Facebook - konwersja
Wspomnienia z Włoch od roku 1864-1867 r. - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wspomnienia z Włoch od roku 1864-1867 r. - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
334 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Wspomnienia z Włoch od roku 1864-1867 r. - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSPO­MNIE­NIA Z WŁOCH od roku 1864 do 1867 r.

Lwów.

Na­kła­dem i dru­kiem Au­to­ra. 1876.

Wło­chy! Al­boż nie do­syć o bo­skiej Ital­ji, czy­śmy się o niej mało na­słu­cha­li? Przej­rzej pół­ki każ­dej bi­bl­jo­te­ki, za­trzy­maj się przed wy­sta­wą pierw­szej lep­szej księ­gar­ni, rzuć okiem na se­kre­ta­rzyk w bu­du­arze mod­nej damy – a wszę­dzie spo­tkasz się z książ­ką, w któ­rej au­tor opi­su­je za­cza­ro­wa­ną We­ne­cję i wiecz­nie mło­dą Flo­ren­cję – za­du­ma­ny Rzym i roz­na­mięt­nio­ny Ne­apol. Ty­sią­ce dziel spi­sa­no już o tym kra­ju wiel­kich pa­mią­tek, wiel­kich usi­ło­wań i wiel­kich zbrod­ni – a kto nie miał ta­len­tu, aby doj­rzeć coś no­we­go, ten ukrad­kiem prze­pi­sy­wał dru­gich, i tak w li­te­ra­tu­rze każ­de­go na­ro­du po­wsta­ła cała bi­bl­jo­te­ka, po­świę­co­na pół­wy­spo­wi, o któ­re­go po­sia­da­nie ku­si­ły się pra­wie wszyst­kie ludy Eu­ro­py. Daj więc po­kój te­ma­to­wi, któ­ry od­daw­na inni wy­czer­pa­li, a zaj­mij się ra­czej czemś śwież-szem i mniej zna­nem.

Sły­szę, że czy­tel­ni­cy moi ta­kie już ro­bią uwa­gi – ale to mnie nie od­stra­sza. Nie będę wam po­wta­rzał rze­czy sta­rych; sztu­ki wca­le nie do­tknę, cho­ciaż we Wło­szech na­uczy­łem się ją ko­chać; nie będę wam tak­że opi­sy­wał szcze­gó­ło­wo po­dró­ży po stu mia­stach pół­wy­spu Ape­niń­skie­go, bo chcąc nie chcąc, mu­siał­bym czę­sto to po­wta­rzać, ca przedem­ną dru­dzy le­piej wy­po­wie­dzie­li;

ale po­nie­waż spę­dzi­łem tam lata, któ­re na­le­żą do naj­cie­kaw­szych w hi­stor­ji od­ra­dza­ją­cej się Ital­ji; po­nie­waż mia­łem spo­sob­ność bądź zo­ba­czyć, bądź usły­szeć nie­jed­ne rzecz do­tąd nie­zna­ną; po­nie­waż na­ko­niec mia­łem to­wa­rzy­sza i przy­ja­cie­la, któ­ry prze­szedł­szy pod nie­bem wło­skiem ko­le­je do­syć cie­ka­we, wca­le za to gnie­wać się nie bę­dzie, je­że­li je po­wtó­rzę wier­nie na­tem miej­scu – prze­to kre­ślę nie „po­dróż” ale „wspo­mnie­nia”, a je­że­li ła­ska­wy czy­tel­nik po­wie, żem go nie znu­dził, za­do­wo­le­nie moje bę­dzie zu­peł­ne i na­gro­da naj­więk­sza

Tyle na moje uspra­wie­dli­wie­nie.

I.

Przez Alpy.

Na nie­bie był wrze­sień – a w ka­len­da­rzu r. 1864.

Z ude­rze­niem pią­tej go­dzi­ny rano, na dwor­cu ko­lei w Ge­ne­wie za­dzwo­nio­no po raz trze­ci – kon­duk­tor dat znak ma­szy­ni­ście – para świ­snę­ła i po­ciąg ru­szył ku Sa­bau­dji. Licz­nie zgro­ma­dzo­na pu­blicz­ność że­gna­ła z pe­ro­nu od­jeż­dża­ją­cych, a w oknach wa­go­nów uka­zy­wa­li się po­dróż­ni, aby ostat­niem adieu, ostat­nim chust­ki po­wie­wem, raz jesz­cze przy­po­mnieć się tym, któ­rych że­gna­ło się może na krót­ko, może na za­wsze. Roz­ko­ły­sa­ny po­ciąg pę­dził jak ura­gan. Drze­wa, ska­ły i pola ucie­ka­ły z oczu – kłę­by czar­ne­go dymu ście­li­ły się na lewo – a po­dróż­ni po­za­my­kaw­szy okna usie­dli i w głę­bo­ką za­pa­dli za­du­mę. Nikt sło­wa nie prze­mó­wił, i gdy­by nie skrzy­pie­nie lo­ko­mo­ty­wy, nie zgrzyt kół że­la­znych – mógł­byś są­dzić, że nad całą na­tu­rą prze­le­ciał anioł śmier­ci.

Jak dziw­ne na­sze ser­ca!

Nie raz z uśmie­chem na twa­rzy przy­pa­tru­je­my się bi­twie, w któ­rej giną ty­sią­ce, a opusz­cza­jąc miesz­ka­nie, w któ­rem spę­dzi­li­śmy dłuż­szy prze­ciąg – cza­su, sta­je­my ua pro­gu, pa­trzy­my na te na­gie ścia­ny, na ten piec opusz­czo­ny – i czu­je­my, że ser­ce na­sze ści­ska ja­kiś żal nie­okre­ślo­ny. Praw­da, że w tych po­ko­jach było nam do­syć nie­wy­god­nie, że W nich do­zna­li­śmy nie jed­nej go­ry­czy, ale czy w no­wych, choć je wszy­scy za­chwa­la­ją, jesz­cze nam go­rzej nie bę­dzie? Po­dob­ne my­śli, tyl­ko o wie­le po­tęż­niej­sze, bu­dzą się w nas za­wsze, ile­kroć z jed­ne­go po­ło­że­nia prze­rzu­ca­my się w dru­gie, gdy ze­rwaw­szy z te­raź­niej­szo­ścią, zda­je­my się na ła­skę nie­zna­nej przy­szło­ści. Jak sil­nym jest w na­szych pier­siach ży­wioł za­cho­waw­czy! I dzi­wić się tu po­tem dla cze­go ludz­kość kro­czy zwol­na na dro­dze po­stę­pu, dla cze­go więk­szość każ­de­go spo­łe­czeń­stwa lęka się oba­le­nia te­raź­niej­szo­ści, dla cze­go kon­ser­wa­tyzm jest wszę­dzie tak po­tęż­nym.

Mnie sa­me­mu było smut­no, bar­dzo smut­no. Po kil­ko­mie­sięcz­nym po­by­cie w Szwaj­car­ji opusz­cza­łem te ol­brzy­mie góry, te ma­low­ni­cze je­zio­ra, te bo­ga­te do­li­ny, ten po­czci­wy lud szwaj­car­ski; a cho­ciaż uda­wa­łem się na zie­mię pięk­na i ro­skosz­ny, do kra­ju ko­chan­ków i po­etów – do Włoch, nie wie­dzia­łem jed­nak, czy na tej zie­mi, o któ­rej od dzie­ciń­stwa ma­rzy­łem, nie cze­ka­ją mnie więk­sze jak daw­niej za­wo­dy, więk­sze bo­le­ści.

Spoj­rza­łem przez okno. Ge­ne­wa roz­pły­wa­ła się w mgłach sza­rych; je­zio­ro – któ­re­go ma­je­sta­tycz­ną wiel­kość po­dzi­wia­łem jesz­cze przed go­dzi­ną – zmie­ni­ło się w wą­ską, sre­brzy­stą wstę­gę; wy­nio­słe wzgó­rza, bie­gną­ce wzdłuż jego brze­gów, ma­la­ły jak kar­ły; i tyl­ko je­den Mont-

Blanc, oświe­tlo­ny pur­pu­ro­wo-zło­te­mi pro­mie­nia­mi wscho­dzą­ce­go sto­ika, otrzą­sał z si­wych wło­sów na­tręt­ne chmur­ki po­ran­ne, i pa­trzy! dum­nie na świat, za­wsze wspa­nia­ły, za­wsze ol­brzy­mi!

W wa­go­nie wsz­czął się ruch, za­czę­to za­wią­zy­wać roz­mo­wę. Snać prze­mi­nę­ła chwi­la za­du­my o prze­szło­ści, a umy­sły za­ję­ło zim­ne li­cze­nie się z przy­szło­ścią.

– O czem my­ślisz? – za­ga­dał do mnie mło­dzie­niec o błę­kit­nem oku, ja­snych wło­sach i dziw­nie wraż­li­wej du­szy, mój dwu­dzie­sto­let­ni to­wa­rzysz i przy­ja­ciel, z któ­rym od kil­ku mie­się­cy włó­czy­łem się po Niem­czech i Szwaj­car­ji.

– O Szwaj­car­ji, Ka­ro­lu.

– Roz­stań się już z tą Szwaj­car­ją, i myśl ra­czej o ide­ale na­szych ma­rzeń, o Wło­szech. Szwaj­car­ją – kraj pięk­ny, nie prze­czę, na­wet szczę­śli­wy, ale co lu­dzie, to przy­znam ci się szcze­rze, że mnie by­najm­niej nie za­chwy­ca­li. Ko­bie­ty bez za­pa­łu, fan­ta­zji, albo zbyt tłu­ste, albo ja­sno­ko­ści­ste – na pięć kro­ków czuć od nich za­pach ma­sła i sera: a męż­czyź­ni spo­koj­ni, po­wol­ni, my­ślą­cy cały dzień o re­al­nem za­trud­nie­niu, bez iskry go­ręt­sze­go uczu­cia – ist­ne woły pra­cu­ją­ce. Zresz­tą trud­no od nich wię­cej żą­dać. Nie­wdzięcz­na zie­mia każe cale ży­cie bo­ry­kać się z sobą, a ol­brzy­mia na­tu­ra, po­wta­rza­ją­ca im ua każ­dym kro­ku: je­ste­ście kar­la­mi! za­bi­ja w nich po­lo­ty wy­obraź­ni. Ach! we Wło­szech bę­dzie in­a­czej. Tam pięk­no przy­ro­dy, odzia­ne lżej­sze­mi sza­ty, nie przy­gnę­bia du­cha, owszem wy­żej go wzno­si… na tej zie­mi kla­sycz­nej, wy­da­ją­cej ty­sią­ce ar­ty­stów i po­etów, w tym praw­dzi­wym raju do­cze­snym od­ży­je­my całą pier­sią…

Ja­kiś je­go­mość, nie pierw­szej już mło­do­ści, sie­dzą­cy obok nas, zwró­cił się w tej chwi­li do Ka­ro­la, i za­py­tał na pół ła­god­nie, a na pół iro­nicz­nie:

– A je­śli się pan my­lisz, cóż wte­dy? Ka­rol żach­nął się i w nie­zna­jo­me­go wle­pił peł­ne wy­ra­zu oko. Na za­py­ta­nie nie od­po­wie­dział, bo może nie wie­dział co od­po­wie­dzieć, a może nad­to się zdzi­wił, że obok nas znaj­du­je się oso­ba, mó­wią­ca tak do­brze jak my po pol­sku. Nie­zna­jo­my przy­su­wa­jąc się do Ka­ro­la spy­tał z uprzej­mym uśmie­chem:

– Czy pa­no­wie do Włoch jadą?

– Tak pa­nie – prze­rwał Ka­rol do­syć su­cho.

– Szczę­śli­wym, że będę mógł sko­rzy­stać z mi­łe­go to­wa­rzy­stwa. Ja tak­że jadę do Włoch. Je­stem Eu­sta­chy Ż. z Po­znań­skie­go – do­dał nie­zna­jo­my po­da­jąc nam rękę.

Przed­sta­wiw­szy się panu Eu­sta­che­mu, za­wią­za­li­śmy praw­dzi­wie przy­ja­ciel­ską po­ga­dan­kę. Na­wet Ka­rol za­po­mniał o nie­zbyt mi­łem in­ter­mez­zo i o dłuż­nej od­po­wie­dzi. Tyl­ko w po­dró­ży ro­bią się ła­twe i nie­raz ser­decz­ne zna­jo­mo­ści.

– Czy pan dłu­go za­ba­wi we Wło­szech? – spy­ta­łem na­sze­go to­wa­rzy­sza.

– Całą zimę. Zwy­kła to moja po­dróż, któ­rą rok rocz­nie od­by­wam. Pier­si nie stat­ku­ją, le­ka­rze prze­pi­sa­li w zi­mie ła­god­niej­sze po­wie­trze. A pa­no­wie, na jak dłu­go wy­bra­li­ście się do tego raju, do­cze­sne­go? – Ostat­nie dwa sło­wa wy­mó­wi! z szcze­gól­nym na­ci­skiem.

– Za­le­żeć to bę­dzie od oko­licz­no­ści… może na rok, dwa, a może i na lat kil­ka. Chcie­li­by­śmy po­znać kraj, lu­dzi, chcie­li­by­śmy się cze­goś na­uczyć…

Po­znań­czyk chwil­kę po­du­mał, a po­tem rzekł po­waż­nie:

– Za­tem w ce­lach na­uko­wych, nie dla przy­jem­no­ści, pięk­nie, bar­dzo pięk­nie. Z ca­łej du­szy ży­czę szczę­ścia. Za­nim się jed­nak roz­sta­nie­my, po­zwól­cie bym wam dat przy­ja­ciel­ską radę, za któ­rą bę­dzie­cie mi z cza­sem bar­dzo wdzięcz­ni. Jeź­li chce­cie po­znać Wło­chy na wskroś, to nie po­dró­żuj­cie jak tu­ry­ści ko­le­ja­mi i bi­te­mi go­ściń­ca­mi, bo w każ­dym kra­ju, a szcze­gól­nie we Wło­szech, in­a­czej przed­sta­wia się lud na bi­tych dro­gach, a in­a­czej w ustro­niach; nie sta­waj­cie w pierw­szo­rzęd­nych do­mach go­ścin­nych, bo na ca­łym pół­wy­spie są one po­cią­gnię­te an­giel­skim lub fran­cu­skim, lecz nig­dzie praw­dzi­wie wło­skim po­ko­stem; nie osie­dlaj­cie się w jed­nej tyl­ko pro­win­cji, bo każ­da z nich ma w so­bie coś ta­kie­go, co ją róż­ni od dru­giej; nie ob­ra­caj­cie się wresz­cie w jed­nej tyl­ko sfe­rze, lecz za­cząw­szy od la­za­ro­nów, a skoń­czyw­szy jak naj­wy­żej, sta­raj­cie się po­znać wszyst­kie war­stwy spo­łe­czeń­stwa, w prze­ciw­nym bo­wiem ra­zie Wło­chy po­zo­sta­ły­by dla was zie­mią nie­zna­ną. Wy­strze­gaj­cie się przy­tem uda­wać pa­nów, jeź­li nie chce­cie by zdro­wie, kie­szeń a na­wet ho­nor ucier­pia­ły na każ­dym kro­ku. Prze­bacz­cie sta­re­mu, że się ośmie­li! przy brać ton men­to­ra, ale wy­ście mło­dzi, nie­do­świad­cze­ni, a tacy mogą za­znać, nie mało nie­przy­jem­no­ści w owym raju do­cze­snym, któ­ry w mem ży­ciu mia­łem spo­sob­ność po­znać wszech­stron­nie.

– Czy pan tak do­brze znasz Wło­chy?

– Jak wła­sną kie­szeń! dzie­sięć lat spę­dzo­nych tam za mło­du, mo­gły mnie z kra­jem nie źle obzna­jo­mić.

Nie­cier­pli­wy Ka­rol przy­su­nął się jesz­cze bli­żej do pana Eu­sta­che­go, i za­czął mu naj­roz­ma­it­sze za­da­wać py­ta­nia, na któ­re Po­znań­czyk od­po­wia­dał ze zwy­kłym spo­ko­jem i uprzej­mo­ścią. Roz­mo­wa sta­wa­ła się gło­śniej­szą, gdy panu Eu­sta­che­mu, ma­lu­ją­ce­mu cha­rak­ter Wło­chów nie zbyt ko­rzyst­ne­mi bar­wa­mi, Ka­rol prze­ry­wał okrzy­kiem:

– Ależ to nie­mo­żeb­ne! Pan chy­ba żar­tu­jesz…

Sło­wa na­sze­go to­wa­rzy­sza po­dró­ży utkwi­ły mi głę­bo­ko w pa­mię­ci. Roz­bie­ra­łem je, wa­ży­łem, na­ko­niec uznaw­szy je za zdro­we, po­sta­no­wi­łem trzy­mać się ich jak dro­go­ska­zu.

Mi­nąw­szy fran­cu­ską gra­ni­cę w Cu­loz, gdzie nam pod­pi­sa­no pasz­por­ty, wje­cha­li­śmy na zie­mię sa­baudz­ką. Z po­cząt­ku te same wi­do­ki co w Szwaj­car­ji, lecz w pół go­dzi­ny kra­jo­braz za­czął się zmie­niać. Góry zbli­ży­ły się do ko­lei, gro­żąc nam udu­sze­niem; na ich na­gich ska­lach nie wi­dzia­łeś ani od­wiecz­nych la­sów, ani istot ży­ją­cych; sze­ro­ka i bo­ga­ta daw­niej rów­ni­na prze­isto­czy­ła się w dłu­gi, nie­uro­dzaj­ny wą­wóz, a je­zio­ro Du Bo­ury­et, po­mi­mo znacz­nej wiel­ko­ści, nie mia­ło już tych cza­row­nych wy­brze­ży co Zu­ry­eh­skie, Cztro­kan­to­no­we, lub Ge­new­skie. Im da­lej uno­si­ła nas para, tem smut­niej­sze wi­do­ki. Na gó­rach co raz mniej ro­ślin­no­ści, same opo­ki, gra­ni­ty; kolo chat wie­śnia­czych sta­wia­nych z ka­mie­nia co raz mniej win­nic i drzew owo­co­wych – w kolo co raz więk­sze ubó­stwo. Je­den lud tyl­ko nie stra­cił swe­go cha­rak­te­ru. Cho­ciaż, mię­dzy 'Cham­be­ry a St. Jean… de Mau­rien­ne nie rów­nie on bied­niej­szy od ludu szwaj­car­skie­go, prze­cież nie upadł pod cię­ża­rem tej nie­wdzięcz­nej przy­ro­dy, któ­ra na­wet daw­ne­mu księ­ciu tych oko­lic, Eu­gen­ju­szo­wi, ka­za­ła szu­kać służ­by u za­gra­nicz­nych mo­nar­chów, i nie za­tra­ci! w so­bie tej rześ­ko­ści, któ­ra cha­rak­te­ry­zu­je jego bra­ci z nad Se­kwa­ny. Kli­mat i ma­ter­jal­ne sto­sun­ki po­chy­li­ły go tro­chę, ale nie zła­ma­ły, nie za­tar­ły w nim rasy.

W St. Mi­chel za­trzy­mał się; po­ciąg.

Była go­dzi­na czwar­ta z po­łu­dnia. Po­dróż­ni wy­sie­dli z wa­go­nów i tłum­nie uda­li się na ob­jad do re­stau­ra­cji.

– Co te­raz po­cznie­my? – spy­tał p. Eu­sta­chy, sta­nąw­szy przed oknem w sali, prze­peł­nio­nej zgłod­nia­ły­mi wo­ja­że­ra­mi.

– Czy co no­we­go?

– No­we­go wca­le nic, chcia­łem się tyl­ko do­wie­dzieć, w jaki spo­sób my­śli­cie od­być po­dróż przez Mont-Ce­nis. Ko­lej do­cho­dzi tyl­ko do St. Mi­chel, a za tą mie­ści­ną świat już de­ska­mi za­bi­ty. Czy po­je­dzie­my pocz­tą, czy może pój­dzie­my pie­szo? Cho­ciaż lat mam tyle co wy­ra­zem oba – dwa, oświad­czam się jed­nak za pie­szą po­dró­żą. Czy zgo­da? – Wy­bor­nie i – za­wo­ła­li­śmy jed­no­gło­śnie, uszczę­śli­wie­ni tą nie­spo­dzian­ką. Po wca­le do­brym ob­je­dzie od­da­li­śmy na­sze tłu­mo­ki w urzę­dzie pocz­to­wym z po­le­ce­niem, by nam zwró­co­no w Su­zie, a sami uzbro­iw­szy się w sę­ka­te kije, ma­ją­ce słu­żyć nie za broń prze­ciw roz­bój­ni­kom, bo tych w po­czci­wej Sa­bau­dji nig­dy nie było, lecz za pod­po­rę – i za­rzu­ciw­szy na ra­mio­na cie­płe płasz­cze, wy­ru­szy­li­śmy przez mia­stecz­ko je­dy­nym go­ściń­cem, któ­ry mi­ja­jąc ska­ły i prze­pa­ści, wiódł do zie­mi obie­ca­nej. Tym­cza­sem inni po­dróż­ni za­jąw­szy ol­brzy­mie wnę­trza wo­zów pocz­to­wych, mi­ja­li nas wol­nym kłu­sem, z uśmie­chem po­li­to­wa­nia na ustach; lecz uśmiech zło­śli­wy nie draż­nił nas dłu­go, bo wkrót­ce zni­kły ko­nie, ście­lił tur­kot kół to­czą­cych się po gra­ni­to­wym go­ściń­cu, i wśród dzi­kiej na­tu­ry uj­rze­li­śmy się sami, z na­sze­mi my­śla­mi i Bo­giem.

Wkrót­ce za­czę­ło się zciem­niać. Zim­ny wiatr cią­gnął od szczy­tów wiecz­nym śnie­giem po­kry­tych gór; stru­mie­nie pa­da­ły z ło­sko­tem mię­dzy po­tar­ga­ne ska­ty i pie­niąc się le­cia­ły w do­li­ny; a nad na­sze­mi gło­wa­mi nie­bo czar­ne­mi okry­te chmu­ra­mi przej­mo­wa­ło gro­zą i ka­za­ło my­śleć o wiel­ko­ści na­tu­ry… Cza­sa­mi w głę­bi wą­do­łu, lub gdzieś wy­so­ko na gó­rze za­mi­go­ta­ło małe świa­teł­ko pa­stu­sze… Uszczę­śli­wie­ni z prze­rwa­nia strasz­nej ciem­no­ści, za­czę­li­śmy za­wią­zy­wać roz­mo­wę: ale świa­tło gu­bi­ło się mię­dzy ska­ła­mi, mo­no­ton­na ciem­ność zno­wu nas ob­le­wa­ła, usta i je­żyk wy­po­wia­da­ły po­słu­szeń­stwo… Któż czu­jąc do koła gro­zę, może spo­koj­nie roz­ma­wiać?…

W kil­ka go­dzin uj­rze­li­śmy przed sobą ty­sią­ce świa­teł, a o uszy na­sze od­bił się ja­kiś stłu­mio­ny gwar, i da­le­kie mło­tów stu­ka­nie. By­li­śmy w Mo­da­ne. Duch ludz­ki, nie da­ją­cy się w swo­im po­lo­cie wstrzy­mać żad­ną za­po­rą, po­sta­no­wił z tej mie­ści­ny po­pro­wa­dzić tu­nel przez cały pas. Ge­ni­zju­sza, aż do gra­ni­cy wło­skiej, do Bar­don­ne­che, aby dwa kra­je roz­dzie­lo­ne Al­pa­mi, Fran­cję i Wło­chy zbli­żyć do sie­bie i zbra­tać. Mimo spóź­nio­nej pory ty­sią­ce ro­bot­ni­ków krzą­ta­ło się przy otwo­rze. Fa­bry­ka gazu, za­ło­żo­na opo­dal, za­si­la­ła mia­stecz­ko i tu­nel bo­ga­tem świa­tłem „ w któ­rem naj­roz­ma­it­sze ma­szy­ny, słu­żą­ce do żło­bie­nia otwo­ru, wy­glą­da­ły jak peł­za­ją­ce po zie­mi po­two­ry. Je­den z in­ży­nie­rów opo­wia­dał nam ob­szer­nie o tej pra­cy ty­ta­nów.

Gdy­by nie ciem­na noc, nie da­le­ka dro­ga, któ­ra na nas cze­ka­ła i nie per­swa­zje pana Eu­sta­che­go, my młod­si by­li­by­śmy się pu­ści­li wgłąb­tej pod­ziem­nej pie­cza­ry. Ser­ce pra­gnę­ło no­wych wra­żeń, ale ro­zum ra­dził wró­cić do mia­stecz­ka.

Ka­rol roz­ma­wiał z Po­znań­czy­kiem, a ja my­śla­łem o po­tę­dze pra­cy ludz­kiej, po­wstrzy­mu­ją­cej mo­rza i roz­ry­wa­ją­cej pasy naj­wyż­szych gór. Gdy w roku 1851 nad­mie­nio­no po raz pierw­szy o tu­ne­lu przez wnę­trze Ce­ni­zju­sza, lu­dzie co­dzien­ni, na­zy­wa­ją­cy każ­dą myśl nową – sza­leń­stwem, ozdo­bi­li i ten po­myśl ta­kiem sa­mem mia­nem. Tym­cza­sem naj­więk­szy ów­cze­sny mąż sta­nu we Wło­szech, Ca­vo­ur, roz­wa­żyw­szy wszys – stkie trud­no­ści, ka­zał roz­po­cząć pra­ce w r, 1857. Fran­cja spo­dzie­wa­jąc się po­tem przed­się­wzię­ciu nie­ma­łych ko­rzy­ści dla swo­je­go han­dlu, pod­pi­sa­ła czem­prę­dzej układ, mocą któ­re­go obo­wią­za­ła się ko­pać tu­nel od stro­ny Sa­bau­dji.

Kie­row­nic­two nad ro­bo­ta­mi ob­jął gen­jal­ny in­ży­nier fran­cu­ski, p. So­me­il­ler, któ­ry ato­li nie do­cze­kał się ukoń­cze­nia pra­cy pod­ję­tej; umarł przed otwar­ciem tu­ne­lu. On pierw­szy za­pro­wa­dził ma­szy­ny wła­sne­go wy­na­laz­ku, po­ru­sza­ne za po­mo­cą ście­śnio­ne­go po­wie­trza, i świ­dry dja­men­to­we, któ­re od­tąd we wszyst­kich tu­ne­lach nie­po­spo­li­te od­da­ją usłu­gi. Wła­śnie gdy­śmy z in­ży­nie­rem roz­ma­wia­li, nie­po­ko­na­ne te na­rzę­dzia prze­rzy­na­ły po­kład kwar­cu pier­wot­ne­go, na któ­rym kru­szy­ła się przed­tem naj­sil­niej­sza stal an­giel­ska. Mimo ta­kich na­rzę­dzi, po­su­wa­no się dzien­nie w głąb za­le­d­wie o pól me­tra, a że po­kład cały wy­no­sił prze­szło 400 me­trów, więc tu­nel był­by może do dnia dzi­siej­sze­go nie ukoń­czo­ny, gdy­by żło­bie­nie mu­sia­ło się było od­by­wać za po­mo­cą świ­drów sta­lo­wych.

Tu­nel, ma­ją­cy sze­ro­ko­ści 180 stóp, a dłu­go­ści 12.220 me­trów, tj. prze­szło trzy go­dzi­ny dro­gi, leży na 1.330 me­trów nad po­wierzch­nią mo­rza, a o 1060 me­trów ni­żej, jak naj­wyż­szy szczyt Ce­ni­zju­sza. Przez dłu­gie lata pra­co­wa­ło nad nim 4.000 ro­bot­ni­ków. On i ka­nał Su­ez­ki, skra­ca­ją­cy dro­gę z Eu­ro­py do In­dji o 3.000 mil mor­skich, oto naj­więk­sze dzie­ła ko­mu­ni­ka­cyj­ne na­sze­go stu­le­cia. Dziś sta­lo się wszyst­ko moż­li­wem. I utwo­rze­nie mo­rza na Sa­ha­rze, i po­łą­czę nie An­gl­ji z Fran­cją za po­mo­cą tu­ne­lu pod­mor­skie­go, i rzu­ce­nie mo­stu z pół­wy­spu wło­skie­go na Sy­cy­lię i… i… albo ja wiem co jesz­cze?

Wło­si prze­ko­naw­szy się o prak­tycz­no­ści pierw­sze­go po­my­słu, po­sta­no­wi­li w po­ro­zu­mie­niu ze Szwaj­car­ją za­jąć się żło­bie­niem no­we­go tu­ne­lu przez wnę­trze góry św. Go­thar­da, któ­ry­by Ape­niń­ski pół­wy­sep po­łą­czył ze środ­ko­wą Eu­ro­pą. Pru­sy i po­łu­dnio­we pań­stwa nie­miec­kie przy­rze­kły dać ze swej stro­ny na ten cel kil­ka­dzie­siąt mil­jo­nów fran­ków. Na po­cząt­ku r. 1866 chcia­no już przy­stą­pić do roz­po­czę­cia ro­bót, gdy w tem wy­bu­chła woj­na mię­dzy Pru­sa­mi, Wio­cha­mi i Au­str­ją. Na kil­ka ty­go­dni przed roz­po­czę­ciem kro­ków nie­przy­ja­ciel­skich oświad­czy­ły naj­pierw Pru­sy, a za nie­mi tak­że po­łu­dnio­we Niem­cy, że z przy­rze­cze­nia uisz­czą się do­pie­ro po skoń­czo­nej woj­nie. Wło­chy za­ję­te arm­ją au­str­jac­ką, nie mia­ły cza­su my­śleć o tu­ne­lu, a bied­na Szwaj­car­ją nie mo­gła pła­cić za wszyst­kich.

W lu­tym r. 1867 przy­był do Flo­ren­cji peł­no­moc­nik szwaj­car­skiej Rady Związ­ko­wej, aby waż­ną tę spra­wę na nowo pod­jąć. Rząd wło­ski łu­dził go obiet­ni­ca­mi, ale sta­now­cze­go przy­rze­cze­nia nie dał do ostat­niej chwi­li. Czy­tel­nik po­zwo­li, bym od­stę­pu­jąc od rze­czy, opo­wie­dział krót­ką po­ga­dan­kę, jaką rze­czo­ny peł­no­moc­nik miał w tym cza­sie z pru­skim am­ba­sa­do­rem.

Na balu kró­lew­skim, da­nym w pa­ła­cu Pit­ti, po­czci­wy Szwaj­car zszedł się w jed­nej z sal po­bocz­nych z daw­nym swym zna­jo­mym, któ­ry dziś fi­gu­ro­wał jako po­seł pru­skiej mo­nar­chji. Był tohr. Use­dom, ten sam, któ­ry w no­cie, wrę­czo­nej je­ne­ra­ło­wi La­mar­mo­rze, za­chę­cał Wło­chy do ma­sze­ro­wa­nia na Wie­deń i roz­bi­cia Au­str­ji, a któ­ry do nie­daw­na jesz­cze był pru­skim po­słem we Flo­ren­cji. Do­bro­dusz­ny Szwaj­car za­czął od tego, co mu naj­wię­cej na ser­cu cię­ży­ło.

– Eks­ce­len­cjo – rzekł do am­ba­sa­do­ra – z na­szą ko­le­ją źle rze­czy sto­ją…

– Za­pew­ne pie­nię­dzy nie ma­cie – wtrą­cił hr. Use­dom z owym słod­ko-kwa­sko­wa­tym uśmie­chem, po któ­rym ła­two mię­dzy zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi po­znać każ­de­go dy­plo­ma­tę.

– Nie­ina­czej, Eks­ce­len­cjo! Wło­si wy­da­li wszyst­ko na ze­szło­rocz­ną woj­nę i jesz­cze dłu­gów na­ro­bi­li, a Pru­sy nie do­trzy­mu­ją przy­rze­cze­nia… Obie­ca­li nam 40 mil­jo­nów. Gdzież one są? Czy nie ra­czył­byś, Eks­ce­len­cjo, na­pi­sać w tym przed­mio­cie do pana Bi­smar­ka?…

– O mój pa­nie – za­wo­łał dy­plo­ma­ta – my te­raz pie­nię­dzy nie mamy na ko­pa­nie jam w gó­rach…

– Żar­ty – od­parł Szwaj­car nie­co roz­dą­sa­ny – wszak wy szu­ka­cie do­brze pie­nię­dzy w cu­dzych kie­sze­niach… Do­wo­dem tego ze­szło­rocz­na woj­na.

– Za­pew­ne chcia­łeś pan po­wie­dzieć, że umie­my na­kła­dać kon­try­bu­cje – rzekł dy­plo­ma­ta ze zło­śli­wym uśmie­chem – no, to praw­da, ale tych pie­nię­dzy po­trze­bu­je­my na dyk­to­wa­nie praw Eu­ro­pie.

Roz­mo­wę po­wtó­rzy­łem pra­wie do­słow­nie.

Dziś zmie­ni­ło się po­ło­że­nie o tyle, że in­te­re­so­wa­ne pań­stwa ka­za­ły już roz­po­cząć ro­bo­ty, i je­śli nie za­sko­czy nic nad­zwy­czaj­ne­go, np. eu­ro­pej­ska woj­na prze­wra­ca­ją­ca ogól­ne sto­sun­ki, tu­nel przez wnę­trze Św. Go­thar­da bę­dzie wkrót­ce na­le­żał do dzieł ukoń­czo­nych.

Roz­ma­ici przed­się­bior­cy za­mie­rza­ją żło­bić trze­ci tu­nel przez wnę­trze Sim­plo­nu.

Po skoń­czo­nej wie­cze­rzy w mia­stecz­ku, skła­da­ją­cej się z chle­ba, sera, owo­ców i wina, ru­szy­li­śmy w dal­szą dro­gę.

Oko­ło pół­no­cy nie­bo za­czę­ło się wy­ja­śniać. Wiatr ustał, czar­ne chmu­ry w po­ło­wie zni­kły, a smut­na twarz księ­ży­ca wy­chy­liw­szy się z poza łań­cu­cha gór, ob­la­ła zło­tem świa­tłem ich ska­li­ste wierz­choł­ki, na­da­jąc im jesz­cze wię­cej ta­jem­ni­czej po­wa­gi. W jed­nych tyl­ko roz­pa­dli­nach było cał­kiem ciem­no; tam rwią­ce po­to­ki wio­dły kłó­tli­wy roz­ho­wor z czar­ne­mi nocy du­cha­mi.

W pół go­dzi­ny uj­rze­li­śmy ja­kieś mury, za­my­ka­ją­ce nam dro­gę. Była to nie wiel­ka twier­dza Les­se­il­lon, któ­rą w r. 1859 otrzy­mał z całą Sa­bau­dją i Ni­ceą Na­po­le­on III. od Wik­to­ra Ema­nu­ela, za oswo­bo­dze­nie Lom­bar­dji z pod au­str­jac­kie­go pa­no­wa­nia. Twier­dza ta zbu­do­wa­na nad ska­li­ste­mi prze­pa­ścia­mi, jest stra­te­gicz­nym klu­czem dro­gi, wio­dą­cej z Włoch do Fran­cji i kto ją po­sia­da, ten każ­dej chwi­li może kro­cio­wą arm­ję prze­rzu­cić na Ape­niń­ski pół­wy­sep. Prę­dzej czy póź­niej Wło­si mu­sie­li Fran­cji od­stą­pić Sa­bau­dję, bo lud sa­baudz­ki jest na wskroś fran­cu­skim. Na­wet w daw­nych cza­sach, gdy kraj ten na­le­żał do Pie­mon­tu, Sa­baud­czy­cy uwa­ża­li za­wsze Pran­cję za oj­czy­znę a Pa­ryż za swo­ją sto­li­cę – i dla tego nie szu­ka­li nig­dy za­rob­ku w Tu­ry­nie, od któ­re­go dzie­li­ły ich nie­prze­by­te góry, ale w Pa­ry­żu. Mię­dzy dwie­ma prze­pa­ścia­mi, wy­ku­ta w ska­le przez Na­po­le­ona I. wą­ska pro­wa­dzi dro­ży­na, przy któ­rej woj­sko­wa stoi straż­ni­ca. Żoł­nierz cho­dzą­cy z bro­nią na ra­mie­niu, nie py­tał nas gdzie i poco idzie­my – mi­nąw­szy więc spo­koj­nie twier­dzę, we­szli­śmy znów na szer­szy go­ści­niec, któ­ry od St. Mi­chel, lubo nie­znacz­nie, wiódł nas cią­gle pod górę.

O go­dzi­nie 8ej rano sta­nę­li­śmy w Lan­sle­bo­ur­gu. Mie­ści­na ta, skła­da­ją­ca się z kil­ku­na­stu ubo­gich dom­ków, mię­dzy któ­re­mi jest aż pięć ho­te­lów, leży u sto­ku naj­wyż­sze­go szczy­tu Ce­ni­zju­sza, na parę ty­się­cy stóp nad po­wierzch­nią mo­rza. Zim­no tu do­kocz­li­we; koło do­mów drzew owo­co­wych i ja­rzyn brak zu­peł­ny, tyl­ko gdzie­nieg­dzie kar­ło­wa­te jo­dły, ko­ły­sa­ne na wskroś prze­ni­ka­ją­cym wia­trem skrzy­pią prze­raź­li­wie – a na drob­nej tra­wie pasą się kro­wy i kozy, je­dy­ny do­by­tek tu­tej­szych miesz­kań­ców. Czy uwie­rzy­cie, że w ca­łej mie­ści­nie nie ma ani jed­ne­go ko­nia? Brak do­brej pa­szy i owsa, nie po­zwa­la po­słu­gi­wać się tem szla­chet­nem zwie­rzę­ciem. Zresz­tą – na co może się tu koń przy­dać? Pola nikt nie upra­wia, bo zbo­że tu się nie ro­dzi; po­dró­ży nikt ztąd nie od­by­wa, bo tu świat się już koń­czy; a na góry nikt się na ko­niu nie wdzie­ra, bo ludz­kie nogi od­da­ją w ta­kich wy­ciecz­kach naj­lep­szą usłu­gę.

Miesz­kań­cy Lan­sle­bo­ur­gu są czer­stwi, ru­mia­ni, cho­rób nie zna­ją, bo świe­że po­wie­trze dba samo o ich zdro­wie; z krów i kóz cią­gną caty do­chód w mle­ku i se­rze, któ­ry raz do roku wy­sy­ła­ją wiel­kie­mi wo­za­mi, cią­gnio­ne­mi przez osły i muły, w głąb Fran­cji; wiel­kich wy­ma­gań nie mają; po­li­ty­ka nie wie­le ich ob­cho­dzi; krót­ko mó­wiąc: żyją spo­koj­nem ży­ciem pierw­szych pa­tr­jar­chów.

Ileż to razy, włó­cząc się po gó­rzy­stych kan­to­nach szwaj­car­skich, sta­wa­łem przed cha­tą bied­ne­go wie­śnia­ka, przy­le­pio­ną do ska­ły jak ja­skół­cze gniaz­do, i my­śląc o jego ży­ciu, o jego za­kre­sie dzia­ła­nia, za­zdro­ści­łem mu szcze­rze w głę­bi mego ser­ca. Nie pra­gnąc wie­le, czu­jąc się cząst­ką tej ol­brzy­miej na­tu­ry, któ­ra go w okół ota­cza, nie trosz­czy się o ten pstry świat w do­li­nach, i nie za­zdro­ści mu ani jego szum­nych zwy­cięztw, ani jego wiel­kich za­wo­dów. Gdy­by go za­py­tał: Czy chcesz osie­dlić się w rów­ni­nach i żyć w do­stat­kach? bez wa­ha­nia pew­nie­by ci od­po­wie­dział: „Wolę moje góry i moje nędz­ne, ale nie­pod­le­głe ży­cie!-'

Kie­dy sie­dząc w ma­łej iz­deb­ce, przy­po­mi­na­ją­cej nie­rów­nie wię­cej na­sze pol­skie go­spo­dy niż fran­cu­skie re­stau­ra­cje, za­ja­da­li­śmy z chci­wo­ścią zgłod­nia­łych ty­gry­sów ka­wa­ły sma­żo­ne­go bi­fsz­ty­ku, i kie­dy ru­mia­na go­spo­sia, ubra­na w przed­po­to­po­wa cze­piec, wle­wa­ła do szkla­nek czer­wo­ny stru­mień sta­re­go "Bor­de­aux – zja­wił się

2*

przed na­szym sto­łem wy­smu­kły mło­dzie­niec, py­ta­jąc, czy­by­śmy go nie chcie­li wziąć za prze­wod­ni­ka.

Kto idzie do wierz­chu góry dro­gą wę­żo­wą, wy­ku­tą na po­cząt­ku bie­żą­ce­go stu­le­cia przez Na­po­le­ona I. ten tra­ci co naj­mniej pół dnia cza­su, gdy tym­cza­sem wdzie­ra­jąc się do szczy­tu drob­ne­mi ścież­ka­mi, zna­ne­mi tyl­ko miesz­kań­com tu­tej­szych oko­lic, moż­na całą tę prze­strzeń prze­być w trzech go­dzi­nach. Znu­że­ni dłu­gą po­dró­żą po bi­tym go­ściń­cu, przy­ję­li­śmy z naj­więk­szą ra­do­ścią pro­po­zy­cję mło­de­go Sa­baud­czy­ka, a po­że­gnaw­szy się z ru­mia­ną go­spo­sią, któ­ra jesz­cze w pro­gu ra­dzi­ła ostroż­ność i ży­czy­ła szczę­ścia, zwró­ci­li­śmy się na pra­wo.

Z po­cząt­ku szli­śmy szyb­ko, lecz w pól go­dzi­ny za­czę­ły nas siły opusz­czać. Mło­dy Sa­baud­czyk ska­kał tym­cza­sem jak koza po ska­li­stych urwi­skach, a gdy za­dy­sza­ni i spo­ce­ni usia­da­li­śmy co kwa­drans na bry­łach gra­ni­tu, on stał za­wsze o kil­ka­set stóp wy­żej nad nami i śmiał się ser­decz­nie z na­szej po­wol­no­ści. Spoj­rza­łem w oko­ło. Góry w pra­wo, góry w lewo, góry przedem­ną, jak za­się­gnie oko jed­no mo­rze nie­ru­cho­me, ska­li­ste… Prze­stra­szy­łem się tej wiel­ko­ści na­tu­ry… Są­dzi­łem, że albo mnie ten ogrom przy­du­si, roz­kru­szy, albo jak wy­znaw­ca Bud­dhy roz­pły­nę się w tej nie­skoń­czo­no­ści. Lan­sle­bo­urg przy­po­mi­nał w dole małe mia­stecz­ko, usta­wio­ne z drew­nia­nych do­mecz­ków przez ba­wią­ce się dzie­ci.

Szczyt Ce­ni­zju­sza okry­wa­ła gę­sta mgła, przez któ­rą prze­bi­ja­ły gdzie­nieg­dzie bia­łe szma­ty śnie­gu, le­żą­ce na nie­do­stęp­nych jego kra­wę­dziach. Wkrót­ce we­szli­śmy w tę kra­inę zim­na i wil­go­ci. Sa­baud­czyk wy­pro­wa­dziw­szy nas na go­ści­niec i otrzy­maw­szy za­pła­tę, skło­nił się grzecz­nie i jak kula po­to­czył się w dół. Dłu­go pa­trzy­li­śmy na tego syna dzi­kiej na­tu­ry, ska­czą­ce­go po ska­łach z zu­chwa­łą od­wa­gą, do­pó­ki gę­sta mgła nie wy­dar­ła go cie­ka­wej źre­ni­cy.

Wzdłuż go­ściń­ca sto­ją co kil­ka­set kro­ków małe dom­ki z ka­mie­nia, słu­żą­ce za przy­tu­łek dla pie­szych po­dróż­nych.

W zi­mie gdy śnie­gi za­sy­pią dro­gę, któ­rej sze­ro­kość wy­no­si tu za­le­d­wie stóp ośm­na­ście, male te dom­ki, strze­żo­ne przez ja­kie­go ka­le­kę lub po­de­szłą ko­bie­tę, są je­dy­nem schro­nie­niem dla pie­szych wę­drow­ców. Tu ro­bot­nik zmę­czo­ny może bez­piecz­nie od­po­cząć, tu znaj­dzie za­wsze ka­wa­łek chle­ba z se­rem i szklan­ką wina ogrza­ne­go.

Jak wi­dzi­cie, dziś tędy po­dróż nie trud­na, i Na­po­le­on T. cudu nie do­ka­zał, gdy na cze­le nie­zwy­cię­żo­nych swo­ich ob­dar­tu­sów zrzu­cał się z tych wy­żyn na arm­ję au­str­jac­ką. Wpraw­dzie go­ściń­ca mu­ro­wa­ne­go wte­dy jesz­cze nie było, dzi­siej­szy bo­wiem zo­stał przez nie­go zbu­do­wa­ny w r. 1805. ato­li dro­ga zwy­czaj­na była od­daw­na, gdyż zna­no ją na­wet w wie­kach śred­nich. Ale jak so­bie ra­dził Han­ni­bal, ów wódz z pod pa­lą­ce­go nie­ba Afry­ki, któ­ry z za­stę­pem nie­przy­wy­kłym do zim­na, i ze sło­nia­mi, któ­re po lo­dach i śnie­gach cho­dzić nic umie­ją, cią­gnął tędy (1) na (1) We­dług naj­now­szych ba­dań hi­sto­rycz­nych, Han­ni­bal cią­gnął przez Mont-Ce­nis, a nie przez ma­łe­go Bern­har­da.

śmier­tel­nych swo­ich wro­gów, pod­czas gdy od Romy do­la­ty­wał go glos pe­łen trwo­gi: Han­ni­bal ante por­tas! Cze­go to gen­jusz nie do­ka­że!

Wstą­piw­szy do jed­ne­go dom­ku, ka­za­li­śmy so­bie ogrzać bu­tel­kę wina czer­wo­ne­go. Wino cu­krem i ko­rze­nia­mi przy­pra­wio­ne było wy­śmie­ni­te, ale gdy nie­mło­da już ko­bie­ta, bę­dą­ca je­dy­ną miesz­kan­ką je­dy­nej iz­deb­ki, ka­za­ła so­bie za­pła­cić za nie sześć fran­ków, my młod­si ta­ke­śmy się obu­rzy­li, że na­wet na dwo­rze nie mo­gli­śmy się uspo­ko­ić.

– Trud­na rada – per­swa­do­wał p. Eu­sta­chy – ba­bi­na sie­dzi tu jak w wię­zie­niu, więc za tę nie­przy­jem­ność żąda wy­na­gro­dze­nia od za­moż­niej­szych po­dróż­nych. A zresz­tą – do­dał z uśmie­chem – może prze­czu­ła że­śmy Po­la­cy, więc ka­za­ła zwró­cić so­bie to, co jej zo­sta­li win­ni dwaj nasi ro­da­cy.

– Jacy?

– Ksią­żę Su­li­ma i Dok­tor***.

– Któ­ry dok­tor***? Jaki ksią­żę Su­li­ma?

O ta­kim księ­ciu nie sły­sze­li­śmy w Pol­sce.

– I ja nie sły­sza­łem o nim w Pol­sce, ale za to we Wło­szech zna­ją go wszy­scy. Co do Dok­to­ra, jest to nie­ste­ty ten sam, któ­re­go opo­wia­da­nia i po­dró­że były u nas swe­go cza­su po­wszech­nie czy­ta­ne. Gło­wa nie­po­spo­li­ta, ale lek­ko­myśl­ność jesz­cze więk­sza. Przed laty kil­ku­na­stu wy­niósł się z kra­ju, a po­znaw­szy się w po­łu­dnio­wych Niem­czech z pew­nym awan­tur­ni­kiem, któ­ry prze­zwał się szum­nie księ­ciem Su­li­mą, i niby był pre­ten­den­tem do tro­nu pol­skie­go, żył we­spół z nim bar­dzo dłu­go kosz­tem ła­two­wier­nych. Już to jak Po­lak się uda, to wszyst­kich przej­dzie. Kil­ka lat temu byli ci pa­no­wie w Ba­deń­skiem. Su­li­ma miał lat dwa­dzie­ścia pięć, po­wierz­chow­ność dys­tyn­go­wa­ną, swa­dę wy­bor­ną, a aro­gan­cję bez gra­nic. Dok­tor*** za­warł­szy z nim so­jusz za­czep­no-od­por­ny, cho­dził za­wsze we fra­ku i bia­łym kra­wa­cie, gra­jąc wy­bor­nie rolę na­dwor­ne­go le­ka­rza księ­cia pana. Ja­kiś czas do­brze im się dzia­ło. Ksią­żę roz­da­wał Niem­com or­de­ry wła­sne­go wy­na­laz­ku, a ura­do­wa­ne niem­czy­ska w do­wód wdzięcz­no­ści urzą­dza­ły uczty i po­ży­cza­ły pie­nię­dzy na sło­wo i bez pro­cen­tu. Po kil­ku jed­nak mie­sią­cach for­tu­na mach­nę­ła ogon­kiem, i pew­ne­go pięk­ne­go po­ran­ku nasi pa­no­wie uj­rze­li się bez gro­sza. Co te­raz po­cząć"? Po wal­nej na­ra­dzie uło­ży­li plan zu­chwa­ły, któ­re­go wy­ko­na­niem na­tych­miast się za­ję­li. W Karls­ru­he miesz­kał sta­ry ksią­żę, nie fał­szy­wy, ale naj­praw­dziw­szy w świe­cie, któ­ry miał pie­nią­dze i me­tre­sy, ale nie miał od­wa­gi. Su­li­ma znał go do­brze. Tego sa­me­go dnia wie­czo­rem od­szu­kał go w sa­lo­nie pew­nej pięk­no­ści. Po her­ba­cie, sto­sow­nie do przy­ję­te­go w tym domu zwy­cza­ju, sia­da­ją do zie­lo­ne­go sto­li­ka. Za­le­d­wie kar­ty roz­da­no, Su­li­ma wsz­czy­na sprzecz­kę ze sta­rym li­ber­ty­nem, któ­ra wkrót­ce ta­kie przy­bie­ra roz­mia­ry, że aż nasz bo­ha­ter czu­jąc się do­tknię­tym na ho­no­rze, wy­zy­wa prze­ciw­ni­ka na po­je­dy­nek. Su­li­ma za­pe­rzo­ny wy­cho­dzi, a bied­ny Nie­miec wra­ca do domu z du­szą na ra­mie­niu. Na­za­jutrz Dok­tor*** zja­wia się u prze­ciw­ni­ka swe­go chle­bo­daw­cy…

i de­li­kat­nie daje mu do zro­zu­mie­nia, że jego pan… prin­ce Su­li­ma, znaj­du­je się obec­nie w dość przy­tem po­ło­że­niu fi­nan­so­wem, po­nie­waż peł­no­moc­nik nie na­de­słał mu jesz­cze pie­nię­dzy; je­że­li za­tem ksią­żę nie chce się z nim strze­lać – a pan jego tra­fia każ­de­go asa na 25 kro­ków, Niem­co­wi jesz­cze zim­niej się zro­bi­ło – to w ta­kim ra­zie niech mu zręcz­nie po­ży­czy 6.000 gul­de­nów na dwa ty­go­dnie, a sku­tek bę­dzie nie­wąt­pli­wie ten, że Su­li­ma do­znaw­szy ta­kiej grzecz­no­ści, bę­dzie się czuł za­wsty­dzo­nym i od­stą­pi od po­je­dyn­ku. Dok­tor tak wy­bor­nie grał rolę anio­ła opie­kuń­cze­go, a w sło­wach jego tyle było na­tu­ral­nej życz­li­wo­ści dla nie­szczę­śli­we­go księ­cia, że po­czci­wy Nie­miec nie do­my­śla­jąc się na­wet cie­nia zdra­dy, za­czął go na­tych­miast pro­sić, aby ra­czył za­jąć się po­śred­nic­twem w tej spra­wie de­li­kat­nej. Po dluż­szem wa­ha­niu Dok­tor uległ proś­bie i wziął sześć bank­no­tów. Na­za­jutrz ptasz­ków nie było już w sto­li­cy; sznur­kiem po­cią­gnę­li do Ba­den-Ba­den, gdzie w jed­nym dniu zgra­li się do nit­ki. Wstaw­szy od ru­le­ty z dwu­dzie­sto­ma gul­de­na­mi wy­ru­szy­li do Włoch. W St. Mi­chel zo­stał im tyl­ko je­den gul­den, któ­ry spo­czy­wał na dnie kie­sze­ni sza­now­ne­go Dok­to­ra. Nie z przy­jem­no­ści za­tem, jak my, ale z ko­niecz­no­ści szli tą oto dro­gą. Su­li­ma biegł przo­dem w ele­ganc­kim tu­żur­ku i ple­dem ob­wią­za­ny – a Dok­tor jako znacz­nie star­szy nad­cią­gał z tyłu. Pierw­szy wstę­po­wał nie­mal do każ­de­go dom­ku, wy­pi­jał pół bu­tel­ki wina i jadł ka­wa­łek sera, a gdy do­zor­czy­ni upo­mi­na­ła się o za­pła­tę, wy­pro­wa­dzał ją pro­tek­cyj­nie za rękę na dwór, a po­ka­zu­jąc o kil­ka­set kro­ków w głę­bi idą­ce­go Dok­to­ra, mó­wił naj­spo­koj­niej:

– Wi­dzisz, moja dusz­ko, iam oto idzie – mój se­kre­tarz, on więc za­pła­ci, gdyż ja pie­nią­dzy nig­dy z sobą nie no­szę.

Po tych sło­wach szyb­ko wspi­nał się do góry, a po­czci­wa Sa­baud­ka nie do­my­śla­jąc się zdra­dy, cze­ka­ła przy­by­cia se­kre­ta­rza. Ten przy­szedł­szy wcho­dził po­waż­nie do izby, wy­pi­jał dru­gą pół­bu­tel­kę, a zjadł­szy tak­że ka­wa­łek sera, go­to­wał się do dal­szej dro­gi.

– Mech pan za­pła­ci!–na­pie­ra go­spo­dy­ni.

– Jak­to? Ja mam pła­cić? Al­boż ksią­żę, mój pan, nie za­pła­cił bę­dąc tu przed chwi­lą? Chy­ba żar­tu­jesz, po­czci­wa ko­bie­to! Wszak wi­dzia­łem na wła­sne oczy, jak mnie po­ka­zy­wał. Al­boż nie mó­wił ci wte­dy, że to ja mam pra­wo do tego wina, za któ­re pie­nią­dze zo­sta­wił?

– By­najm­niej! On mó­wił, że pan jako jego se­kre­tarz masz z sobą kasę, więc za­pła­cisz za sie­bie i za nie­go.

– Pa­trz­cie jaki fi­lut! Chciał so­bie ze mnie za­żar­to­wać. Ale to nic nie szko­dzi, chodź­my go za­wo­łać, a wró­ci.

Wy­cho­dzą i Dok­tor woła ba­sem: ksią­żę a Sa­baud­ka wtó­ru­je mu so­pra­nem: ksią­żę! Ksią­żę ato­li bar­dzo już wy­so­ko i ani my­śli się obej­rzeć. Dok­tor woła co­raz gło­śniej i zbie­ra nogi chcąc go niby do­go­nić, a Sa­baud­ka cze­ka po­wro­tu obu od owe­go dnia aż do dziś. Oto dla­cze­go ka­za­ła so­bie za­pła­cić sześć fran­ków za bu­tel­kę wina.

– Więc to tej się sta­to, u któ­rej by­li­śmy przed chwi­lą? – za­py­tał Ka­rol.

– Czy tej, czy in­nej, tego ja już nie wiem – od­parł p. Eu­sta­chy. – Dom­ków jest tu ra­zem trzy­dzie­ści, we wszyst­kich za­tem nie po­wtó­rzy­ła się ta sama sce­na, bo na­wet taki sław­ny pi­jus jak Dok­tor*** nie mógł wy­cią­gnąć w kil­ku go­dzi­nach trzy­dzie­ści pół­bu­te­lek wina. Za­pew­ne po­wta­rza­li swo­ją ope­ra­cję na wy­ryw­ki, a że żad­na do­zor­czy­ni nie może opu­ścić swe­go dom­ku, głos zaś od jed­ne­go do dru­gie­go dla znacz­nej od­le­gło­ści do­le­cieć nie może, brzyd­ka za­tem sztucz­ka uda­wa­ła im się wy­śmie­ni­cie, tem ła­twiej, że naj­czę­ściej ca­łe­mi go­dzi­na­mi nie wi­dać tu po­dróż­nych, któ­rzy­by po­krzyw­dzo­nej mo­gli byli z po­mo­cą po­spie­szyć.

– I cóż się po­tem sta­ło z tymi pa­ni­cza­mi?

– Spraw­dzi­ło się i na nich przy­sło­wie, jak na tylu in­nych: że kłam­stwem przej­dziesz świat, ale nie wró­cisz. Opo­wiem wam to jed­nak do­pie­ro po dru­giej stro­nie góry, gdy na dól bę­dzie­my scho­dzi­li. Wiatr tu tak sil­ny, że od­dech w pier­si ta­mu­je, a moje pier­si jak wie­cie nie że­la­zne…. Te­raz si­len­tium i na­przód!

Przy­spie­szyw­szy kro­ku, w samo po­łu­dnie sta­nę­li­śmy na szczy­cie góry, na do­li­nie Mar­tel­li­no, ma­ją­cej dłu­go­ści l 12 mili, a po­ło­żo­nej na 11.000 stóp nad po­wierzch­nią mo­rza, któ­rej jed­na po­ło­wa na­le­ży do Fran­cji, a dru­ga do Włoch.

Na pra­wo od go­ściń­ca wi­dać ol­brzy­mie je­zio­ro, nad któ­re­go brze­ga­mi sie­dzą na­gie wa pie­mie, ska­ły, po­dob­ne do szek­spi­row­skich cza­row­nic. Głę­bo­kość jego nie­zmie­rzo­na, a jak ry­ba­cy za­pew­nia­ją, znaj­du­ją sit; w niem pstrą­gi wa­żą­ce do 18 fun­tów. Je­zio­ro na szczy­cie tak wy­so­kiej góry, gdzie prócz mchu i drob­nych kwia­tusz­ków nic nie ro­śnie, spra­wia dziw­ne, nie­opi­sa­ne wra­że­nie. Mi­mo­wo­li przy­cho­dzą na myśl opo­wie­ści lu­do­we o ka­na­łach pod­ziem­nych, któ­re­mi wszyst­kie gór­skie je­zio­ra mają być z mo­rza­mi pu łą­czo­ne – a ro­zum sta­ra się na­tych­miast do­ciec, ile praw­dy mie­ści się w tych przy­pusz­cze­niach; że w nich nie ma nic prócz fan­ta­zji, o tem pono już wszy­scy dziś wie­dzą. W epo­ce di­lu­wial­nej, pod­czas two­rze­nia się mórz i rzek, prze­pa­ści ścia­na­mi gór szczel­nie za­mknię­te wy­peł­ni­ły się wodą ze źró­dlisk u dołu i z lo­dow­ców u góry, i tak po­wsta­ły na­sze je­zio­ra ta­trzań­skie i wszyst­kie szwaj­car­skie.

W ma­łej łód­ce wi­dzia­łem dwóch ry­ba­ków, że­glu­ją­cych ku stro­nie, gdzie je­zio­ro prze­dłu­ża­jąc się w wą­ską szy­ję, gubi się wśród na­gich skał i gę­stej mgły. Zda­wa­ło mi się, że wi­dzę Dan­ta pły­ną­ce­go z Wir­gil­ju­szem w pod­ziem­ne krę­gi pie­kła. W ogó­le szczyt Ce­ni­zju­sza jest strasz­ny – całe oto­cze­nie przy­po­mi­na ko­niec ży­cia, śmierć. Wpóź­niej­szych mo­ich po­dró­żach przez Go­thar­da, Splu­gen i Bern­har­da, za­wsze ta­kie­go sa­me­go do­zna­wa­łem wra­że­nia. Na­gie, gdzie­nieg­dzie śnie­giem po­kry­te ska­ły, okiem nie­ob­ję­te je­zio­ro, mgły pę­dzo­ne wia­trem przej­mu­ją­cym na wskroś – a wszyst­ko to trwa­ją­ce nie je­den dzień, mie­siąc, lub rok – ale wiecz­ność!

Na lewo od go­ściń­ca sto­ją dom­ki, mię­dzy któ­re­mi je­den, pię­tro­wy, wy­szcze­gól­nia się po­waż­niej­szą ar­chi­tek­tu­rą. Je­st­to Ho­spi­tium, za­miesz­ka­łe przez mni­chów. Do jego boku przy­ty­ka mały ko­śció­łek, o któ­re­go zbu­twia­łą bra­mę ude­rzał wiatr z ło­sko­tem. Na pię­trze uj­rze­li­śmy w otwar­tem oknie tłu­stą i ru­mia­ną twarz ja­kie­goś księ­dza, za­pew­ne prze­ło­żo­ne­go domu przy­tuł­ku, któ­ry głasz­cząc pra­łac­ki pod­bró­dek, przy­pa­try­wał się z za­do­wo­le­niem kil­ku kro­wom, któ­re opo­dal zry­wa­ły mech i żół­te kwia­tusz­ki.

A więc i tu żyją lu­dzie, i mu­szą być ze swe­go losu za­do­wo­le­ni, gdy tak do­brze wy­glą­da­ją.

Wstą­pi­li­śmy do izby go­ścin­nej obok Ho­spi­tium, aby przy szklan­ce wina od­po­cząć i na­brać sił do dal­szej po­dró­ży. Pan Eu­sta­chy pod­rzy­mał go­dzin­kę, a gdy oczy otwo­rzył, Ka­rol, któ­ry o cier­pli­wo­ści miał bar­dzo sła­be wy­obra­że­nie, zwró­cił się doń z za­py­ta­niem:

– I cóż się sta­ło z księ­ciem Su­li­mą i jego na­dwor­nym le­ka­rzem?

– A, praw­da, obie­ca­łem do­koń­czyć., niech więc i tak bę­dzie. Otóż nasi bo­ha­te­ro­wie za­spo­ko­iw­szy cu­dzym kosz­tem zgłod­nia­łe żo­łąd­ki, szli da­lej peł­ni fan­ta­zji. Mu­szę tu nad­mie­nić, że po­dróż swo­ją od­by­wa­li z koń­cem paź­dzier­ni­ka, a więc szczy­ty były już gru­bym śnie­giem po­kry­te. Gdy z góry się spusz­cza­li, Su­li­ma, któ­re­mu wino gło­wę za­wró­ci­ło, zsu­nął się na­gle ze stro­mej ska­ły i wpadł w śnieg po samą szy­ję. O wy­do­sta­niu się na wierzch przy po­mo­cy sił wła­snych mowy nie było, ska­ła bo­wiem wzno­si­ła się ze wszyst­kich stron stro­mo jak ścia­na. Idąc, po­ka­żę wam to miej­sce hi­sto­rycz­ne. Dok­tor sta­nąw­szy nad prze­pa­ścią, z po­li­to­wa­niem spo­glą­dał na swe­go to­wa­rzy­sza.

– Ra­tuj, dok­to­rze! – wo­łał ksią­żę prze­stra­szo­ny.

– Ra­tuj, ła­two po­wie­dzieć, ale jak wy­ko­nać. Prze­cież cię ręką nie do­się­gnę.

– Wszak­że masz pled! Rzuć mi je­den ko­niec, ja się go uchwy­cę i wy­brnę z tej ką­pie­li.

– Już­to, mój ko­cha­ny ksią­żę, w two­jej gło­wie za­wsze zie­lo­no. Jak pled w swo­je rącz­ki do­sta­niesz, to i sie­bie nie oca­lisz i mnie ścią­gniesz; wszak wi­dzisz, że nie mam się o co oprzeć.

– Więc mam tu cze­kać dnia sąd­ne­go? Dok­to­rze, chy­ba zwar­jo­wa­łeś!

– Me iry­tuj się ko­chan­ku, go­to­wo ci w ką­pie­li za­szko­dzić. A ką­piel bar­dzo ci była po­trzeb­ną, boś tyle wy­pił, żem się już lę­kał, by cię apo­plek­sja nie za­bi­ła. Szko­da by ta­kie­go pięk­ne­go ka­wa­le­ra.

– Niech cię pio­run trza­śnie!

– Ależ nie iry­tuj się go­łąb­ku, bo to się na nic nie przy­da. Ja cho­ciaż z na­tu­ry je­stem tak­że gwał­tow­ny, wiem, że w ta­kich ra­zach zim­na krew jest naj­zba­wien­niej­szą. Otóż po­słu­chaj, co ci po­wiem. Sam cię nie wy­cią­gnę, bo nie moge, boję się na­ra­żać; do ho­spi­cjum po lu­dzi nie wró­cę, bo to mila dro­gi pod górę, a jam już nad­to zmę­czo­ny; zresz­tą kto za­rę­czy, czy jed­na z tych bab nie uwia­do­mi­ła żan­dar­mer­ji… u bar­je­ry wi­dzia­łeś prze­cie dwóch żan­dar­mów. mo­gli­by przez omył­kę wziąć mnie za cie­bie… Nie ze­chcesz więc bym się po­świę­cał. Naj­le­piej za­tem zro­bisz je­że­li zdaw­szy się na ła­skę opatrz­no­ści, któ­ra na­wet o wró­blu nie za­po­mi­na, bę­dziesz cze­kał lep­szej doli. Ja zaś ła­twiej sam do Tu­ry­nu się do­sta­nę, bo gul­de­nem ba­war­skim, któ­ry mam w kie­sze­ni, nie będę po­trze­bo­wał z tobą się dzie­lić. Do­bra­noc, dro­gi przy­ja­cie­lu!

– Dok­to­rze! – wo­lał Su­li­ma prze­stra­szo­ny – nie od­chodź, zli­tuj się, ja zgi­nę, wi­dzisz że się ściem­nia! Ka­tuj!

– Mój dro­gi, co ma wi­sieć, nie uto­nie – po­ciesz się tą zba­wien­ną mak­sy­mą. A je­że­li wbrew mo­je­mu przy­pusz­cze­niu, uto­niesz w tym śnie­gu, to cho­ciaż świat na­tem tyl­ko zy­skać może, po­sta­ram się, że pięć mszy od­mó­wią za spo­kój two­jej du­szy.

– Ha, ło­trze!…
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: