Facebook - konwersja

Wspomnienia Odessy, Jedyssanu i Budżaku. Tom 3: Dziennik przejazdki w roku 1843 od 22 czerwca do 11 września - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 354 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dzien­nik prze­jazd­ki w roku 1843 od 22 czerw­ca do 11 wrze­śnia

J, I, KRA­SZEW­SKIE­GO, człon­ka czyn­ne­go To­wa­rzy­stwa Ode­sskie­go

Hi­stor­ji i Sta­ro­żyt­no­ści i Mi­ło­śni­ków

Sta­ro­żyt­no­ści w Ko­pen­ha­dze.

Nul­la dies abe­at, quin li­nea duc­ta su­per­sit.

Tom trze­ci.

Wil­no

Na­kład i Druk T. Glucks­ber­ga

Księ­ga­rza i Ty­po­gi­ra­fa Szkół Bia­ło­rus: Na­uko­we­go Okrę­gu

1846

Po­zwo­lo­no dru­ko­wać pod wa­run­kiem zło­że­nia po wy­dru­ko­wa­niu exem­pla­rzy pra­wem prze­pi­sa­nych w Ko­mi­te­cie Cen­zu­ry. Wil­no, 1845 roku 13 Wrze­śnia.

Cen­zor Jan Wasz­kie­wicz.XXVI.

31. Lip­ca Wy­jazd z Ode­ssy. Moł­da­wan­ka. Oko­li­ce Ode­ssy. Step. Dal­ny. Li­ben­thal. Mi­ra­ge. Owi­dio­pol. Li­ma­ny i Dniestr. Ze­glu­ga Dnie­stro­wa. Sta­tek pa­ro­wy Wo­roń­ców. Port. Prze­by­cie Li­ma­nu. Ak­ker­man. Za­mek. Sta­ro­żyt­no­ści. Mia­sto. Noc­na wy­ciecz­ka. Łaź­nia pa­szów. Za­mek po nocy. Roz­mo­wa. Te­raź­niej­szy stan Ak­ker­ma­nu. Hi – stor­ja. Wspo­mnie­nia.

1. Sierp­nia Ru­iny Łaź­ni. Za­mek. Ogląd, Basz­ty, Cer­kiew Grec­ka. Cmen­tarz. S. Jan nowy. Kry­ni­ca Ś. Pa­ra­sko­wij. Tu­rec­kie mia­sto. Uli­ce. Cer­kiew Or­miań­ska. Win­ni­ce u Sło­wian. Win­ni­ce tu­tej­sze. Wy­jazd do Ki­szi­nie­wa. Bu­do­wy w Ste­pie. Step. Mo­gi­ły. Bes­sa­ra­bja. Hi­stor­ja. Do­my­sły. Wał Tra­ja­na. Wspo­mnie­nia daw­ne. Bu­dżak, Ta­ta­ro­wie. Kur­ha­ny. Lo­to­sy.31 LIP­CA.

O go­dzi­nie pół do dzie­sią­tej by­li­śmy go­to­wi do dro­gi. Dzień po kil­ku chmur­nych i wietrz­nych, po­god­ny był i ja­sny, choć wietrz­ny jesz­cze; ale słoń­ce już przy­pie­ka­ło z jed­nej, gdy wiatr po­wie – wał z dru­giej stro­ny. – Wy­je­cha­li­śmy da­żąc na Ty­ra­spol­ską Ta­mo­znię przez przed­mie­ście Moł­da­wan­kę, któ­re, ja­ke­śmy wy­żej mó­wi­li tyle ucier­pia­ło w r. 1837 od Czu­my. Po­wo­li mia­sto przed nami ucie­ka­ło, roz­su­wa­ło się, mie­ni­ło i przy­go­to­wy­wa­ło nas już do wi­do­ku Ste­pów i Chu­to­rów po­po­wych. Domy na przed­mie­ściu Moł­da­wan­ce znacz­nie niż­sze, gdzie­nieg­dzie bu­do­wy sta­re i roz­bi­te, cze­ka­ją bliz­kiej za­wa­le­nia, aby na­tem miej­scu zmar­twych­wsta­ły no­we­mi i wspa­nial­sze­mi. Mnó­stwo mły­nów wietrz­nych, któ­rych Ode­ssa kil­ka­set li­czy, uka­za­ły się nam na wzgór­ku. Zno­wu całe ich czar­ne sta­do, ma­cha­ją­ce skrzy­dły, jak­by się zry­wa­ło do lotu. Mi­ja­li­śmy Cer­kiew, po­tem Chu­tor Ra­zu­mow­skich wyj­rzał z drzew dzi­wacz­ną bu­do­wą na­re­ście mi­nąw­szy (daw­niej) bul­war dzie­lą­cy mia­sto od przed­mie­ścia, prze­byw­szy, ulicz­ki za­lud­nio­ne przy­by­wa­ją­cy­mi od Bes­sa­ra­bij fur­man­ka­mi z roz­ma­itą żyw­no­ścią, wo­za­mi są­sied­nich ko­lo­ni­stów buł­gar­skich i nie­miec­kich – do­je­cha­li­śmy do Ty­ra­spol­skiej Ta­mo­zni, na któ­rej naj­de­li­kat­niej­szą wy­trzy­maw­szy re­wi­zją, ru­szy­li­śmy da­lej w step, za­raz za ro­gat­ką rzu­ci­li pocz­to­wą dro­gę Ty­ra­spol­ską, i w Lewo tło Owi­dio­po­ła po­si­nie­li. Step to jesz­cze, nie cał­kiem na ste­pu na­zwi­sko za­słu­gu­je; cią­gle po bał­kach da­lej, bli­żej, gdzie tyl­ko roz­dół, uka­zu­ją się chu­to­ry, ko­lon­je, chat­ki, dom­ki, to­po­lo­we wy­sa­dy, aka­cje i basz­ta­ny za­sa­dzo­ne ogro­do­wi­na, wa­rzy­wem, drze­wy owo­co­we­mi. Step to, ale oży­wio­ny jesz­cze są­siedz­twem mia­sta lud­ne­go, i choć roz­pro­szo­ne­mi plan­ta­cja­mi. To co wi­dać do­ko­ła, na­le­ży jesz­cze do Ode­ssy, i li­czy się w jej okrąg.

Prze­by­wa­my daw­ne czer­ty ob­szer­niej­sze­go Por­to-fran­co, dziś opusz­czo­ne i już na Step wy­bie­głe; dro­ga su­nie się nie zu­peł­nie płasz­czy­zną rów­ną, ale wzgór­ko­wa­tym i bał­ka­mi prze­rzy­na­nym kra­jem. W dali na lewo, wi­dać część su­che­go Li­ma­nu, Cer­kiew na Ta­tar­ce, drze­wa. Na Ste­pie tra­wa wy­schła, a po niej uwi­ja się, po­ska­ku­je mnó­stwo ró­żo­wych ko­ni­ków, na­kształt ma­łej sza­rań­czy.

W jed­nej ma­leń­kiej Buł­gar­skiej osa­dzie, nad dro­gą le­żą­cej, przy­pa­trzy­li­śmy się, jaka to pra­ca utrzy­mać Basz­tan tu­tej­szy, któ­ren po­trze­ba cały, w cza­sie po­su­chy pod­le­wać. Urzą­dzo­ne do lego są stud­nie, z wia­der­ka­mi ma­łe­mi na sznu­rach po kole idą­ce­mi; z nich wy­le­wa się woda w ryn­wy roz­no­szą­ce ją po rów­cza­kach i bróz­dach dzie­lą­cych na drob­ne kwa­te­ry, cały ogró­dek. Koń z za­wią­za­ne­mi oczy­ma, ob­ra­ca koło stud­ni, sze­ro­ko ocem­bro­wa­nej ka­mie­niem. Na chu­to­rach tych wszę­dzie przy wo­do­cie­czy jest tro­chę drzew, naj­czę­ściej to­po­li i aka­cij. Brzo­skwi­nie i wi­no­grad ro­sną po po­lach, jak u nas krza­ki tar­ni­ny i ostu; do wi­no­gra­du na­wet nie uży­wa­ją ani koł­ków, ani krat­ki (tre­il­le).

Ko­lon­ja zwa­na Dal­ny, czy­li D alne Chu­to­ry bę­dą­ca jesz­cze w ob­rę­bie mia­sta, choć już od nie­go o werst 15, za­pew­ne tak od od­da­le­nia na­zwa­na; wiel­ka i do­syć po­rząd­na z Cer­kwią nową, leży w bał­ce i po ste­pie roz­sy­pa­na. Nic szcze­gól­ne­go.

Do­je­cha­li­śmy wkrót­ce do Ko­lo­nij Li­benl­hal, nie­miec­kiej jak się ła­two do­my­ślić z na­zwi­ska, za­ło­żo­nej w r. 1804; przy swym cu­dzo­ziem­skim po­zo­rze, ma­ją­cej minę sta­rej osa­dy; ca­łej w sa­dach, styr­tach, ogro­dach, osła­wio­nej po­rząd­ne­mi dom­ka­mi o da­chach wy­so­kich, z sze­ro­kie­mi aka­cją sa­dzo­ne­mi uli­ca­mi, i mur­ka­mi za­miast pło­tów z drob­ne­go tu­tej­sze­go ka­mie­nia. Zo­wie się ona u miesz­kań­ców Gross Li­ben­thal, a po ru­sku Bol­sza­ja Wa­ker­ża. Po­zór ma do­stat­ku i za­moż­no­ści mi­łej, po­rząd­na, czy­sta; a ra­zem na­cjo­nal­ną, od­ręb­ną fi­zys. Wszy­sl­ko nie­miec­kie, ubio­ry miesz­kań­ców, mowa, aż do bu­do­wy dom­ków i spo­so­bu uszy­ko­wa­nia ich, aż do tego pu­blicz­ne­go ogród­ka w po­środ­ku, gdzie się zbie­ra­ją na piwo i faj­ki. Po­źniej może po­wie­my co Kohl, jako nie­miec z niem­ca­mi bli­żej bę­dą­cy, o tych ko­lon jach pi­sze, mo­gąc je i ma­jąc czas po­znać od nas do­kład­niej. Tu o nich tyl­ko wspo­mi­na­my. Fi­zjo­gnom­ja Gross Li­ben­thal, oso­bliw­sza; skła­da ją mnó­stwo żół­tych styrt, sza­rych da­chów, zie­lo­nych drzew, ze wszyst­kie­go naj­wię­cej po­dob­no slyrt i sło­my.

Mi­nę­li­śmy prze­jeż­dża­jąc młó­cą­cych w ste­pie koń­mi niem­ców, a po dro­dze spo­ty­ka­li cią­gle, zbo­żem wy­so­ko ła­dow­ne fur­man­ki. Za Li­ben­thal praw­dziw­szy step się po­czy­na, nad nim tyl­ko nie­bo; – na nim tyl­ko da­le­ko od sie­bie od­rzu­co­ne, lam i sam le­żą­ce mo­gi­ły; ja­strzę­bie ci­cho krą­żą w po­wie­trzu, po su­chych tra­wach ska­czą czer­wo­ne ko­ni­ki – pył, pył – pu­sty­nia.

Cią­gle od Ode­ssy po­cząw­szy zwo­dzi­ły nas – mi­raye, któ­re kła­ma­ną wodą ob­le­wa­ły step do­ko­ła. Gdzie spoj­rzeć, wszę­dzie wi­dać było po­roz­le­wa­ne wody, exy­slu­ją­ce tyl­ko w go­rą­ce dnie lala dla oczu po­dróż­nych. Moż­na tu zro­bić so­bie wy­obra­że­nie, czem jest m ira­ge w ste­pie go­ręt­szej kra­iny; gdy tu ten fe­no­men tak zwod­ni­czy i lak po­spo­li­ty. Je­cha­li­śmy ste­pem dziś dłu­go; nie wi­dząc Owi­dio­po­la, do któ­re­go jed­nak li­cząc wer­sty, wi­docz­nie zbli­żać się już po­win­ni­śmy byli. Po­ka­zał się tyl­ko ja­sny, pro­mień­mi słoń­ca wy­iskrzo­ny Li­man Dnie­stro­wy – nie wię­cej.

Aż – u nóg na­szych, na­gle wy­sko­czy­ła z zie­mi wie­ża Cer­kwi, roz­su­nął się Li­man cały, za nim da­le­ko cóś czer­nie­ją­ce­go na gó­rze za ogrom­nym roz­le­wem, sze­ro­kiem jak mo­rze. Ta czar­nie­ją­ca dal – to sta­ry Ty­ras i Ofiu­za, Mon­ca­sl­ro, Bia­ło­gród, Ak­ker­man – ta wie­ży­ca z pod nóg na­szych wy – ro­sła, to daw­no Ni­ko­nion, Tu­rec­kie Cha­dżi­De­re – Owi­dio­pol dzi­siej­szy, for­lecz­ka, a te­raz ma­leń­ka mie­ści­na u stóp wzgó­rza nad­mor­skie­go, u sa­me­go brze­gu Li­ma­nu roz­rzu­co­na, ubo­ga, mi­zer­na, bez ży­cia. Jed­na w niej Cer­kiew mu­ro­wa­na, kil­ka­dzie­siąt dom­ków, wie­le zie­mia­nek, wie­le kle­tek z dasz­ka­mi wy­sta­ją­ce­mi, za­kry­wa­ją­ce­mi od upa­łu, tro­chę drzew. I tu po­strze­gli­smy ży­dów – gdzież bo ich u nas nie­ma?

Sze­ro­ką, ogrom­ną, aż na­zbyt prze­stron­ną, a zu­peł­nie pu­stą uli­ca, za­krę­ci­li­śmy się w lewo po nad sa­mym Li­ma­nem, do po­rząd­ne­go pocz­to­we­go domu, tuż przy por­cie sto­ją­ce­go. Bliz­ko jest i tu Cer­kiew, któ­rej wie­ża pierw­sza nam oznaj­mi­ła Owi­dio­pol, źle na­zwa­ny imie­niem Owi­diu­sza. – Na wzgór­ku opo­dal reszt­ki twier­dzy ru­skiej dziś opusz­czo­nej, któ­ra z za­ję­ciem Bes­sa­ra­bij i Bia­ło­gro­du, całą swą waż­ność stra­ci­ła i zmar­ła ra­zem z mia­stecz­kiem. Do­pó­ki Dniestr sta­no­wił ros­syj­ską gra­ni­cę, Owi­dio­pol za­bie­rał się de praw­dy zo­stać mia­stem i mia­stem ze swe­go po­ło­że­nia waż­nem, ale to trwa­ło tyl­ko chwi­lę. Na­zwa­nie miej­sca, po za­ję­ciu za­raz, z po­śpie­chu nie­wła­ści­wie zu­peł­nie nada­no, lak, jak Ode­ssie, Cher­so­no­wi i t… p. P. Na­de­zdin (1) do­wo­dzi, że Owi­djusz ze­sła­ny był do Tonu, i że tu na­wet nig­dy nic był, nie wi­dział nig­dy tego brze­gu, co te­raz imię jego nosi.

Ale nam się zda­je, że w tem tro­che się myli, a przy­najm­niej na­zbyt ab­so­lut­nie wy­ro­ku­je. Po­zwa­la­my na to, że Owi­djusz nie miesz­kał tu nig­dy, ale rzym­ski po­li­cyj­ny nad­zór nie był tak sro­gi, żeby mu prze­jażdż­ki za­bra­niał; mógł bar­dzo znaj­do­wać się i tu­taj, a że Ty­ras Dniestr, był mu oso­bi­ście zna­jo­my, do­wo­dzi w pie­śniach jego, tej rze­ki wspo­mnie­nie. Nie mie­li­śmy rów­nie jak P. Na­de­żdin ani cza­su, ani ocho­ty iśdź oglą­dać roz­wal­my for­te­cy; wo­le­li­śmy po nie­zno­śnym skwa­rze od­po­cząć w domu pocz­to­wym, je­dy­nej tu wca­le po­rząd­nej bu­do­wie, któ­rej okna otwar­te wy­cho­dzi­ły na port Li­ma­nu; z nich słu­chać szu­mu fali bi­ją­cej tak bliz­ko o brze­gi. Ja za­ją­łem się ry­so­wa­niem dla pa- – (1) Одесскій Альманахъ на 1840 годъ. Проеул ка по Бессарабій стр. 308 sequ.

miąt­ki wi­do­ków nie bar­dzo wpraw­dzie ma­low­ni­czych sta­re­go Ni­ko­nion, for­lecz­ki, por­tu i roz­rzu­co­nej po wzgó­rzach mie­ści­ny. Była tu nie­gdyś i kwa­ran­tan­na dziś roz­rzu­co­na, kto­rą szczę­śliw­szy od nas P. Ko­lii, za­rów­no z for­te­cą oglą­dał. Opi­su­je on to wszyst­ko z cie­ka­wym do­dat­kiem o zła­pa­nej ol­brzy­miej ta­ran­tu­li – cze­go­śmy mu nie za­zdro­ści­li.

Sta­li­śmy pół­czwar­tej go­dzi­ny w smut­nym Owi­dio­po­lu, ocze­ku­jąc na skwa­rze okrut­nym przy­by­cia pa­ro­cho­du, ma­ją­ce­go nas przez Li­man dnie­stro­wy prze­wieść do Bia­ło­gro­du. Wi­dać już było daw­no czar­nie­ją­cy na Li­ma­nie sta­tek, ale jak­że wlókł się po­wo­li! Zje­dli­śmy, wy­pi­li co mie­li, sto razy wy­cho­dzi­li, spo­glą­da­li, nie do­cze­ka­li, aż bar­dzo nie pręd­ko.

A gdy je­ste­śmy u Li­ma­nu i u Dnie­stru, i cze­ka­my na ten nie przy­by­wa­ją­cy jak na złość pa­ro­chód, któ­ry nas trzy­ma w Owi­dio­po­lu, mów­my więc o Li­ma­nach i Dnie­strze – a na­przód o pierw­szych.

Szcze­gól­nym fe­no­me­nem, wszyst­kie rze­ki wpa­da­ją­ce do mo­rza czar­ne­go, mają przy uj­ściach swych tak zwa­ne od prze­krę­co­ne­go wy­ra­zu grec­kie­go limn e (je­zio­ro) Li­ma­ny. Są te po więk­szej czę­ści sło­ne je­zio­ra od mo­rza. Tem na­zwi­skiem zo­wią tu tak­że nie tyl­ko sze­ro­kie rzek uj­ścia, ale wszel­kie je­zio­ra sło­ne, w po­bli­żu mo­rza znaj­du­ją­ce się. Tych Li­ma­nów i Li­ma­ni­ków mnó­stwo tu nie­sły­cha­ne (1). Bliż­sze mo­rza są cał­kiem sło­ne, i zwy­kle prze­dzie­lo­ne od nie­go, lak zwa­ne­mi pe­re­sy­pa­ini, to jest wąz­kie­mi la­wa­mi pia­sku; taki jest pe­re­syp pod Ode­ssą i inne. Pe­re­sy­py wi­docz­nie czas na­gro­ma­dza i two­rzy, a je­zio­ra dziś od mo­rza od­dzie­lo­ne nie­mi" sta­no­wi­ły daw­niej część jego, za­to­ki, któ­re po­źniej za opad­nieu­iem wód za­mknę­ły się pe­re­sy­pa­ini. Li­ma­ny do któ­rych dziś już żad­ne rze­ki nie wcho­dzą, we­dle wszel­kie­go po­do­bień­stwa, słu­ży­ły Iak­że rze­kom dziś wy­schłym za uj­ścia, śla­dy ich na­wet po­zo­sta­ły w dłu­gich su­chych hal­kach, któ­re i dziś na­peł­nia na wio­snę po­to­ka­mi prze­bie­ga­ją­ca woda. Ta­kie były Ak­siak, Ofju­za i inne rze-– (1) Надеждиь Перезулка стр. 322

czuł­ki scy­tyj­skie, któ­rych dziś na­próż­no­by tu szu­kać, bo wy­schły. Dnie­stro­wy Li­man pod­le­ga tym sa­mym pra­wom co inne. Te­raz przy jego uj­ściu w mo­rze, któ­re się po tu­rec­ku zo­wie Bu­gas (gar­dło) znaj­du­je sit! już ufor­mo­wa­ny Pe­re­syp. Exy­sto­wae on daw­niej (przy­najm­niej ta­kim ja­kim jest) nie mógł: raz, ze o nim ża­den z pi­sa­rzy sta­ro­żyt­nych nie wspo­mi­na; po­wtó­re, że Li­man i Bia­ło­gród li­czy­ły się za je­den z nay­zna­ko­mit­szych por­tów mo­rza czar­ne­go do XV. wie­ku, a dziś le­d­wie małe łód­ki wci­snąć się tu mogą, przez tak zwa­ne gar­dła.

Z Li­ma­nu w mo­rze, upły­wa Dniestr dwo­ma otwo­ry, pe­re­syp ufor­mo­wa­ny prze­ci­na­ją­ce­mi. Pra­wy zo­wie się stam­buł­skiem gar­dłem lub wła­ści­wym Bu­ga­sem, sze­ro­ki na 150 sąż­ni, głę­bo­ki na 26 stóp; lewy (Ocza­kow­skie gar­dło) mniej­szy, sze­ro­ki na 70 sąż­ni, głę­bo­ki na 15 do 8 stóp tyl­ko (1)

–- (1) Boy­age de la Pro­pon­ti­de et du pont Eu­xin p. J. B. Che­va­lier T. II. p. 363. Le Nie­ster, qui prend sa so­ur­ce dans la Po­lo­gne, co­ule a Cho­czim, a Ben­der et se jet­te dans la Mer no­ire a tro­is lieu­es au des­so­us d'Aker-

Mię­dzy nie­mi wy­rósł pe­re­syp, wy­sep­ką pia­sczy­sta, na trzy i trzy ćwier­ci wer­sty dłu­gi, a pół wer­sty sze­ro­ki, zu­peł­na ława pia­sku. Obok Li­ma­nu dnie­stro­we­go, jest dru­gi zwa­ny bu­dżac­kim, nie­chyb­nie daw­niej jed­ną z nim ca­łość skła­da­ją­cy: dziś tak­że prze-

–-

man si­tué sur la rive dro­ite, est bar­ré a son em­bo­uchu­re par un banc de sa­ble qu­ine la­issc que deux is­su­es á ses eaux. Gel­le de la dro­ite se nom­me pas­se de Cont­tan­ti­no­płe, l' au­tre pas­sę d'Ocza­kow. La pre­mie­rę a cent qu­aran­te ou cent ci­nqu­an­te to­ise, et la se­con­de qu­atre vingt seu­le­ment de lar­geur. Cel­le de ce fleu­ve est de plus de deux lieu­es au des­sus de ce banc, uu il en­tre et se con­fond dans Ie lac Ovi­do­vo, que les geo­gra­phes en ont se­pa­ré sans ra­ison. Les ba­ti­mens, lie po­uvant re­mon­ter á Aker­man, jet­tent l'an­cre sur sept á huit pieds d'eau au-des­sus dc la pre­mi­ére de ces bo­uches. Iis re­co­ivent dans ce mo­uil­lagc, par des pe­titts cha­lo­upes ou ba­te­aux, leurs cbar­ge­mens con­si­slant en­gra­ines, la­ines, beur­re, cu­irs, vins et hois qui de­scen­dent le fleu­ve. Un mo­uil­le aus­si en de­hors de deux pas­ses, qu­uiqu'on y soit sans abri. Pres de cel­le de Con­stan­ti­nu­ple, les tu­res ava­ient fait pen­dant la pre­mie­rę gu­er­re, un furt ou bat­te­rie cn ter­re dunt il ue re­ste plus que les ru­ines. Cest la que les ba­ti­meus vie­nu­ent fa­ire le ur eau daus une bon­ne fon­ta­ine re­ve­tue en ma­con­ne­rie, –

sy­pa­ny, któ­ry nie­kie­dy tak bliz­ko do­ty­ka dnie­stro­we­go, że ry­ba­cy ło­wią­cy tu rybę Ke­fal zwa­ną, prze­rzy­na­ją rów­cza­ki z jed­ne­go do dru­gie­go, aby na nich sie­ci swe za­sta­wiać. Da­lej jesz­cze jest Li­man kim­bet­ski, po­dob­no tak­że daw­niej ca­łość jed­ną z dnie­stro­wym skła­da­ją­cy – we­dle wy­ra­że­nia cy­to­wa­ne­go po­dróż­ni­ka mor­ską pasz­czę­ką, Dniestr po­chło­ny­wa­ją­cą. – Ten­że utrzy­mu­je, ie w daw­niej­szych cza­sach nie exy­sto­wa­ły pe­re­sy­py w Dnie­strze, już to, że nikt o nich nie wspo­mi­na, już, iż że­glu­ga, port daw­niej sław­ny (1) bia­ło­grodz­ki, do­wo­dzą in­ne­go sta­nu rze­ki. Te­raź­niej­szy Li­man dnie­stro­wy, pra­wie jest słod­ki, z po­wo­du pe­re­sy­pu i wód rzecz­nych, (jed­nak­że za­le­ży to i od wia­tru). Miej­sco­wi utrzy­mu­ją, że głów­ny bieg Dnie­stru w Li­ma­nie idzie za­chod­nim bcs­sa­rab­skim brze­giem, do któ­re­go sys­te­mu na­le­ży i stam­bul­skie gar­dło. Tam też i Li- – (1) Scym­nus Chius pi­sze: Dniestr (Ty­ras) głę­bo­ka ryb­na rze­ka, ma­ją­ca por­ty wy­god­ne do ła­do­wa­nia stat­ków.

man naj­głęb­szy: we środ­ku mie­li­śmy gę­ste, mie­li­zny miej­sca­mi na­wet pusz­czać się za­czę­ła trzci­na. Zimą cały len ogrom­ny roz­lew za­ma­rza, tak, ze prze­zeń jeż­dżą z brze­gu jed­ne­go na dru­gi; ale lód nig­dy nie bywa gru­by, i nie­ustan­nie się roz­pa­da. Gdzie się sze­ro­ko roz­trza­śnie, od­waż­ni miej­sco­wi rzu­ca­ją de­ski, i prze­jeż­dża­ją po ta­kich im­pro­wi­zo­wa­nych mo­stach; lub co naj­czę­ściej roz­pę­dziw­szy ko­nie, po­wia­da P. Na­de­żdin, prze­ska­ku­ją roz­pa­dli­ny. Pocz­ta na­ów­czas cho­dzi na Ty­ra­spol i Ben­der, ro­biąc za­miast 45, werst 217

Ja­kim jest wiel­ki Li­man dnie­stro­wy, ta­kie­mi są wszyst­kie inne ogól­no­ści, na mniej­szą ska­lę, każ­dy ma wąz­ki swój pe­re­syp, w nim gar­dło rze­czuł­ki, je­śli go rzecz­ka prze­rzy­na. Taki jest ma­le­niecz­ki Li­ma­nik przy Li­ma­nie dnie­stro­wym w Owi­dio­po­lu, o któ­rym wspo­mi­na Kohl i inne.

Słów­ko jesz­cze te­raz o Dnie­strze sa­mym. – He­ro­dot wspo­mi­na go pod imie­niem

Ty­res (1) P. Na­de­żdin, (2) szrząt­kiem na­zwy Ty­ras, Ty­res, po­czy­tu­je na­zwa­nie miej­sco­we, tu­rec­ku – ta­tar­skie Dnie­stru: Tur­la; któ­re­go dzwię­ki nie bez przy­czy­ny upa­tru­je w te­raź­niej­szem imie­niu i na­zwie Dana – stris. O Dnie­strze wspo­mi­na Owi­diusz, któ­ry cho­ciaż tu pew­nie nie miesz­kał, prze­cięż mul brze­ga­mi jego być mu­siał, bo cha­rak­te­ry­zo­wał wody jego, le­piej od He­ro­do­ta, co po­dob­no wca­le nie wi­dział Dnie­stru, i dla tego krót­ko się i szczu­pło o nim wy­ra­ża. Owi­diusz opi­su­je go:

Et nul­lo tar­dior amne Ty­ras.

Ty­ras, zo­wią go też, Pli­niusz, Stra­bo, Plo­lo­me­usz, (3) Scy­lax ka­ry­adeń­ski w Pe- – (1) Mel­po­me­ne Lib. IV: Ed. Henr. Ste­pha­ni 1592 ful. 273. Post hunc Ty­res, qui ab aqu­ilo­ne me­ans, or­tum tra­hit, ex in­gen­ti pa­lu­de, quae Scyt­bi­cam ter­ram, a Ne­bri­de se­pa­rat, ad ostium hu­jus in­co­lunt Gra­eci (qui Ty­ri­de vo­can­tur, Meta To­iton Ti­res os apo Bo­reo men ane­moi or­ma­tai ar­che­tar de seon ek Lim­nes me­ga­les e oiri­xei ten te Eki­di­ken kai ten Neo­fi­da gen, opi de to sto­ma­ti aitoi Ra­te­iken­ta, El­le­pas, oi Ti­ri­tas Kal­ton­tas. (2) L c. 32: "».

(3) Ptol. Ed. Ba­sil… fol. 1542. p 43, Su­pra au­tem Ty­ram flu­vium, pe­nes Da­ciam Car­ro­du­num, Ma­eho nium Cle­pi­da­na, Vi­ban­ta­va­rium, ete.

ry­plu (1), to­mie imie­niem zo­wie, miesz­cząc tu z prze­krę­co­ną na­zwą – Ni­ko­nium – Pod na­zwi­skiem Da­na­stris, spo­ty­ka się do­pie­ro w Am­mia­nie Mar­cel­li­nie (w. IV. po Chry­stu­sie). – Ten po­wia­da, że gdy pierw­szy raz. Hun­no­wie w pa­dli do Eu­ro­py, dwaj wo­dzo­wie Go­lów, na­zwi­skiem Al­la­teus i Sa­frax, uno­sząc z sobą ma­łe­go kró­la Wi­de­ry­ka, cau­tius de­scen­den­tes ad am­nem Du­na­strum per­ve­ne­runt, in­ter Istrum (Du­naj) et Bo­ry­sthe­nem (Dniepr) per cam­po­rum am­pla spa­lia dif­flu­en­tem. O Du­na­strze Jor­nan­des w V. w. i Kon­stan­ty Por­fy­ro­ge­ni­ta wspo­mi­na­ją. (Na­ru­sze­wicz T. I. str. 8. wyd. lip­skie). Dniestr, we­dle na­sze­go Dłu­go­sza wy­pły­wa z pod góry Be­skid (sie) i do­li­ny zwa­nej Hu­sta Po­ło­ni­na, bliz­ko Zam­ku So­bień, w miej­scu zwa­nem Dę­bo­wi­ca od wiel­kie­go Dębu, z pod któ­re­go ciec mia­ły, we­dle te­goż, Dniestr, San i Ty­sia, idzie przez Ha­lic­kie, Po­do­le i Bra­cław­skie. – Lewa jego stro­na, zo­wie się w czę­ści Po­be­re­żem. Rze­ka ta, – (1) 370. r. prze. Chryst.

ła­two­by być spław­ną mo­gła, całą bo­wiem prze­szko­dą, są małe Ka­ta­rak­ty (po­ro­hy) pod Jam­po­łem, któ­re albo ubiedz ka­na­łem, albo znisz­czyć­by moż­na (1). Za pa­no­wa­nia Zyg­mun­ta Au­gu­sta, Com­men­do­ni Kar­dy­nał zwie­dzał te Ka­ta­rak­ty, i pi­sał pro­jekt han­dlo­wy, o któ­rym było wy­żej.

Te­raz, nie­daw­ne­mi cza­sy, czy­nio­no i czy­nią pró­by spła­wu Dnie­strem; ale po­wol­nie i cząst­ko­wo – Że­glu­ga po tej rze­ce, jest jesz­cze do wy­pro­ho­wa­nia, ży­cze­nia i do­ko­na­nia; szczę­śli­wy co ją swo­jem imie­niem dla do­bra po­wszech­ne­go, coś wa­żąc – otwo­rzy. Gam­ba ( 2), wspo­mi­na o pró­bach czy­nio­nych przez X. de Na­ssau – Sie­gen, któ­ry sta­rał się swo­im przy­kła­dem dru­gich do lego za­chę­cić.

W r. 1789 pu­ścił się on Dnie­strem, zwie­dził go i ka­zał son­do­wać, w po­dró­ży od­by­tej z X. Ga­spa­ri. W la­tach 1803 i

–-

(1) Swięc­ki T. II. p. 6 7.

(2) Voy­age dans la Rus­sie Me­ri­dio­na­le. 1826. p. II . w. 14.

1804 na nowo obej­rza­no rze­kę, zro­bio­no kar­tę jej. – Gdy Xże Ri­che­lieu zo­stał na­czel­kiem Nowo – Ros­sji, za­chę­cał do czy­nie­nia prób no­wych. Sia­tek, któ­re­go na ten cel myto, miał 120 stóp dłu­go­ści, a 40 sze­ro­ko­ści, opa­trzo­ny w maszt i ża­gle, na­kształt cho­dzą­cych po La­bie (El­bie). Wy­szedł­szy d. 25 Kwiet­nia (z wiel­ką wodą wio­sen­na) 1804 r. z Roz­wa­do­wa, o mil pięć ode Lwo­wa, od­kąd Dniestr po­czy­na być że­glow­nym, przy­był d. 29 do Za­lesz­czyk, i tam stał do d. 10 Maja, dla ze­bra­nia ła­dun­ku drze­wa i in­nych to­wa­rów. We dwa dni po­tem przy­był do Isa­kow­ca, na­prze­ciw Cho­ci­ma (na­ów­czas tu­rec­kie­go). Wziął tu pa­spor­ta i do­peł­nił ła­dun­ku. Prze­by­wa­jąc po­tem Mo­hi­lew (Hr. Po­toc­kie­go), gdzie dość znacz­ny był han­del z Moł­daw­ją, przy­szedl bez wy­pad­ku do Jam­po­la. Tu wziął Ster­ni­ków dla Ka­ta­rakt, mię­dzy któ­re­mi są tyl­ko wąz­kie przej­ścia, i bieg rze­ki bar­dzo szyb­ki, prze­by­to je szczę­śli­wie; do­stał się sta­tek do Cze­ki­nów­ki i Du­bos­sar. W Oko­li­cy Du­bos­sar wspo­mi­na Gam­ba o Win­ni­cach, któ­re we­dle po­dań; się­ga­ły cza­sów rzym­skich.

31 Maja, sta­tek za­trzy­mał się w Ben­de­rze prze­szedł przez Sło­bo­dzie, skąd krę­tym bie­giem Dniestr ku mo­rzu czar­ne­mu dąży, kra­jem le­si­stym i za­ro­słym. Tu jest za­rys na­tu­ral­ne­go uprosz­cza­ją­ce­go dro­gę ka­na­łu, któ­ry do­sko­na­ląc sztu­ką, ła­two­by zro­bić że­glow­nym, i oszczę­dzić wie­le cza­su. Sta­tek sta­nął na­resz­cie u Ma­ja­ku (La­tar­ni). Po­źniej od­pły­nął z Ode­ssy 2 7 Czerw­ca i w pięć­dzie­siąt dzie­więć dni, prze­był w górę Dniestr.

Te­goż roku 1804, dzie­więć­dzie­siąt pięć stat­ków róż­nej wiel­ko­ści, z ła­dun­kiem, do­szły do Ma­ja­ku. Ale po­źniej znów że­glu­gę na Dnie­strze za­nie­cha­no,

Nie tak bar­dzo jesz­cze daw­no, prze­strzeń dzie­wię­cio – wer­sto­wą sze­ro­ko­ści Li­ma­nu, dzie­lą­ce­go Owi­dio­pol od Ak­ker­ma­nu, prze­by­wa­no na łód­kach i stat­kach, co cza­sem po kil­ka i kil­ka­na­ście go­dzin, przy wie­trze prze­ciw­nym zaj­mo­wa­ło; nie­kie­dy wi­cher na­pę­dzał aż ku mo­rzu pły­ną­cych; te­raz sta­tek pa­ro­wy Hrab. Wo­roń­ców ma­leń­ki, fa­bry­ki an­giel­skiej pa­ro­chód, po­łą­cza te dwa brze­gi, cho­dząc nie­ustan­nie przez pięć dni w ty­go­dniu, z Owi­dio­po­la do Ak­ker­mauu i na­zad.

Tuż przy domu pocz­to­wym, jest port, do któ­re­go cho­ciaż pa­ro­chód nie przy­bi­ja, ale przy­cią­ga­ją ło­dzie i na nie cię­ża­ry pa­ku­ją; prze­jeż­dża­ją­cy, do­sta­ją się na sta­tek ma­łe­mi Jod­ka­mi. Sta­li­śmy i sta­li w Owi­dio­po­lu, ocze­ku­jąc na przy­by­cie stat­ku, sprze­cza­jąc się, czy on to, czy nie on, czer­niał na Li­ma­nie. Na­resz­cie prze­ko­na­li­śmy się, że to on był nie­wąt­pli­wie, i że ku nam zwró­ciw­szy się przy­bli­żał. Po­mi­mo skwa­ru, któ­ry do­pie­kał w por­cie, wy­bie­głem od okna pocz­to­we­go domu, śle­dzie go z po­mo­stu bliż­sze­go, i szu­kać na pięk­nym Li­ma­nie. W chwi­lę po przy­by­ciu na­szem, za­to­czy­ły się do por­tu mnó­stwo czu­ma­cich po­wó­zek, wóz­ków z ko­lo­ni­sta­mi i kocz Xięż­nej Suz­zo (z domu Kal­li­ma­chi) – Xięż­na z cór­ką ze sto­ic­ką cier­pli­wo­ścią siadł­szy na skwa­rze sło­necz­nym, cze­ka­ły Iak­że paro-

Ja tym cza­sem su­wa­łem się sił ostat­kiem oglą­da­jąc port, brzeg, mia­stecz­ko pu­ste, któ­re sze­ro­ko roz­le­ga­ło się w dole, od lor – tecy daw­nej po­cząw­szy, po za Cer­kiew. Cer­kiew ta z do­mem pocz­to­wym, są tu je­dy­ne­mi po­rząd­ne­mi bu­do­wa­mi, po­zór mia­stecz­ka da­ją­ce­mi tu­rec­kie­mu Cha­dżi – Dere. Pod­le Cer­kwi jest jesz­cze mały po­rząd­ny do­me­czek, z czer­wo­nym da­chem i bia­łe­mi ścia­ny, na­le­żą­cy do cer­kiew­ne­go Iko­no­pi­sca (ma­la­rza) naj­bo­gat­sze­go jak wi­dać, oby­wa­te­la. – Mój to­wa­rzysz po­dróż­ny, ko­rzy­sta­jąc tak­że z cza­su, wy­no­to­wał ze swym sta­ty­stycz­nym za­pa­łem, z xię­gi por­to­wej ruch stat­ku pa­ro­we­go i licz­bę osób dnia tego prze­by­wa­ją­cych Li­man. Wy­da­nych było 31 bi­le­tów (nie­któ­re po kil­ka osób ra­zem), a przy­chód dnio­wy, wy­no­sił cał­ko­wi­cie 44 ru­ble 18 kop. Włó­cząc się (gdyż tego in­a­czej na­zwać nie moż­na) to po domu pocz­to­wym, to w por­cie, do­cze­ka­li­śmy na­resz­cie, że sia­tek spo­dzie­wa­ny, wy­raź­nie się od Ak­ker­ma­nu po­ka­zał, na ja­snem nie­bie ry­su­jąc czar­nym ko­mi­nem i wstę­gą dymu. Zo­ba­czy­li­śmy już i maszt, i liny ża­giel wią­żą­ce, aż w por­cie po­wstał ruch zwia­stu­ją­cy jego przy­by­cie. Wy­bie­gli­śmy, sta­nę­li, cze­ka­li. Sia­tek za­trzy­mał się w pew­nem od­da­le­niu od wła­ści­we­go por­tu, a bar­ka­sy szyb­ko przy­bi­ły do mo­stów na to prze­zna­czo­nych, i za­sta­no­wi­ły się rzu­ca­jąc ko­twicz­ki. Bar­ki te dość wiel­kie i dłu­gie, tak, że na nich sta­je dwa rzę­dy wo­zów, a woły w po­środ­ku, zo­wią tu ba­rza­mi lub sza­łan­da­mi , są we­wnątrz próż­ne, a na po­kła­dzie ich, cały cię­żar się mie­ści. Dla roz­róż­nie­nia, do­da­ją do na­zwa­nia sza­łan­dy pła­sko­den­na: wody bio­rą bar­dzo mało. Jest to ro­dzaj pro­mów. Sta­tek na­ła­do­wa­ne sza­łan­dy cią­gnie za sobą a la rcmo­rque na li­nach, jed­na za dru­gą po­cze­pia­ne.

Po­dróż­ni z bi­le­ta­mi i bla­sza­ne­mi znacz­ka­mi, cze­ka­li łód­ki od pa­ro­cho­du. Na po­mo­ście por­tem zwa­nym ruch się po­czął po­śpiesz­ny. Jed­ni zjeż­dża­li z ba­rek, dru­dzy od daw­na ocze­ku­ją­cy, za­ta­cza­li wozy ty­łem do bar­ki, od­przę­ga­li woły i za­ga­nia­li po­wo­li na sza­łan­dy. Ko­men­de­ru­ją­cy krzy­cze­li wiel­kim gło­sem, woły się opie­ra­ły i rwa­ły, lu­dzie jak po­pa­rze­ni la­ta­li.

Tym cza­sem ze wscho­du, od stro­ny Ode­ssy, prze­pysz­na czar­na chmu­ra, ma­ja­cza­ła groź­na na nie­bie, i le­cąc po ste­pie, gar­nę­ła za sobą pył ogrom­ne­mi tu­ma­ny, któ­re kłę­biąc się, aż do nas do­la­ty­wa­ły. Wiatr był nam pra­wie prze­ciw­ny. – Trud­no opi­sać ła­do­wa­nie wo­zów, ruch, krzyk, i po­śpiech, z ja­kim się to wszyst­ko od­by­wa­ło. Na sza­łan­dach sta­nę­ły wozy czu­mac­kie po czter­na­ście w rząd, a we śro­dek jak w ta­bór wpę­dzo­no woły i ści­śnię­to je w kupę. Wszyst­ko było go­to­we. Nas ma­leń­ka łód­ka, przez , kil­ku majt­ków pę­dzo­na, zie­lo­no ma­lo­wa­na, zręcz­na, le­ciuch­na, nio­sła po Li­ma­nie ku stat­ko­wi. – Wszy­scy­śmy się w niej za­bra­li, Xżna Suz­zo z cór­ką, P. Skał­kow­ski, ja i P. An­to­ni­ni je­den z dy­ry­gu­ją­cych kan­to­ra pa­ro­cho­du, grzecz­ny i miły mło­dy czło­wiek. Inni prze­jezd­ni, dy­rek­tor, ja­kiś P. S….. i resz­ta, je­cha­li w dru­giej. W chwi­lę, sta­nę­li­śmy prze­byw­szy męt­ne wody Li­ma­nu, u wschod­ków pa­ro­cho­du.

Wy­szli­śmy nań, gdy z tyłu wła­śnie przy­wią­zy­wa­no doń w rząd sza­łan­dy, od stro­ny ru­dla. Na nich zo­sta­ły na­sze po­wo­zy, kupa czu­mac­kich za­przę­gów, i tłum lu­dzi prze­jeż­dża­ją­cych.

Sta­tek teu Hrab. Wo­roń­ców ma­leń­ki o sile 40 tyl­ko koni, cały że­la­zny, ślicz­nie zbu­do­wa­ny, ca­łe­go ekwi­pa­zu, miał tyl­ko pię­ciu czy sze­ściu lu­dzi, li­cząc w to ster­ni­ka; a wy­jąw­szy Ka­pi­ta­na. Lu­dzie ci, nic zda­je się pra­wie nie ro­bi­li, prócz, ze cza­sem pod­rzu­ci­li wę­gla, a dwa czy trzy razy prze­su­nę­li z jed­nej stro­ny na dru­gą con­tre-poid, gdy się pa­ro­ebód zbyt w któ­rą stro­nę prze­chy­lił. Stał jesz­cze w miej­scu sta­tek, gdy­śmy go cie­ka­wie oglą­dać po­czę­li. Czy­stość i po­rzą­dek, za­słu­gi­wa­ły na naj­więk­sze po­chwa­ły. Na gło­wie, wy­rżnię­te było po­pier­sie Hr. Wo­ro­uco­wa, dru­gi szty­ebo­wa­ny wi­ze­ru­nek, wi­siał nad drzwicz­ka­mi Ka­ju­ty. Cały po­ma­lo­wa­ny olej­no, zbu­do­wa­ny sma­kow­nie i pra­wie wy­twor­nie, po­cząw­szy od ste­ru (ru­dla), któ­rym je­den czło­wiek pa­ląc cy­ga­ro i drze­miąc, nie­dba­le kie­ru­je; zaj­mu­ją prze­strzeń wzdluż, na­przód bus­so­la, po­krow­cem przy­kry­ta (bo na taką że­glu­gę pra­wie nie po­trzeb­na), da­lej okno Ka­ju­ty kra­tą osło­nio­ne, schod­ki i drzwi do niej, dru­gie ta­kież okno, ko­min ma­chi­ny i dwa jej otwo­ry; na lewo an­giel­ska ku­chen­ka, w ostat­ku wy­so­ki maszt.

Tu­taj gro­ma­dził się mały ekwi­paż nasz, skła­da­ją­cy się z kil­ku za­smo­lo­nych łu­dzi, róż­nych od­ręb­nych ty­pów, ale we­so­łych fi­zio­gnom­ji,

Za­szu­mia­ło w ko­lie, za­war­cza­ła para, i ru­szy­li­śmy z szu­mem kół stat­ku – V ogue la ga­le­re! – Je­ste­śmy na Li­ma­nie. Xięż­na Suz­zo sie­dzi i po­glą­da spo­koj­nie, cór­ka jej za­sła­bła bied­na, my opa­tru­jem sta­tek. W Ka­ju­cie po­dróż­nych, do­ko­ła dy­wan (sofa) kil­ka ry­cin po ścia­nach, czy­sto, po­rząd­nie,; ile dusz­no i go­rą­co, jak na ca­łym stat­ku. Schod­ki wio­dą­ce tu sta­ran­nie po­ma­lo­wa­ne, o po­rę­czach brą­zo­wych Sło­wem: pie­ści­deł­ko ma­leń­kie.

Ru­szy­li­śmy, pły­nie­my. Owi­dio­pol od­da­la się od nas, w mil­cze­niu kie­ru­je ster­nik ko­łem, majt­ko­wie sto­ją gwa­rząc, a Ka­pi­tan parę razy tyl­ko po­ka­zał się, roz­ka­zu­jąc prze­su­nąć wagę. – Łód­ka, któ­rą­śmy przy­pły­nę­li, pod­nie­sio­na, jak łu­pin­ka ucze­pi­ła się boku pa­ro­cho­du.

Chmu­ra, któ­ra nam gro­zi­ła w por­cie, zbli­ża się, wiatr od­mie­nia, desz­czyk kro­pić po­czy­na, tę­cza ry­su­je się na cud­nie ma­low­ni­czem nie­bie. Nie scho­wa­li­śmy się do Ka­ju­ty przed desz­czem, lep­szy deszcz od za – du­chy. Owi­dio­pol gi­nie w oczach; Cer­kiew tyl­ko bie­le­je i twier­dza się roz­wi­ja na wzgó­rzu, po­lem ma­le­je i nik­nie. Li­man w pra­wo i lewo nie­doj­rza­ny okiem, ale bez łych świe­żych bar­wą któ­re są wła­ści­wo­ścią mo­rza. Wi­dać po­okry­wa­ne brze­gi, żół­te, gli­nia­ste, któ­rych cy­pel wy­su­wa się na lewo w Li­man. Du­blu­jąc go, bę­dzie­my na po­ło­wie na­szej dro­gi. – Nie­cier­pli­wie ocze­ku­ję chwi­li ry­so­wa­nia Zam­ku ak­ker­mań­skie­go, i któ­ry co­raz wy­raź­niej czer­nie­je zda­la, na fali i nie­bio­sach, pół w wo­dzie, pół w nie­bie. Otoż czas, chwy­taj­my chwi­lę. Owi­dio­pol pra­wie znik­nął, za to ogrom­ne, dłu­gie, ciem­ne mury Bia­ło­gro­du za­mczy­ska, co pa­mię­ta Gre­ków, Ge­nu­eń­czy­ków, Tur­ków roz­wi­ja­ją się w pra­wo; w lewo Ka­zar­my ko­zac­kie jak Za­mek z czter­ma bia­łe­mi basz­ta­mi, ko­pu­ła no­wej Cer­kwi i dom pocz­to­wy na wzgó­rzu nad brze­giem. Mi­na­re­cik Me­cze­tu daw­ne­go, la­tar­nia, co­raz wy­raź­niej ciem­nie­ją na za­chod­niem nie­bie. Ak­ker­man wi­dać roz­rzu­co­ny na wzgó­rzach nad Li­ma­nem – Za­mek wstę­pu­je aż w wody jego, tak, ie ska­ły na któ­rych się opie­ra, opłu­ku­je fala nie­ustan­na. Prze­pysz­ny za­chód słoń­ca; bo­ga­tych barw, oświe­ca ten ob­raz rzad­kie­go wdzię­ku, i świe­ci na­sze­mu przy­by­ciu. Opar­ły o maszt du­mam, ry­su­ję, a mój to­wa­rzysz po­dró­ży, czy­ta ma­ło­ru­skie po­wie­ści, majt­kom, któ­rzy się na cale gar­dło śmie­ją na­iw­nie. Ka­pi­tan daje roz­ka­zy i w mgnie­niu oka speł­nia­ne. Szyb­ko przy­bli­ża­my się do brze­gu, wy­raź­niej te­raz wi­dać sze­ro­ko roz­sy­pa­ne mia­sto, ol­brzy­mi za­mek z tu­tej­sze­go bia­ła­we­go ka­mie­nia, z głę­bo­kie­mi ka­mie­niem tak­że wy­kła­da­ne­mi fos­sy, szkar­par­ni, basz­ta­mi, blan­ka­mi, oko­lu­emi mury, mi­na­re­tem wy­so­kim bia­łym, je­dy­nym już tu­taj, z da­le­ka wid­nym, ale ogo­ło­co­nym z wierz­chy niej ba­lu­stra­dy i za­koń­cze­nia – Za­mek mil­czą­cy, po­sęp­ny, pu­sty a po­waż­ny i tyle wspo­mnień u jego mu­rów się ci­śnie, tyle pa­mią­tek na tej zie­mi, na­szych i nie na­szych, daw­nych i od­wiecz­nych.

Wi­dać róż­no­farb­ny tłum zgro­ma­dzo­ny, i ocze­ku­ją­cy ma­ją­cych na brze­gu wy­lą­do­wać go­ści. Na po­chy­le­niu wzgó­rza, za­sa­dzo­ne drze­wa, for­mu­ją bul­war, ota­cza­ją­cy daw­ną suł­lań­ską ba­nię-łaź­nię, od któ­rej pod­ziem­ne cho­dy, wio­dły daw­niej do Zam­ku.

Bul­war mógł­by być ozdo­bą, ale jesz­cze zbyt mło­de drze­wa, za lat kil­ka­na­ście, ze swe­mi ma­low­ni­cze­ini schod­ka­mi, go­tyc­ką bram­ką, mur­kiem i ru­iną łaź­ni, bę­dzie wca­le pięk­ną prze­chadz­ką. – Da­lej po nad brze­giem wspo­mnia­ny gmach Ka­zar­mów ko­zac­kich, sta­ra Cer­kiew grec­ka ma­leń­ka, przy­tu­lo­na do zie­mi, i wody już a u ody tyl­ko, na któ­rych wzrok gi­nie.,.

Od­je­cha­li­śmy czó­łen­kiem ze stat­ku do mo­stu – por­tu, wy­to­czo­no po­wóz, za­przę­żo­no ocze­ku­ją­ce już ko­nie pocz­to­we, i pu­ści­li­śmy się po sze­ro­kim pla­cu pod – zam­ko­wym, ku mia­stu da­lej roz­po­lo­żo­ne­mu, na pra­wo rzu­ca­jąc czar­nia­we mury twier­dzy, prze­pysz­nie oświe­co­ne słoń­ca za­cho­dem.

Le­d­wie­śmy się wdra­pa­li po po­chy­ło­ści wzgó­rza na rów­ni­nę, gdy w tłu­mie cie­ka­wych, co pa­trza­li z góry na wy­ła­do­wu­ją­cych, po­sl­rze­gli­śmy Pana 15… – u któ­re­go za­po­wie­dzia­ną mie­li­śmy go­ści­nę. Wy­sia­da­my więc i od­pra­wu­jąc ko­nie do jego domu, sami na­przód Pie­szym do Zam­ku.

Praw­dzi­wie ol­brzy­mie to mury, i w ta­kim sta­nie za­cho­wa­nia, ze choć od lat kil­ku zu­peł­nie są opusz­czo­ne jako for­te­ca, jesz­cze­by dziś za twier­dzę słu­żyć mo­gły.

W po­środ­ku mu­rów, stoi kil­ka no­wych ma­łych dom­ków, szkół­ka, dom le­ka­rza, po – rżar­na ko­men­da, ma­ga­zy­ny, reszt­ki ar­se­na­łu, z któ­re­go po­zo­sta­ły jed­no dzia­ło i tro­che kul. Nad głów­ne­mi wro­ta­mi prze­byw­szy fos­sę po mo­ście, któ­re­go dziś bro­nią tyl­ko dwie ogrom­ne kule ka­mien­ne, le­zą­ce na zie­mi, po­strze­gli­śmy na bia­łym mar­mu­rze, wy­cię­tą cy­frę Suł­lań­ską. Po­dob­ne są ta­kie na dwóch basz­tach ze­wnątrz umiesz­czo­ne.

W ogrom­nym pierw­szym dzie­dziń­cu, na lewo ścia­ny basz­ta­mi i blan­ka­mi obron­ne, cią­gną się po­nad głę­bo­ką mu­ro­wa­ną fos­są. Gdzie­nieg­dzie wy­su­wa się w górę wie­ży­ca, a do­ko­ła sze­ro­ka po wierz­chu mu­rów pro­wa­dzi dro­ga. Wi­dok z tej mas­sy mu­rów, na ola­cza­ją­cy ją z dwóch stron Li­man, prze­pysz­ny. Na ścia­nach we­wnętrz­nych, od­da­la­ją­cych to pierw­sze po­dwó­rze od dru­gie­go, na­pi­sy grec­kie, kule ka­mien­ne i spi­żo­we, ster­czą gdzie­nieg­dzie. Na po­zo­sta­łym wy­smu­kłym ze zła­ma­ną gło­wą mi­na­re­ci­ku, trzy tak­że kule że­la­zne wbi­te czer­nie­ją.

Za pierw­szym dzie­dziń­cem, jest dru­gi mniej­szy, zno­wu oto­czo­ny mu­ra­mi, basz­ty, fos­sa­mi, chod­ni­ka­mi sze­ro­kie­mi, po­ro­słe­mi dar­nią zie­lo­ną. W głę­bi jego, jest jesz­cze trze­ci, ale tego dziś oglą­dać nie mo­gli­śmy, bo był za­mknię­ty, prze­bie­gli­śmy tyl­ko bia­ło­grodz­kie mury, pa­sąc nie­mi cie­ka­we oczy, i usi­łu­jąc plan ogól­ny tej ogrom­nej mas­sy – po­chwy­cić, utkwić w pa­mię­ci. Przy bla­sku za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, na­próż­no oczy utkwi­łem w na­pi­sach, trud­no mi było dla wznio­sło­ści ich grec­kie od or­miań­skich roz­po­znać. Od­kła­dam więc na ju­tro. – W pierw­szym dzie­dziń­cu, ja­kiś herb, w kształ­cie strze­mie­nia czy Del­fy grec­kiej (może herb Do­riów)? upa­trzy­łem na na­roż­nej we­wnętrz­nej basz­cie.

W ogól­no­ści cha­rak­ter bu­do­wy, przy­po­mi­na cza­sy ge­nu­eń­skie, nie tu­rec­ka to wca­le zda­je się być kon­struk­cja, a gdzie ręka mu­zuł­ma­nów do­le­pi­ła co, po­znasz tę śwież­szą na­le­pę, po mniej sta­ran­nem wy­ko­na­niu i nie­do­bo­rze ma­ter­ja­łu.

Prócz min­nrc­lu ob­le­pio­ne­go glinn i imie­niem tyl­ko mi­na­re­tu (bo ści­śle bio­rąc, po­dob­ny jest do ko­mi­na na gru­zach spa­lo­nej cha­ty bar­dziej niż do wy­smu­kłej bu­do­wy, z któ­rej woła na mo­dli­twę mu­ez­zin – prócz cyfr suł­tań­skic­li, nie bar­dzo tu znać cza­sy wła­da­nia tu­rec­kie­go. W stro­nie wy­cho­dzą­cej na Li­man, a ra­czej na Dniestr, są je­dy­ne w zam­ku trzy dość duże okna, gdzie jak mó­wią: było miesz­ka­nie Ba­szy. Ztąd on po­glą­dał nie­raz spo­koj­nym wie­czo­rem, na gład­kie po­wierzch­nie Li­ma­nu; z dwóch stron pod­my­wa­ją­ce­go za­mczy­sko.

Wi­dok lej sta­rej, ogrom­nej, dziś cał­kiem pu­stej pra­wie bu­do­wy, ob­la­nej wodą i oświe­tlo­nej, dla mnie nie­pa­mięt­nej pięk­no­ści za­cho­dem słoń­ca, na za­wsze po­zo­sta­nie mi w pa­mię­ci. Było to wię­cej niż pięk­ne, bo nie wy­ra­że­nie uro­czy­ste, smut­ne i mó­wią­ce, do du­szy. Mó­wią­ce – ale sło­wa mu­rów tych, po­wtó­rzyć się nie da­dzą – tyle w nich było my­śli i ję­zy­ków zmie­sza­nych.

Ob­szedł­szy do­ko­ła za­mek, i rzu­ciw­szy okiem na oko­li­cę, o za­pa­dłem już cał­kiem słoń­cu, któ­re­go czer­wo­ne tyl­ko bla­ski świc – ciły na wó­dzie, i wy­glą­da­ły ja­skra­wo roz­pa­dli­na­mi baszt, zwró­ci­li­śmy sio do mia­stecz­ka. Mój to­wa­rzysz po­dró­ży, co krok sta­wał zdzi­wio­ny. Nie po­zna­je daw­ne­go Ak­ker­ma­nu, od roku, jak gdy­by sil­ną ręką po­pchnię­ty w nową dro­gę po­stę­pu, po­czął się szyb­ko bu­do­wać, zni­ka­ją kieł­ki tu­rec­kie nie­fo­rem­ne, szop­ki mur­ki krę­te; for­mu­ją­ce la­by­rynt uli­czek po­plą­ta­nych; wy­cią­ga­ją się lin­je po­rząd­nych do­mów, z ka­mie­nia bia­łe­go po­dob­ne­go od­oskie­mu sta­wio­nych (nie­co tward­sze­go jed­nak) a sta­wio­nych wca­le na­wet nie złą ar­chi­tek­tu­rą. Mi­ja­my sto­sy ma­ter­ja­łu, ka­mie­ni. Po­czę­te bu­do­wy, kupy gru­zu, któ­re­mi uli­ca za­sy­pa­na, rusz­to­wa­nia, fur­ty nie­do­koń­czo­ne. Ten kraj, nie jest już, nic jest wca­le dzi­kim ste­pem po­ta­tar­skim, W nim peł­no ży­cia i ru­chu, wię­cej pew­nie, niż gdzie­kol­wiek w na­szych z daw­na za­miesz­ka­łych pro­win­cy­ach. Dzię­ki gor­li­wym sta­ra­niom za­cne­go Gu­ber­na­to­ra Fie­do­ro­wa, któ­ry wzniósł moż­na po­wie­dzieć, Ki­sze­niew, pod­no­si się leż sil­nie i szyb­ko Ak­ker­man, bu­du­je, za­lud­nia i po­rząd­ku­je.

Pa­ro­cho­dy, win­ni­ce, han­del, ogro­dy pil – blicz­ne, bu­do­wy pry­wat­ne, wszyst­ko tu ra­zem za­pro­wa­dza się, wzno­si, a pa­nu­ją­cy han­dlo­wo – prze­my­sło­wy ruch, da­le­ko prze­cho­dzi naj­oży­wień­sze pro­win­cje stron na­szych.

U Pana B. go­ścin­nie i mile przy­ję­ci, za­le­d­wie od­po­cząw­szy i za­spo­ko­iw­szy pie­ką­ce pra­gnie­nie, wi­nem, wodą i kon­fi­tu­ra­mi, gdy się księ­życ w peł­ni po­ka­zał na czy­stem a ciem­nem tle nie­bios, za moją za­chę­tą" pu­ści­li­śmy się zno­wu, na noc­ną ku Zam­ko­wi wy­ciecz­kę.

W uli­cach mia­sta jesz­cze trwa­ło ży­cie; or­miań­skie go­lar­nie otwar­te były i oświe­co­ne, sły­chać śpie­wy i mu­zycz­ki, Moł­da­wa­nie, Or­mia­nie i ćmy ży­dów, su­wa­ły się po uli­cach.. Noc była lak pięk­na! księ­życ sy­pał peł­ną ręką świa­tło sre­brzy­ste na Li­man sze­ro­ki.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: