Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wspomnienia introwertyka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 sierpnia 2026
E-book: EPUB,
49,90 zł
Audiobook
49,90 zł
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Wspomnienia introwertyka - ebook

Co kryje się za fasadą popularności? Piotr Latała mierzy się z demonami przeszłości w kontynuacji "Cichego domu za furtką" - opowieści opartej na faktach, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Zaskakujące zakończenie spina klamrą cały łańcuch zdarzeń w życiu znanego twórcy internetowego i komika. Historia, która długo nie daje o sobie zapomnieć.

Piotr Latała:

Popularność zyskał dzięki krótkim filmikom w mediach społecznościowych, w których obnaża absurdy codzienności i w umorystyczny sposób komentuje życie społeczne w Polsce. Autor książek autobiograficznych. Standuper.

"Największą obsesją stało się wtedy mierzenie ciśnienia. Dziś uważam, że każdy nerwicowiec powinien mieć zakaz posiadania jakichkolwiek urządzeń pomiarowych, bo mierzyłby sobie wszystko bez przerwy. W każdej aptece powinno wisieć zdjęcie takiego delikwenta z napisem: „Temu panu nie sprzedajemy ciśnieniomierzy, pulsoksymetrów ani termometrów”."

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397029941
Rozmiar pliku: 788 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Razem z bratem udało nam się uciec z cichego domu za furtką, w którym spędziliśmy prawie piętnaście lat. W nowym miejscu stopniowo przyzwyczajamy się do ciszy. Ciszy, która wciąż wydaje nam się nienaturalna, jakby za chwilę miała zostać przerwana przez starszą panią wpadającą do pokoju.

Trudno zmienić nawyki kształtujące się przez tyle lat – zwłaszcza te, które zakorzeniły się w myślach. Uczyliśmy się na nowo funkcjonować w innym środowisku, trochę jak uciekinierzy z obozu zagłady zmagający się z PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego.

W poprzedniej książce, zatytułowanej _Cichy dom za furtką_, udowodniłem tezy postawione we wstępie, przedstawiając kolejne wydarzenia z mojego życia. Wstęp do tej książki nie będzie stawiał przed czytelnikiem nowych hipotez dotyczących tego, kim byliśmy, kim jesteśmy i dlaczego. Chcę po prostu opowiedzieć dalszy ciąg mojej historii – losy, które w dużej mierze były konsekwencją tego, kim stałem się w cichym domu za furtką.

Przyszło mi się zmierzyć nie tylko z własnymi demonami, ale także z demonami moich rodziców. Dorosłość ma bowiem swoją cenę – zaczynamy rozumieć więcej, a ta wiedza często działa na naszą niekorzyść. Jako dziecko zapłaciłem za błędne decyzje dorosłych własnym zdrowiem. Nie przypuszczałem, że w dojrzałym życiu będę musiał dźwigać także odpowiedzialność za nich.

Uciekłem więc z cichego domu.

Ale czy można uciec przed własnym przeznaczeniem? Jak głęboko zakorzenione są moje demony z przeszłości? Czy będę z nimi walczył? A może nauczę się z nimi żyć, dogadywać, odkrywając kolejne tajemnice własnej osobowości? Poznam wielu ludzi. Przeżyję wiele przygód. Ale czy ktokolwiek naprawdę mnie pozna?

Czy poznani przeze mnie ludzie wiedzieli, że są jedynie turystami w moim życiu? Dlaczego zapraszałem do swojego świata właśnie te osoby, a nie inne? Jakie tajemnice i motywy naszych działań spoczywają na dnie duszy każdego z nas? Zabieram cię po raz kolejny do przeszłości. Opowiem ją tak, jak wtedy ją widziałem – choć nikt nie znał moich myśli. Staniesz się świadkiem moich wewnętrznych dialogów i rozmyślań, które towarzyszyły mi dzień po dniu w różnych sytuacjach. Zobaczysz kulisy mojego życia – te, których nikt wcześniej nie znał.

Będziesz moim wspólnikiem i obserwatorem. Tobie opowiem wszystko.

Możesz oceniać moje myśli i działania. A na samym końcu stanę przed tobą twarzą w twarz i zadam jedno pytanie: „Kim jestem?”.

Być może nawet nie zauważysz, kiedy zaczniesz zadawać je również sobie. I być może moja historia pomoże ci znaleźć odpowiedź.ROZDZIAŁ I

Jestem w łazience. Wycieram w ręcznik umyte dłonie i słyszę rozmowę. Zastygam w bezruchu, starając się wychwycić każde słowo.

– Jak wyjdzie z łazienki, to wtedy.

– Dobra, ale nie może uciec. Musimy zrobić to szybko, żeby się niczego nie spodziewał.

Jestem w potrzasku, pomyślałem. Co robić? Nie mogę zbyt długo siedzieć w łazience, bo nabiorą podejrzeń. Muszę szybko otworzyć drzwi i biec co sił korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Serce wali mi jak młot. Nie mogę dłużej czekać. Chwytam za klamkę i wypadam z łazienki. Biegnę korytarzem tak szybko, jak tylko potrafię. Czuję wyrzut adrenaliny, bo wiem, że stawką jest moje życie. Nie mogą mnie złapać – wtedy będzie po mnie. Czuję ich zdziwienie i wściekłość. Są tuż za mną. Doskonale znają rozkład domu. Słyszę ich krzyki, ale nie oglądam się za siebie. Wiem, że dzieli nas zaledwie kilka metrów. Widzę tylko boazerię na ścianach i w końcu drzwi wyjściowe.

Dopadam do klamki.

– Zamknięte?! Cholera!

Pośpiesznie otwieram górny zamek, jednocześnie odwracając się za siebie. W ostatniej chwili wypadam na zewnątrz. Światło słoneczne oślepia mnie momentalnie, ale biegnę dalej, ile sił, żeby się uratować. Przede mną furtka z tym przeklętym drutem, który służył jako zamknięcie. Wiele lat jej otwierania sprawiło, że robię to już automatycznie. Po raz kolejny ten odruch daje mi przewagę. Czuję całym sobą, że najmniejszy błąd oznacza powrót do tego domu. Jestem tak blisko wolności. Nogi mam pewne jak nigdy. Przede mną już tylko ta furtka. Odsuwam zasuwkę i rozlega się charakterystyczny dźwięk. Wybiegam na chodnik – ostatnia prosta.

Biegnę sprintem do końca. Mobilizuję wszystkie rezerwy. Nadal się nie odwracam. Nie wierzę. Uciekłem. Udało mi się w ostatniej chwili. Miałem niesamowite szczęście, że podsłuchałem ich rozmowę. Chcieli mnie uwięzić tam na zawsze.

Gdzie ja jestem? Co ja znowu robię na tym osiedlu?

Otwieram oczy. Patrzę w sufit i uświadamiam sobie, że po raz kolejny uciekałem z cichego domu za furtką.

Koszulka jest cała mokra, a oddech dopiero powoli zaczyna się uspokajać. W myślach przekonuję sam siebie, że jestem u drugiej babci. Powoli przypominam sobie, że przecież się tu przeprowadziliśmy. Rozglądam się po moim nowym pokoju, w którym śpię dopiero od tygodnia.

Jak to dobrze, że tu jestem. To był tylko sen.

Była sobota i jakoś tak dziwnie czułem się, leżąc swobodnie o dziewiątej rano w łóżku. W cichym domu o tej porze dawno byłoby już słychać krzyki towarzyszące oficjalnemu sprzątaniu.

Miałem wakacje i wreszcie mogłem zrobić ze swoim wolnym czasem, co tylko chciałem. Przede wszystkim mogłem pójść tam, dokąd miałem ochotę. Pierwszy raz pojechałem odwiedzić rodziców, nie czyniąc z tego tajemnicy. Gdy mieszkałem u drugiej babci, w cichym domu za furtką, w zasadzie wymykałem się do nich niczym tajny agent. Trzeba było wykorzystać dosłownie każdą okazję.

Rodzice mieszkali po drugiej stronie miasta. Dojście tam zajmowało mi około trzydziestu minut szybkiego marszu. Pamiętam, że w okresie przedświątecznym dobrym pretekstem stały się roraty o siedemnastej. Wychodziłem wtedy z cichego domu o szesnastej czterdzieści, mówiąc, że idę do kościoła. Gdy tylko otwierałem pierwszą furtkę, rozpoczynałem swój wyścig z czasem – niczym Robert Korzeniowski.

W połowie drogi często dopadała mnie jednak moja stara znajoma: derealizacja, a więc poczucie, że oglądam jakiś film ze sobą w roli głównej, a mnie w tej historii w ogóle nie ma. Pojawiało się poczucie zagrożenia, szczególnie zimą, gdy o tej porze było już zupełnie ciemno.

Najgorszy był właśnie ten moment w połowie drogi. Musiałem przezwyciężyć uczucie odrealnienia – wtedy znacznie przyspieszałem marsz. O siedemnastej docierałem do mieszkania rodziców. Przebywając na co dzień w tym strasznym piętrowym domu babci, bardzo chciałem ich odwiedzać. Uważałem, że warto usiąść razem choćby na dwadzieścia minut i opowiedzieć, co u mnie. Wychodziłem od nich o siedemnastej trzydzieści. Zawsze jeszcze patrzyłem w górę, na ich małe okno w kuchni na poddaszu starej kamienicy.

Potem ruszałem w drogę powrotną do cichego domu za furtką. Docierałem tam około osiemnastej. Tak wyglądały wtedy odwiedziny u rodziców. Na szczęście teraz z domu drugiej babci mogłem wychodzić swobodnie. Bez ograniczeń.

Było lato i postanowiłem pójść do rodziców pieszo. Z nowego miejsca droga skróciła się o jakieś dziesięć minut, ale nadal było to około trzech kilometrów. Miałem cichą nadzieję, że wraz z przeprowadzką moja nerwica uspokoi się na zawsze. Że derealizacja i depersonalizacja przestaną mnie ograniczać. Wtedy jednak wciąż nie miałem pojęcia, czym jest to dziwne uczucie towarzyszące mi od dziecka. Dowiem się o tym dopiero w trzeciej klasie technikum, gdy internet stanie się bardziej dostępny i zacznę wyszukiwać informacje, wpisując swoje objawy. Pamiętam ten moment do dziś.

Gdy pierwszy raz trafiłem w internecie na skrót DD (derealizacja i depersonalizacja), przecierałem oczy ze zdumienia. Wreszcie rozwiązałem zagadkę swoich objawów. Dowiedziałem się, że to typowe dla nerwicy lękowej i że w zasadzie nie leczy się tego farmakologicznie, przynajmniej nie bezpośrednio. Przyczyną tego odczucia jest bowiem zaburzenie lękowe, które najlepiej przepracowuje się w psychoterapii – poprzez zmianę schematów myślowych.

Włożyłem japonki i ruszyłem w stronę osiedla, na którym mieszkali moi rodzice. Niestety moja agorafobia po raz kolejny zdała test wierności i w połowie drogi wywołała derealizację. Doświadczając tego uczucia, ma się wrażenie, jakby się znikało. Jakby twoja głowa została w domu, a otoczenie stało się nierzeczywiste.

Lato nie sprzyjało mi w walce z moimi demonami. Dlaczego? Myślę, że istnieje tu pewna różnica między zaburzeniami lękowymi a depresją. Ludzie zmagający się z depresją często nienawidzą jesieni i zimy. Skarżą się wtedy na obniżony nastrój i brak chęci do życia. Ja natomiast od zawsze uwielbiałem te pory roku. Wtedy czuję spokój. Lato natomiast męczyło mnie swymi długimi dniami, w czasie których wszędzie było pełno ludzi. Ładna pogoda sprawiała, że tłumy wylegały na ulice. Do tego dochodziły upały, których nie znosiłem – w taką pogodę często robiło mi się słabo. Długi, letni dzień oznaczał dla mnie długą aktywność poza domem, czyli poza moją strefą komfortu. Tak było i teraz, gdy szedłem do rodziców. Pełno ludzi. Słońce. Wrażenie, że wszystko wokół dzieje się zbyt intensywnie. Że wszystkiego jest za dużo.

Mimo to po raz kolejny udało mi się na swój sposób przezwyciężyć nerwicę i dotrzeć na miejsce. Zyskiwałem pewność siebie. Nie zdawałem sobie jednak wtedy sprawy, że była to metoda pozbawiona najważniejszego elementu prowadzącego do rozwiązania problemu: akceptacji.ROZDZIAŁ II

Wiem, że być może trudno zrozumieć schematy myślowe osoby dotkniętej agorafobią i zaburzeniami lękowymi. Mój problem wynikał ze swoistego połączenia nerwicy i spektrum autyzmu. Strasznie nienawidziłem zmian, zwłaszcza zmian otoczenia. Gdy zaczynały się wakacje, byłem przerażony czekającą mnie nagłą zmianą i faktem, że cały dzień mam wolny, że trzeba będzie przebywać na dworze. W ciągu roku szkolnego wypracowałem stały harmonogram i schemat, do którego się przyzwyczaiłem i wokół którego budowałem strefę komfortu. Nadchodzący kolejny rok szkolny napawał mnie pewnymi obawami, ale na szczęście już nie tak wielkimi jak dawniej, gdy byłem dzieckiem. Teraz, w wieku siedemnastu lat, dominowały ciekawość świata i chęć poznawania ludzi, choć wciąż zmagałem się z lękiem.

Mieszkając w nowym, bezpiecznym domu, kontynuowałem naukę w drugiej klasie technikum na kierunku technik mechanik. W tym miejscu pozwolę sobie na nieco dłuższy wywód na temat edukacji w takiej formie. Zacznę od tego, że decyzja o podjęciu nauki w technikum była jedną z najgorszych w moim życiu. Dawniej, czyli w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, a może jeszcze częściowo w dziewięćdziesiątych, technika miały jakiś prestiż, bo kształciły przyszłych kierowników w zakładach czy inżynierów. Niestety w czasach, gdy ja postanowiłem kontynuować naukę właśnie w technikum, ów prestiż pozostał już tylko wspomnieniem. Mimo to nadal powtarzano narrację o korzyściach płynących z wyboru szkoły technicznej – podkreślano, że można tam nie tylko zdobyć zawód, lecz także zdać maturę, a następnie pójść na studia.

Gdy chodziłem do szkoły średniej, nauka w technikum trwała cztery lata, a w liceum – trzy. Moje zdolności humanistyczne były znacznie większe niż techniczne, ale skuszony wizją złapania dwóch srok za ogon, postanowiłem pójść właśnie do technikum. Pierwszą rzeczą, której nie wziąłem pod uwagę – i o której chyba mało kto wtedy myślał – był rozwój społeczny i kulturalny, a zwłaszcza nawiązywanie kontaktów damsko-męskich. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jak ważne to będzie w okresie dojrzewania. Nagle okazało się, że jestem skazany na towarzystwo trzydziestu dwóch chłopaków. Po kilku tygodniach w takim otoczeniu na widok jakiejkolwiek przedstawicielki płci pięknej doznaje się szoku poznawczego. Mogę śmiało stwierdzić, że w technikum człowiek zwyczajnie chamiał. Procesowi temu sprzyjał także stosunek nauczycieli do uczniów, tak obojętny i lekceważący, że nawet nie śmiałem dopominać się o wytłumaczenie jakiegoś trudniejszego zagadnienia. Miałem wręcz wrażenie, że głównym celem tamtejszych pedagogów jest możliwie najbardziej pokrętne i zawiłe objaśnianie nawet bardzo podstawowych rzeczy. Nigdy nie zapomnę, jak na przedmiocie „podstawy konstrukcji maszyn i urządzeń” nauczycielka tłumaczyła rzutowanie prostokątne w taki sposób, że kiedy sam zrozumiałem to w domu, byłem zdziwiony, dlaczego aż tak bardzo to skomplikowała. Szybko zorientowałem się, że będąc uczniem technikum przy ulicy 1 Maja, lepiej po prostu uczyć się samodzielnie w domu. Tylko za co w takim razie nauczyciele brali pensję? Jeszcze brak zaangażowania w nauczanie mógłbym wybaczyć, jednak trudno było mi się pogodzić z ogólnym brakiem szacunku wobec ucznia. Człowiek z niecierpliwością czekał, aż skończy podstawówkę, potem gimnazjum, wierząc, że na następnych etapach edukacji będzie lepiej. Niestety w szkołach średnich poziom arogancji i niewybrednych komentarzy potrafi jeszcze nieraz zaskoczyć. Na razie zostawiam to, co dzieje się na uczelniach wyższych. Zaletą studiów jest jednak to, że będąc dorosłym, można już samemu zdecydować, czy pozwolimy innym wejść sobie na głowę i wmówić różne absurdy, w tym ten o konieczności bezwarunkowej uległości wobec nauczyciela.

Wróćmy jednak do mojego wyboru i propagandy szerzonej w technikum. Największe iluzje towarzyszyły egzaminowi potwierdzającemu kwalifikacje w zawodzie, który – jak nam wmawiano – miał być przepustką do lepszej pracy, na przykład na stanowisku technologa. Nic bardziej mylnego. Po ukończeniu czteroletniego technikum trafiało się do zakładu pracy jako najniższy w hierarchii trybik i nikt nie pytał tam o kwalifikacje zdobyte w szkole, a tym bardziej nie proponował z racji wykształcenia żadnych lepszych posad. Co więcej, bardzo często ktoś po zawodówce – oczywiście nie ujmując nikomu – zostawał kierownikiem lub brygadzistą absolwenta technikum. Nieraz zadawałem sobie pytanie, jaki sens miały technika, zwłaszcza czteroletnie, skoro nauka w zawodówce trwała trzy lata i zaraz po niej trafiało się już do roboty. A robota to było właśnie to, czego brakowało absolwentom „prestiżowej” placówki przy ulicy 1 Maja. Uczeń po zawodówce więcej uczył się w pierwszym tygodniu pracy w firmie niż my przez cztery lata w szkole.

Z moją techniczną edukacją wiąże się pewna anegdota. W trzeciej klasie technikum odbywaliśmy praktyki zawodowe w budynkach znajdujących się na terenie szkoły. Praktyki miały tam głównie klasy budowlane oraz technicy mechanicy, czyli także moja klasa. Muszę wyjaśnić, że nazwa mojego profilu jest nieco myląca, ponieważ zajmowaliśmy się głównie obróbką skrawaniem, a nie mechaniką samochodową. Pewnego dnia siedziałem już sam w pracowni – był wieczór i do końca praktyk zostały może dwie godziny. Miałem wtedy zajęcia ze starszym instruktorem, który przysypiał przy biurku, czytając gazetę, a ja, zmęczony, leżałem z głową na ławce i patrzyłem w okno. Nagle do sali wszedł dyrektor Centrum Kształcenia Praktycznego. Zdziwił się na mój widok. Pomyślałem, że liczył na jakąś dyskretną pogawędkę z instruktorem, dlatego pojawił się tuż przed końcem zajęć. Nie mając wyboru, rozpoczął półszeptem rozmowę ze starszym nauczycielem. Mój roboczy strój – spodnie na szelkach, w których wyglądałem jak mało rozgarnięty więzień – najwyraźniej przekonał go, że nie stanowię zagrożenia dla poufności rozmowy. Swoją drogą te szelki doprowadzały mnie do szału, bo co chwilę trzeba było je regulować. Czy zwykłe spodnie naprawdę by nie wystarczyły? Bardzo szybko jednak emocje drzemiące w dyrektorze sprawiły, że zaczął mówić coraz głośniej i mogłem poznać ogólny temat rozmowy. Okazało się, że ubolewał nad dramatycznie niskim poziomem nauczania w technikum na „Maja”. Stwierdził, że z roku na rok ów poziom jest coraz gorszy. Pomyślałem wtedy: „Nie wierzę własnym uszom, czyli jednak to wszystko mi się nie wydaje”. Miałem nawet ochotę wstać i włączyć się do rozmowy jako osoba najbardziej zainteresowana tematem, który dotyczył przecież mojej przyszłości. Ostatecznie jednak nadal udawałem obojętnego i słuchałem. Dyrektor wspominał, że w dużej mierze winę za tę sytuację ponosiła ówczesna dyrekcja technikum, a po dawnym wysokim poziomie kształcenia przyszłych inżynierów pozostały jedynie wspomnienia.

Oczywiście oprócz straty czasu i regresu edukacyjnego dochodził jeszcze aspekt codzienności szkolnej – brud, smród i ubóstwo. Szkolne toalety znajdowały się w stanie poniżej wszelkiej krytyki. Uczniowie palili tam papierosy, a podłoga była permanentnie zalana moczem. Smród bywał tak intensywny, że musiałem zasłaniać nos rękawem bluzy. Nie dziwiłem się nawet paniom woźnym, że nie miały ochoty tego sprzątać, bo jedynym sensownym rozwiązaniem wydawało się polanie wszystkiego benzyną i podpalenie.

Wielowymiarowość kontrastów i odwrócenie priorytetów stanowiły znak rozpoznawczy technikum na „Maja”. Największy lęk wśród uczniów technikum wzbudzał… język polski. Niewielka posturą polonistka terroryzowała uczniów tak, jakby byli studentami filologii polskiej, a nie przyszłymi technikami. Kolejny triumf logiki systemu edukacji. Absurdalny był również obowiązek tytułowania nauczycieli profesorami, choć żaden z nich nie zdobył takiego tytułu naukowego. Propaganda sięgała tak daleko, że oczekiwano od nas podobnego tytułowania nawet woźnej wydającej kurtki w szatni.

Największą hipokryzją pozostawało jednak nauczanie praktyczne. Obawiam się, że po tej szkole człowiek nie był w stanie obsługiwać nawet zwykłej tokarki konwencjonalnej, nie mówiąc już o podjęciu studiów technicznych. Jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w szkole był instruktor obsługujący maszyny CNC – urządzenia sterowane komputerowo, które w nowoczesnej produkcji mają kluczowe znaczenie. Niestety jego metody dydaktyczne skutecznie uniemożliwiały przyswojenie wiedzy, ponieważ zachowywał się tak agresywnie, że baliśmy się zadawać pytania. Na jednych z pierwszych zajęć kolega omal nie nacisnął niewłaściwego przycisku, a instruktor natychmiast krzyknął:

– Chcesz się dowiedzieć, ile ta maszyna kosztuje?! A może twoi rodzice chcą się tego dowiedzieć?!

Zastanawiałem się wtedy, czy przypadkiem nie zapłacił za ten sprzęt z własnej kieszeni. Charakterystyczne było też to, że co chwilę parzył ogromny kubek herbaty. Zaczęliśmy żartować, że musi być „z wkładką”, skoro wyzwala w nim tyle agresji, albo przeciwnie – są tam krople uspokajające, tylko zdecydowanie za słabe.

I pomyśleć, że do tego przybytku trafiłem na własne życzenie. A przecież mogłem pójść do klasy humanistycznej i radośnie spędzać czas otoczony dziewczynami! Może przynajmniej to rekompensowałoby mi ekscentryczne zachowania nauczycieli. Istniała wówczas hierarchia szkół: na górze znajdowały się licea, niżej technika, a na samym dole – zawodówki. Pamiętam, jak poszliśmy z chłopakami do liceum na zawody siatkówki. Wchodząc do budynku, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy do zupełnie innego świata. Dziewczyny na każdym kroku, atmosfera jak z amerykańskiego filmu o _high school_. Nawet strojem licealiści się od nas różnili. My, poubierani w kurtki kangurki oraz dresy, wyglądaliśmy niczym hooligansi lokalnej drużyny, podczas gdy na korytarzach liceum odbywał się – w naszym mniemaniu – istny pokaz mody. Chłopaki w sweterkach, dopasowanych spodniach. Kontrast między nimi a nami wydawał się ogromny. W technikum panował cień i mrok, dlatego porównanie do Alcatraz wcale nie byłoby przesadzone.

Przepaść dzieliła nas również od szkół zawodowych, których uczniowie odbywali praktyki w tym samym centrum kształcenia. Nie chcę nikogo oceniać ani stygmatyzować, ale często była to młodzież bardzo zdemoralizowana i mająca poważne problemy edukacyjne. Wtedy myślałem sobie, że nie wytrzymałbym w zawodówce nawet jednego dnia – gdy wyobrażałem sobie naukę w zawodówce, technikum zaczynało mi się jawić niczym Oksford z zielonymi trawnikami.ROZDZIAŁ III

Do tej pory dziwne wydają mi się pytania o to, skąd ja tyle rzeczy pamiętam. Sam dopiero niedawno zorientowałem się, że faktycznie zapamiętuję znacznie więcej niż większość ludzi. Niektórzy nie pamiętają, z kim chodzili do klasy, a ja pamiętam większość osób nawet z innych klas. To chyba przypadłość introwertyków, związana z bardzo rozwiniętym zmysłem obserwacji i zdolnością chłonięcia otoczenia w całości, wraz z najdrobniejszymi szczegółami. Ta umiejętność ma jednak dwie strony, bo zapamiętujemy nie tylko rzeczy ciekawe czy śmieszne, lecz także te wywołujące niepokój i lęk. Na szczęście nie byłem typowym introwertykiem, który całe życie tylko obserwuje i boi się cokolwiek powiedzieć. Tutaj do akcji wkraczała moja druga natura, która nakazywała te obserwacje parodiować i przedstawiać innym. Bardzo szybko zjednywałem sobie ludzi, w tym niektórych nauczycieli. Prawdopodobnie już wtedy nieświadomie uprawiałem stand-up, choć niestety nikt mi za to nie płacił, a szkoda. Często po takim „show” w czasie lekcji mój nastrój się zmieniał i na przerwie siadałem sam, żeby się zrelaksować. Musiałem wtedy wyglądać na bardzo nieszczęśliwego człowieka, bo koledzy nieraz podchodzili i pytali, co się stało, choć ja w tym czasie byłem w najlepszym możliwym stanie – odpoczywałem niczym komik za kulisami, kontemplując wydarzenia sprzed chwili. Pamiętaj, mój drogi czytelniku, by nigdy nie ufać ludziom, którzy śmieją się cały czas bez powodu. Zawsze uważałem, że jest to bardziej podejrzane niż siedzenie z boku ze spokojną miną, która moim zdaniem oznacza stabilność emocjonalną i świadomość, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Można powiedzieć, że już wtedy w swoim komediowym fachu byłem profesjonalistą.

Moje życie towarzyskie poza szkołą nie wyglądało jednak zbyt spektakularnie, ponieważ szybko męczyła mnie obecność ludzi i musiałem ją umiejętnie dawkować, aby zachować równowagę psychiczną. Bardzo lubiłem sport i od czasów podstawówki aż do technikum grałem w siatkówkę w szkolnej reprezentacji.

Wracając ze szkoły do domu, do którego przeprowadziliśmy się z bratem po piętnastoletnim koszmarze, cieszyłem się, że wreszcie mam spokój i swobodę. Niestety w życiu nie można mieć wszystkiego. Zmagałem się z własną, dobrze już wyhodowaną nerwicą o solidnych fundamentach, a wkrótce musiałem zmierzyć się także z problemami moich rodziców. Po przeprowadzce do babci ze strony ojca mogłem swobodnie odwiedzać rodziców i bardzo często to robiłem. Mama od wielu lat cierpiała na depresję i rzadko wychodziła z domu, więc chętnie wpadałem do niej choćby po to, żeby zwyczajnie porozmawiać. Ojciec wtedy jeszcze pracował, a mama zostawała sama w domu. Niestety co jakiś czas, właściwie cyklicznie, co kilka miesięcy, zaczynał się u nich ciąg alkoholowy, który potrafił trwać nawet miesiąc. Bardzo trudno znieść tę ambiwalencję, kiedy bliskie ci osoby, choć piją, nie są typowymi żulami spod sklepu, którzy mają wszystko i wszystkich gdzieś. Kiedy widzisz ich w normalnym stanie, dostrzegasz w nich przecież dobrych i inteligentnych ludzi. Nie jest łatwo się od takich osób odwrócić, a przecież prędzej czy później będą potrzebować pomocy. Mieszanka depresji i alkoholizmu u mojej mamy, a do tego pijący ojciec, który powinien był się mamą opiekować, stwarzała bardzo niebezpieczne sytuacje. Zazwyczaj potrafiłem się wcześniej domyślić, że znowu idą w tango, ale czasem taka niespodzianka czekała mnie dopiero wtedy, gdy zapukałem do ich drzwi.

Nieraz myślałem, że alkohol sam w sobie nie byłby taki zły, gdyby tylko rozluźniał człowieka, nie pociągając za sobą całej lawiny konsekwencji. Oprócz uzależnienia od szkodliwej substancji pojawia się długi łańcuch decyzji podejmowanych pod jej wpływem oraz zachowań autodestrukcyjnych. Nie zliczę, ile razy libacje alkoholowe moich rodziców kończyły się wizytą na SOR-ze i interwencją różnych służb. Najgorzej było patrzeć, jak ludzie, których kochasz, powoli się wyniszczają. Są pijani, a ty wciąż widzisz w nich tych samych rodziców, do których przyjeżdżasz, by porozmawiać. Pamiętam, jak wychodziłem z zadymionego mieszkania, upewniwszy się wcześniej, że żyją i mają wszystko, czego potrzebują, a potem modliłem się po drodze, aby Bóg otoczył ich swoją opieką. Męczył mnie ten wieczny strach o rodziców – najpierw w dzieciństwie, a potem gdy byłem już dorosły. O wiele łatwiej ułożyć sobie życie, jeśli się wie, że rodzice są samodzielni i prowadzą spokojne, szczęśliwe życie. Czasem myślałem nawet, że lepiej byłoby mieć wyrodnego ojca biznesmena, który ma mnie gdzieś i świetnie się bawi – przynajmniej nie musiałbym się o niego martwić.

Niestety z przywilejem dorosłości wiązał się fakt, że to ja często musiałem wyciągać rodziców z różnych sytuacji, które, delikatnie mówiąc, odbiegały od normalności. Z czasem przyzwyczaiłem się do tego cyklu: miesiące spokoju, czyste mieszkanie i normalni rodzice, a potem okres, kiedy zło znowu pojawiało się na ich poddaszu. Najgorsze było to, że ten zły czas bardzo często przypadał na okres świąt Bożego Narodzenia. Pamiętam pewną zimę, kiedy chodziłem jeszcze do technikum. Ojciec podczas jednego ze swoich ciągów alkoholowych trafił na oddział psychiatryczny, dokąd w nocy wbrew jego woli zawiozła go policja. Często stosuje się taką procedurę wobec osób pod wpływem alkoholu. W tym czasie moja mama, która już wtedy miała poważne problemy z poruszaniem się i praktycznie nie wychodziła z domu, więc nie była nawet w stanie zrobić zakupów, została sama. Mając już osiemnaście lat, w czasie przerw w szkole wychodziłem z technikum i szedłem do niej na tyle, na ile mogłem. Kupowałem jej też potrzebne rzeczy. Na szczęście mieszkanie rodziców znajdowało się niedaleko szkoły.

Okazało się, że nikt nie zamierza ojca wyciągać ze szpitala, a niezrozumiała dla wielu ludzi z zewnątrz prawda była taka, że tylko ojciec potrafił się mamą naprawdę zająć. Gdy nie pili, robił to bardzo dobrze. Niejedna osoba poległaby już pierwszego dnia, tym bardziej że u mojej mamy do ciężkiej depresji doszły poważne problemy z nogami, spowodowane zwyrodnieniem kolan. Ludzie często nie rozumieją, że mimo wszystko osoba chora paradoksalnie może czuć się bezpiecznie właśnie przy takim nie do końca wiarygodnym opiekunie. Dla mojej mamy ojciec był gwarantem bezpieczeństwa i najlepiej znał jej chorobę. Czasem jedno jego zdanie działało lepiej niż kolejne lekarstwa. Potrafił godzinami tłumaczyć jej gorsze samopoczucie pogodą albo światłem za oknem. Opowiadał, co zrobią na kolację, jaki film obejrzą. Przykrywał ją kocem i razem snuli różne historie.

Dlatego postanowiłem, że pojadę po ojca do szpitala i wydostanę go stamtąd. Kolejnego dnia zamiast do technikum pojechałem na dworzec i wyruszyłem do Kielc, a stamtąd busem do Morawicy, gdzie znajdował się psychiatryk, w którym ojca zamknięto. Strach o rodziców paradoksalnie pomagał mi pokonywać własny lęk przed obcymi miejscami i derealizacją. Zastanawiałem się, co robi teraz mój ojciec i jak się czuje, bo przecież zabrano go, gdy był w ciągu alkoholowym. Trudno sobie wyobrazić, przez co przechodzi człowiek w takim miejscu. Walczy z uzależnieniem pozbawiony kontaktu z rodziną. Wiedziałem, że nie mogę zostawić go tam samego. Zresztą to oznaczało także skazanie mamy na niepewny los.

Szpital znajdował się niedaleko przystanku busów, co trochę mnie uspokoiło. Paradoksalnie nie bałem się negocjować z panią ordynator wolności mojego ojca – najbardziej bałem się własnych demonów, które jednak na szczęście zaczęły ustępować, gdy zbliżałem się do celu. Wiedziałem, że istnieje przepis pozwalający pełnoletniemu członkowi rodziny wypisać pacjenta na własne żądanie.

Na terenie szpitala znajdowało się kilka budynków oznaczonych literami. Odnalazłem właściwy oddział. Za drzwiami z wąską szybą zobaczyłem spacerujących pacjentów, a wśród nich ojca, który bystrym wzrokiem wypatrywał mojego przyjazdu. Gdy mnie zobaczył, poczułem, że kamień spadł mu z serca. Pielęgniarka wpuściła mnie do środka i poleciła poczekać na panią ordynator. Stałem więc na korytarzu wśród ludzi zmagających się z różnymi zaburzeniami psychicznymi, obserwując ich zachowanie i zastanawiając się, jak długo tu są i czy ktoś ich odwiedza. Niektórzy byli tak pogrążeni w psychozie, że chyba nawet nie wiedzieli, gdzie się znajdują.

W końcu przyszła moja kolej. W gabinecie spokojnie wyjaśniłem całą sytuację i powołałem się na prawo do wypisania ojca na własną odpowiedzialność. Bałem się, że będą chcieli go zatrzymać, ale pani ordynator powiedziała tylko, że mój ojciec nie jest chory psychicznie – ma problem z alkoholem i jest od niego uzależniony. Odetchnąłem, jakby alkoholizm był tylko drobną dolegliwością. Ojciec przebrał się w swoje ubrania, które mu przywiozłem, i razem ruszyliśmy w drogę powrotną do Starachowic. Był małomówny i trochę osowiały, zapewne przez leki, które mu podano. Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Mama, zobaczywszy go w drzwiach mieszkania, poczuła ogromną ulgę. Nazajutrz ojciec posprzątał w domu i razem zakończyli kolejny cykl picia. Ja natomiast wróciłem do szkoły, ciesząc się chwilą, choć wiedziałem, że prędzej czy później nadejdzie kolejna próba. Wielu ludzi mówiło mi, żebym się od rodziców odciął, bo oni nigdy się nie zmienią. Ale jak można odciąć się od ludzi, których się kocha? W głębi serca wiedziałem, że nigdy ich nie zostawię, choć życie z nimi czasem przypominało syzyfową pracę.ROZDZIAŁ IV

W drugiej klasie technikum postanowiłem zapisać się na kurs prawa jazdy. Opis tych zmagań będzie ciekawy nie tylko ze względu na mój introwertyzm, ale również dlatego, że kompletnie nie interesowałem się motoryzacją. W klasie byłem chyba jedyną osobą, której zupełnie nie obchodziły drifty, samochody ani silniki i której nie towarzyszyły silne emocje na widok każdego przejeżdżającego auta. Zauważyłem też, że fani motoryzacji zwykle okazywali się totalnymi nieudacznikami, jeśli chodzi o sport. Ja natomiast byłem dobry właściwie w każdej dyscyplinie i często na lekcjach WF-u ćwiczyłem sam, rzucając do kosza, albo dołączałem do innej klasy. Prawo jazdy chciałem zrobić głównie z ciekawości – interesowało mnie, jak to jest prowadzić samochód.

Wkrótce zapisałem się do polecanej szkoły jazdy i rozpocząłem naukę teorii. Na tym etapie byłem nawet tą teorią zachwycony i wcale nie spieszyło mi się do części praktycznej. Wielu kolegów z klasy nie miało problemu ze zdaniem egzaminu praktycznego, ponieważ większość pochodziła ze wsi, a jak wiadomo, na wsi już małe dzieci jeżdżą po polach – najpierw motorami, później samochodami. Nas ze Starachowic było może siedem osób, resztę kursantów stanowiły osoby z okolicznych miejscowości. Nie uważam, że ludzie są gorsi czy lepsi ze względu na pochodzenie, ale nie dało się ukryć pewnych różnic. Ludziom ze wsi często towarzyszyły kompleksy, które czasem ujawniały się w ich zachowaniu, a także w potrzebie wyróżniania się w każdej dziedzinie życia. Najbardziej było to widać w ubiorze – próbowali naśladować modę, ale przeważnie szli o krok za daleko. Nagle wyrastał przed nami młodzieniec ubrany w czarną skórę, z okularami niczym pilot i głową zalaną żelem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij