Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wszystko na jedna kartę - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 grudnia 2025
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

Wszystko na jedna kartę - ebook

Ojciec hazardzista zmuszał Jessie i jej siostrę do gry w pokera. Gdy Jessie kończy osiemnaście lat, chce z tym skończyć. Rozgrywa swoją ostatnią partię, w której przeciwnikiem jest szkocki książę Ewan Kincaid, przystojny tak bardzo, że mąci jej umysł. Mimo to Jessie wygrywa grę. Stawką jest jego arystokratyczny tytuł i zamek w Szkocji, ale Jessie nie docieka, dlaczego Ewan pozbywa się swojego dziedzictwa. Dla niej ta wygrana oznacza nowe życie. Nie potrafi też odmówić sobie nocy z Ewanem, przekonana, że nigdy więcej się nie spotkają…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2331-0
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jessie Hargreave dorastała w mocnym przekonaniu, że ludzie dzielą się tylko na dwie kategorie: przerażających i tych, którzy są przerażeni.

Wychowana wraz z siostrą przez narcystycznego i okrutnego miliardera, będącego przy tym władcą kryminalnego imperium, Jessie nauczyła się, że nie warto przywiązywać większej wagi do cudzych potrzeb i uczuć, a w życiu liczy się tylko to, czego się pragnie – i to, co można wyłuskać i zdobyć siłą i manipulacją.

Jej miękka, płochliwa mama nie zdołała nigdy przeciwstawić się mężowi, a ostatecznie odeszła gdzieś, gdzie trawa wydawała się zieleńsza, a mężczyźni łatwiejsi i bogatsi – tam, gdzie nie wymagano od niej zbyt dużo w zamian za życie w luksusie. Porzuciła Jessie i jej siostrę i nigdy nie obejrzała się wstecz.

– Teraz jestem przerażona, a nie przerażam. – Pamiętała wciąż płaczliwy szept swojej siostry Maren, gdy ta zakradła się do jej pokoju tej nocą, kiedy matka opuściła ich dom. Biedna mała Maren miała równie dziwaczny umysł jak Jessie, ale była mniej skupiona na faktach i cyfrach, a łatwiej przychodziło jej czytanie ludzkich słabości i emocji. Była w tym tak dobra, że czasem ją to przytłaczało.

Jessie czuła instynktowną potrzebę chronienia swojej słodkiej młodszej siostrzyczki i to obrała za swój najwyższy życiowy cel. Oddałaby za nią życie, choć przy ich zdolnościach umysłowych byłoby to zbędnie dramatyczne posunięcie. Były na tyle światłe, by rozwiązywać swoje problemy za pomocą intelektu, a nie desperackich decyzji.

– Musi istnieć jakaś trzecia opcja – rzuciła tak pragmatycznie, że natychmiast sama uwierzyła we własne słowa.

– Jaka, Jessie?

– Nie wiem. Coś wymyślę.

To właśnie zrobiła. Obie zrobiły. Przestały funkcjonować na czarno-białym spektrum przerażenia i przerażania, a w zamian zaczęły tańczyć po skali szarości, gdzieś pomiędzy ekstremami. Z czasem wyrosły na oportunistki wykorzystujące słabości ludzi, którzy wierzyli, że mogą je stłamsić i przestraszyć.

Jessie nie uważała się za żadnego Robin Hooda – głównie dlatego, że zatrzymała się na samym okradaniu bogatych. Nie rwała się do rozdawania niczego biednym, chyba że za potrzebującą uznałaby samą siebie. Przez długi czas była to nawet prawda, choć te czasy dawno już minęły.

Ani Jessie, ani Maren nie były biedne, ale zawdzięczały to jedynie własnej skutecznej pracy.

Spędziły ostatnie trzy lata, podróżując po świecie, grając w kasynach i na prywatnych rozgrywkach pokerowych, zbierając bogactwa, uprawiając mocny hazard i zmieniając wygrane w jeszcze większe pieniądze.

Dziś czekała je ostatnia gra.

Od ojca nie nauczyła się wiele poza jedną lekcją: jaką osobą się nie stać.

Gdy miały dwanaście lat, Jessie wraz z Maren postanowiły, że nie zostaną jedynie trybikiem w mechanizmie gier ukartowanych przez ich ojca, ale przed podjęciem jakiejkolwiek próby ucieczki musiały wypracować sobie jasną ścieżkę i solidny plan. Ich ojciec był taki sam jak one – nic mu nie umykało. Miały zatem tylko jedną szansę i wszystko musiało pójść perfekcyjnie. Musiały uzyskać dokumenty, których ojciec nigdy im nie zapewnił, akty urodzenia – rzecz jasna sfałszowane – a potem rozważyć, gdzie mogłyby się dalej podziać.

Wszystkie przemycone rzeczy schowały pod deskami podłogi w sypialni w domu ojca, by czekały, aż ułożą pełny plan.

Ojciec wykorzystywał zwykle ich zdolności przy rozbijaniu systemów bankowych – to był jego konik. Miał koszmarne ilości pieniędzy i zarabiał ich jeszcze więcej, pożyczając je na lichwę ludziom, którzy popadali następnie w jeszcze większe długi. Wówczas wykorzystywał ich do własnych celów.

Jessie wciąż pamiętała, jak ojciec kazał jej wyciągnąć wszystkie informacje od jakiegoś starszego mężczyzny na stacji kolejowej. Obcy mężczyzna zatroszczył się o nią, gdy zaczepiła go z prośbą o pomoc, udając, że zgubiła się na peronie kolejowym.

– Nazywa się Marcus – powiedziała potem ojcu. – Ma wnuczkę o imieniu Eloise, którą bardzo kocha. Dziewczynka mieszka z rodzicami w Londynie.

Gdyby tylko wiedziała, jak ojciec wykorzysta te informacje…

Czasem wciąż nawiedzały ją te obrazy. Każdy z nich. Więc zrobiła to, co zawsze – korzystała z wyjątkowych właściwości swojego mózgu, by łatwo rozwiązać problem.

Idea była prosta: musiała opanować emocje i wejść do ogromnego pomieszczenia istniejącego tylko w jej umyśle. Było przestronne, a wszystkie ściany wypełniały szafki z milionami szuflad i folderów, w których kryły się dane i wspomnienia. Następnie wyobrażała sobie tasiemkę z miękkiego niebieskiego jedwabiu – to właśnie ona stanowiła połączenie między jej uczuciami a myślami. Gdy połączenie było wyraźne, wystarczyło wyciągnąć parę lśniących nożyczek i przeciąć wstążkę, by raz na zawsze odciąć się od niewygodnych emocji.

Uczucia nie były jej do niczego potrzebne.

Wraz z Maren uciekły z domu dobre pięć lat temu. Miała wówczas osiemnaście lat, siostra siedemnaście. Znalazły tamtego dnia całkiem nowy cel w życiu, ale emocje nie miały z nim nic wspólnego. Wręcz przeciwnie.

Nie zamierzały być więcej zastraszone. Nie zamierzały być biedne. Już nigdy nie miały znaleźć się w sytuacji zagrożenia. Wykorzystały każdy zasób, jaki miały, by zapewnić sobie bezpieczeństwo i wygrać dzięki kartom takie życie, jakiego naprawdę pragnęły.

Zadecydowały również, że w pewnym momencie musi nastąpić definitywny koniec. Maczając palce w mętnej wodzie kradzieży i oszustw, łatwo się zatracić. Zatonąć. Z czasem moralność się rozpuszcza, brak wstrzemięźliwości rodzi ludzi takich jak ich ojciec. One nie zamierzały do tego dopuścić. Rozumiały, gdzie leżą granice.

A zatem tak – to miał być ostatni pokaz.

Pierwsza rozgrywka okazała się szokująco prosta, głównie dzięki temu, że były w towarzystwie całkiem nowe, młode, a do tego były kobietami – w dodatku pięknymi.

To śmiałe przekonanie nie wynikało wbrew pozorom z zadufania – piękno to bowiem formuła, nic więcej jak dobrze dobrana sukienka i jaskrawy makijaż. W pokerowych kręgach uroda to coś, co się zakłada i zdejmuje jak kostium. Nikt nie przyglądał się naprawdę rysom jej twarzy, wpatrywano się tylko w czerwone usta i odsłonięty dekolt. Koniec historii.

Rzeczonemu dekoltowi zawdzięczała zresztą to, z jaką łatwością nie doceniali jej inni gracze – mężczyźni lubili wierzyć, że są mądrzejsi i lepsi, że czytają z ludzi jak z książki, bo widząc kawałek ciała, stwierdzali, że dziewczyny takie jak Jessie nie mają nic więcej do ukrycia.

Wykorzystywała tę naiwność, ale nie czuła się z tego powodu winna. Jeśli grasz, możesz przegrać. A jeśli już na wejściu ignorujesz potencjał przeciwnika z błahych powodów – jesteś zwykłym głupcem.

Jessie wierzyła, że jest nuta prawdy w stwierdzeniu, że głupiec szybko rozstaje się ze swoimi pieniędzmi, a jeśli to ona miała być przyczyną tego przykrego rozstania, to tylko lepiej, szczególnie kiedy fundusze trafiały prosto do jej kieszeni.

Zadecydowały jednak wraz z Maren, że należy jasno ustalić limit.

Zdobycie zaproszenia na tę ekskluzywną rozgrywkę pokera było misją samą w sobie – głównie dlatego, że zwykle starały się nie rzucać za bardzo w oczy. To był ważny element ich taktyki. Pracowały ciężko nad tym, by przemknąć pod radarem, umknąć uwadze publiki, a przede wszystkich ich ojca. Pchanie się dobrowolnie na celownik i pierwsze strony gazet byłoby skończoną głupotą.

Młode kobiety wygrywające ogromne kwoty na pokerowych rozgrywkach mogłyby stać się łatwą sensacją, gdyby nie skupiały się na kameralnych, prywatnych spotkaniach, grach w otoczeniu członków rodzin królewskich, polityków, kryminalistów – ludzi, którzy niechętnie zwracali uwagę obcych na swoje niezdrowe nawyki.

W tych warunkach nie musiały nawet bawić się w przebieranki – wystarczyło zmienić czasem kolor włosów i fryzurę, wybrać inny styl makijażu. Starały się również nie grywać dwa razy w tym samym towarzystwie.

Dziś było jednak inaczej. Dzisiejsze wydarzenie było jednym z bardziej oficjalnych – dlatego miało być ostatnim przystankiem. Jeśli zdołają wygrać, będzie to ich największa jak dotąd wypłata, która w końcu pozwoli im zamknąć najciemniejszy rozdział życia. Dostaną szansę, by zacząć na nowo. Po swojemu.

To Maren zwęszyła tę grę. Sekretne pokerowe posiedzenie odbywało się w starym dworku na angielskiej wsi. Wstęp jedynie z zaproszeniem.

Specjalną bronią Maren była jej delikatność. Była urocza i śliczna, miała duże okrągłe oczy, które zawsze kryły cień smutku. Mężczyźni uwielbiają takie zranione ptaszki, więc Maren wzdychała i słuchała ich uważnie, a oni w zamian za uwagę byli gotowi dać jej wszystko.

O grze dowiedziała się, pracując w luksusowym klubie nocnym. Właśnie tylko na rzecz takich informacji podjęła się tej pracy – ciężko by było bowiem powiedzieć, żeby ona lub Jessie kiedykolwiek uczciwie zapracowały na dniówkę. Uczciwa praca nie popłacała.

Maren świetnie sprawdziła się jednak jako zbieraczka informacji. Doskonale grała głupiutką – ale to przecież nie jej wina, że dla wielu kobiecość jest czymś umniejszającym. Maren umiała ten fakt zgrabnie wykorzystać i stać się słodką owieczką, którą ktoś dobrotliwie poprowadził prosto na ekskluzywne pokerowe wydarzenie.

Dzięki pamięci fotograficznej z łatwością odtworzyła dokładny układ zaproszenia, które pokazał jej jeden z klientów. Następnie dowiedziały się, w jaki sposób rozsyłane będą zaproszenia i czy podrobienie jednego jest w ogóle możliwe.

Ostatecznie Jessie skontaktowała się z asystentką organizatora spotkania i przekonała ją, by przesłała zaproszenie aliasom jej i jej siostry, twierdząc, że to wujek opowiedział im o grze. Rzecz jasna miały na podorędziu wszystkie dane rzeczonego wujka. W tym numer seryjny jego biletu.

Dalej poszło już z górki, a dziś wchodziła na salony, wygładzając srebrną sukienkę, która zalśniła na jej krągłościach jak płynny metal. Maren prezentowała się dziś w złocie, które pięknie uzupełniało rudość peruki zakrywającej jej naturalny, cynamonowy odcień.

Nie chciały pokazywać wszem i wobec, że są siostrami, dla tego Jessie swoje naturalne ciemnobrązowe włosy ufarbowała dziś na kruczą czerń. Do tego zamierzały grać w różnych salach, przy różnych stołach. Konkurowanie ze sobą mijało się z celem. Jessie już zresztą wiedziała, kogo ma zamiar dziś ograć.

Ewana Kincaida. Księcia Kilmorack.

Książę – to tak staroświeckie, że aż komiczne, szczególnie że ostatnie lata spędził na trwonieniu swojego bogactwa przy każdym dostępnym stole do pokera, bezczeszcząc dobre imię swojej rodziny i własny tytuł. Wygrał też, co prawda, sporo pieniędzy i przez wielu był uważany za jednego z najlepszych graczy w konkursach o wysoką stawkę. Wciąż był jednak przeklętym kobieciarzem, hedonistą i niepohamowanym hazardzistą.

A przy tym był to najpiękniejszy mężczyzna, jakiego Jessie w życiu widziała.

Starała się o nim nie myśleć, ale Bóg jeden wiedział, że nie umiała się powstrzymać, od kiedy po raz pierwszy zobaczyła go na żywo. Rozpoznała go ze zdjęć w kasynie sprzed czternastu miesięcy, bo też nie dało się go pomylić z nikim innym – nie spodziewała się jednak, jak ją uderzy jego widok. Teraz nie umiała o nim zapomnieć.

Stał w głównej sali kasyna, nie w jednym z kameralnych pokoi, ale na samym środku, bo uwielbiał robić przedstawienie. Ona nie, więc przemykała tamtej nocy pod ścianami, szukając ustronnego stołu, przy których gra toczyła się o wysoką stawkę.

Wtedy ujrzała go pierwszy raz.

O głowę przewyższał resztę osób w pomieszczeniu, wyglądał magicznie w opinającym czarnym garniturze, podkreślającym szerokie ramiona i wąską talię. Kompletnie rozniósł wtedy jej zmysły i pragnienie bycia czymś, czego od lat się bała.

Czuła się bezecna.

Ich spojrzenia się zderzyły. Nie było na to innego słowa. W tej chwili poczuła, jak wstążeczka jej fantazji kompletnie się rozluźnia, jak delikatny jedwab jej myśli rozciąga się w nieznanych wcześniej kierunkach. Pragnienia płynęły przez nią jak narastająca symfonia prowadząca do wybuchu. Opętały ją wizje jego dłoni na jej ciele, myśl o silnych ramionach bez tej zgrabnej marynarki…

Od tamtej pory kompletnie pochłonął jej myśli.

Zobaczyła go ponownie miesiąc później, w Monako, choć jedynie z oddali. Zrobiła wszystko, co było w jej mocy, byle zachować bezpieczny dystans. Gapiła się na niego z wysokiego balkonu i uciekła, gdy tylko się odwrócił.

A potem było Capri. Tam siedziała w pokoju pełnym grubych ryb, wygrywała. Pojawił się jakby znikąd i zajął miejsce przy sąsiednim stole. Dostrzegł ją.

Gdy poszła odebrać swoją wygraną, ruszył za nią.

– Ja cię znam.

To był zaledwie moment. Została zauważona. W tej chwili zdawało się, jakby jedna z jej rozciętych niebieskich wstążeczek związała się na nowo. Serce zadrżało, gdy wróciło jedno z niechcianych uczuć, które nie miało prawa powrócić.

– Nie znasz. Jestem nikim.

– Byłaś kilka miesięcy temu w Las Vegas.

– Nigdy nie byłam w Vegas.

Kłamała. Urodziła się w Reno, w Nevadzie. Była w Vegas więcej razy, niż zdołałaby zliczyć, choć w tej chwili z trudem zmuszała się do myślenia, całkowicie zahipnotyzowana jego oczami. Były niebieskie, ale migotała w nich zieleń. Z drugiej strony jakby złoto…

– Kłamczucha.

– Pomyliłeś mnie z kimś.

– Niemożliwe. Nigdy się nie mylę.

Wtedy jej dotknął. Musnął opuszkami jej nagie ramię.

– Muszę iść, mam nagrodę do odebrania – powiedziała.

– Nie mam nic przeciwko, żeby stać się częścią twojego pakietu gratulacyjnego.

Uśmiechnął się, a jej serce zaczęło bić tak mocno, że zakręciło jej się w głowie.

– Nie dzisiaj.

Wtedy znów uciekła.

Była przerażona.

Obiecała sobie, że więcej do tego nie dopuści. Dlatego postanowiła, że tej nocy to ona podbije jego. Zemści się za to, że zalazł jej za skórę. Pokona go w jego własnej grze.

Rzecz jasna, w międzyczasie ani słowem nie wspomniała siostrze o jego urodzie ani o tym, co o nim myśli. Miały rygorystyczne zasady, gdy chodziło o mężczyzn. Zasady, które w tej chwili lekko naginała i była tego boleśnie świadoma.

Wiedziała, że musiała zacząć od niskich stawek przy jednym z okrągłych stołów, gdzie prawdopodobieństwo trafienia na niego było przytłaczająco niskie. Prawdę mówiąc, nie była nawet pewna, czy mogła liczyć na to, by zagrać w jego kręgach. Niemniej jednak chętnie by spróbowała…

Na samą myśl o znalezieniu się blisko niego jej ciało topniało.

Przeszła przez posiadłość, zgarniając w drodze kieliszek szampana. Mogła pozwolić sobie na trzy łyki; resztę wieczoru miała jedynie udawać, że popija. Nauczyła się już jednak, jak ważne jest wtapianie się w otoczenie. Tutaj stanowiły je narcystyczne osobowości. Bez wyjątków. Wszyscy ludzie są mniej lub bardziej narcystyczni. Wszystkich interesuje przede wszystkim nie to, co robią inni, ale jak sami wypadają na tle reszty. Najważniejszą społeczną zasadą jest, by nie kwestionować cudzych wyborów. Decyzja o abstynencji w tak hedonistycznym towarzystwie smakowałoby niemal krytyką. Nie zamierzała sobie na to pozwolić.

Kryło się w tym też pewne błogosławieństwo – im więcej Jessie udawała, że pije, tym chętniej pili też ludzie dookoła, a dobrze było przytępić zmysły przeciwników odrobiną alkoholu. Nie żeby naprawdę tego potrzebowała. Wygrałaby, nawet gdyby wszyscy byli w najlepszej formie. Nie chciała jedynie, by zauważyli, jak to zrobiła. Z jaką łatwością jej to przychodziło. Dlatego też zawsze celowo przegrywała kilka rund, by zmącić wodę.

Przysunęła się do kelnera. Nie do dziewczyny i nie do jednego z heteroseksualnych facetów. Dobrze wiedziała, z kim rozmawiać. Z kimś, kto nie czuł się zagrożony jej urodą, a jednocześnie nie pragnął jej dla siebie.

– Wiem, że nie powinnam pytać, ale nie wiesz może, przy którym stole gra Ewan Kincaid?

Mężczyzna spojrzał na nią i uniósł brwi.

– Skoro wiesz, że nie powinnaś, to czemu to robisz?

– Przepraszam… – Postarała się przyjąć postawę spłoszonego podlotka. – Trochę się w nim podkochuję i chciałabym przynajmniej na chwilę usiąść z nim przy jednym stole. Nie jestem zbyt dobra, prawdę mówiąc, przyszłam tylko po to, żeby… no wiesz…

Uśmiech kelnera przybrał przekorny wyraz.

– Liczysz, że ci się poszczęści, co?

– Zdecydowanie – odparła z uśmiechem.

Nie w sposób, jaki sugerował, ale owszem, liczyła, że fortuna się dziś do niej uśmiechnie.

– Umieszczono go w zachodnim skrzydle, grają na nieziemsko wysokie stawki. Ach, ten facet jest…

– Totalnie gorący, nie? Pieniądze nie grają tu roli. Mogę wykupić sobie miejsce w każdym z tych pokoi. W końcu mnie zaproszono.

– I chcesz przepuścić tyle pieniędzy za noc w jego łóżku?

– Słyszałam, że warto.

– Zdecydowanie tak wygląda, ale wiesz… On chętnie świadczy takie przysługi za darmo.

– Nikt nie rozdaje niczego dobrego – podkreśliła to słowo – za darmo.

– Też prawda.

Delikatnie dotknęła dłonią przedramienia chłopaka.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję.

Odeszła od niego niezgrabnie; ciasna sukienka nie pozwalała na wykonywanie długich kroków.

Nie znajdowała się w zachodnim skrzydle, ale udało jej się wemknąć przez prowadzące doń drzwi i zdobyć dla siebie miejsce – wszystko dzięki wyuczonym chichotom i graniu roli dziewczyny kompletnie obezwładnionej urodą Ewana.

Poczuła mrowienie w palcach. Nigdy nie czuła się tak żywa. Była w tym doskonała.

Tylko co z tego, skoro zaraz będzie po wszystkim?

Ostatni wieczór. Koniec. _Finito_. Tak ustaliły z siostrą.

Jeśli dziś wygra, to wygra całą tę grę. Musiała sobie to przypominać. Na końcu czekało ją całkiem nowe życie. Niewiarygodne ilości pieniędzy, których już nigdy nie przeznaczy na hazard. Planowały ten wieczór od dwóch lat: wygrywały i inwestowały. Stawiały jeszcze więcej, znów wygrywały… I tak w kółko. Kupowały odpowiednie ubrania, płaciły za dostęp, by znaleźć się tam, gdzie najbardziej się opłacało. Dbały o to, by zawsze mieć pod ręką kwotę, która umożliwiała im wejście do kolejnej gry.

Tylko to jest właśnie problem z hazardem – przypominała jej czasem Maren – w pewnym momencie trzeba przestać i odejść. Szczególnie gdy uprawia się hazard w taki sposób jak one.

Ich ojciec był geniuszem. Mógł użyć swojego mózgu do wszystkiego, gdyby nie był stuprocentowym socjopatą uwielbiającym testować ludzi. Taką miał naturę, że potrzebował tego do życia – choć był zdolniejszy od wszystkich dookoła, czuł wiecznie nienasyconą potrzebę udowadniania własnej wyższości.

Nie była taka jak on. Owszem, satysfakcjonowało ją wygrywanie, ale nie była od tego uzależniona. Chciała jedynie swobody i komfortowego, normalnego życia jako wolna kobieta. I choć czuła lekkie ukłucie żalu na myśl, że to koniec ekscytacji, pogoni za wygraną, to… Cóż. Nie było sensu się nad tym rozwodzić.

Tutejsza gra nie miała żadnego dobroczynnego celu – ludzie grali, bo mogli i mieli pieniądze do roztrwonienia, czego doskonałym przykładem był sam Ewan Kincaid. Nosił stare, szanowane nazwisko i regularnie wycierał nim podłogę. Specjalizował się w rozpuście: barach, jachtach i ekskluzywnych klubach, gdzie najbogatsi mogli spełnić swoje najbrudniejsze fantazje. Wszystko, co robił, było rysą na honorze rodu.

Gdyby Jessie pochodziła z takiej rodziny, traktowałaby to z szacunkiem; on za to nie umiał dobrze potraktować nawet własnych pieniędzy, którymi wymachiwał teraz i rozdawał jeszcze chętniej niż własnego penisa. Bez sekundy zwątpienia.

Przypominała sobie o tym podłym fakcie za każdym razem, gdy jego twarz ukazywała się w jej głowie. Był zużyty – nie powinien jej ekscytować.

Tak samo jak hazard.

A jednak ją to ekscytowało. To nieznośne.

Usiadła przy przydzielonym stole i uśmiechnęła się do mężczyzn dookoła. Ewan nie był jednym z nich – musiał zostać usadowiony gdzieś indziej, ale to nie miało znaczenia. Wszystko poszło idealnie. Otwierała grę przy stole pełnym siwych facetów, którzy w te kilka krótkich sekund zdołali niewątpliwie założyć, że jest młodsza i przynajmniej dwa razy głupsza, niż naprawdę była.

Wchodziła w tę rolę, chichocząc i wykonując dziecinne ruchy.

Mężczyźni to uwielbiali – kobietę, która zachowywała się jak dziewczynka, ale miała przy tym duże cycki. A choć wraz z siostrą odziedziczyły głowę po ojcu, ciała miały po matce; biorąc pod uwagę jej brak moralnego kręgosłupa, powinny być wdzięczne, że dostały po niej przynajmniej znakomitą sylwetkę. Te zasoby zdecydowanie ułatwiały przekręty.

Pierwsze rozdanie przegrała celowo, a potem wygrywała już bez przerwy przez dwie kolejne gry, przechodząc dzięki temu do kolejnego stołu. Tam też wemknęła się jak rekin i szybko pozjadała płotki.

Było w tym wszystkim tak cholernie dużo pieniędzy…

W końcu w pokoju został już tylko jeden stół do ogrania. Gdy przy nim usiadła, poczuła, jakby cały świat stanął na głowie.

Bo oto był.

Żadna ilość nagłówków i relacji prasowych, nagranych w tajemnicy filmików rozprowadzanych po sieci, gdy tańczył w klubach, obłapiając kobiety – nic nie było w stanie przygotować jej na potęgę jego obecności w prawdziwym życiu.

Niczego nie przekręciła w pamięci, ale wspomnienia nie zdołały pomieścić tego, że jego seksapil godny był dzieła sztuki – choć niby to było oczywiste. Z tym jednak, że nieruchomy obraz nie ująłby całego jego… magnetyzmu.

Ciemnobrązowe włosy odgarnięte z czoła kryły pojedyncze siwe kosmyki tuż przy skroni, które dodawały mu odrobiny wyrafinowania. Jego oczy pogłębiały to wrażenie, a jednocześnie miały w sobie coś dzikiego. Kryły się w nich obietnice, które doprowadzały ją do wrzenia.

Linie wokół jego oczu układały się w siateczki uśmiechów dzielonych z niezliczonymi kochankami. Zadrżała. Nie poruszył się nawet, a ona, choć tak bardzo próbowała pozostać równie niewzruszona, ugięła się. Zwykle miała umysł ze stali, pamiętała wszystko, jej umysł był wiecznie aktywny, pełen wiedzy i pomysłów. Musiało tak być, skoro podczas gry zapamiętywała każdy najmniejszy szczegół. Jej zdolności obserwacji były niedoścignione, a dzięki umiejętności natychmiastowego przetwarzania obrazów zawsze pozostawała o krok przed konkurencją.

Ale w tej chwili odjęło jej dech. Nie miała w głowie niczego poza nim. Nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji.

– Hej – powiedział z mocnym szkockim akcentem, który rozgrzewał ją tak samo jak za pierwszym razem, gdy go usłyszała.

Rozpoznał ją – od razu to zauważyła – ale udała znów głupiutką.

– Cześć – odpowiedziała, pozwalając sobie na rumieniec. Nic prostszego.

Szczególnie, gdy właśnie wiodła wzrokiem po jego twarzy. Zapamiętała każdy detal za pierwszym razem; w końcu taki miała styl. Miała w głowie mapę każdego centymetra kwadratowego, każdy jego fragment.

I teraz zrobiła to ponownie. Zmapowała go raz jeszcze, tak jakby robiła to pierwszy raz.

Zielony błysk w lewym oku, złoty w prawym. Lekkie zagłębienie na górnej wardze. Ale to nie od żyletki ani innego precyzyjnego narzędzia. To pamiątka pobicia. Dobrze wiedziała, jak wygląda blizna po rozciętej wardze.

Wiedziała też, jak brzmi mała dziewczynka torturowana za grzechy swojego dziadka. Ale ocaliła ją – tym mogła się pocieszyć. Doświadczyła jednak bólu, którego nie dało się wymazać.

Spuściła wzrok na jego dłonie. Na sposób, w jaki dotykał talii kart. Jej też kiedyś dotknął…

Nie mogła teraz o tym myśleć. Co ważniejsze – nie był dealerem. W grach o takie stawki nie można samemu rozdawać kart. A jednak ten mężczyzna bawił się talią i nikt nie próbował go nawet powstrzymać.

– Mogę wiedzieć, jak masz na imię? – Mimo tłumu patrzył na nią, jakby była jedyną osobą przy stole.

Kątem oka zebrała wszystko na temat pozostałych ludzi, ale nie mieli znaczenia, ledwie o nich myślała.

Byli tylko ona i on.

Coś wtedy dostrzegła. Błysk w tych oczach. Coś cieplejszego w złocie, ostrzejszego w zieleni. Ewan poruszał się z gracją beztroskiego podrywacza, jakby wszystko zawsze miał pod kontrolą, na skinienie palca, ale to nie była prawda. Widziała to w nim.

Ten mężczyzna był drapieżnikiem. Sprawiał, że przechodził ją dreszcz.

Obserwowała uważnie jego dłonie, szukając jakiegoś asa w rękawie – całkiem dosłownie sprawdzając, czy nie podrzuca kart.

– Zabrakło języka w gębie, ślicznotko?

– Nie – odparła, zmuszając się, by spotkać jego spojrzenie. – Przyznam, że jestem nieco onieśmielona. Jesteś sławny.

Mówiła płytko i brzmiała koszmarnie fałszywie. Zaczynała się zastanawiać, czy to dostrzegał. A może wcale jej nie rozpoznał?

Ostatnim razem, gdy się widzieli, była ruda.

– Onieśmielona? – Kącik jego ust powędrował w górę. – Nie wyglądasz na taką.

– Pewnie do tego przywykłeś, że kobiety głupieją w twoim towarzystwie.

– To prawda, ale zwykle nie dzieli nas stół pokerowy… Prawdę mówiąc, gdy zaczynają tracić zdolność mowy, zwykle nie ma między nami już absolutnie żadnych barier.

Nie umiała opanować tego, co czuła w jego obecności. To zupełnie nie w jej stylu i nie była pewna, czy jej się to podoba.

Jej całkowity brak doświadczeń z mężczyznami nie był bowiem dziełem przypadku – wręcz przeciwnie. Wiedziała wszystko, czego dało się dowiedzieć o mężczyznach w teorii. W praktyce wraz z siostrą miały zasady. Umowę.

Problem z umysłami, jakie posiadały, był taki, że niczego nigdy nie zapominały. Dlatego też trauma była bestią, której nie umiały się pozbyć. Pamiętały aż zbyt wiele szczegółów ze swojego dzieciństwa rodem z koszmaru. Zadecydowały więc, że zakochiwanie się, złamane serce i podboje seksualne wyryłyby się w ich umysłach równie głęboko. Niebezpiecznie. Nie potrzebowały tego. Nie, kiedy ich wspomnienia zostawały na zawsze w archiwach, w głębokich półeczkach umysłu.

Jej siostra segregowała je, budując swój pałac w umyśle.

Pałac. Jessie zawsze uważała, że to głupia nazwa i marnotrawstwo kreatywności. Maren przechowywała wspomnienia w ogromnej bibliotece w pałacyku pośród morza. Rzekomo był przestronny, przewiewny i całkowicie różowy.

Maren była romantyczką. Prawdziwa dobra dziewczyna.

Jessie podchodziła do życia pragmatycznie. Czasem martwiła się, że jeśli jej siostra jest tą dobrą, to ona musi być tą złą. Zajęła się więc stroną organizacyjną swojego umysłu, zamiast skupiać się na własnych wadach. Wypełniła umysł szufladkami – sortowanymi alfabetycznie, od A do Z. Żadnego kodowania kolorami jak jej siostra. To jakiś nonsens.

Ale jednak teraz przyszło jej na myśl, że Ewan byłby w czerwonej kategorii – a to od razu ją zirytowało. Nie chciała przypisywać mu kolorów. Szczególnie nie czerwonego – symbolu pasji, intensywności. Silnych emocji.

Wiedziała jednak, że już zawsze ten kolor będzie jej się z nim kojarzył. Maren zapewne uznałaby, że to przekomiczne. W każdym razie dlatego potrzebowały zasad dotyczących mężczyzn. Dopóki nie staną na nogach o własnych siłach, dopóki nie będą bezpieczne, należy od mężczyzn trzymać się z daleka. Inaczej ryzyko było zbyt wysokie. Nie mogły pozwolić sobie na porażkę, póki wszystko nie zostanie dopięte na ostatni guzik.

– Muszę ci się do czegoś przyznać – powiedziała z nadzieją, że zbije go tym z tropu. – Być może wywalczyłam sobie wejście do tego pokoju specjalnie, żeby zagrać z tobą… Jestem fanką.

– Naprawdę? W takim razie muszę ci potem zostawić jakiś autograf.

Złapał jej spojrzenie. Nie puścił. W odpowiedzi zamarła.

– Nie weźmiesz od niego kart? – spytała dealera.

Zdradziła więcej, niż chciała. Zobaczył w niej odrobinę za dużo.

– Oczywiście – odparł dealer, zgarniając karty ze stołu. Czy naprawdę wszyscy dali się zaczarować Ewanowi? Bo zdawało się, że nikt się niczym nie przejmował.

Uniósł brew w cichym pytaniu, na co zgrabnie udała ukorzenie.

– Chciałam się upewnić, że nie chowasz jakiegoś asa w rękawie – rzuciła, usiłując zachować słodki ton.

– Bez obaw. Ja nigdy niczego nie ukrywam, jeśli nie liczyć zapasowej piersiówki z whiskey.

Nie. Wiedziała, że nie oszukiwałby w tak banalny i nieelegancki sposób. Ale były też inne sposoby, znała przecież wszystkie.

Gra się rozpoczęła, karty zostały rozdane. Postawiono zakłady.

Ewan był odprężony. Nie zdradzał się w żaden sposób, ale Jessie i tak spamiętywała, kto jakie karty wymieniał. Cała reszta graczy od razu dała się przejrzeć na tyle, że w samym procesie eliminacji zdołała ustalić przynajmniej kilka zestawów kart.

Przy rozdawaniu wystarczyło uważnie patrzeć. Zobaczyć, kto i kiedy rezygnował, co wciąż zostawało w talii. To podejście wymagało koncentracji, ale nawet gdyby się rozproszyła, miała świetną pamięć.

W tej chwili Ewan miał doskonałe karty na ręce.

Było kilka kart, których ewidentnie nie dostał nikt inny, i choć wiedziała, że w tej grze nic nie jest pewne, gdy stawka została podniesiona do niesamowitej kwoty, stwierdziła, że to czas zrobić pass.

Miała jeszcze jedną rundę, by zdobyć wszystko. To tutaj sprawy się pokomplikowały.

Trzeba wiedzieć, kiedy wejść do gry i jak. Kiedy zrezygnować. Kiedy blefować.

Ewan wygrał szybko i bezproblemowo. Wszystkie żetony na stole trafiły prosto do niego – i świetnie. Niech wierzy, że wszystko pójdzie po jego myśli. Adrenalina rozsadzała żyły Jessie.

Stół opuściło kilka osób, które skończyły na dziś grę. Dwie wyeliminowano.

Ona została. Jej serce waliło jak młotem, krew śpiewała w żyłach. Szło jej doskonale, jak zawsze. Kochała to uczucie.

Kochała wygrywać.

Kolejne rozdanie – o mało co nie odetchnęła z ulgą. Miała niemalże pełny full house. Brakowało jej tylko jednej karty. I gdyby jedną wymieniła, wciąż miałaby szanse. Ta karta mogła być na kupce.

– Dobieram jedną – rzuciła.

Przesunęła kartę po stole. W zamian dostała dokładnie to, na co liczyła, ale zachowała neutralną minę, a nawet zmarszczyła lekko czoło. Niech się zastanawia.

Ludzie angażowali się w przebijanie ofert, coraz więcej osób wymieniało karty. Po kolejnej rundzie trzech mężczyzn odpuściło dalszą grę, ale stawka wciąż rosła i rosła. Zaczynała przekraczać jej budżet.

A potem nagle zostali we dwoje. Siedzieli naprzeciwko siebie, oddzieleni górą żetonów. Cała jej przyszłość leżała na zielonej macie, a jednak… Zdawało się, że to coś jeszcze więcej. Powzięła przecież decyzję, że go podbije za to, jak ją nawiedzał.

Mogła teraz wszystko stracić – albo skończyć.

To i tak był koniec. Tak przyrzekała.

Nie miała więcej pieniędzy, które mogła postawić na szali. Jeśli założy się o więcej, będzie musiała skorzystać z puli Maren, a nie miała pojęcia, jak odważnie grała właśnie siostra.

Zostali więc we dwoje i liczyła, że Ewan sprawdzi.

– Podnoszę – powiedział.

Kwota, którą podał, przekraczała jej budżet tak bardzo, że zdawało się to niemożliwe.

Mogła to wygrać. Nie mogła odłożyć kart.

To oznaczało… że czas podjąć ryzyko.

– Hm… Rozumiem – powiedziała, podnosząc na niego wzrok. – Podnoszę stawkę o… moje ciało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij