Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wszystko, czego dziś chcę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4249 pkt
punktów Virtualo

Wszystko, czego dziś chcę - ebook

„Wszystko, czego dziś chcę” to opowieść o sile kobiecej wspólnoty, o przemianie i odnajdywaniu szczęścia w codzienności.

Zofia – kobieta po przejściach – staje wobec najtrudniejszych prób: żałoby, choroby i utraty pracy. Kiedy wydaje się, że los odebrał jej już wszystko, niespodziewany telefon otwiera drzwi do nowego świata – życia na Sardynii. Czy to właśnie tam Zofia odnajdzie przestrzeń, by odzyskać siebie i nadać sens swojemu życiu?   W blasku śródziemnomorskiego słońca rodzi się pomysł powstania fundacji wspierającej kobiety. Zofia uczy się, że siła tkwi w solidarności, a nadzieja w odwadze, by marzyć mimo przeciwności. Los nie przestaje wystawiać Zofii na próbę, ale tym razem kobieta nie jest sama. Na progu jej domu pojawia się Maciej, a wraz z nim pytanie: czy miłość może być najpotężniejszym sprzymierzeńcem w walce o życie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-179-7

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

17 listopada
Szpital Kliniczny im. Karola Jonschera Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu

Gdy tylko spojrzała w oczy lekarza, poczuła, jak świat wokół niej zaczyna się rozmywać. Jego twarz – młoda, ale wyraźnie zmęczona – zdradzała więcej, niż chciał pokazać. Okrągłe okulary odbijały zimne światło jarzeniówek, a palce nerwowo ściskały plik dokumentów.

Nie musiał nic mówić. W tym jednym spojrzeniu było wszystko.

To niemożliwe… – myśl Zofii rozbijała się o lodowaty mur rzeczywistości.

Wczoraj jeszcze siedzieli razem na kanapie, z kubkami herbaty w dłoniach, śmiejąc się z absurdalnej komedii. Planowali wakacje. Włochy. Toskania. Jan machał rękami, jakby już stał na rozgrzanej słońcem włoskiej uliczce, tłumacząc jej, że musi zobaczyć winnice Chianti.

A teraz…

Stała pośrodku obskurnego szpitalnego korytarza, którego ściany był tak ohydnie żółtawe, jakby przez lata chłonęły wszystkie niedopowiedzenia, lęki i zawieszone w powietrzu modlitwy. Farba odchodziła płatami, kafelki pod stopami miały pęknięcia, które przypominały popękaną skorupę. Pachniało środkiem do dezynfekcji, kurzem i czymś jeszcze – czymś nienazwanym, co zawsze unosi się tam, gdzie ludzie czekają na wieści, które mogą złamać im życie. Jeszcze nigdy w życiu Zosia nie czuła się tak zdezorientowana. Jakby ktoś wyrwał ją z jej codzienności i bez ostrzeżenia wcisnął w scenerię zupełnie innego filmu. Miała wrażenie, że jest obserwatorką własnego ciała – że to nie jej ręce drżą, nie jej oczy szukają punktu zaczepienia, nie jej myśli rozpadają się w głowie na dziesiątki chaotycznych fraz: „co teraz?”, „dlaczego tak nagle?”, „czy to naprawdę się dzieje?”.

Szpitalne łóżka przesuwane na kółkach, ciche szmery zza uchylonych drzwi, odległe sygnały urządzeń medycznych – wszystko to stawało się dźwiękowym tłem dla jej własnego końca świata.

– Przecież on się dobrze czuł… Ja nic nie rozumiem… – wyszeptała, jakby każde wypowiedziane słowo mogło cofnąć czas.

Lekarz spuścił wzrok. Mówił powoli, ostrożnie, ważąc każde słowo. Jego głos był spokojny, zbyt spokojny – jakby wyuczony.

– To był rozległy zawał. Przykro mi. Nic nie mogliśmy zrobić.

Dla niej te słowa były jak nóż wbijany w skórę. Powoli i metodycznie. Kolana ugięły się pod nią. Usiadła na zimnej, szpitalnej posadzce, ale w tej chwili nie czuła już nic. Ani chłodu, ani bólu, ani własnego ciała. Tylko pustkę.

Wtedy na korytarzu rozległ się rytmiczny stukot. Zdecydowany dźwięk obcasów przecinał szpitalną ciszę.

Helena.

Pojawiła się, jakby wycięta z innego świata. Smukła, elegancka, z ciemnymi włosami spiętymi w nienaganny kok. Perfekcyjna jak zawsze. Nawet w szpitalnym świetle jej czerwona szminka nie traciła blasku.

– Mecenas Helena Wilk, przyjaciółka rodziny. – Głos brzmiał profesjonalnie. – Jaki jest stan pacjenta?

Lekarz spojrzał na nią z ulgą. Nie musiał już zwracać się do pogrążonej w katatonii wdowy.

– Nic nie dało się zrobić. Przykro mi. Zrobiliśmy, co w naszej mocy. Proszę udać się do gabinetu numer sześć, tam zajmą się formalnościami. Spojrzał na elegancką blondynkę, zwiniętą w kłębek na podłodze. – Poproszę pielęgniarkę, żeby podała coś na uspokojenie pani Potockiej.

Helena nie pytała więcej. Podziękowała lekarzowi skinieniem głowy. Odwróciła się do Zofii i bez słowa uklękła obok niej, nie zważając na drogie, doskonale skrojone spodnie. Objęła ją ramieniem, przyciągając jej drżące ciało do siebie.

– Jestem tutaj, Zosieńko – rzekła cichym, pewnym głosem. Po prostu była.

Po chwili podeszła pielęgniarka, trzymając w dłoniach plastikowy worek.

– Rzeczy pana Potockiego…

Helena przejęła go błyskawicznie i wcisnęła do swojej przepastnej aktówki.

– Zajmę się tym. Formalności dopełnimy jutro – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, patrząc pielęgniarce prosto w oczy. Pomogła Zofii wstać.

Szły powoli przez szpitalny korytarz, w ciszy. Czasem nawet mecenas Helenie Wilk nie przychodziły do głowy odpowiednie słowa.

* * *

Przez kolejne dni Zofia pamiętała wszystko jak przez mgłę. Nie tę łagodną, poranną mgiełkę nad jeziorem – ale ciężką, gęstą zasłonę, która rozmywała granice między tym, co działo się naprawdę, a tym, co było tylko echem zdarzeń. Smak kawy – gorzkiej, zimnej, niedopitej. Parzyła ją sobie odruchowo każdego ranka, a potem o niej zapominała. Przechodziła obok filiżanki kilka razy dziennie i nigdy nie potrafiła jej dopić. Jakby te drobne gesty – sięgnięcie po łyżeczkę, podniesienie kubka – wymagały zbyt wiele siły.

Zapach Heleny unosił się w mieszkaniu długo po jej wyjściu. Mieszanka czegoś eleganckiego, zmysłowego – drogie perfumy, nuty drzewa sandałowego, może paczuli – i papierosowego dymu, ciężkiego, znajomego, przypominającego ich niekończące się wieczorne rozmowy. Helena była przy niej bez przerwy. Przynosiła zupę, świeże kwiaty, wiadomości od ludzi, którzy nie wiedzieli, jak mówić o śmierci, więc wysyłali tylko serca i słowa: „myślę o Tobie”. Zaglądała też do pokoju Stasia, to był również jego dramat, miał z ojczymem wyjątkową więź. Gdy patrzyła na tego prawie dwumetrowego chłopaka zwiniętego na łóżku ze słuchawkami na uszach, czuła, że nie powinna przeszkadzać w żałobie.

Zosia pamiętała błysk obrączki na swoim palcu – kiedyś symbolu bliskości, która teraz stała się cienką granicą między tym, co było, a tym, co zostało. Dotykała jej w chwilach, kiedy musiała sobie przypomnieć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Że on już nie wróci.

Ale przede wszystkim pamiętała ciszę.

Ciszę wypełniającą mieszkanie, mimo że lodówka mruczała, a wiatr poruszał firanką. Ciszę między zdaniami, których nikt już nie wypowie. Ciszę, która nie była spokojem, tylko bólem: zimnym, lepkim, wszechobecnym. Rozlewała się po niej, jakby zrobiona z dźwięków, które się nie wydarzyły.

20 listopada
Cmentarz parafialny Parafii pw. Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana

Na poznańskim Cmentarzu Jeżyckim, skrytym za wysokim, porośniętym mchem murem, zebrała się niewielka grupa żałobników. Skromna ceremonia przyciągnęła spojrzenia przypadkowych przechodniów mijających cmentarną bramę. Nad wszystkim górowała kaplica, jej ceglane ściany oplecione były gęstą pajęczyną winobluszczu, który – choć jesień odebrała mu zieleń – kurczowo trzymał się chłodnego kamienia.

Tego dnia niebo nad miastem spowijała jednolita, ołowiana warstwa chmur, jakby samo słońce złożyło hołd zmarłemu, ukrywając swój blask. Gołębie przelatywały nisko, zataczając kręgi wokół nagrobków. Zza muru cmentarza słychać było odgłosy miasta.

Urna powoli zjeżdżała do grobu. Niewielki bukiet białych róż zsunął się po jej gładkiej powierzchni i wylądował w wilgotnym błocie. Żałobnicy stali w milczeniu. Z boku, na skraju grupy, mężczyzna uniósł trąbkę do ust. Cichy, przejmujący dźwięk _Hallelujah_ Leonarda Cohena uniósł się w powietrze i rozpłynął w nim niczym echo straty.

Najbliżej grobu stała Zofia. Blondynka z krótkimi, modnie obciętymi włosami, w prostej, czarnej sukience i eleganckim płaszczu. Trwała nieruchomo, wyprostowana jak struna.

– Tak lubił ten utwór – powiedziała niemal bezgłośnie, ściskając w dłoniach chusteczkę, jakby tylko ona łączyła ją jeszcze z rzeczywistością. Spojrzała na syna, który podszedł do mikrofonu i łamiącym się ze wzruszenia głosem zaczął mówić:

– Janie, tato… Nie zawsze wiedziałem, jak cię nazywać. Ale dziś wiem, że byłeś dla mnie tatą, takim, jakiego potrzebowałem. Uczyłeś mnie nie tylko wielkich rzeczy z mądrych książek. Uczyłeś małych gestów, które okazały się najważniejsze. Tego, że warto słuchać ciszy. Że kawa o poranku smakuje lepiej, kiedy pije się ją z kimś, kogo się kocha. Że mężczyzna nie traci nic, kiedy okazuje czułość. Wiem, jak bardzo kochałeś moją mamę. Patrząc na was, uczyłem się, co znaczy być wiernym, obecnym, prawdziwym. Nie zdążyliśmy się nagadać. Ale zostawiłeś mi coś więcej niż słowa: przykład. A ja obiecuję, że będę pamiętał. Dziękuję ci, Tato.

Nagle chmury zgęstniały, a pierwsze krople deszczu uderzyły w ziemię. W kilka chwil zmieniły się w rzęsistą ulewę, bębniąc o nagrobki, gałęzie drzew i twarze żałobników. Ci ostatni zaczęli w pośpiechu opuszczać cmentarz, ślizgając się na błotnistej ziemi, depcząc po starych, omszałych grobach.

Zofia się nie poruszyła. Nie widziała deszczu ani zamieszania wokół. Powoli się schyliła, zacisnęła palce na garści wilgotnej ziemi i pozwoliła jej opaść na urnę. Głuchy odgłos uderzenia był jedynym dźwiękiem, który do niej dotarł. Łzy, mieszając się z deszczem, spływały niespiesznie po policzkach, jedna po drugiej, jakby każda z nich była cichym pożegnaniem. Pracownicy zakładu pogrzebowego w pośpiechu demontowali baldachim, który jeszcze przed chwilą dawał schronienie, ona jednak zdawała się tego nie dostrzegać. Młody chłopak o płowych włosach wziął pod rękę starszą panią w ekstrawaganckim płaszczu i ruszyli w stronę bramy. Obok Zosi została tylko jedna osoba – kobieta o nienagannej postawie, ubrana w elegancki, ciemny płaszcz. Rozłożyła wielki parasol, który z trudem opierał się ulewie.

– Zosiu, chodźmy już. – Głos Heleny był cichy, ale stanowczy.

Obie ruszyły cmentarną alejką. Mijały figurę anioła, który ukrywał twarz w dłoniach, jakby dzielił ból z nimi. Żwir chrzęścił pod stopami, deszcz bębnił o kamienie, nagrobki i dach kaplicy. Zofia, wyraźnie osłabiona, opierała się na ramieniu przyjaciółki, jedynie to pozwalało jej iść dalej. Helena, zawsze dystyngowana, miała na nosie ciemne okulary przeciwsłoneczne – jedyną barierę oddzielającą ją od świata. Z pozoru niewzruszona, w rzeczywistości ukrywała za nimi łzy.

Nie płakała nad Janem, choć bardzo go lubiła. Płakała nad Zofią. Widząc jej rozbitą duszę, cofnęła się myślami o piętnaście lat, do dnia, w którym Zofia po raz pierwszy pojawiła się w jej kancelarii. Wtedy też była na życiowym zakręcie – zagubiona, emocjonalnie zdruzgotana trudnym rozwodem. Helena nie tylko pomogła jej przejść przez sprawę rozwodową, ale stała się jej najbliższą powierniczką. Widziała, jak Zofia się odbudowuje, jak kwitnie, gdy poznała Jana. To on przywrócił jej wiarę w miłość i sens życia. A teraz? Jak miała poradzić sobie bez niego?

Dobrze, że jest Staś. Syn Zofii z pierwszego małżeństwa, który czekał na nie w samochodzie, wyrósł na wyjątkowego młodego człowieka. Helena, choć sama nie miała dzieci, uważała, że wiek maturalny dziecka to najlepszy czas dla rodzica – etap, gdy bunt ustępuje miejsca dojrzałości. Staś był inteligentny, pełen empatii i właśnie dlatego, gdy zobaczył zbliżające się kobiety, natychmiast wysiadł i otworzył matce drzwi od strony pasażera.

Zofia ścisnęła dłoń Heleny.

– Dziękuję… – wyszeptała, wsiadając do auta.

Helena stała jeszcze chwilę na parkingu, patrząc, jak samochód powoli znika za zakrętem. Deszcz ściekał po jej płaszczu, zimny wiatr smagał twarz. Przemoczona do suchej nitki ścisnęła usta, jakby chciała powstrzymać to, co cisnęło się na język. W myślach szeptała tylko jedno: da radę, na pewno da radę. Wsiadła do swojego auta, otworzyła lusterko, poprawiła makijaż i ruszyła w stronę ulicy Grottgera, myśląc, że ona sama musi być silna dla tej dwójki.

Tego wieczoru siedzieli we trójkę z kubkami gorącej herbaty w dłoniach i wspominali. Każde z nich opowiadało o najciekawszych i najśmieszniejszych sytuacjach z udziałem Jana. I choć Zosia niemal cały czas płakała, to momentami na jej ustach pojawiał się blady uśmiech.

– Mieliśmy szczęście, że Jan pojawił się w naszym życiu, mamo.ROZDZIAŁ 1

I nawet kiedy będę sam

Nie zmienię się to nie mój świat

Przede mną droga którą znam

Którą ja wybrałem sam

Wiesz lubię wieczory

Lubię się schować na jakiś czas

I jakoś tak nienaturalnie

Trochę przesadnie pobyć sam¹

27 listopada
Siedziba firmy Ludi, Garbary Office Center, Poznań

Zofia wróciła do pracy zaledwie tydzień po pogrzebie. Biuro, które niegdyś wydawało jej się ciepłym, znajomym miejscem, teraz zdawało się chłodne i obce. Szła korytarzem w swojej nienagannie wyprasowanej sukience, czując na sobie ukradkowe spojrzenia współpracowników. Nikt nie zapytał, jak się czuje. Ale kto miałby to zrobić? To przecież ona w firmie była od „takich spraw”, wymagających empatii, ale jednocześnie profesjonalizmu. Dyrektor HR Zofia Mróz-Potocka.

Prezes pojawił się niemal natychmiast, wyłaniając się zza rogu, jakby tylko czekał na jej powrót.

– Pani Zosieńko, jak to dobrze, że pani jest! – Westchnął z wyraźną ulgą.

Nie lubiła, gdy ktoś obcy zwracał się do niej zdrobniale, ale zdążyła już przywyknąć do protekcjonalnego tonu przełożonego.

– Dziś pozbywamy się… sama pani wie kogo – dodał konfidencjonalnym szeptem, jakby zdradzał największą tajemnicę firmy. Mrugnął porozumiewawczo.

Cisnęło jej się na usta: „Nie MY, tylko WY”, ale zamiast tego zacisnęła pięści. Z bladym uśmiechem skinęła głową i skierowała się do swojego gabinetu.

Firma tonęła w chaosie. Gigantyczna restrukturyzacja, którą zarząd ochrzcił mianem „nowoczesnej transformacji”, w praktyce oznaczała jedno – oszczędności kosztem ludzi. Od początku uważała, że aby to się mogło udać, firma powinna skonsultować temat z profesjonalistami, ale uznano to za zbędny wydatek. W efekcie spędzała dni na przemian na zwalnianiu wieloletnich pracowników i rekrutowaniu nowych, mniej doświadczonych, na niemal identyczne stanowiska – tylko z innymi nazwami. A wszystko bez głębszego planu. Już było widać w raportach finansowych, że nie tylko nie przynosi to zakładanych efektów, ale jeszcze potęguje ferment, który w tej sytuacji był firmie najmniej potrzebny.

Zofia czuła się jak trybik w maszynie, którą kiedyś sama pomagała budować. Pracowała tu już piętnaście lat. Była świadkiem, jak Ludi rozwijała się z małego zespołu liczącego dwadzieścia osób do stupięćdziesięcioosobowej firmy, którą prezes z dumą nazywał „rodzinną korporacją”. Jednak z każdym dniem coraz mniej czuła, że to miejsce ma cokolwiek wspólnego z rodzinnością.

Usiadła za biurkiem, które pamiętało jeszcze początki firmy. Stosy dokumentów piętrzyły się na blacie, ekran monitora wypełniały niedokończone arkusze Excela, a w skrzynce mailowej czekało kilkadziesiąt nieprzeczytanych wiadomości. Spojrzała na grafik – trzy rozmowy. Trzy wypowiedzenia do wręczenia ludziom, którzy pracowali tu niemal od początku. Żołądek ścisnął jej się nieprzyjemnie.

* * *

Pan Mieczysław z ochrony stał pod daszkiem i palił papierosa, gdy dostrzegł światło gasnące w ostatnim biurze na piętrze. Westchnął cicho, zerkając na zegarek – późno. Jak zwykle to ona wychodziła ostatnia.

Gdy drzwi windy się otworzyły, poprawił kołnierzyk i przywitał Zofię lekkim ukłonem – od zawsze uważał, że kobiety należy traktować z szacunkiem.

– Pani Zosiu, znów jest pani ostatnia – rzucił z troską, przyglądając się jej zmęczonej twarzy.

– Taki czas, panie Mieciu. Trzeba cieszyć się, że jest praca – odpowiedziała odruchowo, ale coś w jej spojrzeniu się zmieniło, jakby nagle uświadomiła sobie, jak to zabrzmiało.

Pan Mieczysław machnął ręką, chcąc odgonić niepotrzebne skrupuły. Nie pierwszy raz widział, że zostawała po godzinach. Pochylona nad dokumentami próbowała nadgonić niekończącą się pracę. Ale jedno wiedział na pewno – pracowała więcej, niż powinna. Raptownie przypomniał sobie o deszczu, który od kilku godzin uderzał w szyby. Spojrzał na puste dłonie Zofii.

– Strasznie leje, a pani nie ma parasola – powiedział, sięgając po jeden z tych firmowych, solidnych, co to trzymały się lepiej niż niejeden prezes. – Proszę, weźmie go pani. Zarządowy, ale do jutra nikt się nie zorientuje. – Uśmiechnął się lekko, a kiedy w końcu przyjęła parasol, poczuł znajomą satysfakcję: małe rzeczy, takie jak ten gest, nadal miały znaczenie.

Deszcz zamienił ulicę w rwącą rzekę. Woda ściekała z dachów, odbijała się od chodników, spływała strugami po krawężnikach, tworząc brudne, spienione potoki. Miasto wydawało się rozmyte – jak obraz, który ktoś próbował zetrzeć z płótna mokrą dłonią. Zamszowe szpilki Zosi nasiąknęły już przy pierwszym kroku. Po kilku metrach przemokły do cna, z każdym ruchem woda chlupotała jej pod palcami, a chłód pełzł po kostkach, jakby chciał dobrać się do serca. Szła powoli, jak w zwolnionym tempie. Każdy krok był ciężki, jakby niosła nie tylko torbę na ramieniu, ale cały dzień – rozmowy, spojrzenia, wiadomości, których wolałaby nie czytać. W głowie powtarzała jak mantrę: Dam radę. A jak nie? Dam.

Nie miała wyboru.

Po śmierci Jana została z masą problemów. Brak ubezpieczenia, niespłacone kredyty – wszystko, czego nie zdążył jej powiedzieć. Została z tym zupełnie sama. Czuła, że tonie. A nie miała ani chwili, by zaczerpnąć powietrza.

Dotarła do samochodu, wsiadła i zapięła pasy, ale nie nacisnęła przycisku „start”. Oparła czoło o kierownicę, a z jej gardła wyrwał się cichy szloch.

Telefon zawibrował.

– Co tam, Stanisławie? – zapytała, wycierając wierzchem dłoni łzy.

– Kiedy będziesz? Wracam z kursu i umieram z głodu. Zamówić coś dla ciebie?

Poczuła ciepło w sercu. To były gesty, którymi ten młody człowiek okazywał jej miłość, a których nauczył się od ojczyma.

– Poproszę pad thai. Ja też padam z głodu.

Rozłączyła się i spojrzała w lusterko. Makijaż rozmazany, oczy zaczerwienione.

Uśmiechnęła się lekko.

– Jutro sobota.

Te dwa słowa miały w sobie jakąś nadzieję.

28 listopada
Mieszkanie Zofii, ul. Grottgera, Poznań

Wchodziła powoli po schodach swojej kamienicy. Nie śpieszyła się, bo wiedziała, że Stasia nie ma dziś w domu. Czekał ją kolejny samotny wieczór. Nie umiała się do tego przyzwyczaić. Do tej pory wszystkie wolne chwile – wieczory, weekendy – spędzała z Janem. Tak było od dwunastu lat. Poznali się trzy lata po tym, jak rozwiodła się z Mrozem.

Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach na samo wspomnienie pierwszego małżeństwa. Była tuż przed trzydziestką, a wszystko w jej życiu wyglądało zupełnie inaczej. Z zewnątrz – młoda mama, żona prawnika, dobre mieszkanie, stabilność. W środku rozpad, lęk i codzienna walka o zachowanie resztek siebie. Mróz – tak właśnie do niego mówiła w myślach. Nawet nie złośliwie. Po prostu to było najbardziej trafne. Mróz. W jego przypadku to nie było tylko nazwisko. Zimny, wyrachowany, ostry jak skalpel i równie niebezpieczny. Gdy się poznali, zrobił na niej niesamowite wrażenie – ciepły, czuły, inteligentny. Tuż po ślubie coś w nim się zmieniło. A może po prostu wtedy przestał udawać? Potrafił nie odzywać się do niej całymi dniami. W milczeniu, które miało ją złamać. Potrafił drwić z niej przy innych, a potem mówić, że „to przecież tylko żart”. Czasami jego złość była nagła jak burza – wybuchał, rzucał przedmiotami, trzaskał drzwiami, by zaraz potem całować ją w czoło i mówić: „Widzisz, do czego mnie doprowadzasz?”. Bała się go. Ale bardziej jeszcze bała się tego, kim się przy nim stawała. Zalęknioną, bezwolną osobą, która podskakiwała na każdy głośniejszy dźwięk, która skupiała się tylko na tym, by nie zdenerwować Pana Męża. Zaczęła szukać winy w sobie, zadręczać się, obwiniać się, że nie jest wystarczająco dobrą żoną, że nie zasługuje na takiego męża.

Gdy urodził się Staś, coś w niej pękło. Spojrzała na to małe, ciepłe ciało przy swojej piersi i zrozumiała, że musi uciec. Dla siebie. Dla niego. Żeby nie nauczył się, że miłość to strach.

Wtedy właśnie powiedziała o wszystkim rodzicom. I choć byli w dalekiej Szwecji – stali się jej opoką. Matka, wulkan energii, dzwoniła codziennie, wspierała, organizowała pomoc psychologiczną. Ojciec działał po cichu: opłacił mieszkanie, prawników, załatwił wszystko, co mógł załatwić z dystansu, i znalazł jej najlepszego prawnika w mieście. A właściwie prawniczkę. Prawdziwą tarczę o imieniu Helena, która ochroniła ją wtedy przed najgorszym. Gdy Zosia przyszła do niej z oczami pełnymi łez i wstydu, Helena powiedziała bez wahania:

– Wchodzę w to. Tylko musi mi pani zaufać.

Rozwód był koszmarem. Mróz pokazał całą swoją bezwzględność. Składał kolejne pozwy, podważał jej kompetencje jako matki, szukał słabych punktów. Próbował ją zniszczyć – prawnie, emocjonalnie, finansowo. Ale Helena była lepsza. Twarda, elokwentna, doskonale przygotowana. Znała jego ruchy, jeszcze zanim je wykonał. Rozprawy były trudne, ale w końcu zapadła decyzja o ugodzie. Mróz zgodził się na proponowane warunki. Zosia nie wnioskowała o rozwód z orzeczeniem o winie, nie ujawniła przemocy psychicznej, nie mówiła publicznie o tym, co działo się w ich czterech ścianach. W zamian – on miał zniknąć z ich życia. Bez alimentów. Bez kontaktów. Bez praw. Podpisała dokumenty drżącą ręką. Po wszystkim Helena zabrała ją na długi spacer.

– To jest twoja siła, wiesz? Że miałaś odwagę wyjść. I że nie dałaś się sprowokować. Jesteś wolna, Zosiu.

Wtedy nie czuła się wolna. Czuła się pusta. Jakby pożar przeszedł przez jej życie i zostawił tylko popiół. Teraz, po latach, wiedziała, że to był początek. Jeden z wielu, które były przed nią. Po rozwodzie, oprócz nazwiska, które zachowała ze względu na Stasia, zostało jej coś jeszcze: Helena przestała być jej adwokatem, a stała się przyjaciółką, najlepszą, jaką można sobie wymarzyć. Jej Helenką.

18 grudnia
Cmentarz Jeżycki, Poznań

Śnieg zasypał Poznań z zaskakującą intensywnością, jakby ktoś postanowił przykryć szarzyznę miasta grubą białą kołdrą. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem świeżego puchu, latarnie rzucały ciepłe, przytłumione światło na zasypane alejki, a Cmentarz Jeżycki – zwykle ponury o tej porze roku – wyglądał jak sceneria z baśni. Cichy, niemal nierealny.

Zofia z trudem przedzierała się przez zaspy między nagrobkami, które w tej śnieżnej ciszy wydawały się jeszcze bardziej ciche i zapomniane. Śnieg osiadał na jej płaszczu, we włosach, na rękawiczkach. Nie strzepywała go – nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko jedno: dotrzeć do Jana. W każdą niedzielę przychodzili razem ze Stanisławem, ale ona odwiedzała cmentarz niemal codziennie. Wiedziała, że Staś też przychodzi tu bez niej. Każde z nich potrzebowało tego czasu sam na sam.

Siadała na niewielkiej ławeczce obok grobu i mówiła do Jana, jak dawniej, gdy wracała do domu po długim dniu. Opowiadała o Stasiu, o Helenie, o dziwnej pustce, która rozlała się po jej życiu, odkąd go zabrakło. Toczyła z nim te wszystkie rozmowy, których nie zdążyli odbyć.

Dziś było inaczej niż zwykle. Cmentarz tonął w ciszy tłumionej przez śnieg, jakby świat wstrzymał oddech. Zosia odgarnęła dłonią puch z nagrobka i przykucnęła, by zapalić znicz.

– Widzisz to, Janku? – zapytała cicho. – Tyle śniegu w Poznaniu, a święta dopiero za tydzień.

Płomień świecy zadrżał; na chwilę poddał się wiatrowi, ale nie zgasł.

– Śmiałbyś się i mówił, że zima chce nam coś wynagrodzić. Może tę woniejącą zgnilizną jesień, która nie stała nawet obok złotej polskiej jesieni.

Spojrzała na zmarznięte litery imienia wyryte na płycie. Jej myśli wróciły do dnia, kiedy się poznali. Była wtedy trzydziestotrzyletnią rozwódką z trzyletnim synkiem i głową pełną strachu o przyszłość. Rozwód był już zamkniętym rozdziałem, ale rany wciąż się goiły. Zaczynała nową drogę zawodową – skończyła studia i dostała pierwszą pracę w dziale HR. Bała się, że nie podoła. Że nie będzie umiała wrócić do rytmu zawodowego życia z małym dzieckiem, bez wsparcia. Ale każdego ranka wstawała i parzyła kawę. Każdego wieczoru robiła kolację dla siebie i Stasia. Dzień po dniu odbudowywała siebie.

I wtedy pojawił się Jan.

Nie było między nimi fajerwerków. Nie było piorunów z jasnego nieba ani gromów serca, które podpowiadają: „To ten”. Ich spotkanie było… zwyczajne. Właściwie tak zwyczajne, że Zosia przez kilka dni nie potrafiła sobie przypomnieć, co dokładnie wtedy powiedział. A jednak coś w nim zostało z nią na dłużej.

Poznali się na spotkaniu rekrutacyjnym w sali, którą dobrze znała – z szarym stołem, dzbankiem z wodą i krzesłami, które zawsze skrzypiały, gdy ktoś się na nich poruszył. Jan przyszedł jako kandydat na stanowisko dyrektora do spraw operacyjnych. Przysłała go znajoma – polecała go jako osobę kompetentną, konkretną, z dużym doświadczeniem i jeszcze większym spokojem. I właśnie to uderzyło Zosię jako pierwsze. Nie CV, nie osiągnięcia. Tylko ten spokój.

Miał głos, który brzmiał jak wieczór po trudnym dniu – łagodny, ciepły, pozbawiony pośpiechu. Nie silił się na błyskotliwość. Nie próbował zrobić wrażenia. Nie przelatywał wzrokiem po ludziach, nie mijał się z ich oczami, tylko… zatrzymywał. Na niej również się skupił. Z uwagą. Bez oceniania. Rozmowa przebiegła profesjonalnie, punkt po punkcie. Potem podziękował, uścisnął dłoń i wyszedł.

Zosia zdecydowała się na innego kandydata na to stanowisko – młodszego, z doświadczeniem w start-upach, bardziej agresywnego w działaniu. Praktyczność wygrała z intuicją. Po tygodniu przyszedł mail. Krótki i konkretny. I z jakąś czułością między słowami.

_Dzień dobry,_

_Pani Zofio, nie piszę w sprawie pracy. Piszę, bo wciąż myślę o naszej rozmowie. Bardzo chciałbym zaprosić Panią na kawę. Oczywiście nie jako kandydat. Jeśli to niestosowne, proszę zignorować tę wiadomość._

Nie zignorowała.

Na pierwszej kawie milczeli z zakłopotaniem. Na drugiej – śmiali się z żartów o firmowej korpomowie. Na trzeciej – opowiedziała mu o Stasiu. Nie czuła, że musi coś ukrywać. Jan miał dar słuchania. Był jak przystań – nieoceniający, nienaciskający, po prostu obecny. Nie był porywczy. Nie zasypywał jej kwiatami ani czułymi wiadomościami, ale to nie miało znaczenia, bo zawsze mogła na niego liczyć. Gdy zachorowała na anginę i musiała zostać w domu, pojawił się z zakupami. Gdy Staś miał zapalenie ucha, zawiózł ich do przychodni i czekał pod gabinetem. Gdy Zosia miała prezentację przed zarządem, przysłał rano SMS: _Dasz radę. Nie zapomnij oddychać._

Zakochiwali się w sobie powoli, ostrożnie. Ona, bo wciąż pełna lęków. On – bo czekał, aż będzie gotowa.

Jan nie był typem, który przyciągał spojrzenia na ulicy. Nie wyróżniał się krzykliwą pewnością siebie ani sportową sylwetką. Miał czterdzieści pięć lat, był wysoki, szczupły, z lekko pochylonymi ramionami, jakby wciąż nosił niewidzialny plecak myśli. Brunet o łagodnym spojrzeniu i dłoniach, które zawsze sprawiały wrażenie trochę za dużych – jak u kogoś, kto nie do końca wie, co z nimi zrobić, kiedy nie ma przy sobie notatek, książki, filiżanki kawy. Miał też coś, czego nie da się nauczyć – umiejętność bycia w pełni obecnym. Gdy słuchał, naprawdę słuchał. A jego słowa miały wagę, nawet jeśli mówił o czymś błahym.

Pamiętała dokładnie pierwszy raz, kiedy Staś przytulił się do niego. Była sobota, późna wiosna. Wybrali się razem do Parku Wilsona z koszem piknikowym, kocem i książką o dinozaurach, którą Staś z dumą wrzucił do torby jako obowiązkowy punkt programu. Słońce przeświecało przez liście jak przez witraż, a trawa była jeszcze mokra po porannej rosie.

Leżała na kocu z zamkniętymi oczami, udając, że drzemie, choć tak naprawdę słuchała ich obu. Jan – spokojny i nienachalny – opowiadał o triceratopsach i diplodokach, robiąc pauzy na pytania Stasia. A potem nagle zapadła cisza. Otworzyła oczy i zobaczyła, jak Staś wtula się w niego bokiem, z policzkiem opartym o jego ramię. Jan nie poruszył się ani o milimetr, tylko uniósł lekko kąciki ust. I tak zostali, a ona pomyślała wtedy: to może być nasze życie.

Po pół roku znajomości – nie obchodzili wtedy żadnej konkretnej rocznicy – przyszedł do jej mieszkania z małym, niepozornym kaktusem w glinianym naczyniu. Ustawił go na parapecie w kuchni i powiedział z zupełną powagą:

– Tylko go nie przelewaj. Rośliny lubią, jak się daje im przestrzeń, ale nie zapomina, że są.

Na pierwszy rzut oka brzmiało to jak coś z poradnika ogrodniczego. Ale ona wiedziała. To był jego sposób, by powiedzieć: zostaję. Bez deklaracji niczym z filmu romantycznego. Po prostu: jestem i chcę tu być.

Patrzyła na ten kaktus później wiele razy. W pochmurne poranki, przy robieniu kawy, w ciszy między jednym obowiązkiem a drugim. I za każdym razem czuła, że dom już nie jest tylko jej. Że pojawiło się „my”, które rośnie – powoli, niepozornie, ale mocno. Po roku wprowadzili się do wspólnego mieszkania. Po dwóch się pobrali. Została Zofią Mróz-Potocką. Dwojga nazwisk po dwóch mężach. Jak Pawlikowska-Jasnorzewska.

Zosia przymknęła oczy. Tak bardzo za nim tęskniła. Za jego ramieniem, spokojem, jego herbatą z anyżem, której nie cierpiała, a którą zawsze parzył. Za tym, że stanowił dla niej dom.

Ale Jan, choć był dobrym człowiekiem, czułym mężem i obecnym ojczymem – nie radził sobie ze sprawami finansowymi. Okazało się to jego piętą achillesową, czymś, co długo udawało się ukrywać pod płaszczem spokoju i opanowania. Mimo politechnicznego wykształcenia miał duszę marzyciela, który wierzył, że wszystko jakoś się ułoży, jeśli tylko włoży się serce, zaryzykuje i będzie się działać z pasją. Inwestował w lokalne inicjatywy, małe biznesy, które miały być „następnym wielkim krokiem”. Niestety większość z nich kończyła się stratą.

Zosia nie wiedziała wszystkiego. Jan z miłości potrafił przemilczeć trudną prawdę. Nie chciał jej martwić, więc część decyzji podejmował sam – zbyt samodzielnie. Po jego śmierci, gdy opadł pierwszy kurz żałoby, zaczęły wychodzić na jaw szczegóły: ponaglające pisma z banku, zaległe raty, umowy, które widziała pierwszy raz w życiu. Nie były to wielkie kwoty, ale ich spłata znacznie uszczupliła oszczędności, które odkładała na studia Stasia. Najboleśniejsze było to jedno pismo z firmy ubezpieczeniowej. Wyszło na jaw, że Jan kilka miesięcy przed śmiercią, w milczeniu i bez słowa wyjaśnienia, zlikwidował polisę na życie. Potrzebował środków na „ostatnią próbę” – nowy projekt, spółkę, która, jak pisał w notatkach, „tym razem naprawdę ma potencjał”. Zosia się nie dowiedziała, co dokładnie miał na myśli, bo projekt nigdy nie ruszył, a pieniądze zniknęły. Nawet nie miała do niego pretensji. Nie potrafiła, bo znała jego intencje. Wiedziała, że chciał dobrze, tylko inaczej rozumiał bezpieczeństwo. Mimo wszystko ten ślad pozostał jak zadra – nie dlatego, że zawiódł, ale dlatego, że nie zaufał jej na tyle, by powiedzieć prawdę. A może to ona nie nauczyła się słuchać tego, czego nie mówił?

Otarła łzę z policzka i spojrzała na niebo.

– Och, Janku – szepnęła.

Śnieg nadal padał, osiadał na jej ramionach, topniał na twarzy, mieszając się z łzami. Było zimno, ale nie czuła chłodu. Tylko tęsknotę.

Wibracja telefonu wyrwała ją z zamyślenia. Wsunęła dłoń do kieszeni. Na ekranie zobaczyła uśmiechniętą, opaloną Helenę na tle egzotycznej plaży – zdjęcie z jednego z licznych wyjazdów przyjaciółki.

Stara Rzeźnia Office Center, Poznań

Helena miała w sobie ten rodzaj elegancji, który nie potrzebował krzykliwych ozdób ani metek. Wystarczyło, że weszła do pomieszczenia, a ludzie milkli, nie do końca wiedząc, czy czują przed nią respekt, czy pożądają jej towarzystwa. Była świetną, bezlitosną i skuteczną prawniczką. W sądzie potrafiła zamienić argumenty przeciwników w pył, a jej cięty język był równie groźny, co zawodowe kompetencje. Nie można jej było zastraszyć ani zmanipulować. Była specjalistką od trudnych rozwodów. I singielką z wyboru, bo nikt nie miał dość mocnych nerwów, żeby dotrzymać jej kroku, a ona nie miała cierpliwości do przeciętności. Przynajmniej tak to sobie z czasem zaczęła tłumaczyć.

Nie była piękna w ten oczywisty, banalny sposób. Jej uroda miała w sobie coś z kontrastu, prowokacji: ostre rysy twarzy, wysokie kości policzkowe, magnetyczne spojrzenie, które potrafiło rozbroić i onieśmielić. Naturalnie kręcone ciemne włosy w letnim świetle potrafiły żyć własnym życiem, ale w pracy zawsze były ujarzmione w nienaganny kok. W zawodowej wersji siebie była perfekcyjna. Po pracy stawała się żywiołem. Nosiła szyte na miarę garnitury, ale równie dobrze wyglądała w dżinsach i swetrze. Niezależnie od okoliczności niemal zawsze chodziła w wysokich szpilkach. Wyglądała świetnie jak na swoje pięćdziesiąt siedem lat. A jeśli życie było grą, nie zamierzała jej przegrać. Nawet jeśli zasady były cholernie niesprawiedliwe. Tak jak w przypadku Zosi.

Helena spojrzała przez przeszkloną ścianę swojego gabinetu na siódmym piętrze Starej Rzeźni przemienionej w prestiżowe centrum biznesowe, słuchając właśnie trzeciego sygnału, gdy wreszcie usłyszała głos Zosi.

– Cześć, co tam, Helenko?

– Słabo cię słyszę… Gdzie jesteś?

– U Jana. Ale już wracam do domu.

– W taką pogodę poszłaś na cmentarz? Dorosła kobieta, a jak dziecko… – Helena przewróciła oczami, po czym dodała bezceremonialnie: – Nieważne. Dzwonię w innej sprawie. Wiesz, że wyjeżdżam na święta na Gomerę, ale chciałabym się z wami jeszcze zobaczyć. Może kolacja u mnie w środę? Staś zdąży na osiemnastą?

– Tak, w środę ma wolne popołudnie, będziemy.

– Świetnie, w takim razie do zobaczenia. Muszę kończyć, właśnie przyszła klientka.

Zosia powoli wstała z ławeczki przy grobie Jana, czując, jak zimno przenika jej zdrętwiałe nogi.

– Staś się ucieszy – szepnęła. – Lubi Helenę, świetnie się dogadują. – Spojrzała na nagrobek. – Janku… Niecały tydzień do świąt. Pierwszych bez ciebie. – Przymknęła powieki, biorąc głęboki oddech. – Nie przyjdę w Wigilię. Wylatujemy w piątek do rodziców. Ale będę o tobie myśleć.

Śnieg padał coraz gęściej, zasypując ślady jej stóp, jakby chciał je zatrzeć.

20 grudnia
Apartament Heleny, Poznań, Winogrady

Mieszkanie Heleny na Winogradach nie pozostawiało złudzeń – królowała tu właścicielka, a każdy szczegół wnętrza mówił jasno, że to osoba z charakterem, gustem i temperamentem. Surowe betonowe ściany łączyły się tu z mosiężnymi uchwytami, grafiki młodych artystów współgrały z ciężkimi, bordowymi zasłonami, a między nimi – jak ostatni świadek innej epoki – tykał zabytkowy zegar. Wysokie okna wpuszczały mleczne, zimowe światło, rozlewające się po książkach, włoskich plakatach i zdjęciach w ramkach. Dom pachniał jak zawsze: herbatą, lawendą i… Heleną.

Gdy Zosia i Staś weszli do środka, uderzyła ich fala zapachów: pieczony czosnek, kardamon, rozmaryn, warzywa z piekarnika i delikatna nuta czegoś jeszcze – może drzewa sandałowego. Helena już czekała, oparta o kuchenny blat, z kieliszkiem szampana w dłoni ozdobionej paznokciami w kolorze dojrzałego wina. Pomachała energicznie na powitanie.

– Witajcie, moi ulubieni rozbitkowie cywilizacji! – zawołała z teatralnym rozmachem.

Jej śmiech miał w sobie coś ze śmiechu Meryl Streep w filmie _Diabeł ubiera się u Prady_, tylko brzmiał bardziej swojsko. Ubrana w kaszmirową sukienkę w kolorze oberżyny, z kolczykami w kształcie półksiężyców, wyglądała jak ambasadorka nieformalnej dyplomacji stylu. Okulary zsunęły jej się na czubek nosa, spoglądała spod nich z rozbawieniem.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_

1 Myslovitz, _Długość dźwięku samotności,_ sł. i muz. Myslovitz.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij