Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wspomnienia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 lutego 2026
5899 pkt
punktów Virtualo

Wspomnienia - ebook

Piotr Wrangel (1878-1928) to postać w Polsce stosunkowo mało znana, choć jego nazwisko często pojawia się obok innych białych generałów, takich jak A. Denikin, A. Kołczak czy N. Judenicz. Podczas wojny domowej w Rosji był jednym z kluczowych przywódców antybolszewickich sił na południu kraju. W latach 1918-1919 dowodził korpusem konnym w armii gen. Antona Denikina. W kwietniu 1920 r. został dowódcą Sił Zbrojnych Południa Rosji. W czerwcu zajął rejony na północ od Krymu (Tauryda Północna). Po porażkach we wrześniu i październiku próbował bezskutecznie powstrzymać ofensywę bolszewicką na Krym.

Pod koniec 1920 r. znalazł się na emigracji, gdzie powstały i po raz pierwszy zostały opublikowane jego „Wspomnienia”.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18725-2
Rozmiar pliku: 3,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W przeddzień wkroczenia bolszewików

Przy­by­łem do Pio­tro­grodu ran­kiem. Wpa­dłem do domu prze­brać się i wyru­szy­łem do sztabu okręgu. W drzwiach zde­rzy­łem się z gene­ra­łem Kra­sno­wem, sta­rym zna­jo­mym jesz­cze z wojny japoń­skiej, który ostat­nio dowo­dził 2. kom­bi­no­waną dywi­zją kozacką. Był nie­zwy­kle zdzi­wiony, sły­sząc o mojej nomi­na­cji na dowódcę 3. kor­pusu kon­nego. Oka­zało się, że pra­wie jed­no­cze­śnie ze mną został skie­ro­wany przez sztab na dowódcę tego kor­pusu i już peł­nił swoje obo­wiązki. W ostat­nich cza­sach, przy cią­głych maso­wych zmia­nach w sze­re­gach kadry dowód­czej, takie nie­po­ro­zu­mie­nia zda­rzały się czę­sto. Nie mia­łem nic prze­ciw nie­ocze­ki­wa­nej kom­pli­ka­cji i posta­no­wi­łem, że nie będę się spie­szyć z obję­ciem kor­pusu i naj­pierw zorien­tuję się w sytu­acji.

Na czele okręgu stał dopiero co mia­no­wany na to sta­no­wi­sko puł­kow­nik Połkow­ni­kow, były szef sztabu dywi­zji ussu­ryj­skiej, który ostat­nio dowo­dził puł­kiem amur­skim i z puł­kiem tym brał udział w mar­szu gene­rała Kry­mowa na Pio­tro­gród. Powtó­rzy­łem mu, co usły­sza­łem od gene­rała Kra­snowa i spy­ta­łem, czy wie coś na ten temat. Odparł, że także nic nie wie, że to naj­wy­raź­niej nie­po­ro­zu­mie­nie i ponie­waż moja nomi­na­cja jest póź­niej­sza, to, jego zda­niem, powi­nie­nem prze­jąć kor­pus. Odpo­wie­dzia­łem, że dopóki się to wszystko nie wykla­ruje, nie pojadę do kor­pusu i będę w Pio­tro­gro­dzie cze­kać na wyja­śnie­nie sprawy.

Od puł­kow­nika Połkow­ni­kowa po raz pierw­szy dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o ostat­nich dniach gene­rała Kry­mowa. Otóż zerwa­nie pre­miera z głów­no­do­wo­dzą­cym było dla oddzia­łów kor­pusu i dla samego gene­rała Kry­mowa cał­ko­wi­tym zasko­cze­niem. Tele­gram Kie­ren­skiego, ogła­sza­jący gene­rała Kor­ni­łowa zdrajcą, został podany do wia­do­mo­ści dopiero na sta­cji Dno. Według Połkow­ni­kowa, gdyby gene­rał Kry­mow pod­jął wów­czas sta­now­czą decy­zję kon­ty­nu­owa­nia mar­szu na Pio­tro­gród, mia­sto zosta­łoby zdo­byte. Nie­stety, gene­rał Kry­mow w ostat­nich cza­sach nie był w dobrym sta­nie psy­chicz­nym, prze­ży­wał dra­mat rodzinny i utra­cił pew­ność sie­bie. Zasko­czony tele­gra­mem, zaczął się wahać, pro­sić o wytyczne sztabu i tra­cił cenny czas. Zapał osłabł, pułki były w roz­terce i pod wpły­wem prze­stęp­czej agi­ta­cji zaczął się fer­ment. Naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy gene­rała Kry­mowa, bez­wolny szef tuziem­nej dywi­zji książę Bagra­tion i mało ener­giczny dowódca dywi­zji ussu­ryj­skiej Gubin osta­tecz­nie utra­cili pano­wa­nie nad woj­skiem. Po dwóch dniach stało się jasne, że na suk­ces nie ma co liczyć. Do gene­rała Kry­mowa przy­był z pole­ce­nia Kie­ren­skiego szef gabi­netu mini­stra wojny Sama­rin i zapro­po­no­wał mu roz­mowę w Pio­tro­gro­dzie. Gene­rał posta­no­wił jechać. Przy­był do Kie­ren­skiego, miał z nim nie­zwy­kle burz­liwą roz­mowę, po któ­rej udał się na kwa­terę porucz­nika Żuraw­skiego, swego byłego ofi­cera ordy­nan­so­wego, który ostat­nio słu­żył w kan­ce­la­rii mini­stra wojny. Popro­sił, by dano mu papier i pióro i zosta­wiono samego. Po paru minu­tach padł strzał. Samo­bójcę zna­le­ziono na pod­ło­dze z prze­strze­loną pier­sią. Zosta­wił list do żony. Na pyta­nie, co go skło­niło do takiego kroku, odpo­wie­dział: „Posta­no­wi­łem umrzeć, gdyż zbyt kocham Ojczy­znę”. Pró­bo­wano go rato­wać, prze­pro­wa­dzono ope­ra­cję, ale na próżno; przed wie­czo­rem zmarł.

Zapy­ta­łem Połkow­ni­kowa, jak to się stało, że on, uczest­nik ataku Kor­ni­łowa na Pio­tro­gród, mógł zostać mia­no­wany dowódcą Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego. Połkow­ni­kow odrzekł, że sam był zdzi­wiony i dodał:

– Pan prze­cież także został mia­no­wany dowódcą 3. kor­pusu i zapewne rów­nież się pan tego nie spo­dzie­wał.

Ze sztabu okręgu posze­dłem na Bul­war Pała­cowy do Nowego Klubu, żeby dowie­dzieć się cze­goś o hra­bim Pah­le­nie, któ­rego los mnie mocno nie­po­koił. Dowie­dzia­łem się, że w ostat­nich dniach był nie­obecny w mie­ście i wró­cił dopiero poprzed­niego dnia. Wstą­pi­łem do niego wie­czo­rem. Oka­zało się, że w pierw­szych dniach po zerwa­niu sztabu głów­nego z rzą­dem hra­bia Pah­len i więk­szość pra­cu­ją­cych z nim ofi­ce­rów zmu­szeni byli się ukry­wać, aby unik­nąć aresz­to­wa­nia; naj­bar­dziej skom­pro­mi­to­wani ucie­kli z mia­sta. W ostat­nich dniach aresz­to­wa­nia ustały, nad­zór osłabł i nie­któ­rzy spo­śród ukry­wa­ją­cych się posta­no­wili wró­cić. Hra­bia Pah­len ukry­wał się tuż pod mia­stem w majątku Wsie­wo­łoż­skiego Ria­bowo. Powie­dział mi, że marsz Kor­ni­łowa na Pio­tro­gród kom­plet­nie zasko­czył jego orga­ni­za­cję. Kon­fliktu mię­dzy rzą­dem a szta­bem nikt się wów­czas nie spo­dzie­wał, nie poczy­niono więc żad­nych przy­go­to­wań. Już po zerwa­niu do Pah­lena przy­był jakiś nie­znany mu puł­kow­nik, który odmó­wił poda­nia nazwi­ska i nie oka­zał żad­nych doku­men­tów. Został jakoby przy­słany przez Kry­mowa i miał za zada­nie uprze­dzić o wymar­szu Kry­mowa na Pio­tro­gród. Hra­bia Pah­len, oba­wia­jąc się pro­wo­ka­cji, odmó­wił roz­mowy z puł­kow­nikiem. Do dziś zresztą nie wie­dział, czy rze­czy­wi­ście była to pro­wo­ka­cja, czy nie.

Naza­jutrz rano przy­je­chali do mnie dowódca pułku pri­mor­skiego, puł­kow­nik Sze­pu­łow, i ner­czyń­skiego – Makow­kin. Poprzed­niego dnia w Car­skim Siole, gdzie sta­cjo­no­wała dywi­zja, dowie­dzieli się o mojej nomi­na­cji i przy­jeź­dzie do Pio­tro­grodu, posta­no­wili więc mnie odwie­dzić. Sły­sząc, że moja nomi­na­cja jest jesz­cze wąt­pliwa, pro­sili, bym z niej nie rezy­gno­wał i musia­łem im to obie­cać. Nie ukry­wali, że w kor­pu­sie panuje wiel­kie roz­przę­że­nie, że w nie­któ­rych puł­kach Kozacy aresz­to­wali ofi­ce­rów. Mimo to, jak twier­dzili, można było jesz­cze pod­nieść ducha bojo­wego i dys­cy­plinę w oddzia­łach. Tłu­ma­czyli klę­skę gene­rała Kry­mowa tymi samymi przy­czy­nami co Połkow­ni­kow, cho­ciaż rola Połkow­ni­kowa ich zda­niem była nieco inna.

Wie­czo­rem zate­le­fo­no­wał do mnie Połkow­ni­kow i pro­sił, bym przy­szedł do sztabu okręgu. Dowie­dzia­łem się od niego, że „z uwagi na obecną sytu­ację i moją postawę poli­tyczną” mini­ster wojny Wier­chow­ski nie uważa za moż­liwe mia­no­wa­nie mnie dowódcą kor­pusu roz­lo­ko­wa­nego w pobliżu sto­licy, że „wódz naczelny” przy­znał mu rację i że zosta­nie mi zapro­po­no­wane inne sta­no­wi­sko. Odpar­łem, że żad­nej innej nomi­na­cji nie przyjmę i będę zabie­gać o przej­ście w stan spo­czynku. Połkow­ni­kow zauwa­żył, że obec­nie nie zwal­nia się wyż­szych dowód­ców do rezerwy i że jest roz­kaz mini­stra wojny zabra­nia­jący sta­rań w tym kie­runku. Poje­cha­łem do Sama­rina, który rów­nież twier­dził, że nie uda mi się uzy­skać dymi­sji. Pozo­sta­wał sztab. Nowego szefa sztabu wodza naczel­nego, gene­rała Ducho­nina, zupeł­nie nie zna­łem. Gene­rał kwa­ter­mistrz i gene­rał dyżurny byli także ludźmi nowymi i zupeł­nie mi obcymi, ale zastępcą szefa sztabu do spraw cywil­nych był W. Wyru­bow, mój kolega z lat stu­denc­kich i z cza­sów mojej służby ochot­ni­czej, w gwar­dii kon­nej, a jego – w pułku kawa­ler­gar­dów. Wysła­łem do niego tele­gram z prośbą o pomoc w uzy­ska­niu dymi­sji.

Rano dano mi znać, że przy­były do Pio­tro­grodu dowódca Frontu Pół­noc­nego gene­rał Cze­re­mi­sow chce mnie widzieć i prosi, abym przy­je­chał o dwu­na­stej w połu­dnie do Pałacu Zimo­wego, gdzie ma być w tym cza­sie u Kie­ren­skiego. Od Kamieńca widzia­łem gene­rała Cze­re­mi­sowa po raz pierw­szy. Zapro­po­no­wał mi przej­ście pod jego komendę i wyjazd z nim do Pskowa. Podzię­ko­wa­łem za pro­po­zy­cję i powie­dzia­łem, że sta­now­czo chcę odejść ze służby.

Tego samego dnia otrzy­ma­łem tele­gram gene­rała Ducho­nina wzy­wa­jący mnie do sztabu.

Po przy­jeź­dzie do Mohy­lewa sta­wi­łem się u gene­rała Ducho­nina. Widzia­łem go po raz pierw­szy. Śred­niego wzro­stu, pulchny, rumiany, o gęstych kędzie­rza­wych wło­sach, bar­dzo młodo wyglą­da­jący, robił wra­że­nie czło­wieka łagod­nego i skrom­nego. Zaczął mnie nama­wiać, bym zmie­nił decy­zję, prze­ko­ny­wać, że w obec­nych warun­kach obo­wiąz­kiem wyż­szych dowód­ców jest pozo­stać w armii, że tylko ich obec­ność umoż­liwi opa­no­wa­nie roz­kładu. Twardo sta­łem przy swoim. Tego samego dnia zło­ży­łem raport na ręce gene­rała Ducho­nina. Pisa­łem, że mia­no­wano mnie dowódcą 3. kor­pusu, ale nie dopusz­czono do obję­cia tej funk­cji. Z uwagi na swoją dotych­cza­sową służbę przy­czynę tej decy­zji upa­truję jedy­nie w moich prze­ko­na­niach poli­tycz­nych „nie wszyst­kim odpo­wia­da­ją­cych”, że „prze­ko­nań swo­ich ni­gdy nie zmie­nia­łem i nie będę ich zmie­niać dla dogo­dze­nia komu­kol­wiek” i pro­si­łem o udzie­le­nie mi dymi­sji.

Po kilku dniach gene­rał Ducho­nin prze­ka­zał mi przez Wyru­bowa wia­do­mość, że „wódz naczelny” nie uznał za moż­liwe zwol­nie­nia w stan spo­czynku jed­nego z wyż­szych dowód­ców kawa­le­rii. Po kilku zaś następ­nych dniach zapro­po­no­wano mi funk­cję dowódcy Miń­skiego Okręgu Woj­sko­wego, na co, oczy­wi­ście, odpo­wie­dzia­łem odmow­nie.

Zna­la­złem się w dość dziw­nej sytu­acji: nie mia­łem nic do roboty, a jed­no­cze­śnie nie mogłem sobą roz­po­rzą­dzać. Posta­no­wi­łem cze­kać i nie przyj­mo­wać żad­nych nomi­na­cji. Z każ­dym dniem widzia­łem wyraź­niej, że postę­pu­ją­cego roz­kładu armii nie da się już powstrzy­mać.

Zamiesz­ka­łem w wago­nie Wyru­bowa. Sam Wyru­bow miesz­kał na pię­trze w pałacu. Ogar­nęło mnie przy­kre uczu­cie, kiedy po raz pierw­szy wsze­dłem do jego gabi­netu. Tutaj rok temu widzia­łem cesa­rza. Pokój pra­wie się od tego czasu nie zmie­nił. Wagon, w któ­rym miesz­kałem, nale­żał kie­dyś do wiel­kiego księ­cia Sier­gieja Michaj­ło­wi­cza i był urzą­dzony bar­dzo kom­for­towo. Zło­ży­łem zapo­trze­bo­wa­nie na dwa konie i codzien­nie uda­wa­łem się na dłu­gie prze­jażdżki. Obiady i kola­cje jada­łem zazwy­czaj wraz z Wyru­bowem u naszego wspól­nego przy­ja­ciela hra­biego K. Ben­ken­dorfa, brata mojego pole­głego kolegi puł­ko­wego i przy­ja­ciela, bra­tanka mar­szałka dworu. Hra­bia Ben­ken­dorf peł­nił służbę przy attaché woj­sko­wych obcych przed­sta­wi­cielstw. Spę­dza­li­śmy dłu­gie jesienne wie­czory na nie­koń­czą­cych się dys­ku­sjach na aktu­alne tematy. W dys­ku­sjach tych nie­odmien­nie napa­da­li­śmy na Wyru­bowa za ugo­do­wość i „poli­tykę kom­pro­misu”. W tym cza­sie uznał­bym za cał­ko­wi­cie absur­dalną myśl, że dwa lata póź­niej Ben­ken­dorf znaj­dzie się w Gru­zji jako dyplo­mata, przed­sta­wi­ciel władz sowiec­kich.

Kie­dyś roz­ma­wia­li­śmy o tym, że koniecz­nie należy zre­or­ga­ni­zo­wać armię na nowych zasa­dach, że bez tego nie da się jej uzdro­wić. Jak twier­dził Wyru­bow, nad pro­ble­mem tym pra­cuje sztab naczel­nego wodza. Pod­stawą orga­ni­za­cji miała być rze­komo zasada tery­to­rial­no­ści, przy czym szcze­gól­nie obsta­wał gene­rał kwa­ter­mistrz Dite­richs. Zaczą­łem dowo­dzić, że sys­tem tery­to­rialny niczego nie zała­twi, że w obec­nej sytu­acji zasada tery­to­rial­no­ści może dopro­wa­dzić jedy­nie do roz­człon­ko­wa­nia armii, a wraz z nią kraju, i że w momen­cie, kiedy trwa wojna, orga­ni­za­cji takiej prak­tycz­nie wpro­wa­dzić się nie da. Moim zda­niem dla uzdro­wie­nia armii, jeśli jesz­cze nie jest za późno, konieczne jest, aby przede wszyst­kim rząd ustą­pił od tak zwa­nej demo­kra­ty­za­cji armii i rewo­lu­cyj­nej dys­cy­pliny, aby wpro­wa­dzono w życie tak zwany pro­gram Kor­ni­łowa. Pod tym warun­kiem widzia­łem moż­li­wość roz­po­czę­cia prac nad uzdro­wie­niem armii. Korzy­sta­jąc z zimo­wego zastoju i tego, że Niemcy skie­ro­wali znaczną część sił na Front Zachodni, można było, prze­su­wa­jąc stop­niowo część kor­pu­sów na tyły, wyod­ręb­nić w oddzia­łach naj­słab­szy ele­ment, a pozo­sta­łymi uzu­peł­nić wydzie­lone w dywi­zjach bata­liony sztur­mowe, które mogłyby zostać roz­wi­nięte w pułki i bry­gady. Wedle tych obli­czeń liczba dywi­zji pie­choty byłaby niż­sza, o ile pamię­tam, dwu­krot­nie, ale za to byłyby one zdatne do walki.

Wydzie­lone z puł­ków nie­po­żą­dane ele­menty można by było sfor­mo­wać w bata­liony robo­cze o zaostrzo­nym rygo­rze. Mogłyby one zostać użyte w służ­bach tyło­wych i powrót z nich do sze­re­gów powi­nien być dopusz­czalny jedy­nie po okre­ślo­nym cza­sie służby i otrzy­ma­niu odpo­wied­niej opi­nii prze­ło­żo­nych. Służba liniowa powinna według mnie posia­dać wię­cej przy­wi­le­jów służ­bo­wych i mate­rial­nych w porów­na­niu z tyłową. Oczy­wi­ście, wszyst­kie te środki mogły przy­nieść pomyślne rezul­taty jedy­nie pod warun­kiem zmiany ogól­nego porządku w armii.

Wyru­bow, który jak zawsze się zapa­lał, zaczął mnie pro­sić, żebym się pod­jął szcze­gó­ło­wego opra­co­wa­nia tej sprawy. Nie przy­wią­zu­jąc do tego żad­nej wagi, wykrę­ca­łem się żar­tami. Jed­nak po kilku dniach Wyru­bow znów wró­cił do tematu i poin­for­mo­wał mnie, że powie­dział o moich pro­jek­tach Ducho­ni­nowi i Dite­rich­sowi i że obaj nad­zwy­czaj się nimi zain­te­re­so­wali. Dite­richs pro­sił, żebym do niego wstą­pił. Kilka dni póź­niej powtó­rzył zapro­sze­nie i oso­bi­ście mnie popro­sił, żebym wyło­żył na piśmie ów pro­jekt. Wzią­łem do pomocy pod­puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Jakow­lewa i po około dzie­się­ciu dniach przed­sta­wi­łem pro­po­zy­cje.

Wydział cywilny (obec­nie nawet spra­wami armii zaj­mo­wali się cywile) zażą­dał wielu popra­wek, ale nie odrzu­cił pod­sta­wo­wych zało­żeń. Pro­jekt wysłano do Pio­tro­grodu. Oczy­wi­ście, abso­lut­nie nie wie­rzy­łem, że wszyst­kie prze­wi­dziane w pro­jek­cie środki zostaną wpro­wa­dzone w życie; wystę­pu­jąc z nim, mia­łem na uwa­dze co innego – moż­li­wość nawią­za­nia kon­taktu z licz­nymi oddzia­łami, a zwłasz­cza z bata­lio­nami sztur­mo­wymi, zło­żo­nymi z ochot­ni­ków, głów­nie ofi­ce­rów. Jeden taki bata­lion pod dowódz­twem pod­puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Mana­kina znaj­do­wał się w kwa­te­rze głów­nej. Był to wzo­rowy oddział. W wypadku nie­unik­nio­nego roz­padu armii może uda­łoby się oca­lić przy­naj­mniej nie­wielki, dobrze zor­ga­ni­zo­wany, silny jej rdzeń. Szes­na­stego paź­dzier­nika Kie­ren­ski zatwier­dził przed­sta­wioną przez Wyru­bowa notatkę służ­bową, któ­rej pod­stawę sta­no­wił mój pro­jekt. Ofi­ce­ro­wie dyżurni otrzy­mali pole­ce­nie opra­co­wa­nia szcze­gó­łów per­so­nal­nych.

Szef sztabu naczel­nego wodza i jego zastępca do spraw cywil­nych mieli wyje­chać do Pio­tro­grodu na otwar­cie Przed­par­la­mentu¹⁷. Sko­rzy­sta­łem z tej oka­zji, by poje­chać do sto­licy. Jecha­łem z Wyru­bo­wem w jego wago­nie. Na obiad przy­szedł gene­rał Ducho­nin, który sie­dział u nas do dzie­sią­tej, wyraź­nie zado­wo­lony, że może odpo­cząć od codzien­nych spraw, i opo­wia­dał wiele o swo­jej daw­nej służ­bie. Ze szcze­gólną przy­jem­no­ścią wspo­mi­nał czasy, kiedy dowo­dził 105. puł­kiem łuc­kim. Pułk pod jego komendą sto­czył wiele sław­nych bojów. Świad­czyły o tym Krzyże św. Jerzego zdo­biące pierś i szyję gene­rała.

Pierw­sze posie­dze­nie Przed­par­la­mentu jesz­cze raz pod­kre­śliło bez­siłę wła­dzy i brak jed­no­ści na górze.

Dwu­dzie­stego pią­tego paź­dzier­nika roz­le­gły się w Pio­tro­gro­dzie pierw­sze wystrzały z krą­żow­nika „Aurora”. Kie­ren­ski uciekł, pozo­stali człon­ko­wie Rządu Tym­cza­so­wego zasie­dli w Pałacu Zimo­wym pod osłoną żeń­skich bata­lio­nów i dzieci jun­krów. W sto­licy powtó­rzyły się dni lutowe. Na uli­cach trwała strze­la­nina, prze­my­kały cię­ża­rówki z uzbro­jo­nymi żoł­nie­rzami.

Kwa­tera główna w tych dniach wrzała. Bez­u­stan­nie obra­do­wał komi­tet armijny. Gene­ra­ło­wie Ducho­nin, Dite­richs i Wyru­bow nie odcho­dzili od apa­ra­tów Hughesa. Nade­szła wia­do­mość o mar­szu gene­rała Kra­snowa z 3. kor­pu­sem na Pio­tro­gród, za nim miały ruszyć następne oddziały. Ale już w dwa dni póź­niej zaczęto mówić o „zdra­dzie gene­rała Cze­re­mi­sowa”. W szta­bie dowódcy Frontu Pół­noc­nego już się toczyła haniebna roz­grywka. Gene­rał Cze­re­mi­sow dość przej­rzy­ście dawał do zro­zu­mie­nia, że w naj­bliż­szych dniach zamie­rza zostać wodzem naczel­nym. Esze­lony, wezwane do Pio­tro­grodu przez rząd, Cze­re­mi­sow zatrzy­mał w dro­dze; Kozacy ussu­ryj­scy zaczęli się bra­tać z bol­sze­wi­kami. Jesz­cze raz w sfe­rach wyż­szych woj­sko­wych zapa­no­wały bez­ład, nie­zde­cy­do­wa­nie, zdrada i tchó­rzo­stwo.

W tym cza­sie nagle, prze­jaz­dem przez Mohy­lew, przy­był gene­rał Odin­cow. Nie widzia­łem go od czasu jego nie­god­nego zacho­wa­nia w cza­sie wystą­pie­nia Kor­ni­łowa. Wstą­pił do mnie bar­dzo zmie­szany. Dowie­dzia­łem się, że skie­ro­wano go do Pio­tro­grodu, do dys­po­zy­cji szefa Sztabu Gene­ral­nego. W tym cza­sie daleki byłem od myśli, że po dwóch tygo­dniach wróci do kwa­tery głów­nej i w imie­niu wodza naczel­nego cho­rą­żego Kry­lenki poleci gene­rałowi Ducho­ni­nowi opu­ścić poste­ru­nek.

Pierw­szego listo­pada Kie­ren­ski uciekł, zdra­dziw­szy swych kole­gów z rządu, armię i Rosję. Pią­tego listo­pada, dekre­tem Sow­nar­komu wodzem naczel­nym został mia­no­wany cho­rąży Kry­lenko. W kwa­te­rze głów­nej czy­niono jesz­cze próby sfor­mo­wa­nia „demo­kra­tycz­nego rządu”, któ­rego pre­mie­rem miał zostać W. Czer­now. Byłem u Wyru­bowa, kiedy zamel­do­wano o jego przy­by­ciu. Chcąc unik­nąć spo­tka­nia z tym panem, co prę­dzej wysze­dłem z gabi­netu. Jed­no­cze­śnie z Czer­nowem przy­był także były mini­ster wojny, gene­rał Wier­chow­ski. Mia­łem oka­zję go widzieć i zro­bił na mnie wra­że­nie zaro­zu­mia­łego zera. W dniu, w któ­rym dowie­dzia­łem się o mia­no­wa­niu wodzem naczel­nym cho­rą­żego Kry­lenki, posta­no­wi­łem opu­ścić armię. Gene­rał Ducho­nin już mnie nie zatrzy­my­wał. Wzią­łem nie­zbędne papiery i wstą­pi­łem do Wyru­bowa, by się poże­gnać. Był bar­dzo zde­ner­wo­wany, wła­śnie wró­cił od Ducho­nina, który otrzy­mał wia­do­mość, że Kry­lenko wydał woj­skom roz­kaz „roz­po­czę­cia roko­wań z nie­przy­ja­cie­lem”. Kry­lenko tele­gra­fo­wał do Ducho­nina żąda­jąc, by ten prze­ka­zał swą funk­cję sze­fowi gar­ni­zonu, gene­rałowi Boncz-Bru­je­wi­czowi. Nie­zdarny, tępy i wyjąt­kowo pozba­wiony zasad Boncz-Bru­je­wicz zdą­żył się wkraść w łaski mohy­lew­skiej rady dele­ga­tów. Gene­rał Ducho­nin zapro­po­no­wał Dite­rich­sowi i Wyru­bo­wowi, że zwolni ich z przy­sięgi, że go nie opusz­czą. Wyru­bow odmó­wił, zde­cy­do­wany do końca dzie­lić los głów­no­do­wo­dzą­cego, Dite­richs zaś posta­no­wił wpraw­dzie zostać, ale jako „osoba pry­watna”, zaopa­trzony w roz­kaz pod­pi­sany przez Ducho­nina o odko­men­de­ro­wa­niu do Armii Kau­ka­skiej. Wyru­bow powie­dział, że gene­rał Ducho­nin zamie­rza prze­nieść kwa­terę główną do Kijowa.

Z cięż­kim ser­cem opusz­cza­łem armię. Osiem mie­sięcy temu Rosja oba­liła swego Monar­chę. Wedle słów osób będą­cych u wła­dzy, prze­wrót pań­stwowy miał na celu uwol­nie­nie kraju od rządu, który zmie­rzał do zawar­cia hanieb­nego sepa­ra­ty­stycz­nego pokoju. Nowy rząd napi­sał na swym sztan­da­rze: „Wojna do zwy­cię­skiego końca”. Po upły­wie ośmiu mie­sięcy rząd ów hanieb­nie zdał Rosję na łaskę i nie­ła­skę zwy­cięzcy. Win­nym tej hańby był nie tylko bez­wolny i nie­udolny rząd. Odpo­wie­dzial­ność dzie­lili z nim także wyżsi dowódcy i cały naród rosyj­ski. Wiel­kie słowo „wol­ność” naród ten zastą­pił sło­wem „prze­moc” i zdo­bytą wol­ność zamie­nił w sza­leń­stwo, gra­bież i mord.

Pod bolszewickim butem

Po nie­spo­koj­nym, ner­wo­wym życiu w kwa­te­rze głów­nej zdu­miony byłem, zasta­jąc na Kry­mie zupeł­nie inną, poko­jową i, że tak powiem, głę­boko pro­win­cjo­nalną atmos­ferę.

Już w pierw­szych dniach zamętu schro­niło się tutaj mnó­stwo rodzin z Moskwy, Pio­tro­grodu i Kijowa. Ludzie ci, prze­waż­nie bogaci i nie­za­leżni, nie­zwią­zani ze służbą albo tacy, któ­rzy ją porzu­cili, naj­czę­ściej obo­jętni poli­tycz­nie, stwo­rzyli na Kry­mie szcze­gólną atmos­ferę daleką od walki poli­tycz­nej i nie­po­ko­jów więk­szo­ści wiel­kich ośrod­ków Rosji. W oko­li­cach Jałty zamiesz­kała po prze­wro­cie także spora część rodziny cesar­skiej: sędziwa cesa­rzowa – matka Maria Fio­do­rowna z cór­kami, wiel­kimi księż­nymi Kse­nią Alek­san­drowną i Olgą Alek­san­drowną, wielcy ksią­żęta Miko­łaj Miko­łajewicz, Piotr Miko­łajewicz i Alek­san­der Michaj­ło­wicz z rodzi­nami. W samej Jał­cie, w Ałupce, Simen­zie i Gurzu­fie miesz­kało sporo osób z peters­bur­skiego towa­rzy­stwa – naszych sta­rych zna­jo­mych. Wszy­scy czę­sto się widy­wali. Wielu sta­rało się prze­nieść na tutej­szy grunt zwy­kły tryb życia peters­bur­skiego.

O groź­nej rze­czy­wi­sto­ści przy­po­mi­nały tylko wia­do­mo­ści, dość nie­re­gu­lar­nie przy­cho­dzące z pocztą. W kilka dni po przy­jeź­dzie dowie­dzia­łem się z gazet o tra­gicz­nej śmierci gene­rała Ducho­nina i ucieczce więź­niów bychow­skich¹⁸. Z rzadka docie­rały wia­do­mo­ści o tym, że demo­kra­tyczna Rada Ukra­iń­ska prze­chyla się coraz bar­dziej w lewo i że nad Donem szy­kuje się „kontr­re­wo­lu­cja”¹⁹. Zna­jąc Koza­ków, nie­zbyt wie­rzy­łem w trwa­łość tej ostat­niej. Uwa­ża­łem, że wcze­śniej czy póź­niej kozac­two da się wcią­gnąć w wir rewo­lu­cji i opa­mięta się, gdy tylko poczuje na wła­snej skó­rze roz­ko­sze komu­ni­stycz­nego reżymu.

Bez­tro­skie życie na Kry­mie nie trwało długo. Wkrótce z pół­nocy nade­szły pierw­sze wie­ści o wystą­pie­niach w mia­stach i wsiach roz­ma­itej zbie­ra­niny, która zamie­rzała się zjed­no­czyć pod czer­wo­nym sztan­da­rem. Tu i ówdzie zda­rzały się już napa­ści na majątki ziem­skie.

Będąc któ­re­goś dnia w spra­wach mająt­ko­wych w Meli­to­polu, po raz pierw­szy zoba­czy­łem na tam­tej­szym dworcu czer­wone woj­ska; to wra­cali po krwa­wej lek­cji mary­na­rze Floty Czar­no­mor­skiej, roz­bici przez gene­rała Kale­dina pod Rosto­wem. Ludzie ci, o bez­czel­nych zwie­rzę­cych twa­rzach, obwie­szeni taśmami nabo­jów, z gra­na­tami za pasem, bez­ład­nymi grup­kami zdą­żali do Sewa­sto­pola, wdzie­ra­jąc się do wago­nów pasa­żer­skich, wyrzu­ca­jąc kobiety i dzieci, bijąc kole­ja­rzy.

Idąc za przy­kła­dem Donu i Ukra­iny, w pobliżu nad­cią­ga­ją­cej czer­wo­nej fali, posta­no­wili się także zor­ga­ni­zo­wać, w postaci Kuruł­taju, krym­scy Tata­rzy²⁰. Świeżo sfor­mo­wany rząd tatar­ski miał cha­rak­ter koali­cyjny, cho­ciaż prze­wa­żała w nim „poli­tyka demo­kra­tyczna”, któ­rej zapa­lo­nym rzecz­ni­kiem był pre­mier i mini­ster wojny Sey­dah­met, podob­nie jak pan Kie­ren­ski, rów­nież adwo­kat. Sey­dah­meta popie­rały, oprócz ele­men­tów demo­kra­tycz­nych, także grupy tur­ko­fil­skie. Rząd miał do dys­po­zy­cji garstkę sił zbroj­nych: krym­ski pułk dra­go­nów, zaj­mu­jący gar­ni­zony Sym­fe­ro­pola, Bach­czy­sa­raju i Jałty, uzu­peł­niony przez Tata­rów krym­skich, kilka bata­lio­nów ofi­cer­skich i chyba dwie bate­rie polowe. W gar­ni­zo­nie sewa­sto­pol­skim i sewa­sto­pol­skiej arty­le­rii dawno już doszły do głosu nastroje bol­sze­wic­kie. W Sym­fe­ro­polu, miej­scu pobytu Kuruł­taju, sfor­mo­wano spiesz­nie sztab armii, któ­rego sze­fem został puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Maku­cha. Ku mojemu naj­wyż­szemu zdu­mie­niu, otrzy­ma­łem z Jałty pod­pi­sany prze­zeń tele­gram z wia­do­mo­ścią, że rząd krym­ski pro­po­nuje mi sta­no­wi­sko dowódcy armii. Pro­szono, bym przy­był na roz­mowy do Sym­fe­ro­pola. Tego samego dnia ogło­szono na Kry­mie powszechną mobi­li­za­cję, dzięki któ­rej, wedle wyli­czeń sztabu, miano w krót­kim cza­sie sfor­mo­wać cały kor­pus i roz­wi­nąć kawa­le­rię w bry­gadę. Posta­no­wi­łem poje­chać do Sym­fe­ro­pola i wyja­śnić sprawę na miej­scu, zanim udzielę jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzi na przed­sta­wioną mi pro­po­zy­cję.

W Sym­fe­ro­polu, sto­licy Krymu, pano­wało nie­zwy­kłe wprost oży­wie­nie: odby­wała się reje­stra­cja ofi­ce­rów, trwały jakieś narady, bez­u­stan­nie obra­do­wały jakieś komi­sje. Szef sztabu, puł­kow­nik Maku­cha, zro­bił na mnie wra­że­nie czło­wieka skrom­nego i rze­czo­wego. Cał­ko­wi­cie pochło­nięty zagad­nie­niami tech­niki, nie inte­re­so­wał się poli­tyką. Poli­tyka zaś była tu okra­szona typową kie­rensz­czy­zną – cywilny krym­ski dowódca, podob­nie jak jego kolega w Pio­tro­gro­dzie, chciał się oprzeć na armii, którą widział zde­mo­kra­ty­zo­waną, z odpo­wied­nimi komi­te­tami i komi­sa­rzami. Już po pierw­szych sło­wach zamie­nio­nych z Sey­dah­me­tem prze­ko­na­łem się, że nie jest nam po dro­dze, co zresztą szcze­rze mu powie­dzia­łem, oświad­cza­jąc, że w tych warun­kach nie mogę przy­jąć pro­po­no­wa­nego mi sta­no­wi­ska. Sey­dah­met zro­zu­miał naj­wy­raź­niej, że nie ma sensu mnie nama­wiać i pro­sił tylko, bym był obecny na nara­dzie, która miała się odbyć wie­czo­rem w szta­bie. Na nara­dzie tej miał być roz­pa­try­wany plan zaję­cia twier­dzy sewa­sto­pol­skiej, przed­ło­żony przez puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Dosto­wa­łowa. Pro­szono mnie, bym wyra­ził opi­nię na ten temat. Gdy­bym się jesz­cze wahał, czy objąć komendę nad woj­skami rządu krym­skiego, to po tej nara­dzie moje wąt­pli­wo­ści musia­łyby znik­nąć. Mimo iż przed­ło­żony i opra­co­wany przez puł­kow­nika Dosto­wa­łowa plan został przez wszyst­kich obec­nych na nara­dzie woj­sko­wych, w tym przeze mnie i szefa sztabu puł­kow­nika Maku­chę, uznany za nie­re­alny, „mini­ster wojny” po wysłu­cha­niu obec­nych oświad­czył, że zga­dza się z puł­kow­nikiem Dosto­wa­ło­wem i zapro­po­no­wał sze­fowi sztabu, by ten wydał roz­kaz przy­stą­pie­nia do reali­za­cji planu. Ran­kiem wyje­cha­łem do Jałty.

Rano 8 stycz­nia po mie­ście roze­szły się pogło­ski, że w nocy miała miej­sce potyczka mię­dzy dwoma szwa­dro­nami dra­go­nów krym­skich, sta­cjo­nu­ją­cych w pałacu w Liwa­dii, a miej­scową Czer­woną Gwar­dią, i że dra­goni ucie­kli w góry i wła­dzę w mie­ście prze­jęły sowiety. Około połu­dnia uka­zała się wydana przez sowiety pro­kla­ma­cja stwier­dza­jąca, że od dziś jedyną wła­dzą w mie­ście jest miej­scowa rada i naka­zu­jąca, by oby­wa­tele bez zwłoki oddali wszelką broń. Pod wie­czór do mia­sta zawi­nął sta­tek i mary­na­rze pod wodzą człon­ków miej­sco­wej rady przy­stą­pili do powszech­nej rewi­zji.

Rewi­zja nie omi­nęła i nas. Około dzie­wią­tej wie­czo­rem w naszej willi przy ulicy Niż­nie-Mas­san­drow­skiej zja­wiło się sze­ściu mary­na­rzy, obwie­szo­nych taśmami nabo­jów i gra­na­tami; poka­zali jakiś nakaz i zażą­dali wpusz­cze­nia do miesz­ka­nia w celu prze­pro­wa­dze­nia rewi­zji. Kaza­łem ich wpu­ścić i dać cał­ko­witą swo­bodę, pil­nu­jąc jedy­nie, by przed­sta­wi­ciele „rewo­lu­cyj­nego ludu” przy oka­zji rewi­zji cze­goś nie zwę­dzili. Broń, jaką mie­li­śmy, jesz­cze rano została dobrze ukryta w piw­nicy i na stry­chu. Ja sam w cza­sie rewi­zji, żeby unik­nąć roz­mowy z tymi afe­rzy­stami, usia­dłem przy sto­liku kar­cia­nym i zaczą­łem grać w pikietę z syn­kiem, zupeł­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na szpe­ra­ją­cych po szu­fla­dach i komo­dach mary­na­rzy. Ci sta­rali się na wszel­kie spo­soby wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi, wygła­sza­jąc ordy­narne uwagi, umyśl­nie hała­su­jąc i prze­su­wa­jąc meble. Prze­ko­naw­szy się jed­nak, że nie odnosi to skutku, zosta­wili nas w spo­koju. Póź­niej nie­raz w cza­sie rewi­zji ucie­ka­łem się do tego wypró­bo­wa­nego spo­sobu.

Dzie­sią­tego stycz­nia około dzie­sią­tej obu­dziła mnie strze­la­nina. Dowie­dzia­łem się od słu­żą­cej, że w nocy zeszli z gór krym­scy dra­goni i zajęli zachod­nią część mia­sta oraz, że o świ­cie przy­pły­nęły z Sewa­sto­pola dwa tor­pe­dowce i ostrze­li­wują mia­sto. Ubra­łem się i wysze­dłem na bal­kon razem z gosz­czą­cym u nas bra­tem żony. W mie­ście sły­chać było gwał­towną strze­la­ninę, czę­sto roz­ry­wały się szrap­nele, ostrze­li­wano głów­nie cen­trum. Nie­które budynki mocno ucier­piały od poci­sków. Dwa tra­fiły w dom sąsia­du­jący z naszą willą, a kilka upa­dło w naszym ogro­dzie.

Około połu­dnia zamel­do­wano mi, że oddział mary­na­rzy jest w ogro­dzie i wysta­wił warty przy wej­ściu na naszą par­celę. Wysze­dłem do ogrodu i zoba­czy­łem pięt­na­stu męż­czyzn, mary­na­rzy i uzbro­jo­nych cywi­lów, stło­czo­nych pod bal­ko­nem.

– Kto tu dowo­dzi? – spy­ta­łem.

Wysu­nął się naprzód jakiś mary­narz.

– A więc oświad­czam wam, że jestem gene­ra­łem, a ten pan – tu wska­za­łem na szwa­gra – to rów­nież ofi­cer, rot­mistrz. Nie ukry­wamy się.

Mary­na­rze wie­dzieli już o naszej obec­no­ści.

– To dobrze – powie­dział przy­wódca – my nikogo nie ruszamy oprócz tych, któ­rzy z nami wal­czą.

– My wal­czymy tylko z Tata­rami – powie­dział inny. – Jesz­cze mateńka Kata­rzyna przy­łą­czyła Krym do Rosji, a oni się teraz wyła­mują…

Czę­sto póź­niej wspo­mi­na­łem te słowa, jakże zna­mienne w ustach „świa­do­mego” zwo­len­nika czer­wo­nej mię­dzy­na­ro­dówki.

Pod wie­czór dra­goni krym­scy opu­ścili mia­sto, a wraz z nimi ucie­kło bar­dzo wielu miesz­kań­ców z zaję­tych przez dra­go­nów dziel­nic.

Jede­na­stego stycz­nia przed dzie­wiątą rano obu­dził mnie jakiś hałas. Unio­słem się na łóżku i usły­sza­łem dono­śne głosy, tupot nóg i trza­ska­nie drzwiami. Do pokoju wpa­dło sze­ściu mary­na­rzy z kara­bi­nami w rękach, obwie­szo­nych taśmami nabo­jów. Dwaj pod­bie­gli do łóżka, wyce­lo­wali we mnie kara­biny i wrza­snęli:

– Nie ruszać się, jeste­ście aresz­to­wani!

Mały prysz­czaty mary­narz z rewol­we­rem, widocz­nie star­szy rangą, kazał dwóm ludziom sta­nąć przy drzwiach i nikogo nie wpusz­czać.

– Ubie­raj­cie się – powie­dział do mnie.

– Zabierz­cie swo­ich ludzi – odpar­łem. – Widzi­cie prze­cież, że nie jestem uzbro­jony i nie zamie­rzam ucie­kać. Zaraz się ubiorę i będę gotów pójść z wami.

– Dobrze – rzekł mary­narz – tylko prędko, nie mamy czasu.

Mary­na­rze wyszli. Ubra­łem się szybko, wysze­dłem na kory­tarz i oto­czony przez mary­na­rzy ruszy­łem do wyj­ścia. W drzwiach zoba­czy­łem nasze słu­żące, zbite w gro­madkę i zapła­kane. W ogro­dzie przy pod­jeź­dzie cze­kało jesz­cze z dzie­się­ciu mary­na­rzy, a z nimi pomoc­nik ogrod­nika, któ­rego nie­dawno prze­gna­łem. Pijak i ordy­nus na jakąś uwagę mojej żony gru­biań­sko się odszczek­nął. Wła­śnie wycho­dzi­łem do ogrodu i sły­sząc, jak ten gru­bia­nin ubliża mojej żonie, trzep­ną­łem go laską. Naza­jutrz został zwol­niony, a teraz przy­pro­wa­dził mary­na­rzy.

– Wła­śnie, towa­rzy­sze, to jest ten gene­rał, zwą­chał się z Tata­rami, ja zaświad­czę, że to kontr­re­wo­lu­cjo­ni­sta, wróg ludu! – krzyk­nął łaj­dak na mój widok.

Z tarasu, w oto­cze­niu dwóch mary­na­rzy, scho­dził, rów­nież zatrzy­many, brat mojej żony. Prze­szli­śmy przez ogród na ulicę, gdzie cze­kały przy­słane po nas dwa auta; dokoła stał tłum ludzi. Posy­pały się obe­lgi i gwizdy, nie­któ­rzy wyra­żali współ­czu­cie. Jakiś Grek pod­szedł do mary­na­rzy i usi­ło­wał się za nami wsta­wiać:

– Towa­rzy­sze, ja ich znam – powie­dział. – Oni są nie­winni, nie brali udziału w bitwie.

– Dobra, potem się to wyja­śni – odsu­nął go jeden z mary­na­rzy.

Wsia­da­li­śmy już do auta, kiedy, roz­trą­ca­jąc tłum, przy­bie­gła moja żona. Uchwy­ciła się drzwi­czek i pró­bo­wała wsiąść, ale mary­na­rze jej nie wpusz­czali. Ja także usi­ło­wa­łem ją namó­wić, by została, ale nie chciała słu­chać, pła­kała i doma­gała się, by pozwo­lono jej jechać ze mną.

– Dobra, towa­rzy­sze, niech jedzie – powie­dział wresz­cie jeden z mary­na­rzy.

Auta pomknęły w kie­runku mola. Widać tam było olbrzymi tłum, dobie­gały krzyki. Dwa sto­jące przy molo tor­pe­dowce z rzadka ostrze­li­wały mia­sto. Auta zatrzy­mały się przy zacu­mo­wa­nym tor­pe­dowcu.

– O, są ci krwio­pijcy! Co tam z nimi gadać, do wody z nimi! – zaczęto krzy­czeć z tłumu.

Spo­strze­głem leżące na molo dwa trupy w kałuży krwi… Sta­ra­jąc się nie patrzeć na ota­cza­jące nas zwie­rzęce twa­rze, szybko prze­sze­dłem po tra­pie na tor­pe­do­wiec wraz z żoną i szwa­grem. Zapro­wa­dzono nas do jakiejś kajuty. Jeden z mary­na­rzy został przy drzwiach, reszta wró­ciła na górę na pokład. Pra­wie natych­miast do kajuty wszedł jakiś męż­czy­zna w ofi­cer­skim mun­du­rze mary­nar­skim, ale bez nara­mien­ni­ków. Zdu­miała mnie jego przy­gnę­biona i zakło­po­tana mina. Żona rzu­ciła się do niego i zaczęła pytać, co z nami będzie; pró­bo­wał ją uspo­koić, przed­sta­wił się jako kapi­tan tor­pe­dowca i obie­cał, że zrobi wszystko, by jak naj­szyb­ciej roz­pa­trzyć naszą sprawę.

– Nie ma się czego oba­wiać, jeśli jest pan nie­winny. Zaraz roz­pa­trzą pań­ską sprawę i pew­nie wypusz­czą – powie­dział, ale było jasne, że sam nie wie­rzy w to, co mówi…

Za drzwiami dał się sły­szeć zgiełk i tupot i do kajuty wdarł się tłum mary­na­rzy. Żądali wyda­nia nas i natych­mia­sto­wej roz­prawy. Z wiel­kim tru­dem kapi­ta­nowi i dwóm czy trzem mary­na­rzom, któ­rzy przy­szli mu z pomocą, udało się ich namó­wić, by wyszli i pozo­sta­wili nas sądowi.

Po pół godzi­nie przy­pro­wa­dzono jesz­cze jed­nego aresz­to­wa­nego – jakie­goś puł­kow­nika wojsk inży­nie­ryj­nych. Mówił, że ujęto go rów­nież z powodu donosu słu­żą­cego, z któ­rym miał roz­ra­chunki pie­niężne. Naj­bar­dziej się nie­po­koił o pozo­sta­wione w domu pie­nią­dze i ważne doku­menty, które mogły prze­paść.

Ogar­nęło mnie przy­gnia­ta­jące, nie­wy­tłu­ma­czalne poczu­cie grozy. Przy­wy­kłem patrzeć śmierci w oczy i nie bałem się nie­bez­pie­czeń­stwa, ale myśl, że mogę być roz­strze­lany przez wła­snych rosyj­skich żoł­nie­rzy, roz­strze­lany jak gra­bieżca czy szpieg, była nie­zwy­kle ciężka. Naj­bar­dziej prze­ra­żało mnie to, że samo­sąd dokona się na oczach mojej żony i posta­no­wi­łem zro­bić wszystko, by ją odda­lić. Tym­cza­sem żona upro­siła kapi­tana, by ją zapro­wa­dził do komi­tetu okrę­to­wego i tam pró­bo­wała roz­ma­wiać i wzbu­dzić współ­czu­cie. Wresz­cie wró­ciła, oczy­wi­ście niczego nie osią­gnąw­szy. Zaczą­łem ją nama­wiać, by poszła do domu:

– Tutaj w niczym mi nie pomo­żesz – mówi­łem – a tam mogła­byś zna­leźć świad­ków i przy­pro­wa­dzić ich, żeby potwier­dzili, że nie bra­łem udziału w walce.

Po dłu­gich waha­niach zgo­dziła się. Byłem pewien, że już wię­cej jej nie zoba­czę. Zdją­łem z ręki zega­rek z bran­so­letą, który mi poda­ro­wała w cza­sach narze­czeń­skich i który zawsze nosi­łem.

– Weź to ze sobą, scho­waj – powie­dzia­łem. – Wiesz, jak go sobie cenię, a tu mogą mi go ode­brać.

Wzięła zega­rek i z pła­czem wyszła na pokład. Nie minęło jed­nak pięć minut, kiedy wró­ciła. Twarz miała zmie­nioną.

– Zro­zu­mia­łam, to koniec – rze­kła. – Zostanę z tobą.

Dopiero co na jej oczach tłum roz­szar­pał ofi­cera.

W każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się końca, prze­sie­dzie­li­śmy w kaju­cie do zmierz­chu. Około pią­tej weszło kilku mary­na­rzy i młody czło­wiek w czapce i fren­czu, dokład­nie ogo­lony, zacho­wu­jący się z wielką pew­no­ścią sie­bie. Zwró­cił się do sie­dzą­cego z nami puł­kow­nika i oznaj­mił mu, że jest wolny.

– A wy – powie­dział do mnie i szwa­gra – decy­zją komi­tetu okrę­to­wego sta­nie­cie przed sądem try­bu­nału rewo­lu­cyj­nego. Wie­czo­rem prze­niosą was do aresztu.

Puł­kow­nik wyszedł, ale po mniej wię­cej dzie­się­ciu minu­tach znów go ujrze­li­śmy. Sprze­czał się zażar­cie z towa­rzy­szą­cym mu mary­na­rzem:

– Żądam, żeby mi zwró­cono zega­rek i port­fel, są w nim ważne dla mnie doku­menty – gorącz­ko­wał się.

Mary­narz był zmie­szany.

– Ja nic nie wiem – mówił – zacze­kaj­cie tu, zaraz popro­szę komi­sa­rza. Wyszedł.

– Mojego uwol­nie­nia zażą­dali moi pra­cow­nicy – robot­nicy por­towi. Za panem też przy­szła się wsta­wić gro­mada ludu – powie­dział szybko puł­kow­nik. – Nie mar­tw­cie się pań­stwo, da Bóg, że i wam uda się stąd wydo­stać…

Zja­wił się komi­sarz i puł­kow­nik wyszedł razem z nim.

Wkrótce przy­szli i po nas. Pod kon­wo­jem czer­wo­no­gwar­dzi­stów popro­wa­dzono nas na komorę celną, gdzie prze­trzy­my­wano mnó­stwo aresz­to­wa­nych. Było ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Tłum się roz­pro­szył i bez prze­szkód prze­szli­śmy do naszego nowego wię­zie­nia. W ogrom­nej sali z wybi­tymi oknami i brudną zaplutą pod­łogą, pozba­wio­nej mebli, mie­ściło się około pięć­dzie­się­ciu aresz­to­wa­nych. Byli tu i gene­ra­ło­wie, i mło­dzi ofi­ce­ro­wie, i stu­denci, i gim­na­zja­li­ści, i kilku Tata­rów, i jacyś obe­rwańcy. Mimo zimna i brudu tutaj, z ludźmi było jed­nak lżej. Wpraw­dzie wszy­scy leżeli, ale chyba nikt nie spał. Sły­chać było ciche roz­mowy, cięż­kie wes­tchnie­nia. Na scho­dach stało mnó­stwo mary­na­rzy i czer­wo­no­gwar­dzi­stów i dobie­gało stam­tąd rynsz­to­kowe słow­nic­two. Wkrótce zaczęto wzy­wać na prze­słu­cha­nia. Trwały one całą noc, cho­ciaż wzy­wano nie wszyst­kich. Wkrótce wezwano i mnie. Prze­słu­chi­wał jakiś stu­dent w bino­klach, niski i roz­czo­chrany. Naj­pierw zada­wał ruty­nowe pyta­nia o nazwi­sko, wiek, stan cywilny. Potem zapy­tał, czy uwa­żam się za win­nego.

– Co mi się zarzuca? – odpo­wie­dzia­łem rów­nież pyta­niem.

Zmie­szał się.

– Za co został pan aresz­to­wany?

– To ja powi­nie­nem zapy­tać pana, ale myślę, że i pan tego nie wie. Praw­dzi­wej przy­czyny mogę się tylko domy­ślać. – I opo­wie­dzia­łem mu, jak zbi­łem za cham­stwo ogrod­nika, który z zemsty na mnie doniósł. – Nie wiem, czy ma pan żonę – doda­łem – myślę jed­nak, że jeśli tak, to pan także nie pozwo­liłby jej obra­żać.

Nie odpo­wie­dział i zapi­saw­szy moje zezna­nie, kazał mnie odpro­wa­dzić do pomiesz­cze­nia dla aresz­to­wa­nych. Rano zaczęto przy­pro­wa­dzać nowych więź­niów. Pod wie­czór było nas już około sie­dem­dzie­się­ciu. Przy­pro­wa­dzono mię­dzy innymi sta­rego gene­rała w sta­nie spo­czynku Jar­cewa, daw­nego miesz­kańca Jałty. Miał z górą sie­dem­dzie­siąt lat i był ciężko chory. Pod wie­czór przy­wie­ziono naszego dobrego zna­jo­mego, mło­dego księ­cia Miesz­czer­skiego, ofi­cera kon­nego pułku gre­na­die­rów, któ­rego zatrzy­mano przy pró­bie ucieczki w góry.

Około ósmej na salę wszedł wysoki mary­narz, przy­stojny blon­dyn o inte­li­gent­nej twa­rzy; towa­rzy­szyło mu kilka osób, mię­dzy innymi stu­dent, który mnie prze­słu­chi­wał, i komi­sarz, któ­rego widzia­łem na tor­pe­dowcu.

– To jest prze­wod­ni­czący try­bu­nału, towa­rzysz Wakuła – powie­dział jeden z naszych straż­ni­ków. – Zaraz będzie was prze­słu­chi­wać.

„Try­bu­nał rewo­lu­cyjny” prze­cho­dził od jed­nego aresz­to­wa­nego do dru­giego. Widzie­li­śmy, jak wypro­wa­dzono dokądś sta­rego gene­rała Jar­cewa, księ­cia Miesz­czer­skiego, jakie­goś stu­denta, jesz­cze kogoś… Towa­rzysz Wakuła pod­szedł do nas. Sły­sza­łem, jak stu­dent, który mnie prze­słu­chi­wał poprzed­niego dnia, pochy­lił się do ucha prze­wod­ni­czą­cego „try­bu­nału rewo­lu­cyj­nego” i powie­dział:

– To ten, o któ­rym wam mówi­łem.

– Za co jeste­ście aresz­to­wani? – zapy­tał mnie prze­wod­ni­czący.

– Chyba za to, że jestem rosyj­skim gene­ra­łem, żadne inne prze­wi­nie­nie na mnie nie ciąży.

– Dla­czego nie jeste­ście w mun­du­rze, daw­niej chyba byli­ście dumni ze swej rangi? A pani za co jest aresz­to­wana? – zwró­cił się do mojej żony.

– Nie jestem aresz­to­wana, przy­szłam tu z wła­snej woli, z mężem.

– Ach tak. A po cóż pani tu przy­szła?

– Prze­ży­łam z mężem szczę­śliwe życie i chcę do końca dzie­lić jego los.

Wakuła wyraź­nie sma­ku­jąc teatralny efekt, powiódł wzro­kiem po sto­ją­cych wokół aresz­to­wa­nych.

– Nie każdy ma taką żonę; wy swo­jej żonie zawdzię­cza­cie życie. Może­cie iść – teatral­nym gestem wska­zał wyj­ście.

Ale tego wie­czoru nas nie wypusz­czono. Oka­zało się, że musimy przejść przez jakąś reje­stra­cję i że uwol­nią nas z aresztu dopiero rano. Wakuła obszedł aresz­to­wa­nych i wyszedł. Dzie­sięć minut póź­niej za oknami na molo roz­le­gły się strzały – trzy bez­ładne salwy, potem kilka poje­dyn­czych strza­łów. Rzu­ci­li­śmy się do okna, ale po ciemku nic nie było widać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wszyst­kie daty dzienne podane są według sta­rego stylu, róż­nią­cego się o 13 dni od nowego.

2. Radunţi

3. Od 1896 roku Ungern kształ­cił się w kor­pu­sie mor­skim w Sankt-Peters­burgu, który na rok przed ukoń­cze­niem opu­ścił, ucie­ka­jąc na wojnę z Japo­nią. Udziału w wal­kach wów­czas nie brał, zbyt późno docie­ra­jąc na Daleki Wschód. Jego eks­tra­wa­gancki (jak na owe czasy) postę­pek spo­wo­do­wał, iż Ungern zamiast szkoły mor­skiej koń­czy w 1908 roku paw­łow­ską szkołę pie­choty, w rezul­ta­cie czego roz­po­czyna służbę w kawa­le­rii (jako cho­rąży) w 1. arguń­skim pułku zabaj­kal­skiego woj­ska kozac­kiego.

4. „Smuta” – smut­noje wrie­mia, nazwa przy­jęta w Rosji w dniach zamętu i wojny domo­wej w latach 1605–1613 (przyp. wyd.).

5. Wior­sta, dawna rosyj­ska miara dłu­go­ści równa 1,0668 km.

6. Trze­cim uczest­ni­kiem zabój­stwa Raspu­tina był znany poli­tyk monar­chi­styczny Wła­di­mir Purisz­kie­wicz (1870–1920), który pozo­sta­wił rela­cję z tego wyda­rze­nia.

7. Kawa­ler­gar­dzi – począt­kowo eskorta i straż hono­rowa carów pod­czas uro­czy­sto­ści, a w okre­sie 1800–1918 jeden z puł­ków cięż­kiej kawa­le­rii gwar­dii.

8. 3(16) marca 1917 roku w. ks. Michaił Alek­san­dro­wicz, brat cara, wydał mani­fest, w któ­rym rezy­gno­wał z tronu prze­ka­za­nego mu aktem abdy­ka­cyj­nym Miko­łaja II. Rów­no­cze­śnie pozo­sta­wiał formę ustroju Rosji do uzna­nia woli narodu, którą miało wyra­zić Zgro­ma­dze­nie Usta­wo­daw­cze.

9. Roz­kaz nr 1 pio­tro­grodz­kiej Rady Dele­ga­tów Robot­ni­czych i Żoł­nier­skich uchwa­lony 1(14).03.1917 r., przy­jęty w Pio­tro­grodz­kim Okręgu Woj­sko­wym, a następ­nie sto­so­wany w całej armii, zapo­cząt­ko­wał i upra­wo­moc­nił pro­ces roz­kładu rosyj­skiej armii.

10. Kur­sistki – słu­chaczki wyż­szych kur­sów kobie­cych.

11. Samo­stijne (nie­za­leżne) kozac­two – nurt wśród koza­ków kubań­skich, doń­skich, ter­skich, kał­myc­kich i astra­chań­skich, po wyda­rze­niach 1917 roku opo­wia­da­ją­cych się za auto­no­mią w skła­dzie Rosji lub nie­pod­le­gło­ścią. Szcze­gól­nie silne ten­den­cje samo­stijne obja­wiali kozacy kubań­scy, któ­rzy 16.02.1918 r. ogło­sili nie­pod­le­głość demo­kra­tyczno-par­la­men­tar­nej Repu­bliki Kubań­skiej i sta­rali się pro­wa­dzić poli­tykę nie­za­leżną od ośrod­ków decy­zyj­nych ruchu bia­łych, co powo­do­wało (szcze­gól­nie w roku 1919) wza­jemne kon­flikty.

12. Kronsz­tad – mia­sto i twier­dza na wyspie Kotlin w Zatoce Fiń­skiej, w pobliżu ujścia Newy. Pod­czas rewo­lu­cji luto­wej 1917 r. zgi­nęło 149 osób, zaś około 1400 było ran­nych. Więk­szość ofiar śmier­tel­nych odno­to­wano w bazach mary­narki w Hel­sing­for­sie, a szcze­gól­nie w Kronsz­tadzie, gdzie mary­na­rze lin­czo­wali ofi­ce­rów. Pod­czas wyda­rzeń roku 1917 kronsz­tadzcy mary­na­rze byli opoką bol­sze­wi­ków.

13. Mani­łow to postać z „Mar­twych dusz”, zaś Chle­sta­kow z „Rewi­zora” Niko­łaja Gogola.

14. Zwią­zek Ofi­ce­rów Armii i Floty powo­łany w maju 1917 roku, m.in. z ini­cja­tywy gen. Alek­sie­jewa, sta­wiał sobie za zada­nie opa­no­wa­nie anar­chii w woj­sku i kraju. Roz­wi­jał się szybko, orga­ni­zu­jąc we wszyst­kich więk­szych mia­stach i gar­ni­zo­nach swoje oddziały. Aktyw­nie uczest­ni­czył w nie­uda­nej pró­bie prze­ję­cia wła­dzy przez gen. Kor­ni­łowa w sierp­niu (wrze­śniu) 1917 roku, po czym został roz­wią­zany, zaś część dzia­ła­czy aresz­to­wana.

15. Póź­niej dowódcą kor­pusu w Armii Pół­nocno-Zachod­niej gen. Jude­ni­cza.

16. 21 i 22 lipca 1917 roku cofa­jące się woj­sko rosyj­skie plą­dro­wało Sta­ni­sła­wów, dopusz­cza­jąc się mor­dów, gwał­tów i gra­bieży. Na prośbę bur­mi­strza Sta­ni­sła­wowa sta­cjo­nu­jący w oko­licy pułk uła­nów pol­skich pod dowódz­twem płk. B. Mościc­kiego w dniu 22 i w nocy 23 lipca przy­wró­cił w mie­ście porzą­dek. Pułk uła­nów powstał w ramach Legionu Pol­skiego (Puław­skiego) w grud­niu 1914 r. począt­kowo jako szwa­dron, następ­nie dyon, a od 1917 r. pułk. Po bitwie pod Kre­chow­cami (24.07.1917 r.) pułk przy­jął miano bitwy i w nie­pod­le­głej RP nosił nazwę 1. Pułk Uła­nów Kre­cho­wiec­kich im. płk. Bole­sława Mościc­kiego.

17. Przed­par­la­ment – dorad­czy organ przy Rzą­dzie Tym­cza­so­wym utwo­rzony 22 wrze­śnia (5 paź­dzier­nika) 1917 r., który miał peł­nić funk­cję organu przed­sta­wi­ciel­skiego do czasu zwo­ła­nia Zgro­ma­dze­nia Usta­wo­daw­czego. W skład Przed­par­la­mentu oprócz repre­zen­tan­tów par­tii poli­tycz­nych (bol­sze­wicy, mien­sze­wicy, ludowi socja­li­ści, ese­rowcy, kadeci) weszli przed­sta­wi­ciele prze­my­słu i han­dlu, orga­ni­za­cji spo­łecz­nych i samo­rzą­do­wych. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim 1917 roku Przed­par­la­ment roz­pę­dzono.

18. Po nie­uda­nej pró­bie prze­ję­cia wła­dzy przez gen. Kor­ni­łowa Rząd Tym­cza­sowy zade­cy­do­wał o uwię­zie­niu Naczel­nego Wodza wraz z grupą wyż­szych ofi­ce­rów (m.in. gen. Łukom­skiego i Deni­kina). Osa­dzono ich w wię­zie­niu w mia­steczku Bychów, 20 km od Mohy­lewa. Dzięki inter­wen­cji gen. Alek­sie­jewa jako straż dla więź­niów wyzna­czono pułk tekiń­ski i kawa­le­rów orderu św. Jerzego, for­ma­cje wierne gen. Kor­ni­ło­wowi. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim 19 listo­pada (2 grud­nia) 1917 r. chwi­lowy Naczelny Wódz gen. Ducho­nin (zamor­do­wany przez zre­wol­to­wa­nych żoł­nie­rzy) wydał roz­kaz o uwol­nie­niu więź­niów bychow­skich. Gen. Kor­ni­łow na czele pułku tekiń­skiego roz­po­czął marsz nad Don.

19. Cen­tralna Rada Ukra­iń­ska powstała 4(17) marca 1917 roku w Kijo­wie uzna­wała Rząd Tym­cza­sowy i żądała auto­no­mii w ramach pań­stwa rosyj­skiego. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim pro­kla­mo­wała nie­pod­le­głość Ukra­iny i pro­wa­dziła dzia­ła­nia mili­tarne prze­ciwko nim. 27.01. (8.02.) 1918 r. pod­pi­sała poro­zu­mie­nie z Niem­cami i Austro-Węgrami i przy ich pomocy objęła wła­dzę na Ukra­inie. W kwiet­niu 1918 roku Niemcy oddali wła­dzę het­ma­nowi Sko­ro­pad­skiemu (do grud­nia 1918 r.), roz­wią­zu­jąc Radę.

20. Kuruł­taj – par­la­ment Krym­ski, wybrany w powszech­nym, taj­nym i rów­nym gło­so­wa­niu 24.11.1917 roku, pro­kla­mo­wał nie­pod­le­głość i uchwa­lił kon­sty­tu­cję stwier­dza­jącą, że pań­stwo krym­skie jest repu­bliką ludową. Jed­nak już w począt­kach 1918 roku Krym zajęły woj­ska bol­sze­wic­kie, a następ­nie nie­miec­kie i for­ma­cje gen. Deni­kina i Wran­gla. W paź­dzier­niku 1920 roku wła­dzę nad Kry­mem (nazy­wa­nym także hist. Tau­rydą) ponow­nie objęli bol­sze­wicy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij