Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wszystko, co po nas zostało - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
2992 pkt
punktów Virtualo

Wszystko, co po nas zostało - ebook

Czasem życie rozpada się nie z hukiem, lecz w ciszy. A największe tragedie zaczynają się od tego, co pozornie błahe: zaniedbań, przemilczeń i momentów, gdy przymykamy oko na to, jak bardzo ktoś nas rani. Bo miłość jest ślepa szczególnie wtedy, gdy najbardziej boimy się zobaczyć prawdę.

Kalina i Wiktor kiedyś wierzyli, że ich miłość przetrwa każdą burzę. Zbudowali dom, doczekali się dziecka, stworzyli życie, które miało dawać poczucie bezpieczeństwa. Z czasem jednak Wiktor zaczął znikać. Najpierw w pracy, a w końcu… w ramionach innej kobiety.

Porzucona Kalina musi odbudować siebie na nowo. Gdy wydaje się, że straciła to, co dla niej ważne, na jej drodze staje Aleks. To przy nim odzyskuje spokój i kształtuje nową codzienność – opartą nie na wielkich deklaracjach, lecz na czułości i drobnych gestach, które znaczą więcej niż słowa. Kalina wreszcie zaczyna wierzyć, że los daje jej drugą szansę. I wtedy przeszłość upomina się o swoje.

Pewnego dnia do drzwi puka policja. Kalina jeszcze nie wie, że za kilka mi­nut świat, który pieczołowicie sklejała z okruchów nadziei, rozsypie się na jej oczach. Nie przypuszcza, że pojawienie się policjantów otworzy drzwi do tajemnic, które od lat powinny zostać zamknięte.

Wszystko, co po nas zostało to poruszająca opowieść o zdradzie, winie, drugich szansach i miłości wystawionej na najtrudniejszą próbę. Gabriela Gargaś trafia prosto w emocje, pokazując, że największe sekrety kryją się w sercach najbliższych nam osób.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68851-28-1

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Rok 2001

Był sierpień, w którym wszystko pachniało rozgrzanym sianem i malinami. W powietrzu wisiał kurz z polnej drogi prowadzącej do remizy, gdzie tego dnia odbywało się wesele Kaliny i Wiktora. Wieś rozbrzmiewała muzyką. Z głośników leciało Ich Troje, a Michał Wiśniewski krzyczał z telewizorów o miłości do utraty tchu. DJ miał błyszczącą koszulę, a jego sprzęt wyglądał jak relikt z innej epoki, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Ważne, że grał głośno i parkiet aż drżał od kroków i śmiechu.

Kalina miała zaledwie dwadzieścia lat. Na dłoniach jeszcze ślady tuszu po ostatnich egzaminach na uczelni, w oczach błysk dziewczyny, która wierzy, że miłość wystarczy. W koronkowej sukni, nieco zbyt ciasnej w pasie, bo brzuch już delikatnie zaokrąglał się pod materiałem, wyglądała jak ktoś, kto dopiero uczy się dorosłości. Ale w tej chwili była pewna: to najwspanialszy dzień w jej życiu.

Wiktor nie mógł oderwać od niej wzroku. Przystojny, z lekko przydługimi włosami, w garniturze, który pachniał nowością i tanią wodą kolońską z kiosku, patrzył na nią jak na cud. W jego spojrzeniu była obietnica tej przyszłości. Oboje ją sobie wyobrażali: mieszkanie w mieście, praca, wspólne poranki, może samochód, może pies.

Gdy kelnerzy wnieśli trzypiętrowy, biały tort z różowymi różami z masy cukrowej, ludzie klaskali, a ciotka Krysia płakała ze wzruszenia. W tle cicho poleciało _Niech żyje życie_ zespołu Kolor, a Kalina śmiała się, gdy Wiktor próbował nakarmić ją łyżką i krem z tortu wylądował na jej policzku.

– To najwspanialszy dzień mojego życia – powiedziała, gdy tańczyli swój pierwszy taniec.

– Najwspanialszy dopiero będzie – odpowiedział Wiktor, muskając jej włosy. – Kiedy urodzi się ona.

– Jeszcze nie wiemy, czy to będzie dziewczynka – roześmiała się, chowając twarz w jego ramieniu.

– Ja wiem. Po prostu wiem – odparł z pewnością, jakby przyszłość dało się przewidzieć.

Na zewnątrz ktoś odpalał zimne ognie, a dzieci biegały wokół stawiku, krzycząc i śmiejąc się. Noc pachniała trawą i kiełbasą z grilla, a niebo było gęste od gwiazd. Kalina czuła, że świat jest dobry, prosty, na wyciągnięcie ręki. Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo się myli.

Bo tamtej nocy, gdy muzyka ucichła, a goście rozjechali się do domów, życie zaczęło pisać dla niej inny scenariusz – taki, w którym szczęście i cień zawsze idą w parze.

***

Poznali się nieco ponad rok temu, banalnie, tak jak ludzie poznają się w prawdziwym życiu, nie w filmach.

Bez fanfar, bez błysku przeznaczenia.

To był czerwiec. Upalne popołudnie, gdy powietrze w małym miasteczku falowało od gorąca. Kalina pracowała wtedy w bibliotece miejskiej na zastępstwie – studentka pierwszego roku polonistyki, trochę roztrzepana, z książką zawsze wystającą z torby. Lubiła ten zapach – kurzu, papieru i ciszy, która stanowiła schronienie przed światem.

Tego dnia przyszło kilku stałych bywalców: starsza pani czytająca książki z działu romansów, licealista szukający _Pana Tadeusza_, a potem on.

Wiktor.

Wszedł niepewnie, w dżinsach i koszuli z podwiniętymi rękawami. Pachniał słońcem i smarem, jak ktoś, kto właśnie wyszedł z warsztatu. Włosy miał lekko rozwichrzone, a w oczach coś, co później Kalina nazwie spokojem, takim, którego sama zawsze szukała.

– Przepraszam – powiedział, zerkając na nią znad lady. – Szukam książki o naprawie silników, ale bardziej... dla laika.

– A więc instrukcji „dla opornych”? – Uniosła kąciki ust.

– O, właśnie. – Roześmiał się i ten śmiech ją rozbroił.

Pokazała mu półkę z poradnikami.

Wyciągnął jedną książkę, drugą, a potem, jakby mimochodem, zapytał:

– A pani? Lubi pani czytać o naprawie świata?

– Raczej o ludziach, którzy chcą naprawić siebie – odpowiedziała z uśmiechem, wskazując na regał z poradnikami psychologicznymi.

Kiedy wyszedł, zostawił po sobie zapach letniego deszczu i ciepłe uczucie, że coś się właśnie zaczęło.

A dwa dni później wrócił.

– Książka była dobra, ale silnik wciąż nie działa – powiedział, opierając się o ladę. – Może kawa z panią by pomogła?

– Nie znam się na silnikach.

– Ale na naprawianiu ludzi już tak.

Nie odmówiła.

Usiedli w małej kawiarni przy rynku, pili cappuccino, a on opowiadał o tym, że z przyjacielem chciałby otworzyć własny biznes, ale nie wie jeszcze jaki.

– Wiesz, ja to zawsze byłem tym, który naprawia – mówił, a ona słuchała z uśmiechem.

– A ja zawsze byłam tą, którą trzeba było naprawiać.

Śmiali się wtedy oboje, nie wiedząc jeszcze, jak prorocze okażą się te słowa.

***

Nazajutrz po weselu dom pachniał rosołem, pierogami i nowym początkiem. W kuchni krzątała się Geniusia, mama Kaliny, w fartuchu w kwiaty i z rękami ubielonymi mąką. Na stole w dzbanku parowała kawa zbożowa, a przez otwarte okno wpadał zapach świeżo skoszonej trawy i słychać było pianie koguta.

– No i co tam planujecie, dzieci? – spytała, stawiając przed nimi miskę pierogów z kapustą i grzybami, tych, które Kalina zawsze lubiła najbardziej.

– Gospodarka może być wasza – dodał Staszek, ojciec Kaliny, opierając łokcie o blat stołu. – Trzeba by tylko w oborze dach poprawić, ale reszta jak nowa.

Kalina spojrzała na Wiktora, a on tylko ścisnął jej dłoń pod stołem. Wiedziała, że to moment, w którym musi wyjawić to, co już dawno postanowili.

– Tato... my wyjeżdżamy do Warszawy.

W kuchni na chwilę zapadła cisza. Łyżka w dłoni Geniusi zatrzymała się w pół drogi, a Staszek zmarszczył brwi.

– Do Warszawy? – powtórzył, jakby to było słowo z innego świata. – A po co wam tam? Tu macie dom, ziemię, wszystko.

– Wiktor ma tam pracę, zaczyna w firmie znajomego. A ja... skończę studia, może znajdę coś swojego.

Geniusia westchnęła ciężko i usiadła naprzeciwko nich.

– Dziecko, ty nawet nie wiesz, jak tam ludzie żyją. Tłok, hałas, pośpiech. Z małym dzieckiem? Kto ci pomoże? – powiedziała, odkładając łyżkę i patrząc na brzuch córki, który delikatnie zaokrąglał się pod cienką sukienką.

– Jakoś damy radę – odezwał się Wiktor spokojnie, choć w oczach miał cień niepewności.

Staszek poprawił koszulę, jakby chciał w ten sposób ukryć wzruszenie.

– Oj, dzieci, dzieci... – mruknął, kręcąc głową. – Myśmy też swoje przeżyli. I wiem jedno: życie to nie bajka.

Geniusia położyła ręce na stole i splotła palce, z których nie zdążyła jeszcze zmyć mąki. Spojrzała na nich oboje poważnie, bez złości, ale z tą matczyną szczerością, która czasem boli bardziej niż krzyk.

– Powiem wam tak – zaczęła powoli. – Dziecko nie umacnia związku. Dziecko to mordęga. To cud, miłość, ale też orka, dzień po dniu. Czasem człowiek się budzi i myśli: po co mi to wszystko? Ale potem spojrzy w te małe oczy i wie, że dla tego spojrzenia warto. Tylko nie myślcie, że będzie łatwo. Tu bym wam pomogła.

Kalina milczała. W jej gardle utknął kawałek pieroga, a w sercu ścisnęło ją coś między strachem a wzruszeniem. Spojrzała na Wiktora, jego dłoń spoczywała na jej kolanie, ciepła i pewna.

– Damy radę, mamo – wyszeptała. – Naprawdę damy.

Geniusia pokiwała głową.

– Wiem. Tylko żebyście nie zapomnieli, skąd jesteście. Warszawa to nie wszystko. Dom to ludzie, nie adres.

Za oknem po raz kolejny zapiał kogut, jakby chciał przypomnieć, że dzień się dopiero zaczyna. Kalina wstała, podeszła do okna i spojrzała na podwórze, na sad, na zardzewiałą huśtawkę, na wszystko, co znała od dziecka.

Wiedziała, że niedługo będzie to już tylko wspomnienie.ROZDZIAŁ 2

Warszawska Praga przywitała ich szarością. W kamienicach tynk odłaził płatami, a na podwórkach stały metalowe trzepaki, przy których bawiły się dzieci w ortalionowych kurtkach. Na murach widać było resztki graffiti i stare napisy z czasów PRL-u. Nad wszystkim unosił się zapach kapusty, papierosów i węgla z pieców kaflowych.

Ich nowy dom – kawalerka na czwartym piętrze bez windy, w kamienicy z 1938 roku. Drzwi skrzypiały przy każdym otwarciu, a klatka schodowa była tak wąska, że ledwo wciągnęli walizki. W środku pokój z małym oknem na podwórze studnię, z obdrapaną farbą na ścianach, meblościanką po poprzednich lokatorach i zlewem, z którego woda ciekła cienkim strumieniem. Na podłodze linoleum, popękane i wyblakłe.

Kalina rozejrzała się po wnętrzu, przygryzając wargę.

– Nie tak to sobie wyobrażałam – powiedziała cicho.

Wiktor postawił walizkę i oparł się o ścianę.

– Nie marudź, Kala. Musimy się dorobić. Będzie lepiej, zobaczysz.

Właściciel mieszkania, pan Czesiek, krępy człowiek z brzuchem wystającym spod swetra w romby, przyjechał srebrnym Polonezem Caro z czarnymi pasami i porysowanym błotnikiem. Mężczyzna miał w oczach ten błysk, który zdradzał, że wie, iż to on tu rozdaje karty.

– Budynek stary, ale solidny – powiedział, jakby chciał ich przekonać, że te odłażące tynki to zaleta. – Tu, wie pani, przed wojną to kamienica z klasą była. Teraz to różnie... ale sąsiedzi spokojni. No, może poza jednym spod czwórki, co lubi wypić, ale swoich się nie czepia.

Kalina skinęła głową, starając się nie patrzeć na zacieki na suficie. Wiktor trzymał się twardo, jakby to wszystko było częścią planu, na który był gotów od dawna.

– To będzie tysiąc złotych miesięcznie plus rachunki – dodał właściciel, stukając obcasami po linoleum. – Kaucja też tysiąc.

Wiktor sięgnął po kopertę, tę z napisem „na start”, którą trzymali od ślubu. Były w niej wszystkie pieniądze z wesela: te od ciotek, wujków, sąsiadów. Ich mała poduszka finansowa. Wiedzieli, że musi im to wystarczyć, dopóki Wiktor nie dostanie pierwszej wypłaty.

– Zapłacimy z góry za dwa miesiące – powiedział pewnym tonem.

Właściciel uniósł brwi.

– No, widać, że poważni ludzie. To dobrze. Tacy to rzadko się trafiają.

Podpisał umowę przy drzwiach, na chybotliwym stoliku, który został po poprzednich lokatorach. Długopis nie pisał, więc wyciągnął z kieszeni drugi, z logotypem jakiegoś banku.

– Tylko proszę uważać z piecem – mruknął jeszcze. – Czasem się zapowietrza. Ale jak się dmuchnie w rurę, to chodzi jak złoto.

Kiedy wyszedł, w mieszkaniu zapadła cisza. Kalina spojrzała na kopertę, w której zostało może z dziesięć tysięcy złotych – cała ich przyszłość. Poczuła uścisk w żołądku.

– Wiktor... – zaczęła.

– Wiem – przerwał jej. – Musimy się zabezpieczyć. Na kilka miesięcy przynajmniej. Spokojnie, Kala. Damy radę.

Uśmiechnął się, choć oczy miał zmęczone. Usiadł na materacu, który dopiero co rozłożyli, i wyciągnął do niej rękę.

– Chodź tu.

Usiadła obok. Pokój był pusty, echo odbijało się od ścian, a w powietrzu dało się wyczuć chłód starego tynku. Zza okna słychać było warkot tramwaju, gdzieś na Targowej.

– Nie tak to sobie wyobrażałam – wyszeptała.

– Wiem – odparł. – Ale mamy siebie. I to jest coś.

Położyli się na materacu i przykryli jednym kocem, który pachniał jeszcze domem Geniusi.

Nie mówili już nic. Słuchali tylko ciszy i własnych oddechów.

Wiktor pogładził ją po włosach, a ona wtuliła się w niego, jakby w jego ramionach mogła odnaleźć sens tego wszystkiego.

Na zewnątrz przejechał tramwaj, zaskrzypiał, zgrzytnął i zniknął za rogiem.

A w tej małej, obskurnej kawalerce, w sercu obcego miasta, zaczynało się ich nowe życie.

***

Jesień przyszła szybko. Taka, co wnika pod skórę i ściska człowieka w środku: mglista, chłodna, wilgotna. Deszcz sączył się z nieba, jakby sam miał dość wszystkiego. Kalina siedziała przy oknie i patrzyła, jak krople spływają po szybie. Brzuch już wyraźnie rysował się pod swetrem, tym samym, w którym przyjechała z domu.

Nie miała pracy. Próbowała coś znaleźć – roznosiła CV po sklepach, przedszkolach, nawet do jakiejś apteki poszła, ale wszędzie patrzono na jej brzuch i uśmiechano się wymijająco.

– Oddzwonimy, dobrze?

Nie oddzwaniali.

Dni zaczynały się podobnie: herbata z torebki, tost z masłem. Pranie suszyło się na sznurku nad kaloryferem, choć ten był ledwie letni. Na stole kilka jabłek, w szufladzie paczka krakersów i dwie konserwy. Kalina liczyła pieniądze i dni – ile zostało do porodu, ile do kolejnej wypłaty Wiktora.

Wiktor każdego dnia wychodził o szóstej trzydzieści. Ubierał się w garnitur kupiony na przecenie, koszulę, którą Kalina prasowała niemal na kolanie, i krawat, który wiązać nauczył się z instrukcji w gazecie. Wsiadał w tramwaj numer 22 i jechał do biurowca na Służewcu. W pracy panował inny świat. Lśniące biurka, zapach kawy z ekspresu, szklane ściany. Ludzie z teczkami, w modnych marynarkach, z telefonami przyklejonymi do ucha.

Na początku się z niego śmiali.

– Ej, Wiktor, powtórz jeszcze raz: bylimy! – nabijał się jeden z kolegów. – Co to za gwara, stary?

Wiktor się uśmiechał, choć w środku płonął ze wstydu. Nie wiedział jeszcze, że w tym miejscu wszystko jest oceniane – akcent, buty, marka zegarka, nawet to, jak długo parzysz herbatę.

Po tygodniu przestał mówić „bylimy”, a zaczął „byliśmy”. Po miesiącu nosił już koszule w paski i codziennie rano pastował buty. Po dwóch kupił telefon, Nokię 3310, żeby nie odstawać.

Każdy jego dzień wyglądał jak kopia poprzedniego:

Rano kawa z firmowego ekspresu.

Potem spotkanie z klientem.

Potem tabela w Excelu.

Potem telefon do szefa.

Potem uśmiech: ten sztuczny, biurowy, który wchodził w krew szybciej niż przyzwoitość.

Wracał po siedemnastej, wyczerpany, z oczami zmęczonymi od monitora. Pachniał papierem, kurzem i stresem.

Kalina czekała z herbatą i obiadem. Witała go uśmiechem, do którego coraz częściej musiała się zmuszać.

– Jak było? – pytała.

– Dobrze.

– Co robiliście?

– To samo co zawsze.

Z każdym dniem milczenie między nimi zaczynało być cięższe.

Ona – z rosnącym brzuchem, z lękiem o jutro.

On – z nowym słownictwem, wyprostowanymi plecami i coraz bardziej nieobecnym spojrzeniem.

Wieczorem kładli się obok siebie na materacu. Kalina czuła jego chłód, nie złościła się i rozumiała, że on walczy, żeby zapewnić im byt. Ale w głębi serca tęskniła. Za dawnym Wiktorem, tym z wesela, który mówił „bylimy” i tańczył z nią w świetle zimnych ogni.

Za oknem przejechał tramwaj, ktoś zatrąbił na skrzyżowaniu, a ona położyła dłoń na brzuchu i szepnęła:

– Wszystko się ułoży, prawda, maleńka?

Nikt nie odpowiedział.

Tylko wiatr poruszył firanką, a gdzieś w oddali zaszczekał pies.PRZECZYTAJ INNE KSIĄŻKI AUTORKI

Dam radę, a jak nie, to się rozjadę

Nie zamierzam motywować cię do zostania superbohaterką. Zamiast tego powiem Ci: dziewczyno, odpuść, gdy nie masz siły. A jeśli padniesz z bezsilności, to sobie poleż i się porządnie wybecz. I miej wyjebongo na wszelkie pierdolongo.

Głowa do góry, cycki do przodu!

Masz prawo do gorszego dnia. Masz prawo płakać w łazience. Powiedzieć: „nie dzisiaj”. Zatrzymać się. Nie być perfekcyjną. Możesz poleżeć chwilę na ziemi – byle nie za długo, bo w końcu trzeba się podnieść, poprawić koronę, otrzepać kolana, wypiąć pierś do przodu i stwierdzić: „Dobra. Lecimy dalej”. Chcę, żebyś po lekturze poczuła jedno: nie jesteś sama. Jest nas więcej.

Piekielnie szczere

Historia o siostrzanej miłości, która jest największym wsparciem w świecie pełnym kryzysów i niepewności. Losy Claudii, Aniki i Sary pokazują, że kobiety potrafią znaleźć w sobie ogromną siłę, by zawalczyć o swoje szczęście.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij