przekonałem się, że nie jest nam po drodze, co zresztą szczerze mu powiedziałem, oświadczając, że w tych warunkach nie mogę przyjąć proponowanego mi stanowiska. Seydahmet zrozumiał najwyraźniej, że nie ma sensu mnie namawiać i prosił tylko, bym był obecny na naradzie, która miała się odbyć wieczorem w sztabie. Na naradzie tej miał być rozpatrywany plan zajęcia twierdzy sewastopolskiej, przedłożony przez pułkownika Sztabu Generalnego Dostowałowa. Proszono mnie, bym wyraził opinię na ten temat. Gdybym się jeszcze wahał, czy objąć komendę nad wojskami rządu krymskiego, to po tej naradzie moje wątpliwości musiałyby zniknąć. Mimo iż przedłożony i opracowany przez pułkownika Dostowałowa plan został przez wszystkich obecnych na naradzie wojskowych, w tym przeze mnie i szefa sztabu pułkownika Makuchę, uznany za nierealny, „minister wojny” po wysłuchaniu obecnych oświadczył, że zgadza się z pułkownikiem Dostowałowem i zaproponował szefowi sztabu, by ten wydał rozkaz przystąpienia do realizacji planu. Rankiem wyjechałem do Jałty.
Rano 8 stycznia po mieście rozeszły się pogłoski, że w nocy miała miejsce potyczka między dwoma szwadronami dragonów krymskich, stacjonujących w pałacu w Liwadii, a miejscową Czerwoną Gwardią, i że dragoni uciekli w góry i władzę w mieście przejęły sowiety. Około południa ukazała się wydana przez sowiety proklamacja stwierdzająca, że od dziś jedyną władzą w mieście jest miejscowa rada i nakazująca, by obywatele bez zwłoki oddali wszelką broń. Pod wieczór do miasta zawinął statek i marynarze pod wodzą członków miejscowej rady przystąpili do powszechnej rewizji.
Rewizja nie ominęła i nas. Około dziewiątej wieczorem w naszej willi przy ulicy Niżnie-Massandrowskiej zjawiło się sześciu marynarzy, obwieszonych taśmami nabojów i granatami; pokazali jakiś nakaz i zażądali wpuszczenia do mieszkania w celu przeprowadzenia rewizji. Kazałem ich wpuścić i dać całkowitą swobodę, pilnując jedynie, by przedstawiciele „rewolucyjnego ludu” przy okazji rewizji czegoś nie zwędzili. Broń, jaką mieliśmy, jeszcze rano została dobrze ukryta w piwnicy i na strychu. Ja sam w czasie rewizji, żeby uniknąć rozmowy z tymi aferzystami, usiadłem przy stoliku karcianym i zacząłem grać w pikietę z synkiem, zupełnie nie zwracając uwagi na szperających po szufladach i komodach marynarzy. Ci starali się na wszelkie sposoby wyprowadzić mnie z równowagi, wygłaszając ordynarne uwagi, umyślnie hałasując i przesuwając meble. Przekonawszy się jednak, że nie odnosi to skutku, zostawili nas w spokoju. Później nieraz w czasie rewizji uciekałem się do tego wypróbowanego sposobu.
Dziesiątego stycznia około dziesiątej obudziła mnie strzelanina. Dowiedziałem się od służącej, że w nocy zeszli z gór krymscy dragoni i zajęli zachodnią część miasta oraz, że o świcie przypłynęły z Sewastopola dwa torpedowce i ostrzeliwują miasto. Ubrałem się i wyszedłem na balkon razem z goszczącym u nas bratem żony. W mieście słychać było gwałtowną strzelaninę, często rozrywały się szrapnele, ostrzeliwano głównie centrum. Niektóre budynki mocno ucierpiały od pocisków. Dwa trafiły w dom sąsiadujący z naszą willą, a kilka upadło w naszym ogrodzie.
Około południa zameldowano mi, że oddział marynarzy jest w ogrodzie i wystawił warty przy wejściu na naszą parcelę. Wyszedłem do ogrodu i zobaczyłem piętnastu mężczyzn, marynarzy i uzbrojonych cywilów, stłoczonych pod balkonem.
– Kto tu dowodzi? – spytałem.
Wysunął się naprzód jakiś marynarz.
– A więc oświadczam wam, że jestem generałem, a ten pan – tu wskazałem na szwagra – to również oficer, rotmistrz. Nie ukrywamy się.
Marynarze wiedzieli już o naszej obecności.
– To dobrze – powiedział przywódca – my nikogo nie ruszamy oprócz tych, którzy z nami walczą.
– My walczymy tylko z Tatarami – powiedział inny. – Jeszcze mateńka Katarzyna przyłączyła Krym do Rosji, a oni się teraz wyłamują…
Często później wspominałem te słowa, jakże znamienne w ustach „świadomego” zwolennika czerwonej międzynarodówki.
Pod wieczór dragoni krymscy opuścili miasto, a wraz z nimi uciekło bardzo wielu mieszkańców z zajętych przez dragonów dzielnic.
Jedenastego stycznia przed dziewiątą rano obudził mnie jakiś hałas. Uniosłem się na łóżku i usłyszałem donośne głosy, tupot nóg i trzaskanie drzwiami. Do pokoju wpadło sześciu marynarzy z karabinami w rękach, obwieszonych taśmami nabojów. Dwaj podbiegli do łóżka, wycelowali we mnie karabiny i wrzasnęli:
– Nie ruszać się, jesteście aresztowani!
Mały pryszczaty marynarz z rewolwerem, widocznie starszy rangą, kazał dwóm ludziom stanąć przy drzwiach i nikogo nie wpuszczać.
– Ubierajcie się – powiedział do mnie.
– Zabierzcie swoich ludzi – odparłem. – Widzicie przecież, że nie jestem uzbrojony i nie zamierzam uciekać. Zaraz się ubiorę i będę gotów pójść z wami.
– Dobrze – rzekł marynarz – tylko prędko, nie mamy czasu.
Marynarze wyszli. Ubrałem się szybko, wyszedłem na korytarz i otoczony przez marynarzy ruszyłem do wyjścia. W drzwiach zobaczyłem nasze służące, zbite w gromadkę i zapłakane. W ogrodzie przy podjeździe czekało jeszcze z dziesięciu marynarzy, a z nimi pomocnik ogrodnika, którego niedawno przegnałem. Pijak i ordynus na jakąś uwagę mojej żony grubiańsko się odszczeknął. Właśnie wychodziłem do ogrodu i słysząc, jak ten grubianin ubliża mojej żonie, trzepnąłem go laską. Nazajutrz został zwolniony, a teraz przyprowadził marynarzy.
– Właśnie, towarzysze, to jest ten generał, zwąchał się z Tatarami, ja zaświadczę, że to kontrrewolucjonista, wróg ludu! – krzyknął łajdak na mój widok.
Z tarasu, w otoczeniu dwóch marynarzy, schodził, również zatrzymany, brat mojej żony. Przeszliśmy przez ogród na ulicę, gdzie czekały przysłane po nas dwa auta; dokoła stał tłum ludzi. Posypały się obelgi i gwizdy, niektórzy wyrażali współczucie. Jakiś Grek podszedł do marynarzy i usiłował się za nami wstawiać:
– Towarzysze, ja ich znam – powiedział. – Oni są niewinni, nie brali udziału w bitwie.
– Dobra, potem się to wyjaśni – odsunął go jeden z marynarzy.
Wsiadaliśmy już do auta, kiedy, roztrącając tłum, przybiegła moja żona. Uchwyciła się drzwiczek i próbowała wsiąść, ale marynarze jej nie wpuszczali. Ja także usiłowałem ją namówić, by została, ale nie chciała słuchać, płakała i domagała się, by pozwolono jej jechać ze mną.
– Dobra, towarzysze, niech jedzie – powiedział wreszcie jeden z marynarzy.
Auta pomknęły w kierunku mola. Widać tam było olbrzymi tłum, dobiegały krzyki. Dwa stojące przy molo torpedowce z rzadka ostrzeliwały miasto. Auta zatrzymały się przy zacumowanym torpedowcu.
– O, są ci krwiopijcy! Co tam z nimi gadać, do wody z nimi! – zaczęto krzyczeć z tłumu.
Spostrzegłem leżące na molo dwa trupy w kałuży krwi… Starając się nie patrzeć na otaczające nas zwierzęce twarze, szybko przeszedłem po trapie na torpedowiec wraz z żoną i szwagrem. Zaprowadzono nas do jakiejś kajuty. Jeden z marynarzy został przy drzwiach, reszta wróciła na górę na pokład. Prawie natychmiast do kajuty wszedł jakiś mężczyzna w oficerskim mundurze marynarskim, ale bez naramienników. Zdumiała mnie jego przygnębiona i zakłopotana mina. Żona rzuciła się do niego i zaczęła pytać, co z nami będzie; próbował ją uspokoić, przedstawił się jako kapitan torpedowca i obiecał, że zrobi wszystko, by jak najszybciej rozpatrzyć naszą sprawę.
– Nie ma się czego obawiać, jeśli jest pan niewinny. Zaraz rozpatrzą pańską sprawę i pewnie wypuszczą – powiedział, ale było jasne, że sam nie wierzy w to, co mówi…
Za drzwiami dał się słyszeć zgiełk i tupot i do kajuty wdarł się tłum marynarzy. Żądali wydania nas i natychmiastowej rozprawy. Z wielkim trudem kapitanowi i dwóm czy trzem marynarzom, którzy przyszli mu z pomocą, udało się ich namówić, by wyszli i pozostawili nas sądowi.
Po pół godzinie przyprowadzono jeszcze jednego aresztowanego – jakiegoś pułkownika wojsk inżynieryjnych. Mówił, że ujęto go również z powodu donosu służącego, z którym miał rozrachunki pieniężne. Najbardziej się niepokoił o pozostawione w domu pieniądze i ważne dokumenty, które mogły przepaść.
Ogarnęło mnie przygniatające, niewytłumaczalne poczucie grozy. Przywykłem patrzeć śmierci w oczy i nie bałem się niebezpieczeństwa, ale myśl, że mogę być rozstrzelany przez własnych rosyjskich żołnierzy, rozstrzelany jak grabieżca czy szpieg, była niezwykle ciężka. Najbardziej przerażało mnie to, że samosąd dokona się na oczach mojej żony i postanowiłem zrobić wszystko, by ją oddalić. Tymczasem żona uprosiła kapitana, by ją zaprowadził do komitetu okrętowego i tam próbowała rozmawiać i wzbudzić współczucie. Wreszcie wróciła, oczywiście niczego nie osiągnąwszy. Zacząłem ją namawiać, by poszła do domu:
– Tutaj w niczym mi nie pomożesz – mówiłem – a tam mogłabyś znaleźć świadków i przyprowadzić ich, żeby potwierdzili, że nie brałem udziału w walce.
Po długich wahaniach zgodziła się. Byłem pewien, że już więcej jej nie zobaczę. Zdjąłem z ręki zegarek z bransoletą, który mi podarowała w czasach narzeczeńskich i który zawsze nosiłem.
– Weź to ze sobą, schowaj – powiedziałem. – Wiesz, jak go sobie cenię, a tu mogą mi go odebrać.
Wzięła zegarek i z płaczem wyszła na pokład. Nie minęło jednak pięć minut, kiedy wróciła. Twarz miała zmienioną.
– Zrozumiałam, to koniec – rzekła. – Zostanę z tobą.
Dopiero co na jej oczach tłum rozszarpał oficera.
W każdej chwili spodziewając się końca, przesiedzieliśmy w kajucie do zmierzchu. Około piątej weszło kilku marynarzy i młody człowiek w czapce i frenczu, dokładnie ogolony, zachowujący się z wielką pewnością siebie. Zwrócił się do siedzącego z nami pułkownika i oznajmił mu, że jest wolny.
– A wy – powiedział do mnie i szwagra – decyzją komitetu okrętowego staniecie przed sądem trybunału rewolucyjnego. Wieczorem przeniosą was do aresztu.
Pułkownik wyszedł, ale po mniej więcej dziesięciu minutach znów go ujrzeliśmy. Sprzeczał się zażarcie z towarzyszącym mu marynarzem:
– Żądam, żeby mi zwrócono zegarek i portfel, są w nim ważne dla mnie dokumenty – gorączkował się.
Marynarz był zmieszany.
– Ja nic nie wiem – mówił – zaczekajcie tu, zaraz poproszę komisarza. Wyszedł.
– Mojego uwolnienia zażądali moi pracownicy – robotnicy portowi. Za panem też przyszła się wstawić gromada ludu – powiedział szybko pułkownik. – Nie martwcie się państwo, da Bóg, że i wam uda się stąd wydostać…
Zjawił się komisarz i pułkownik wyszedł razem z nim.
Wkrótce przyszli i po nas. Pod konwojem czerwonogwardzistów poprowadzono nas na komorę celną, gdzie przetrzymywano mnóstwo aresztowanych. Było ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Tłum się rozproszył i bez przeszkód przeszliśmy do naszego nowego więzienia. W ogromnej sali z wybitymi oknami i brudną zaplutą podłogą, pozbawionej mebli, mieściło się około pięćdziesięciu aresztowanych. Byli tu i generałowie, i młodzi oficerowie, i studenci, i gimnazjaliści, i kilku Tatarów, i jacyś oberwańcy. Mimo zimna i brudu tutaj, z ludźmi było jednak lżej. Wprawdzie wszyscy leżeli, ale chyba nikt nie spał. Słychać było ciche rozmowy, ciężkie westchnienia. Na schodach stało mnóstwo marynarzy i czerwonogwardzistów i dobiegało stamtąd rynsztokowe słownictwo. Wkrótce zaczęto wzywać na przesłuchania. Trwały one całą noc, chociaż wzywano nie wszystkich. Wkrótce wezwano i mnie. Przesłuchiwał jakiś student w binoklach, niski i rozczochrany. Najpierw zadawał rutynowe pytania o nazwisko, wiek, stan cywilny. Potem zapytał, czy uważam się za winnego.
– Co mi się zarzuca? – odpowiedziałem również pytaniem.
Zmieszał się.
– Za co został pan aresztowany?
– To ja powinienem zapytać pana, ale myślę, że i pan tego nie wie. Prawdziwej przyczyny mogę się tylko domyślać. – I opowiedziałem mu, jak zbiłem za chamstwo ogrodnika, który z zemsty na mnie doniósł. – Nie wiem, czy ma pan żonę – dodałem – myślę jednak, że jeśli tak, to pan także nie pozwoliłby jej obrażać.
Nie odpowiedział i zapisawszy moje zeznanie, kazał mnie odprowadzić do pomieszczenia dla aresztowanych. Rano zaczęto przyprowadzać nowych więźniów. Pod wieczór było nas już około siedemdziesięciu. Przyprowadzono między innymi starego generała w stanie spoczynku Jarcewa, dawnego mieszkańca Jałty. Miał z górą siedemdziesiąt lat i był ciężko chory. Pod wieczór przywieziono naszego dobrego znajomego, młodego księcia Mieszczerskiego, oficera konnego pułku grenadierów, którego zatrzymano przy próbie ucieczki w góry.
Około ósmej na salę wszedł wysoki marynarz, przystojny blondyn o inteligentnej twarzy; towarzyszyło mu kilka osób, między innymi student, który mnie przesłuchiwał, i komisarz, którego widziałem na torpedowcu.
– To jest przewodniczący trybunału, towarzysz Wakuła – powiedział jeden z naszych strażników. – Zaraz będzie was przesłuchiwać.
„Trybunał rewolucyjny” przechodził od jednego aresztowanego do drugiego. Widzieliśmy, jak wyprowadzono dokądś starego generała Jarcewa, księcia Mieszczerskiego, jakiegoś studenta, jeszcze kogoś… Towarzysz Wakuła podszedł do nas. Słyszałem, jak student, który mnie przesłuchiwał poprzedniego dnia, pochylił się do ucha przewodniczącego „trybunału rewolucyjnego” i powiedział:
– To ten, o którym wam mówiłem.
– Za co jesteście aresztowani? – zapytał mnie przewodniczący.
– Chyba za to, że jestem rosyjskim generałem, żadne inne przewinienie na mnie nie ciąży.
– Dlaczego nie jesteście w mundurze, dawniej chyba byliście dumni ze swej rangi? A pani za co jest aresztowana? – zwrócił się do mojej żony.
– Nie jestem aresztowana, przyszłam tu z własnej woli, z mężem.
– Ach tak. A po cóż pani tu przyszła?
– Przeżyłam z mężem szczęśliwe życie i chcę do końca dzielić jego los.
Wakuła wyraźnie smakując teatralny efekt, powiódł wzrokiem po stojących wokół aresztowanych.
– Nie każdy ma taką żonę; wy swojej żonie zawdzięczacie życie. Możecie iść – teatralnym gestem wskazał wyjście.
Ale tego wieczoru nas nie wypuszczono. Okazało się, że musimy przejść przez jakąś rejestrację i że uwolnią nas z aresztu dopiero rano. Wakuła obszedł aresztowanych i wyszedł. Dziesięć minut później za oknami na molo rozległy się strzały – trzy bezładne salwy, potem kilka pojedynczych strzałów. Rzuciliśmy się do okna, ale po ciemku nic nie było widać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wszystkie daty dzienne podane są według starego stylu, różniącego się o 13 dni od nowego.
2. Radunţi
3. Od 1896 roku Ungern kształcił się w korpusie morskim w Sankt-Petersburgu, który na rok przed ukończeniem opuścił, uciekając na wojnę z Japonią. Udziału w walkach wówczas nie brał, zbyt późno docierając na Daleki Wschód. Jego ekstrawagancki (jak na owe czasy) postępek spowodował, iż Ungern zamiast szkoły morskiej kończy w 1908 roku pawłowską szkołę piechoty, w rezultacie czego rozpoczyna służbę w kawalerii (jako chorąży) w 1. arguńskim pułku zabajkalskiego wojska kozackiego.
4. „Smuta” – smutnoje wriemia, nazwa przyjęta w Rosji w dniach zamętu i wojny domowej w latach 1605–1613 (przyp. wyd.).
5. Wiorsta, dawna rosyjska miara długości równa 1,0668 km.
6. Trzecim uczestnikiem zabójstwa Rasputina był znany polityk monarchistyczny Władimir Puriszkiewicz (1870–1920), który pozostawił relację z tego wydarzenia.
7. Kawalergardzi – początkowo eskorta i straż honorowa carów podczas uroczystości, a w okresie 1800–1918 jeden z pułków ciężkiej kawalerii gwardii.
8. 3(16) marca 1917 roku w. ks. Michaił Aleksandrowicz, brat cara, wydał manifest, w którym rezygnował z tronu przekazanego mu aktem abdykacyjnym Mikołaja II. Równocześnie pozostawiał formę ustroju Rosji do uznania woli narodu, którą miało wyrazić Zgromadzenie Ustawodawcze.
9. Rozkaz nr 1 piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uchwalony 1(14).03.1917 r., przyjęty w Piotrogrodzkim Okręgu Wojskowym, a następnie stosowany w całej armii, zapoczątkował i uprawomocnił proces rozkładu rosyjskiej armii.
10. Kursistki – słuchaczki wyższych kursów kobiecych.
11. Samostijne (niezależne) kozactwo – nurt wśród kozaków kubańskich, dońskich, terskich, kałmyckich i astrachańskich, po wydarzeniach 1917 roku opowiadających się za autonomią w składzie Rosji lub niepodległością. Szczególnie silne tendencje samostijne objawiali kozacy kubańscy, którzy 16.02.1918 r. ogłosili niepodległość demokratyczno-parlamentarnej Republiki Kubańskiej i starali się prowadzić politykę niezależną od ośrodków decyzyjnych ruchu białych, co powodowało (szczególnie w roku 1919) wzajemne konflikty.
12. Kronsztad – miasto i twierdza na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, w pobliżu ujścia Newy. Podczas rewolucji lutowej 1917 r. zginęło 149 osób, zaś około 1400 było rannych. Większość ofiar śmiertelnych odnotowano w bazach marynarki w Helsingforsie, a szczególnie w Kronsztadzie, gdzie marynarze linczowali oficerów. Podczas wydarzeń roku 1917 kronsztadzcy marynarze byli opoką bolszewików.
13. Maniłow to postać z „Martwych dusz”, zaś Chlestakow z „Rewizora” Nikołaja Gogola.
14. Związek Oficerów Armii i Floty powołany w maju 1917 roku, m.in. z inicjatywy gen. Aleksiejewa, stawiał sobie za zadanie opanowanie anarchii w wojsku i kraju. Rozwijał się szybko, organizując we wszystkich większych miastach i garnizonach swoje oddziały. Aktywnie uczestniczył w nieudanej próbie przejęcia władzy przez gen. Korniłowa w sierpniu (wrześniu) 1917 roku, po czym został rozwiązany, zaś część działaczy aresztowana.
15. Później dowódcą korpusu w Armii Północno-Zachodniej gen. Judenicza.
16. 21 i 22 lipca 1917 roku cofające się wojsko rosyjskie plądrowało Stanisławów, dopuszczając się mordów, gwałtów i grabieży. Na prośbę burmistrza Stanisławowa stacjonujący w okolicy pułk ułanów polskich pod dowództwem płk. B. Mościckiego w dniu 22 i w nocy 23 lipca przywrócił w mieście porządek. Pułk ułanów powstał w ramach Legionu Polskiego (Puławskiego) w grudniu 1914 r. początkowo jako szwadron, następnie dyon, a od 1917 r. pułk. Po bitwie pod Krechowcami (24.07.1917 r.) pułk przyjął miano bitwy i w niepodległej RP nosił nazwę 1. Pułk Ułanów Krechowieckich im. płk. Bolesława Mościckiego.
17. Przedparlament – doradczy organ przy Rządzie Tymczasowym utworzony 22 września (5 października) 1917 r., który miał pełnić funkcję organu przedstawicielskiego do czasu zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego. W skład Przedparlamentu oprócz reprezentantów partii politycznych (bolszewicy, mienszewicy, ludowi socjaliści, eserowcy, kadeci) weszli przedstawiciele przemysłu i handlu, organizacji społecznych i samorządowych. Po przewrocie bolszewickim 1917 roku Przedparlament rozpędzono.
18. Po nieudanej próbie przejęcia władzy przez gen. Korniłowa Rząd Tymczasowy zadecydował o uwięzieniu Naczelnego Wodza wraz z grupą wyższych oficerów (m.in. gen. Łukomskiego i Denikina). Osadzono ich w więzieniu w miasteczku Bychów, 20 km od Mohylewa. Dzięki interwencji gen. Aleksiejewa jako straż dla więźniów wyznaczono pułk tekiński i kawalerów orderu św. Jerzego, formacje wierne gen. Korniłowowi. Po przewrocie bolszewickim 19 listopada (2 grudnia) 1917 r. chwilowy Naczelny Wódz gen. Duchonin (zamordowany przez zrewoltowanych żołnierzy) wydał rozkaz o uwolnieniu więźniów bychowskich. Gen. Korniłow na czele pułku tekińskiego rozpoczął marsz nad Don.
19. Centralna Rada Ukraińska powstała 4(17) marca 1917 roku w Kijowie uznawała Rząd Tymczasowy i żądała autonomii w ramach państwa rosyjskiego. Po przewrocie bolszewickim proklamowała niepodległość Ukrainy i prowadziła działania militarne przeciwko nim. 27.01. (8.02.) 1918 r. podpisała porozumienie z Niemcami i Austro-Węgrami i przy ich pomocy objęła władzę na Ukrainie. W kwietniu 1918 roku Niemcy oddali władzę hetmanowi Skoropadskiemu (do grudnia 1918 r.), rozwiązując Radę.
20. Kurułtaj – parlament Krymski, wybrany w powszechnym, tajnym i równym głosowaniu 24.11.1917 roku, proklamował niepodległość i uchwalił konstytucję stwierdzającą, że państwo krymskie jest republiką ludową. Jednak już w początkach 1918 roku Krym zajęły wojska bolszewickie, a następnie niemieckie i formacje gen. Denikina i Wrangla. W październiku 1920 roku władzę nad Krymem (nazywanym także hist. Taurydą) ponownie objęli bolszewicy.