Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wszystko, od czego uciekałam - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 grudnia 2025
50,48
5048 pkt
punktów Virtualo

Wszystko, od czego uciekałam - ebook

To nie jest historia o miłości, która ratuje. To historia o kobiecie, która uczy się powiedzieć prawdę. Klara całe życie radzi sobie sama. Gasi pożary, przetrwa kryzysy, milczy, gdy mówienie mogłoby wszystko zburzyć. Kiedy w jej życiu pojawia się ktoś, kto widzi więcej, niż powinna pokazać, zaczyna się walka nie o związek, ale o odwagę. Ta książka to autofikcja — granica między prawdą a fikcją celowo się zaciera. To opowieść o lęku, schematach, które nas trzymają w miejscu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-160-6
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1 Kim jestem?

Mam na imię Klara. Czy mogę powiedzieć, że jestem wyjątkowa? Nie. Jestem jak każda inna dziewczyna. Powiedziałabym nawet, że jestem przeciętna. Nic nadzwyczajnego. Nigdy nie wygrałam w żadnym konkursie tanecznym. Nigdy nie zdobyłam tytułu królowej balu. Nigdy nie miałam nic, czym mogłabym się wyróżnić.

A jednak czuję w sobie coś, czego nie potrafię do końca nazwać. Może to ciekawość świata, może nadmierna wrażliwość, może to, że obserwuję ludzi uważniej niż inni. Nie wiem. Wiem tylko, że często stoję z boku i patrzę, jak życie toczy się przed moimi oczami. I czasem myślę, że jestem inna. Że za długo tkwię w swoich myślach. A czasem, że to wcale nie jest takie złe — bo dzięki temu widzę więcej niż inni.

Lubię wstawać wcześniej niż reszta domu, siedzieć w fotelu, z kubkiem gorącej kawy w dłoniach i patrzeć, jak słońce wstaje nad górami. Zawsze zerkam przez okno na stare drzewa w ogrodzie i wyobrażam sobie historie, które mogłyby się w tym miejscu wydarzyć.

Mam też swoje małe przyjemności: kamienie, które błyszczą w słońcu, dźwięk kropel deszczu uderzających o dach, książki, które mogłabym czytać w nieskończoność, głośna muzyka, która towarzyszy mi cały dzień. To właśnie te drobiazgi sprawiają, że czuję się sobą.

Codziennie rano w autobusie, jadąc do pracy, obserwuję ludzi. Niektórzy dosypiają przed pracą, inni gadają przez telefon o swoich problemach. Zastanawiam się, jakie mają życie poza tym jednym momentem. Uwielbiam zastanawiać się, kim są. Co jest dla nich ważne. Kim chcieliby być. Kto z nich spełni marzenia. Zastanawiam się, ilu z nich nigdy nie będzie z kimś, kogo kochają. Co ich męczy. Co ich stworzyło. Czasem czuję, że patrzę na swoje życie zza szyby. Chciałabym być w środku, nie być tylko obserwatorem.

Już jako dziecko uwielbiałam obserwować ludzi. Może dlatego, że szukałam swojego bohatera, swojej inspiracji do tego, jaka chcę być. Może dlatego, że próbowałam ich zrozumieć. Byłam zbyt wrażliwa. Chciałam przewidzieć reakcje ludzi, żeby wiedzieć, czego mam się po nich spodziewać.

Później, jako nastolatka, szukałam w innych wzoru tego, jaka mam być. Chciałam mieć kogoś, kogo postawię jako wzór, do którego mam dążyć. Jaka mam być. Jak się poruszać. Jak się ubierać. Jak malować. Jak mówić, co lubić i co jeść. Tak bardzo chciałam kreować się na kogoś innego, bo nie sądziłam, że ja, jako ja, jestem po prostu fajna.

Kiedy docieram do pracy, wchodzę w swoją rolę. Kocham swoją pracę, ale tylko tą część, w której mogę coś wymyślić od nowa. Twórczość daje mi skrzydła. Reszta, te powtarzalne, schematyczne rzeczy, są jak ciężkie cegły, które muszę dźwigać, żeby móc znów polecieć. Zawsze idealnie czułam się organizując różnego rodzaju imprezy i wydarzenia. Uwielbiam ten pęd i adrenalinę. Czy wszystko dopnę na czas? Czy wymyślę coś wyjątkowego? Reklamowanie wydarzeń, wymyślanie, tworzenie, kreatywność, to wszystko pomaga mi zapomnieć. Wyciszyć świat. Otwieram drzwi do biura i przepadam. Dobrze, że mam to miejsce, inaczej nie wiem, jak dałabym radę.

Zawsze, kiedy trzymam w dłoni klucz do biura, czuję dokładnie to samo. Jest zimny i metalowy, a jego ciężar dziwnie mnie uspokaja. Zawsze czuję się trochę inaczej, kiedy go obracam między palcami. Jakbym, trzymając go, mogła też kontrolować to, czego wcale nie mogę wziąć w swoje ręce. Czasem patrzę na drzwi, które nim otwieram i wyobrażam sobie, że przechodzę do miejsca, w którym nie muszę się już niczym martwić. Do miejsca, w którym wszystko jest już za mną.

Każdy dzień w pracy to nowe wyzwanie, ale dzisiejszy poranek był szczególnie intensywny. Musiałam wymyślić dekoracje na wydarzenie, które jest zaplanowane na jutro. Wszystko w głowie, wszystkie szczegóły. Telefon za telefonem. Lista rzeczy do zrobienia rośnie. Każda upływająca minuta pcha mnie naprzód. Uwielbiam ten moment, kiedy chaos zaczyna układać się w obraz. Tak, już pewnie wiesz, że w mojej głowie zawsze coś się kotłuje. Chaos to powinno być moje drugie imię. Nie pierwsze, bo każdy, kto mnie dopiero poznaje, może mieć wrażenie, że jestem cicha i spokojna.

Nie jest tak zawsze. Wszystko zależy od projektu, jaki dostanę. Niestety, większość z nich, to projekty, które mnie kompletnie nie kręcą. Robię je automatycznie, jak ze schematu kopiuj->wklej. A ja lubię wyzwania. Lubię, jak klient oczekuje czegoś niecodziennego. Jak muszę opuścić schemat i iść dalej. Kocham to uczucie, kiedy opowiadam o swoim pomyśle i widzę, jak ktoś ogląda moją wizję swoimi oczami. Tak jest zdecydowanie zbyt rzadko. Większość projektów to nudy. Satysfakcjonujące, ale nudne i zwyczajne. Na szczęście, nadal angażujące na tyle, że głowa wpada w nie w całości.

Po powrocie do domu lubię usiąść w kącie z notatnikiem i długopisem. Nie wiem, czy zapisuję myśli, bo próbuję je zrozumieć, czy to mój sposób na ich uporządkowanie. Wiem, że bez tego spływałyby na mnie każdej nocy. Albo w dzień, kiedy powinnam zająć się pracą. Czasem myślę, że przydałoby mi się kilka dodatkowych godzin w ciągu doby, żeby móc więcej myśleć. Doba mi nie wystarcza.

Najcięższe są wieczory. Po cichych porankach z kawą, intensywnym po dniu pełnym pracy, kiedy wszystko wydaje się uporządkowane, przychodzi wieczór. Wtedy wracają wspomnienia. Ciężkie jak wypchana po brzegi winda. Ciężkie jak powietrze przed burzą.

Jak je inaczej nazwać? Jak określić coś, co nie daje Ci spokoju? To uczucie, które ściska mnie w środku, gdy wszystko wokół wydaje się normalne. Jak telefon, który wysyła przypomnienia: pamiętaj, że coś się wydarzyło.

Tylko.. to wszystko nadal trwa. A ja jestem w środku.Rozdział 2 Jak zaczęła się moja historia?

Leżę na łóżku i patrzę w sufit. Jak każdego wieczoru. Myśli wirują, a serce nie daje spokoju. Czy to normalne, że nawet teraz czuję, jakby czas zatrzymał się na tamtym pierwszym spotkaniu? Pamiętam każdy szczegół: jego spojrzenie, które w jednej chwili potrafiło mnie rozbroić, uśmiech, który nagle sprawiał, że wokół przestawało istnieć cokolwiek, i sposób, w jaki trzymał moją dłoń — delikatnie, jakby bał się, że ją złamie. A może wszystko, co pamiętam, jest tylko moim wyobrażeniem?

Nie wiedziałam wtedy, że te kilka sekund z mojego życia, zostanie ze mną na zawsze. Że to, co wydawało się zwykłą rozmową w szkolnym korytarzu, stanie się impulsem, którego nie będę mogła zignorować. Niewidzialna nić między nami, którą poczułam w pierwszym ułamku sekundy.

Patrzę na sufit i uśmiecham się do samej siebie. Nie ma go tu, nie ma go fizycznie. Nie mogę go dotknąć ani usłyszeć. A jednak czuję, że gdzieś w moim wnętrzu jest coś, co mnie popycha do działania. Jakby echo jego obecności, które nie daje mi spokoju. To dziwne, ale działa. Niewidzialny impuls, którego nie potrafię zatrzymać, a który prowadzi mnie ku czemuś, co jeszcze nie ma nazwy. I to nie pierwszy raz. Zawsze dzięki niemu potrafiłam znaleźć w sobie odwagę.

Wszystko zaczęło się lata temu, jak byliśmy jeszcze dzieciakami. Byłam w drugiej klasie liceum. Nie znaliśmy się wcześniej. Nawet nie kojarzyłam go ze szkolnego korytarza. Nie wiem jak to możliwe. Przecież powinien od razu zwrócić moją uwagę. Jak to możliwe, że prawie dwa lata mijaliśmy się i nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu?

Byłam nieśmiałą nastolatką. Niepewną siebie. Rzadko podnosiłam wzrok idąc między ludźmi na przerwach. Może właśnie dlatego go nigdy nie widziałam? Nie byłam jak Hania, moja przyjaciółka. Zawsze byłam w jej cieniu. Ona zawsze wiedziała czego chce, a ja mogłam się za nią bezpiecznie schować.

Hania zawsze mnie inspirowała. Była pewna siebie, uwielbiana przez innych. I bardzo uczuciowa. Co miesiąc miała nową wielką miłość. Pięknie rysowała, świetnie się uczyła, miała szczęście we wszystkim, czego próbowała. Nigdy jej nie zazdrościłam. A nawet cieszyłam się, że mogę stać za nią. Że to ona jest zauważalna. A ja nie muszę być na pierwszym planie.

Przyjaźniłyśmy się od zawsze. Już jako małe dziewczynki spędzałyśmy razem każdy dzień. Malowałyśmy się nawzajem tanimi zestawami cieni. Całe szczęście, że nie dostałyśmy nigdy od nich żadnej wysypki. Robiłyśmy koncerty na podwórku jej babci. Każdy nas słyszał, my byłyśmy pewne, że słyszymy się tylko my. Jeździłyśmy na rolkach wieczorami. Ona zawsze szybciej, ja zawsze kawałek za nią. Ufałyśmy sobie, jak nikomu innemu. Wiem, że mam szczęście, że ją mam w swoim życiu.

W szkole trzymałyśmy się razem. Ja miałam tylko ją, ona jeszcze grono innych przyjaciół. Na szkolnym korytarzu zawsze otaczało nas kilka osób. A w dni, kiedy jej nie było, zostawałam na przerwach sama. I w jeden z takich dni, stało się coś, co zmieniło wszystko. Coś, co zatrzęsło moim światem. Coś, przez co poczułam się żywa jak nigdy.

To był zwykły dzień. Hania od tygodnia nie pojawiała się w szkole. Pamiętam, że między historią, a fizyką, chciałam szybko podejść do sklepiku. Idąc zamyślona, jak zawsze, wpadłam na kogoś. Podniosłam głowę i spojrzałam w oczy, które pochłonęły mnie całą. Szybko odwróciłam wzrok i uciekłam, nawet nie przepraszając.

Tylko to, że uciekłam przed nimi w tamtej chwili, nie oznaczało, że uciekłam na zawsze.Rozdział 3 Jak błysk spadającej gwiazdy

Myślałam, że wszystko mam dopięte na ostatni guzik. Inaczej bym nie pozwoliła sobie wyjść wczoraj wcześniej z pracy. Pech chciał, że dziś spóźniłam się na autobus i teraz muszę w biegu szykować to, czego nie przewidziałam.

Telefon wibruje trzeci raz w ciągu pięciu minut. Dekoracje się spóźniają, catering utknął w korku, a goście zaczynają się zjawiać wcześniej, niż powinni. W głowie pulsuje mi jedno pytanie: co ja tu właściwie robię?

Ostatnie godziny przed imprezą zawsze są nerwowe. Ale tym razem wszystko jakby umówiło się przeciwko mnie. Nawet obcas od moich ulubionych (bo jedynych) szpilek, jakoś dziwnym trafem postanowił odłączyć się od podeszwy i teraz muszę biegać boso. Liczę na to, że dostanę premię w tym miesiącu, bo naprawdę potrzebuję nowych butów. Ale nawet jak ją dostanę, to wydam pieniądze tylko na klej, żeby je jakoś jeszcze uratować. Reszta jak zawsze pójdzie na coś innego.

Nie znałam listy gości wcześniej, wysłałam ją bezpośrednio do drukarni, która miała zająć się wizytówkami. Usadzeniem zajęła się moja klientka. Chciała mieć pewność, że każdy gość będzie siedział z osobami, z którymi nie nawiąże dramy roku. Rzadko klienci sami ustalają jak usadzić gości, ale to moja wyjątkowa klientka. Wzięłam do ręki wizytówki, do drugiej rzut stolików i zamarłam.

Jego nazwisko. To nie może być pomyłka. To nie może być zbieg okoliczności. Niemożliwe, żeby ktoś nazywał się dokładnie tak samo jak on. A może to jednak literówka? Może to kolejny raz, kiedy wydaje mi się, że go zobaczyłam? Litery dosłownie wirują mi przed oczami. Mrugam kilka razy i za każdym razem widzę te same znaki, składające się dokładnie tak samo. To on.

Nie widzieliśmy się kilka lat. Nie sprawdzałam co u niego. Już dawno przestałam o niego wypytywać Hankę, której brat ciągle ma z nim kontakt. Nie chciałam wiedzieć. Tak było łatwiej. Można tak mówić? Że coś jest łatwiejsze, chociaż nadal boli? Ale naprawdę, kiedy słyszałam o nim cokolwiek, czułam się, jakbym oddawała komuś wygrane losy na loterii, wiedząc, że są dla mnie wszystkim. Jaki paradoks. Byłyby dla mnie wszystkim. Tak jak on był dla mnie kiedyś.

Dobra, dosyć wspomnień, nie mogę im dać znów zapanować nad sobą. Nie wiem, co on tu będzie robił i dlaczego, ale mnie tutaj już wtedy nie będzie. Tak jak zawsze, wszystko szykuję, a później znikam. Nauczyłam się już, jak być dobrą w znikaniu, zanim ktoś zauważy coś więcej. Jeszcze tylko świeże kwiaty, dopilnować ułożenie ciast, ramki do zdjęć i uciekam.

Zdążyłam idealnie na czas. Cudem, naprawdę, cudem. Czasem to aż niemożliwe, że wszystko udaje mi się zrobić na czas. Już miałam wychodzić, ale zapomniałam zabrać butów, które zrzuciłam z nóg jakieś kilka godzin temu. Wracając po nie, nagle poczułam, jakbym wróciła w czasie do tamtych chwil. Do tamtych wieczorów, kiedy czułam się tak bardzo na swoim miejscu. Tak bardzo byłam wtedy sobą.

Obróciłam głowę i zrozumiałam, dlaczego. Na drugim końcu sali, stał on. Prawie wcale się nie zmienił. Chociaż minęły lata, wyglądał dokładnie tak, jak w chwili, kiedy widziałam go ostatni raz. Stałam jak sparaliżowana, jednocześnie czując, jak drżą mi całe nogi, jak przechodzi przeze mnie zimno i gorąco jednocześnie. Przestałam słyszeć muzykę. Przestałam widzieć innych ludzi. I wtedy, odwrócił się w moją stronę. I zobaczyłam te same oczy, które kiedyś, na szkolnym korytarzu przeszyły mnie po całości. Jakby lata uciekania przestały istnieć, a każdy mój sekret miał zaraz wyjść i stanąć obok mnie. To dziwne, jak ciało pamięta szybciej niż rozum.Rozdział 4 Kopciuszek

Dopiero wsiadając do autobusu, zorientowałam się, że nadal nie mam na sobie butów. Biegłam od samej restauracji boso. Wcale nie dlatego, że miałam się spóźnić. Później stałam na nim jeszcze pół godziny. Biegłam dlatego, że to spojrzenie zadziałało dokładnie tak samo, jak lata temu. Jakby czas się zatrzymał. Jakby wcale nie minęło tyle lat. Jakbyśmy nadal byli dwójką nastolatków.

Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że można się poczuć jak zakochana nastolatka, mając prawie 30 lat. Dobra, co ja tu sobie wmawiam, jaka zakochana. Przecież nas już dawno nie ma. To co było, już dawno zniknęło. Jestem tylko ja, z obdartymi stopami i zbyt wielkimi wyobrażeniami. Jak niby to uczucie miało przetrwać taki czas? Jakim cudem on miałby nadal coś do mnie czuć? Przecież wiedziałam, że z kimś się spotykał, Hanka się wygadała.

Jak niby miałby myśleć o mnie tak jak ja o nim? Przecież normalni ludzie kończą relacje i idą dalej. Nie wracają do tego myślami każdego wieczoru przez tyle lat. Nie, ze mną musi być coś nie tak.

Ale.

Ale to spojrzenie przeszło do środka mnie tak samo jak kiedyś. Tak samo, jak te lata temu, na szkolnym korytarzu. Tak samo jak wtedy, spowodowało zwarcie w moim mózgu i zostawiło pozwijane kable. Tak samo jak wtedy, zagęściło powietrze, jakby ktoś wsypał za dużo budyniu do mleka. Tak samo jak wtedy, uderzyło mi w serce, które zaczęło bić innym rytmem. Ja nie przeklinam, ale w myślach, od godziny, lecą słowa, które wypowiadam tylko, jak coś spadnie mi na nogę. Jak to możliwe, że jedno spojrzenie rozwalił mi świat dokładnie tak samo jak wtedy? Jakby wszystkie te lata pomiędzy się nigdy nie wydarzyły?Rozdział 5 Odbezpieczony granat

Wróciłam do domu. Ledwo. Bo po drodze dogoniły mnie wspomnienia. Na szczęście, stopy boleśnie przypominały mi, że jestem tu i teraz. Mocno ucierpiały na moim biegu na przystanek. Biegłam tak szybko, że w końcu dostałabym szóstkę z wfu.

Berek. Kolejne wspomnienie. Skończyła się lekcja i mogę w końcu sprawdzić, czy czeka na mnie wiadomość. Tak każdego dnia.

Wyciągam z torebki klucz. Stoję pod drzwiami chwilę za długo. Jakbym chciała się cofnąć tam, gdzie zostało moje serce. Gdzie została większość mnie. Wiem, że nie mogę. Wiem, że tutaj mam teraz wszystko. Biorę głęboki oddech. Robię krok przez próg.

Cały dom już tonie w mroku. Dookoła otacza mnie niecodzienna cisza. Cisza, w której boję się zatonąć. Nie umiem przecież pływać. Jak mogłam pozwolić sobie tutaj wpaść. Wiem, że jedyny sposób na to, żeby wyjść na brzeg, to pisanie. Tylko tak pozbędę się tego, co otworzyło się we mnie na nowo niecałe dwie godziny temu. Biorę długopis i robię to co zawsze. I nie ma mnie już tutaj. Jestem tam.Rozdział 6 Z notatnika

Piszę, bo jeśli tego nie zrobię, rozsypię się na kawałki.

Piszę, bo dziś wszystko wróciło. Wróciło z taką mocą, na jaką nie mogłam się przygotować. Jakiej się nie spodziewałam. Jak mogłam znowu w to wpaść? Tyle lat nie pozwalałam sobie o nim myśleć. Tyle lat wracał tylko w snach. Przestał przychodzić w codziennych myślach. Tyle lat, które przekreśliła jedna sekunda. Znów jedna sekunda zatrzęsła moim światem. Jak trzęsienie ziemi, które zrzuca wszystkie starannie ustawione szklanki. Wrócił on. Maks.

To spojrzenie nie mogło należeć do nikogo innego. Tyle lat minęło, a ja poczułam je tak samo. To zwarcie w głowie. Ten prąd, który sprawia, że serce przestaje bić tym samym rytmem. I nikt o tym nie wie. Nikt nie wie, kim jest dla mnie.

Piszę to tutaj, bo gdybym powiedziała na głos, wszystko by się rozpadło. Jak wtedy.Rozdział 7 Zwykła kawa

Obudziłam się następnego dnia z ogromnym bólem głowy. Ta, obudziłam.

Żeby się obudzić, to trzeba wcześniej zasnąć. Chociaż unikam kawy na pusty żołądek, to dziś nie przełknę nic. Szukam mojej ulubionej filiżanki w szafce. Dzwonek domofonu.

I po niej. Stoję boso wśród szkieł, nie mogę się ruszyć. Mam nadzieję, że przez drzwi nie było słychać trzasku szkła. Tak jak zawsze, liczę do 20. I wiem, że już pod drzwiami nikogo nie ma. Mogę się ruszyć.

Biorę inną filiżankę i piję kawę, która chwilowo mnie uspokaja. Tak, kawa powinna działać pobudzająco, a mnie od zawsze wycisza. Jakby jej zapach i smak wchłaniał część moich myśli. Wiem, że muszę je zebrać, bo za pół godziny muszę być na przystanku.

Wsiadam do autobusu. Chociaż wcześniej już byłam spokojna, to wiem, że po przekroczeniu jego progu, znowu nie będę miała jak uciec przed wspomnieniami wczorajszego wieczoru. Znowu będę widzieć to spojrzenie. Znowu zapomnę, jak się nazywam. I jedyne co będę pamiętać, to to, o czym starałam się zapomnieć tyle lat.

Ale może to dobrze. Może lepiej wrócić tam. Tam, gdzie wszystko było łatwiejsze, spokojniejsze i na swoim miejscu. Może lepiej wrócić do życia wspomnieniami, niż być w tym, co próbuje mnie złapać.

Mijam jeden przystanek, drugi, piąty. I..

już tak długo tego nie czułam. Ostatni raz długie miesiące temu. Próbuję przypomnieć sobie wierszyk. Nie pamiętam go. Klikam przycisk stop i wybiegam z autobusu.Rozdział 8 Zburzona wieża z kart

Dotarłam do pracy godzinę później. Znowu jestem spóźniona. Znowu będę musiała zostać dłużej. Znowu po pracy będę musiała biec, żeby zdążyć jeszcze..

Telefon. Już nie reagowałam tak na jego dźwięk. To na szczęście klientka z wczoraj. Impreza się udała, goście zadowoleni. Dopytywali, kto był organizatorem. W takich chwilach czuję, że to co robię ma sens. Że naprawdę warto wkładać całe swoje serce, bo inni to zobaczą. Bo wrócą do mnie. Bo kiedy będą potrzebować, przyjdą po moją ofertę. Wiem, że to co robię, jest wyjątkowe. Chociaż poświęcam czasem całą siebie, to wiem, że są ludzie, którzy to zobaczą i będą mnie polecać dalej. Nie wyobrażam sobie mojej pracy inaczej.

Siadam do komputera, planuję dzień, wstawiam zdjęcia z wczorajszej imprezy. Nie chciałam ich oglądać. Wiedziałam, że go zobaczę. Ale ta impreza jest jedną, z których jestem najbardziej dumna. Wyszła pięknie. Wszystkie detale były tak dopracowane, że nie mogę nie opublikować zdjęć. One robią wrażenie. Staram się wybrać zdjęcia bez przybliżenia, celowo robię to bez okularów, dzięki temu widzę tylko sylwetki ludzi. Łudzę się, że go nie wyłapię.

Ale jest. Jest na jednym zdjęciu. Nie klikam w nie, ale i tak moje serce prawie przebija się przez żebra. Jak to możliwe. Zamykam folder. Mam tyle pracy. Mam kilka projektów do dopięcia. Nie mogę się rozsypać. Nie mogę w to wpaść. Tyle miesięcy budowania rutyny. Tyle pracy włożonej w to, żeby pracować na schemacie, żeby realizować wszystkie zadania na każdy dzień. Bo nie było to dla mnie łatwe. I zwyczajnie, jedno spojrzenie zburzyło starannie układaną miesiącami wieżę.

Nie dam rady. Muszę wyjąć notatnik. Jak tego z siebie nie wyrzucę, to nie ruszę z niczym.Rozdział 9 Tamten dzień

To było tak dawno temu. Jednocześnie wszystko pamiętam i nie pamiętam nic. Moja pamięć chroni mnie przed tym, co było zbyt wielkie. Zbyt trudne. Nie dlatego, że było złe. Dlatego, że zniknęło.

Po tym jednym zderzeniu i jednym spojrzeniu w oczy, ja wiedziałam, że nie będę w stanie zapomnieć tej chwili. Nie znałam go. Ale jednocześnie szukałam na korytarzu szkolnym. Nie wiedziałam, jak ma na imię. Ale miałam wrażenie, że go znam od zawsze. Dni mijały, a ja widziałam go kilka razy z daleka. Zaczęłam się czuć nieswojo czekając aż go zobaczę. Miałam wrażenie, że też patrzy w moją stronę. A jednocześnie, jak mógłby chcieć na mnie patrzeć. Przecież byłam zwyczajna.

Nie pamiętam dnia kiedy napisał. Nie pamiętam tej wiadomości. Wszystko z czasem zaczęło znikać jak na tej tablicy, na której piszesz specjalnym rysikiem, potem przeciągasz pasek na drugą stronę i wszystko znika. Ale jeśli przyciśniesz rysikiem bardzo mocno, to te linie nie znikną. I niektóre linie siedzą we mnie do dziś. W środku. Nie wiem, czy w sercu, czy w mózgu, czy w oczach, czy w całej mnie. Wiem, że chociaż przeciągałam ten pasek w obie strony wiele razy, to one nigdy nie wytarły się do końca.

Po tej jednej wiadomości, ja zaczęłam być inną sobą. Nie dlatego, że udawałam. Dlatego, że byłam prawdziwą sobą. Godziny razem płynęły, jakby to były minuty i jednocześnie wieczność. Byliśmy dziećmi. Ale nasze uczucie było starsze od nas. Jakby wypożyczone od kogoś, kto uczył się kochać od 40 lat. Chociaż byliśmy tak młodzi i jednocześnie już poturbowani życiem, to to, co mieliśmy między sobą było czyste jak strumień wypływający ze środka góry. Spojrzenia nie miały oceny. Dotyk nie miał chęci brania. Głos nie chciał nic zmieniać. Byliśmy my. Cali. Jakbyśmy znali się od stuleci.

Nie wiem, kim był dla świata. Ja też pozwoliłam mu zobaczyć tylko część mojego. Nie potrzebowaliśmy innych, żeby widzieć siebie. To nie było złe. Każde z nas miało swój świat obok. Ale kiedy byliśmy razem, wszystko przestawało istnieć. Wszystko było tłumione przez blask, który był w nas razem. Blask zwyczajności i spokoju.

To nie trwało długo. Przyszły decyzje niezależne od nas. Takie, które miały postawić między nami kilometry. Nie mieliśmy wyjaśnień, nie mieliśmy zakończenia. Nie mieliśmy obietnic, że to wróci. Jedyne co zostało, to wspomnienia tego, co było niezapomniane.Rozdział 10 Mail

Poczułam ulgę. Jak zawsze po pisaniu. Ale nie tą samą, którą czułam przed spotkaniem go. Zobaczeniem, nie spotkaniem, ja tu znowu wyolbrzymiam. On może mnie nawet nie pamiętać. Mógł spojrzeć gdzieś za mnie, nie na mnie.

Miała być ulga, a ja znowu w kółko analizuję. Siadam do maili.

Dwie godziny później, po wygrzebaniu się ze stosu wiadomości i zapytań, w końcu mam przerwę na śniadanie. To samo każdego dnia. Trzy jajka, warzywa, które akurat znajdę na promocji i kawa. Kawa to dla mnie symbol luksusu, jedyna rzecz, na której nigdy nie oszczędzam. Może być bez mleka, ale zawsze musi być dobra. Szybko sprawdzam prywatny telefon, czy nie mam wiadomości z..

O nie. Zapomniałam! Dziś miałam mieć spotkanie po pracy. Muszę szybko załatwić kogoś, kto dziś odbierze ją za mnie. Ale kto. Muszę znowu poprosić o to Hanię. Aż mi głupio, że ciągle musi dojeżdżać za mnie na drugi koniec miasta. Twierdzi, że jej to nie przeszkadza, że to dla niej miło spędzony czas, ale ja mam coraz większe wyrzuty sumienia za każdym razem. Kończę śniadanie i wracam do komputera.

Nowy mail. Co? Czy ja znowu mam jakieś przewidzenia? To jakiś żart? Hanka jest do tego zdolna, ale nic jej jeszcze nie mówiłam. Otwieram wiadomość i nie wierzę. To on.

Kojarzysz tą teorię, że człowiek po śmierci jeszcze przez 7 minut odtwarza swoje najważniejsze wspomnienia? Nie wiem ile czasu siedziałam w zawieszeniu, ale kiedy w końcu wróciłam do rzeczywistości i zrozumiałam, co się właśnie wydarzyło, to zrozumiałam coś jeszcze. To się nigdy we mnie nie skończyło.Rozdział 11 Masz 5 złotych

Czasem myślę, że moje kłopoty zaczęły się dużo wcześniej, niż chciałabym to przyznać.

Może wtedy, kiedy babcia codziennie dawała mi pięć złotych. Na bułkę. Na soczek. W praktyce — na podstawowe potrzeby. Realnie? Na cokolwiek chciałam.

Trzymałam te monety w kieszeni i czułam, jakby były moją małą wolnością. Kluczem do bycia lubianą. W domu słodyczy raczej nie było, a nagle miałam w dłoni coś, co otwierało przede mną cały świat szkolnego sklepiku. Czułam, jakby te pięć złotych mnie wołało.

Może to była tylko chęć kupienia czegoś słodkiego. A może bardziej chciałam być tą fajną dziewczynką, która rozdaje cukierki innym. Bo jako dziecko robisz absurdalne rzeczy, żeby się przypodobać.

Żeby ktoś pomyślał, że jesteś „wystarczająca”.

Wydawałam te pieniądze natychmiast. Bez zastanowienia. Bo przecież pięć złotych to nic wielkiego, prawda? To tylko drobiazg. Tak myślałam wtedy. A może tak mnie nauczono.

I tak, dzień po dniu, rok po roku, wyrobiłam w sobie odruch:

jeśli masz w ręku pieniądze to wydaj je.

Znikają tak szybko, że nawet ich nie zauważysz. Małe kwoty się nie liczą. Małe decyzje też. Tak to sobie tłumaczyłam.

Tylko że dziś…

nie chodzi już o pięć złotych.Rozdział 12 Kiedy rzeczywistość parzy

Ała! Wylałam na rękę pół kubka kawy. Odkąd przeczytałam mail, nie mogę się skupić, moje ręce się trzęsą, głowa biega na innych obrotach. Zawsze biega, ale teraz robię życiówkę. Jak i dlaczego? Żyłam spokojnie. Nie stabilnie, nie dobrze, nie idealnie, ale już spokojnie. Już przestałam mieć go w snach, już przestałam go widzieć na ulicy, chociaż go wcale nie było, już przestałam płakać wieczorami. No dobra, ograniczyłam się tylko do niedzieli. I wraca. Od tak. Jakby nigdy nie zniknął.

Boli mnie ta ręka, ale bardziej boli mnie myśl, że muszę coś zrobić. Muszę zrobić coś, co wybije mi go z głowy. Kawa powinna mnie uspokoić a nagle straciła swoje działanie. Trzy pilne projekty a ja widzę tylko jego oczy i jego słowa. Muszę odpisać. Inaczej będę krążyć dookoła tego biurka cały dzień.

Siadam do komputera i odpowiadam. Zamykam okienko. Powiadomienie. Nowy mail. Nie. Boże zlituj się jeśli jesteś. Mam pilne rachunki, ja nie mogę tutaj przeżywać kilku słów godzinami. Nie mogę się powstrzymać otwieram wiadomość. I wpadam w to w całości. Zaczynamy pisać. Jakby czas się zatrzymał kilka lat temu, wepchnął nas w wir i wyrzucił w to samo miejsce. Albo właśnie w zupełnie inne, ale tych samych nas. Z każdą wiadomością przestaję mieć wątpliwości, że to co czułam, było tylko moje. On o mnie pyta, on chce wiedzieć. On jest obecny jak zawsze był. Próbuję pracować, ale zwykłe rzeczy, które robię w chwilę, nagle zajmują mi godziny. Po każdym mrugnięciu oczami jest on. Myśl, która wraca jak ślady na szybie w aucie kiedy pada deszcz. Wycieraczka je zmywa, a one ciągle są.

Cudem dopinam sprawy na dziś i biegnę spóźniona na spotkanie. Może lepiej, że nie myślałam o tym spotkaniu za dużo. Przynajmniej stres dopadł mnie dopiero przed samym progiem.Rozdział 13 Wieczory

Wracam po spotkaniu do domu. Już jest cicho. Hania czeka na mnie w kuchni. Wszystko w środku mnie krzyczy, żeby jej powiedzieć o nim. Wykrzyczeć: WRÓCIŁ!!! Ale siadam w ciszy obok niej i słucham, jak wyglądał dzień. Słucham, ale w głowie czytam maile jeszcze raz. Jeszcze raz czuję ścisk żołądka ze spotkania. Jeszcze raz widze tamte oczy. Jeszcze raz słyszę dźwięk domofonu. Hania nic nie wie. Tyle razy chciałam jej powiedzieć. Tyle razy miałam wrażenie, że patrzy na mnie i już wie. Ale ja nie mogę. Jeśli jej powiem, to przestanę być twarda. Dopóki to jest w środku mnie, to mam siłę.

Zamykam za nią drzwi i czuję, jak zamykają mi się oczy ze zmęczenia. I jednocześnie wiem, że w chwili, kiedy położę głowę na poduszce, otworzą się i mogą już nie zamknąć do rana. Każdy wieczór jest tak samo trudny. Ale odkąd on wrócił, jest jeszcze trudniejszy. Automatycznie sprzątam w kuchni, biorę prysznic, szykuję wszystko na kolejny dzień, kładę się do łóżka i jest dokładnie tak, jak wiedziałam, że będzie. Sen dziś nie przyjdzie szybko. Sięgam po notatnik.Rozdział 14 Domek dla Barbie

Czasem niektóre wspomnienia z dzieciństwa wymazują się bezpowrotnie. W sumie, większość z nich. Czasem zapominamy o rzeczach, które bolały za bardzo. Czasem jednak zostają z nami wspomnienia, które niby nie mają wielkiego znaczenia, ale są jak klucze. To są momenty przełomu. Zapisu na naszej karcie tożsamości.

Jeśli masz problem i szukasz odpowiedzi, często jest właśnie tam. W tych niby nic nie znaczących wspomnieniach.

Pamiętam ten dzień. Miałam wtedy może 5 lat. Szłam z tatą przez miasto. Zatrzymaliśmy się obok witryny sklepu z zabawkami. Zobaczyłam piękną, różową skrzyneczkę z uchwytem.

Można było ją rozłożyć, a w środku krył się domek dla Barbie, łóżko z baldachimem i pościelą z falbankami, skrzynia na pościel, taka w formie ławeczki, toaletka i wanna ze schodkami. Wystrój bajkowy. Sama marzyłam o takim pokoju od zawsze. I o baldachimie.

Ale na wystawie było coś jeszcze. Coś, co większość dzieci z przedszkola już miała w domu. A ja nigdy nie miałam nawet w rękach. Tylko za szybą. Albo w katalogach z zabawkami.

Zestaw ciastoliny. To był czas, kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze takie zestawy. I czas, kiedy ludzie zwyczajnie nie mieli pieniędzy na zabawki dla dzieci. Pamiętam, że mój tata zapytał, którą zabawkę wolę. Decyzja była trudna. Marzyłam o jednej i drugiej.

Kilka tygodni później, dostałam od taty prezent.

Zgadnij jaki. Nie czytaj dalej.

Dostałam obie zabawki. Ale nie miałam taty przez trzy soboty. Nie odczułam tego bardzo. Byłam przyzwyczajona, że dużo pracował. Też w soboty.

Dlaczego o tym piszę?

To jest wspomnienie, jedno z niewielu tak dawnych wspomnień, które zostało ze mną tak długo. I wyrobiło we mnie przekonanie: Żeby coś mieć, trzeba pracować dużo i ciężko. I poświęcać to, co najważniejsze. Inaczej nie będziesz mieć. Pieniądze to ciężka praca.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij