Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wstaję wcześniej niż psy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 maja 2026
2400 pkt
punktów Virtualo

Wstaję wcześniej niż psy - ebook

Historia opowiada o młodym człowieku z wielkimi marzeniami, których nie da się spełnić w normalnym życiu. Uwikłany w świat ludzi z pogranicza prawa, zapuszcza się w miejsca, które zwykły śmiertelnik omija szerokim łukiem. Julek, bo tak nazywa się nasz bohater próbuje przetrwać w świecie, gdzie lojalność i zdrada idą w parze, a codzienność przesiąknięta jest adrenaliną, przemocą i moralnymi rozterkami

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 111 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Siedzę w nocy na przystanku, w pobliżu nikogo nie ma. Odpalam papierosa. Światła na skrzyżowaniu migają na pomarańczowo, lekki wiatr z drobinkami deszczu wieje prosto w twarz. W oddali widzę autobus. Ostatni raz zaciągam się papierosem i wstaję. Macham ręką, aby zatrzymać pojazd. Bardzo głośno hamuje, otwiera tylko przednie drzwi. Ruszam w ich stronę i wsiadam do środka.

Rozglądam się, widzę dwóch typów ledwo siedzących i jednego chama w czarnej skórze. Oczywiście podchodzę do tego w skórze i puszczam mu oczko. Przez dłuższą chwilę patrzymy na siebie jak wygłodniałe wilki. Żaden nie spuszcza wzroku. Trudno mi się patrzy na jego brzydki ryj. Wygląda jak książkowy chłopak z Pragi: łysa glaca, oczy podkrążone, widać, że ze dwie noce ma nieprzespane. Nos krzywy, chłopak charakterny. Wstaje, jego wzrok wędruje w stronę drzwi. Przechodzi koło mnie, czuję zimny powiew. Autobus się zatrzymuje. Cham z Pragi wychodzi. Dobrze, bo nie podobają mi się łyse glace. Z nimi zawsze jest problem. Każda kobieta potwierdzi. Mój wzrok wędruje w stronę torby pozostawionej pod siedzeniem. Szybkim, eleganckim ruchem zajmuję jego dawne miejsce i wsadzam torbę między nogi. Całkiem ciepłe siedzenie jak na takiego zimnego chama.

Jadę jeszcze pięć przystanków, patrząc na dwóch pijaczków. Jeden do drugiego coś mamrocze, ale nic nie rozumiem. Na całe szczęście autobus podjeżdża już na mój przystanek. Biorę torbę do ręki, wstaję, podchodzę do drzwi, zerkam na tych brudnych, ohydnych podludzi i wychodzę. Rzygać mi się chce na samą myśl, że można tak skończyć.

Na przystanku nikogo nie ma. Odpalam papierosa i siadam na ławce. Delektuję się smakiem tytoniu. Słucham, jak krople deszczu uderzają o ziemię. Kilka minut takiej przerwy daje bezcenny relaks dla głowy. Kończąc papierosa, słyszę za plecami zbliżające się kroki. Na szczęście je znam. Odwracam się i widzę znajomą twarz. To Krzysiu, wysoki, dobrze zbudowany niebieskooki lowelasik. Ubrany elegancko, jak przystało na szefa. Zawsze, jak go widzę, ciśnienie z bani schodzi momentalnie. Jest jak lek na ból głowy – łykasz, kilka minut i po sprawie. Łapiemy kontakt wzrokowy.

– Jak poszło? – rzuca w moją stronę. Widać, że lekko zdenerwowany, ale sam nigdy by tego nie powiedział otwarcie. Jak już pracujesz długo dla jednego, to znasz jego tiki. A że twardy z niego zawodnik, to każdy wie. Waga superciężka.

– Gładko jak zawsze. Już trochę tego przerobiliśmy – odpowiadam pewnym siebie głosem, jak przystało na członka ekipy.

– Ty to jesteś kawał skurwiela, Julek. Wiadomo, stare młode wilki z nas. – Zaczyna się głośno śmiać. Lubię go w takim stanie. Lubi sobie pożartować.

– Po prostu wracajmy już, jutro muszę do roboty. Znowu będę miał suszenie łba, że się spóźniłem.

– Ty to teraz byłeś na robocie, małolat. Jutrem się nie przejmuj. Dzień jak co dzień. – Szeroko się uśmiecha i przejmuje torbę.

Idziemy w stronę jego auta. Krzysiu klasycznie nie wsiada do byle jakiej fury dzisiaj, akurat przyjechał lexusem. Wie, jak się prowadzić na warszawskich salonach. Przed wsadzeniem torby do bagażnika upewnia się, że wszystko jest. Patrzę na Krzysia, od razu widzę te jego wielkie niebieskie oczy z małym zadartym nosem. Ostatecznie wąskie usta przemawiają pierwsze.

– No, Julek, pieniądze będę jutro. A teraz spierdalaj do domu, żebyś się do roboty nie spóźnił.

Lubi dogryzać po udanej robocie. Zawsze pierdolnie jakiś tekst. Pamiętam, że jak zaczynałem, to za wszystko mnie opierdalał. Musiałem działać jak szwajcarski zegarek. Nie było miejsca na pomyłki. A teraz to jak bajka Disneya. Nic, tylko pracować dla Krzysia i zarabiać pieniądze jak gwiazda Hollywood.

– Pewnie, Krzysiu, do jutra.

Krzysiu podaje mi rękę, uśmiecha się, wsiada do auta i odjeżdża.

Po krótkim namyśle wyjmuję telefon, włączam go i zamawiam taryfę. Czekając, odpalam kolejnego papierosa. Uwielbiam rozkoszować się chwilą po udanej akcji. Najlepsza rzecz w życiu. Cała adrenalina buzuje. Czujesz się jak Bóg. Teraz to w ogóle jest jak z filmu. Dramaturgii dodaje deszcz padający na twarz. Uwielbiam deszcz nocą.

Po odejściu nieco od rzeczywistości przytomnieję. Widzę grupkę chamów z maczetami idącą w moją stronę. Na jej czele cham z Pragi we własnej osobie. Wskazuje na mnie palcem. Bez zastanowienia zaczynam uciekać.

Uciekam po warszawskich ulicach, gdzieś po starej Pradze, przed grupą chamów, którzy chcą mnie zajebać. Gonią mnie wytrwale po różnych chodnikach, jezdniach i schodkach. Raz źle wyliczam skok ze schodów na murek i walę kolanem w mur. Mają szansę, żeby mnie złapać. Niczym prawdziwy atleta podciągam się, zagryzam wargi i dalej biegnę swoim tempem, lekko utykając na lewe kolano. Odwracam się co jakiś czas. Odpadają jeden po drugim, tak jak ci zaczynający siłownię od drugiego stycznia.

Teraz widzę, że z grupy zostało trzech chamów, którzy się zatrzymali.

– O chuj wam chodzi?! – krzyczę.

Jeden z przedstawicieli grupy pustych łbów odpowiada:

– Zajebię ciebie i twojego szefa. Do chuja się nadajecie, nie jesteśmy już na wasze wysyłki. Pokażemy, kto tu rządzi.

Gdy kończy zdanie, lekkim, zgrabnym ruchem wyjmuję spod kurtki glocka i mierzę w bandę szympansów.

– A teraz powtórz!

Momentalnie uciekają. Gdyby wcześniej mieli takie tempo, bez problemu by mnie dogonili. Najwidoczniej banda łysych glac chce podwyżkę. Pracując z takimi nygusami, zawsze trzeba mieć zaplecze umysłowe. Postanawiam porozmawiać o tym jutro z Krzysiem.

Odpalam ostatniego na ten wieczór papierosa i wsiadam wreszcie do ponownie zamówionej taryfy. Jestem ciekaw, co by się stało, gdyby ta banda mnie dojechała. Poćwiartowaliby mnie na kawałki czy może tylko zadali płytkie rany, żebym w szpitalu zdychał? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem podobną sytuację. Muszę koniecznie opowiedzieć o tym Krzysiowi, żeby skrócił smycz niektórym żołnierzom. Dobrze, że to się stało teraz. Ze dwa lata wcześniej zjedliby mnie na kolację. Nogi bym miał jak z waty i zesrałbym się na sam widok maczety.

Dojeżdżamy na miejsce. Wysiadając z taryfy, rzucam pięćdziesiąt złotych napiwku za ciszę i niegrające radio. Nawet nie zwróciłem uwagi, jak taryfiarz wygląda. Może jak Travis Bickle. Nie dowiem się już raczej. Wchodząc do mieszkania, zauważam, że nie wyłączyłem telewizora. Leci akurat czwarta część „Gwiezdnych Wojen”. Biorę pilot z komody, na której stoi telewizor, i wyłączam. Idę do łazienki wziąć prysznic. Zdejmując ubrania, patrzę na swojego glocka. Chyba pierwszy raz miałem dzisiaj poczucie, że chcę zajebać chama. Nigdy wcześniej tak bardzo nie pragnąłem pociągnąć za spust. Odkładam broń na pralkę i wchodzę pod gorący prysznic.

Wkładając ubranie do spania, patrzę na łóżko. Zastanawiam się, czy wszystko poszło jak trzeba. Nastawiam budzik na siódmą. Zawsze trzeba chodzić spać później niż psy i wstawać wcześniej niż one.

Rozdział 2

Jadę autem przez zakorkowaną Warszawę. Jak nic spóźnię się do roboty.

Dzwoni komórka. Patrzę: Wiktoria. Zawsze wie, kiedy zadzwonić. Ma jakiś szósty zmysł. Wspaniała kobieta. Nadal się dziwię, że jesteśmy razem. Ja bym chyba sobie odpuścił na jej miejscu. Nie pozostaje mi nic innego, jak odebrać telefon i wysłuchać pierdolenia.

– Słońce, o której dzisiaj się widzimy? Dawno się nie widzieliśmy, tęsknię za tobą. – Zawsze wiedziała, jak mnie rozegrać. Nigdy jej tego nie okazuję, ale naprawdę ją lubię.

– Cześć, słoneczko. Dzisiaj raczej nie dam rady się z tobą spotkać, mam cały dzień pracy, ale jutro pójdziemy na kolację. Obiecuję!

– Zawsze tak mówisz, a potem widzimy się po nocy i jemy maka. I oglądamy jakieś gówniane seriale na HBO.

– Słońce, na spokojnie. Jutro pójdziemy na kolację.

– Mam nadzieję… Pa! – mówi i się od razu rozłącza. Wie, jak wkurwić człowieka w mniej niż trzydzieści sekund.

Prawda jest taka, że rzeczywiście nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy na kolacji, a co dopiero na wakacjach. Strasznie dużo ostatnio pracuję. Muszę znaleźć jakieś wolne terminy i zabrać ją do Włoch. Tak, to będzie dobry czas na wypoczynek.

Marzę i nie skupiam się na drodze. Coraz gorzej wychodzi mi ta jazda, zdecydowanie za dużo mam na głowie. Krótki sen daje o sobie znać. Szukam miejsca parkingowego w samym sercu Warszawy, potem szybkim krokiem zmierzam do swojej roboty.

Otwieram drzwi i słyszę swojego menadżera i zarazem kelnera Michała. Firmie tak się powodzi, że ma aż dwa stanowiska.

– Co to za spóźnienie? – Strasznie spięty typ. Ledwo wchodzisz, a już mordę piłuje. I zawsze jest ubrany w napiętą białą koszulę, której guziki walczą o przetrwanie, żeby nie wystrzelić w powietrze.

– Jakie spóźnienie? Piętnaście minut to nie spóźnienie – rzucam prosto w jego baby face. Moje kąciki ust lekko idą do góry i puszczam oczko. Zawsze go to wyprowadza z równowagi.

– Julek, kurwa. Bierz fartuch i do roboty, już mamy otwarte, jakbyś nie wiedział. – Nie wiedziałem. Ale on jak nic jest gejem, normalny chłop, by się nie obraził.

Zakładam fartuch i wchodzę za bar. Ogródek pusty. Przed barem gości brak, a na sali przy trzech stolikach ludki zachwycające się koktajlem, który Michał zapewne spierdolił. No ale kto by się przejmował, to tylko wódka z wódką. Nigdy nic się nie dzieje w takie dni jak ten. Patrzysz przed siebie i ślepo się uśmiechasz, jak debil, do każdego gościa. Udajesz, że wszystko jest w porządku, gość też udaje, że wszystko jest w porządku. I tak się wymieniacie sztucznym tłem. Strasznie monotonne staje się życie w mieście. Praca, wóda, spać – i tak w kółko. Że im się to nie nudzi… Ale mi w to graj. Zarabiam na tych pseudouzdolnionych ludziach na poważnych stanowiskach. A polej takiemu jednego więcej, to pokaże, jaki pan prezes jest poważny. Kręci się coraz bardziej nocne życie. Wszyscy próbują pokazać, że chodzą na siłkę i się rozwijają. Prawda jest taka, że wszyscy piją wódę, by zapomnieć. I jest nas coraz więcej.

– Witam, chciałbym zamówić negroni.

– Ależ naturalnie, już podaję.

Przysiadł przy barze i czeka. Szybkimi ruchami wyjmuję gin, bitter i wermut, leję do szklanicy i wszystko mieszam z lodem. Podaję w szklance ze skórką z pomarańczy. Gość zachwyca się smakiem koktajlu co najmniej tak, jakbym mu podał schabowego i ziemniaczki z mizerią od mamusi.

– Jedno z lepszych, jakie piłem.

Chyba chciał powiedzieć „najlepsze”, ale nie potrafi tego z siebie wydusić. Oni już tak mają, nigdy nie powiedzą, że jesteś najlepszy. Nie pozwala im na to ich kręgosłup moralny, budowany na książkach samorozwojowych i wywodach pseudonaukowców. Społeczeństwo chodzących trupów, parodiujących nawzajem swoje poglądy i konkurujących o to, kto na więcej przyzwala.

– Kurwa, Julek, bierz się do roboty, a nie stoisz jak chuj na weselu.

Michał ma rację, powoli zaczynamy dzień. Żywe trupy wchodzą do naszego lokalu. W mniej niż godzinę zapełniają całą salę. Przez trzy godziny cały czas wydaję koktajle. Parę razy przekrzykuję się z Michałem. Dzień bez kłótni to dzień stracony.

Zbieramy ostatnie zamówienia. Powoli wszyscy przygotowują się do wyjścia. Zostaje już tylko sprzątanie, rozliczenie zmiany i szybko wychodzę, zanim Michał zacznie krzyczeć.

– Chujowo posprzątane.

– Jutro poprawię.

– Przecież jutro nie pracujesz!

– Wiem – krzyczę, zamykając drzwi od lokalu i zostawiając za sobą cały ten kurwidołek.

W świetle nocnych gwiazd pewnym krokiem zmierzam do fury. Jadę pustymi drogami do Krzysia. Spotykamy się za Warszawą, w opustoszałych stodołach w okolicy jakiejś wsi, której nazwy nie pamiętam. Po spotkaniach Krzysiu wynajduje inną stodołę dla pewności, że nikt nas nie znajdzie. Muszę zapamiętać te wszystkie trasy, tu w lewo, tam w prawo, potem na rondzie prosto, bo Krzysiu ma świra na tym punkcie. Nigdy nie powie, gdzie jest spotkanie, tylko mówi, jak ze swojej chaty dojedziesz na miejsce. I tak ukazuje się piękna stara stodoła, gdzie lata temu pasały się mućki, a w pobliżu szczekały stare wygłodniałe wilczury.

Wychodząc z auta, od razu słyszę dogryzającego mi Krzysia.

– Kiedy w końcu wymienisz tę zapyziałą skodę. Przecież to ledwo jeździ.

– Przynajmniej się nie rzuca w oczy.

Nie ciągnie tematu, bo wie, że mam rację. Po co kusić los? Nowa bryka zawsze rzuca się w oczy, a szczególnie kiedy mieszkasz w bloku na Pradze. Jeśli rzuca się w oczy, to raczej długo nie postoi.

– Mam dla ciebie pieniądze, młody.

Wchodzimy do stodoły. Na samym środku widzę stół i kilka tysięcy na blacie. Siadamy. Krzysiu zawsze dotrzymuje obietnic. Mogę na niego liczyć.

– Krzysiu, mam sprawę… Te łebki…

– Tak, wiem, już się tym zająłem… Ale, kurwa, młody, musisz się ogarnąć. Nie możesz wymachiwać glockiem jak w _Pulp Fiction_. Pojebało cię? Jesteś w stolicy, w nocy zawsze ktoś cię zauważy, a na pewno usłyszy, jak będziesz strzelać. Afera murowana.

– Tak, wiem, dałem dupy, poniosło mnie. Ostatni raz daję taki popis.

– To prawda, bo mam ostatnią robotę dla ciebie. – Mówiąc to, wyciąga kolejny plik banknotów i kładzie na stoliku. – Opłacone z góry. Za miesiąc będzie do odebrania przesyłka. Ta sama akcja, co zawsze, tylko tym razem w hotelu.

– Kurwa, za miesiąc? Masz dla mnie coraz mniej roboty. I jak to ostatnia akcja? Co się dzieje, Krzysiu?

– Młody, zluzuj łeb! Ostatnio na za dużo sobie pozwalasz. W tym momencie nie potrzebuję twoich usług.

– Jak to? – Wyskakuję z krzesła jak ostatni idiota. Takim manewrem ryzykuję, że mi urwie jaja. Dosłownie. Na szczęście Krzysiu jest zawsze opanowany. Poza tym mnie zna i wie, że mogę popełnić błąd.

– Młody, ogarnij się. To nie twoja bajka. Chuja wiesz, niepotrzebnie cię tak w to wkręcałem. Słuchaj, nie ma już miejsca dla ciebie.

– Krzysiu, co się dzieje? Gadasz jakieś głupoty…

Przerywa mi w połowie zdania, krzycząc i podrywając się z krzesła. Jednak go wkurwiłem.

– Nie mogę już ryzykować! Gramy coraz wyżej, a ty latasz z glockiem po mieście. Za duże ryzyko, młody. Daję ci i tak jeszcze zarobić na ostatniej akcji. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie moja pomyłka i dasz radę nic nie spierdolić.

Nie wiem, co powiedzieć. Zamieram jak Wenus z Milo. Wiem, że ma rację. Zachowałem się jak amator.

– Gdzie mam jechać po akcji? – pytam z trudem.

– Pojedziesz z Edkiem i Adamem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij