Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wszystko przez pierścionek - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 czerwca 2026
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

Wszystko przez pierścionek - ebook

Dla Mareki Dixon bycie osobistą asystentką Cayetana Figueroi jest bardzo trudne, bo skrycie się w nim kocha. Dobrze jednak wie, jak mocnym punktem w jej CV będzie ta praca. Dlatego zawsze jest do dyspozycji i wykonuje każde polecenie. Nawet wybiera pierścionek zaręczynowy dla przyszłej żony swojego szefa. Omyłkowo paparazzi to ją okrzykują wybranką Cayetana. Wobec tych doniesień jego narzeczona zrywa zaręczyny. Cayetano musi się jednak jak najszybciej ożenić, by zachować firmę. Proponuje więc Marece, żeby za niego wyszła…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2068-5
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mareka Dixon całe życie stawiała czoła różnym wyzwaniom. Obudzić się, zanim budzik przestanie dzwonić. Wysiąść dwa przystanki przed biurem, by dowieść sobie, że potrafi szybkim spacerem spalić kalorie po ulubionych lodach czekoladowych, które zjadła poprzedniego wieczora. Albo że potrafi zupełnie wyrzucić z głowy myśli o… nim.

Nie musiała czytać poradników psychologicznych, by wiedzieć skąd się biorą. Nie. Na pewno nie dziś. Żyła według zasady – liczy się praca, żadnej zabawy. Ta maksyma nie pozwalała jej na myśli o nadmiernym bagażu emocjonalnym. Zwłaszcza niedzielnymi wieczorami między szóstą a ósmą – tuż po powrocie do domu z kolejnej wizyty u rodziców.

Tej niedzieli musiała jednak skupić się na miejscu, do którego miała dotrzeć – Smythe Square w zamożnej londyńskiej dzielnicy Knightsbridge. Jednym z tych oszałamiająco szykownych i niewiarygodnie drogich punktów miasta, gdzie każdy zwyczajnie wyglądający przechodzień od razu wzbudzał podejrzliwą i pogardliwą uwagę. Nawet ze strony zwykłego personelu sklepów i restauracji. Z każdym krokiem Mareki jej niemodnie poskręcane loczki i krągła figura przyciągały coraz więcej oceniających i protekcjonalnych spojrzeń. Superluksusowe, wymuskane i niebotycznie drogie auta widziało się tu równie często, co gdzie indziej budki z rybą i frytkami. Towarzyszące eleganckim paniom ufryzowane małe pudelki nosiły kaftaniki droższe niż roczna pensja Mareki. Świat luksusu oddychał własnym snobistycznym życiem, a każdy obcy musiał się w nim czuć jak intruz.

Dzisiaj Mareka z ulgą wybrała nieco swobodniejsze, ale jak zawsze eleganckie spodnium. Nie zapomniała też o szpilkach na wysokim obcasie. Jej ultra wymagający, zawsze ultra elegancki i ultra inteligentny szef miliarder bawił po drugiej stronie Atlantyku. Tak przynajmniej sądziła. Nie musiała tracić cennego kwadransa na walkę z dziko rozwianymi lokami i drugiego na nieskazitelny makijaż, o jaki zwykle dbała przed wyjazdem do biura. Skończyła pracę parę minut przed siódmą. Opuściła lunch, bo płynący strumień mejli od jej odpowiedniczek w Nowym Jorku i Argentynie zdawał się nie mieć końca. Ale Mareka kochała te swoje wyzwania. W ich obliczu kwitła jak kwiat na wiosnę. Bo wiedziała, że gdy kiedyś spełni swoje marzenia i ruszy własną drogą, każdy tydzień pracy jako osobistej sekretarki Cayetana Figueroi w europejskiej gałęzi jego ogromnego imperium biznesowego będzie w jej CV cenniejszy od złota.

A kiedyś ten czas nadejdzie, ale o tym wolała teraz nie myśleć. Musiała załatwić jeszcze jedną sprawę.

Spojrzała na wyświetlacz komórki. Niebieski punkt na mapie pokazywał, że jest już blisko celu. Setny raz sprawdziła, czy dziwna, elegancka czarna karta, wielkości zwykłej karty kredytowej, wciąż jest w jej portfelu. Była to jedyna rzecz, jaką tego popołudnia znalazła w ozdobnym pudełku dostarczonym dla jej szefa przez elegancko ubranego kuriera. Jako osobista asystentka Cayetana po tej stronie Atlantyku, Mereka przywykła do organizacji ekstrawaganckich przyjęć i zakupu luksusowych prezentów, choć sama zwykła oglądać je tylko w filmach i ociekających blichtrem telewizyjnych shows. Dla ludzi o jego pozycji takie wydatki były chlebem powszednim, co jednak zawsze oszałamiało Merekę. Czemu ludzie wydają na snobizm taką masę pieniędzy zamiast pomagać biednym?

Jednak tajemnicza przesyłka i jej zwartość dowodziły, że Mereka wskoczyła na nowy poziom pracy. Gdy więc Cayetano zadzwonił do niej godzinę temu, niespodziewanie informując, że jest w Londynie na przeciągającym się spotkaniu w słynnym biznesowym kompleksie Canary Wharf, poczuła jeszcze większe zdenerwowanie. Nie chciała rozważać, dlaczego czuje się dotknięta i zmieszana tym, że szef nie raczył jej poinformować, że wrócił do Londynu. A jej niepokój wzrósł, bo takie zachowanie Cayetana budziło w niej stare demony i kompleksy, że sama do niczego się nie nadaje.

Szybko jednak zepchnęła te uczucia gdzieś głęboko. Wiedziała, że przede wszystkim musi się trzymać najlepszej pracy, jaką miała w życiu. Ponadto szef zawsze przekazywał jej informacje, mówiąc szybko i oczekując, że nie uroni ani jednego zmysłowo akcentowanego słowa, a potem wykona wszystkie polecenia.

Cayetano nie znosił sprzeciwu.

Odpowiedziała więc tylko najbardziej rzeczowym tonem, na jaki umiała się zdobyć, że otrzymała przesyłkę z czarną kartą, adresem i telefonem na odwrocie. Oczywiście pojedzie pod wskazany adres w Knightsbridge i poczeka na Cayetana.

Nikogo nie obchodziło, że był piątek i siódma wieczorem. Że musi opuścić ulubiony serial w streamingu oraz wielką porcję ulubionych lodów. I już dwanaście godzin męczy się na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Ani że obcisły pasek od eleganckiego drogiego spodniumu, zamówionego przez Figueroa Industries u najlepszych londyńskich designerów, ledwie pozwala jej oddychać.

Trzy miesiące temu Mareka pobiła rekord długości pracy poprzednich czterech osobistych sekretarek Caeytana. Uważała to za swój sukces, choć wiecznie niezadowoleni z córki rodzice kpili i kręcili nosem. Dla niej był to krok milowy ku spełnieniu głęboko skrywanego marzenia. Cena, którą płaciła. I dlatego godziła się na ryzyko, że zawładną nią uczucia, których wobec szefa nie powinna żywić żadna sekretarka.

Aż podskoczyła i zamarła na świergotliwy dźwięk komórki. Niebieski punkcik wskazywał, że Mareka jest na miejscu. Stała na chodniku przed przedszklonym czteropiętrowym budynkiem. Przez wielkie szyby widziała tylko rozwieszone na ścianach niezwykłe obrazy i dzieła sztuki jak na wystawie podświetlone dyskretnymi światłami.

Był to ten rodzaj sztuki, który jej rodzice potrafili natychmiast rozpoznać i nazwać. Od niej zawsze oczekiwali tego samego. Zwłaszcza przy tych rzadkich okazjach, gdy zapraszali córkę na uroczyste przyjęcia w swoich kręgach towarzyskich. Były to obrazy, których nie znosiła i po stokroć przysięgała sobie, że nigdy ich nie kupi. Nawet gdyby jakimś cudem wygrała miliony na loterii. Do dziś dźwięczały jej w uszach drwiące uwagi matki i ojca, gdy nie udawało jej się rozpoznać różnych autorów. Nie zgadłaś, córko, musisz się poduczyć.

– Przepraszam, młoda damo, zgubiłaś się? – Ze wspomnień wyrwał ją głos wysokiego ochroniarza, który przyglądał jej się podejrzliwym wzrokiem.

– Skąd. Jestem, gdzie miałam być – odparła śmiało i rezolutnie.

Może nawet zbyt śmiało, bo rozglądając się wokół nie mogła dostrzec nazwy ani wejścia do galerii.

Nie do wiary. Miała zepsuć sobie wieczór, opuszczając ulubiony serial tylko po to, by wybrać obrazy dla swojego szefa?

Z poczuciem zawodu unikała kontaktu wzrokowego z ochroniarzem. Jednak pod marynarką jego eleganckiego garnituru dostrzegła ostrzegawczy zarys kolby pistoletu.

– Czyli gdzie? – usłyszała pytanie drugiego ochroniarza, który nagle stanął obok niej.

– Bo jeśli nie masz tu nic do roboty, młoda damo, proszę odejść, zanim wezwę policję – dodał pierwszy ochroniarz.

Nie zapominaj, że reprezentujesz Caeytana Figueroę, pomyślała.

Sięgnęła do portfela, wyjęła czarną kartę i jak tarczę podsunęła ją pod oczy ochroniarzy.

– Mam umówione spotkanie – przerwała, widząc komicznie połączoną ze strachem zmianę wyrazu twarzy obu mężczyzn na widok nazwiska na karcie.

– Oczywiście, pani wybaczy. Przepraszam za nieporozumienie. Tędy proszę.

Z głosu pierwszego ochroniarza znikł nawet najmniejszy ton ironii.

Z otwartymi ze zdziwienia oczyma Mareka patrzyła, jak wysokie na cztery metry drzwi otwierają się bezszelestnie i odsłaniają szeroki oszałamiający korytarz.

Marmurowa posadzka niosła echo ostrego stukotu jej szpilek i dudnienie butów ochroniarzy. Dopiero po kilku krokach Mareka zrozumiała, że to niezwykłe foyer stanowi część galerii sztuki. Mijając wiszące na ścianach obrazy, doszli do windy wciśniętej w sam koniec korytarza. Obok, pod największym malowidłem stał ozdobnie rzeźbiony szezlong. Mareka była pewna, że widziała już ten obraz, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie i kiedy.

Nie wiedziała, co robić. Usiąść na szezlongu, podziwiać dzieła sztuki i czekać na przyjście Cayetano?

– Winda zawiezie panią na właściwe piętro. Wystarczy wprowadzić kod znajdujący się na odwrocie karty.

Mereka od niechcenia skinęła głową. Udawaj tak długo, aż się uda, pomyślała. Ale wprowadzając kod, z trudem powstrzymywała drżenie rąk. Drzwi windy rozsunęły się bezszelestnie. Gdy weszła, jeden z ochroniarzy wszedł za nią, nacisnął guzik drugiego piętra i błyskawicznie wyszedł.

– Miłego wieczoru, proszę pani.

Drzwi windy zasunęły się, a Mareka z ulgą oparła się o lustrzaną ścianę windy i odetchnęła głęboko.

Jeśli Cayetano nie wysłał jej tu po zakup któregoś z obrazów, to co ona tu robi?

Winda dotarła zbyt szybko, by Mareka zdążyła uspokoić nerwy. Wyszła wprost na pozbawiony okien hol oświetlony trzema kunsztownymi kryształowymi żyrandolami. Ściany od podłogi po sufit pokrywały kremowe jedwabne zasłony. Ten sam głęboki odcień miał luksusowy dywan i stojące pod ścianą designerskie miękkie sofy.

Hal świecił pustką. Mareka podejrzliwie rozejrzała się wokół. Po chwili jej niepewny wzrok padł na stojącą pośrodku, podzieloną na przegrody, długą przeszkloną gablotę. Stanęła jak wryta. Za nieskazitelnie czystymi kryształowymi szybami, na atłasowych ozdobnych poduszkach, leżały najwspanialsze dzieła sztuki jubilerskiej, jakich nigdy w życiu nie widziała.

Uszczypnęła się, by sprawdzić, czy nie śni.

W pierwszej przegrodzie lśniły dziesiątki brosz ze zwierzęcymi motywami. Wzrok Mareki przykuła brosza w kształcie gotowej do skoku czarnej pantery o oczach i ogonie wykonanych z małych okrągłych brylantów. Tuż obok leżała brosza w formie kolibra o piórach z szafirów, rubinów i szmaragdów. A jeszcze dalej inna – wąż z litego złota o łuskach z żółtych brylantów.

Druga przegroda oślepiła jej oczy ozdobnymi nakryciami głów i koronami, jakie Mareka widziała tylko na głowach królów na błyszczących zdjęciach luksusowych magazynów.

Oszołomiona podeszła do trzeciej przegrody, spojrzała i poczuła, że brakuje jej tchu. W środku lśniły niezwykłe naszyjniki i bransolety. Patrzyła jak urzeczona. Nagle usłyszała za sobą dyskretne kobiece chrząknięcie. Obróciła się. Metr za nią stała smukła gustownie ubrana kobieta.

Miała na sobie czarną elegancką sukienkę obciskającą biodra rozkloszowaną na linii kolan. Było w tej kobiecie coś pociągającego, czego Mareka jednak nie potrafiła określić. Może zmieszały ją wielkie kanciaste okulary nieznajomej i jej jasnoniebieskie oczy lub kruczoczarne pasemka włosów, które od razu wzięła za perukę. Ale nie miała czasu na do domysły, bo kobieta już wyciągnęła rękę na powitanie.

– Pani Smythe? – spytała Mareka głosem pozbawionym modulacji.

Mereka ścisnęła wyciągniętą dłoń.

– Tak – odparła nieznajoma.

Uścisk nieznajomej był tak samo neutralny jak barwa jej głosu. Ani mocny, ani słaby.

– Spodziewałam się pana Figueroi.

– Jestem jego osobistą sekretarką. Mareka Dixon. Szef spóźni się trochę. Nie chciał opuszczać spotkania, więc wysłał mnie.

Na jej twarzy pojawił się grymas zniecierpliwienia, ale Mareka zachowała kamienny spokój.

– I coś pani dla niego wybierze? – spytała nieznajoma.

Mareka ukradkiem spojrzała na gablotę i serce podeszło jej do gardła. Chciała od razu zaprzeczyć i powiedzieć kobiecie, że lepiej poczekać na Cayetana, ale czy nie dlatego pracowała dla niego tak długo, że wierzył jej intuicji?

– Tak, wybiorę – odpowiedziała, usiłując maskować niepewność brzmiącą w jej głosie.

Na twarzy nieznajomej pojawił się cień rozbawienia, który jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił.

– Świetnie, więc proszę ze mną.

Omijając gablotę, obie udały się w stronę ukrytej po prawej stronie niszy. Gdy weszły, oczom Mareki ukazała się wieńcząca niszę jedwabna zasłona, którą kobieta odsunęła jednym ruchem dłoni. Obie stanęły przed małą szklaną gablotą. Marekę przeszył nagły i dziwny dreszcz. W gablocie milcząco lśniły dziesiątki pierścionków zaręczynowych.

Gdy pierwszy szok przelał się przez nią jak wodospad, nagle zrozumiała, dlaczego tak bardzo wzbraniała się przed zadaniem, jakie wyznaczył jej Cayetano. Przyczyna była prosta. W jej snach i marzeniach wszyscy mężczyźni mieli oczy koloru zielonego mchu i włosy koloru brązu. Byli wysocy, ale wspaniale wysportowani. Mieli szerokie bary i wąskie biodra.

I wszyscy mówili wyraźnie argentyńskim akcentem, który sprawiał, że od razu czuła, jak po jej ciele rozlewa się miękka fala ciepła.

W zeszłym roku Mareka towarzyszyła Cayetanowi Figueroi w wyjeździe na szczyt państw grupy G7 w malowniczym włoskim Abruzzo. Nigdy nie zapomniała tego wyjazdu. Zrobiła wtedy coś jej zdaniem tak wariackiego, że gdyby dowiedzieli się o tym rodzice, pewnie potępiliby ją na wieki. Przyjęła zaproszenie szefa na wspólną kolację. Kończąc deser, do szaleństwa zakochała się w najbardziej pociągającym, najprzystojniejszym i zdaniem tabloidów najbardziej bezwzględnym mężczyźnie na ziemi.

Cóż z tego, że od razu zrozumiała bezsens tego uczucia i pogrzebała je głęboko na dnie serca? Nic. Bo teraz, patrząc na wyłożone na śnieżnym aksamicie lśniące pierścionki, czuła, jak przenika ją dreszcz dziwnego ciepła.

– Pani Dixon?

Westchnęła głęboko i odwróciła wzrok od gabloty w stronę kobiety, której nazwisko mówiło, że jest właścicielką tego miejsca i niezwykłej kolekcji. Mareka już miała na końcu języka pytanie, komu oświadcza się Cayetano, ale szybko je zdusiła. Taki brak dyskrecji i próżna ciekawość mogłyby ją kosztować utratę pracy. Opanowała się resztką siły woli. Podeszła do sofy i usiadła obok stojącego przy sofie rzeźbionego antycznego stolika. Leżała na nim ozdobna srebrna taca. Stał na niej srebrny kubełek z lodem, a w nim butelka szampana Dom Perignon ze starego rocznika, dwa wysokie kryształowe kieliszki i talerzyk z truflami. Mareka znała ten kosmicznie drogi rocznik, bo wiele razy kupowała go na prośbę dyrektorów Cayetano Industries. Ale sam Cayetano nieczęsto pozwalał sobie na taki sprawunek. Szanował pieniądze.

Jeśli zrobił to teraz, musiał mieć ważny powód. Jaki? To pytanie nie dawało jej spokoju. Czyżby szef wypisywał się z tabloidowej listy „najbardziej pożądanych kawalerów świata”, na której czele królował od lat?

Siadając na sofie, czuła, że ma kolana jak z waty. Skupiła wzrok na tacce z pierścionkami, którą pani Smythe przed chwilą położyła na stoliku. Którym z nich Cayetano ozdobi palec narzeczonej? Może tym z rzadkim błękitnym brylantem? Albo leżącym obok z różowym brylantem w kształcie gruszy osadzonym w kręgu małych brylancików?

Pani Smythe z dyskretną elegancją mówiącą o arystokratycznym pochodzeniu napełniła kieliszki i jeden z nich podała Marece.

– Nie przeszkadzam w wyborze – powiedziała, skinąwszy głową.

Mareka prawie nie zauważyła jej wyjścia. Upiła łyk szampana, żeby się uspokoić. Jeśli już musi utopić swoją naiwną miłość, to najlepiej w starym szampanie. Mocno potrząsnęła głową, by nie wybuchnąć histerycznym śmiechem, który w niej wzbierał. Nagle zadzwoniła jej komórka. Podskoczyła, szybko odstawiła kieliszek i chwyciła komórkę.

– Już na miejscu, panno Dixon?

Zawsze od razu rozpoznawała ten głos, bo nie sposób było pomylić go z żadnym innym. Niski, opanowany, na wskroś męski z lekką chrypką i seksowny do granic możliwości.

– Tak, już jestem – odparła, mocniej ściskając telefon w dłoni.

– Świetnie. Będę za pół godziny. Nie chciałbym tracić czasu na oglądanie setek pierścionków. Proszę wybrać mi tylko kilka – powiedział Cayetano.

– Więc… więc to dla pana? – spytała zmieszanym głosem. – Zaręczyny?

Przez chwilę w telefonie słyszała tylko ciszę.

– Tak – odpowiedział tym samym nieco obojętnym, pewnym i niskim głosem.

Cayetano nigdy nie zdradzał swoich prawdziwych uczuć.

Coś w Marece nagle pękło i umarło. Nienawidziła tego uczucia. Tym bardziej, że nie przyniosło jej żadnej ulgi i wyzwolenia. Zamiast tego wywołało chęć obrony. Jak w dzieciństwie, gdy rodzice przy każdej okazji próbowali umniejszać jej poczucie własnej wartości. Kurczowo chwyciła się tego wspomnienia.

– Więc proszę przyjąć gratulacje – odparła śmiałym głosem.

Znów zapadła między nimi cisza.

Dlaczego Cayetano miałby dbać o jej uczucia?

– Dziękuję – odparł po dłuższej chwili.

– Mam przygotować oświadczenie dla prasy?

– Nie potrzeba. Wszystko jest załatwione.

Do Mareki znów wróciło wspomnienie z dzieciństwa. I znów jak kiedyś poczuła się zupełnie niepotrzebna.

– Ach tak, rozumiem, więc zobaczymy się tutaj – powiedziała.

– Jasne – odparł i skończył rozmowę.

Mareka odłożyła telefon, by nie słyszeć dzwoniącej w nim ciszy.

I dobrze, pomyślała, dodając sobie odwagi. Sięgnęła po kieliszek z szampanem i upiła kolejny, tym razem głębszy łyk. Poczuła, jak w żołądku rozlewa jej się miłe ciepło. Jeśli Cayetano się zaręcza, to nie będzie musiała już o nim marzyć. Koniec z mrzonkami. I wspomnieniami o romantycznej kolacji w Abruzzo. Choć dałaby sobie wtedy głowę uciąć, że przez jedną króciutką chwilę szef pragnął ją pocałować.

Teraz wreszcie będzie mogła poświęcać wieczory i weekendy na bardziej twórcze zajęcia. Zrobić pierwszy krok na drodze do utworzenia małej fundacji charytatywnej, o której marzyła całe dorosłe życie. Mareka chciała pomagać młodym kobietom walczyć o ich prawa i mówić ich własnym głosem. Zdążyła już nawet zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy, by zacząć spełniać to marzenie.

Ale cichy wewnętrzny głos mówił jej, że to za mało. Że nawet gdy powoła fundację, zawsze będzie jej czegoś brakować. Że nigdy nie będzie się czuła spełniona.

A jeśli pomysł z fundacją nie wypali? W milczeniu patrzyła na trzymany w dłoni kieliszek szampana. Siłą woli zmusiła się, by spojrzeć na pierścionki. Raz jeszcze upiła łyk szampana i sięgnęła po pierwszy z nich. W jej oczach zatańczył świetlisty błysk wielkiego owalnego brylantu.

Odłożyła pierścionek i sięgnęła po następny. Potem kolejny. Jeszcze jeden. Przy szóstym nagle zatrzymała wzrok i wstrzymała oddech w piersiach. Miała w ręku prawdziwe dzieło sztuki jubilerskiej. Pierścionek z brylantem o nieskazitelnym szlifie mistrzowsko łączącym linie krągłe i kanciaste, otoczonym kręgiem małych różowych brylancików. Był piękny. Cudowny. Gdy obracała go w palcach, lśnił i tańczył feerią kolorów. Nie ma na świecie bardziej kobiecej biżuterii, pomyślała.

Nie, nie chciała go przymierzać. Byłoby to szaleństwo. Niechętnie odłożyła go z powrotem. Sięgnęła po butelkę i dolała sobie szampana. Po kwadransie leżało przed nią osiem wybranych pierścionków. Był wśród nich i ten, który przedtem odłożyła. Wszystkie swoim niezwykłym pięknem musiałyby wywołać zachwyt każdej kobiety. A gdyby jeszcze klęczał przed nią taki mężczyzna, jak Cayetano Figueroa… Nie. Mareka twardo postawiła tamę wyobraźni. Tylko nie szalej, powtórzyła w duchu.

Jej wzrok powędrował w stronę pierścionków. Znowu do tego, który wpadł jej w oko jako pierwszy. Może jednak przymierzyć to cudo? – i pomyślała. Wsunąć na palec? Tylko na chwilę, na króciutką chwilkę. Poczuła zawrót głowy. Coś w niej krzyczało – tak, przymierz. Wiedziała, że nigdy już nie odwiedzi takiej galerii, bo nie było to miejsce dla zwykłych śmiertelników. Znalazła się tu szczęśliwym trafem. Los dał jej tę jedną jedyną chwilę. Czemu nie przeżyć jej do końca? Niepewnym ruchem odstawiła kieliszek. Gdy sięgała po pierścionek, na jej twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech małej dziewczynki. Oczyma wyobraźni, jak w zakazanej bajce, zobaczyła Cayetana wsuwającego pierścionek na jej palec. I zaraz potem całującego ją. Spełniłoby się jej skryte marzenie o pocałunku, którego nigdy nie było w Arbuzzo. Drżącą dłonią wsunęła pierścionek na palec.

Gdy uniosła rękę wyżej w stronę kryształowego żyrandola, bezwolnie otworzyła szeroko usta w zachwycie, bo brylant nagle nabrał ognistego światła. I świecił tak, jakby światło wylewało się zeń wprost na dłoń Mareki. Jesteś cudowny, powiedziała do siebie cichym głosem. Świadoma, że mówi do martwego przedmiotu, zachichotała jak mała dziewczynka i przybliżyła dłoń bliżej oczu. Niech się dzieje, co chce, jesteś wart każdej chwili szaleństwa.

Nagle Mareka usłyszała za sobą głębokie chrząknięcie. W panice zerwała się na równe nogi. Wiedziała, kto tak dyskretnie przypomina o swoim przyjściu. Ale nie chciała spojrzeć, choć jeszcze niewidoczna zmysłowa obecność Cayetana uderzyła w nią z całą siłą. Dopiero po chwili przerażenia opuściła rękę z pierścionkiem i spojrzała na stojącego metr od niej mężczyznę. Swoją posturą zawsze przypominał jej posąg z brązu. Mareka spojrzała we wpatrujące się w nią oczy koloru głębokiej zieleni mchu i morza. Cayetano trzymał ręce niedbale w kieszeni. Miał na sobie szytą na zamówienie elegancką rozpiętą marynarkę. Rozluźniony krawat świadczył o tym, że ma za sobą ciężki dzień, ale Mareka ani na chwilę nie dała się zwieść tej luźnej pozie.

Zrywając się z fotela, potknęła się o brzeg stolika, bo wszystko, co czuł teraz Cayetano, odbijało się w jego oczach. Irytacja, głęboki cynizm i niedowierzanie. I coś jeszcze – cień litości? Może politowania?

Jego wzrok przypominał jej o tym, co aż za często widywała we wzroku rodziców. Ale w oczach tego mężczyzny uczucie to było stokroć silniejsze. I sprawiło, że Mareka bezwiednie wykonała jeszcze jeden desperacki krok. Obcas jej szpilki zawadził o dywan. Zachwiała się i zamachała rękoma, chcąc uchronić się przed upadkiem.

Było jej wstyd. Na policzkach pojawiły się pąsy. Zamknęła oczy, by nie patrzeć na wyraz politowania na jego twarzy. Nie widziała więc, jak Cayetano tygrysim skokiem rzucił się w jej stronę i objął rękoma, chroniąc przed upadkiem. Jedną rękę zacisnął na jej biodrze, drugą na ramieniu.

Przyciągnął ją do siebie. Przy swoim ciele poczuła jego atletyczne ciało i ciepło, które od niego płynęło niewidoczną falą.

– Nic ci nie jest? – usłyszała przy uchu jego szept.

Czuła na policzku ciepło jego oddechu i przez chwilę miała wrażenie, że spływa ono po niej całej.

Otworzyła oczy. Może przez to, gdzie byli. Może przez zmysłowo rozrzedzone powietrze luksusowej galerii. A może przez nagą magnetyczną i zwierzęcą siłę przyciągania, którą tak długo czuła w stosunku do Cayetana. Mareka nie wiedziała dlaczego, ale przylgnęła do niego, obejmując dłonią jego ramię.

– Nie, nic – odparła z wahaniem w głosie.

Cayetano wciąż trzymał ją w objęciach i uważnie patrzył na nią, jakby wątpił w jej słowa. Gdy spuścił wzrok na jej wargi, Mareka poczuła, jak krew szybciej krąży w jej żyłach. Dobry Boże! Czy on chce mnie…?

Nagle ciszę pokoju przerwał głośny hałas. Ktoś coś krzyczał, piszczał przenikliwy sygnał alarmu. W drzwiach stanęła pani Smythe. Mareka podskoczyła przerażona. Oboje wyprostowali się, a Cayetano uniósł brwi w groźnym geście i spojrzał na stojącego w drzwiach ochroniarza.

– Alarm? – spytał Cayetano.

– Niestety tak. Ewakuujemy budynek. Proszę ze mną.

Mareka gwałtownie obróciła się na obcasach. Cayetano uwolnił ją ze swojego uścisku i cofnął się o krok.

– Idź pierwsza. Będę cię ubezpieczał.

Mareka zrobiła krok i znowu poczuła się niepewnie na własnych nogach. Bezlitośnie dawał o sobie znać drugi kieliszek szampana na pusty żołądek.

Całą sobą czuła za plecami obecność Cayetana. Przyspieszyła kroku, idąc schodami przeciwpożarowymi za panią Smythe. Mareka chwyciła się poręczy, ale nogi znów odmówiły jej posłuszeństwa. Potknęła się, lecz nagle silne męskie dłonie wyrwały ją w górę. Cayetano wziął ją na ręce. Poczuła przy twarzy jego umięśniony tors.

– Co pan robi? – jęknęła cicho.

– Ratuję nas przed spaleniem się na popiół.

Przymknęła oczy, czując na plecach i pod udami jego silne dłonie.

– Ale mogę sama – zaprotestowała słabym głosem.

– Chyba nie w tych szpilkach. I nie w tej awaryjnej sytuacji.

Tembr jego niskiego uwodzącego głosu działał na nią kojąco.

Mareka spąsowiała i skarciła się w duchu, że znów czuje się bezużyteczna. Że wpojone przez rodziców poczucie nieudacznictwa zawsze czai się gdzieś z tyłu głowy, zawsze gotowe, by ją zawstydzić.

– Gdyby nie grał pan supermena w pelerynie i dał mi chwilkę, zrzuciłabym szpilki i szybko dotarła na schody.

– Mam dziś mało czasu, panno Dixon. Proszę wybrać innego bohatera, który odegra dla pani tę scenę – odparł oschłym tonem.

Cayetano przyspieszył kroku. Niemal biegł po schodach, ale na jego twarzy nie widziała najmniejszego śladu wysiłku. Kurczowo chwyciła się rękami jego koszuli.

– Jeśli tylko znajdę się znów w takiej sytuacji – odparła.

Chciała, by jej słowa zabrzmiały pewnie, a nawet złośliwie, ale wbrew niej zabrzmiały żałośnie, jak głupi żart w chwili, gdy ktoś ratuje nas przed śmiercią. Mareka tylko cicho jęknęła. Czuła, że jej twarz jest teraz otwartą księgą, w której Cayetano jak na dłoni czyta wszystkie jej uczucia.

Nawet nie zauważyła, kiedy opuścili budynek i znaleźli na placu w otoczeniu sporej grupy ludzi. Nie potrafiła jednak prześledzić drogi wzroku Cayetana. W nozdrzach czuła jego oszałamiająco męski zapach. Pod dłońmi czuła potężne bicie jego serca. Oddychał urywanym oddechem, aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na jej ustach. Miał lekko rozwarte wargi obnażające szereg śnieżnobiałych zębów.

Pamięć Mareki znów wróciła do wieczoru w Arbuzzo. Pragnęła wtedy tylko jednego – pocałować Cayetana. Przywrzeć wargami do jego warg. Przekonać się, czy rzeczywistość dorasta do jej ukrytych fantazji.

Do diabła z tym, że raptem pół godziny temu solennie przysięgała sobie, że nie wróci do mrzonek.

Pół godziny temu, gdy wybierała pierścionek zaręczynowy, który Cayetano miał ofiarować innej kobiecie.

Mareka szeroko otworzyła oczy i głęboko odetchnęła. Nagle oślepiające światła fleszy aparatów fotograficznych zatańczyły na brylancie pierścionka, którego zapomniała zdjąć z palca. Na jedną krótką chwilę paparazzi uchwycili wyraz twarzy ich obojga. Uwiecznieni na zdjęciach, będą teraz żyć swoim życiem. W internecie, luksusowych magazynach i w tabloidach. Będą krążyć w niekończących się plotkach przy londyńskich kawiarnianych stolikach.

Przez chwilę Mareka miała dziwne poczucie, że jej życie zmieni się na zawsze.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij